Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
lipiec, 1940
AutorWiadomość
lipiec, 1940 [odnośnik]05.05.16 23:46
First topic message reminder :

Lipcowe bankiety w posiadłości Nottów cieszyły się wielką popularnością wśród szlachty, nawet tej, która niezbyt przychylnie traktowała słynny z urządzania przyjęć ród. Można było zarzucić im naprawdę wiele, można było nie darzyć szacunkiem wiekowego nestora o zadziwiająco ciemnych (jak na swój matuzalemowy wiek) włosach, ale nie można było odrzucić wykaligrafowanego zaproszenia, otwierającego drzwi do doskonałej, letniej zabawy.
Laidan pamiętała podniosłą atmosferę tych dusznych, przesyconych zapachem ciężkich perfum i wina, jeszcze z lat młodzieńczych, gdy pojawiała się w Nottinghamshire jako cnotliwa panienka, śledząca wielkimi, lazurowymi oczami dziejące się wokół niej cuda. Niezależnie, czy bal rozgrywał się w zachwycających wnętrzach Nottingham czy też pod zielonymi sklepieniami lasu Sherwood, gospodarze zawsze wyczarowywali ozdoby zapierające dech w piersiach. Widma jednorożców, złote fontanny, wirujące zimne ognie, rozświetlone baldachimy, iskrzące się brokatem posadzki - pomimo upływu lat i lekkiego zobojętnienia niegdyś wrażliwej na błyskotki Lai, pozostawała tak samo zachwycona jak wtedy, gdy stąpała niepewnie po marmurach dworu Nottów, po raz pierwszy mając na stopkach buciki na wyższym obcasie.
Podziw dla dokładnie przygotowanego wyrafinowanego przyjęcia pozostawał niezmienny, w odróżnieniu od całej reszty magii czasu. Laidan nie była już podlotkiem, ubranym w biel i tiule. Wątłe magnolie, zasadzone tuż za przestronnym tarasem, stały się pięknymi drzewami. Arystokratyczne rody gubiły swoją nieskazitelność, obyczaje ulegały rozluźnieniu a błękitna krew coraz częściej hańbiła się niegodnymi domieszkami. Tylko mężczyzna, który prowadził Laidan przez mieniące się zmianami życie, pozostawał niezmienny, i choć teraz pojawiała się na salonach u boku męża, to jej serce wyrywało się ku ojcu. Wymieniała z nim krótkie, wręcz zdawkowe uprzejmości, mijając się w tłumie gości...tylko po to, by łamać wszelkie zasady moralności w zaciszu zablokowanej zaklęciem spiżarni.
Z całego wieczoru, przepełnionego pokazami, koncertami i gwiazdami szlacheckiej socjety, błyszczącymi na firmamencie, wyraźnie zapamiętała tylko tych kradzionych kilka minut, odtwarzając je w nieskończoność, gdy wracała do Shropshire, chwiejnie pokonując marmurowe schody posiadłości. Reagan miał wrócić później a ona czekać na niego pokornie w sypialni. Udając sen. Albo śmierć. Cokolwiek, co dałoby jej możliwość uniknięcia dotyku jego szorstkich dłoni na swoim ciele, rozpalonym ojcowską bliskością. Wywołującą także i wzruszenie, na tyle silne, że nie bacząc na późną porę, kierowała swoje kroki ku pokojowi Samaela.
Rzadko kiedy omijała ich wieczorny rytuał opowieści o całym dniu, czytania książek i pocałunków w czoło; tymi drobnymi gestami odsuwała od syna strachy ciemności, upewniając go w przekonaniu o tym, że jest wspaniały i kochany najmocniej na świecie. Może i wyrósł już z wieku dziecięcego, może i przewyższał ją już wzrostem, ale dla Lai pozostawał najsłodszym owocem prawdziwego uczucia; żywym dowodem na to, że szczęście może personifikować się w osobie. Zapewne nie powinna mącić jego snu w środku nocy, ale czuła - instynkt macierzyński? - że Samael nie śpi. Nie pukała do drzwi; przekroczyła próg pewnie i zarazem mało dyskretnie: obcasy wysokich szpilek anonsowały jej przybycie jak co wieczór. I jak co wieczór siadała na brzegu szerokiego łoża, tym razem jednak nieco chwiejnie i po ciemku.
- Śpisz, kochany? - spytała cicho i zupełnie nielogicznie, przesuwając pieszczotliwie dłonią po włosach Samaela i po jego rozgrzanym snem (a może wieczorną tęsknotą?) policzku, a materiał jej wyjściowej sukni szeleścił przy każdym ruchu dłoni. Oczy, nieprzyzwyczajone do półmroku sypialni, nie wyławiały żadnego szczegółu; nie potrafiła stwierdzić, czy wybudziła dziecko z marzeń sennych czy też przerwała w niedawnej lekturze magicznej encyklopedii.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
lipiec, 1940 - Page 2 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery

Re: lipiec, 1940 [odnośnik]13.05.16 11:29

Dzieciństwo Samael zapamiętał jako okres najszczęśliwszy, genialną epoką, której... nigdy całkowicie nie opuścił. Wciąż pozostawał ściśle opleciony kokonem matczynej troski, przejawiającej się jednak inaczej niż wtedy, kiedy był małym szkrabem czy wkraczającym w wiek nastoletni chłopcem. Z Laidan nie ślubowali sobie niczego, ale młodzieniec po prostu wiedział, że ona go nie opuści i zawsze, ale to zawsze i bez względu na wszystko będzie przy nim. Nie zbywała go, nie odsuwała, nie wymawiała się brakiem czasu, chowając dla niego wyłącznie ciepłe słowa i krótkie, pieszczotliwe czułostki. Sycił się nimi na zapas, jakby ich nadmiarem mógł wynagrodzić sobie samotność w Hogwarcie, gdzie był wyobcowany i zapewne zupełnie niezrozumiały dla rówieśników. Mieli dla siebie przecież dwa miesiące, całe, cudowne dwa miesiące, podczas których nie musiał opuszczać jej ani na moment. Uroczyste bankiety i sabaty wykradały mu matkę (podobnie jak ojciec, z hukiem zatrzaskujący za nimi drzwi małżeńskiej sypialni), chwile bez niej wzmagały tęsknotę, lecz kiedy zjawiała się przy wezgłowiu jego łoża, by musnąć ustami jego czoło i upewnić się, że miał spokojne sny, wzruszenie Samaela wypierało palącą (i irracjonalną?) zazdrość. Do której nie dawała mu przecież żadnych, nawet najmniejszych powodów. Był jej ulubionym, ukochanym i jedynym (co zawsze przyjmował ze zwycięskim uśmiechem satysfakcji) synem, powoli przejmującym także rolę opiekuna. On, nie Reagan spławiał natrętnych amantów, błagających Laidan o choćby jeden taniec, on, nie Reagan czuwał nad nią w ciągu dnia, zasłaniając przed każdym, abstrakcyjnym niebezpieczeństwem i nareszcie, on, nie Reagan rozmyślał o niej bez przerwy, kontemplując wdzięki tej niezwykłej niewiasty, jej mądrość, jej kobiecość, jej niesamowitość. Żadna jej nie dorównywała: ani urodą, ani inteligencją, ani... wyrozumiałością, bo gdzież znalazłby drugą taką, pozwalającą na rozplątanie ciasnego węzła obyczajów, wieszających wszystkich szlachciców na szubienicach zasad negujących miłość i przywiązanie do dzieci. Podług arystokratycznych standardów zapewne popełniali zbrodnię najcięższego kalibru; czyż takie spoufalenie nie groziło przesunięciem granicy szacunku i niebezpiecznym utraceniem właściwej czci, jaką syn winien okazywać matce na każdym kroku? Podobnych figli wzbraniano nawet w dziecięctwie, lecz Samael nie czuł się ani infantylnie, ani niepoprawnie, baraszkując wraz z Laidan w przyjemnie ciepłej wodzie. Wyłącznie delikatne zaniepokojenie mąciło jego czystą radość i beztroskę, lecz z pierwszym pluskiem i plamą piany, lądującą na jego twarzy, rozluźnił się nieco, nie umiejąc zachować powagi i dystansu wobec tak dziecięcej zabawy. Której nie pamiętał z dawnych lat, jakby dopiero teraz otworzył się przed nimi ten etap, jaki nieopatrznie ominęli. Młodzieniec uśmiechnął się szeroko, już mniej panicznie i kompletnie przestając kryć się ze swoim podnieceniem, rozpierającym go coraz bardziej. Matka winna być dla niego świętością, ale czyż właśnie nie odnalazła sposobu, by utrwalić swój wizerunek bogini w oczach dorastającego syna? Zgrabne nogi, nagie, zroszone kroplami wody ramiona, wilgotne włosy... Samael był przekonany, że właśnie stał się świadkiem powtórnych narodzin Wenus, upersonifikowanej w jego własnej matce. Bardziej ludzkiej, bardziej rzeczywistej, piękniejszej. Nie szpeciły jej nawet ślady brudnego pożądania, agresywnego i brutalnego, które ignorował, nie chcąc zapłonąć gniewem i uniknąć hańby podniesienia ręki na własnego ojca. Przesuwając zachłannym wzrokiem po jej odkrytym ciele nie zauważał więc żadnych pieczęci, znakujących Laidan jako czyjąś własność, pozostając synem roztropnym i... nie czyniącym matce wymówek za współżycie z własnym mężem. Wolał obdarować ją za to przyjemnością i sprawić, by poczuła się jak najbardziej komfortowo. Z nim w ramionach, poddana jego pieszczotom i czułym zabiegom; po umyciu jej pleców, wycisnął na dłoń odrobinę szamponu i zaczął delikatnie masować włosy i skórę głowy. Spienione mydliny uformował w chybotliwą koronę, łapiąc spojrzenie Lai w dużym lustrze tylko uśmiechnął się zawadiacko, nie przerywając mycia jej włosów i przyjmując na swojej klatce piersiowej niewielki ciężar jej ciała. Oblizał spierzchnięte wargi, wiedząc, że musiała go poczuć, ale nawet nie drgnął, pozostając sparaliżowany swoim szczęściem. Nie wyrwała się z jego objęć, jakby zaklęta w ramionach syna, który zupełnie beztrosko kontynuował pieszczenie jej skóry. Nie mógł się zawstydzić ani uciec i choć ostry rumieniec mimowolnie zabarwił policzki Samaela, młodzieniec nie odwrócił wzroku, wytrzymując badawcze spojrzenie matki.
- To nic dziwnego(?) - rzekł, z nie do końca zarysowaną intencją wypowiedzi. Odpowiadał na jej pytanie, równocześnie błagając ją o rozwianie własnych wątpliwości. Wykorzystanie dwuznaczności było dużo prostsze nie rozgrywka w otwarte karty, na którą jeszcze nie czuł się gotowy i... Lai chyba również.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]13.05.16 21:56
Podziw Samaela, jaki wyczuwała na każdym kroku ich wspólnej drogi przez życie, wydawał się czymś naturalnym, zrozumiałym, odpowiednim. Wychowano go przecież, wspólnymi siłami surowego ojca i łagodnej matki, na prawdziwego dżentelmena, dziedzica, szczycącego się wszelkimi zaletami swego stanu. Do możnych odnosił się z prawdziwą uprzejmością, do niegodnych plugastw z odpowiednio silną pogardą; potrafił odnaleźć się w każdym towarzystwie, łagodnie komplementując uroki panienek, stając w pierwsze szranki z innymi szlachcicami - Laidan przesiąkała do cna dumą, gdy zadebiutował w szermierczym pojedynku, wygrywając go znaczną liczbą punktów - i chyląc głowę z szacunkiem przed swoimi rodzicami. Zarówno przed swoim prawdziwym ojcem jak i tym wyłącznie z nazwy, choć wyczuwała dziwne napięcie w kontaktach z Reaganem. Czyżby jej syn instynktownie wyczuwał jej niechęć i mimowolnie ją przejmował, chcąc zadowolić niewypowiedzianą pretensję? Nie byłoby to czymś dziwnym, Lai często miała wrażenie, że Samael potrafi czytać w jej myślach, odgadując życzenia nie tylko zanim je wypowiadała, ale zanim jeszcze uformowały się w podświadomości. Podczas smutnych, sierpniowych wieczór, zwiastujących niechybne pożegnanie, poświęcał cały swój czas, by podnieść ją na duchu. Gdy była zmęczona nie narzucał jej swojego towarzystwa, gdy opanowywał ją marazm wyrywał blondynkę z jego objęć długimi spacerami bądź przejażdżkami po Shropshire, gdy ledwie hamowała małżeńską wściekłość hojnie nalewał jej wina, zajmując niewesołe myśli rozmowami o sztuce. Nie mogła wymarzyć sobie troskliwszego syna, swojego małego księcia, gotowego zrobić dla niej rzeczy nieprawdopodobne, niemożliwe. Miał w sobie jeszcze na tyle dziecięcej wiary i wrażliwości, by nie wstydzić się uczuć, którymi obdarzał ją bez skrępowania, z zachwycającą ufnością. Skupiała się tylko na tej delikatnej stronie, na tej uroczej buzi pierworodnego, na słodkich gestach i uczynkach. Tak było łatwiej, nie musiała bowiem mierzyć się z obcością, przejmującą powoli władzę nad do niedawna pulchnym, miękkim ciałkiem dziecka. Coś nowego iskrzyło w jasnogranatowych oczach, coś nowego przebrzmiewało w niskim tembrze głosu, coś nowego drgało w jego napiętych mięśniach. Laidan wykazywała się skrajną ignorancją, lecz nie mogła zaciskać powiek w nieskończoność, pozostając ślepą na proces dorastania. Nie, kiedy miała tego żywy, ciepły dowód tuż obok siebie.
Za jej plecami nie siedział przecież niewinny chłopiec a młody mężczyzna. W jednej sekundzie, gdy zdała sobie sprawę z jego podniecenia, prysnęła aura beztroski, jaką do tej pory emanowała. Radosny śmiech, spowodowany pianą skapującą z jej włosów, później zmytą miłymi strumykami wody, zamarł w gardle a usta zacisnęły się w wąską linię. Zaczerwienione od temperatury i nacisku zębów, przywołujących Laidan do frustrującej rzeczywistości. Bezradność zapanowała nad nią tylko na krótką chwilę, pozostawiając po sobie wyłącznie spięcie mięśni, wyraźnie widoczne w porównaniu do wcześniejszego rozluźnienia ramion. Czekała na odpowiedź Samaela, nieporadnie próbującego powrócić do beztroskiej rozmowy. Śledziła rumieniec, wypływający na jego szyję i policzki, lecz od razu powróciła uporczywym spojrzeniem do jego oczu, prześwietlając go nim na wylot. Tak, że musiał poczuć się nagi i zmarznięty, obdarty z prywatności, oceniony. Powinna wstać i wyjść z łazienki bez słowa, ale nie panowała nad swoimi odruchami, podkręconymi tylko wczorajszym rozpasaniem. Nie poruszyła się z miejsca, ciągle na wpół odwrócona w jego stronę - jedynie prawa dłoń zniknęła pod wodą, pewnie wsuwając się pod materiał przemoczonych spodni.
- Tego chciałeś? - spytała cicho, zmysłowo, choć jednocześnie niezwykle chłodno a w każdej głosce jej wypowiedzi wręcz dźwięczały kryształki lodu. Błyszczące także w ostrym wzroku, którego nie odrywała od jego rozszerzonych źrenic, powiększających się szybko, gdy zaczęła pieścić go palcami, pewnie, szybko, na granicy bólu i przyjemności, wręcz po męsku, gubiąc gdzieś jakąkolwiek subtelność - o ile o takowej mogła być mowa w tym krótkim, zdecydowanym akcie...dominacji? Kary? Ustalenia granic? W pewnych ruchach jej dłoni zgubił się jakikolwiek sens, liczyły się tylko ostre bodźce, jego pulsująca erekcja, ciepło wody, niewygodnie wygięty nadgarstek, jęk wyrywający się spomiędzy warg mężczyzny. Wszystko to odbierała na chłodno; wystarczył jeden bodziec, by z niesfornego dziewczęcia zmieniła się w pewną siebie, mściwą kobietę, obdarowującą syna spełnieniem marzeń. Lub najgorszym przekleństwem.
Przerwała intensywną pieszczotę na kilka sekund przed jego spełnieniem, jakby orgazm miał przypieczętować grzech, jakiego się dopuściła. Dopuścił; ona nie zrobiła przecież niczego złego, choć serce biło jej niesamowicie szybko a ból głowy ponownie wzmógł się do wysokiego poziomu. Gwałtownie odsunęła rękę od naprężonego penisa, jeszcze przez kilka sekund patrząc Samaelowi prosto w oczy, po czym wstała, naga, nieskrępowana a mimo to odległa, wychodząc zgrabnie z wanny. - Nie masz prawa patrzeć na mnie, myśleć o mnie, marzyć o mnie w ten sposób. To chore i złe. Należę do jednego mężczyzny i ty nim nie jesteś. Jesteś moim synem - powiedziała chłodno, schylając się po szlafrok, w który od razu się owinęła. W jej głosie nie było słychać wrogości ani agresji, raczej wystudiowaną obojętność, podszytą jednak pewnym dzikim drżeniem, gdy odwracała się w jego stronę po raz ostatni. Chcąc napawać się jego podnieceniem lub swoim zwycięstwem? Złamany przed laty kręgosłup moralny nie pozwalał jej na rozpatrywanie tego, co właśnie się stało w kategorii wyrachowanej hipokryzji.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
lipiec, 1940 - Page 2 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]14.05.16 20:38
Powinien się speszyć. Odwrócić wzrok. Uciec. Wyminąć matkę, tłumacząc się pośpiesznie i zniknąć, pozwalając jej okryć swe ciało, powrócić do przyzwoitej formy statecznej matki, którą wczorajszej nocy nieco zaburzyło rozkołysanie winem, otrząsnąć się z wrażenia (nieprzyjemnego? zaskakującego?) i przemilczeć mało chwalebny epizod. Samael jednak chował się za pan brat z biologią, nigdy nie odnajdując w swojej ludzkości powodu do wstydu. Zamek Ludlow był przecież właśnie tym miejscem, w którym pruto sztywne gorsety, rozsupływało duszące krawaty i odpinano przyciasne kołnierze obowiązujących zasad. Mógł krępować się w Hogwarcie, wstydzić się oceniającego wzroku ojca, ale spojrzenie Lai, w jakiejkolwiek sytuacji by go nie zastała, przeważnie pozostawało takie same. Przesycone olbrzymią czułością.
Pierwiastka czystej miłości było w niej najwięcej i młodzieniec czuł się pewny nie tylko tego, że go kocha i że jest dla niej najważniejszy na świecie, ale że tutaj znajduje się jego dom, jego miejsce, gdzie sam osiądzie w przyszłości, kontynuując złotą tradycję Averych. Zamek, przekazywany spadkobiercom ich rodu z pokolenia na pokolenie, mimo swoich zimnych murów i ponurych, nagich ścian stanowił dlań warownię atrakcyjniejszą po stokroć od Hogwartu. Nieprzyjazny krajobraz hrabstwa Shropshire, dzikie krajobrazy, bujnie rosnąca roślinność czyniła go niemalże naturalną fortecą, gdzie nikt nie sprawował nad nim władzy. Podlegał jedynie tej rodzicielskiej, lecz uciski i wymagania stopniowo zmniejszano, udzielając mu względnej swobody. Również przygotowującej do dorosłego życia. Samael nie protestował przeciw oddaniu mu większej wolności, aczkolwiek nadal często przechadzał się z matką, prowadząc ją za rękę. Najbardziej platoniczny gest pod słońcem, lecz w owej świątyni biologizmu, któremu hołdowali - zdaje się - prawie wszyscy jej mieszkańcy (nie zważając na bliźnięta, ale z nimi nigdy się nie liczono), urastał niepokojąco, stając się zarzewiem rozpalającego się w młodym Averym pożądania. Zaczytując się w antycznych tragediach i literaturze Grecji okresu klasycznego najpierw zdjęło go przerażenie, nad wiszącą nad nim klątwą - potem jednak, był gotów zaryzykować nawet i wieczne tułanie się potępionej duszy za okruchy rozkoszy, jakiej mógł(?) doświadczyć. Wraz z każdym jej spojrzeniem, każdym słowem, każdą pieszczotą, jaką go obdarzała. Szczodrze, matka nigdy nie skąpiła mu czułostek, zwłaszcza po wymuszonej wyjazdem do szkoły nieobecności. Każdy tydzień samotności starali się nadrobić w dwa wakacyjne miesiące, cudownie zaginając upływające minuty i zaklinając się w nierzeczywistej, utopijnej ułudzie posiadania siebie na wyłączność i na zawsze.
W co Samael powoli zaczynał bezkrytycznie wierzyć, ufając swojemu instynktowi i... trafnie odczytując sygnały, jakie wysyłała ku niemu Laidan. Jej ciało. Bez udziału umysłu? Widywał ją w odważnych kreacjach, oglądał w skąpej, koronkowej bieliźnie, miał okazję podziwiać ją nago. Nie został nigdy skarcony za pożądliwe spojrzenie, nigdy go nie upomniała za natarczywe próby bycia bliżej niej, nigdy przelotne, choć coraz śmielsze pieszczoty nie zostały przez nią zanegowane. Młodzieniec gubił się we własnych pragnieniach i w pragnieniach Lai, naiwnie(?) sądząc, że ona również tego chce. Pomimo całego b r u d u, jakim nasiąkały jego czułości, mimo rozpierającej go chorej żądzy, mimo obrastającego w legendę kompleksu Edypa, uczucie było coraz silniejsze. I nie dawało się go niczym powstrzymać.
Starał się. Usiłował zaciskać powieki, wznosił modły do Salazara, odwracał wzrok, uciekając od obrysowywania kontur jej pięknej twarzy nawet samym tylko spojrzeniem. Wybiegi nie przynosiły jednak skutków, wręcz przeciwnie, wzmagając w nim - już nie pragnienie a potrzebę - bliskości matki. Która zdecydowanie przekraczała granicę niewinnego, matczynego hołubienia ukochanego synka. Wczorajszej nocy otrzymał wyłącznie przedsmak i... postąpił rozsądnie, odwlekając swoje spełnienie o jeszcze kilka chwil? Wstrzymał oddech, gdy z pomiędzy jej rozkosznie rozchylonych warg padło subtelne pytanie, na które z wyraźnym trudem pokręcił głową, resztkami świadomości wzbraniając się przed tym. Dotyk kobiecej dłoni na jego erekcji i zmysłowa pieszczota - intensywna, ostra, wyuzdana - kontrastowała z jej chłodem, z jakim wpatrywała się w jego rozemocjonowane oblicze. Młodzieniec nadal był dziwnie rozchwiany między przerwaniem przyjemności a jej dalszym chłonięciem, przyjmowaniem, odbieraniem i... gdyby nie to, że pierwszy raz w życiu doświadczał dotyku, gdyby nie jego niemożliwe do opanowania podniecenie, gdyby nie jej nagie ciało, gdyby nie piersi, wstydliwie przebijające się spod opadającej już piany... pewnie odtrąciłby matkę, pewnie poniżony opuściłby łazienkę i przez najbliższy czas zaszyłby się w swoich komnatach, bojąc się pokazać jej na oczy. Nie zrobił jednak tego, zbyt rozpłomieniony przez przyjemność, zbyt oszalały z głodu Laidan. Podsyconego nagłym zakończeniem pieszczoty tuż przed finalnym spełnieniem i wyśpiewaniem krótkiego, gniewnego exodusu. Samael zamarł momentalnie, zdziwiony, zły i... chyba buzująca w żyłach adrenalina i testosteron skłoniły go do niemożliwej głupoty, gdy obejmował się dłonią i z jękiem kończył prowokację matki.
- To złe i chore - zgodził się, wpatrując się w nią szeroko rozwartymi oczami, wciąż jeszcze czując, jak serce kołacze mu się w piersi - ale dałaś mi do tego prawo - powiedział, również wychodząc z wanny i stając naprzeciw niej. Całkiem nagi, ale przecież nie musiał się wstydzić. Pozostawała jego matką, choć górował nad nią wzrostem, głos lekko mu drżał, kiedy bezczelnie poprawiał jej słowa.
- Do Reagana? Tylko nominalnie - wyszeptał - wiem o tym, mamo - dodał, po czym jednak opuścił wzrok i szybko okrył ręcznikiem swoje biodra. Ucałowanie jej dłoni byłoby parodią gestu pełnego szacunku, lecz Samael tylko tak mógł teraz przeprosić, wciąż nakręcony, wciąż pozostawiony z natłokiem pytań i wątpliwości, które musiał przemyśleć. Po raz pierwszy - w samotności.

|zt :pwease:


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

lipiec, 1940
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach