Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Liquid Paradise

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Liquid Paradise   05.06.16 17:46

Liquid Paradise

Jako jeden z lepiej znanych lokali czarodziejskiego Londynu, "Liquid Paradise" cieszy się stosunkowo stałą klientelą i dobrą renomą. Pośród gości, będących w znakomitej większości przedstawicielami szeroko pojętej klasy średniej, nierzadko można dostrzec członków arystokracji czy też zwykłej klasy wyższej, dla których specjalnie wydzielono osobną część dużej sali, wybitnie pilnując, aby nie zawędrował do niej ktokolwiek niepowołany. Wysoko urodzonym często przypisuje się swoiste polowania na wschodzące gwiazdy, które można by wziąć pod swój patronat - "Paradise" słynie z występów na żywo, dawanych zwykle przez niemal całkowicie nieznanych (acz uprzednio dokładnie sprawdzonych!) artystów. Niejedna wielka osobistość współczesnego świata muzycznego przyznaje, że swoje pierwsze kroki do sławy stawiała właśnie w tym miejscu. Dla zwalczenia wrażenia nadmiernej podniosłości, przed wspomnianą sceną rozciąga się parkiet, na którym spragnione zabawy pary mogą do woli wywijać w tańcu. Z reguły jest on w większości zajęty przez młodych tancerzy, będących świeżo upieczonymi absolwentami Hogwartu. Rzadko kiedy, ba, właściwie nigdy nie widuje się tu w akcji jakichkolwiek arystokratów.
Z samą nazwą lokalu wiąże się też pewna legenda, która stale przyciąga coraz więcej osób. Otóż wielu zakłada, iż "Liquid Paradise" ma bezpośrednie powiązanie z Felix Felicis, którego kilka złotych kropel ma być rzekomo dodawane do co droższych z drinków, jakie się tu serwuje. Oczywiście jest to dalekie od prawdy, tym niemniej efekt placebo już niejednemu gościowi zawrócił w głowie na tyle, że rzeczywiście przez pewien czas jego życie nabrało trochę radości i powodzenia.


Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
23
Szlachetna
Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
10
10
21
0
1
1
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   07.07.16 12:43

| koniec grudnia

Evelyn nie przepadała za gwarem Londynu. Wielkiego, burego miasta pełnego mugoli i ich warczących, plujących kłębami dymu machin, tak różnego od zacisznego i pełnego zieleni Westmorland, w którym dorastała. Jednak, z racji tego, że to właśnie tutaj znajdowały się najważniejsze magiczne instytucje i wiele innych czarodziejskich miejsc, odwiedziny tutaj bywały konieczne. Unikała jednak mugolskiej części miasta jak ognia, woląc trzymać się tego, co znane i bezpieczne.
Przecież nie była już dzieckiem, które uwielbiało ryzykowne zabawy i z lubością sięgało po zakazane owoce. Była godną potomkinią dwóch wielkich rodów, Slughornów i Rosierów, więc musiała zachowywać się w odpowiedni sposób.
Po wizycie na ulicy Pokątnej, gdzie uzupełniała zapasy ingrediencji (w końcu nie wszystkie można było wyhodować w szklarni na terenie dworku), udała się prosto do lokalu Liquid Paradise, gdzie umówiła się listownie na spotkanie z potencjalnym klientem chętnym zamówić u niej miksturę. Chociaż jej głównym zajęciem była praca dla rezerwatu Rosierów, jako prawdziwa pasjonatka alchemii lubiła nowe wyzwania i oferowała swoje usługi również innym chętnym czarodziejom... Jeśli, rzecz jasna, uznała ich samych oraz ich zlecenia za odpowiednie, bo nie lubiła marnować swojego czasu i talentu na zadania poniżej jej godności, ani marnotrawić składników na kogoś, kogo nie było stać na godziwe wynagrodzenie za jej pracę. Była przecież Slughornem, nie podrzędną karykaturą alchemika o wątpliwym pochodzeniu. Samo nazwisko Slughorn wiązało się z długoletnią renomą, jaką ród posiadał w kręgach alchemicznych... oraz presją, jaka ciążyła nad samą Evelyn, nie mogącą pozwolić sobie na błędy. Jej wywary musiały być perfekcyjne, bo nie potrafiłaby spojrzeć w lustro, gdyby naraziła reputację własną i rodziny na szwank.
Poprawiając poły bordowego płaszcza, wystarczająco skromnego, by nadawał się na zwykłą wyprawę do Londynu, ale i wystarczająco eleganckiego, by podkreślał jej wysokie pochodzenie, udała się prosto do wydzielonej strefy, nie mając ochoty bratać się z pospólstwem. Choć lokal był zamknięty dla mugoli, Evelyn nie darzyła większym zaufaniem osób o nieczystym pochodzeniu i wolała zachowywać odpowiedni dystans. W innych okolicznościach pewnie nie zgodziłaby się na to miejsce, preferując cichsze i bardziej dyskretne obszary, jednak panujący tutaj gwar i nie zwracanie większej uwagi na otoczenie sprzyjały szybkiej wymianie zdań na temat eliksiru. Nie na darmo mówiło się, że czasem najciemniej jest pod latarnią; kto podejrzewałby o cokolwiek młodą dziewczynę o jasnej, uroczej buzi, która zajrzała tutaj, by spróbować dobrego trunku? Nie wszystkie zlecenia dało się załatwić wyłącznie poprzez korespondencję, zwłaszcza gdy w grę wchodziły nieco mniej legalne wywary bądź ocena samego klienta. Któremu w przypadku ewentualnych problemów mogłaby dyskretnie wyczyścić pamięć, by zapomniał o tym, że w ogóle ją spotkał.
Usiadła przy jednym z dalszych stolików w bardziej opustoszałej wydzielonej strefie. I czekała na tajemniczego czarodzieja, leniwie sącząc zamówiony chwilę temu napój w eleganckim kieliszku.


Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
31
0
0
10
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   08.07.16 13:16

Mróz szczypie w policzki, czas brnie do przodu, nigdy do tyłu. Wolę statyczną urodę harmonijnej wiosny, kiedy wszystko jest wyważone - najlepszy jest środek. Śnieg mnie nie cieszy, jest zbyt jasny, kłuje w oczy i zamraża skórę. Święta minęły bezpowrotnie, a wraz z nimi uzasadnione lenistwo. Zbliża się Sabat, na którym mnie nie będzie (tak, jestem teraz o tym przekonany). Kolejny plus zerwania nieprzyjemnego małżeństwa. Czuję powiew wolności przetaczający się po podwórzu wraz z chłodnym wiatrem. Wiem, że mam zakrzywiony obraz tejże wolności, ale on napawa mnie nieokreślonym spokojem. Jestem gładką taflą wody w słoneczny dzień. W czerni tęczówek gości rozluźnienie tak mocno niepasujące do całej mojej postawy. Wszystkie mięśnie są napięte, twarz niewzruszona absolutnie niczym, usta zaciśnięte w wąską linię. Gdyby patrzeć na mnie z oddali, wydawałbym się rozjuszony. Stanięcie tuż przede mną gwarantuje zgoła odmienne odczucia. Niestety mam to gdzieś. Nie przejmuję się odbiorem mojej osoby przez innych, gdybym tylko kiedykolwiek spróbował, musiałbym oszaleć. Szaleńcy są nieprzewidywalni. Każdy mój krok jest starannie przemyślany, żyję na podstawie utartych dróg, stworzonych mozolnie schematów. W moim życiu nie ma miejsca na spontaniczność, anarchię w jakiejkolwiek formie. Jestem do bólu poukładany, a żyjący we mnie chaos stanowi niedostępne dla innych bramy. Nigdy ich nie otwieram. Nie mogę i nie chcę sobie na to pozwolić. Taki stworzyłem plan, a planu należy przestrzegać. Tak jak targających życie zasad, tak jak spisanych na przestrzeni dziejów norm społecznych.
Tylko społeczeństwa nie lubię. Boli mnie każdorazowe wyjście do ludzi. Nie rozumieją mnie, ja nie rozumiem ich. Nawet się nie staram. Muszę dbać o liczną rodzinę, wystarczy mi ciężarów już do końca mych dni. Nie potrzebuję uwiązywać kolejnych kamieni do szyi. Tego wymagają więzy relacji międzyludzkich. Czy kogoś kochasz czy nienawidzisz, czujesz. Obwiązujesz się emocjami jak ostatni idiota wiedząc, że ten ktoś może je wykorzystać. Nie cierpię wykorzystywania. Można tylko w imię wyższego dobra, a uczucia nim nie są. Dlatego właśnie cierpię opuszczając ponury, ale przytulny Durham wkraczając na niebezpieczne tereny. Tam miałem swoją twierdzę samotności, tutaj nie mam nic poza różdżką, która nie zawsze będzie mogła mnie obronić. Nie jestem znany z refleksu, to typ cierpliwego alchemika czekającego godziny, dnie, a nawet i miesiące na konkretną miksturę. Na efekt, który równie dobrze może okazać się niewypałem. Więc otulam się szczelnie płaszczem pokonując kolejne śniegowe metry, by dotrzeć w jedno, konkretne miejsce. Tak też i ja mam swoje interesy, których muszę pilnować. Umawiać się z ludźmi, wchodzić z nimi w niechciane interakcje. Z bólem w klatce piersiowej przekraczam próg Liquid Paradise, który prawie natychmiastowo otula mnie swoim ciepłem. Rozbieram się przy drzwiach, nim jeszcze postawię jakiekolwiek kroki w głąb pomieszczenia. Rozglądam się wokół, każę zaprowadzić się do wydzielonej strefy – nie będę się mieszać z pospólstwem, jeszcze ktoś by pomyślał, że jestem im przychylny. Idę wolnym krokiem do loży poprawiając rękawy eleganckiej szaty. Chcę wywrzeć dobre wrażenie na kliencie.
Wtedy mój spokojny wzrok napotyka właśnie . Czuję ścisk w żołądku, palący płomień niechęci rozgrzewający zziębnięte ciało. Może powinienem jej podziękować, ale te słowa nie przejdą mi przez gardło. Patrzę na nią i nie mogę zrozumieć dlaczego tu jest. Jak ta kobieta może być aż tak bezwstydna? Ja na jej miejscu z poczucia zażenowania nie wyściubiałbym nosa z domu, a co dopiero mówić o tak beztroskim siedzeniu w miejscu publicznym. Nie mogę uwierzyć w jej nazwisko, to chyba pomyłka. Niestety nie mogę przejść obojętnie - matka by mnie zbeształa za taki brak kultury względem jej krewnych. Rodzina ponad wszystko, to mi właśnie od zawsze wmawiano. To zabawne, jak bardzo obawiam się własnej matki w wieku prawie dwudziestu dziewięciu lat. Wolę myśleć, że chodzi o szacunek. Ten sam, który popycha mnie kilka kroków na przód i każe stanąć tuż przed Evelyn.
- Lady Ro… Slughorn - witam się, skłoniwszy lekko głowę. W moich myślach jest Rosierem, im można byłoby wybaczyć wtopę z eliksirami. Slughornom się nie godzi, ale formalnie muszę być poprawny. - Czeka pani na kogoś? Może dotrzymam towarzystwa w tym niecierpliwym oczekiwaniu? - proponuję, zupełnie wbrew woli. Tak wypadało, matka… och, dajmy już jej spokój. Chcę być potulnym synem. W duchu mam nadzieję na szybką odmowę. Nie będzie mogła mi zarzucić, że nie próbowałem.




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
23
Szlachetna
Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
10
10
21
0
1
1
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   08.07.16 13:55

Siedziała, sycąc się względną ciszą wydzielonej strefy i powoli sącząc swój trunek. Niezbyt mocny, bo jako alchemik musiała mieć trzeźwą głowę, by należycie skupić się na tak precyzyjnym zajęciu, jak warzenie eliksirów. Służył raczej temu, by nie budzić niepotrzebnej uwagi. Miała być jedną z wielu klientów lokalu, którzy zatrzymali się tutaj będąc akurat w Londynie.
O ile jednak posiadała w sobie bardzo dużo cierpliwości, jeśli chodzi o eliksiry, do ludzi nie zawsze miała jej równie wiele, zwłaszcza gdy kazali jej na siebie czekać. Wolała, kiedy to na nią czekano, a ona pojawiała się, by załatwić swoje sprawy, a następnie odchodziła w swoją stronę. Wolałaby teraz przesiadywać w Westmorland, nawet jeśli nie w pracowni, to w szklarniach, gdzie nawet zimą rosły zioła, lub w pokoju z dobrą książką. Mogłaby nawet być teraz w Dover, gdyby okazało się, że potrzeba dodatkowych rąk do pracy w laboratorium rezerwatu. Zamiast być w którymś z miejsc, które lubiła najbardziej, siedziała w jednym z londyńskich lokali dla czarodziejów, czekając na kogoś, kto z minuty na minutę coraz bardziej wystawiał jej cierpliwość na próbę.
Wtedy jednak, gdy znowu podniosła głowę, zauważyła męską sylwetkę zbliżającą się w jej stronę. Od razu rozpoznała w nim swojego dalszego kuzyna, z którym łączyły ją dość napięte stosunki i ledwo zauważalnie skrzywiła usta. Zdecydowanie nie podejrzewała Burke’a o bycia jej tajemniczym klientem, jednak jego pojawienie się w tym miejscu nie było jej na rękę.
- Lordzie Burke – powitała go chłodno, zauważając jego zawahanie. Wyczuła, że pewnie wolałby, żeby rzeczywiście była Rosierem, kimś zupełnie obcym. – Nie spodziewałam się tego spotkania w takim miejscu.
Byli rodziną, zasadniczo nie musieliby zwracać się do siebie tak formalnie, ale oboje wciąż zbyt mocno pamiętali tamten dzień, współpracę zakończoną efektowną porażką, po której wcześniej poprawne stosunki dość mocno się oziębiły. Trudno było powiedzieć, które z nich zawiniło; Burke obwiniał ją, ona jego, nie potrafiąc przełknąć dumy i wziąć błędu na siebie. Ta porażka wciąż bolała, była niedokończoną sprawą, kładącą pewien cień na jej renomie; przynajmniej w oczach Burke’ów, bo wątpiła, by ktoś więcej wiedział o tamtej zupełnie nietrafionej współpracy. Wolała myśleć, że to Burke celowo zepsuł eliksir, by potem zrzucić odpowiedzialność na młodszą, dopiero uczącą się fachu kuzynkę. Evelyn miała w sobie dużo pokory, jeśli chodziło o warzenie mikstur, bo wiedziała, jak potężną stanowiły siłę, ale odrębną sprawą była pokorą wobec innych. Nie lubiła przyznawać się przed nimi do porażek. Równie dobrze to on w jej oczach mógł być tym bezwstydnym, który najpierw zrzucił na nią winę za zepsucie mikstury, a teraz tak po prostu podchodził do jej stolika, gdy czekała na klienta.
- Sprowadzają mnie do Londynu pewne sprawy, jednak jak widać, ktoś nie potrafi uszanować mojego czasu. Oby jednak pańskie towarzystwo zdołało go umilić.
Chociaż wątpię, dodała już w myślach, bo chyba raczej wolałaby nadal czekać samotnie, ale w miejscu publicznym nie wypadało jawnie okazywać sobie niechęci, więc skinęła mu głową, żeby usiadł. Bo mimo dzielących ich animozji, byli rodziną, a nie chciała narażać się ciotce Burke, czyniąc jawny afront wobec jej syna.


Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
31
0
0
10
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   08.07.16 16:19

Ciepło powoli dociera do komórek ciała, dookoła rozbrzmiewa muzyka, gwar ludzkich konwersacji. Tymczasem ja stoję przed kimś, przed kim stać nie chcę i robię wszystko, żeby wyjść na kulturalnego człowieka, którym nawet nie jestem. Burke nie przywiązują uwagę do manier, nie potrzebują słodzić. Nie przypominają cukru rozpuszczanego w gorzkiej kawie, są jej goryczą. Wszystko rozbija się o więzy krwi, nierozerwalne w przeciwieństwie do raz zdobytych znajomości. Wygłupiam się zatem stercząc jak posąg, z tyłu głowy mając na uwadze dobro rodzinne. Jestem cierpiętnikiem, powinienem zostać uhonorowany orderem Merlina za wybitne zasługi na rzecz magicznej społeczności. Wątpię, by ktoś (oprócz mnie) jeszcze mógł znieść taką niedoświadczoną ignorantkę jaką jawiła mi się Evelyn. Patrzę na nią spokojnie, bez wyraźnej niechęci. Za dobrze mi się powodzi. Tylko ton głosu przypomina mroźny podmuch przesycony dystansem. Nie dążę do poufałości, do wykrzesania z siebie nawet odrobiny ciepła. Nie ma go we mnie. To ja, góra lodowa, niezapominająca urazów. Nieznosząca porażek, głupoty oraz niekompetencji. Wmawiam sobie, że to właśnie te cechy charakteryzują siedzącą przy stole pannę i bardzo jej współczuję. Na tyle, na ile potrafię. Współczuję jej z powodu czekającego ją staropanieństwa, gdyż nikt rozsądny nie pojąłby za żonę Slughornówny nieumiejącej warzyć eliksirów. To świadczy o jej wybrakowaniu, a szlachectwo charakteryzuje się nieskazitelnym ideałem. Lub raczej ja w to wierzę. Udaję, że nie widzę jej zepsucia, samemu będąc zepsutym. Zepsuła mnie czarna magia, ale wierzę, że to tylko środek do osiągnięcia celu. Potęgi, na którą zasługuję. Niekompetencja innych czarodziei wokół mnie chciała mi to odebrać, albo przynajmniej utrudnić. Rozpoczęło się od tego głąba Weasley’a w szkole, teraz trafiłem na, co za ironia, lady Slughorn. Gdyby nie dalekie co prawda, ale wciąż pokrewieństwo, zniżyłbym ją do poziomu tych biednych, rudych i piegowatych wybryków arystokratycznego łona, których należało się pozbyć. Niestety jestem bardzo zasadniczy, wręcz fanatyczny i niektóre rzeczy nie przechodzą przez moje gardło, do żołądka, ażeby na koniec zostać strawionymi, wydalonymi i zapomnianymi. Bardzo obrazowe, wiem. Lubię naturalizm i naturalność, szczególnie talentów. Jej talentu nie potrafię dostrzec. Tak samo jak możliwości, że to mogła być moja wina. Nie mogła, jestem o tym przekonany.
Mrozimy się nawzajem chłodem. Jestem zdecydowany kiwnąć głową i odejść, życząc jej miłego spotkania. Drgnęła mi już nawet głowa, ale w tej samej chwili dociera do mnie sens słów wypowiedzianych przez kobietę. Drwi ze mnie. Chce ukarać za swój błąd każąc znosić swoje towarzystwo. Przez chwilę mam wymalowane na twarzy zaskoczenie. Szybko przywołuję się do porządku przekuwając je w obojętność. Przysiadam się, z lekkim ociąganiem pełnym nadziei na przybycie tajemniczego towarzysza Evelyn. Ale on nie nadchodzi.
- Jak zawsze - mówię przesadnie miłym głosem. Przecież wie, że ja jestem zawsze miły, gotów do umilania czasu innym swą osobą. Chwilę później kiwam na obsługę, nie będę siedzieć z pustymi rękoma. Jednocześnie alkoholu też nie zamierzam pić. Otępia zmysły. - Jak tam pani kariera, lady Slughorn? Powodzi się? - pytam niezobowiązująco. Chyba. Przecież to pytanie retoryczne, nikt nie chciałby kupować eliksirów od partaczki. Tylko nie mogę dać tego po sobie poznać.

[bylobrzydkobedzieladnie]




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.



Ostatnio zmieniony przez Quentin Burke dnia 14.07.16 11:47, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
23
Szlachetna
Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
10
10
21
0
1
1
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   08.07.16 21:08

Slughornowie również żyli na uboczu, przykładając większą wagę do własnych zajęć niż do błyszczenia w towarzystwie. Nie bez powodu cieszyli się opinią mruków, jednak mimo to konsekwentnie obstawali przy swoim, przy celach ważniejszych niż wdzięczenie się i brylowanie na salonach. Może właśnie dlatego, że byli wycofani i rzeczowi, cieszyli się takim poważaniem w kwestii eliksirów. Wyjątkiem od reguły była jej matka, pochodząca z domu Rosier i cierpiąca niemiłosiernie, gdy nie utrzymywała więzi ze swoją rodziną i jej dworskim życiem. Akurat tej cechy Evelyn nie odziedziczyła po Rosierach. Brylowanie w towarzystwie nie było jej mocną stroną, nawet w szkole wolała chować się w cieniu swoich krewnych niż działać otwarcie i zwracać powszechną uwagę. Wolała cień, bezpieczny i zapewniający większą swobodę ruchów.
Także teraz wdzięczenie się nie szło jej zbyt dobrze, zbyt trudno było ukrywać niechęć, jaką darzyła Burke’a. Jednak, choć nie miała o nim dobrego mniemania, w towarzystwie nie wypadało być dosadną, nie była przecież niewychowaną dzikuską. Co innego, gdyby byli zupełnie sami, bez żadnych świadków... Ale nie byli. Nie podałaby również do rozważenia jego wybrakowania, bo to, że odprawił żonę, nie będąc w stanie spłodzić potomka, również nie świadczyło o nim najkorzystniej, choć zapewne także zrzucił całą winę na tę kobietę. Miała jednak na tyle ogłady, by nie wywlekać tego typu spraw publicznie. Chyba że dałby jej naprawdę dobry powód do tego, by próbować ugodzić go w punkt, który dla niego mógł się okazać tym czułym.
Wolała póki co błądzić myślami wokół alchemii. Oboje trudnili się tym samym zawodem, ale byli zbyt dumni, by przyznać się do porażki i uznać wyższość drugiej strony. Evelyn znała wielu zdolnych, doświadczonych alchemików na czele z własnym ojcem oraz kilkoma innymi członkami bliższej lub dalszej rodziny, jednak wyższości Burke’a uznać nie chciała, a już na pewno nie po tamtej sytuacji i postawie, jaką przybrał, nikczemnie obarczając ją całą winą i podając w wątpliwość jej kompetencje.
- Nieczęsto mam okazję przesiadywać w takim miejscu jak to, bo w rezerwacie Rosierów zawsze jest dużo pracy – powiedziała, gdy usiadł naprzeciwko niej, niejako podkreślając fakt, że została zatrudniona w rezerwacie rodziny matki, co miało korzystnie świadczyć o jej umiejętnościach i tym, że inni potrafili je docenić bez względu na to, jakie zdanie miał o niej Burke. – Podejrzewam jednak, że i pan ma bardzo dużo zajęć. O ile dopisują zamówienia.
Co nie było takie pewne, skoro wałęsał się po Londynie. Chyba że dziwnym trafem również umówił się tu na jakąś transakcję. Może nawet również zatrudniła go ta sama osoba, co ją, chcąc przetestować dwójkę alchemików? To jednak był już zdecydowanie zbyt daleko idący wniosek. A nawet gdyby jakimś cudem tak było, ta osoba nawet nie wiedziała, w co się pakuje, wybierając właśnie tę dwójkę.
Uśmiechając się z lekkim przekąsem, uniosła kieliszek do ust i upiła z niego łyk, wciąż uważnie obserwując jego oblicze.






Felix, qui potuit rerum cognoscere causas.

Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
31
0
0
10
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   11.07.16 13:06

Może mówić wiele. Mam dwa czułe punkty: alchemia i rodzina. Jednak godząc w moją rodzinę, godzi niejako też i w swoją, nawet jeśli pokrewieństwo jest dalekie. Zostaje więc jeden. Punkt, który jest w stanie narazić moje emocje na szwank. Pogłębić zaistniałą rysę, szczelinę gotową do rozsadzenia, a wraz z tym do zalania żółcią wszystkiego wokół. Bezpłodność? Gadanie. Nie jestem w ten sposób wybrakowany, nikt nie zdoła mi tego wmówić. Tym bardziej smarkula ledwie po szkole, uważająca się za guru w dziedzinie alchemii, a naprawdę nie wiedząca o niej zbyt wiele. Fasady doświadczenia budowanego z pieczołowitym zapałem przez tyle lat nie runą. Trzymam uczucia na wodzy, bez względu na trud jaki muszę w to włożyć. Jestem cierpliwy. Zamykam je powoli w ciasnej szkatułce duszy, gdzie nikt nie ma wstępu. Nikt, poza jedną jedyną osobą niemającą nawet tego świadomości. To w teorii czyni ją niegroźną - nie wedrze się tam z premedytacją. Jest niebezpieczna na innej płaszczyźnie, płaszczyźnie niemożności dochowania sekretu skrywanego przeze mnie już dłuższy okres czasu. Tak czy inaczej, nie ma jej tutaj. Jesteśmy tylko my, Evelyn. W moich oczach nie masz niczego, co mogłoby mnie wytrącić z równowagi. Prócz bezczelności, którą się okrywasz tak zachłannie. Nie dostrzegam w tobie wstydu, zarumienionych policzków, spuszczonego wzroku. Gdybyś wybrała inny materiał, na przykład pokory, pewnie dałbym ci spokój. Młodość jest głupia, popełnia się błędy. Ty wolisz pić z kielicha pychy udając, że nic się nie stało. Nic strasznego nie miało przecież miejsca. Miało. Naraziłaś na szwank swoje nazwisko, będące nazwiskiem mojej matki i nie potrafię tego znieść. Twój wzrok rani mnie dotkliwie powodując ból niemal fizyczny. Czuję do przy obojczyku, gdzie sięga moja dłoń. Przykładam chłodne palce do materiału szaty, oddycham. Coraz głębiej, aż po kilkudziesięciu sekundach uspokajam się, zdejmuję rękę ze swojego ciała. Nie jestem wyprany z emocji, to tylko piękna maska ułatwiająca mi życie. Nie muszę się nikomu z niczego tłumaczyć, ilość popełnionych gaf w towarzystwie również maleje. Moje oczy, chociaż spokojne do tej pory, zasnuwając się skrupulatnie mgiełką… złości? Pogardy? Nie wiem jak to określić. Obawiam się nadać temu formę. Nie chcę nawet. Moim celem jest spędzenie tego popołudnia w błogim spokoju. Ironio losu, siedzę przed czynnikiem wywołującą jedynie niepokój.
Przez chwilę nie patrzę na Evelyn butnie, gdyż mam złożyć zamówienie. Ciepła herbata rozgrzewające bladość ciała oraz kojąca nerwy, tego mi właśnie trzeba. Wywołuję zdziwienie, skoro wszyscy zabijają się o sławetne drinki z dodatkiem Felix Felicis. Naturalnie wiem, że to tylko bujda wymyślona na potrzeby marketingu. Nie pytam o to siedzącej naprzeciwko dziewczyny, posiadam szczątki wiary w jej rozum. Być może mylnie, wszystko okaże się z czasem. Czas lubi odsłaniać karty powoli, w dogodnym do tego momencie. Kimże jestem, żeby działać mu wbrew?
- W rezerwacie Rosierów? Cóż za niebezpieczna praca - komentuję w końcu. W duchu myślę o rodzinnych koneksjach za pośrednictwem których otrzymała tę konkretną posadę. Nie analizuję w tym momencie swojej ścieżki kariery, ja poszedłem drogą alchemii wbrew interesom rodzinnym. Dopiero później z powodu tragedii Burke’ów włączyłem się szczelniej w rodowy biznes. Umyka mi gdzieś informacja o tym, że od zawsze chciałem pracować w tym sklepie. Że wcale daleko nie wyfrunąłem. Nie przeszkadza mi to w ocenie mej towarzyszki. Wiele niepochlebnych myśli kłębi mi się w głowie, żadnej jednak nie wypowiadam na głos. - Dziękuję za troskę, interes się kręci bardzo energicznie. Czego chyba nie można powiedzieć o Kent, skoro ma konkurencję w postaci Peak District? - zagaduję. Pozornie uprzejmie. Z zawoalowanym przesłaniem. Liczę na twoją inteligencję, lady Slughorn.




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
23
Szlachetna
Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
10
10
21
0
1
1
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   12.07.16 0:41

Atmosfera pomiędzy nimi była dość niezręczna. Mimo że od dnia, kiedy warzyli tamten eliksir minęło sporo czasu, wzajemna uraza wciąż była wyczuwalna. I Evelyn nie potrafiłaby się przy nim poczuć tak, jak przy tych spośród krewnych, których darzyła pozytywnym stosunkiem. Nie potrafiła się rozluźnić ani przywołać na twarz lekkiego uśmiechu, z jakim podchodziła do tych nielicznych ludzi, którym udało się do niej dotrzeć. Czuła się zwyczajnie źle, zbyt drętwo, prostowała się sztywno i patrzyła na niego chłodnym wzrokiem, zarezerwowanym dla ludzi, do których żywiła urazę. Wolałaby odejść, zniknąć, zaszyć się w jakimś miłym, spokojnym miejscu, ale zamiast tego los postawił na jej drodze Burke’a, a teraz oboje w środku wili się i skręcali, próbując podtrzymać chłodną konwersację i wyjść z rozmowy z twarzą.
Evelyn nie zamierzała się przed nim kajać. Ani teraz, ani nigdy. Sztywno trzymała głowę, nie pozwalając swojemu wzrokowi opaść na dłonie splecione na kolanach. Hardo wbijała spojrzenie w sylwetkę mężczyzny. Swoją drogą była ciekawa, czy za ileś lat również będzie wypominał jej ten eliksir i obarczał jej winą za to, że go zepsuła. Już ona mu pokaże, co potrafi! Pewnego dnia wszystkim pokaże, że zasłużyła na swoje nazwisko. Chciałaby wtedy widzieć minę Burke’a, który śmiał w nią wątpić i podważać jej umiejętności, podczas gdy sam również nie był idealny. Nawet, jeśli to ona zrobiła wtedy błąd, on, jako ten starszy, z dłuższym doświadczeniem powinien nad tym czuwać, ale jednak do błędu doszło, eliksir był wadliwy i zdecydowanie nie nadawał się do czegokolwiek poza usunięciem szybkim „Evanesco” zanim rozsadzi kociołek. A później Evelyn starała się jeszcze bardziej, jeszcze dokładniej odmierzała wszystkie składniki, zawsze przed dodaniem upewniając się, że wszystko jest w porządku. Później trochę wyluzowała, ale teraz widok Burke’a przywrócił dawną gorycz porażki.
- O tak, z pewnością. Niebezpieczna i wymagająca. Nie przyjmują byle kogo – przyznała, nie wspominając jednak, że nie przydzielano jej do naprawdę niebezpiecznych zadań. Miała warzyć eliksiry i przygotowywać składniki, a do ogrodów ze smokami chodzili odpowiednio przeszkoleni smokolodzy. Evelyn nie mogła samotnie panoszyć się po terenach rezerwatu poza jego bezpiecznymi strefami. Czasami korciło ją, by złamać zakaz, ale groźba rozczarowania ojca skutecznie ją od tego odwodziła, nawet bardziej niż obawa przed stanięciem oko w oko ze smokiem. Pozwoliła jednak Burke’owi myśleć, że może dużo więcej, niż w rzeczywistości. Niech uwierzy, że wcale nie jest tylko słabym dziewczęciem, za jaką zapewne ją ma. – Interes kręci się bardzo dobrze. Rezerwat Peak District jest zarządzany przez ród Greengrassów i zajmuje się innym gatunkiem smoków. – Gdyby nie koneksje z Rosierami, być może to tam wylądowałaby Evelyn, biorąc pod uwagę pozytywne relacje tego rodu ze Slughornami. – Myślę, że nie stanowimy dla siebie większej konkurencji.
Wysączyła kolejny łyk, poprawiając lekko kosmyk włosów, który połaskotał ją w policzek.
- Więc wam również nie pojawiła się żadna nowa konkurencja? Żadnych nowych źródeł hmm... interesujących przedmiotów? – zaczęła po chwili, nie precyzując, o co jej chodzi, w końcu nie były to tematy odpowiednie do poruszania w miejscu publicznym. Ale może to interesy sklepu Burke’ów skłoniły go do wynurzenia się z odmętów Nokturnu i zstąpienia w zgiełk zwyczajnych czarodziejów żyjących zgodnie z normami? Sama kilkukrotnie była w ich sklepie, dla zaspokojenia ciekawości lub chcąc obejrzeć jakiś rzadki przedmiot czy księgę. Slughornowie również lubili otaczać się podobnymi rzeczami, jednak sama Evelyn nigdy nie czuła się w pełni dobrze w tej okolicy. Wciąż uważała swoje zainteresowanie mniej legalnymi wywarami za coś zakazanego, co nie powinno wyjść poza mury rodzinnej posiadłości. Nawet Burke o tym nie wiedział, choć zapewne zdawał sobie sprawę, że pogłoski o bardziej podejrzanych zainteresowaniach Slughornów wcale nie są przesadzone, a członkowie tej rodziny nie mają aż tak czystego sumienia, jak starają się pokazać otoczeniu.


Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
31
0
0
10
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   12.07.16 12:26

Powietrze przecinać można szablą. Nie czuję się winny. To ona powinna. Chciała mi zrobić na złość pozwalając się przysiąść, zrobiła nam obojgu. Nie uśmiecham się, nie ma takiej potrzeby. Nie ułatwiam niczego. Widzę jej butę, arogancję, nie przestaję się dziwić. Próbuję pomieścić to w głowie, na próżno. Chłód jej tęczówek staje się coraz bardziej namacalny. Może właśnie powinienem ocieplić go radosnym, pełnym szykany szczęściem wypisanym na twarzy - nie potrafię. Tak rzadko wyginam usta, tak rzadko kłopoczę mięśnie mimiczne, że nie jestem w stanie przewidzieć skutków tak nagłej zmiany. Co jeśli zostanę z tak głupim wyrazem już na zawsze? To nie jest śmiesznie, nie bawi mnie wcale. Rozmyślania jak z czasów Hogwartu, ale wszystko jest lepsze od siedzenia w tak marnym towarzystwie. Nie potrafię jej tego zapomnieć, tak zwyczajnie. To przez to nazwisko, ono wszystko utrudnia. Zmień je. Wyjdź za jakiegoś Longbottoma czy innego Fawley’a, to ich nazwiskiem podpisuj się pod swoimi miernymi wynikami. Jeszcze kogoś ożywisz chcąc go zabić, kto wtedy po tobie posprząta? Czy rodzeństwo się za ciebie nie wstydzi? Podobno przesadzam z reakcjami. Nie ma w mojej postawie nic przesadzonego. Jestem milcząco obojętny, ani jedno złe słowo nie padło z moich ust. Siedzę wyprostowany, jak należy. Nie podnoszę głosu, nie syczę z nienawiścią, nie rzucam w nią zaklęciami. Jestem ostoją spokoju. Zerkam na obrus, własne dłonie, czasem tylko na siedzącą naprzeciwko mnie kobietę. Nie boję się jej wzroku, po prostu przykro patrzeć. Ta wyniosłość zakrawająca o głupotę mnie dobija. Moim marzeniem było spędzenie tego dnia bez większych ekscesów, dlaczego tak rzadko wychodzą nam nasze plany? Naturalnie, że nie sprawy układają się też po jej myśli. Gmeram w obrębie duszy szukając zalążków współczucia - nie, nic. Ziejąca pustką dziura.
Ponaglam wzrokiem obsługę, ile można parzyć jedną herbatę? Niecierpliwię się. Parujący napój na blacie stanowiłby następny etap w konkursie dojścia do mety. Metą jest zakończenie spotkania, nagrodą powrót do domu. Zaczyna mi się to spotkanie nieznośnie dłużyć, sekundy muszą trwać lata, nie wierzę, że jest inaczej. Ktoś musiał zmanipulować czas, nie widzę innego wyjścia. Oddycham miarowo, liczę w myślach każdy oddech chcąc się uspokoić. Ileż można denerwować się byle dziewuchą? Szlachetne korzenie nie są w stanie mnie obłaskawić. Nic nie jest. Jestem zaślepiony swoją pogardą, nie widzę nic prócz niej. To musi być smutne. Nie mieć życia do tego stopnia, żeby przejmować się wypadkiem sprzed wielu miesięcy, może nawet lat, próbuję zapomnieć. To jednak cała prawda o mnie - nie mam własnego życia. Niewiele jest rzeczy wyzwalających we mnie iskrę emocji, nawet tych negatywnych. Karmię się tym, co los podsunie mi pod nos. Za ofiarę wybrał sobie Evelyn, no cóż. Trzeba się zmierzyć z rzeczywistością.
Słucham jej z średnim zainteresowaniem. Nie dociera do mnie sens jej słów, gdyż są tak bezsensowne, że mimowolnie się skrzywiłem. Ranisz moje uszy tymi bredniami, w większości wyssanymi z palca. Chcesz mi zamydlić oczy? Wiem całkiem sporo, a tylko głupcy nieposiadający wiedzy mogliby się na to nabrać. Co za ironia, po raz pierwszy miałem ochotę się zaśmiać. Pustym, wyprawnym z emocji śmiechem. Kaszlę, chcąc stłumić w sobie ten odruch, zakrywam usta dłonią.
- Z pewnością - przytakuję odsłaniając twarz. W duchu kąpię się w oceanie kpiny. Nie wierzę w ani jedno twoje słowo. Bronisz się przed rujnującą prawdą. Nie mam kompetencji w uświadamianiu cię o swoich błędach, dlatego nie wypowiem się na ten temat. Gram grzecznego, miłego mężczyznę. Odrobinę zdenerwowanego w oczekiwaniu na herbatę. - Rzeczywiście inna rasa wiele zmienia - odpowiadam, bez przekonania. Tak naprawdę nie znam się na smokach. Wiem tylko, że jeden rezerwat może podkupić klientów drugiego, ale po co mówić o tym na głos. Jeżeli wybrała kłamstwo, to nie jestem w stanie nic na to poradzić. Jej myślenie (a raczej jego brak) wywołało we mnie pokłady bliżej nieokreślonej wesołości odbitej w spojrzeniu, ale niczym więcej. Stanowimy naprawdę urokliwą parkę.
- Żadnych. Mistrz jest tylko jeden - mówię pełen stanowczości. Przekonania co do swojej racji. W nagrodę wreszcie otrzymuję swój upragniony napar. Oddycham z ulgą wpatrując się w ciemną jak moja dusza ciecz. Żadnego cukru, miodu, mleka. Gorycz rzeczywistości dopada mnie nawet w takich drobnostkach. Unoszę filiżankę, dmucham kilkukrotnie na parujący napój, upijam kilka niewielkich łyków. Ciepło rozchodzi się po całym organizmie, w przeciwwadze do chłodu bijącego od Evelyn.




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
23
Szlachetna
Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
10
10
21
0
1
1
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   12.07.16 15:44

Gdyby nie to, że Burke tak długo wypominał jej tę sprawę, sama pewnie już dawno puściłaby ją w niepamięć. Po prostu zaakceptowałaby ten fakt i przeszła nad nim do porządku dziennego, mając świadomość, że nie zawsze da się całkowicie uniknąć błędów, te zdarzały się, zdarzają i będą zdarzać, nawet tak znakomitym alchemikom, jak jej ojciec. Błędy były czasem potrzebne, żeby nauczyć czegoś nowego i pozwolić wyciągnąć wnioski na przyszłość, tak zawsze powtarzał jej Francis Slughorn, ucząc ją rozwagi oraz pokory wobec życia, mówiąc, że z przeszłości można wyciągnąć wiele wniosków – bo historia miała to do siebie, że lubiła się powtarzać. Zaakceptowałaby nawet własną porażkę, gdyby nie to, że Burke tak bezczelnie obarczał ją całą winą i przy każdej okazji, gdy tylko się widzieli, patrzył na nią ponuro i wypominał, uważał ją za osobę nieudolną, a ona zbyt mocno chciała udowodnić mu, że się myli i nie może tak łatwo jej zlekceważyć. Jeden błąd nie powinien przecież wpływać na całokształt jej umiejętności. Które definiowało wiele lat nauki i systematycznej pracy, nie jeden eliksir, ale dla Burke’a ten jeden eliksir widocznie miał na tyle ogromne znaczenie, że o nim nie zapominał i jej też nie pozwalał zapomnieć.
Patrząc na niego, czuła coraz dzikszą ochotę, by po prostu podejść i wylać mu na głowę resztę zawartości swojego kieliszka. Na jej wargach chyba pierwszy raz od początku tego spotkania pojawił się szeroki uśmiech, gdy wyobraziła sobie, jak wstaje i chlusta mu prosto w twarz swoim trunkiem, patrząc, jak razem z nim spływa z jego twarzy ta sztywna obojętność, która budziła w niej coraz większe rozdrażnienie. Ale w miejscu publicznym nigdy by tego nie zrobiła, a już na pewno nie swojemu krewnemu, nawet jeśli nielubianemu. To byłoby zbyt plebejskie z jej strony, zwłaszcza w okolicznościach, gdy chciała mu udowodnić, że źle ją ocenił. Musiałaby później usunąć mu wspomnienie tego incydentu, a z tym byłoby trochę zachodu, dlatego zacisnęła jedynie palce na nóżce kieliszka, starając się powściągnąć rozszalałą wyobraźnię podsuwającą te jakże kuszące wizje.
Gdyby tylko Burke wiedział, jakie myśli kłębiły się teraz w jej głowie! Aż odchyliła się lekko na krześle, starając się przywołać na twarz poprzedni chłodny, nieprzychylny mu wyraz, co było trudniejsze, gdy oczyma wyobraźni widziała go ciskającego przekleństwa i ścierającego drink ze swojej twarzy i szaty. Wreszcie pokazującego konkretne emocje.
Czasami lubiła nieco podkolorować rzeczywistość, tak jak teraz, kiedy próbowała odmalować przed nim obraz niebezpiecznej, odpowiedzialnej pracy. Zasadniczo nie kłamała, bo praca ta była odpowiedzialna, mogła też być niebezpieczna, gdyby jakiś smok wyrwał się spod kontroli zajmujących się nimi pracowników oraz zaklęć ochronnych, ale lawirowanie tak, aby nie skłamać, ale też nie zdradzić pełnej, nieubarwionej prawdy było nie lada sztuką.
- A żeby pan wiedział, że zmienia. Rezerwaty zostały stworzone przede wszystkim po to, by chronić te gatunki i badać je, nie po to, by służyły jako rozrywka dla tłuszczy – zaprotestowała, stwierdzając, że najwyraźniej mylnie uważał rezerwaty tylko dla miejsce na weekendowe wypady dla gawiedzi. Udostępnienie niektórych miejsc zwiedzającym było tylko dodatkowym, nie głównym celem. Zresztą jako alchemik z pewnością wiedział, jak ogromny potencjał magiczny posiadały smoki.
- Wobec tego pozostaje mi pogratulowaćŻe chociaż jedna rzecz wychodzi panu dobrze, dodała tylko w myślach. – To co, za dalsze sukcesy zawodowe? – zapytała, i zanim zareagował, stuknęła lekko swoim kieliszkiem w brzeg jego filiżanki, zabierając go, by uniknąć kolejnych pokus wylania mu jego zawartości nawet jeśli nie na głowę, to chociaż na rękę. Była w tym momencie lekko, ale nie nachalnie bezczelna. Właściwie bardziej próbowała wywołać w nim jakąkolwiek konkretną reakcję, która byłaby lepsza od chłodu i obojętności. Większego sztywniaka niż Burke jeszcze nigdy nie spotkała.


Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
31
0
0
10
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   13.07.16 11:49

Niczego nie wypominam. Milczę jak zaklęty, nawet się nie zająknąłem na temat eliksiru. Wszystko zostaje w mojej głowie, a to, że zdania, które formułuję nie mają pochlebnego wydźwięku, to inna sprawa. Napawam się własną pielęgnacją urazów chowanych gdzieś w środku, nie pozostaje mi wiele rozrywek w życiu. Nie tęsknię do nich, ale niezaprzeczalnie coś od życia mi się należy. Nawet jeżeli to coś ma być bardzo marne. Już jakiś czas temu zauważyłem, że nie cieszą mnie rzeczy radujące innych ludzi. Nie szaleję za alkoholem, używkami, kobietami. Interesuje mnie górnolotność, naturalizm, ponurość. Z odrobiną czarnego humoru. Spodziewałem się większego zrozumienia po, jak się zdaje, Slughornównie, ale srogo się przeliczyłem. Nigdy nie byłem dobry w tych wszystkich kalkulacjach, nadal nie jestem. Widocznie Evelyn nasiąkła krwią Rosierów. Nie, żeby mi oni przeszkadzali, ale odnajduję przyjemność uwypuklając ich rodowe, w moim mniemaniu, wady, byleby tylko umniejszyć honoru mojej krewnej. Ekscentryczna forma jednoosobowej zabawy. Czasem dwuosobowej z naciskiem na niewiedzę tej drugiej, że w ogóle bierze w niej udział. Odkopuję te myśli z zakamarków umysłu, lawiruję w meandrach wspomnień oraz wiedzy i nic nie dzieje się bez przyczyny. Odnajduję w sobie pokłady wesołości, które w moim naiwnym mniemaniu miały mnie uratować od nieznośnego, irytującego wręcz towarzystwa. Rozmyślam nad znaczeniem tego słowa: jak to możliwe, że istniejemy w towarzystwie, kiedy każde z nas gra dla siebie, myśląc o sobie, a przeciw temu drugiemu? To całkiem interesujące, ale i niepokojące. Evelyn zachowuje się jak niespełna rozumu, kto wie co jeszcze przyjdzie jej zrobić?
Nie zdziwiłbym się gdyby wymyśliła coś infantylnego. Pod maską pozorów nie wydaje się być ani dojrzała, ani mieć klasę. Ze wszystkich sił dążę do zachowania absolutnego dystansu i uprzejmości, co najmniej unoszącej się na powierzchni. O środek nikt mnie nie pyta, nikogo on nie interesuje, dlatego właśnie tam jest bezpieczniej, a pozory łatwiej zachować niż przekonać się do czegoś skazanego z góry na porażkę. Dmucham nad gorącą herbatą, co jakiś czas upijając z niej drobne łyczki. Chcę to zrobić jak najprędzej żeby móc opuścić uwierające mnie spotkanie. Co jakiś czas zerkam w stronę drzwi - niestety, nikt nie przychodzi. Ani do niej, ani do mnie. Kotłuje się we mnie zniecierpliwienie doprawione sporej wielkości szczyptą irytacji. Bezsensowność tej konwersacji coraz mocniej odbija się do mojej świadomości, bezczelnie wrzeszcząc o atencję. Udaję, że jej tam nie ma obserwując gesty kobiety z naprzeciwka. To oczywiste, że ze mną pogrywa - najlepszą obroną będzie ignorowanie jej. Niestety słyszę coś, co wprawia mnie w zdumienie. Poprzednie odczucia spychane są na dalszy plan przez jedno wielkie zaskoczenie. Nie rozumiem skąd wniosek o rozrywce dla tłuszczy, dlaczego takie słowa padły z jej ust. Pospiesznie analizuję swoje poprzednie wypowiedzi szukając punktu zaczepienia dla tak niepasujących zdań. Mówię niewiele, delikatnie rzecz ujmując, rozmyślania nie trwają więc długo.
Nic. Każda próba zahaczenia o meritum sprawy zakończyła się fiaskiem. Siedzę już dłuższą chwilę otępiale spoglądając na Evelyn; nadal trzymam w dłoni filiżankę. Szukam zrozumienia na jej twarzy, nie odnajduję go tam. Zbiła mnie z pantałyku. Siłą przywołuję na twarz jej neutralny wyraz. Poprawiam się nieznacznie na krześle.
- Naturalnie. - Przytakuję dla świętego spokoju. Solennie postanawiając nie interesować się dłużej niezrozumiałym dla mnie ciągiem przyczynowo-skutkowym tej rozmowy. Z tego zaskoczenia miałem nawet wybrać neutralny temat do dalszej, ciągnącej się boleśnie konwersacji, ale kolejne słowa i gesty towarzyszki wprawiły mnie w kolejną falę zdumienia. Spojrzałem najpierw na nią, potem na kieliszek i moją filiżankę. Czyżby za dużo wypiła? - Dobrze się czujesz lady Slughorn? Może wezwać medyka? - pytam zaniepokojony. Nie wiem czy bardziej z powodu powinności względem rodzinnych koligacji czy strachu przed zrzuceniem całej winy na mnie. Tak, byłem sztywniakiem jakiego świat nie widział, nigdy nie twierdzę, że jest inaczej.




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
23
Szlachetna
Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
10
10
21
0
1
1
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   14.07.16 11:40

Nie musiał mówić tego wprost; od tamtego dnia Evelyn niemal instynktownie wyczuwała zmianę ich stosunków, urazę, która wkradała się w spojrzenia i gesty. Nie, żeby widywali się często, ale te sporadyczne okazje i tak wystarczały, żeby wyczuć jego niechęć i zdążyć odkryć w sobie własną, skierowaną w jego stronę. Tak naprawdę nigdy nie była osobą lubującą się w negatywnych emocjach i żywieniu urazy. Slughornowie może uchodzili za nieprzystępnych, a nawet mrukliwych przez to, że trzymali się z boku i nie lubili wychodzić przed szereg, ale nie czyniło ich to od razu ludźmi całkowicie sztywnymi i pozbawionymi jakiejkolwiek radości życia.
Mimo tego, jakie pozory starała się stwarzać w towarzystwie, w głębi duszy nadal było w niej sporo z dziecka, może właśnie dlatego, że podobnie jak w każdej rodzinie szlachetnej krwi, przez większość czasu próbowano wyzbyć z niej dzieciństwo, uczynić z niej miniaturową dorosłą, która miała dobrze wyglądać i niewiele mówić, za to olśniewać wszystkich licznymi talentami, zwłaszcza artystycznymi. Prawdopodobnie i tak miała więcej tej swobody niż starsze rodzeństwo, ojciec nigdy nie chciał jej skrzywdzić, a odkąd odkrył w niej talent i pasję do alchemii, to można nawet uznać, że na swój sposób ją rozpieszczał, dbając o to, by miała idealne warunki do rozwoju. Ale to przy najstarszym bracie czuła się najbardziej sobą, kiedy była młodsza, bo kiedy coś przeskrobała, zawsze krył ją przed rodzicami, nawet, gdy wbrew ich woli wchodziła na dach lub w zakamarki piwnic sięgające dalej niż pracownia i składzik na ingrediencje. A ciekawska była bardzo, przynajmniej jeśli chodzi o interesujące zakątki lub przedmioty, bo szczegóły z życia innych ludzi nieszczególnie ją obchodziły.
Prawdopodobnie nieco prowokowała Burke’a, ostrożnie próbując odkryć, gdzie leży granica, do której mogła się zbliżyć. Chciała zobaczyć na jego twarzy inne emocje niż sztywna, wystudiowana obojętność. Obojętność była mało fascynująca i zarazem przyczyniała się do niewiedzy dziewczyny odnośnie obecnych odczuć mężczyzny. Nie żeby ją obchodziło, czy czuł się przy niej dobrze, czy źle, była po prostu ciekawa, czy Quentin Burke w ogóle posiada jakąś przystępniejszą, mniej zgorzkniałą stronę.
- Oczywiście – powiedziała, unosząc brwi; tym razem to on zbił ją z pantałyku. Może opacznie zrozumiał jej sygnały? – Skąd stwierdzenie, że mogę nie czuć się dobrze? Uważa pan, że wyglądam zbyt blado?
Jak na szlacheckie standardy była okazem zdrowia, do tej pory nie ujawniła się u niej żadna choroba genetyczna, więc żyła nadzieją, że już tak pozostanie. Wyglądała też całkiem rześko i energicznie jak na osobę, która spędzała długie godziny w piwnicy, warząc eliksiry. To zawsze był pewien paradoks Evelyn, że przy swojej energiczności w czasach nastoletnich potrafiła skupić się na czynnościach wymagających bardzo dużej precyzji i cierpliwości. Nad kociołkiem potrafiła się uspokoić i wyciszyć, odrzucając zewnętrzne bodźce i oddając się najwspanialszej znanej jej sztuce.
Westchnęła tylko i znowu się rozejrzała, próbując wypatrzeć wśród wchodzących czarodziejów kogoś, kto mógłby przyjść do niej lub do Burke’a i tym samym zakończyć ich drętwe i nacechowane niechęcią spotkanie.


Powrót do góry Go down
Quentin Burke
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
29
Szlachetna
Kawaler
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
0
5
31
0
0
10
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   15.07.16 13:00

Nie mam przystępniejszej strony. Jestem jaki jestem. Jakim mnie wychowano. Nie miałem złego dzieciństwa, było ono zwyczajnie smutne, okraszone szczyptą melancholii. Nie cierpiałem wtedy na samotność, mnogość rodzeństwa oraz liczne zajęcia nie pozwalały mi na introwertyzm. W naszym domu mówiono (i mówi się nadal) wszystko, co leży na wątrobie, naturalnie w odpowiednim opakowaniu. To sprawiało, że wcale nie byłem nieszczęśliwym dzieckiem. Przydusiła mnie chyba dyscyplina, nieustające oczekiwania perfekcyjności i zakaz głośnej zabawy. Mieliśmy wyrosnąć na spokojnych, dystyngowanych mężczyzn. Zabrano nam dziecinność, ale nie dzieciństwo. Z Edgarem nie mogłem się wygłupiać przez jego chorobę. Moja wyszła na jaw dopiero niedawno. Czasem zastanawiam się dlaczego moje zachowanie wykształciło się w tak ściśle określony sposób. Jestem człowiekiem wrażliwym, pełnym strachu i wątpliwości. Nikt o tym nie wie, gdyż wylewność nie leży w mojej naturze. Nie wiem kiedy dokładnie zacząłem się odcinać od wszystkiego. Durham tylko zaszczepiło we mnie ten konkretny gen odpowiadający za mrukliwość, do reszty doszedłem z czasem. W szkole odgrodziłem się szczelnie od tych wszystkich beztroskich osób, którym jedynie zabawa była w głowie. Odgrodziłem się od lwów salonowych, gwiazd błyszczących wśród socjety uzmysławiając sobie moje ograniczenia. Nie pasowałem do nich w żadnym aspekcie życia codziennego. Chodziłem samopas przez własnoręcznie utworzone ścieżki życia coraz mocniej oddalając się od gwaru czy śmiechu rówieśników. W Hogwarcie jeszcze miałem przymus przebywać z innymi ludźmi, nawet arystokrata nie otrzymywał dormitorium na własność. Przez komnaty Ślizgonów przewijało się mnóstwo uczniów, trudno byłoby się od nich odgrodzić bez względu na intencje i silną wolę.
Najgorzej zrobiło się po opuszczeniu szkolnych murów, kiedy to bez przeszkód mogłem pogłębiać moją aspołeczność. Dobiła mnie sprawa z aranżowanym narzeczeństwem w połączeniu z genetyczną chorobą, która dała o sobie znać w najmniej korzystnym czasie. Podróże nie sprawiają mi już takiej przyjemności, życie stało się beznamiętne wciągając mnie całego w ten paskudny stan emocjonalny. Brak przyjaciół, rozrywek wpędził mnie w pustą skorupę obowiązków, nigdy przyjemności. Nie jest mi źle w tym wcieleniu, całkiem sprawnie się w nim odnajduję uznając tę postawę za moją powinność. Nie interesuje mnie czy komuś się to podoba czy nie. Twoje zdanie, Evelyn, znaczy dla mnie tyle co nic. Naturalnie pewne pozory zachować muszę przez odległe więzy krwi, rodzina jest wszystkim, ale nie będę się kłopotać nic ponadto. Uważasz mnie za nieinteresującego? Tym lepiej. Nie muszę mieć cię na swojej głowie, na którą wchodzisz kiedy ci się żywnie podoba.
Mi to z kolei nie pasuje. Wcale. Razi mnie ta arogancja, nic jednak nie mówię. Przestaję się nawet krzywić. Twoje bezsensowne słowa skutecznie zmieniają moje plany, zbijają z tropu. Nie zamierzam się temu dłużej poświęcać. To albo prowokacja, albo naprawdę jesteś nietrzeźwa. Nie czuję nadmiernego swędu alkoholu, może jego delikatną nutę. Wzdycham ciężko odkładając filiżankę z herbatą na stół.
- To chyba przez zachowanie - mówię w końcu, a zaniepokojenie w moich oczach przybiera obojętną barwę. Chcę powiedzieć coś więcej, otwieram nawet usta, ale w tej samej chwili dostrzegam kątem oka mojego znajomego, z którym się umówiłem. Podchodzi do nas, a ja wstaję i ściskam jego dłoń. Przedstawiam sobie tę dwójkę jak nakazuje etykieta, do której stosuję się tylko wtedy, kiedy mam na to ochotę. - Pani wybaczy, lady Slughorn, pójdę już. Proszę mi wybaczyć moje naprzykrzanie się. Do widzenia. - Zwracam się do kobiety, pochylam lekko głowę, a po mojej twarzy mógł przebiec cień uśmiechu. Zostawiam na swoim miejscu należną za herbatę kwotę, namawiam znajomego do zmiany lokalu, tutaj mnie coś dusi. Ubieramy się i wychodzimy na grudniowy mróz. Przy stole zostaje po mnie zapłata, resztka gorzkiego naparu i gorycz niemiłego spotkania.

zt.




Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Powrót do góry Go down
Freya Dolohov
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
https://www.morsmordre.net/t3645-freya-dolohov#66309 https://www.morsmordre.net/t3726-nokturnowe-okno#67884 https://www.morsmordre.net/t3725-freya#67883
uzdrowicielka
24
Czysta
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
4
1
12
1
2
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   12.10.16 20:36

3 marca 1956 roku

Szpital nieustannie przypominał jej o przemijającym życiu. Miała ciężkie przypadki - o ile często mogła sama leczyć większość przypadków, dziś spotkali się z wyjątkowo przykrym skutkiem pojedynków. Freya musiała zostać po godzinach, a i tak jeden z pojedynkujących się czarodziejów nie przeżył. Chociaż często spotykała się ze śmiercią podczas pracy, wciąż nie była do niej przyzwyczajona. Czuła jakby wokół niej rozrastała się aura nieszczęść. Wszystko zaczęło się od przeklętego Nokturnu, nabierało coraz szybszego tempa do tego stopnia, że nie wiedziała, jak ma to powstrzymać. Walczyła z własnym smutkiem, trzymając za rękę wątłą dłoń nieboszczyka. Nakazała pacjentowi nie poddawać się, lecz ten najwyraźniej nie miał tyle sił.
Musiała wyjść z sali. Czuła jak pod powiekami zbierają się łzy, lecz nie chciała ich pokazywać światu. Znów dziś przegrali, ale skutki obrażeń były zbyt rozległe. Szukała w swoich zaklęciach błędów, pomijając aktualny stan pacjenta. Samotna łza spłynęła jej po policzku. Gdy usłyszała za sobą głos starszego uzdrowiciela, szybko ją starła. Nawet nie zorientowała się, kiedy nastał wieczór, a brzuch głośno wolał o chociażby kroplę czegoś gorącego. Otrzymawszy pozwolenie o wyjściu z pracy, nie czekała dłużej. Chwyciła ponczo, które sama zrobiła sobie na drutach i pognała na dół, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Przed oczami ciągle widziała twarz byłego pacjenta. Zastanawiała się, jakie miał życie, czy ktoś na niego czekał w domu. Jaką pijał herbatę? Nie widziała na jego twarzy smutku, a tacy ludzie jak ona widzieli w oczach swoje bratnie dusze.
Siłowała się z szalikiem przed wyjściem ze szpitala, gdy zobaczyła znajomą twarz. Lord Yaxley? Nie sądziła, że był tu w odwiedzinach, rzadko kiedy mimo wszystko widziała szlachciców, którzy nie wykorzystywali znajomości. Krzyknęła jego imię i podbiegła do niego, dotykając ramienia. Lubiła wracać do starych znajomych, którzy pomimo wyznawania tej samej ideologii i życia w podobnym środowisku, mieli więcej w sobie radości. Freya szczególną sympatią pałała do Morgot'a. Pomimo tego, że niewiele mówił, czuła z nim więź. Ta zaczęła się już w dzieciństwie, ale przez wiele lat ich znajomość była zaniedbywana, do czasu aż Freya dołączyła do Rycerzy. Po krótkiej wymianie zdań i wielkim burczeniu w brzuchu dziewczyny szybko wyklarował im się dalszy plan działania. Nie chciała wnikać za bardzo, co zrobiła Yaxleyowi deska na Nokturnie, wszak czyhały tam o wiele większe niebezpieczeństwa, więc pozwoliła się prowadzić do pierwszego lepszego miejsca, gdzie będą mogli zjeść posiłek. Widząc szyld, stanęła jak wyryta.
- Morgoth, myślałam, że mówisz o jakieś budzie z jedzeniem, a nie o Liquid Paradise - powiedziała zdumiona. Poczuła się od razu niezręcznie. W luźnej sukience, ponczo i czółenkach nie będzie dobrze wpasowywać się w dresscode - To trochę za dużo - dodała ciszej, chcąc się wycofać.


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#143800
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Zaręczony
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
33
22
5/26
8/50
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Liquid Paradise   15.10.16 9:48

Ciągle był zły. Zły na siebie za to, że dopuścił do tej całej sytuacji jeszcze sprzed kilku dni. I chociaż ten czas był taki krótki, Morgoth zdążył się już powoli z tym godzić. Nie całkowicie, bo dalej został w nim żal za to co się wydarzyło. Gorycz jeszcze miała się utrzymywać długi czas, ale nie mógł tego odwrócić. Nie mógł również zmienić biegu wydarzeń ani wytłumaczyć Lynn dlaczego wydarzenie na latarni skończyło się tak, a nie inaczej. Dla niej liczyło się tylko to, że kogoś zabił, ale nie chciała słuchać dlaczego ani jaka sytuacja go do tego popchnęła. I potem jeszcze ten list... To naprawdę było za wiele. W dzień swoich urodzin czuł wciąż skutki nocnej wyprawy na Ulicę Śmiertelnego Nokturnu w niezbyt trzeźwym stanie oraz spotkanie tam grupy naprawdę nieprzyjaznych obszarpańców. Pomógł mu lord Bulstrode, ale młodego Yaxley'a bardziej interesowało to, gdzie mógłby jeszcze się napić. Wiedział, że alkohol szkodził mu dodatkowo nie tylko ze względu na procenty, ale również nie współgrał z klątwą Ondyny. Chociaż raz go to nie obchodziło. A potem żałował. Przespał praktycznie w całości pierwszego marca, by drugiego wrócić do żywych. Nie wyprawiali przyjęcia z okazji jego urodzin, chociaż stos prezentów od rodzin szlacheckiej krwi leżały cierpliwie w jego gabinecie. Nie interesowało go to w żadnym aspekcie. Dopiero matka widząc go w takim stanie, a nie wyglądał odpowiednio, wezwała uzdrowiciela, by opatrzył stłuczenia, których nabawił się jej syn. Morgoth stwierdził, że nie może tkwić w domu i udał się następnego dnia do szpitala Świętego Munga, gdzie po odpowiednich badaniach dano mu wzmacniające eliksiry i maści łagodzące zadrapania. Opiekun smoków zaszedł również do swojego kuzyna, by przy okazji dał mu nowy zapas ziół do inhalacji. Nigdy nie wiadomo, kiedy miały się przydać...
W godzinach popołudniowych syn nestora rodu Yaxley opuszczał centrum zdrowotne angielskiej społeczności czarodziejów, gdy usłyszał swoje imię. I to wypowiadane przez znajomy głos. Zmarszczył brwi. Nie szukał towarzystwa, a na pewno nie w tym momencie. Widząc jednak Freyę, a także po chwili czując dotyk jej dłoni na swoim ramieniu, zatrzymał się. Mimo że nie był pozytywnie nastawiony na spotykanie dawnych znajomych, panna Dolohov była osobą, która nie kojarzyła mu się z natręctwem, dlatego zapewne jej obecność nieco złagodziła jego parszywy humor. Wciąż pozostała nieokrzesana jak za czasów, gdy widywali się w sklepie jej rodziców i w Hogwarcie. Gwałtowna i zbyt śmiała, chociaż mając Majesty za kuzynkę, zdołał jakoś przywyknąć do podobnych zachowań. Chociaż nie oznaczało to, że by tego w nich nie chciał zmienić. Jednak Freya nie należała do rodziny szlacheckiej, więc mógł jeszcze przymknąć na to oko, chociaż sposób wychowania dzielił ich chyba najbardziej. Jako jedną z nielicznych niżej urodzonych, nie licząc Giovanny Borgii, traktował ją z równym szacunkiem co kobiety ze szlachetną krwią. Nie był pewien czym było to spowodowane, bo Freya nie była idealnie ułożoną panną. Mimo to w pewien sposób zdobyła jego szacunek za czasów szkolnych. Nie widzieli się potem do chwili, w której okazało się, że Dolohov należy do Rycerzy Walpurgii. Jednak nie było okazji, by mogli spokojnie porozmawiać. Każdy był zajęty swoimi zajęciami. Morgoth odpowiednio skłonił się i powitał ją.
- Nieporozumienie na Nokturnie - odparł jedynie na jej pytanie dotyczące powodu przebywania w Mungu. Mimo że Morgoth kochał Fenland i pałac, który zamieszkiwała jego rodzina, nie chciał tam wracać. A przynajmniej jeszcze nie teraz. Następne chwile jednak były odpowiedzią na jego pytanie. Od burczenia w brzuchu Freyi, po jego wysunięcie propozycji późnego obiadu, który przydałby się im obojgu, aż po zajście do odpowiedniego miejsca. Na słowa Dolohov Yaxley zmarszczył lekko brwi. - Aż tak nisko mnie cenisz? - spytał retorycznie, po czym otworzył jej drzwi. Gdy weszli do środka, odebrano od nich wierzchnie okrycia i poprowadzono do odpowiedniej części lokalu dla wyżej urodzonych.
Morgoth pozwolił, by jego myśli zmieniły bieg na coś bardziej lekkiego. mniej zajmującego, chociaż równie dla niego interesującego. Nie mógł za dużo myśleć o Lynn i czarnoksiężniku, którego zrzucił z latarni. I chociaż śniło mu się to co noc od tamtej chwili, udało mu się, chociaż w jakimś stopniu odrzucić od siebie te męczące wspomnienia i skupić się na siedzącej już naprzeciwko Freyi. Na którą naprawdę patrzyło się niezwykle przyjemnie.
- Co się z tobą działo? - spytał, opierając się o tył fotela, na którym siedział i przejechał dłonią po zaroście, obserwując nieco zmieszaną wciąż towarzyszkę.





You collect scars because you want proof that you are paying for whatever sins you've committed
Powrót do góry Go down
 

Liquid Paradise

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 5Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18