Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Baśniowa puszcza
AutorWiadomość
Baśniowa puszcza [odnośnik]27.12.16 21:54
First topic message reminder :

Baśniowa puszcza

Głusza skąpana w mlecznej mgle i ciszy, nie zapraszająca nikogo do swoich progów. Dokoła znajdują się tylko wysokie, proste jak struny drzewa, posadzone w równych rzędach, odbijające od swoich pni większość dźwięków, co w gruncie rzeczy skutkuje ogromnym, ale też głuchym, tłumiącym echem. Gdy stąpa się po mchu, szalenie miękkim i również szalenie grząskim, coś zmusza do ciągłego uważania na kroki. Woda nie szemrze, ale wciąż płynie, tworząc coś na kształt spokojnego strumienia, płynącego prostą drogą w jednym kierunku - na północ.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Baśniowa puszcza - Page 13 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Baśniowa puszcza [odnośnik]14.12.21 22:20
« Trzeba dokonać wielu dobrych czynów, aby zbudować dobrą reputację, ale wystarczy jeden zły aby ją stracić. »
W temat pokrzywdzonych przez śmierć Mony nie chciał nawet wchodzić. Gdyby Michael wyjawił swoje myśli werbalnie, kolejny potok nieprzyjemnych słów ujrzałby światło dzienne. Odkąd zaszła w ciążę, ostracyzm, jaki za nią szedł, był surrealistyczny. Sam fakt, iż związała się z nim, był przyjęty niezwykle oschle. Rodzina Sprout wzgardziła wszak małżeństwem ich córki z Jaydenem, obarczając winą zięcia za jej upadek. Ich synowie zostali potraktowani niczym bękarty, a wymuszone wsparcie, jakie oferowali rodzice Pomony, zostało odrzucone przez astronoma, który nie chciał żadnej litości. Do tego zarzucanie mu winy. Że sprowadził na nią całe to zło. Że to przez niego zginęła. Że był tym fircykiem, który wykorzystał okazję, a następnie pozwolił na wykończenie się młodej kobiety. Że tłamsił ją i nigdy nie byłaby z nim szczęśliwa. Że zależało mu jedynie na reputacji. Jak miałoby wyglądać dorastanie tych dzieci? Miałyby żyć pod kamieniem razem z nią? A tak, jak najgorszy scenariusz się ziści, a ty je wychowasz na swój obraz i podobieństwo, być może będą miały szansę przeżyć, a nawet być może jakoś funkcjonować w społeczeństwie "czystej krwi". Ona by nie umiała. Dlatego. Nienawidził tych słów. Nienawidził tego, jak silnie w nim pracowały i budziły wątpliwości. Że pozwolił im w ogóle dotrzeć do jego podświadomości i umościć się wygodnie, by torturować go w najmniej spodziewanych momentach. Sprout, Skamander... Wyraźnie i jednomyślnie wyjawili, co myśleli o samym profesorze oraz jak oceniali związek, którego nigdy nawet nie widzieli na oczy. O którym dowiedzieli się, gdy zaczął jej szukać lub gdy dopiero list gończy zawisł na tablicach ogłoszeń. Dlatego pomimo faktu, iż profesor nie życzył im źle, nie czuł wobec nich współczucia czy powinności. I chociaż twarz ich siostry, kuzynki, córki wisiała na każdym płocie Anglii, nikt z krewnych Pomony nie przesłał listu, nikt się nie skontaktował. Nikt nie pofatygował, aby ją odwiedzić, gdy jeszcze żyła lub aby odwiedzić grób, tudzież złożyć kondolencje po jej śmierci. Nikt z rodziny. Nikt z przyjaciół z Zakonu. Więc z szacunkiem do ich rozżalenia, cały swój smutek mogli sobie darować.
Martwić się o siebie — to teraz twoja dewiza?
Uśmiechnął się półgębkiem, nie mówiąc już ani słowa. Michael nie był ojcem i nie mógł zrozumieć więzi, jaka znajdowała się między rodzicem a jego pociechami. Początkowo jednostronne, bo przecież chłopcy byli zbyt mali, by rozumieć, powoli przeradzała się w silniejszą. Trwalszą. Reagowali na jego głos, zapach, obecność. Tak, jak on reagował na nich. Słowa, jakie później padły, były więc znaczące w sferze, jakiej Tonks nigdy nie mógł pojąć. Jak silne były wszak emocje w rodzicu, który wypowiadał takie słowa? Ostatnie w końcu czego chciał, czego się bał, równało się z krzywdą chłopców, a jednak tam, w tym konkretnym momencie nie było prawdziwszego stwierdzenia. Dlatego też gdy po aurorze zostało już jedynie wspomnienie, profesor zdał sobie sprawę, że cały drżał, powstrzymując uczucia, tłamsząc je w sobie. Starając się ich nie okazać, aż w końcu osiągnęły punkt krytyczny. Uścisk w gardle, łzy zamazujące widok pustej polany i bezradność. Astronom wytarł jednak rękawem twarzy, by zawalczyć po raz ostatni z uściskiem w gardle. - Jestem gotowy - powiedział w przestrzeń z trudnością, by po chwili dostrzec obok siebie Śpioszka, który w odpowiednim momencie zabrał ich obu do Kerry. Do domu.

zt Jayden


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Baśniowa puszcza [odnośnik]06.07.22 23:29
| data?

Sprawa ogólnie była prosta - i wcale nie taka skomplikowana. Bo w sumie to byłam już tam wcześniej przecież. Jak iść wiedziałam też odpowiednio. Północy z południem nie myliłam i potrafiłam na postawie różnych rzeczy nawet dość odpowiednio określić w którą stronę iść powinnam, żeby dostać się tam gdzie chciałam. No i dorosła już byłam, więc sama mogłam dać sobie radę. Zwłaszcza, że to Irlandia była, a tutaj mniej wojenny oddech na karku czuć było. Dlatego też kiedy już znaleźliśmy się blisko naprawdę a wujaszek do załatwienia i tak miał coś kawałek w inną stronę zapewniła go, że dalej sama sobie poradzę mając ze sobą Duszę na ramieniu i miotłę w dłoni. Chwilę tak patrzył na mnie, ale drogi na więcej niż dziesięć minut lotem miotłą nie było więc pozwolił mi samodzielnej być. A ja po dotarciu miałam sowę mu posłać że dotarłam zgodnie ze swoimi zapewniniami. A jak wszystko ustalone zostało to rozdzieliliśmy się. On sam poszedł, a ja razem ze swoim towarzyszem- - smoczognikiem na ramieniu ruszyłam na nogach. Wiedziałam, że z polany na północ iść trzeba tak długo aż się oczą nie ukarze dąb okazały dość z taką dość charakterystyczną gałęzią. Później obić wystarczyło trochę na zachód minąć strumień i już się było na miejscu.
Znaczy powinno być.
To na pewno było tędy.
Więc czemu każdy kolejny krok wlewać zaczynał w moje serce zwątpienie. A las zamiast rzednąć gęstszy zaczynał się robić? Wątpić zaczynałam. To na pewno zachód był? Tak zapamiętałam od ostatniego razu. A co jeśli na zachód odbiliśmy wychodząc od nich, a nie do nich zachodząc? Zgubiona byłam już całkiem? Zatrzymałam się gwałtownie rozglądając wokół. Drzewa zaczęły być już gęste dość a światło coraz słabiej docierać pod koronę drzew. Poczułam, że serce bije mi jak oszalałe strasznie. Przygryzłam dolną wargę. Odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni i zrobiłam kilka kroków w stronę z której przyszłam. Ale po tych kilku krokach odwróciłam się w stronę z której przyszłam i w którą szłam i ruszyłam znów w tym samym kierunku pełna niezdecydowania. Zatrzymałam się znów.
- Ufaj sobie. - powiedziałam do siebie stawiając kolejne kroki do przodu, ale mniej w nich pewności było. - Ufaj. - krok na przód. - Sobie. - kolejny - Neala. - instruowałam samą siebie, coraz mniej samej sobie ufając. Dusza poprawiła mi się na ramieniu a ja przystanęłam, czując nieprzyjemne uczucie, które rozlało się po całym moim ciele i tej właściwej duszy. Potok był, prawda? Prawda. Szemrał złowieszczo wokół mnie, razem z kolejnymi niepokojącymi odgłosami. - Wyobraźnia, to tylko twoja bzdurna wyobraźnia. - przekonywałam siebie stojąc jednak w miejscu nie mogąc się zdecydować co robić. Coś nagle strzeliło za mną, poniosło się echem ja podskoczyłam spłoszona dźwiękiem w końcu chcąc krok na przód postawić, byle wyjść z tych czeluści ciemnych, ale zamarłam. To na pewno mary, duchy złe przeznaczenie przysłało, by raz na zawsze wzięło i się ze mną rozprawiło. To koniec był, dzisiejszego dnia, ja Neala Weasley żywota swojego dokonam. Pewna byłam. Walczyć z przeznaczeniem nie było łatwo, a paraliżujący strach zmiękczył mi nogi na tyle, że nawet ustać nie mogłam. Opadłam na kolana, unosząc głowę do góry próbując przez koronę drzew dojrzeć cokolwiek. Płakać chyba zaczęłam, ale nie przeszkadzało mi to aż nadto. Łzy ślicznie lśnić będą na mym licu martwym, tego byłam pewna.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Baśniowa puszcza [odnośnik]07.07.22 13:40
Praca w rodzinnym biznesie ma liczne, równoważące się plusy i minusy. Przykładowo można mieć wszystkich bliskich pod ręką i nie martwić się o ich bezpieczeństwo, tak jak w przypadku osób pracujących poza przydomowym zakładem, ale trudniej wtedy unikać wyczekujących spojrzeń czy malującej się w oczach wuja dezaprobaty, kiedy dysząc nad karkiem każe dłubać w tym drewnie nieco bardziej w lewo, bardziej płynnie, ale i delikatnie, bo Sheridanowie to mają renomę i żadnych bubli do klientów wysyłać nie będą. Przed czujnym spojrzeniem można jednak uciec, wykorzystać inne, równie potrzebne talenta, niekoniecznie związane z samym wytwórstwem mebli. To on najczęściej odwiedza zleceniodawców, przeprowadza pomiary i prezentuje projekty, spędza na tym długie godziny, ćwicząc się w wytrwałym pokonywaniu wielkich odległości na miotle. Przygotowywane w ilościach na potrzeby transportu zamówień świstokliki prowadzą do większych miast, skąd trzeba przedostać się dalej, do domu klienta, a wtedy nic nie stoi na przeszkodzie, by nadłożyć drogi i na kilka minut zahaczyć o malowniczą scenerię.
Lubi te dalekie wyprawy, bo choć nie ma natury samotnika, to przechadzanie się leśną ścieżką bywa prawdziwie relaksujące. Zwłaszcza kiedy po drodze można zasiąść nad brzegiem strumienia ze szkicownikiem w dłoni, bez ryzyka natknięcia się na wścibskich, zaglądających przez ramię oczu. Także teraz głowi się nad kolejną kreską, która odpowiadać ma za linię drzewa, a nijak pasuje do wrośniętego na drugim brzegu pnia. Wtem ściąga brwi, czujnie nasłuchując niepokojącego dźwięku. Zdążył przywyknąć, że w tej puszczy odpowiada mu echo, albo zwykła cisza, aż tu nagle jakby czyjś głos? Podnosi się i prostuje, rozglądając wokół, chcąc sprawdzić czy to słuchowe omamy, czy też naprawdę trafił się cud i ma dziś towarzystwo. Powoli odkłada szkicownik na miękkim mchu, by wreszcie cicho, niemalże się skradając, przejść kilka kroków i wychylić zza prostego niczym struna drzewa. Nietrudno wyróżnić na tle gęstej zieleni rudą czuprynę. Brwi Smitha ściągają się, ni to w zdziwieniu, ni przestrachu, czekając na kolejny krok drobnej istoty, która zarówno mogła być zagubionym w lesie dziewczęciem, jak i straszliwą marą, czyhającą na samotnie przechadzających się po tych terenach głupcach. Tylko krótką chwilę bije się z myślami, obserwując mozolnie sunącą postać, ale wreszcie wybałusza mocno oczy, kiedy ta pada na kolana, wnosząc spojrzenie ku koronom drzew. Już nawet cofa nogę, chcąc czym prędzej zniknąć z pola widzenia, by nie przeszkadzać żadnej leśnej wiedźmie, kiedy przechodzi go lodowaty dreszcz, niezwiązany ze strachem. Do uszu Iana dociera cichy szloch, jaki natychmiast chwyta go za serce. Nie ma czasu, by pluć sobie w brodę nad własną emocjonalnością i współczuciem, które kiedyś z pewnością ściągną na niego tragedię, bo odwaga zbiera się w nim prędzej, niż logiczne myślenie.
- Wyobraźnia lubi płatać figle - stwierdza na głos, tym samym ujawniając swoją obecność. Nawiązuje do jej własnych słów, bo tylko te zdołał wyraźnie usłyszeć. Uśmiecha się od razu szeroko, choć nie potrafi w pełni zamaskować skrępowania. - Zwłaszcza tu, kiedy nigdy nie wiadomo na co i na kogo się trafi. - Wychodzi z ukrycia i rusza w jej kierunku, dość nieświadomie ignorując fakt, że tymi słowy może wystraszyć ją jeszcze bardziej.
Ian Smith
Zawód : stolarz, lotnik w oddziale łączności "Sowa"
Wiek : 18
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10 +2
UROKI : 4 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11168-ian-smith#343705 https://www.morsmordre.net/t11207-oisin#344724 https://www.morsmordre.net/t11210-ian-smith#344728 https://www.morsmordre.net/f422-irlandia-cork-maryborough-woods https://www.morsmordre.net/t11208-skrytka-bankowa-nr-2441#344725 https://www.morsmordre.net/t11209-ian-smith#344726
Re: Baśniowa puszcza [odnośnik]15.07.22 0:16
Sama swoim własnym przekleństwem byłam. Sama klątwy nowe sobie przynosiłam, a wszystkiemu jedno winne było. Wyobraźnia zbyt wielka. Błogosławieństwo i przekleństwo w jednym. Pewna tego byłam już całkowicie i całkiem. Ale drogę przecież znałam. Daleka nie była. Szłam już tam przecież, może nie jakoś nie wiadomo ile razy, ale tyle, żeby móc ją spamiętać. Ale złowieszcze szmery wokół zdające się szeptać złowrogie groźby brzmiały jak realne. No i jednak wojna wokół była. Co jeśli to prawda, a nie wyobraźnia. Tylko co z nogami stało mi się nagle. O co chodziło w tym ściśniętym gardle. Czułam jak kolana o mech uderzają, zanim zorientować się zdążyłam i słów swoich własnych posłuchać z odpowiednią rozwagą. Bo przecież rozważna byłam. Oszalałam dzisiaj całkiem. Czułam jak łzy spływają po policzkach powoli, ale znów nie zaniosłam się jakimś strasznym płaczem. Uniosłam głowę w górę. Kiedyś tutaj już przecież byłam. Jak tu weszłam, to stąd też wychodziłam. Wyobraziłam sobie - wszystko wyobraziłam. Nie umrę, jeszcze nie dzisiaj. Powoli swoją własną odwagę zaczynałam dostrzegać, ale wtedy głos niedaleko mnie się odzywa. Drgnęłam, ale głowy nie opuściłam.
Więc jednak umrę, to nie była wyobraźnia a szepty bytu prawdziwego. Żyjącego, czającego się na mnie właśnie. Zadrżałam zaraz znów. A może szalona jednak byłam i to mara z mojej wyobraźni powstała odpowiadając na coś, co sobie samej mówiłam. Przesunęłam powoli spojrzenie na przybysza, nie ruszając poza spojrzeniem jednak się wcale. Usta wyginając w agonii duszy spowodowanej. Zmarszczyłam na krótką chwilę brwi, ale zaraz sobie przypominałam, że zmarszczone psują cały widok. Bo to miejsce, choć straszne, też urok swój ma. Kiedy pojedyncze pasmo światła się przez nie przebija. Może nie takim złym byłoby wśród zieleni pozostać na zawsze? No trudno już. Z marą, czy z bytem stałym co do jednego muszę się upewnić najpierw, bo byt ten uśmiecha się, więc pewnie życia od razu nie weźmie i mi nie ukradnie.
- Wyglądają ładnie? - zapytałam z dźwięczącą w głosie nadzieję. Chociaż raz na koniec, mogłabym zalśnić choć nikt by nie zobaczył piękna splecionego przez upadek, gdy tchnienie ostatnie wydam, a moje rdzawe włosy w jedno stopią się z trawą, choć niezmiennie wybijając się nad nią. Ale wszystko zależało od tego, czy łzy moje lśniły odpowiednio i były ładne. Wtedy ktoś przechodząc, mógłby pożałować życia mojego, ale pozostawić mnie z myślą, że choć łzy lśniły mi przepięknie, chociaż to chwilę tylko było. - Choć tyle mi panie powiedz, nim dech mi odbierzesz na zawsze. - wyrzekłam jeszcze. Opuściłam nagle głowę. Brendan by mnie pewnie sam zabił, gdybym poddała się już na starcie. Dlatego Wsunęłam rękę w kieszeń i różdżki dobyłam swojej własnej. - Ale wiedz, że walczyć będę zajadle, nawet jeśliś jeno marą utkaną przez myśli moje własne. - po tych słowach skierowałam właśnie ku niemu tą różdżkę. Może miejsce jest i idealne, ale podpaść bratu wolałabym raczej później niż teraz właśnie.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Baśniowa puszcza [odnośnik]15.07.22 9:37
Zatrzymuje się i staje w pewnej odległości od nieznajomej, nie widzi toczącej się na jej twarzy walki. Nie dostrzega wydymanych ust, ani ściągniętych brwi, jakie mogłyby go ostrzec przed nadchodzącym, jakże niespodziewanym niebezpieczeństwem. Nie siebie uznaje za zagrożenie, młodej, klęczącej na mchu dziewczyny także. Zanim nabiera pierwszego zdziwienia, zastyga w milczeniu i nasłuchuje. Trafia do niego dziewczęcy, przepełniony nadzieją głos. Serce Smitha nieomal ściska się od samego tonu, bo wzruszenie jest pierwszym, co się u niego rodzi i niemal wybija z równowagi. Mruga zaraz kilkakrotnie na brzmienie kolejnych słów. Odebrać dech? Na zawsze? Wybałusza szeroko oczy na ognistowłose dziewczę, gubiąc się już bardziej w jej słowach, niż między gęstymi drzewami puszczy.
- Oh, nie, nie! Jakie walczyć? - dziwi się, siląc na beztroski ton, próbując jednocześnie załagodzić sytuację. Dopiero teraz widzi dziewczynę w pełnej krasie, a wymierzona w jego kierunku różdżka nie poprawia mu nastroju. Klnie w duchu, że nie chwycił za własną wcześniej. Wzdłuż pleców przebiega drobny dreszcz, ale nie dominuje w nim strach. Jak mógł tak łatwo zbagatelizować zagrożenie? Przecież trwa wojna, wokół pełno dzikich, poplątanych osób, mnóstwo szaleńców, szukających schronienia w okolicznych lasach - tylko czy aby na pewno na północy Irlandii? Zdawać by się mogło, że tutaj nie dosięga nic, prócz ciszy, a jednak głuchy szmer strumienia przecina szloch; chęć pomocy spotyka się z wyciągniętą różdżką. Nie unosi od razu rąk w obronnym geście, nie znając tego zwyczaju. Zwykle sam staje do walki, ściera się z każdym przeciwnikiem, nie przyznaje do bólu ani strachu. Tyle że teraz ma naprzeciw siebie dziewczę, jakiego w życiu nie posądziłby o zło, a już na pewno nie uniósłby nań różdżki - a może powinien? - Ładnie! Wyglądają bardzo ładnie! - zapewnia gorączkowo, choć bez większego przekonania, zwłaszcza że nie wie czego tak naprawdę tyczy się pytanie. Nie jest jasnowidzem, nie wie, że chodzi o łzy, a nawet gdyby wiedział, toby ich nie komplementował. Nad łzami nikt nie pochyla się, by stwierdzić, że są piękne. Pospiesznie wyciera się je wierzchem dłoni, mówiąc że już dość smutku. I do rudowłosej podszedłby z pocieszeniem, otoczył ramieniem, wsparł słowem oraz wskazał dalszą drogę, gdyby nie groźba.
Nagły wyrzut adrenaliny schodzi prędko, ustępując miejsca racjonalności i logicznemu myśleniu. Dopiero teraz rozszyfrowuje skierowane do siebie słowa i opiera bokiem o pień drzewa, wsuwając dłonie do kieszeni.
- Poza tym, żadna ze mnie mara! - śmieje się naraz pogodnie, chcąc tym samym rozładować napięcie. - Spójrz tylko, czy twoja wyobraźnia stworzyłaby w miejscu takim jak to, kogoś takiego, jak ja? - pyta z powątpiewaniem, choć na twarzy maluje się szeroki uśmiech. - Czemu nie jestem upiorem o ponurej twarzy i odpadających kończynach? Chociaż… - Nagle twarz chłopaka zmienia się w zdziwieniu i przestrachu. Kiwa głową na boki, jakby chcąc sprawdzić czy nie oderwie się od szyi i potoczy po ściółce. - Nie, jednak nie! - znów się śmieje rozbawiony. Odwiedzając las nie przypuszczał nawet, że przyjdzie mu wplątać się w ten niespodziewany teatrzyk. - Nie zrobię ci krzywdy, schowaj różdżkę - oznajmia, wyciągając ręce z kieszeni i dla potwierdzenia unosi je, patrząc sugestywnie na nieznajomą.
Ian Smith
Zawód : stolarz, lotnik w oddziale łączności "Sowa"
Wiek : 18
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10 +2
UROKI : 4 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11168-ian-smith#343705 https://www.morsmordre.net/t11207-oisin#344724 https://www.morsmordre.net/t11210-ian-smith#344728 https://www.morsmordre.net/f422-irlandia-cork-maryborough-woods https://www.morsmordre.net/t11208-skrytka-bankowa-nr-2441#344725 https://www.morsmordre.net/t11209-ian-smith#344726
Re: Baśniowa puszcza [odnośnik]27.07.22 22:25
Ciocia zawsze mi mówi, że wyobrażam sobie za dużo i kiedyś mnie to weźmie i zgubi. Może właśnie dzisiaj był ten dzień konkretny? Że szaleństwo do wyobrażeń wkradać się zaczęło całkiem. Że już to co sobie wyobraziłam widziałam mocno i dokładnie. Jako prawdziwe i jako realne. Ale nie tylko ono było ważne, potwierdzenia potrzebowałam najpierw że łzy były ładne. Jeśli nie zaczerwieniłam się zbyt brzydko, mogły wyglądać całkiem zgrabnie. Znaczy łzy były ważne, ale przeżycie wybijało się nad nie. Jakoś dotrzeć musiałam tam, gdzie dojść miałam właśnie bo inaczej wuja już nigdy nie uwierzy, że sama gdzieś trafić będę w stanie. A byłam przecież. To wszystko przez tą wyobraźnie. Więc odwagę w sercu zamierzałam odnaleźć i w sumie to wzięłam i odnalazłam właśnie. Weasleye nie poddają się bez walki, prawda Brendanie? Brew mi jedna drgnęła lekko a z zajmowanej pozy przesunęłam tylko wzrok na mare co że walczyć nie chce zapewniała mnie właśnie. Ale różdżki dobyłam tak czy siak, pan Cedric mnie nauczył, że gotowym trzeba być zawsze. Bo wojna była i nie wiadomo było, kiedy o życie przyjdzie walczyć. Każdy dzień swoje żniwa krwawe zbierał i choć brzmiało to pięknie nie było takim wcale. Tyle dusz opuściło świat ten wcześniej, niźli w ogóle powinno. Och, tragiczne były tak wielkie waśnie. I ja pośród tego wszystkiego nie będąc w stanie nic zrobić, nic pomóc, nic ulżyć tym, którzy tego potrzebowali najbardziej. Poprawiłam uścisk na różdżce. Może próbował zwieść mnie bardziej, tak żebym wzięła i straciła koncentrację. Przesuwam trochę głowę zawieszając jasne jak niebo spojrzenie na nim, kiedy potwierdza, że wyglądają ładnie.
- Bardziej jak rosa muskająca trawę gdy świt nastanie, czy krople pędzące po szybie gnając na rychłe z światem rozstanie? - chciałam żeby sprecyzował bardziej, skoro i tak mogłam zaraz zginąć wolałam dowiedzieć się dokładnie. Chociaż tyle mógł mi podarować zanim walka rozpocznie się na dobre.
- Udowodnić to możesz, panie? - zapytałam zaraz kiedy stwierdził, że nie jest marą żadną. Marszczę lekko brwi zapominając, że marszczenie łagodność twarzy psuje strasznie i niesłychanie. - Argument niesłuszny strasznie. Czy teraz zło, nie jest w wystawne szaty odziane? - zadałam retoryczne pytanie dłoń trzymając zaciśniętą na różdżce nadal kierując ją w jego stronę, żeby móc zareagować w razie potrzeby. - A moja wyobraźnia, potrafi granice przekraczać strasznie. Ciocia mówi, że to ona do zguby doprowadzi mnie właśnie. - wyjaśniam, z początku patrząc na uśmiech a później rozszerzając oczy na dostrzeżony przestrach i dziwne kiwanie. Coś okropnego mu się dzieje właśnie. Mimowolnie cofam plecy do tyłu trochę. By zaraz zerwać się na nogi i samej cofnąć po prostu dalej. Brew mi się unosi, kiedy zaśmiewa się dalej. Żarty sobie ze mnie robił? Nie zamierzam różdżki opuszczać, nie opuszczam jej, kiedy dłonie wyciąga z kieszeni i unosi je puste w niewerbalnym przekazie. - Skąd pewność mam wziąć, że tak się nie stanie? Czasy niespokojne, wróg wszędzie może mnie znaleźć. Nadal się nie przedstawiłeś należnie panie…? - nie opuszczam różdżki dalej. Już nie mogę, nie po tym jak dostałam lekcję i zostałam odpowiednio przestrzeżona. Na chwilę zgubiłam rezon tym zagubieniem moim, ale już byłam w stanie trochę spokojniej do siebie podejść. Racjonalnie prawie.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Baśniowa puszcza [odnośnik]01.08.22 22:11
Przemyka mu przez głowę myśl, że może to być zagadka, której rozwikłanie pozwoli mu wyjść z tych opresji cało - i nie jest daleki od prawdy, bo w istocie gdy tylko światło dzienne ujrzy fakt, że gubi się i kluczy, tym samym przekreśli swoją szansę na wyjście z tego cało. Czy to możliwe, że ma do czynienia z leśnym sfinksem w dziewczęcym ciele? Do tej pory takich dziwów nie widzi, ani w tym, ani w żadnym innym lesie, ani nawet w Hogwarcie na zajęciach z historii magii czy opieki nad magicznymi stworzeniami. Prawdą jest też, że szczegółów tych lekcji nie pamięta, bo przecież w większości na nich przysypiał z brodą podpartą na dłoni i ze spływającą po nadgarstku śliną, ale prędko odsuwa od siebie wszelkie wątpliwości, trzymając się wersji, że ma do czynienia z prawdziwym człowiekiem, takim z krwi i kości.
- Jak rosa muskająca… co? - mamrocze pod nosem, próbując za nią powtórzyć zawiłość epitetów, ale gubi się w trakcie, uświadamiając sobie, że z krzyżówkami nigdy nie jest mu po drodze. - A o czym my to, tak naprawdę…? - zdradza się wreszcie ze swoją nieświadomością, bo kłamca z niego marny i od wszelkich oszustw stara się trzymać z daleka. No chyba, że trzeba wyłgać się opracowanym wcześniej planem, tylko nieznacznie naciągając prawdę, jednak brnąć dalej w rozmowę, nie mając pojęcia o jej sednie, to już wykracza poza jego możliwości.
- Ciotki mają to do siebie, że się o nas martwią. Moja to zawsze krzyczy, żeby nie wkładać palce między zawias kufra, bo jak się zatrzaśnie i zatnie, to już po palcach. - Twarz Smitha wykrzywia się w grymasie i od razu przechodzi go dreszcz na przywołanie wspomnienia głosu cioteczki, której skrzekliwy ton może nieść się korytarzami pracowni, że słychać ją w sąsiedniej hali. - A ze mnie to żadne zło! Nawet na testach nie mogłem ściągać, taki ze mnie prawy człowiek, ot co! - Myśląc znów o szkole próbuje sobie przypomnieć czy kojarzy rudowłosą z Hogwarckich korytarzy, lecz nie potrafi przywołać żadnej ze znanych czy nawet majaczących się w otchłani pamięci sylwetek.
- A więc to już nie mara, a wróg, tak? - Kiwa głową ze zrozumieniem, zdecydowanie łatwiej jest udowodnić po której stronie się stoi, niż potwierdzać swoje rzeczywiste istnienie. - Jestem Ian. Ian Smith - przedstawia się i wyciąga już nawet rękę do uścisku, lecz prędko reflektuje się, że ta nadal mierzy do niego różdżką, więc unosi ją na powrót ku górze. - Przychodzę tu czasem, żeby… posiedzieć nad wodą. - Kiwa głową w kierunku za sobą, tym razem sięgając do połowicznej prawdy. Nie przyzna się przecież, że na brzegu leży szkicownik z niedokończonym rysunkiem linii strumienia, a jeśli będzie chciała zobaczyć na własne oczy, to prędko go jakoś schowa, by nie mogła go znaleźć. - Ty zaś wydajesz się być czymś mocno strapiona i bardzo chętnie bym pomógł, jak tylko mi powiesz jak. - Unosi jedną brew, jakby w nieco zaniepokojonym grymasie. Skoro żarty się jej nie imają, to nie będzie jej na siłę przekonywać. Dopiero wtedy dochodzi do niego, że dziewczyna może być naprawdę przestraszona, a wtedy żaden żart nie jest w stanie poprawić humoru, a przekonać do zaufania to już zupełnie.
Ian Smith
Zawód : stolarz, lotnik w oddziale łączności "Sowa"
Wiek : 18
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10 +2
UROKI : 4 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11168-ian-smith#343705 https://www.morsmordre.net/t11207-oisin#344724 https://www.morsmordre.net/t11210-ian-smith#344728 https://www.morsmordre.net/f422-irlandia-cork-maryborough-woods https://www.morsmordre.net/t11208-skrytka-bankowa-nr-2441#344725 https://www.morsmordre.net/t11209-ian-smith#344726
Re: Baśniowa puszcza [odnośnik]02.08.22 18:14
Powiedział, że wyglądają ładnie i nawet nie pomyślałam, że mógłby nie mówić naprawdę. Zadowolona nawet z tego byłam - że jak nic innego, to chociaż łzy mam ładne. Niewiele to, ale zawsze coś. Trzeba było cieszyć się nawet z niewielkich rzeczy. Może kiedyś coś jeszcze dojdzie ładnego. Tak piękna jak Sheila czy Anne to tylko mogłam pomarzyć bym kiedyś była. O Eve to nawet wolałam nie wspominać. Czemu życie poskąpiło mi wszystkiego nawet piękna zwykłego, gdy tak bardzo chciałam tylko tego. I co z tego, że zdarzało mi się wiedzieć to i tamto? Nic wielkiego, trochę książek i tyle. Coś, na co każdy w swoim życiu mógł wpłynąć. Westchnęłam lekko - znaczy miało być lekko, tak duchowo wręcz, przymknęłam powieki kierując twarz w stronę tego słońca prześwitu nadal na kolanach z rozrzuconą w nieładzie wokół spódnicą. Dopiero padające pytanie otwiera moje oczy powoli i marszczy brwi nieładnie. Dopiero właśnie to pytanie sprawia, że przekrzywiam głowę całkiem, gdy spoglądam na niego błękitnymi tęczówkami pełnymi zawodu. Więc wcale nie był inny - czy snem był, jawą, czy bytem realnym, kształt miał mężczyzny. A mężczyzny jeśli szło o mnie i komplementy zazwyczaj prawdy nie gadają. - O łzach. - odpowiedziałam widocznie do żywego dotknięta. - Ale nieważne już teraz. Głupia byłam, powinnam się tego spodziewać. - wykrzywiłam brzydko usta, wracając głową na jej poprzedni miejsce. Westchnęłam ciężko, splatając dłonie z różdżką na kolanach, by to rozczarowanie, ten zawód jakoś przetrawić w ogóle. Ale to dobrze, znaczy nie dobrze, ale przynajmniej nie umrę brzydka, skoro łzy wcale nie były ładne. Znaczy, no nie wiedziałam jeszcze, czy umierać mi przyjdzie czy nie, ale teraz już nie zamierzałam umierać i poddać się jakimś marą, bytom, czy ludziom. Poradzę sobie, po prostu muszę myśleć, jakbym była Brendan. Co zrobiłby Brendan? Zadałam sobie to pytanie. Podnosząc się z pozycji umieralnej i stając na nogach. Otrzepałam kolana. Na pewno by nie siedział jak baran na trawie. Rozejrzałam się wokół marszcząc brwi odrobinę. Że też zapomniałam o czymś tak absurdalnie ważnym. Spojrzałam najpierw w górę, ale chmury i niebo prawie się nie przebijały przez korony. Mogłam spróbować po mchu, ale przecież miałam różdżkę. A obok stał człowiek. Obejrzałam się na niego przez ramię ze zmarszczonymi brwiami. Po twarzy nie dało się poznać, czy czarodziej czy mugol. Mugole też mogli zamykać kufry, prawda?
- Ma rację. - skomentowałam tylko brwi znów mi się zmarszczyły i powróciły do wcześniejszego zmarszczenia. Dłoń zaciskała na różdżce. Zwróciłam się w jego stronę, nadal patrząc nieufnie. Ian. Ian Smith. Cóż, na pewno nie było to nazwisko szlacheckie. Ale jaką miałam pewność że nie kłamie, poza zapewnieniami w słowach jego? Spoglądam na wyciąganą w moją stronę dłoń unosząc do góry jedną z brwi a wzrok przenosząc na jego twarz wcale nie opuszczając różdżki. Na wspomnienie wody moje brwi odrobinę drgnęły. Strumień, właśnie. O ile to był strumień, bo mówił o wodzie. Trudno, nieważne. Od strumienia będzie wszystko już jasne. Uniosłam trochę brodę i odchrząknęłam. Zapomniałam w sumie wytrzeć tych łez, skoro postanowiłam że umierać jednak nie będę więc wyglądać - najogólniej mówiąc - musiałam strasznie. Ale już przywykłam, że właściwie nigdy nie wyglądam ładnie.
- Ja… - zmarszczyłam brwi na chwilę zacinając się w słowach. No byłam strapiona, ale przecież się nie przyznam, że się wzięłam i zgubiłam właśnie. A kiedy spanikowałam, to umrzeć postanowiłam ładnie więc w odpowiednim miejscu czekałam aż mnie ta śmierć nie dopadnie. No weźmie i mnie po prostu uzna za wariatkę. A tą - z całą pewnością nie byłam. - Zaprowadzi mnie pan nad tą… - zawiesiłam głos odrobinę, mimowolnie unosząc brodę. - …wodę, panie Smith. - wskazałam brodą miejsce, którą i ona przed chwilą wskazał. - Moje strapienie, mój problem. Jestem pewna, że woda mi go rozwiąże. - nie przyznam się przecież głupio, że się wzięłam i zgubiłam nawet nie trochę - a bardzo. Spróbowałam się uśmiechnąć zachęcająco. Biorąc w płuca wdech. - Dobrze? - zapytałam, opuszczając rękę, ale różdżki mimo wszystko nie chowając. Zaraz jednak nie czekając na potwierdzenie ruszyłam w kierunku który wskazał. Tamtędy jakoś powinno się dać dojść nad wodę o której wspominał. Ruszyłam więc starając się w każdy krok wlać pewność siebie, chociaż trudno było powiedzieć czy nie trzęsłam się trochę. - Nie wyglądasz panie na kogoś, kto lubi chodzić nad wodą siedzieć. - przyznałam odwracałam głowę i to był błąd, bo czubek mojej stopy trafił prosto w wystający korzeń. No i jak można było się spodziewać, całkiem niespodziewane zderzenie sprawiło, że zaczęłam tracić równowagę szybko dość.

1 - lecę w żaden sposób już tego nie zmienić. Zmienić nie miałam już jak.
2 - lecę, ale dostrzegam niżej zawieszoną gałęź - moją ostatnią nadzieję wyciągam po nią dłonie, muszę wyglądać już po prostu zwyczajnie śmiesznie. Łapie się jej jakoś i zawisam tak w jakiejś niestworzonej pozie trochę nad ziemią, z dłońmi wyciągniętymi, czuję jak palce mi się zsuwają, ale bardziej od tego że upadnę w ziemię martwię się że już mu w oczy nie spojrzę.
3 - jakoś łapię równowagę, choć na pewno widział potknięcie. Ale udaję, że wcale nie i idę dalej we wskazaną wcześniej stronę.


Panie Smith, pan rzuca jak dojdziemy nad tę wodę, albo na moje szkicownika dostrzeżenie albo na próbę jego ukrycia


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Baśniowa puszcza [odnośnik]02.08.22 18:14
The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Baśniowa puszcza - Page 13 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 13 z 13 Previous  1, 2, 3 ... 11, 12, 13

Baśniowa puszcza
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach