Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
hogwart, 1943
AutorWiadomość
hogwart, 1943 [odnośnik]30.11.15 16:56
Wiosenne ciepło rozlewało się po chłodnych korytarzach Hogwartu, sprawiając, że nawet niemalże podmokłe tereny podziemi stawały się miejscem nastrajającym optymistycznie zagubionych tam przechodniów. W tym Benjamina Wrighta, wypełzającego z sali do eliksirów dużo po oficjalnym zakończeniu owych przeklętych zajęć. Już od godziny powinien znajdować się w innym, lepszym świecie, o którym myślał od rozpoczęcia lekcji – co z pewnością wpłynęło na jej bolesne przedłużenie. Profesor zapowiedział, że nie wypuści go z zatęchłej sali, dopóki nie wykona poprawnego wywaru wzmacniającego, będącego minimum programowym. Kiedy inni przechwalali się swoimi niesamowitymi eliksirami snu, śmierci, czyraków czy innych rzeczy ostatecznych, Benjamin próbował po prostu nie wysadzić w powietrze swojego kociołka, postępując zgodnie z nieoficjalnym paktem o nieagresji, jaki zawarł ze Slughornem. Miał siedzieć cicho, starać się nadążać za zdolniejszymi kolegami oraz nie stanowić niebezpieczeństwa, co też posłusznie uskuteczniał, męcząc się nieziemsko by wypełnić zadanie numer dwa i jak najszybciej zmyć się z tego przygnębiającego miejsca.
Nie wiedział, co kierowało nim przy wyborze przedmiotów kontynuowanych po zaskakująco dobrze zdanych SUMach, ale zapewne było to podekscytowanie wysokimi (jak na Benjamina) wynikami oraz chęć jak najszybszego pozbycia się ważnej karteluszki, niemile kojarzącej się mu z dorosłością. Oczywiście nie zaznaczał krateczek na chybił-trafił ani nawet nie radził się swoich przyjaciół – święta wiara we własną nieomylność (powszechnie zwana głupią arogancją) nie pozwalała mu na kierowanie się podszeptami kogokolwiek, dlatego też w chwili, w której w końcu opuszczał podziemia, mógł irytować się wyłącznie na siebie samego. Przekonanego o tym, że na wyższym eliksirowym stopniu wtajemniczenia będzie mógł samodzielnie uwarzyć Ognistą Whisky. Sam nie wiedział, skąd wzięło się w jego umyśle to bezdennie głupie przekonanie, ale musiał żyć z popełnionym błędem i z ciężkim sercem, wydając kolejne galeony na zastępczy kociołek. Notorycznie je roztapiał, przewracał albo po prostu dziwnym trafem wysadzał w powietrze, ciesząc tym wyrafinowanym wygłupem niestety wyłącznie siebie. Inni podopieczni Slughorna traktowali eliksiry jako świętość, wpadając w coraz większą frustrację przed nadchodzącymi wielkimi krokami OWuTeMami. Właściwie każdy siódmoklasista zmieniał się w ostatnim okresie nie do poznania, porzucając niefrasobliwość dziecięcości na rzecz rozpoczęcia kariery naukowej. Zazwyczaj świecąca pustkami biblioteka zaludniała się przedstawicielami wszystkich hogwarckich nacji a sale lekcyjne także zapełniały się spragnionymi praktyki wielbicielami zaklęć, próbującymi swych sił z towarzyszami egzaminowej broni. Tylko nieliczni dzielnie stawiali czoła edukacyjnym zakusom, z daleka omijając zarówno kluby wspólnej nauki jak i w ogóle towarzystwo przejętych swoimi wynikami kompanów. Nawet zbliżający się mecz Quidditcha stał dużo niżej w hierarchii priorytetów przedstawicieli ostatniej klasy – praktycznie cały skład został wymieniony na (niekiedy dosłownie) bezzębnych młodzików, podekscytowanych rozegraniem pierwszej oficjalnej rozgrywki.
Benjamin patrzył na te dzieciaki z mieszaniną litości oraz pewnej nostalgii. Hogwart ciągle pozostawał tym samym zamkiem, ale jego wnętrze zmieniało się razem z odpływem znanych twarzy. Nie było już pięknej Krukonki, z którą tak uwielbiał robić interesy (musy świstusy za wypracowanie z historii magii), nie było rosłego Leonarda, wyciągającego go z tarapatów, nie było dziewcząt-obiektów jego pierwszych zauroczeń. Zniknęli za drzwiami dorosłości, uchylającymi się coraz szerzej także i dla niego. Co w ogóle go nie przerażało. Oczywiście był przepełniony pewnym smutkiem, jednakże było to uczucie przyjemne w swym gorzkim posmaku. W Hogwarcie spędził najszczęśliwszy okres swojego życia – jak do tej pory. Dorosły świat tylko czekał na zdobycie; nieodkryte gatunki dzikich zwierząt, mrożące krew w żyłach przygody, dotąd przeżywane tylko przy lekturach książek, a przede wszystkim nieograniczona wolność. Każde niesamowite doznanie, jakie czekało poza szkołą, wywoływało w nim falę nieposkromionej radości. Mijał więc zaaferowanych rówieśników z szerokim uśmiechem, nie zmierzając jednak w ten słoneczny dzień ani na wypełnione młodszymi kolegami błonia ani do quidditchowskiej szatni. Szybko pokonał kolejne schody, coraz bardziej oddalając się zarówno od wypełnionego śmiechem holu, prowadzącego na zewnątrz zamku, jak i od wyjątkowo cichej biblioteki. Zazwyczaj niezbyt przejmował się spóźnieniami, ale w tym jedynym przypadku każda sekunda nieobecności szczerze go raziła, dlatego na siódmym piętrze pojawiał się nieco zdyszany. Ignorując pomruki trolli z portretu Barnabasza, drzemiącego na swoim obrazie w złotej plamie popołudniowego słońca. Później wystarczyło zrobić kilkanaście kroków i…i tym razem on sam musiał zmrużyć oczy.
Otwarte na oścież okno Pokoju Życzeń wpuszczało do środka nieznośne promienie słońca, ogniskujące się akurat na wysokości jego oczu. Zakrył je szybko dłonią, pokonując tą świetlistą przeszkodę po omacku, po czym szybko zamrugał, ogniskując wzrok na stojącym przy wygaszonym kominku Percivalu, a gdy już wyłowił jego sylwetkę z różnokolorowych kół, wirujących przed oczami, jego serce zabiło chorobliwie szybko.
- Dlaczego dopiero po dwóch latach dowiaduję się o istnieniu tutaj okna? – powiedział z autentycznym zdziwieniem, próbując – jak zawsze – zagadać swoją pierwszą reakcję na bliskość Notta, która powinna stać się już wręcz nudna. Owszem, widywali się ostatnio nieco rzadziej, jednocześnie nigdy wcześniej nie będąc bliżej siebie, jakby z każdym miesiącem od tamtych listopadowych początków poznawali się coraz lepiej. A razem ze sobą oazę Pokoju Życzeń, nie mogącego posiadać okna. Jako naczelny łamacz szkolnego regulaminu Wright doskonale znał geografię zamku…chociaż przecież to miejsce rządziło się własnymi prawami. Dlatego też mogło istnieć tutaj nieistniejące okno na nieistniejący las (kątem oka widział wysokie sosny) a sam Jaimie mógł bez żadnego skrępowania łamać dystans, dzielący go od Percivala, by łapczywie przesunąć wargami po jego ustach, zsuwając jednocześnie ze swojego ramienia przyciężką torbę z podręcznikami. Percy smakował wiosną, mugolskimi papierosami i tym specyficznym aromatem wilgoci, który wcale nie był nieprzyjemny, przywodząc raczej na myśl sosnowy las po deszczu. Może to jego urok a może to wpływ umiejscowienia Pokoju Wspólnego Ślizgonów (tylko tej tajemnicy mu nie zdradził); Ben nie zastanawiał się nad tym zbytnio, czując, jak jego ciało rozpływa się w gorącej fali absolutnego szczęścia. Niemal się jej przestraszył, dlatego pocałunek – choć namiętny – trwał dość krótko. Oderwał się od jego wilgotnych warg po zaledwie chwili, uśmiechając się do niego szeroko. – I dlaczego dopiero teraz dowiaduję się, że wszyscy nasi rówieśnicy pragną jakiejś nudnej kariery w Mungu albo w Ministerstwie? – dodał kolejne retoryczne pytanie, jasno nawiązując do przedowutemowego szału, przetaczające się przez zamek. A nie dotyczącego przecież ich dwójki, mającej w planach coś bardziej oryginalnego; coś, co miało zapewnić im kontynuację doczesnego szczęścia.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
hogwart, 1943 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: hogwart, 1943 [odnośnik]02.12.15 14:00
Wpadające przez otwarte okno promienie słońca zatrzymywały się na jego ciemnej szacie, ogrzewając przygarbione ramiona irytującym ciepłem, którego tylko pozornie zdawał się nie zauważać, od dłuższego czasu stojąc w dokładnie tej samej pozycji; z rękami niedbale utkwionymi w kieszeniach i ze spojrzeniem zawieszonym gdzieś na wysokości wygasłego paleniska w kominku. Słyszał, jak na błonia wylewają się kolejne tabuny kończących popołudniowe zajęcia, młodszych uczniów, głośno i dobitnie wyrażających swój entuzjazm, wywołany rozpoczynającym się właśnie weekendem. Nieposkromiona radość wibrowała w powietrzu odkąd tylko zrobiło się cieplej, i nawet przestraszeni wizją nadchodzących owutemów siódmoklasiści z niecierpliwością wypatrywali końca semestru. Oznaczającego długo wyczekiwaną wolność, początek świetlanej przyszłości, spełnienie wszystkich marzeń? Percivalowi trudno było uwierzyć, że jeszcze do niedawna sam do nich należał, odpływając myślami w przestworza w trakcie śmiertelnie nudnej historii magii i wyobrażając sobie te wszystkie kraje, które mieli zwiedzić. Przez ostatni rok wizje nieograniczonych niczym bezdroży rysowały się przed jego oczami jasno i wyraźnie, tym silniejsze, że dzielone na dwoje; był szczęśliwy, chyba po raz pierwszy w życiu całkowicie i nieskrępowanie, i gotów był poświęcić naprawdę wiele, żeby te młodzieńcze mrzonki urzeczywistnić. A przynajmniej tak mu się wydawało, kiedy w marcu wsiadał do pociągu, wracając do rodzinnego Nottingham na wiosenną przerwę świąteczną.
Która miała zmienić wszystko; planował ją od dłuższego czasu, powtarzał w myślach przygotowaną wcześniej przemowę, toczył z samym sobą niekończące się batalie na coraz bardziej wymyślne i przekonujące argumenty. Nigdy nie chciał przecież uciekać, rodzina nadal zajmowała w jego systemie wartości jedną z ważniejszych pozycji, nawet pomimo faktu, że do tej pory zdążył zrobić chyba wszystko, co mogłoby ją – albo jego – pogrążyć, łamiąc pakty krwi, konwenanse i przykazania moralności. Wierzył jednak święcie, wiedziony jakąś dziecięcą jeszcze naiwnością, że uda mu się przedstawić rzeczywistość w sposób wystarczająco zjadliwy, żeby nestor rodu ugiął się pod ciężarem wyćwiczonego racjonalizmu, odpuścił snute już coraz głośniej plany zaręczyn i ambitnych staży w ministerstwie magii. Liczył na to, że posiadanie dwóch braci sprawiało, że obowiązki względem nazwiska nie opierałyby się na nim aż tak bardzo; być może zaślepiła go ta głupia m i ł o ś ć, a może sam był skończonym idiotą, w każdym razie – pomylił się, dosyć boleśnie orientując się, że wcale nie był taki sprytny, jak mu się wydawało. Nie dowiedział się nigdy, jaka część wiadomości z Hogwartu tak naprawdę docierała do jego ojca, ale nie miał okazji zapytać.
Wyciągnął ręce z kieszeni, odruchowo naciągając niżej rękawy szaty i zasłaniając wciąż jeszcze widoczne ślady po oparzeniach, brzydko pokrywające jego przedramiona. Pamiątki po płonącym w salonowym kominku ogniu, które teoretycznie miały wyleczyć go z niezdrowej i nieprzystającej fascynacji smokami, a w rzeczywistości każdego dnia przypominały mu o nieuniknionej konieczności podjęcia decyzji. Zbliżającej się wraz z rosnącą na zewnątrz temperaturą i stopniowo wysysającej radość ze wszystkiego, co kiedyś go cieszyło.
Wbrew pozorom, nie porzucił ich wspólnych planów od razu. Początkowo owszem, miał taki zamiar, ale widok szczęśliwej twarzy Benjamina za każdym razem rozwiewał te świętokradzkie myśli, jakiekolwiek myśli, ograniczając liczące się kwestie do minimum. Nadal był w jego towarzystwie szczęśliwy, nawet jeżeli owo szczęście stanowiło już tylko oszukańczą iluzję, którą desperacko powstrzymywał od rozpadnięcia się w proch. Przez kolejne dni pozwalał więc sobie na okłamywanie samego siebie, ignorując palące poczucie beznadziejności, ogarniające go stopniowo i konsekwentnie, i sprawiające, że nie mógłby mniej przejmować się nadchodzącymi egzaminami. Czasami zastanawiał się nawet, co by się stało, gdyby położył je celowo; nie dostał się na żaden, najgorszy nawet staż i zmuszony byłby szukać zatrudnienia gdzieś indziej. Innym razem rozważał zwyczajne zrzeczenie się nazwiska, ale bycie nikim przerażało go prawie tak samo, jak konieczność dorośnięcia do bycia Nottem. A najczęściej po prostu udawał, że wszystko było w porządku i od czasu do czasu zdarzało mu się nawet w to uwierzyć.
Nie drgnął nawet, gdy usłyszał skrzypnięcie otwierających się drzwi. Przywykł do tego dźwięku już tak bardzo, że byłby w stanie rozróżnić go od innych, tylko pozornie brzmiących identycznie.
Spóźniłeś się – powiedział bez wyrzutu, za to z rozjaśniającym jego twarz uśmiechem, który w jakiś żałosny sposób pojawiał się tam za każdym razem, gdy tylko w pomieszczeniu pojawił się Wright. Uwagę o oknie zignorował, tak właściwie nie wiedząc, dlaczego akurat dzisiaj stało się elementem wyposażenia pokoju życzeń, chociaż zważywszy na charakter działającej tu magii, odpowiedź musiała znajdować się gdzieś w jego głowie. Nie miał jednak czasu ani ochoty zagłębiać się w psychologiczne tajniki własnego umysłu, bo ten wypełniał się właśnie obezwładniającym uczuciem bliskości, mającym zapewne coś wspólnego z namiętnym pocałunkiem i tak bardzo znajomym, choć nieco innym niż zazwyczaj zapachem, wypełniającym jego nozdrza.
Przyciągnął go bliżej, poruszając wargami z jakąś subtelną, ale niewątpliwie obcą desperacją, kryjącą się w ruchach, w jakiś kaleki sposób uzewnętrzniającą te wszystkie emocje, których ani nie rozumiał, ani zrozumieć nie chciał. Nie wyobrażał sobie, żeby kiedyś – niedługo, już za chwilę, za kilka tygodni – zostało mu to odebrane, ale ostateczna decyzja wciąż jeszcze nie chciała uformować się na końcu błądzącego w ustach Bena języka. Potrzebował, żeby ktoś powiedział mu wprost, co powinien zrobić, a jednocześnie zdawał sobie sprawę, że to była kwestia, którą tylko on sam był w stanie rozstrzygnąć.
Cuchniesz, jakbyś właśnie ugotował trupa – powiedział, gdy Jaimie odsunął się od niego, doskonale wiedząc, że dopiero co wyszedł z eliksirów. Podciągnął drwiąco kąciki ust, ale ten uśmiech zgasł nieco zbyt szybko, gdy tylko w powietrzu zawisło drugie pytanie.
Na które być może nie należało odpowiadać; może wystarczyłoby zwyczajnie się zaśmiać, kiwnąć głową i roztoczyć dookoła wizję ich przyszłości. Ale zanim Percival zdążył ugryźć się w język, słowa same wypłynęły spomiędzy jego warg i nie dało się już ich cofnąć. – Niektórzy nie mają wyjścia – powiedział, z opóźnieniem orientując się, że zabrzmiało to zdecydowanie zbyt gorzko, jak na nieszkodliwą i nieistotną uwagę.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: hogwart, 1943 [odnośnik]04.12.15 11:23
Początkowo obserwowanie jak starsi koledzy opuszczają zamek i znikają w przerażającej mgle dorosłości, wypełnionej potworkami rachunków, galeonów, rodzin i paraliżującej odpowiedzialności za coś więcej niż oddanie pracy domowej z eliksirów w terminie, nie zajmowało w ogóle myśli Benjamina. Ot, ludzie pojawiali się i odchodzili, kapitanowie drużyny Gryfonów migali mu pod tablicą ukazującą taktyczne zygzaki a śliczne blondyneczki z ostatnich klas rotacyjnie zastępowały urocze brunetki z rocznika niżej. Szkolny świat wychodził obronną ręką z tego kołowrotka czasu, zaczynającego dziwacznie zgrzytać dopiero niedawno, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że teraz to on jest na miejscu tych znikających mar. Fizycznie jeszcze błąkających się po błoniach, palących ukradkiem papierosy przy pierwszych drzewach Zakazanego Lasu i drzemiących na zajęciach z Historii Magii, jednakże umysłowo będących już poza znanymi murami zamku. Siódma klasa była klasą pożegnania: już nigdy nie mieli wrócić do porysowanych stalówkami piór ławek, do chwiejących się trybun przy boisku do Quidditcha, do sypkiego piasku przy jeziorze, przeczesywanego mackami wielkiej kałamarnicy, do zmieniającego się układu schodów, którego Benjamin nie zdążył rozpracować przez tych kilka lat, nawet prowadząc wyjątkowo dokładne notatki. Ta cała atmosfera podekscytowania, młodości i nieskrępowanej niczym (oprócz głupiego regulaminu i jeszcze głupszych prefektów, stawiających sobie za cel zniszczenie Wrightowi reputacji grzeczniutkiego elfa) wolności miała skończyć się w momencie spakowania kufra i ostatniego spojrzenia na zamek przez okno pociągu. Benjamin już czuł nostalgię, ale nie dołączał się do żadnej z grup psychologicznego wsparcia: ani tej, która panicznie obawiała się przeklętej dorosłości oraz problemów z nią związanych, ani tej, która równie przesadnie pragnęła w końcu czerpać z życia pełnymi garściami. Część uczniów snuła się zestresowana, przygnębiona perspektywą odpowiedzialności, natomiast druga przechwalała się dokładnymi planami na szczęśliwą, dostatnią przyszłość. Jaimie znajdował się pomiędzy, owszem, targany smutkiem, ale smutkiem dziwnie kojącym, związanym z przeszłością a nie widniejącym tuż za rogiem jutrem. Wiedział, że będzie tęsknił za tymi szczęśliwymi, zawsze słonecznymi (pomimo mroźnych zim i obrzydliwej, słotnej pogody, zawsze atakującej Hogwart pod koniec listopada) latami. Za poczuciem silnej wspólnoty, jakie łączyło go z innymi Gryfonami, będącymi jego prawdziwą rodziną, za miotlarskimi wyczynami niezawodnie opisywanymi przez najzabawniejszego komentatora na świecie (na pewno), nawet za zapachem Skrzydła Szpitalnego, w którym spędzał przemiłe wieczory po wyjątkowo zażartych rozgrywkach ze Ślizgonami, przyjmując gratulacje (i musy świstusy). Był pewien, że jakaś część jego duszy na zawsze pozostanie zamknięta w Hogwarcie, w czterech ścianach quidditchowskiej szatni, przy zagrodach z magicznymi zwierzętami; wydrapana w pniu rosnącego na błoniach dębu i błyszcząca w gamie kolorystycznej portretu Barnabasza, zawsze witającego go na upragnionym siódmym piętrze, kiedy wchodził do Pokoju Życzeń.
Nie, w nim nie zamierzał pozostawiać wspomnień - zamierzał zabrać ze sobą ten stan absolutnego szczęścia, wiążący się nieodłącznie z pomieszczeniem, w którym po raz pierwszy poczuł się dobrze. Lepiej. Wspaniale? Nie potrafił używać wielkich słów, nawet w jego głowie brzmiały niemęsko i niesamowicie żałośnie, jakby zamieniał się powoli w naiwną pensjonarkę, zajętą tylko wzdychaniem do ukochanego. Tak przecież nie było, bo miłość do Percivala - już nie bał się nazywać tak tego wibrującego, pulsującego, frustrującego uczucia, do niedawna opisywanego tylko przez różnorodne epitety, nie zawsze pozytywne - wyrywała się narcystycznemu, hołubiącemu znaczeniu. Znał go przecież najlepiej, wiedział o większości jego wad, doprowadzających go niejednokrotnie do szału, ale akceptował je wszystkie. Nawet to przeklęte szlacheckie pochodzenie - zabawne, jak podobni byli w łaskawym przymykaniu oka na krew, płynącą w ich żyłach, przez każdego z nich traktowaną z zupełnie przeciwnymi skojarzeniami - i idące za tym trudności. Na razie niezauważalne; przez ostatnie lata miał przecież Percivala na wyłączność, tracąc go tylko na okres świąt i wakacji. Co pozwalało na rozbudzenie tęsknoty i rozwinięcie benjaminowskich umiejętności pisarskich (wcześniej ograniczających się do bazgrania na marginesach podręcznika Notta dzikich zawijasów, najczęściej przedstawiających tańczące kankana węże oraz widowiskowe upadki znienawidzonych rówieśników: z miotły prosto w paszczę gryfa). Naprawdę wiele zawdzięczał temu przemądrzałemu Ślizgonowi, do czego nigdy by się nie przyznał, przejęty gryfońską dumą.
Rozpływającą się gdzieś w podświadomości, kiedy całował tego przemądrzałego Ślizgona a jego ciało reagowało na bliskość chłopaka wybuchami romantycznych fajerwerków, wywołujących spięcie mięśni, poczucie nagłego głodu i szeroki uśmiech. Nieco przeszkadzający w wymienianiu intensywnych ruchów języka, ale wcale nie przejmował się savoir-vivrem namiętności. Liczyło się tylko mocne przyciągnięcie przez dłonie Percivala, jego smak, zapach i te wszystkie szalone bodźce, które wyglądały niezwykle żenująco w postaci spisanej opowieści o Wielkim Uczuciu, a które w świecie rzeczywistym w ogóle nie kojarzyły się z czymś krępującym. Tak naprawdę Benjaminowi brakowało określeń na to, co działo się z jego jestestwem w konfrontacji z Nottem, już dawno więc postanowił przestać zastanawiać się nad tą metafizyką, przyjmując ją po prostu z całym dobrodziejstwem emocjonalnego inwentarza.
- Bo właśnie to robiłem, ze Slughornem-sadystą dyszącym mi w kark. Kazał mi wrzucić do kociołka nogę Puchona - odparł, przerywając na chwilę pocałunek i nie odsuwając się nawet o milimetr. Uśmiech Percivala odbierał mu nawet te resztki rozumu, które zadziwiającym trafem posiadał. - A może źle zrozumiałem i to miała być noga trytona? - dodał ze śmiertelną powagą i dobrze udawanym przerażeniem ewentualnym zabójstwem żółciutkiego hufflepufiątka. Sekundę później stłumił urwany wybuch śmiechu kolejnym pocałunkiem, jeszcze intensywniejszym i na tyle chwiejnym, że - chcąc nie chcąc - lekko popchnął Percivala, opierając go plecami o niewygodny gzyms kominka. W powietrze posypał się kurz i dopiero ta mgiełka moralności oderwała Benjamina od ust Notta. Pozwalając mu na wypowiedzenie kolejnych zdań, skontrowanych odpowiedzią Percy'ego, która odbiegała od beztroskiej normy tak znacznie, że nawet Jaimie wyłapał w tym krótkim zdaniu coś niepokojącego.
Uniósł lekko brwi, opierając wygodnie dłonie o chropowaty gzyms kominka tuż obok ramion chłopaka. Nie zwiększył dystansu, nie przeczuwał najgorszego, odbierając ten tekst jako pewną prowokację. - Naprawdę chcesz bronić swoich zadufanych w sobie koleżków, przebierających nóżkami w srebrnych pantofelkach, by tylko zasiąść na ciepłej posadce w Ministerstwie? - spytał z niemalże zrezygnowanym westchnieniem i ojcowskim zawodem. - Daj spokój, umrą z zazdrości, kiedy wyślesz im pierwszy list z dzikiej Rumunii. Z fotografią rogogona węgierskiego - powiedział z absolutną pewnością, niezbyt (na razie) znając się na geografii a jego uprzednio zniesmaczony wyraz twarzy ponownie zamienił się w radosny uśmiech. Nawet gdyby chciał, nie mógł to powstrzymać: perspektywa zwiedzania Europy (a w późniejszym domyśle: świata) w towarzystwie Percivala, ekscytowała go do nienormalnego stopnia. Nigdy wcześniej nie czuł takiej fali radości, mocno otępiającej zdrowy rozsądek. Byli młodzi, byli niezniszczalni, byli nieśmiertelni: przecież nic nie mogło stanąć im na przeszkodzie w spełnieniu swoich marzeń. Nic i nikt.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
hogwart, 1943 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: hogwart, 1943 [odnośnik]07.12.15 21:34
Uderzenie plecami o pełen nierówności gzyms kominka wycisnęło z jego płuc i krwioobiegu resztki pewności siebie. W pewnym sensie wciąż jeszcze pozwalał swojej świadomości na radosne uniesienia – uśmiechał się szczerze i beztrosko przez skradzione zazdrośnie kilka sekund, rozbawiony wątpliwymi talentami Benjamina do warzenia skomplikowanych eliksirów i parskając śmiechem na wyobrażenie jego stężałej w połowicznym skupieniu twarzy – ale czająca się gdzieś w szpiku kostnym gorycz zaczynała się już powoli z niego wysączać, zatruwając go od środka i sprawiając, że oczy nieznacznie mu pociemniały. Spojrzenie Wrighta – czyste, pełne entuzjazmu, szczere – śledziło go, oddalone zaledwie o centymetry, a on nie potrafił nie dostrzegać w nim fantomowej zmiany, echa niedalekiej przyszłości, która miała dopiero nadejść; jeszcze nie teraz, ale za moment, za kilka sekund. Mimo że zależała tylko od niego, czuł się bezsilny, zupełnie jakby próbował za wszelką cenę utrzymać drogocenną wodę w zaciśniętych dłoniach, a zamiast tego po prostu obserwował, jak wyciekała mu pomiędzy palcami.
Bał się.
Gdyby ktoś kilka lat wcześniej mu powiedział, że pewnego dnia dobrowolnie pozwoli, żeby jego świat tak mocno podporządkował się jednej osobie – mężczyźnie, mieszańcowi, Gryfonowi – potraktowałby go co najmniej z pogardą, skwitował absurdalne i świętokradzkie słowa szyderczym śmiechem. Dzisiaj mógł śmiać się już tylko z siebie; z tych żałosnych myśli, które nawiedzały go czasami niespodziewanie i bez żadnego ostrzeżenia, tak niemęskie, że wstydził się ich przed samym sobą, ale z całą pewnością realne i prawdziwe. Chociaż od dziecka wmawiano mu, że bez rodziny i nazwiska byłby nikim, to obecnie był bardziej skłonny stwierdzić, że to bez Benjamina by nie istniał – bo to on, wchodząc siedem lat wcześniej do przeklętego przedziału w pociągu do Hogwartu, wywrócił życie wychowanego pod kloszem szlachcica do góry nogami. Początkowo, rzecz jasna, bardzo subtelnie; zmieniał go stopniowo, rzucając kolejne wyzwania naturalnie i jakby mimochodem, obdarowując go najpierw przyjaźnią, później niezapomnianymi wspomnieniami, naręczem kłopotów, rozwijającą się pasją, młodzieńczymi marzeniami, a finalnie dokonał cudu, przebijając się przez nottowski egoizm i sprawiając, że zaczęło mu zależeć na cudzym szczęściu równie mocno – o ile nie bardziej – co na własnym. Tak, kochał go; przerażająca świadomość uderzyła go mocno pewnego grudniowego dnia, w chwili niezwykle zwyczajnej, gdy śmiejąc się z żartu znajomego z dormitorium, przypadkowo wychwycił znajomy profil po drugiej stronie Wielkiej Sali. Nie wiedział, czy na owo spostrzeżenie miało wpływ przemycone z Hogsmeade kremowe piwo, czy ciepła atmosfera nadchodzących świąt – ale w jakiś pokrętny sposób zrozumiał, że Benjamin Wright już zawsze będzie najważniejszą osobą w jego mikrowszechświecie. I tak było.
Nie podzielił się tą myślą z nikim, zgodnie z wyuczonym zwyczajem chowając uczucia przed światem. Podniosłe kocham cię nigdy nie padło, może dlatego, że nikt mu nie powiedział, że ludzie zwykli dzielić się ze sobą takimi informacjami, zresztą – nie wyobrażał sobie, żeby coś takiego było w stanie przejść mu przez gardło, ani tamtego dnia, ani kiedykolwiek. Chociaż by się do tego nie przyznał, zdarzało się, że ogarniał go irracjonalny strach przed tym, że wargi Bena mogłyby ułożyć się w ten szyderczy uśmiech, którym czasami obdarowywał innych; że to wszystko okazałoby się skomplikowanym i złożonym żartem, na który tylko on sam się nabrał. Obawiał się zresztą wielu rzeczy – o wiele więcej, niż można by się po nim spodziewać, biorąc pod uwagę, jak bardzo wysoko była podniesiona jego głowa, gdy pewnym siebie krokiem przemierzał szkolne korytarze – i strach przed ojcowskim gniewem wbrew pozorom nie zajmował na tej liście pozycji czołowej. Gdyby tylko istniał cień nadziei, że wypalenie jego podobizny z rodowego drzewa genealogicznego było najgorszą konsekwencją młodzieńczej pogoni za marzeniami, pozwoliłby wepchnąć sobie do kominka obie ręce kolejny, i kolejny raz, bo uczucie palonego ciała było znacznie mniej bolesne, niż wizja utraty jego. Ale Percival znał nestora rodu wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że zamiana tylko jednego życia w piekło nigdy by mu nie wystarczyła. A tego ryzyka nie miał zamiaru podjąć.
Nie odzywał się jednak jeszcze przez dłuższą chwilę, samolubnie ciesząc się z bliskości Benjamina; zamknięty w szczelnej obręczy, złożonej z kamiennego gzymsu i jego ciała, prawie był w stanie zapomnieć o krążącej w jego żyłach goryczy. Uczucie niezniszczalności, które ogarniało go w jego towarzystwie, nie wyparowało jeszcze zupełnie; jakaś jego część nadal trzymała się resztek przekonania, że razem mogli wszystko, tego samego, które wyganiało z jego głowy lęk przed szlabanami, gdy tak często dawał się namówić na łamanie szkolnego regulaminu, i które namawiało go do snucia niewykonalnych planów o dalekich podróżach. Dałby wiele, żeby je przy sobie zatrzymać, ale nie mógł; radosne krzyki za oknem przypominały mu boleśnie, że ich hogwardzki azyl już niedługo przestanie ich chronić, i że obiecana wolność nie była już wcale ani obiecaną, ani wolnością.
Niczego im nie wyślę – powiedział w końcu, tym samym pustym i pozbawionym emocji głosem, którego do tej pory nie zdarzyło mu się chyba użyć w stosunku do Benjamina. Z przerażeniem zauważył, że chciało mu się płakać – i z dwojga złego wybrał obojętność, bo nic poza tymi dwiema emocjami nie wchodziło w grę. Chciał przekazać mu wszystko bez słów, ponieważ słowa wydawały mu się paskudne i niewłaściwe, ale nie potrafił – tak samo jak nie potrafił powstrzymać się przed odwróceniem wzroku, nawet pomimo faktu, że jego twarz znajdowała się zaraz przy jego własnej. Gest godny tchórza, ale podejrzewał, że inaczej nie byłby w stanie powiedzieć niczego więcej, że odwołałby wszystko i po prostu znów go pocałował, oddalając nieuniknione jeszcze odrobinę dalej.
Zamilkł na kolejnych kilka sekund, pozwalając, by puste sylaby wybrzmiały w ciepłym powietrzu, nie pozostawiając wątpliwości, co do ich pełnego, prawdziwego znaczenia. Dopiero później odważył się spojrzeć Benjaminowi w twarz ponownie. – Zostaję w Londynie – dodał, jakby sytuacja faktycznie wymagała wyjaśnienia, starając się, żeby zabrzmiało to pewnie i ostatecznie – prawie jak jego własna decyzja. Sensowna. Taka, którą podjął samodzielnie, bo chciał.
Uśmiechnął się, uśmiechem tak bardzo pozbawionym wesołości, że przypominał bardziej grymas bólu.
Ale zrobię miejsce na ścianie na twoje zdjęcia. Tylko podpisuj kraje – powiedział jeszcze, mając wrażenie, że z każdym słowem wykrwawia się do wewnątrz. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej czuł się tak słaby i nieszczęśliwy. A na pewno nie miało miejsca w Hogwarcie. Na pewno nie miało to miejsca, odkąd jego przyjacielem został Benjamin Wright.
Wzruszył ramionami, ale nie odezwał się już więcej, mimo że niewypowiedziane słowa nieprzyjemnie drażniły wnętrze jego ust.
Kocham cię. Przepraszam. Proszę, zrozum.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: hogwart, 1943 [odnośnik]10.12.15 18:37
Ciepłe usta Percivala potrafiły zawrócić mu w głowie intensywniej od kremowego piwa (a właściwie jego złudnego oddziaływania na podatną na sugestię dorosłości psychikę nastolatka) i rozgrzać szybciej od szaleńczej rozgrzewki przed wskoczeniem na miotłę. Nigdy wcześniej nie czuł się tak rozedrgany a wzrastająca podatność na karuzelę emocji także stanowiła absolutną nowość w prywatnym wszechświecie Wrighta, który wcześniej podchodził do życia bez większych oczekiwań oraz z wyciszonym głosem narratora. Teraz didaskalia jego świata deklamowane były wyraźnym, nieco aroganckim tonem Notta, zawsze krążącym gdzieś w tyle jego umysłu. I nie tylko, zawładnął przecież całym benjaminowym jestestwem. To z myślą o nim wstawał rano z łóżka, próbując okiełznać rozczochrane, czarne włosy, układające się podczas deszczowych dni w żenujące loki, genetyczne przekleństwo rodu Lestrange. To dla niego zmienił swoje ulubione miejsce przy stole Gryffindoru w Wielkiej Sali tak, by mógł zerkać ponad głowami tłumu na siedzącego Ślizgona. To jemu poświęcał cały swój wolny czas, zawsze przedkładając urywane spotkania z Nottem nad nawet najwspanialsze bankieciki gryfońskiej wspólnoty. To jego smukłej sylwetki szukał, gdy opadał na grząską ziemię po zwycięskim meczu, niecierpliwie pragnąc wyczytania ze spojrzenia rywala dumy. I - w końcu, po miesiącach nierozsądnego szczęścia, obezwładniającego go swoim ogromem - to z nim planował swoje dorosłe życie, w zamierzeniu będące radosną kontynuacją tych kradzionych chwil, jakie razem przeżywali. Cała atmosfera tajemnicy i ukrywania się miała swój specyficzny urok, odmalowujący ich relację w kolorach powieści awanturniczo-łotrzykowskiej, ale na dłuższą metę bywała niezwykle męcząca. Właściwie tylko w łaskawych czterech ścianach Pokoju Życzeń mogli być naprawdę sobą. Poza nimi - o paradoksie znikającego pomieszczenia! - nie mieli prawa istnieć. Dzieliło ich praktycznie wszystko, od głupiej międzydomowej rywalizacji do podniosłych traktatów moralnych, z góry skazujących na nienawistną banicję. Nie, żeby w jakikolwiek sposób to Jaimie'go martwiło - szedł przez życie pewnie, zdecydowanie, nie wahając się ani nie cierpiąc. W dzieciństwie nie spotkała go żadna trauma, miał kochających rodziców, wystarczającą ilość galeonów, by móc związać dziecięcy koniec z końcem (chociaż raczej wpisywał się w niską klasę średnią niż magicznych nowobogackich) oraz bardzo jasny pogląd na świat, który w czekoladowych oczach Bena zasługiwał na miano miejsca dobrego, ciepłego, otwartego i cierpliwie czekającego na podbicie przez młodych podróżników. Sztywne granice musiały istnieć, by główny bohater mógł je przekraczać (i przy okazji rozwijać siłę charakteru) a źli ludzie, by dobro mogło ich zwyciężyć, opromieniając sielankę baśni dodatkowym blaskiem triumfu. Tak, Wright w całej swojej stuprocentowej męskości patrzył na życie przez okulary dziecięcej (żeby nie napisać dziewczęcej) naiwności, kierując się bardzo prostymi zasadami moralnymi, w gruncie rzeczy ograniczającymi się do dwóch wytycznych. Nie krzywdzić innych oraz robić wszystko, by samemu być jak najczęściej szczęśliwym.
Tak właśnie robił, wygłodniale sięgając po bliskość Percivala, w ogóle nie bacząc na ewentualne konsekwencje, na które nie było miejsca w jego świecie. W swoim niefrasobliwym zaślepieniu po prostu usuwał z pięknego obrazka niepasujące elementy, arogancko sądząc, że jeśli znikną one z zasięgu wzroku to rozpłyną się także w nierzeczywistym horyzoncie zdarzeń. Ciągle kultywował dziecięcą naleciałość zamykania oczu przed potworami, tylko podkręconą dotychczasową hogwarcką ucieczką przed rzeczywistością. Biegał przecież korytarzami i wspinał się po zmieniających położenie schodach po omacku, szukających w tłumie tylko jednej twarzy. Bez problemu akceptował ten narastający, cnotliwy dystans, jaki prezentowali na oficjalnych okazjach szkolnej codzienności, wiedząc, że to separacja tymczasowa, że z każdym dniem przybliżają się do absolutnej wolności, tak niedostępnej dla zapatrzonych w nudne życie rówieśników. Śmiałe marzenia, snute przez dzieci, potem chłopców a w końcu młodych mężczyzn, zamieniły się w odważne plany, scalające ich dwójkę jeszcze silniej. Nic już nie mogło przeszkodzić im w podróżach, w niebezpiecznych przygodach i – co najważniejsze a co najrzadziej ubierane w słowa – celebrowaniu ekstatycznej bliskości, zerwanej z kajdan podziałów, które zsuwały się z ich nadgarstków tylko w tym pomieszczeniu.
Bez kłamstw, bez zasad, bez masek, dlatego też słowa, jakie wypowiedział obojętnym tonem Percival, tak precyzyjnie dotarły do umysłu Benjamina, nawet przez sekundę nie zostając uznanymi za głupi żart. Taką zabawną historią mógł poczęstować go na korytarzu, na błoniach, ba, nawet na boisku od Qudditcha, ale tutaj, w ich miejscu, jedynym, jakie mieli wyłącznie dla siebie, durne dowcipy nigdy nie wybrzmiałyby w taki sposób. Jednocześnie ostry i zblazowany, chłodny, obcy, jakby wypowiadały je usta kogoś obcego, kogoś, kogo przed chwilą nie całował, znacząc językiem każdy z ostrych zębów. Te trzy krótkie słowa, poprzedzone właściwie niesłyszalną goryczą, odbijały się w głowie Benjamina nieznośnie powoli, przy każdym kontakcie z brzegiem czaszki wywołując wibrację czystego szoku, rezonującego na całe ciało. Dłonie zaciśnięte na gzymsie zadrżały a uśmiechnięta twarz Wrighta stężała w ciągu zaledwie ułamka sekundy, zmieniając ciepłe, matowe spojrzenie czekoladowych oczu na błysk niemiłego zaskoczenia. Gorszego niż przy spadaniu z miotły, kiedy żywioł, któremu oddał całe swoje serce, okazywał się zdradziecki.
- Co… - wydusił z siebie w końcu w tym absolutnym szoku, odpychając się od gzymsu i robiąc krok do tyłu. Nigdy nie sądził, że będzie czuł ból serca, ale w momencie, w którym Percival odwrócił tchórzliwie wzrok – co tylko stuprocentowo potwierdziło, że nie był to straszny żart – pulsowanie pod mostkiem zmieniło się w ostry dyskomfort, wprowadzający ciało Benjamina w stan bliski panice. Cała radość, nagromadzająca się od wielu miesięcy, w jednym momencie zniknęła, pozostawiając po sobie krwawiącą pustkę. Niemożliwą w pierwszej chwili do opanowania, co wywołało cały festiwal wstydliwych gestów. Nawet nie zauważał, kiedy w nerwowym, przedmeczowym geście boleśnie wykręcał sobie prawy nadgarstek, kiedy zaczął mrugać z niepokojącą częstotliwością i kiedy prawy kącik jego ust wygiął się dziwnie, żałośnie, rozpaczliwie, na długą chwilę obnażając wszelkie emocje, jakie nagle się pojawiły. O ile opierający się o kominek Percival wydawał się kamiennym, obojętnym posągiem, to stojący pięć kroków od niego Ben nie mógł bardziej przypominać przejętego chłopca. Odtrąconego, przestraszonego, jeszcze zbyt zdezorientowanego, by się rozpłakać, ale zdecydowanie zmierzającego ku tej katastrofie. Tylko głęboki, świszczący wdech uratował go przed całkowitym poddaniem się histerycznemu przerażeniu. Nie odwrócił jednak wzroku, wpatrując się w twarz Notta z niedowierzaniem i rozpaczą, jakiej nawet nie próbował już ukrywać. - Dlaczego? – wychrypiał więcej niż urwaną głoskę, dalej pocierając przedramię niemalże do krwi, jakby ten fizyczny ból mógł odwrócić jego uwagę od tego gorszego, psychicznego, nieśpiesznie rozrastającego się trującym bluszczem po jego płucach, utrudniając oddychanie. Jeszcze nie próbował rozumieć, nie łączył faktów, nie myślał o tej nagłej, zaskakującej zmianie, po prostu musząc poznać powód tej tragedii w jednym niepełnym akcie, jaka właśnie rozgrywała się z jego biernym udziałem


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
hogwart, 1943 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: hogwart, 1943 [odnośnik]12.12.15 1:06
Dlaczego.
To jedno, krótkie, pozornie niewinne słowo wwierciło się w jego czaszkę z siłą najpaskudniejszego zaklęcia, odbijając się wściekle w jej wnętrzu i na kilkanaście sekund czyniąc go całkowicie niezdolnym do panowania nad własnymi emocjami. Żałował, że nie zamknął oczu; żałował, że zdążył zauważyć wyraz twarzy Benjamina, bo wiedział już, że nigdy nie zdoła wyrzucić z pamięci tej przerażającej mieszanki bezsilności, rozczarowania i rozpaczy?, która co prawda znajdowała idealne wręcz odzwierciedlenie w nim samym, ale jednocześnie skutecznie rozłupywała jego z trudem poskładaną pewność siebie na drobne kawałki. Szumne postanowienia i twarde decyzje, które tak łatwo podejmowało się w ciszy samotnego pokoju życzeń, widowiskowo leciały na łeb na szyję, kiedy tysiące niespodziewanych bodźców zaatakowało jednocześnie, odbijając się od postawionej w umyśle bariery śmiercionośną salwą, rysując ją i naznaczając siatką pęknięć.
Wolałby, żeby był wściekły. Wolałby, żeby wyzywał go od kłamców, żeby złamał mu szczękę, wyładował na nim tę złość, która przecież musiała gdzieś tam w nim siedzieć, skoro samego Percivala od kilku dni rozrywała od środka. Z prostymi emocjami, z przemocą fizyczną, z wyraźnie wykrzyczanymi oskarżeniami potrafiłby sobie poradzić. Nie byłyby dla niego nowością, więc bez problemu by się przed nimi obronił, wywołując w sobie te same niszczycielskie, negatywne emocje. Owszem, po jakimś czasie – godzinie, dwóch, połowie dnia – zostałby wreszcie z niczym, przygnieciony jedynie odpowiedzialnością i wyrzutami sumienia, ale przynajmniej przeżyłby jakoś tę najgorszą chwilę, ten moment, który spędzał mu sen z powiek przez ostatnie noce.
Dla-czego.
Nie odpowiedział. Nie od razu, bo każdy jeden dźwięk tego ośmioliterowego słowa wytrącił go z równowagi; nie, bo przez dobrą minutę nie był w stanie myśleć o niczym poza spazmatycznym drgnięciem kącika ust (oddałby wszystko, żeby móc je bezkarnie pocałować), bo nagła pustka, jaką poczuł wokół siebie, gdy Benjamin cofnął się o krok, odebrała mu oddech, zupełnie jakby zabrał życiodajny tlen razem ze sobą. Mógłby przysiąc, że czas zatrzymał się razem z biciem jego serca, ale nie – nadal słyszał wesołe nawoływania zza okna, ktoś na błoniach nadal się śmiał, beztrosko, głośno, perliście. Miał ochotę mu zawtórować, parsknąć wariacko, gorzko; śmiechem, który płynnie przeszedłby w urywany płacz, bo gardło wciąż miał boleśnie wręcz ściśnięte. Nienawidził samego siebie za tę słabość, a częściowo nienawidził też Wrighta, za to, że wywoływał w nim tę pierdoloną huśtawkę uczuć, która robiła z niego rozhisteryzowanego, rozchwianego emocjonalnie paniczyka – zwłaszcza teraz, gdy tak bardzo potrzebował opanowania i obojętności.
Wciągnął powietrze do płuc bezgłośnie i bardzo powoli, jakby się bał poruszenia naelektryzowanej bólem przestrzeni, albo jakby podejrzewał, że jakikolwiek gest spowoduje pękniecie postawionych ostatkami sił barykad, a on padnie na kolana i zacznie błagać o przebaczenie. Oparł się bezsilnie o kominkowy gzyms, pozwalając sobie na jeszcze kilka sekund słabości. Podniósł ręce, odchylając głowę do tyłu i chowając twarz w dłoniach, zupełnie jakby modlił się do nieistniejącego bóstwa o cierpliwość i wytrwałość. Dryfował, wszystkie jego skomplikowane plany spaliły na panewce, a on nie miał już pojęcia, czego powinien się uchwycić. Ostatecznie złapał się więc tego szczątkowego, sztucznie wytworzonego gniewu i skupił się na skierowaniu go bezlitośnie w stronę Wrighta, bo nie mógł – pod żadnym pozorem nie mógł – pozwolić mu na rozpadnięcie się przed nim na kawałki. Jego katastrofa oznaczałaby jednocześnie katastrofę samego Percivala, bo nawet najgłębiej drzemiące pokłady szlacheckiej buty i arogancji nie byłyby w stanie przebić się przez niszczącą go od środka świadomość, że celowo i z premedytacją ranił jedyną osobę, którą kiedykolwiek szczerze i bezwarunkowo kochał.
D l a c z e g o.
Odsunął dłonie od twarzy, splatając je na klatce piersiowej, częściowo po to, żeby nie drżały, częściowo w jakimś obronnym, chłodnym geście, mającym pomóc mu w utrzymaniu nowej maski, jaką z trudem przybierał, myślami cofając się do spędzonych w rodzinnej rezydencji świąt i uczepiając się towarzyszących im emocji jak ostatniej deski ratunku. Spojrzał na Benjamina ponownie, z jakąś masochistyczną fascynacją obserwując, jak budowane przez siedem lat zaufanie w ciągu ułamków sekund rozpadało się w drzazgi. Było coś niezwykłego w samym procesie niszczenia, coś, co zdawało się oddziaływać nie tylko na ścieraną w proch relację, ale też początkowało powolną autodestrukcję. Rozejrzał się, obejmując wzrokiem tak doskonale znajome pomieszczenie, które z rozmysłem wybrał na miejsce tego tragicznego sądu ostatecznego, bo wiedział, że w ten sposób na zawsze zbezcześci ich świątynię, sprawiając, że nie będą mieli dokąd wracać. Potrzebował tego, potrzebował upewnienia się, że za kilka dni nie zmieni zdania, że nie będzie próbował żałośnie poskładać ich w całość. I nie chciał, żeby te bezsensowne próby podejmował również Ben.
Za oknem znowu ktoś krzyknął, przywracając Percivalowi poczucie rzeczywistości. Może właśnie dlatego prostokątna wyrwa w ścianie stała się nagle elementem wyposażenia, niwelując panującą tu zazwyczaj iluzję odosobnienia i odgrodzenia od całej reszty świata. Może podświadomie wiedział, że będzie tego potrzebował, tak samo jak potrzebował jasnoróżowych śladów na przedramionach, swędzących nieprzyjemnie, ale paradoksalnie pomagających mu utrzymać przyjęty kurs. Jego wzrok ponownie nabrał jakiejś lodowatej pewności, powracając finalnie do stojącego przed nim chłopaka. Rysy twarzy ustabilizowały się do częściowo opanowanej formy, chociaż całe ciało pozostawało boleśnie spięte. – Mam zobowiązania względem rodziny. Nie oczekuję, że zrozumiesz – powiedział wreszcie, bardziej wypluwając następujące po sobie sylaby, niż umyślnie składając je w sensowne zdanie. Sam nie rozpoznał zresztą w tych słowach siebie i gdyby nie widział nieruchomych warg Benjamina, i nie był pewien, że byli w pomieszczeniu sami, pomyślałby, że wypowiedział je ktoś inny. Jego dłonie zacisnęły się w pięści, krótko obcięte paznokcie wbiły się w stwardniałą od Quidditcha skórę po wewnętrznej stronie; tępy ból był jedyną formą przełożenia na działanie wzrastającej szaleńczo autonienawiści, na jaką mógł sobie pozwolić, chociaż jednocześnie błagał w myślach Jaimiego, żeby nie kupił tej szytej grubymi nićmi wymówki, którą próbował mu sprzedać. Nigdy by nie podejrzewał, że walka z samym sobą była aż tak trudna i wyniszczająca, i prawdę mówiąc nie miał pojęcia, jak długo był w stanie jeszcze wytrzymać, zwłaszcza, że wycofanie się nie było już możliwą opcją; wbił mu nóż w plecy wraz z pierwszymi słowami, teraz pozostawało mu więc tylko przekręcić rękojeść.
- Po prostu odpuść, Wright – rzucił, mając wrażenie, że tymi czterema wyrazami wykopał sobie spod nóg podtrzymujący go stołek, jednocześnie zaciskając na szyi samodzielnie spleciony sznur. Urwane pytanie nie opuściło jednak jego głowy, nadal obijając się o nią boleśnie, z tym że teraz nie było wypowiadane głosem Benjamina, a jego własnym, zdesperowanym i nieprzefiltrowanym przez fałszywą obojętność.
Dlaczego, Nott. Dlaczego.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: hogwart, 1943 [odnośnik]13.12.15 12:47
Rozpadający się na kawałki świat wcale nie był zachwycającym widowiskiem. Trąby jerychońskie brzmiały raczej żałośnie, wygrywając zbyt wysokimi dźwiękami jakąś parodię przyśpiewki, zagrzewającej niegdyś Gryfonów do zaciętej walki na boisku. Gwiazdy błyszczały matowym, odbitym blaskiem, bardziej przypominając szare iskry, ulatujące z różdżki po nieudanym zaklęciu, niż groźne astronomiczne olbrzymy, spadające z nieboskłonu. Ziemia usypywała się spod stóp miałkim piaseczkiem a nie wielkimi kawałami gruntu, poniżej zaś, pod tą właściwie żenująco wąską wyrwą w jestestwie, nie kotłowała się gorąca jawa a całkowita pustka. Nicość. Brak.
Dziwne, że odczuł go tak szybko, że wystarczyła dosłownie chwila - sprawdzanie zegarka było w tym momencie ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę, ale mógł przysiąc, że odkąd oderwał swoje usta od ust Percivala, minęła dosłownie minuta - by poukładany, radosny świat baśni o dwóch odważnych mężczyznach, wkraczających z podekscytowaniem w dorosłe życie, rozsypał się na jego oczach na kawałki. Mało dramatycznie, nie mógł więc nawet dłużej trzymać się tej rozpaczy, powoli wirującej w każdej tkance jego ciała. Bolało go serce, bolały go żebra, bolał go kark, bolały go dłonie, bolały go nawet gałki oczne, nagle piekące, jakby zamiast łez miały posypać się z nich diamenciki, jakoś wynagradzające mu te wszystkie cierpienia. Ciało, zawsze posłuszne, wysportowane, zadbane, gloryfikowane; ciało będące narzędziem ciężkiej pracy i płótnem ekstatycznej przyjemności, teraz go po prostu zawodziło. Pierwszy raz bezsilność przejęła kontrolę nad całym układem nerwowym, próbując znanymi gestami uspokoić galopujące serce. Paznokcie orały skórę niemalże przypadkowo, wygięte usta ciążyły ku ziemi a wszystkie mięśnie twarzy spięły się w wyrazie skrajnie żałosnym, niemęskim, najbardziej wstydliwym na świecie. Mógł zostać w tych emocjach, dać im się pochłonąć, zalać przez łzy i krew, rozsadzającą mu żyły niewerbalnym sprzeciwem - tak nie mógł się czuć, tak nie mogło się to skończyć, nie mógł mu tego zrobić - albo zrobić krok w kierunku otwierającej się gdzieś pod jego nogami przepaści kompletnej pustki. Obydwie opcje były równie przerażające, chwiał się więc na tej krawędzi bezrozumnie, jeszcze histerycznie próbując przekonać się, że da się coś zrobić, że wystarczy głupkowaty żart albo poklepanie go po ramieniu, by posklejać potłuczoną pewność, ale...Percival zdecydował za niego.
Moment, w którym ukrył twarz w dłoniach, znów uciekając od jego widoku, popchnął Benjamina naprzód, ratując go od zupełnego rozpadu. Tamten świat, pełen przygód i paradoksalnego poczucia bezpieczeństwa, runął bezpowrotnie; Wright uratował się przed pogrzebaniem żywcem tylko dzięki instynktownej decyzji, by dać pochłonąć się emocjonalnej nicości, która spłynęła na niego w momencie, w którym Percy odchylał głowę do tyłu, skrywając za tragiczną maską z palców swoje oczy i usta. Nie chce na mnie patrzeć. Brzydzi się mnie. Widzi, że sprawił mi ból, jest mną zażenowany, myśli, że jestem żałosny.
Coś kliknęło w umyśle Benjamina, coś zabolało go jeszcze mocniej - w pierwszej nanosekundzie zdziwił się, że to w ogóle możliwe - jednak po tym krótkim spięciu cierpienia przyszła obojętność. Pozorna, spływająca po jego ciele jak jakaś przerażająca maska zlodowacenia. Najpierw rozprostowało się czoło, oczy przestały błyszczeć a usta drżeć; wyprostował szyję, rozluźnił ramiona, ręce opadły luźno po obu stronach już niezgarbionego ciała, tak, że gdy Percival otworzył oczy i kolejnymi gestami prowokował histeryczną rozpacz, ta nie była już widoczna. Wright umierał wewnętrznie, na zewnątrz pozostając kimś wyrozumiałym a przez tą uśmiechniętą wyrozumiałość kimś obcym. Dalekim. Chorym. Przecież durne słowa Percy'ego powinny wywołać u niego szczerą kpinę, powinien przypomnieć mu te długie rozmowy, gdy ministerialne perspektywy rozciągające się dla Notta po opuszczeniu szkoły, wywoływały u nich salwę śmiechu; powinien przemówić mu do rozsądku, przypomnieć, potrząsnąć nim, by zrozumiał, że popełnia niewybaczalny błąd, jednak każda z tych rozsądnych aktywności rozpadła się razem z przeszłością, teraz stanowiąc tylko irytujący obłok pyłu, dalej (mimo wszystko) drażniący oczy. Dlatego mrugał zbyt szybko. Tylko dlatego, wcale przecież nie poruszyły go kolejne zgłoski, które padły z ust stojącego naprzeciwko chłopaka, odrzucające go jeszcze bardziej. Dłonie, zaplecione twardo na piersi, odgradzając się od Benjamina; obojętna twarz, chłodny błysk w oczach, ton tak ślizgoński, że od razu usłyszał sarkastyczny śmiech szlacheckiej gromadki najgorszych żmii tego znienawidzonego domu. Czy to dla nich go zostawiał? A jeśli nie dla nich, to dla kogo? Czy był ktoś jeszcze? Czy rodzinne zobowiązania były tylko przykrywką? Czy naprawdę bardziej cenił rodową fortunę? Czy się w kimś zakochał? Czy zaraz po ślubie weźmie huczny ślub z wątłą, szlachecką narzeczoną? Te i inne pytania narastały w jego głowie jakąś chorobliwą tkanką, przez dłuższą chwilę uniemożliwiając mu jakąkolwiek odpowiedź. Pokiwał tylko głową z tym samym przerażającym zrozumieniem, jakie emanowało z całej jego postawy, magicznie przetransmutowanej z rzeźby zrozpaczonego chłopca, którą Percival mógł sadystycznie podziwiać przed chwilą. Widział przecież jego spojrzenie i każda sekunda wytrzymania tego wzroku z lekkim uśmiechem przyklejonym na twarzy, była najgorszą torturą. Wolałby mieć połamane wszystkie kości i wypić hektolitry Szkiele-Wzro, wolałby wylać na siebie Wywar Żywej Śmierci, wolałby przeżyć seans Crucio – wtedy chociaż mógłby uznać się za bohatera, wtedy mógłby cierpieć za coś. Teraz Percy rozdarł mu wnętrzności tępym, zardzewiałym nożem i Benjamin nie miał pojęcia dlaczego, a potencjalne odpowiedzi, jakie roiły się w jego głowie, sprawiały mu tylko większy ból. Tak obezwładniający, że po prostu się poddał, posłusznie przyjmując jego ostatnie zdanie do wiadomości. Odpuścił. Nie walczył. Bo po co? Bo o co? Bo o kogo? I z kim? Z Percivalem? Miał wymusić na nim zmianę decyzji? Błagać go o jej zmianę? Zaszantażować?  Nie, tak naprawdę nie mógł zrobić nic. Bezsilność groteskowo wypełniała pulsującą pustkę a Ben po prostu stał na wprost osoby, którą kochał – tylko to uczucie nie zniknęło, chociaż z całych sił pragnął, by także runęło w przepaść obojętności – i kiwał głową z frustrującym zrozumieniem.
- Tak, jasne. Oczywiście, rozumiem – powiedział w końcu powoli a głos zadrżał mu tylko przy pierwszym słowie, które paliło żywym ogniem. Ból, który rozdzierał go na coraz mniejsze kawałeczki, postępował, zachowując jednak jakąś część prawdziwego Benjamina, histerycznie objawiającego się w ostatnich sekundach, kiedy robił krok do przodu a jego uśmiech z sympatycznego stał się znów grymasem żalu. Nie wiedział, czy Percival zdołał wychwycić tą żałosną, finalną zmianę – podejrzewał, że nie, że pięść, jaką zamachnął się z całej siły, uderzając go z pałkarską mocą w szczękę, zdekoncentrowała go na tyle, by w końcu przestał na niego patrzeć. I by poczuł chociaż odrobinę bólu, jaki mu sprawił. Trzask pękającej kości nie przyniósł jednak Benjaminowi ulgi, wręcz przeciwnie, czekoladowe oczy znowu zaszkliły się niebezpiecznie, dlatego nie ponowił ciosu, po prostu odwracając się na pięcie. Praktycznie nie zauważając niezdrowego odrętwienia prawej dłoni ani tego, że Pokój Życzeń także zaczął rozpadać się powoli; znikały szafy, znikały mapy, znikały atlasy magicznych zwierząt, znikały miotły, ale Ben nie odwrócił się ani razu a kiedy na dobre – i na zawsze – opuścił miejsce, które kochał i w którym był szczęśliwy, wiedział, że właśnie zostawił za sobą kogoś najważniejszego. Należącego już do bezpowrotnej przeszłości.

zt : C


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
hogwart, 1943 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
hogwart, 1943
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach