Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Malinowy las

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Malinowy las   16.07.16 18:20

First topic message reminder :

Malinowy las

Choć o lesie na obrzeżach Londynu od stuleci mówi się "malinowy", najpewniej nie uświadczy się w nim żadnych owoców. Niezwykły teren ciągnie się na obszarze kilkuset stóp - to nie za dużo, ale także nie za mało na krótką przechadzkę i nacieszenie wzroku wyjątkowymi barwami. Drzewa kwitną tutaj już na początku marca, a ich zielone liście wraz z kolejnymi słonecznymi dniami nabierają... malinowej barwy. Amatorzy tej części lasu mówią, że trzeci miesiąc roku jest jedynym okresem, gdy można usłyszeć tu śpiew ptaków i inne dźwięki leśnego życia. W dzień równonocy wiosennej wszystkie liście opadają, a konary wcześniej zapierających dech w piersiach drzew, przypominają ciemne, martwe szkielety natury z opustoszałymi gniazdami ptaków. Za to runo leśne... Runo leśne czaruje piękna malinową barwą liści, które będą zachwycać przechodniów przez cały rok.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Craig Burke
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3810-craig-maddox-burke https://www.morsmordre.net/t3814-blanche#70697 https://www.morsmordre.net/t3813-zwiazki-lorda-burke#70693 https://www.morsmordre.net/f173-durham-rezydencja-w-tees-valley https://www.morsmordre.net/t3842-craigowe#71823
Handlarz czarnomagicznymi przedmiotami
32
Szlachetna
Kawaler
I will burn your kingdom down
If you try to conquer
Me and Mine
3
15
0
0
1
20
9
9
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   09.06.17 18:42

Od pewnego momentu myślenie o Estelle wiązało się nieodłącznie z Aurigą. Prawdopodobnie chodziło tu po prostu o to, że były tak blisko spokrewnione i kiedy przywoływał na myśl jedną, obok pojawiało się zaraz imię drugiej. Nie za bardzo mu się to podobało, szczególnie w ostatnich tygodniach, kiedy jego relacje z Estelle znacznie się poprawiły - bardzo lubił spędzać z nią czas, nawet tak jak teraz, kiedy po prostu siedzieli razem pod drzewem, nie odzywając się wiele. Oboje skacowani, oboje z migreną i oboje zmęczeni. Zmęczeni sytuacją związaną z Aurigą, zmęczeni wczorajszym wieczorem, zmęczeni sztywnymi zasadami, którymi musiała kierować się szlachta. Pewien był, że ten ranek, chociaż pełen goryczy, zapadnie mu w pamięć na długo.
Na słowa Estelle już nie odpowiedział. Istniało wiele dziwów na tym świecie i gdyby go kto zapytał, zdecydowanie mógłby wskazać kobiece serce jako przykład. Choć i mężczyźni mieli swoje tajemnice, swoje rozterki i ukryte pragnienia, kobiety zdecydowanie biły ich na głowę, otaczając się przy tym również woalem tajemniczości i namiętności. Iście wybuchowa mieszanka.
Gdy Estelle w końcu uznała, że pora się już rozstać, mężczyzna wyprostował się, chcąc jej podać dłoń i utrzymać równowagę. Jego pomoc okazała się jednak zbędna, gdyż Estelle w dość zadziwiającym, zważywszy na jej stan, tempie już zaczęła się oddalać. Chciał również się podnieść i zawołać za nią choćby słowo pożegnania - ale w tym momencie jej zawahanie a później również jej nad wyraz śmiały czyn, sprawiły, że nie zdążył nawet wstać na nogi.
Bardzo łatwo mógłby to wszystko przypisać swojemu złemu samopoczuciu oraz otoczeniu, w którym się znajdywali. Ciężka głowa, świecące prosto w oczy słońce, ogromne zmęczenie i buntujący się żołądek, feeria żywych i niezwykle krzykliwych odcieni różu dookoła... W takich warunkach nietrudno o zwidy. Ale ciepłe, miękkie, wilgotne usta, które czuł na swoich, oraz delikatna, drobna dłoń na jego karku nie należały do świata fantazji. Otępiony umysł Craiga nie od razu zarejestrował jednak, co się stało. Nie dano mu nawet szansy na jakąś konstruktywniejszą reakcję. Coś połaskotało go w umęczony żołądek, jednak było to łaskotanie zdecydowanie przyjemne.
I nim się spostrzegł, Estelle już uciekała, by zaraz przenieść się gdzieś indziej teleportacją.
- Zaczekaj...! - spojrzenie jasnych oczu dopiero teraz oprzytomniało, a słodki smak i wilgoć na ustach jednoznacznie mówiły mu, że to nie jest sen. Chciał zerwać się na równe nogi, musiał jednak zaraz podeprzeć się o drzewo. Serce łomotało mu o pierś, gdy w pełni pojął, co się tak naprawdę stało. Przez jego umysł przelała się lawina myśli, powodując jeszcze większy ból głowy. Gdyby był w stanie... zaraz by się za nią teleportował. Z pewnością uciekła do swojej rezydencji. Musiał ją odnaleźć... i porozmawiać. To zdecydowanie wymagało kilku wyjaśnień.
Wiedział jednak, że w tym stanie nie był to dobry pomysł. Niech więc będzie. Estelle mogła póki co uciec ze swoimi uczuciami. Ale Craig nie zamierzał na nie nie odpowiadać. Po raz pierwszy nie pożałował, że Auriga po prostu wsiąkła. Choć w głowie nadal miał mętlik, nie żałował.
Westchnął z rezygnacją, dotykając lekko palcami swoich warg. Zaklął cicho pod nosem a potem deportował się do własnego domu.

zt




His smile fair as spring, as towards him he draws you;
His tongue sharp and silvery as he imploresyou
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   01.10.17 20:32

| 9 maja?

Wstawanie skoro świt nie przeszkadzało Benjaminowi zupełnie, przywykł do budzenia się razem z wschodzącym słońcem, choć ostatnio to uderzania porywistego gradu a nie blask poranka wyciągały go ze snu, posępnie oznajmiając rozpoczęcie kolejnego dnia, pełnego szans na zaprzepaszczenie starań, podsycenie wyrzutów sumienia lub skrzywdzenie niewinnej osoby. Spoglądał na swoje życie raczej posępnie, świadom ciążących na barkach występków, lecz pomimo tego dzielnie zbierał się z prowizorycznego posłania, utkanego w kącie sypialni Margaux, i ruszał do boju, nie tyle po to, by przetrwać, a po to, by odkupić dawne winy i zrobić wszystko, by cel, który mu - im - przyświecał, stał się odrobinę bliższy.
Jednym z środków prowadzących w stronę nadziei, dobra i sprawiedliwości było odbudowanie starej chaty, zniszczonej w wyniku tajemniczego wybuchu anomalii. Tak głosiła oficjalna wersja, ta znana tylko Gwardzistom przedstawiała się znacznie inaczej, obciążając Benjamina kolejną niewygodną prawdą i niecierpiącą zwłoki potrzebą odwrócenia chociaż ten jednej straconej rzeczywistości. Zakon Feniksa potrzebował swojej siedziby, obłożonej potężnymi zaklęciami, gotowej chronić ich przed zawieruchą i otworzyć swe podwoje na wiernych i godnych dzielenia tego sekretu. Stali się osieroceni i bezdomni, wyrzuceni gdzieś w środek chaosu i choć idea płonąca w ich sercach pozostawała żywa, to odbudowanie domu stało się priorytetem. I przy okazji działaniem najbardziej konkretnym, jasnym, o równo wytyczonych ramach, względnie łatwym do osiągnięcia. Opartym na fizycznej pracy - co przynosiło Benjaminowi ulgę, potrzebował zmęczenia, oddania się harówce, by uspokoić gorącą głowę, skupiając się na trzymanych w rękach narzędziach. Najpierw należało jednak znaleźć drewno, na którym mogliby owych narzędzi użyć - i właśnie dlatego pojawiał się tego wczesnego ranka nieopodal wejścia na zalesione wzgórze, nieopodal dawnej chaty. Szedł piechotą, kołnierz skórzanej kurtki postawił wysoko, a obok niego, w nieregularnych kręgach, biegał Kudłacz, zachwycony długim spacerem. Wright poświęcał mu ostatnio niewiele czasu, postanowił więc połączyć przyjemne z pożytecznym i dać psiakowi trochę beztroski, na jaką z pewnością zasługiwał: wiernie czuwał przy śpiącym Louisie, cierpliwie znosząc szalone wybuchy magii: ten ostatni wypalił mu na lewym boku okrągły ślad, przez co zwierzę prezentowało się dość niedorzecznie. Ben opatrzył ranę i nic poważnego Kudłaczowi się nie stało - oprócz obrażeń estetycznych, które nie przeszkadzały jednak ani ofierze ani, tym bardziej, jego właścicielowi.
Nie musiał czekać długo - Pomona zjawiła się punktualnie, a gdy tylko wyłowił ją wzrokiem z unoszącej się porannej mgły, pomachał jej porozumiewawczo. Kudłacz natomiast rzucił się do bardziej bezpośredniego przywitania, cichego, lecz entuzjastycznego: od razu podbiegł do kobiety, kręcąc się pod jej nogami z wywieszonym językiem i grożącym nagłym urwaniem machającym ogonem. - Dobrze cię widzieć - powiedział, gdy Sprout znalazła się tuż obok. Kontrolnie ocenił jej przyodziewek, pogoda była parszywa a zapewne spędzą w lesie dość czasu, by zmarznąć i zmoknąć: ciężkie chmury, wiszące nad nimi groziły rychłą ulewą. - Przejdziemy przez malinowy las, teraz zostały w nim tylko pnie, a magiczne zdolności tych ich drewna mogą się przydać - chyba, ty tu jesteś ekspertką - zaproponował: jeśli ruszą dalej, trafią do zwykłego zagajnika, kiedyś zapędził się tam podczas świątecznego spaceru.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Pomona Sprout
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3270-pomona-sprout#55354 https://www.morsmordre.net/t3350-pomonkowa-poczta#56671 https://www.morsmordre.net/t3302-pomonka-oponka#56021 https://www.morsmordre.net/f298-hogsmeade-mieszkanie-nr-14 https://www.morsmordre.net/t3351-pomona-sprout
nauczycielka zielarstwa
25
Czysta
Panna

co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie zakorzenione.


20
11
5
5
5
0
3
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Malinowy las   09.10.17 9:59

Pasuje!

Nie lubię wcześnie wstawać. Zwykle jednak muszę - świt to najlepsza pora dla roślin, jak zresztą zauważył w liście Ben. Tak samo uczniowie domagają się opieki już od wczesnych godzin porannych, później zaś muszę prowadzić lekcje. Jedynie w weekendy mogę się wysypiać, ale i tak wtedy odprężam się albo przy gotowaniu albo podczas pielęgnacji najwspanialszych okazów zdobiących parapety i w ogóle całe mieszkanie. Zdarza się też, że pomagam rodzicom - głównie w ich szklarniach, czasem ojcu w pracy. Mimo bycia śpiochem, przynajmniej w teorii, nie potrafię marnować czasu na słodkie lenistwo. Zdarza mi się jednak zapomnieć o świecie wtulając pulchny policzek w miękką poduszkę w maki - najnowszy krzyk mody. Ostatnio jednak poszło coś bardzo nie tak.
Odkąd wróciliśmy z odsieczy, mam problem z własną psychiką. Początek maja upłynął na przeżyciu na eliksirach uspokajających, bez których byłoby mi ciężko zmierzyć się z brutalną rzeczywistością. Wyjątkowo dzięki miksturom nie nawiedzały mnie też koszmary - obecnie zdarzają się one dużo rzadziej niż własne myśli krążące wokół jednego tematu. Nie potrafię się tak po prostu pogodzić z minionymi wydarzeniami. Zapomnieć o najbliższych, ich krzywdzie - i bezsensownej, zupełnie niepotrzebnej śmierci dzieci. Roztrząsam to w kółko, chociaż staram się hamować. Nic im nie wróci życia, zdrowia, uśmiechu. Dziecięcej beztroski, którą powinni oddychać zamiast smutkiem i strachem o samych siebie. Zniknięcie Grindelwalda ułatwia wiele - profesor Dippet na pewno będzie kontynuował tradycje Hogwartu. Mimo to, gdzieś w podświadomości czai się lęk, że to wszystko jest dopiero początkiem, że najgorsze dopiero przed nami.
Musimy więc walczyć, nawet jeśli zaczniemy od odbudowy starej chaty. Nigdy nie chciałam, żeby wybuchła, ale tak sobie myślę, że dla tamtejszego ogrodu dobrze się stało. Był po prostu nieakceptowalny. Całe jednak szczęście, że nie znalazłyśmy z Eileen dość czasu, żeby go uporządkować; wtedy to dopiero byśmy się zezłościły! Jak już budynek stanie, będziemy mogły się zabrać za niego porządnie, bez żadnych wymówek. Może postawimy niewielką szklarnię z warzywami i ziołami? Och, byłoby wspaniale. Powoli zaśmiecam sobie głowę planami, mniej lub bardziej znaczącymi; uciekam w miejsca, w których mogę być sobą, nawet jeśli istnieją one już tylko w mojej wyobraźni. Muszę stanąć na nogi - po przymusowym urlopie wracam do Hogwartu. Muszę mieć więcej siły, więcej motywacji oraz więcej determinacji do zapobiegania podobnych błędów. Do kształcenia młodych ludzi w przekonaniu, że miłość, przyjaźń, lojalność, ciężka praca i odwaga to nie są zapomniane, wytarte frazesy - to obowiązek, ale też przyjemność, którą każdy z nas powinien wdrożyć w swoją codzienność.
Nawet jeśli jestem lekko zaspana, to mam w sobie wiele pokładów energii, którą zamierzam spożytkować na coś innego (dla odmiany) niż użalanie się nad sobą oraz wspominkami tego, o czym wspominać nie powinnam. Zgodnie z przykazaniem Wrighta (przecież nie chcę otrzymać bury już na wstępie) ubrałam się ciepło. Może nawet trochę za bardzo - nerwowo co jakiś czas luzuję szczelnie zawinięty wokół szyi szal. Żółty, jak pięknie żółte może być światło w ciemnym lesie.
- Ciebie też, Ben - odpowiadam, kiedy jesteśmy już dostatecznie blisko siebie. Dźwigam kąciki ust, jakby były całym światem, a ja Atlasem. Kucam widząc szczęśliwe zwierzę. - Witaj piesku - mówię spokojnie, oddając się relaksacyjnej czynności głaskania jego mordki i grzbietu. Niedługo mam urodziny, może powinnam sobie sprawić takiego towarzysza? Nie, pies w szkole to niezbyt dobry pomysł; może powinnam postawić na kota.
- Muszę je obejrzeć, wtedy ostatecznie ocenimy - mówię, powstając. Rozglądam się nieco, ale zaraz daję się prowadzić do wyjścia. - Odnoszę wrażenie, że sam jesteś jak drzewo, Ben. Wszyscy próbują cię powalić lub przerobić na wygodny mebel, a ty dalej trwasz. To chyba zasługa solidnych korzeni - odzywam się nagle, krocząc po wyłożonej liśćmi ściółce. - W czym tkwi sekret? - dopytuję, jakbym rzeczywiście miała usłyszeć przepis na szczęśliwe życie. Takie rzeczy to tylko w powieściach chyba.




Może na liściu albo na piórku ptaka zawisł
ten zagubiony pierścień

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   09.10.17 18:47

Żółty szalik Pomony wyraźnie odcinał się od porannego półmroku, a wstające leniwie słońce, wyraźnie niezbyt szczęśliwe z ponownego oświetlenia ludziom przygnębiającej rzeczywistości, roziskrzyło wełniany materiał wręcz fluorescencyjnymi refleksami. Wright nie zmrużył teatralnie oczu, nie skomplementował też przezorności ani wyborów estetycznych w zakresie ubioru - po prostu patrzył na zbliżającą się energicznie kobietę, uśmiechając się słabo dopiero w momencie, w którym ta kucnęła przy szczeniaku. Najszczęśliwszym z ich trójki. Cóż, psi żywot z pewnością gwarantował więcej przyjemnych doznań, zresztą Kudłacz - w odróżnieniu od swego pana i jego porannej kompanki - nie miał za sobą tragicznych doświadczeń i świeżo rozgrzebanych - i pogrzebanych wraz z ofiarami - traum. W pewien sposób Jaimie mu zazdrościł; sam chętnie wróciłby do dawnego, wesołego siebie, lecz nie pozbywając się trudnych wspomnień. Te sprawiły, że dojrzał, w końcu rozumiejąc, co jest najważniejsze: brakowało mu jednak energii, pewności siebie, wiary we własne siły. Stał się cieniem potężnego, rubasznego czarodzieja, jakim był kiedyś - i podobną zmianę zauważał w Pomonie. Jej uśmiech, choć dalej uroczy i ciepły, znacząco zbladł a iskrzące się humorem oczy zbladły. Dalej tliła się w niej iskierka kobiecej czułości, odwagi i humoru, lecz bez wątpienia ostatnie tragiczne wydarzenia odcisnęły na Zakonniczce swoje piętno.
Wolał nie pytać o szczegóły, nie wnikać, wiedząc z własnego doświadczenia, że to tylko rozogniało rany, posypując je świeżą solą, szybko przesiąkającą krwią i żółcią. Powstrzymał się więc od troskliwych pytań, pozwalając sobie jednak na krótkie przedstawienie towarzysza dzisiejszego spaceru. - To Kudłacz - poinformował poważnie: imię, którego nikt nie spodziewałby się po potwornie kudłatym psie, czarnym, młodym, lecz już zapowiadającym się na zwierzę mocne i duże. Dłuższa, skręcona sierść opadała mu na czarne ślepia a ciężkie łapy opadły na kolana kucającej Sproutówny, brudząc dłuższy płaszczyk. Wright nie skarcił jednak czworonoga, myślami będąc już dalej, w lesie, przy zadaniu, które postanowili wypełnić wspólnie. - Trochę porwałem się z miotłą na księżyc, aż tak dużo nie wiem o drzewach, ale coś tam pamiętam. Z dzieciństwa - kontynuował tłumaczenie, skupiony na przypomnieniu sobie informacji, które słyszał tysiące razy od związanej z drewnem rodziny. - Powinniśmy szukać mocnych, zdrowych drzew. Niezbyt starych, ale odpowiednio wytrzymałych. Byłoby świetnie, gdybyśmy wybrali te, które znajdują się najbliżej zbocza wzgórza, najłatwiej będzie nam je potem przetransportować w dół, do chaty - zaczął rzeczowo, wsuwając dłonie głębiej w kieszenie kurtki, po czym skierował się w stronę lasu, lśniącego już od brunatnoczerwonych liści, zasypujących wąskie przejścia między czarnymi pniami. Zwolnił znacząco kroku, by Pomona zdołała za nim nadążyć - i wręcz zatrzymał się na jej słowa. Ciepłe. Trafiające prosto do wątpiącego serca, łagodzące nieco dyskomfort spowodowany ostatnim spotkaniem Zakonu. Uśmiechnął się słabo, nie unosząc jednak wzroku w bok, obawiając się, że Pomona dojrzy w jego brązowych oczach słabość. - Myślę, że...w zahartowaniu. Przeżyłem już najgorsze - nie mam nic do stracenia. I do obawiania się - odpowiedział po dłuższej chwili ciszy, rozglądając się dookoła, oceniając mijane drzewa, rozłożyste i nagie, wygodne do poznania i sprawdzenia ich budowlanych zdolności. - Jest w tym jakaś pociecha, prawda? - zagadnął, dopiero teraz zerkając na bladą twarz Pomony. Czy i ona potrafiła dostrzec w tragedii odrobinę nadziei? Żyli, działali, budowali siedzibę dla Zakonu, wspierali się - czy było to wystarczające, by utrzymać ich przy zdrowych zmysłach? - Co sądzisz o tym? - wskazał nagle na drzewo tuż obok nich, wysokie, barczyste, z pozoru prezentujące się dość zdrowo.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Pomona Sprout
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3270-pomona-sprout#55354 https://www.morsmordre.net/t3350-pomonkowa-poczta#56671 https://www.morsmordre.net/t3302-pomonka-oponka#56021 https://www.morsmordre.net/f298-hogsmeade-mieszkanie-nr-14 https://www.morsmordre.net/t3351-pomona-sprout
nauczycielka zielarstwa
25
Czysta
Panna

co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie zakorzenione.


20
11
5
5
5
0
3
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Malinowy las   17.10.17 10:44

Czasy się zmieniają, a my wraz z nimi. Trudno jest cieszyć się z wojny, trudno śmiać się nad grobami żywych istot. Trudno zapomnieć o uczniach, których mogliśmy uratować, a którzy zginęli bezsensowną śmiercią przez potwora jakim jest (był?) Grindelwald. Nie potrafię pogodzić się z tym, że zareagowałam zbyt późno. Będąc nauczycielką w Hogwarcie powinnam widzieć takie rzeczy, zmartwić się zawczasu, zdeptać zło w zarodku - tak się nie stało. Wyrzuty sumienia nie opuszczą mnie już nigdy. Tylko dzięki eliksirom uspokajającym żyłam ostatnie kilka dni. Nareszcie wychodzę na prostą żyjąc po prostu swoim życiem, nie będąc raptem biernym obserwatorem swoich własnych poczynań. Jest ciężko, ale stabilnie - jak dotąd. Znalezienie miejsc na wycinkę, towarzystwo kogoś innego niż ciężaru odpowiedzialności wydaje się być kojące. Nawet jeśli Ben sam w sobie przypomina mężczyznę na skraju poczytalności psychicznej. Wierzę jednak w naszą siłę oraz zdolność regeneracji, w to, że nawet jeśli z czasem będzie coraz gorzej, odnajdziemy sposób na skuteczną walkę. Nawet jeśli najcięższą batalią będzie bitwa z samym sobą. O to, żeby nie zatracać się w rozpaczy, a działać, żeby zwiększyć swoją skuteczność. Wygrać życie tych, którzy nie mogą zostać zwycięzcami.
Głaszcząc psa odnoszę wrażenie, jakby świat wracał na właściwe tory. Odnajduję w nim szczątki normalności - kiedyś przecież co rusz miałam kontakt ze zwierzętami, moje rodzeństwo znosiło ich do domu wręcz stadami. Miło było przytulić się do miękkiej sierści, poganiać po okolicznych polach, poczuć wiatr we włosach i śmiech pod żebrami. Czasem brakuje mi tamtej beztroski, ale powoli zaczynam rozumieć, że świat dorosłych rządzi się własnymi prawami. Jest w nim czas na zabawę, ale jest też czas na wielką odpowiedzialność, na rozsądek, którego mi często brakuje. Wszystko dlatego, że żyję w złudnym przekonaniu o tym, że mam jeszcze czas. Już nie mam.
Kudłacz. Kąciki ust unoszą się nad trafnością tego imienia. Rzeczywiście nigdy bym na to nie wpadła.
- Miło mi cię poznać, Kudłaczu - witam się więc z pieskiem po raz ostatni, kiedy postanawiam wstać i wreszcie ruszyć się z naszą małą ekspedycją poznawczą. Nasza nowa stara chata musi zostać wykonana z najlepszego drewna na świecie, a jej umiejscowienie nie budzić kontrowersji. Tak jak ta okrutna, wręcz przerażająca cisza pozbawiona treli ptaków czy innego dowodu na życie tego lasu. Ciszę przecinają jedynie nasze oddechy oraz liście przesuwane przez obuwie. Później słowa - skup się, Pom.
Słucham uważnie każdej wskazówki, jednocześnie rozglądając się za wspomnianymi drzewami. Chodzimy po lesie, okrążam kolejne pniaki, badam ich fakturę wierzchem dłoni, spoglądając to na korę, to w górę, na gałęzie.
- Masz rację - przytakuję najpierw. - Najlepiej, jakbyśmy znaleźli dużo modrzewi. To wspaniałe, wytrzymałe drewno, chociaż trudne w obróbce. Na pewno podołacie - dodaję, posyłając mężczyźnie może nieco zbyt pewny siebie uśmiech. Chyba wie jak wygląda takie drzewo, ale jeśli nie, to spyta. - Ewentualnie może być jodła. Nie wiem tylko czy akurat w tym lesie ją znajdziemy - mówię po krótkim przemyśleniu sprawy, jednak najlepszy byłby modrzew, jest nawet większa szansa, że gdzieś tutaj one rosną.
- A rodzina? - pytam, kiedy uzyskuję odpowiedź na frapującą mnie kwestię. Zadzieram głowę, żeby spojrzeć na twarz Wrighta, jakbym oczekiwała rozwiania wszystkich moich wątpliwości. I ja mam rodzinę i on ją ma, ciekawe czy ich los spędza mu sen z powiek w równym stopniu co mi?
Kręcę głową, chcąc powrócić myślami do naszego zadania. W tym celu przybliżam się do wskazanego drzewa, uważnie mu się przyglądając. I pukając w pień. - Chyba nie do końca brzmi dobrze - stwierdzam po przeanalizowaniu zasłyszanego dźwięku, ale nie poddaję się, muszę się wszak upewnić, szkoda byłoby stracić materiał na naprawdę dobre drewno.




Może na liściu albo na piórku ptaka zawisł
ten zagubiony pierścień

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   17.10.17 11:56

Poranny spacer w towarzystwie ślicznej brunetki i posłusznego - względnie - psa. Słońce niepewnie wstające ponad gałęziami drzew. Świeże, chłodne powietrze, uderzające w nozdrza i usta wspomnieniem nocnego szronu, skrzypiącego jeszcze gdzieniegdzie pod nogami. Cisza i spokój, samotność, bez spanikowanych ludzi, bez grup naprawiających zniszczone domostwa, bez pokrzykiwań sprzedających gazety chłopców i wystraszonych szeptów. Świt u progu lasu nadawał rozpoczynającemu się dniu baśniowej poświaty, wyciągał z brudnej rzeczywistości, koił rozkołatane nerwy i pozwalał odetchnąć swobodniej. Benjamin sądził, że towarzystwo Pomony będzie mu w pewien sposób przykre, nie lubił przecież obnażać się z własnym smutkiem, ale czuł się przy niej swobodnie. Ta sama blada twarz, lekki uśmiech, poważne spojrzenie: nieśli ciężar swych wspomnień i odpowiedzialności razem. Jakoś łatwiej było więc rozmawiać prosto i szczerze, bez uników i prób udowodnienia, że wszystko jest w całkowitym porządku. Na razie chwiejnie stawali na nogach po potwornej, koszmarnej porażce - i to było w tej chwili najważniejsze, cierpliwość, pokora oraz działanie, mające przyśpieszyć budowę wspólnego domu, azylu, bezpiecznego miejsca.
- Modrzew - powtórzył, starając się przywołać z pamięci jakiekolwiek informacje na ten temat, mało skutecznie. Zerknął na kręcącego się wokół ich nóg Kudłacza, żałując, że nie potrafił wyszkolić go w przydatny sposób, na przykład jako psa gończego za poszczególnymi gatunkami drzew. Nie wszystko było jednak stracone, być może uda mu się wytresować go jako groźnego myśliwego czarnoksiężników. - Ma taką postrzępioną korę i wygląda trochę jak...sosna? - dopytał, unosząc wysoko głowę. Wśród malinowych, podgniłych liści, nie zauważył żadnych igieł, powinni więc przejść przez nagi las w stronę tego mniej magicznego, porastającego wschodnią stronę wzgórza. - Z tych żadne się nie nada? Magicznie zrzucają liście w noc równonocy wiosennej, może mają w sobie jakieś ukryte zdolności, ale nie wiem na ile byłyby przydatne przy budowaniu chaty - dodał, machając ręką dookoła, prezentując las ogołoconych drzew, lśniących w blasku poranka czarnymi kolumnami, podtrzymującymi powoli rozświetlające się niebo, żółte jak szalik, otulający szyję Pomony. - Dalej skręcimy w zwykły las, tam możemy znaleźć i jodły i modrzewie - dodał, powracając na ścieżkę tuż obok kobiety, poruszającej kolejny wrażliwy temat - i po raz kolejny nie wywołującej w Benjaminie niechęci czy bólu. Weterani tych samych wojen mogli pozwolić sobie między sobą na więcej z pozoru niewygodnych pytań. - Jest daleko - odparł, mrużąc oczy; nie było to do końca prawdą. - To znaczy, rodzice. A rodzeństwo...Poradzi sobie. Ze mną lub beze mnie - dodał, dziwnie pewny swych słów, być może tragicznych, ale dających mu pewną wolność. Przekonanie, że zarówno Hania jak i Joe nie załamią się bez jego wsparcia, od dawna radzili sobie sami - widział ich jednak u swego boku i choć ta perspektywa dopiero wyłaniała się z oceanu bezbrzeżnego smutku, to coraz wyraźniej obrysowywał wzrokiem kontury wspólnej walki o dobro. - Zresztą, my wszyscy jesteśmy teraz rodziną, czyż nie? - spytał lekko, z odrobiną wesołości, spoglądając na uważnie przysłuchującą się drzewu Sprout. Skupiona wyglądała niezwykle profesjonalnie, nawet z uchem prawie przyciśniętym do kory i Kudłaczem, podskakującym przy jej kolanach z zamiarem pochwycenia w zęby końcówki żółtego szala.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Pomona Sprout
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3270-pomona-sprout#55354 https://www.morsmordre.net/t3350-pomonkowa-poczta#56671 https://www.morsmordre.net/t3302-pomonka-oponka#56021 https://www.morsmordre.net/f298-hogsmeade-mieszkanie-nr-14 https://www.morsmordre.net/t3351-pomona-sprout
nauczycielka zielarstwa
25
Czysta
Panna

co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie zakorzenione.


20
11
5
5
5
0
3
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Malinowy las   21.10.17 12:56

Cicho, przyjemnie, chociaż niewątpliwie wcale nie błogo. Może w innych czasach, innych okolicznościach, zrobilibyśmy ogromną kupkę liści, tarzając się w niej ze śmiechem na ustach, goniąc Kudłacza pomiędzy pniami i delektowali się trwającą wiosną. Niestety walka o lepszy świat jest za mocno wyczerpująca. Zwłaszcza wtedy, kiedy to na naszych barkach spoczywa odpowiedzialność za wszystkie czyny. Nikt tego za nas nie przejmie, nie odpokutuje za coś, czego dopuściliśmy się my sami. To cud, że w ogóle żyjemy. Że możemy przemierzać kolejne metry lasu pełni optymistycznej myśli, że istnieją jeszcze momenty dobre, warte zapamiętania, niepowodujące jątrzenie się paskudnych ran duszy. Kto wie, ile to jeszcze potrwa? Grindelwalda nie ma (chwilowo?), ale formują się inni. Być może gorsi, okrutniejsi, potężniejsi. Nie można ignorować zagrożenia - już wiem czym to grozi.
Oddycham powietrzem czystszym niż mogłabym przypuszczać, badam teren. Zaglądam w głąb lasu orientując się, że prawdopodobieństwo spotkania modrzewia również jest znikome. Spodziewałam się, że jednak są tu jakieś drzewa iglaste - nic z tego. Pod nogami również nie dostrzegam malinowych igieł, to znaczy, że trzeba będzie przejść w inną stronę skupiska drzew. Zanim jednak nastawimy się na jeden cel, musimy rozeznać się w tym magicznym drewnie. Może Ben ma rację i byłoby dużo lepsze niż to zwykłe. Zapatruję się w niego milcząc - mijają kolejne, długie sekundy.
- Tak, dokładnie ten - przytakuję najpierw, raz jeszcze się rozglądając - przerywając tym samym oględziny. - Masz rację, nie znajdziemy tutaj niczego pospolitego - stwierdzam z delikatnym uśmiechem. - Magiczne drewno może okazać się równie cenne, o ile nie bardziej. Obawiam się jednak, że mogłoby nie współgrać z nakładaniem na nie zaklęć ochronnych - dodaję trochę zmartwiona. Niestety nigdy nie byłam w malinowym lesie, nie znam tych drzew, nie wiem czego mogę się po nich spodziewać. Podchodząc do drugiego pnia stwierdzam, że ten okaz jest zdecydowanie w lepszej kondycji niż poprzedni. No, dobra, może przynajmniej odrobinę. Niepokoi mnie jednak ich nikła znajomość. Powinnam się im bardziej przyjrzeć.
- Możemy stanąć na granicy, wybrać część drzew magicznych i część zwykłych? Później porównać? Czy za dużo zachodu? - dopytuję, gdyż ja jestem tylko od strony teoretycznej, a i tak mi to niezbyt wychodzi. Poprawiam nerwowo szalik, machając do biegającego wszędzie psa. Tak, ten to musi mieć beztroskie życie. - Możemy ewentualnie sprawdzić jak reagują na magię tylko… przez te anomalie trochę strach próbować - rzucam ponownie zmartwiona. I zamyślona. Pocieram brodę, zaś czoło układa się w serię skupionych zmarszczek.
Kiwam głową. No tak. Beze mnie rodzeństwo też sobie poradzi. Tylko czy ja poradzę sobie bez nich? Cóż, poniekąd już wybrałam. Nikt jeszcze o tym nie wie, może poza mną, Just i profesor Bagshot, ale to niczego nie zmienia. Nadal trawią mnie wyrzuty sumienia - nie będę jednak o tym mówić Benowi, on sam ledwie się trzyma w ryzach.
- Jasne. Najlepszą. I największą. Mam po tobie masę mięśniową. - Decyduję się na rozładowanie atmosfery drobnym żartem, na dowód którego prężę swoje nieistniejące muskuły w ramionach okalanych przez ubrania. Cóż, nie zarzuci mi przynajmniej, że to nieprawda, skoro nie widać. - Ale wzrost to chyba mam po Just - wzdycham nad ciężkim życiem kurdupla.




Może na liściu albo na piórku ptaka zawisł
ten zagubiony pierścień

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   22.10.17 13:16

Od podnoszenia wysoko głowy, by ocenić rozłożystość gałęzi, Benjaminowi nieco zakręciło się w głowie - tracił powoli umiejętność szalonych wygibasów, jaką uzyskał dzięki latom miotlarskich treningów. Starzał się - albo o prostu zbyt ciężka od problemów głowa nie radziła sobie z opinającą ją stalową koroną, reagując sprzeciwem na jakiekolwiek chaotyczne ruchy, dość mając już entropii rozpościerającej się wewnątrz, wśród myśli i wspomnień, gdzie nadzieja kłóciła się z potwornym poczuciem winy. Zamrugał gwałtownie, sunąc wzrokiem w dół, aż do malinowych liści, zaściełających ziemię - tak, to drzewo wyglądało nieco rachitycznie, zresztą, Pomona miała rację. Korzystanie z drzew, których właściwości nie znali, mogło przynieść skutki albo zachwycające albo tragiczne - ryzyko było jednak na tyle duże, by odpuścić ślepe i radosne biegnięcie w przepaść. Ben westchnął i kiwnął głową. - Dopóki nie wiemy ze stuprocentową pewnością z czym mamy do czynienia, lepiej odpuścić próby - wygłosił niskim tonem, prawie filozoficznie, nie czując jednak większego zawodu. Nie tylko się zestarzał, ale także dorósł, rozumiejąc, że poleganie na instynkcie nie zawsze prowadzi do dobrych rozwiązań. Co, jeśli magiczne, zrzucające rdzawoczerwone liście, drzewa mają w sobie jakąś lukę, sprawiającą, że zaklęcia ochronne tracą na sile? Albo wręcz kpią sobie z magii, płatając nieprzyjemne figle? Ostatni raz przesunął dłonią po szorstkiej korze, ruszając za Sproutówną w zachodnią stronę, bliżej stromizny, bliżej chaty i zarazem bliżej normalnego zagajnika, lśniącego soczystą zielenią i skąpanego w porannej wilgoci. - Chodźmy. Te...malinowe drzewa, możemy potem pokazać Garrettowi albo komuś, kto zna się na ich właściwościach i wtedy ocenimy, czy są przydatne, czy...no, mają wątpliwą reputację - zabrakło mu odpowiednich słów, by ująć w nie swoje wątpliwości, ruszył więc dalej, szurając zabłoconymi butami o dywan liści. - Wolałbym nie próbować używać na nich zaklęć. Tamto wygląda na złośliwe, pewnie ożywilibyśmy je a ono zaczęłoby nas gonić - dodał śmiertelnie poważnie, wskazując dłonią na niższe, grubsze drzewo, którego kora układała się w coś, co przy odpowiedniej dawce ognistej whisky można by uznać za złośliwie wykrzywioną twarz goblina. Kudłaczowi nie przeszkadzała niepokojąca fizjonomia - zakręcił się dłużej wokół pnia, po czym pomknął przed nich, znikając wkrótce w gęstych zaroślach dzikszego zagajnika, niestety jeszcze przed wspaniałym kulturystycznym pokazem Pomony, wywołującym w Benie resztki dawnej wesołości. - Jestem pod wrażeniem. Nie myślałaś o karierze zapaśniczki? - zapytał z rozbawionym podziwem, aż żałując, że stał się swoją lepszą wersją - w innym wypadku mógłby wyrafinowanie obrzucić kobietę aluzjami do rozrostu mięśni klatki piersiowej. Stracone szanse, stracony wybitny humor. Cóż, jakoś to zniesie, zwłaszcza, że nie było mu ostatnio do śmiechu.
Gdy weszli do zagajnika, skierował się w bok, wypatrując modrzewi - i w końcu znalazł, kilka rosłych drzew obok siebie, mocnych, wyglądających na zdrowe. Nieprzerośnięte, możliwe do ścięcia i transportu - Ben przystanął po jednym z nich, opukując je i sprawdzając, czy na konarach nie spoczywają jakieś gniazda, nie chciał niszczyć domu biednym ptakom. - To wydaje się solidne - rzucił przez ramię do Pomony, czekając na jej ostateczny werdykt. Detektywi Sprout i Wright na tropie rodzinnych, zielarsko-drwalskich uwarunkowań.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Pomona Sprout
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3270-pomona-sprout#55354 https://www.morsmordre.net/t3350-pomonkowa-poczta#56671 https://www.morsmordre.net/t3302-pomonka-oponka#56021 https://www.morsmordre.net/f298-hogsmeade-mieszkanie-nr-14 https://www.morsmordre.net/t3351-pomona-sprout
nauczycielka zielarstwa
25
Czysta
Panna

co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie zakorzenione.


20
11
5
5
5
0
3
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Malinowy las   29.10.17 19:07

Zostawiam jedno z drzew, które oboje uznajemy za niezbyt przydatne i ruszam do kolejnego. I kolejnego. Uważnie obserwując zarówno ściółkę jak i same pnie. Musimy znaleźć najlepsze - idealne na odbudowę starej chaty. Moglibyśmy zrobić ją jeszcze lepszą niż była. Przede wszystkim wręcz powinniśmy ją rozbudować. Na szczęście do Zakonu dostaje się coraz więcej osób, a dotychczasowy domek był malutki. Musimy pomieścić wszystkich, żeby każdy miał swój kąt do spoczynku podczas ważnych spotkań. I żeby kotek pani profesor miał swój kącik zabaw - wszak jest naszą maskotką, należą mu się najlepsze warunki rozwoju! Dlatego z pieczołowitością oglądam tereny wokół, tak naprawdę z równą zawziętością spoglądając na gołe, magiczne drzewa. Może drzemać w nich wielka moc, przydatna, ale także niszczycielska bądź w ogóle niewspółpracująca z dodatkową porcją magii. Powinnam to skonsultować właśnie z aurorem, z kimś, kto ma ogromną wiedzę na temat obrony przed czarną magią - ja mogę raptem wypowiedzieć się odnośnie jedynie samego drzewa.
- Racja – przytakuję, zerkając po raz ostatni na piękne konary oraz dorodne pniaki. Trochę szkoda, ale niestety pewnych rzeczy nie możemy przeskoczyć. Musimy działać dla dobra Zakonu - przede wszystkim skutecznie oraz rozważnie, nie byle jak i na łapu capu. Owszem, potrzebujemy materiałów oraz dogodnego miejsca na już; nie od razu jednak Hogwart zbudowano. A cierpliwość to cnota, czy coś. W każdym razie uważnie stawiam swoje kroki w branży budowlanej, nie decydując się na zbędne ryzyko. Anomalie dały nam w kość - nie zniesiemy już więcej cierpienia.
- Tak, to dobry pomysł. Garry na pewno nam pomoże ustalić właściwości magiczne tego drewna - zgadzam się kiwając głową z aprobatą. Pocieram lekko podbródek w zamyśleniu, cały czas poruszając się w kierunku wskazywanym przez Bena - do lasu! Zwykłego, ale również pięknego w swej prostocie. Czy istnieją drzewa piękniejsze ponad zielone, budzące się do życia okazy, działające zgodnie z naturą? Prawdopodobnie mój zachwyt powoduje wychowywanie się wśród podobnych gatunków, pełnych tajemnic, ale takich możliwych do poznania. Nie ufam do końca malinowym lasom żyjącym raptem niespełna miesiąc. Z drugiej strony trzepotka… och, powinnam wykazywać się większą tolerancją zielarską.
- O tak, z pewnością. Chociaż, mi akurat przebieżka by się przydała - kwituję z ironiczno-rozbawionym uśmieszkiem. Poprawiam żółty szalik koncentrując się całkowicie na nowym otoczeniu. Nowych drzewach, nowych możliwościach. Oczami wyobraźni widzę już piękną chatę, którą zbudujemy własnym wysiłkiem - tym piękniejsza będzie.
- Och, myślałam. Zwłaszcza po pobiciu nauczycielki numerologii - mówię już mniej radośnie. Nadal nie mogę przeżyć zniknięcia Melissy. I tego, że być może należała do oprawców. Wzdrygam się na samo wspomnienie tamtych chwil - muszę się zająć badaniem drzew. Chropowata faktura pod dłońmi od razu mnie uspokaja, wprowadzając w niezmącony niczym spokój. - I znów masz rację. Jest idealne - potwierdzam zdanie Bena, myślami już wybiegając w kierunku kolejnych pni.




Może na liściu albo na piórku ptaka zawisł
ten zagubiony pierścień

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   29.10.17 23:27

Miał wrażenie, jakby mglisty poranek trwał już od kilku godzin. Chłód lasu, wilgoć powietrza, dziwna, nieco niepokojąca cisza malinowego zagajnika - cała aura magicznego miejsca wydawała się igrać z czasem, zapętlając ich w rzeczywistości szalenie odległej od codziennych problemów. Opartych na niecodziennych tragediach, wyrzutach sumienia, poczuciu winy. Benjamin oddychał swobodniej a szybszy marsz pod górkę przyśpieszył bicie serca. Konkretne działania zmniejszały ryzyko zapadnięcia się pod ciężarem własnych grzechów. Wędrowanie skoro świt w poszukiwaniu drzew, nadających się do wycięcia i odbudowania starej chaty, działało lepiej niż najdłuższa i najpoważniejsza rozmowa z magipsychiatrą. No, może nie sprawiła cudu, przywracając dawnego, wesołego Jaimiego do życia, ale przynajmniej pozwoliła mu skupić myśli na konkretach, bez smętnego przywoływania wspomnień z niedalekiej, rzeźbiarskiej przeszłości. Drzewa, przybyli tu po drzewa - a Pomona wyraziła zgodę na zmianę terenu polowań. Przyjął ją z pewnym zdziwieniem, ale i zadowoleniem; nie przywykł do tego, by ktoś przyznawał mu rację, Sproutównę traktował jako eksperta w zakresie zielarstwa i flory ogólnie, dlatego tym bardziej docenił zawoalowany komplement, tak naprawdę będący po prostu logiczną decyzją. Mając do wyboru drzewa pewne i niepewne, wybierali te pierwsze, zwłaszcza, jeśli znajdowały się odrobinę bliżej miejsca dawnej starej chaty, ułatwiając późniejszy transport.
Ruszył więc w bok, przywołując krótkim gwizdnięciem zbytnio oddalającego się Kudłacza. Wolałby gwizdać na odkryte łydki Pomony lub komplementować w ten sposób kobiecą figurę, lecz nie w głowie były mu takie szaleństwa - wpatrywał się w korę mijanych drzew, próbując zwizualizować sobie liczbę wykonanych z nich desek i trudności w wycięciu. - Kondycję zawsze można poćwiczyć - odparł krótko na słowa kobiety, bez krytyki: wszystko było przed nimi, każdy posiadał mniejsze lub większe braki, które można było nadrobić. Zmarszczył brwi, zerkając na kolejne drzewo. Rosły blisko siebie, wszystkie wyglądały na zdrowe, niespróchniałe, stabilne. Na wspomnienie Odsieczy, zareagował krótkim kaszlnięciem, łatwym do pomylenia z parsknięciem śmiechu. Odrobinę żałosnego śmiechu. - Każdy czasem musi ostrzej zawalczyć o to, co dla niego ważne - odparł usprawiedliwiająco. Podejmowanie trudnych decyzji stanowiło ich nową codzienność - wzdrygnął się na wspomnienie tej, z którą wyszedł jako pierwszy podczas spotkania Gwardzistów. Gdyby nie ona...ale nie, nie mógł o tym teraz myśleć. Ruszył wokół środkowej części zagajnika, przyglądając się drzewom. - Sprawdzisz jeszcze tamte? - wskazał w kierunku modrzewi, rosnących bardziej na zachód, po czym przystanął pomiędzy, wyciągając z kieszeni kurtki niezwykle pomięty kawałek pergaminu oraz pokiereszowane pióro. Rozprostował papier na pniu rosnącego dębu i przekręcił go dwukrotnie, po czym zaznaczył na narysowanej uprzednio mapie terenu - bardzo prostej, wręcz prymitywnej - miejsce, w którym znaleźli nadające się do wyrębu modrzewie. - Możemy zrobić jeszcze jedną rundkę i upewnić się, że jest tu wystarczająco dużo drewna - zaproponował Pomonie, rolując pergamin. Mapa przyda się wszystkim, którzy będą pracować przy zwożeniu i obróbce drewna; nie była największej jakości, ale tak blisko starej chaty, z jasnymi punktami orientacyjnymi, nawet dziecko potrafiłoby odnaleźć skupisko drzew - a przynajmniej taką miał nadzieję.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Pomona Sprout
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3270-pomona-sprout#55354 https://www.morsmordre.net/t3350-pomonkowa-poczta#56671 https://www.morsmordre.net/t3302-pomonka-oponka#56021 https://www.morsmordre.net/f298-hogsmeade-mieszkanie-nr-14 https://www.morsmordre.net/t3351-pomona-sprout
nauczycielka zielarstwa
25
Czysta
Panna

co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie zakorzenione.


20
11
5
5
5
0
3
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Malinowy las   12.11.17 19:07

Czas nieubłaganie mija, jednak w tak dobrym towarzystwie oraz podczas tak pożytecznego jego spożytkowania ledwie potrafię to odczuć. Może jest odrobinę chłodniej kiedy szczątki promieni słonecznych przestają się przebijać przez gęste chmury zasłaniające nieboskłon. Czarna magia jest okrutna, potrafi wyssać wszystkie pokłady dobra w naturze - całe szczęście, że potrafi się ono magazynować w ludziach. Nadal jest nas za mało, ale wierzę, że będzie nas zdecydowanie więcej. Niefortunna pogadanka o neutralności ma w sobie przesłanie; właśnie takie, żeby ten, kto może i chce pomagać nie chował się po kątach, tylko odnalazł drogę ku realnym działaniom. Które powinniśmy mu umożliwić, ułatwić. Na razie musimy się całkowicie poświęcić odbudowie starej chaty, w której każdy z nas może odnaleźć schronienie - bez tego trudno jest zapewniać bezpieczeństwo osobom go wymagającym. Dopiero w obliczu spokoju własnego sumienia można przekazywać ten spokój dalej. Dlatego tak ważne jest zaangażowanie, tego zaś nam nie brakuje kiedy skoro świt błądzimy po kolejnych połaciach lasów wypatrując najlepszych sztuk drzew - te niedługo zamienią się w solidną budowlę mogącą dać więcej nadziei niż tkwiąc w tym miejscu bez końca.
Rozsądnie jest sięgnąć po to, co pewne. Skoro Ben ma rację, to ja mu ją przyznaję. Nikt nie jest zresztą nieomylny, zaś co dwie głowy, to nie jedna! Dlatego potwierdzam jego sugestie kiwaniem głową oraz szybkim marszem we wskazanym kierunku. Całkowicie nieświadoma śmiałych myśli Wrighta - ja i odkryte łydki? Niedoczekanie. Całkowicie zatracam się w obserwacjach, wybieraniu tych najlepszych drzew, one mówią, jeśli tylko zechce się posłuchać. Podziwiam feerię barw dookoła, różnorodność prezentowanych gatunków, układam miękko buty na leśnej ściółce, co jakiś czas zerkając na biegającego Kudłacza. Zaznaczam drzewa, które można wykorzystać do przyszłej ścinki, uznając te konkretne za najlepsze.
- Tak właśnie zamierzam zrobić - odpowiadam z lekkim uśmiechem. Tak, mam plan na przyszłość, dość skrupulatny zresztą. Podreperowanie stanu kondycji oraz kurs teleportacji łącznej są palącym priorytetem obwieszczającym najbliższe zmiany. Chociaż doskonale zdaję sobie sprawę z długiej drogi jaką muszę p r z e b i e c, żeby pozbyć się nadprogramowej warstwy ciepłego tłuszczyku.
- O tak - kwituję chyba z lekką ironią, dotyczy ona wyłącznie odsieczy, o której nie zamierzam już więcej prawić. - To, to i to nadają się na drewno - pokazuję na kolejne sztuki rosłych modrzewi. Wspaniale, że tutaj rosną. - Tak - odpowiadam, idąc we wskazanym kierunku. Je także gruntownie testuję, oglądam i badam. - Też się nadają - wyrokuję po kilku długich minutach w skupieniu. Wracam do spełniającego się artystycznie Bena. Poprawiam szalik i patrzę w dal na drogę powrotną. - Chodźmy. Po wszystkim zapraszam na ciepłe kakao - rzucam śmiałą propozycją, ale wierzę, że nasz trud musi zostać nagrodzony. - Dla Kudłacza też się coś znajdzie - dodaję zerkając na psa. Zatem idziemy, przyglądamy się ponownie drzewom, zaznaczamy wszystko na mapie, a na sam koniec świętujemy zwycięstwo.

zt. x2




Może na liściu albo na piórku ptaka zawisł
ten zagubiony pierścień

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   18.11.17 14:01

| 13 maja

Działanie. Tylko działanie mogło go uratować, odciągnąć od niewesołych myśli, wprowadzić skomplikowany mechanizm w ruch, skruszyć rdzę, na nowo zapewnić płynność podejmowanych decyzji. Pokiereszowany błędami przeszłości Benjamin został brutalnie wepchnięty na szlak - i był wdzięczny za tę gwałtowność, inaczej nie podniósłby się z kolan, zostając samotnie na poboczu drogi, zepsuty i martwy, gnijący w piekle własnych problemów. Z perspektywy przebiegniętej już ścieżki zupełnie nieistotnych, wstydliwie egoistycznych; koncentrował się tylko na czubku własnej miotły, ignorując nadciągającą ciemność. Zmieniło się to bezpowrotnie, stanął pewniej na ziemi, świadomy przeznaczenia, poświęcenia, ofiary: lecz nie należał przecież do grona mędrców i filozofów, nie mógł pomóc sprawie w inny sposób, niż poprzez działanie. Pracę własnych umięśnionych rąk, uniesienie ciężkiej różdżki, i bieg; bieg prosto przed siebie, choćby w płomienie, choćby przez skute mrozem majowe noce, w sprawach wagi wielkiej - i tej drobniejszej, przyziemnej, w pewien sposób przytulnej. Tak bowiem postrzegał odbudowę chaty, której poświęcił się całym sobą: od kilku dni głowę zaprzątały mu tylko trzy kwestie. Hannah, to oczywiste: jej siła zadziwiała go na równi z niedorzecznymi posądzeniami o sekciarskie wpływy. Praca - rezerwat ciągle wymagał odbudowy, paskudna anomalia, wybuchająca sadzą i plugawą cieczą, została pokonana dzięki zdolnościom Skamandera, ale i tak przesiadywał w Peak District całymi dniami. I odbudowa, stara chata, deski, plany, drzewa; finansowo nie był w stanie wspomóc sprawy tak, jakby chciał, pozostawała mu więc praca fizyczna, jaką przyjmował z chłopięcą wdzięcznością. Lubił widzieć efekty swoich działań, oderwać myśli, poczuć zmęczenie ramion, odciski na palcach, pot ściekający po plecach, odrętwienie dłoni. Im bardziej był zmęczony, bym bardziej żył - a nawet krótkie chwile głębszego oddechu traktował jako prawdziwe błogosławieństwo. Pamiętał rozmowę z Garrettem, wszyscy byli martwi; ofiary popełnionych przez nich tragicznych błędów jak i oni sami, naznaczeni zasklepionymi już bliznami.
Aura sprzyjała pracy, robiło się coraz cieplej, niedawna potężna burza pokiereszowała zagajnik, jaki oznaczył z Pomoną, łamiąc niektóre z drzew, które wybrali do wycięcia. Wright nie musiał czekać długo na swojego dzisiejszego pomocnika - nie zdążył nawet usiąść na zawilgłym mchu, by w spokoju odpalić papierosa i nakarmić skaczącego wokół Kudłacza, a już na horyzoncie ujrzał szybko zbliżającą się sylwetkę Foxa. Przyjemne z pożytecznym, pomoże Zakonowi podwójnie; wiedział, że Frederick łatwiej przemówi Hannah do rozsądku, a także przyda się przy wycince drzew.
- Nie wyglądasz najlepiej, książę - burknął na przywitanie, gdy Fox znalazł się tuż obok, ale stwierdzenie wcale nie musiało być prawdą. Anomalie, odsiecze, Próby; żaden z Gwardzistów nie prezentował się specjalnie pięknie. W powitaniu Benjamina kryła się jednak troska, wyraźniejsza jeszcze bardziej w momencie, w którym zamknął aurora w niedźwiedzim, przyjacielskim uścisku. Krótkim, bez zbędnych czułości, również dlatego, że Kudłacz od razu zaczął skakać obydwu mężczyznom po nogach, szarpiąc za nogawki i domagając się swojej porcji atencji. Wright westchnął i schylił się, by pogłaskać psa - a przy okazji machnąć ręką w stronę wybranych wraz z Sprout drzew. - Byłem tutaj z Pomoną. Wybraliśmy najlepiej rokujące, nadające się na deski, zdrowe i wytrzymałe modrzewie - poinformował niczym kierownik budowy, obracając się na pięcie i ruszając w kierunku porzuconego plecaka i worków. Wyciągnął z niej przyrządy niezbędne do wycinki drzew - w tym jedną z siekier. - Umiesz się tym posługiwać? - spytał właściwie retorycznie; mogli spróbować wycinać drzewa magią, ale wiązałoby się to ze sporym ryzykiem - kto wie, jednak, jak właściwie pójdzie im z wycinką. Mieli przed sobą długi dzień. - Rozmawiałeś z Hanią? - zagadnął sekundę potem, niezbyt wytrwały w sprowadzaniu rozmowy na tematy konkretne. Wyprostował się i odgarnął ciemne włosy z oczu, wpatrując się w Foxa jak w interesujący obrazek w jednej z książek Margaux. Sprytnego Lisa, potrafiącego stawić czoła zarówno zabawie w drwala jak i wprowadzaniu ukochanej siostry w tajemnice lepszego, sprawiedliwego świata, o który walczyli.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Malinowy las   19.11.17 18:20

Na wezwanie Wrighta odpowiedziałem błyskawicznie. Ostatnie spotkanie w Gospodzie pod Świńskiem łbem pokazało, że jako Zakon potrzebowaliśmy nowej kwatery – a nie było to możliwe bez zebrania odpowiedniego budulca. Ja zaś zdecydowanie potrzebowałem przyjaciela, który złapie mnie za fraki, zanim runę w otchłań szaleństwa.
Czy nie obaj byliśmy go bliscy?
W zasadzie już za czasów Hogwartu byliśmy piętnowani tym przydomkiem. Z tym, że kilkanaście lat temu miało to jakoś bardziej pozytywny wydźwięk. Dwóch wariatów wałęsających się po zakazanym lesie. Największe ancymony. Prowoderzy najśmielszych, odjechanych przedsięwzięć, zawsze wyposażeni w odpowiedni sprzęt ze sklepu Zonka. Czasy się zmieniły. Ale my chyba nie aż tak bardzo – choć rzeczywistość zmusiła nas do tego, aby wydorośleć.
Dotarcie do wskazanego miejsca nie okazało się szczególnie trudnym wyzwaniem; zawsze potrafiłem dobrze odnaleść się w terenie i nawet bez pomocy różdżki wyznaczyć odpowiedni kierunek. Już w połowie drogi trafiłem na szlak, którym wcześniej musiał przdzierać się Ben – nie pomyliłem się, bo podążając za świeżo wytyczoną ścieżką, którą zdradzały nadłamane rośliny, szybko odnalazłem nie-olbrzyma.  
Nie zapominaj się, Wright. Korona już dawno spadła mi z głowy. – Tobie również, przyjacielu – choć ja zdejmowałem własną z dziwną ulgą. Bliższy od chłodnego metalu był mi dotyk surowej, rozgrzanej ziemi pod stopami. – Cześć, Kudłaczu. – Oderwany od Benjaminowego uścisku schylam się, by powitać również nowego członka rodziny, którego nie miałem jeszcze okazji poznać. W dzieciństwie zawsze marzyłem o psie, ale ojciec twierdził, że będzie sprawiać za dużo kłopotów. Niewiele zmieniło się, gdy byłam starszy – ale nieustanna tułaczka nie sprzyjała towarzystwie czworonożnego przyjaciela, podobnie jak podjęta później praca aurora, która zabierała mi zbyt wiele czasu, bym z pełną świadomością przygarniał psa, skazując go na nieustanną samotność.
Nawałnica odwaliła za nas połowę roboty. – Zauważyłem, wodząc wzrokiem za miejscami, które wskazywał Ben. – Pracowałem w Tybecie przy budowie domów. Chocaiaż nie jestem pewien, czy pamiętam te skomplikowane ruchy. Machanie siekierą wydaje mi się bardzo zaawansowaną sztuką. – Przyznaję tonem niemal całkowicie poważnym, zastanawiajac się, czy Wright da się wkręcić w ten tani blef. – Początkowo myślałem, że moglibyśmy użyć różdżek, ale w ostatnich dniach magia w ogóle mnie nie słucha. Nie mówiłem ci tego poprzednim razem, ale Hereward spuścił mi manto w klubie pojedynków. – Pomijam szczegóły na temat tego, jak do tego doszło. Jak nieudolnie próbowałem bronić się przed jego zaklęciami. Jak ugrzązłem w miejscu, zaklęty w ciele wielkości połowy ojego i nie mogłem zrobić niczego, gdy Bartius przemieniony w g ą s i o r a po prostu mnie... zadziobał. Tak skutecznie, że magomedycy przetrzymali mnie przez całą noc w szpitalu. Co za żenada. – Chciałbym myśleć, że to anomalia. Ale sam nie wiem. – Wzruszam ramionami, choć doskonale zdaję sobie sprawę z mojego chwiejnego stanu psychicznego, którego nie poprawiało zachowanie Lovegood.
Całe szczęście, że mieliśmy się zająć tym cholernym drewnem. Potrzebowałem czegokolwiek, byleby oczyścić umysł – nawet medytacje przychodziły mi z coraz większym trudem. Chwyciłem więc za siekierę, przymierzając się do pierwszego modrzewia. Jak na złość, temperatura była znacznie wyższa, niż zwykle o tej porze w maju – i choć przed słońcem chroniły nas korony drzew, powietrze było parne i ciężkie.
Ale dla naszej dwójki było to małe piwo, prawda, Jamie?
Jeszcze nie. – Twoja ostatnia szansa, bracie. Możesz się z tego wycofać. Sprzedam Hani bajkę zamiast koszmaru. – Na pewno tego chcesz? Wiesz, w sensie... jeśli coś się stanie – a obaj doskonale wiemy, ze stać się może – nie chcę, żebyś miał do mnie żal. – Rozmawiałem za to z Harriett. – Wspominam, choć powoli przestaję się łudzić, że w tej materii cokolwiek było jeszcze do odzyskania. – I... – na moment zawiesiłem głos, wahając się, czy chcę wciągać w tę sprawę Benjamina. Ale jeśli nie jego – to kogo? Hereward nie znał mnie tak dobrze jak Wright. To Ben stanowił moja najbliższą rodzinę na przestrzeni ostatnich lat. Tylko, no właśnie, jak się okazało – trwałem w błędzie. Nihili nowi – dostałem list. Od Bartiusa. – Przerwałem na moment, wierząc, że pierwsze uderzenie metalu o pień drzewa zasługiwało na szczególne namaszczenie. – Twierdzi, że jakiś Gryfon mocno się mną interesuje.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   21.11.17 17:52

Wright kontrolnie przyglądał się powitaniu Kudłacza i Foxa, upewniając się, że każdy z przyjaciół wykaże się odpowiednimi manierami. Pies zasłużył na masę czułości a Frederick na to, by nie zostać oślinionym - przynajmniej nie tak bardzo. Pierwsze magiczne koty przeskoczył jednak płot i Ben mógł odwrócić się w stronę zagajnika, ważąc w ręku siekierę. - Magia to psidwakosyństwo, wczoraj próbowałem skrócić sobie brodę a zamiast tego wyrosły mi w niej stokrotki - potwierdził, z niejakim zażenowaniem przypominając sobie bujne kwiatki, wyglądające radośnie z skołtunionego włosia, porastającego twarz. Powyrywał je, ale ciągle miał wrażenie, że białe płatki odrastają i wygląda po prostu głupio. Oczywiście był też świadom tego, że i tak miał wiele szczęścia - kapryśna magia mogła poderżnąć mu gardło. Wyglądanie jak elfia wróżka było niską ceną za igranie z czarami. - Dasz sobie radę, to jest banalnie proste. Bierz się za tamto drzewo - wskazał barkiem nieodległy, cieńszy pień modrzewia: rzecz jasna wziął wątpliwości Foxa całkiem na serio, rzucając mu pełne otuchy spojrzenie. Poradzą sobie z przygotowaniem drewna i desek, nie było to coś szalenie wymagającego - najwyżej później ktoś bardziej uzdolniony dopieści i wyhebluje powstały materiał budulcowy. Stara chata miała powstać z popiołów - jak feniks - w jeszcze lepszym stanie niż poprzednio i Ben był zrobić gotów wszystko, by stało się to jak najszybciej.
- Przegrana z mądrym profesorem nie jest wstydem. A Bartius to kawał zdolnego memortka. Czym cię rozłożył, Fulgoro? - spytał rzeczowo, zabierając się do roboty. Mogli pracować i rozmawiać, przyjemne z pożytecznym: dawno nie mieli już okazji do szczerego wymienia się swoimi myślami, tymi skomplikowanymi (w przypadku Foxa) i tymi...nieco mniej, należącymi do Bena. Który myślał głównie o Hannah; uśmiechnął się lekko na jej wspomnienie, nie zauważając pewnej ostrożności w słowach, które wygłosił po chwili Lis.
- Co miałoby się niby stać? - spytał całkiem poważnie, patrząc na Lisa piorunującym wzrokiem, jakby naprawdę oczekiwał objawienia przed nim niebezpieczeństw, które mogłoby czyhać na Hanię po zaangażowaniu się w działalność Zakonu Feniksa. - Chodzi ci o to, że może być na mnie potwornie zła, że nie powiedziałem jej wcześniej? - spróbował zgadnąć, unosząc siekierę, by wykonać śmiercionośny cios. Co nieco pamiętał jeszcze z czasów młodości, nie działał idealnie, ale był na tyle silny, by nawet nieprofesjonalne działanie przyniosło jakiś skutek. Na Merlina, dorastał wśród magicznych drwali, potrafił przecież ściąć drzewo nie obcinając przy tym sobie żadnej z kończyn. A przynajmniej taką mam nadzieję. - Bo jak tak, to no, wiem. Wiem i rozumiem, ale wcześniej nie miałem do tego głowy. Przyjmę na klatę jej ewentualne obrażenie się i ciche dni. Kocha mnie, w końcu jej przejdzie -  wytłumaczył pocieszającym tonem. Nie miał wątpliwości co do zaangażowania Hannah, a jedyny kłopot, jaki widział na jej drodze ku Zakonowi, dotyczył wściekłości siostry. Już widział gniew, spowodowany zatajeniem przed nią sekretu - i uniemożliwieniem pomagania innym od razu, zablokowanie drogi poświęcenia i obdarzania wsparciem słabszych. Benjamin był całkowicie przekonany o dobrym sercu swej siostry - zagrożenie, jakie niosło ze sobą przystąpienie do Zakonu, wydawało mu się nieproporcjonalnie małe w stosunku do korzyści, jakie mogli uzyskać, posiadając po swej stronie taką sojuszniczkę. Nie musiała przecież walczyć ani podchodzić do Próby - choć czułby szaloną dumę - a Wright wierzył, że sama znajdzie dla siebie odpowiednie miejsce. Westchnął ciężko do tych rozmyślań, unosząc siekierę, by wykonać odpowiedni zamach i naciąć jeden z modrzewi. Świst metalu zagłuszył nieco zdawkową informację Foxa - Ben wyrwał z drzewa siekierę i łypnął na mężczyznę przez ramię, ponownie pytająco. Coś kryło się głębiej za tymi krótkimi zdaniami - znał Lisa, wiedział, że ten nie zamyka opowieści w wąskiej klatce zdań: chyba, że chodzi mu o coś więcej.- Nie wiedziałem, że masz małoletniego chłopaka w Hogwarcie - dodał chwilę potem, rozsmakowując się w tej przyjacielskiej złośliwości: przysiągłby, że nie robił tego od lat. Rubaszna wesołość brzmiała w ustach Wrighta nagle dziwnie smutno i nie na miejscu, sam zdawał sobie też sprawę z niezręczoności tematu - choć wypierał pewną rozmowę sprzed kilku(nastu) lat z pamięci - dlatego ponownie skupił się na wycince drzewa, naprężając zastane mięśnie i celując w poprzednio nacięte miejsce. Nasłuchiwał jednak odpowiedzi - bardzo cierpliwie.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Malinowy las   26.11.17 16:28

Zawsze uważałem Dumbledore'a za wybitnego czarodzieja – nigdy nie przypuszczałem jednak, że jest na tyle potężny, bo zdołać przemienić samego Benjamina Wrighta w człowieka odpowiedzialnego, ostrożnego i opanowanego. Co więcej – że uda mu się dokonać tego z zaświatów. Kilka lat temu, jakkolwiek nigdy nie ujmowałem Jamiemu smykałki do zwierząt, nie wyobrażałem sobie u jego boku psiego towarzysza. Kudłacz mu pasował – ale pasował t e m u Benjaminowi, choć tak naprawdę był mi jak brat nawet wtedy, gdy był najgorszy. Nigdy nie przestałem w niego wierzyć, choć czułem się bezsilny, próbując zatrzymać jego danse macabre Choć może ten nigdy się nie skończył – bo czym było nasze zaangażowanie w Zakon Feniksa, jeśli nie tańcem ze śmiercią?
- Może nawet by mnie to rozbawiło, gdybym nie czuł się odpowiedzialny za cały ten bałagan. - Przyznałem cierpko, zabijając tę pozornie radosną atmosferę. Jakkolwiek zabawnie nie wyglądał Ben z bujną łąką zamiast brody, nie potrafiłem przekuć ponurych anomalii w coś pozytywnego. Nie w chwili, gdy liczba ofiar z dnia na dzień jedynie zwiększała swą liczbę. Po nawałnicy magia może i nieco się uspokoiła (a może większy udział miały w tym sumienne prace Zakonników, którzy dzięki instrukcjom od profesor Bagshot odwracali chaotyczne procesy w najbardziej niestabilnych miejscach), nadal jednak nie potrafiłem zasnąć, odliczając minuty do śmierci kogoś bliskiego.
Więcej nie chciałem drążyć tego tematu – a ścinanie drzew miało skutecznie odciągnąć moje myśli od wydarzeń z przełomu kwietnia i maja.  
- Co ja bym zrobił bez twoich nieocenionych porad. - Komentuję z nutą nonszalancji, ale bez marudzenia zabieram się za mniejsze drzewo. I tak należało wyciąć je wszystkie. Czekał nas długi dzień – zupełnie jak kiedyś, gdy wymykaliśmy się do Zakazanego Lasu, tylko po to, żeby udowodnić sobie nawzajem, że w c a l e się nie boimy. Chociaż może ty się nie bałeś – u mnie ta odwaga ukształtowała się dopiero z czasem. Nie wiem, jak ułożyłaby się moja życiowa droga, gdyby nasze ścieżki się nie przecięły. Może byłbym dziś wychuchanym arystokratą popełniającym błędy przodków, a może dusiłbym się w ryzach nazwiska, nie mając wystarczająco sił, by sprzeciwić się rodzinie. To ty nauczyłeś mnie, że należy sięgać po swoje, bez względu na koszty, bez względu na ryzyko. Wszystko albo nic. Bez żadnych półśrodków.    
- Powiedziałbym raczej, że kawał zdolnego gąsiora. - Odpowiadam enigmatycznie, choć tak naprawdę sprzedaję ci cały sekret mojej sromotnej porażki. Ile dałbym za to, żeby Bartius rozłożył mnie przy pomocy Fulgoro... - Owszem, przegrana ze świetnym przeciwnikiem to nie powód do wstydu, ale nieumiejętne posługiwanie się różdżką już tak. - Co by było, gdyby w tej chwili czyjeś życie leżało w naszych rękach, a dokładniej – w naszych różdżkach? Pojedynki mogły mieć ściśle określony kodeks, który ograniczał możliwości wykorzystania własnych umiejętności, jednak gnębiła mnie myśl o tym, że mogłem okazać się nieskuteczny. Że mogłem kogoś zawieść. Że mój błąd mógł kosztować kogoś życie.
Już kosztował. Zbyt wiele żyć.
Potrząsnąłem głową, jakbym chciał wyrzucić z niej ponure myśli, biorąc się za kolejne drzewo. Praca pomagała. Nie tylko w oczyszczeniu umysłu – przywoływała z pamięci chwile spędzone w Tybecie, które wspominałem jako jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Prosta, nieskalana zmartwieniami egzystencja włóczykija była lekka i przyjemna, nie była jednak dla mnie. Stanowiła dobrą odskocznię od zamętu w rodzinnej Anglii, ale tylko na chwilę. Nie potrafiłbym zostać na permanentnym wygnaniu – zawsze czułem, że moją życiową misją było naprawienie świata, który zastałem. Wiedziałem, że muszę w końcu dostać się na staż aurorski. Ale nawet, gdy już podjąłem pracę, czułem, że w tej układance brakuje kluczowego elementu. Tak jakbym żył w uśpieniu, latami czekając właśnie na przebudzenie Zakonu Feniksa.
- To, że będzie zła, akurat brałbym za pewnik. - Pamiętałem swoją złość, gdy dołączyłem później niż inni – Garrett, Samuel, Charlus, nawet ty. Znając Hannah, nie oczekiwałem niczego innego jak gradu zajadłych strzał, choć może lepiej, żebym to ja przyjął je jako pierwszy.
Łatwiej oszczędzić kogoś obcego niż rodzonego brata.
- Po prostu... sam wiesz, że może się zaangażować. Bardziej, niż byś chciał. Jest świetną czarownicą, w to nie wątpię. Ale... - ale ty także przeszedłeś próbę, przyjacielu. I wiesz, że tej batalii nie wygramy bez poniesienia ofiar. Gdyby nie anomalia, być może Josephine, Alex, Eileen i Justine nigdy by nie powrócili. Nasz los był kruchy.
Spojrzałem na ciebie porozumiewawczo, gdy drzewo ostrzegawczo chrupnęło, by po chwili zatopić się w leśnym runie. Moje myśli sięgały w najdalsze, najmroczniejsze rejony – ale coraz trudniej przychodziła mi wiara w to, że przyjdzie nam się cieszyć przyszłością, o jaką walczymy.
Nie wiedziałem, czy celowo unikasz tematu Harriett, czy może dźwięk pękającyc sęków skutecznie zagłuszył mój głos. Postanowiłem jednak nie drążyć tego grząskiego tematu, być może dlatego, że sam znalazłem się w bagnie, które wciągało mnie coraz głębiej pod swoją powierzchnię.
- I w tym rzecz. - Zaczynam szorstkim głosem, nie potrafiąc odnaleźć się w chaosie towarzyszących mi emocji. - Bo ja też tego nie wiedziałem. Aż do wczoraj. - Dokańczam, nie przerywając pracy. Wiedziałem, że dopóki mięśnie pozostaną napięte, nie będę odczuwał zmęczenia – a może była to najprostsza wymówka, by nie musieć obserwować wykwitającego na twojej twarzy... no właśnie, czego? Chyba sam nie chciałem wiedzieć. - Byłem w odwiedzinach u... pewnego mugola. Wyjaśnić parę spraw. - Mówię, jakbym opowiadał o tym, co jadłem na śniadanie, choc w gruncie rzeczy czuję się, jakby nacierało na mnie stado rozwścieczonych garborogów.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
 

Malinowy las

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Malinowy las

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu :: Wierzbowa aleja-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18