Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Dolina Glendalough
AutorWiadomość
Dolina Glendalough [odnośnik]22.04.16 14:57
First topic message reminder :

Glendalough

Glendalough to malownicza dolina położona w irlandzkich górach Wicklow. U ich podnóży rozpościerają się dwa jeziora: Upper Lake i Lower Lake, nad którymi często zawisa gęsta mgła, czyniąc tutejsze widoki wręcz mistycznymi. Jednak nie tylko to ma wpływ na panujący tu niezwykły, baśniowy nastrój; pomimo pięknych krajobrazów, z jakiegoś powodu dolina nie jest zbyt często odwiedzana przez mugolskich turystów. Być może to miejsce budzi w nich niepokój, w końcu ptaki w koronach drzew ćwierkają z dziwnym przejęciem, a na powierzchni jeziora znikąd pojawiają się rozległe kręgi. Mówi się, że Upper Lake zostało zamieszkałe przez druzgotki oraz trytony, które są wyjątkowo nieskore do kontaktów z czarodziejami. Z tego właśnie powodu niezalecane są kąpiele w tych czarujących, choć wybitnie niebezpiecznych wodach.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 30.12.17 21:14, w całości zmieniany 2 razy
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Dolina Glendalough - Page 29 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Dolina Glendalough [odnośnik]16.03.21 13:40
The member 'Amelia Moore' has done the following action : Rzut kością


'k10' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Dolina Glendalough - Page 29 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Dolina Glendalough [odnośnik]03.04.21 21:47
Wysoki, dziecięcy pisk wdarł się do jego uszu, niosąc się wyżej nawet niż świst wiatru; gdyby nie podekscytowane okrzyki chwilę wcześniej, mógłby wziąć go za przerażenie – ale echo śmiechu wciąż jeszcze dźwięczało mu w pamięci, sprawiając, że nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu. Przyciągnął Amelię mocniej do siebie, na moment raz jeszcze obniżając lot; czubki butów zanurzając płytko pod taflę jeziora, żeby wzniecić w górę dwie fontanny drobnych kropel, mieniących się dookoła nich w świetle słabego, jesiennego słońca. Za parę chwil miał zapewne tego pożałować, gdy tylko wylądują na trawie, a on zorientuje się, że skarpetki przemokły mu do cna, ale póki co o tym nie myślał – skupiając się głównie na błyszczących radośnie oczach córki.
Starał się wylądować jak najbardziej miękko, raz po raz przypominając sobie, że nie ścigał się do upadłego z Josephem, a miał ze sobą młodą pasażerkę – nawet jeśli niezwykle odważną; zaśmiał się, otaczając ją ramieniem, gdy oplotła mu szyję drobnymi rączkami. – P-p-podobało ci się? – zapytał, czując w klatce piersiowej i gardle jakiś trudny do opisania uścisk wzruszenia, który czasami nawiedzał go w jej obecności. Zamrugał szybko powiekami, starając się odpędzić od siebie chwilowe uczucie słabości, podszyte troską i czułością, od których czasami kręciło mu się w głowie. Czasem go to przerażało – że dowiedział się o jej istnieniu właściwie na skutek zbiegu tragicznych okoliczności, i że istniała wersja rzeczywistości, w której nigdy jej nie poznał. Odstawił ją ostrożnie na trawę, po drodze składając przelotny pocałunek na czubku jej głowy. – Tylko magiczne miotły tak p-p-potrafią – odpowiedział, chwytając przy tym wspomnianą miotłę i przykucając jeszcze przy dziewczynce. Nie potrafił pozbyć się wrażenia, że od ostatniego roku urosła przynajmniej o pół głowy. – Ta jest dla ciebie za duża, ale możemy pop-p-prosić ciocię Hannah, żeby zrobiła mniejszą. Chciałabyś? Moglibyśmy p-p-pouczyć się latać w Oazie – zapytał, przyglądając się zarumienionej od lotu twarzyczce. Amelia wkrótce kończyła siedem lat; niektóre dzieciaki w wiosce w jej wieku już dosiadały dziecięcych miotełek, wydawało mu się więc, że powinna sobie z nimi poradzić. Mógłby zabrać ją na żabie mokradło, gdzie ziemia była miękka, a upadki – bezpieczne. – Nad różdżką jeszcze p-p-pomyślimy – dodał po chwili, nie chcąc składać obietnic bez pokrycia; nie mógł pozwolić, żeby biegała po wyspie z prawdziwą – nie potrafiła panować nad własną magią, jej wybuchy zdarzały się przypadkowo i chociaż zazwyczaj nie czyniły szkód, wolał nie kusić losu – ale być może byłby w stanie wystrugać dla niej coś, co różdżkę przypominało; dziecięca wyobraźnia nie znała w końcu granic.
Wyciągnął w jej stronę rękę, żeby złapać ją za dłoń, ale wtedy Amelia zakręciła się dookoła własnej osi, po czym straciła równowagę, lądując na trawie. Nie zdążył dotrzeć na niej na czas, żeby uchronić ją przed upadkiem, ale wyglądało na to, że nic jej się nie stało; pomógł jej wstać, delikatnie otrzepując sukienkę z drobinek ziemi. – Chyba t-t-trochę bardziej niż trochę, co? – zapytał, tym razem już upewniając się, że trzymał ją pewnie – zanim ruszył ścieżką, która miała zaprowadzić ich między drzewa. – Lunaballe – powtórzył cierpliwie, zerkając na nią i uśmiechając się szeroko. – To takie małe st-t-tworzonka, mają szaro-białą sierść, długą szyję i wielkie oczy na czubku g-g-głowy. Wychodzą z norek w pełnię księżyca i tańczą w t-t-trawie – wyjaśnił. Nie spodziewał się, by mieli spotkać je dzisiaj – nie mogli zostać do nocy – chociaż podobno czasami wystawiały nosy z zarośli również w ciągu dnia.
Spojrzał na nią znów, gdy podskoczyła wysoko, dopiero teraz dostrzegając wiszące luźno sznurowadło. – Oho, chyba jakieś niesforne sznurówki uciekły z p-p-pętelki. Zaczekaj – powiedział, zatrzymując się i jednocześnie powstrzymując Amelkę przed pomknięciem dalej. Przykucnął przy niej, schylając się, żeby wprawnym ruchem związać ze sobą dwa luźne końce sznurowadła. – No. Teraz p-p-powinno siętrzymać – chciał powiedzieć, ale ostatnie słowo zamarło mu na ustach, bo gdy podniósł spojrzenie znad dziecięcych bucików, ponad ramieniem córki zobaczył .
Chude, posiniaczone i poznaczone krwawymi wybroczynami nogi i ramiona, więzienny strój, wilgotny od porannej rosy; czarne włosy rzadko porastające zbyt bladą czaszkę, jasne oczy otwarte szeroko i wpatrzone w niebo; pojedyncze chmury odbijające się mgliście w zmatowiałych tęczówkach, nienaturalnie naciągnięta na kościach policzkowych skóra, zapadnięta twarz, zbyt młoda, nieruchoma, lodowata; martwa. Ciało kilkuletniej więźniarki leżało w wysokiej trawie zaledwie parę metrów od niego, od nich; dokładnie takie, jak je zapamiętał, porzucone, pozostawione samo sobie. Serce zabiło mu niespokojnie, zamrugał szybko powiekami, tuż za mostkiem czując nagłe ukłucie roznoszącej się po krwioobiegu paniki; skąd się tu wzięła? Dlaczego tutaj, dlaczego teraz? Przełknął powoli ślinę, przerażony perspektywą, że gdy tylko Amelia odwróci się przez ramię, również ją zobaczy – dziewczynkę zaledwie w jej wieku, pozbawioną duszy, życia; była zbyt młoda, by patrzeć na coś takiego, zbyt niewinna; jak miałby jej to później wytłumaczyć? Obraz martwego dziecka wracałby do niej w snach i na jawie, tak samo, jak robił to z nim.
Otworzył usta, szukając słów, jakichś, jakichkolwiek, zanim jednak zdążyłby wydać z siebie choćby jeden dźwięk, poczuł nagłą słabość – a z jego nosa pociekło coś gęstego i ciepłego. Przetarł twarz odruchowo, dostrzegając na palcach smugę krwi. – Och – mruknął, szybko przywołując na usta uspokajający uśmiech i sięgając do kieszeni po kraciastą chusteczkę, którą przytknął do nosa. – Chyba mi t-t-tez zakręciło się trochę w głowie od tego lotu. Ale już wszystko w p-p-porządku – powiedział szybko, wciąż starając się brzmieć spokojnie. Nic się nie stało, wszystko było w porządku – powtarzał sobie to w głowie jak mantrę, jakby liczył na to, że jeśli zrobi to wystarczającą ilość razy, to stanie się to prawdą. Wyciągnął drugą rękę do córki, chcąc złapać ją za dłoń – wykorzystując wszystkie pokłady silnej woli, by nie spojrzeć znów w kierunku ciała, choć świadomość, że tam leżało, wydawała mu się prawie namacalna. – Pójdziemy jednak t-t-tamtędy może. Na skróty – zadecydował, wskazując na ścieżkę skręcającą w zupełnie innym kierunku. Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, dokąd prowadziła – ale musiał jakoś ominąć tamto miejsce, zrobić koło. – P-p-pilnuj tych sznurówek – przypomniał jej, głównie po to, by skierować na jej uwagę na cokolwiek poza lasem za ich plecami.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Dolina Glendalough [odnośnik]24.05.21 12:40
Choć jej stópki nie zanurzyły się w jeziorze, to odczuła chłód i kilkanaście kropelek wody na swoich nogach, szczególnie kiedy tata obniżył lot! Wciąż się śmiała i piszczała z radości, nie mogąc uwierzyć w to, że przypadła jej tak ekscytująca wycieczka! I jeszcze tak nisko przelecieli nad jeziorem! Pewnie była cała masa dzieci, które mogły się niemal codziennie cieszyć z takiej przejażdżki… ale dla niej, ta, była wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju! W końcu który rodzic poświęciłby dla niej czas pomiędzy ratowaniem ludzi i pomocą innym!
Żałowała trochę, że lot właśnie się skończył… ale za to mogła skoczyć prosto w ramiona taty i wyściskać go jak nigdy dotychczas! I to w ramach podziękowania! Pokiwała ochoczo głową, kiedy usłyszała pytanie o to czy jej się spodobało. Oczywiście, że tak! Komu by się nie spodobało? Teraz tylko czekała, żeby rozpowiedzieć każdemu o tym gdzie była i jak leciał tata! Wszystkim! Ciociom, wujkom, każdemu! Nawet panu Królikowskiemu!
Tak, tak, tak! – zakrzyczała radośnie. – Było super! – dodała natychmiast, a jej oczy zabłysnęły od pełni dziecięcego entuzjazmu. – Tylko magiczne miotły? – Zapytała rozczarowanym głosem i jakby na chwilę się zasmuciła… ale słysząc dalsze zdania z ust taty, ponownie się uśmiechnęła. Miotełka? Od cioci Hannah? Oczywiście, że chciała! Bardzo! To znaczy… nie powinna chcieć… bo to było niemiłe wyciągać od taty takie podarki! I od cioci! Ale chciała… i to bardzo! Tylko jak miała to zakomunikować tacie, żeby nie wyszło, że myślała tylko o prezentach? Zaczerwieniła się natychmiast, bo nie wiedziała jak wyrazić to, o czym myślała. Nie chciała wyjść na… na… jak się to nazywało? Mater… materializację… nie… materialicj… nie… materialis… nie pamiętała tego słowa, ale miała na myśli to słowo, które babcia kiedyś korzystała, mówiąc o osobach, które myślały tylko o prezentach i rzeczach, i pieniądzach! – Chcia… chciałab… chciałabym – wydusiła z siebie w końcu i spuściła głowę. – Ale tylko jeżeli nie będzie to dużo kosztować! – dodała natychmiast, wciąż nie patrząc tacie w oczy. – I jeżeli ciocia Hania może zrobić taką miotłę…
Ile by dała, żeby nauczyć się latać! W końcu inne dzieci już to robiły! I strasznie się przy tym chwaliły taką umiejętnością! A to strasznie godziło w jej ambicję! Przecież i ona by tak mogła, gdyby ktoś jej pokazał! Albo lepiej! Gdyby mogła być tak dobra w lataniu jak jej tata! Ciekawe czy jej mama tak dobrze latała? – przeszło jej zaraz przez myśl. Pewnie tak! Skoro mama potrafiła leczyć ludzi, to na pewno potrafiła też obsługiwać magiczne miotły!
Dlaaaczeeegooo – odpowiedziała mu żałośnie, kiedy usłyszała, że różdżka musiała jeszcze poczekać. Przecież była już wystarczająco duża! I była odpowiedzialna! Zawsze rano czyściła cały dom! Nie zamierzała robić nic złego! Posiadanie magicznego patyka znacznie ułatwiłoby jej to codzienne zadania domowe! Naburmuszyła się na chwilę… ale natychmiast przywołała się do porządku. Nie chciała, żeby tata strofował ją w trakcie tak miłej przejażdżki.
Trawa w tym wyjątkowo malowniczym miejscu była wyjątkowo mięciutka! Nawet nie przejęła się upadkiem! Złapała dłoń taty i wstała. Nadal nie chciała przyznać się do tego, że zakręciło jej się trochę bardziej w głowie niż to powiedziała.
Troszeczkę! – odpowiedziała więc, umniejszając stopień zakręcenia.
Patrzyła z zainteresowaniem na tatę, kiedy wyjaśniał jej czym były lunaballe. Te stworzonka musiały być wyjątkowo słodkie! Próbowała przypomnieć sobie czy kiedykolwiek je widziała… ale wydawało jej się, że chyba nie… a może pomyliła je z innymi zwierzątkami?
Wielkie oczy i długa szyja? Czy to… małe białe żyrafy? – Zapytała niepewnie, próbując przypomnieć sobie jak wyglądała w ogóle żyrafa. – Dlaczego tylko o północy wychodzą z norek? I dlaczego tańczą w trawie? – Zaczęła nagle wypytywać o wszystko. – Czy mogłabym tańczyć z nimi? I ty tato? I dlaczego nazywają się lunaballe?
Podskoczyła radośnie i drugi raz. Już nie mogła doczekać się pikniku! Ale nagle tata przypomniał jej o sznurówkach, a to wyraźnie ją zawstydziło.
Starałam się! – Zaczęła się tłumaczyć, jak gdyby tata jej coś zarzucał, a nie dbał o jej bezpieczeństwo. – Tak jak mi powiedziałeś! Najpierw pętelka… potem druga pętelka… i potem trzeba je złączyć i ścisnąć mocno! – Przedstawiła na głos procedurę wiązania sznurówek z pamięci i przymknęła przy tym oczy, jak gdyby mowa była o jakiejś ważnej formułce. Potem otworzyła oczy i uśmiechnęła się szeroko… ale dostrzegła, że tata się gdzieś zapatrzył. Machnęła nieśmiało dłonią przed jego oczami… i zmartwiła się widząc, że tata nie reagował. – Tato? – Zapytała niepewnie, bo trochę ją przerażał takim zachowaniem! – Śmiesznie się zachowujesz tato! – Zaśmiała się, uznając że pewnie się zamyślił.
Kiedy znowu się uśmiechnął, wyszczerzyła się jeszcze bardziej i przytuliła się do niego i drugi raz. Dopiero po chwili zauważyła, że jakaś czerwona strużka zaczęła ciec z jego nosa. Trochę się zmartwiła, ale i jej się tak czasem zdarzało!
A tata mówił, że jest pro… ne… fes… jona… oli… stą… – skomentowała żartobliwie, wyjątkowo przy tym kalecząc słowo „profesjonalista” (ale było strasznie trudne do wymówienia!) Pocałowała go w policzek (a przynajmniej spróbowała dosięgnąć do policzka), kiedy powiedział, że wszystko jest w porządku. – Na skróty! – Zawołała radośnie i znowu zaczęła skakać. – Mała żabka robi hop-hop-hop! – Zaczęła za tym śpiewać i skakać na trzy ostatnie słowa. – Pilnuję tato! – Odpowiedziała natychmiast (trochę oburzona!), co jakiś czas zerkając na buciki i sznurówki. – I hop-hop-hop!
Amelia Moore
Zawód : sprzątam, zamiatam i pomagam
Wiek : 6
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Pan Królikowski wie wszystko
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8990-amelia-moore https://www.morsmordre.net/t8993-pani-krolikowska#270437 https://www.morsmordre.net/f181-oaza-skamielina https://www.morsmordre.net/t8997-a-moore#270523
Re: Dolina Glendalough [odnośnik]04.09.21 21:09
Obserwował mozaikę emocji przebiegających przez zarumienioną od wiatru twarz córki, bezskutecznie starając się odgadnąć, jakie myśli kłębiły się w jej głowie. Często się na tym łapał; chociaż Amelia mówiła sporo, zwłaszcza, gdy nie onieśmielało jej towarzystwo obcych, to wraz z każdym spędzonym z nią dniem docierało do niego, jak słabo ją jeszcze znał. Ostatnie miesiące nie zdołały w pełni zakopać kilkuletniej wyrwy, a mimo że myśląc o tym, odczuwał kłujące wyrzuty sumienia, to jednocześnie czuł jakąś niewyjaśnioną radość – że mógł ją poznawać, ucząc się wychwytywać ukryte znaczenie z drobnych gestów i uciekającego pod nogi spojrzenia. – Tylko m-m-magiczne – potwierdził, marszcząc brwi na widok smutnego grymasu. Czy powiedział coś nie tak? Nie chciała się uczyć latać? Otworzył usta, już chcąc ją zapewnić, że mogą też pouczyć się czegoś innego, ale wtedy Amelia znów się odezwała – a niewidzialna, stalowa dłoń zacisnęła się boleśnie na jego wnętrznościach.
Trudno było ukryć, że im się nie przelewało; jego mieszkanie przepadło, podobnie jak oszczędności odłożone w skrytce w banku Gringotta, a chociaż brał zlecenie za zleceniem, to ze względu na rosnące ceny, na wiele rzeczy zwyczajnie nie było go stać – i o ile jemu samemu nieszczególnie to przeszkadzało, bo dorastanie w siedmioosobowej rodzinie nauczyło go dzielenia się dosłownie wszystkim, to odczuwał niegasnącą, smakującą wstydem frustrację na myśl, że nie był w stanie zapewnić córce tego, czego potrzebowała. – Oczywiście, że może – odpowiedział po ciągnącej się w nieskończoność sekundzie, przełykając wcześniej niewidzialną, blokującą jego gardło gulę. Uśmiechnął się, mając nadzieję, że ten uśmiech nie wygląda na wymuszony, po czym przykucnął przy Amelii, poprawiając lekko przekrzywiony płaszczyk, a później przechylając głowę, żeby uchwycić jej wbity w ziemię wzrok. – To żaden p-p-problem, poradzimy sobie – zapewnił ją, starając się brzmieć jednocześnie ciepło i pewnie; nie powinna martwić się o ich wydatki – była dzieckiem; to nie była jej odpowiedzialność, nie powinna być. Nie mógł dopuścić, żeby była. – W p-p-podziękowaniu upieczemy jej coś pysznego, co ty na to? Razem – dodał, chcąc odciągnąć jej myśli w weselszym kierunku.
Słysząc pełne rozczarowania dlaczego musiał powstrzymać wyrywający się w górę kącik ust; wyprostował się, wyciągając rękę do córki i spoglądając w bok – w ten sposób starając się ukryć rozbawienie. – Bo wybór różdżki jest bardzo w-wa-ważny, nie można się z nim spieszyć – odpowiedział poważnie, zastanawiając się nad kolejnym argumentem. – Jak różdżka wybierze czarodzieja, to już na c-c-całe życie. – Pamiętał własną ekscytację, kiedy po raz pierwszy wziął w dłoń swoją; podekscytowany opowieściami starszego od niego Volansa, odliczał dni do wizyty na ulicy Pokątnej, a później – do pierwszych zajęć, na których mógłby nauczyć się magicznego zaklęcia. Świat magii nigdy nie był dla niego czymś oczywistym, nie wychował się w nim – ale pokochał od pierwszej chwili, w której postawił w nim stopę.
Tak, są trochę p-p-podobne do żyraf – przytaknął, choć te drugie widział rzecz jasna wyłącznie na ilustracji – i to dawno, dawno temu. Nad kolejną falą pytań zawahał się przez moment, żałując, że nie do końca potrafił na nie odpowiedzieć – z lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami pamiętał niewiele; podejrzewał, że Aidan byłby w stanie powiedzieć o lunaballach zdecydowanie więcej niż on – nie mówiąc już o Volansie. – P-p-pewnie dlatego, że bardzo lubią światło księżyca – a wtedy świeci najjaśniej – odparł, nie do końca przekonany, czy rzeczywiście była to prawda. – Nie wiem, czy by nam p-p-pozwoliły, są bardzo nieśmiałe – mówił dalej, przywołując z pamięci szczątkowe informacje. Słysząc pytanie o nazwę, musiał jednak skapitulować. – Prawdę mówiąc, nie mam p-p-pojęcia. Myślisz, że to dobra nazwa? – zapytał. – Możemy zapytać o to wujka Volansa, na p-p-pewno będzie wiedział – zaproponował, zerkając na córkę z uśmiechem.
Blednącym zaledwie sekundy później, gdy jego rysy – mimowolnie, nie mógł nad tym zapanować – ściągnęły się w wyrazie przerażenia, a oczy rozszerzyły się szeroko; wiedział, że powinien był się przy niej pilnować, a przede wszystkim – że nie powinien był nigdzie jej zabierać, nie, dopóki nie doprowadzi do porządku powracających wspomnień, ale kiedy dostrzegł skrawki wystającego z zarośli ciała, było już za późno. Jego organizm zadziałał instynktownie, w ułamku sekundy wypychając go poza mury poczucia bezpieczeństwa i sprawiając, że ani nie słyszał ostatnich słów córki, ani nie widział przelatującej tuż przed jego oczami dłoni – wracając do rzeczywistości dopiero, gdy jego szyję otoczyły drobne ramiona. Co on wyprawiał? Przytulił ją do siebie odruchowo, częściowo dlatego, żeby zapewnić ją, że wszystko było w porządku, a częściowo szukając tego zapewnienia w jej kojącej obecności – bo w końcu fakt, że była cała i zdrowa powinien mu wystarczyć.
Zaśmiał się cicho i trochę nerwowo, ścierając z twarzy resztki krwi, choć jej metaliczny posmak wciąż utrzymywał się w jego ustach, sprawiając, że robiło mu się niedobrze. – Nawet p-p-profesjonalistom się tak zdarza. To na p-p-pewno dlatego, że lecieliśmy tak szybko! – zapewnił ją. Był zły na siebie – że ją wystraszył, i że zachował się tak nieodpowiedzialnie; to nie był jednak dobry czas na wyrzuty – skupił się więc na odwróceniu jej uwagi i na pozostawieniu za sobą materializującego się uparcie koszmaru. Chwycił ją za dłoń, mocno – skręcając we wskazaną ścieżkę i starając się uspokoić oddech, skupić się na drodze i na kierunku; pamiętając, dokąd chciał dotrzeć. – Hop, hop, hop! – zawołał po niej, kiedy zaczęła śpiewać; orientując się, że mu to pomagało – odciągnąć myśli od tamtego, wrócić do chwili obecnej.
Zawtórował Amelii, po chwili przyłączając się również do niej i wykonując serię skoków; nie przejmując się zupełnie tym, że może trochę się wygłupiał. – Uważaj, skoczna żabko, p-p-przed nami strumień! – zwołał za nią, gdy wyrwała się nieco do przodu; ścieżkę, którą szli, rzeczywiście przecinała niewielka rzeczka – nad którą ktoś przerzucił pojedynczą kłodę. – Myślisz, że damy radę p-p-przejść na drugą stronę? – zapytał, spoglądając na córkę; strumień był płytki, upadek groził więc wyłącznie mało przyjemną kąpielą i może paroma siniakami – ale starał się zabrzmieć tak, jakby czekała ich co najmniej niebezpieczna przeprawa.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Strona 29 z 29 Previous  1 ... 16 ... 27, 28, 29

Dolina Glendalough
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach