Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Złota Wieża
AutorWiadomość
Złota Wieża [odnośnik]14.03.17 18:42
First topic message reminder :

Złota Wieża

Nieużywana, duża, opuszczona wieża w Hogwarcie; kiedyś odbywały się w niej zajęcia z astronomii, lecz trzy dekady temu przeniesiono je w inne miejsce, po odremontowaniu drugiej strony zamku - ze względu na widoczność księżyca. Swoją nazwę zawdzięcza wyglądowi zewnętrznemu, jej ścianki są żółtawej barwy, a w oknach mienią się złotawe witraże, doskonale widoczne, kiedy zapewne jakiś duch, Irytek, zabawia się w jej wnętrzu. Wieża nie zawsze jest widoczna: uczniowie mówią, że znika sama z siebie, nauczyciele podejrzewają, że jest ukrywana.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Złota Wieża - Page 19 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Złota Wieża [odnośnik]26.07.17 14:35
Nie umarł.
Otwierał oczy z trudem. Ból zdawał się wdzierać w każdy zakamarek ciała, wstrzymując nawet chrapliwy oddech. Wspomnienia walki i splecione w wirującą salwę pytania obijały się w czaszce Samuela, jak uderzenia wielkiego dzwonu. Grad równy ciosom, które spadały, pozostawiając w milczeniu. Nie mógł nic mówić. Nie chciał. Nie powiedział. To co widział, to czego był świadkiem zamknęło usta skutecznie. Czy zawsze już miał mieć przed oczami widok rozwleczonych ciał? Tego należącego do matki Just, do samej Tonks i drobnego ciała chłopca? Czy długie, roztarte smugi krwi miały znaczyć koszmary, jak łańcuchy, którymi miano go spętać?
Chłód wżerał się w plecy, ale w absurdalny sposób dawało ukojenie. Poparzone ciało piekło, a zapach krzepnącej krwi raz po raz zaciskał wokół jego żołądka ciasną pętlę. Różdżka już dawno została mu odebrana, razem wiarą, że cokolwiek jeszcze zdoła osiągnąć. Na przekór tej fałszywej wiedzy, wciąż miał wybór. I tego jednego momentu chwycił się, jak ratunkowej dłoni. Chwiejnej, szponiastej, ale wciąż wyciągniętej. Powołania nie odrzuca się nigdy, nawet w obliczu porażki i nadziei, która rozpłynęła się, jak księżycowe światło podczas burzy.
Oddychał przez kilka sekund zatęchłym, ale chłodnym powietrzem, starając się odzyskać panowanie nad własnym ciałem i pełzającym po nadpalonej skórze drżeniem. Wyciągnięta dłoń przesuną najpierw wzdłuż ciała, potem opuszczając na skalną podłogę celi. Przekręcenie głowy było wyczynem, ale i to musiał przeciąć. Wciąż podpierając się ściany, przechylił się by mieć pewniejszy widok na na kraty i widok, który zza nich spozierał. Strażnik. Serce zagrzmiało szybciej, a pierwsze iskry adrenaliny wpełzały w poranione ciało. Musiał działać. Nawet jeśli początkowo wszystko w nim wyło, by po prostu opadł w ciemność w bezsilnej pustce. A mrok obiecywał złudne ukojenie. ucieczki, która miała pochłonąć go na zawsze. Jak zawsze fałszywe. Kłamstwo.
Zmrużył oczy, gdy wzrok zatrzymał się na jednej z cegieł. Nieco bardziej odstającej od reszty, nadkruszonej i wilgotnej, jak pozostałe, ale czarne linie granic rysowały się wyraźniej. Czy mógł się mylić?
Pierwsze, pełniejsze poruszenie ciała wywołało gwałtowne zawroty i mdłości. Krew musiała popłynąć z ran, którym nie próbował się przyglądać. Podpierając się ściany, zagryzając żeby, by żaden jęk nie wydobył się ze spękanych i opuchniętych warg, chwiejnie przeciągnął ciało w pobliże dostrzeżonego ubytku w ścianie. Obluzowana cegła. Przejście? Tutaj? W celi? - Dissendium - wypowiedział cichą inkantację, po raz pierwszy od....jakiego czasu? wyrywając z gardła splecione w słowo dźwięk. Różdżka nie była mu potrzebna, ale jej brak utrudniał wszystko. Drżąc przekręcił się tak, by dłonią wykonać gest.


Darkness brings evil things
the reckoning begins
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 51 +3
UROKI : 29 +2
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
Złota Wieża - Page 19 9l89Y7Y
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340
Re: Złota Wieża [odnośnik]26.07.17 14:35
The member 'Samuel Skamander' has done the following action : rzut kością


'k100' : 39
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Złota Wieża - Page 19 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Złota Wieża [odnośnik]26.07.17 15:07
Ręka zadrżała mocniej i ból zgiął Samuela, zmuszając palce do gwałtownego zaciśnięcia. Przesunął ramieniem po kamiennej ścianie i zerknął na wciąż widocznego za kratami strażnika. Wyglądał na sennego, ale pozory bywały równie złudne co stawiane zbyt szybko przewidywania. Otrzymał szansę, maleńką, pomocą chwilę, której niewykorzystanie graniczyłoby ze skończonym idioctwem. Wypuścił powietrze przez nos przy akompaniamencie silnego szarpnięcia w klatce piersiowej. Musiał spróbować znowu. Uważniej, bardziej skupiony, odcinając się od bólu i dręczących go wspomnień. Liczyło się to, co działo się w tej chwili, bez zawracania. Przeszłość i tak zawsze upominała się o swoje bez względu na działania. Ucieczka nigdy nie była wyjściem, ale odcięcie się od niej i decydując o wędrówce do przodu było odpowiedzią. Zahaczył palcami o obluzowaną cegłę, próbując najpierw ją wypchnąć. Jeśli i tym razem magia nie odezwie się odzewem, będzie musiał spróbować czegoś innego - Dissendium - w wielkiej sali, wypełnionej zbrojami, to zaklęcie otworzyło przejścia za gargulcami. Może uczepił się nikłej nadziei niepotrzebnie, ale pozostawanie w zawieszeniu nie mogło mu pomóc. Czy cokolwiek jeszcze mogło? Podobno, zawsze było jakieś wyjście. I praca aurora i świadomość bycia Gwardzistą przypominała mu prawdę. Musiał tylko ją znaleźć. I otworzyć.


Darkness brings evil things
the reckoning begins
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 51 +3
UROKI : 29 +2
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
Złota Wieża - Page 19 9l89Y7Y
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340
Re: Złota Wieża [odnośnik]26.07.17 15:07
The member 'Samuel Skamander' has done the following action : rzut kością


'k100' : 85
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Złota Wieża - Page 19 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Złota Wieża [odnośnik]26.07.17 19:11
Pomimo zmęczenia - udało ci się. Inkantacja zaklęcia wybrzmiała w powietrzu, a od twoich dłoni uderzyła jasna mgiełka, która otuliła zamknięte przejście, subtelnie i cicho rozsuwając cegły: pozwalając ci, niepostrzeżenie - strażnik wciąż spał - opuścić celę i wydostać się na zewnątrz zamku. Nie miałeś swojej różdżki, byłeś potłuczony, a twoja twarz i pierś nosiły ślady ognia, ale te rany wyleczy każdy magomedyk - musiałeś się śpieszyć, nie potrafiłeś zamknąć za sobą przejścia, więc straż niewątpliwie szybko wpadnie na twój trop. Musiałeś rzucić się biegiem - długim, żmudnym i ciężkim, aż opuścisz tereny chronione przed teleportacją i będziesz mógł przedostać się w bezpieczniejsze miejsce.
Nie powinieneś pokazywać się w biurze aurorów - policja antymugolska bez wątpienia wie, że działałeś przeciwko Ministerstwu.
Udało ci się zbiec.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Złota Wieża - Page 19 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Złota Wieża [odnośnik]26.07.17 21:48
Znów byłam w wodzie, głęboko pod nią, nie mogąc zaczerpnąć tchu. Byłam sama, kompletnie odosobniona, moim jedyny towarzyszem były fale, które co rusz wpychały mnie coraz głębiej. Nie, nie byłam sama, widziałam w ciemnościach twarz Grindelwalda który przyglądał mi się w lodowatym milczeniu. Łypał na mnie ponuro z nienawiścią, oczekując odpowiedzi.
Nie dostał żadnej.
Mogłabym roześmiać mu się gorzko w twarz – oczekiwał odpowiedzi - informacji, widziałam to w jego spojrzeniu. Złamał mnie mnogą ilość razy, ale teraz nie był już w stanie rozkruszyć mnie bardziej. Mogłabym, gdym nie walczyła o kolejny oddech. Właściwie – przeszła mnie myśl – dlaczego podejmowałam walkę o oddech, którego zostałam już pozbawiona?
Tylko pozornie wygrałeś, Grindelwald. Każda bitwa przynosi straty, ale wojna dopiero miała pokazać naszą siłę. Odpuściłam wiedząc, że nawet w tym nierealnym, nieistniejącym w czasie rzeczywistym świecie, posiadałam informacje. Rzeczy, które nie mogły wyjść na światło dzienne. . Odpuściłam, pozwalając by ciało opadło na dno. Zapadłam się w ciemności głębin.
Myślałam, że umiera się inaczej.
Jest ból, cios, albo zwyczajny koniec, spowodowany starością, potem żaś… potem zaś jest tylko ciemność. To się zgadzało. Ale myślałam, że śmierć sama w sobie nie boli. Pochłania cię ciemność, a potem udajesz się w dalszą drogę, jeśli w ogóle cokolwiek dalej jest. Jeśli zaś jest, zaczynasz nowy etap, z czystym kontem bez urazów z materialnego świata.
Wszystko docierało do mnie z opóźnieniem i nagle zdało mi się, że wszechświat musi sobie ze mnie robić jakiś durny żart, bo oto przeżywam swoistego rodzaju deja vu. Znów otacza mnie ciemność, powieki z trudem unoszą się nie dostrzegając nic, jednak lekko nierówny oddech dochodzi do moich uszy świadcząc, o obecności innej jednostki. Czyżbym w jakimś dziwaczny sposób została poddana przeżywaniu raz po razie tego samego dnia? A może wszystko było jedynie zmorą senną. Jakim więc cudem zdawało mi się że czuję każdą jedną komórkę mojego ciała? Dlaczego ból wydostający się z mojej klatki piersiowej zdawał się tak realny, jakby istniał naprawdę, jakby ktoś z każdą sekundą dorzucał kolejny głaz, układając go na wątłym organie, który nie miał już prawa bić – nie po wszystkim, co zdarzyło się wcześniej. Zachłysnęłam się powietrzem nabierając spazmatyczny oddech do płuc, czując jak powietrze wbija się niczym igły w krtań. Musiałam się obudzić. Wydostać z tego zapętlonego koszmaru, który zdawać się miałam przeżywać raz za razem. Dźwignęłam się na dłoniach… Ciemność pochłonęła mnie po raz drugi.
Świadomość powróciła, wraz z kolejną falą bólu roznoszącego się wzdłuż każdej jednej części mojego organizmu. Uniosłam powieki, ale ciemność nadal górowała w miejscu w którym byłam. Odgłos bicia drugiego serca i przerywanego oddechu docierał do mnie, był ciężki ale znaczył o najważniejszym – ktokolwiek nie był obok, nadal żył. Tylko kto mógł być tu razem ze mną? Wątpiłam, bym znów byłam w wieży, podłoga zdawała się chłodniejsza – choć możliwym było, że tylko mój wycieńczony organizm właśnie taką ją odczuwał. Lila? Nie, to nie mogła być ona. Pomona na pewno zajęła się już ją, zabrała wraz ze sobą.
Na Merlina, błagam, niech to będzie prawdą.
Garrett? Nie widziałam od momentu, gdy zniknęłam w owalnym pomieszczeniu. Ostatnimi osobami, które widziałam była Eileen i Samuel. Widziałam jak rzuca się w stronę drzwi, znów mogłam mieć tylko nadzieję, ze zdołał uciec.
-Eil…? – spróbowałam, ale głos odmówił mi posłuszeństwa. Odpowiedziała mi jednak cisza. Nie ruszałam się, nie chcąc ponownie poddać się ciemności. Miałam puste dłonie – oczywiście, że zabrano mi różdżkę. Ale… ale może nie wzięli tej drugiej. Z wysiłkiem przekręciłam się na bok, by zbadać tylną kieszeń, natrafiając na pustkę – spodziewałam się tego, gdybym magiczne drewno znajdowało się w mojej kieszeni z pewnością dawałoby o sobie znać uwierając mnie. Położyłam się znów na plecach unosząc ręce przed twarz – zdawało mi się, że każda z nich waży co najmniej tonę. Ciemność była gęsta na tyle, że nie byłam w stanie ich dostrzec. Dotarłam nimi do twarzy i ułożyłam je na niej przymykając oczy.
Myśl, na Rowenę. Na pewno jesteś w stanie coś zrobić.
Czułam jak narasta na mnie złość. Już nawet nie na wieżę, nie na Grindelwalda a na samą siebie. Gdyby nie ja, nie moje głupie zachowanie, może udało by mi się namówić Samuela by przekazał mi tajniki magii bezróżdżkowej. Może teraz potrafiłabym z niej już korzystać. Może… wszystko wyglądałoby inaczej.
Ale przecież… Magia nie płynęła w narzędziu, tylko we mnie. Krążyła w moich żyłach nieodłącznie. Różdżka była jedynie pomocą, kumulacją naturalnej energii, która pomagała ukierunkować magiczną energię i zmusić ją do działania.
Może mogłam…?
Czy naprawdę zamierzałam ponownie uczepić się nadziei, pomimo tego, że tak wiele razy ostatnio mnie zawiodła? Westchnęłam lekko, czując ból roznoszący się wzdłuż mnie. Uniosłam ręce z trudem utrzymując je ku górze. Skupiłam każdą jedną wolną myśl na sobie, na krążącej w żyłach krwi, na próbie odnalezienia magii we mnie samej. Pomimo wszystkiemu, zwłaszcza, naprzeciw tym, którzy w twarz mówili mi, że nie należy mi się ten dar.
-Lumos. – spróbowałam świszcząc, jednak ciemność nie rozproszyła się ani odrobinę. Nie stało się nic. Oczywiście, że nie stało się nic idiotko. Nie mogło. Nie byłaś tak zdolna jak Samuel, nie posiadałaś umiejętności takich jak on, ani nawet nie wiedziałaś jak udało mu się wyzwolić magię bezróżdżkową. Napadłam na siebie w myślach. - Episkey – próbowałam dalej, jakby wierząc w to, co sama sobie mówiłam i nie. Unosiłam dłonie, a potem opuszczałam je na kilka chwil, by dać im odpocząć. W końcu kiedyś musiało zadziałać. Musiało się udać. – Lumos. – szepnęłam znowu po raz kolejny, dziesiąty już chyba, straciłam rachubę nadal tkwiąc  w ciemnościach. Nie ruszałam się, czekając aż osoba obok obudzi się. Jedyne ruchy wykonywałam dłońmi. Potrzebowałam odpoczynku. Zresztą w pojedynkę i tak nie byłam w stanie nic zdziałać. Nie uniosłabym nikogo. A zostawiać nikogo więcej nie zamierzałam. Choć – zaśmiałam się gorzko w myślach – wątpiłam, że będę mieć szansę na opuszczenie tego pomieszczenia. Niestrudzenie jednak kolejny raz szepnęłam. – Lumos. – obserwując, jak niezmiennie dzieje się jedno, wielkie i niezmienne nic.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Złota Wieża - Page 19 Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Złota Wieża [odnośnik]26.07.17 23:25
Słyszała szum. Oh, morze… kornwalijski klif i śmiech ginący wśród spienionych fal obijających się o ostre krawędzie czarnych jak smoła skał. Gdyby Eileen jeszcze trochę się wysiliła, mogłaby dotknąć wody stopą, doznać ulgi, jakiej potrzebowała, chociaż we śnie ta zdawała się być zupełnie niepotrzebna. Bo wtedy jeszcze nie czuła bólu – wtedy, gdy świadomość odpłynęła zbyt daleko od ciała. Siedząc na klifie, czuła tylko napięte od uśmiechu mięśnie twarzy i włosy wsuwające się do oczu i ust, porywane przez chłodny, ale orzeźwiający wiatr. Dłonie miała umazane malinowym sokiem, ale ten znikał, gdy oblizała palce. Rossa coś opowiadała, kołysząc lekko nogami. Z początku wydawało jej się, że potrafi rozróżnić słowa i wyłapać rzeczywisty sens historii, ale potem… całość zaczynała się rozmazywać.
Nie, nie, nie, nie chcę. Rossa, chwyć mnie mocno za rękę. No już, chwytaj, nie chcę stąd iść!
Rudowłosa dziewczynka uśmiechnęła się pogodnie i chwyciła dłoń swojej nieco mniejszej siostry, ale to wciąż był uścisk tylko na słowo honoru. Wilgotne palce nie były dobrym spoiwem.
Nie możesz tu zostać, Ellie.
Świadomość zaczęła wracać do ciała. Morze rozpłynęło się w potoku krwi, wiatr przesiąkł tnącym skórę lodem, Rossa zniknęła, pozostawiając po sobie znów tylko pustkę. Tak miała wyglądać śmierć? Nie mogła być bardziej przyjemna? Miękka i puchata jak kocyki, którymi matki okrywają swoje dzieci, jak kubek ciepłego mleka przed snem, jak sierpniowe słońce na twarzy. Tak, właśnie taka powinna być śmierć. Taka… do przełknięcia, do przyjęcia przez najbardziej normalnego czarodzieja, który ginie w niewyjaśnionych okolicznościach i o wszystkim chce zapomnieć, przy okazji będąc również zapomnianym przez innych. Wychodzi na to, że nawet w tych ostatnich chwilach życie próbuje ci dopiec. Nie możesz się ruszyć, chociaż bardzo chcesz. Masz ochotę krzyczeć, ale nie możesz, bo twoje gardło jest tak ściśnięte i suche, że to fizycznie niemożliwe. Masz ochotę płakać, ale twoje kąciki łzowe chyba stały się zupełnie pozbawione emocji. I wtedy dociera do ciebie ból.
I wszystko inne, co ma zaprawdę niewiele wspólnego z przyjemnościami tego świata.
Najpierw doszło do niej, że szum, który rozbrzmiewał słodko w jej głowie, wcale nie był szumem morza, tylko szumem krwi. Potem przyszła pierwsza fala opętańczej, ale okrutnie biernej walki o życie. Posadzka chłodziła spieczoną, czerwoną skórę, by za chwilę, przy każdym najdrobniejszym ruchu, oblać ją gorącem i kolejną dawką rwącego tkanki ruchu. Nie czuła się, cholera. Była obrazkiem rozrzuconym po posadzce, pobitym, nadłamanym, z brakującymi elementami, których nijak nie dało się teraz zastąpić. Pierwsze oddechy były dramatycznymi próbami chwycenia w płuca choć najmniejszej cząstki powietrza. Miała ochotę krzyczeć za każdym razem, gdy jej kości odpowiadały koszmarnym rwaniem, gdy jej płuca były jak przebita piłka plażowa. Płytki, cholernie nierówny oddech świszczał. Była niemal przekonana, że w jej żyłach, miast krwi, płynęła najczystsza forma bólu. Szarpał, gryzł, płonął w jej wnętrzu. Zmysły mówiły, że faktycznie umarła, ale umysł wciąż się bronił, pchał jej ciało, zmuszał do podjęcia kroków, na które sama przy zdrowych zmysłach nigdy by się nie zdecydowała. Leżała na plecach, a instynkt samozachowawczy rozkazał jej natychmiast przekręcić się na bok, bo inaczej udusi się z powodu własnej głupoty. I zrobiła to. Kosztem okropnych spazmów mięśni i zduszonego krzyku, który wydarł się siłą z jej zeschniętego na wiór gardła.
Ale przyniosło jej to poniekąd ulgę… która trwała jednak zaledwie skrawek chwili, jedno mrugnięcie, pstryknięcie. Potem znów przyszedł rozrywający wnętrzności ból, na który już nawet nie miała siły się krzywić. Nie otwierała oczu. A może otworzyła je jednak? To nie miało znaczenia, po jednej i po drugiej stronie otulały ją takie same, egipskie ciemności.
Zasłuchała się w swój oddech, w to powietrze, które uciekało z niej jak z dziurawej piłki. Wdech, wydech, wdech, wydech. Jego nierytmiczność i zaburzona głębokość nie pozwalały jej znów stracić przytomności, więc płynęła razem z czasem… a właściwie dryfowała na jego powierzchni jak porzucona, spalona kłoda.
Właściwie tak samo się teraz czuła.
Między kolejnymi próbami ratowania siebie samej z tej pustki i kolejnymi szumami w uszach, które rzeczywiście bardziej już kojarzyły jej się z morzem niż z krwią, usłyszała czyjś głos. Z początku wyobraźnia spłatała jej okrutnego figla, bo owy głos nawet nie aspirował do kobiecego tembru. Brzmiał po męsku, wybitnie po męsku. Nisko, może nieco chrypliwie, gdzie niektóre tony były skażone zgubnym wpływem papierosowego dymu. Może jednak faktycznie umierała. Jeśli tak, to była wdzięczna losowi, że pozwolił jej usłyszeć przed śmiercią właśnie jego głos.
Jednak kolejne słowo brzmiało już inaczej, tym razem zupełnie niemęsko. Co się działo?
- Lumos – powtórzyła słabo, jakby chciała sprawdzić, czy słyszane tony nie są jej własnymi. Brzmiały podobnie, ale wciąż inaczej. – Lum… lumos…
Nie, nie zapalajcie światła. Niech będzie tak ciemno. Tak ciepło. Tak bezpiecznie.


Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku

Eileen Bartius
Zawód : Magibotanik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
didn't i show i cared?
i do
oh, i do

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Złota Wieża - Page 19 1hKUbRW
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f222-hogsmeade-134-dom-bartiusow https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
Re: Złota Wieża [odnośnik]28.07.17 20:06
Czy dało się umierać więcej niż raz? Szczerze w to wątpiłam, a jednak mnogość przeżywanych zgonów zdawała mi się rosnąć z każdym kolejnym dniem. Tym razem, podobnie do poprzedniego. Znów byłam w ciemnym pomieszczeniu, jednak zdawało mi się, że czuję się jeszcze gorzej. Podlej.
Wspomnienia zdawały się powracać falami, ale ciężko było mi oddzielić te realne, od tych które były jedynie marą senną. Czy rzeczywiście topiłam się w wodzie? Może właśnie – i tylko – to było prawdą, a wszystko, co zdarzyło się w wieży było jedynie tworem umęczonego umysłu.
Ból zdawał się być nieodłączną częścią ostatnich dni – a może były to już tygodnie? Kompletnie straciłam poczucie czasu. Nie wiedziałam ile minęło od tego, co tylko z pozoru zdawało się realne.
A jeśli…
A jeśli wszystko, bez wyjątku, było jedynie wytworem mojej chorej głowy. Całym światem, który – jak mówiła Nits – zmyśliłam. Więzieniem z którego istniała tylko jedna droga ucieczki. Tylko, czemu za każdym razem gdy czułam na karku oddech śmierci – już nie ważne jak mocno urojonej – jakimś bliżej nieokreślonym fartem umykałam jej. Jak się okazywało po to tylko, by błędne koło rozpoczęło się na nowo.
Powieki ciążyły cholernie, dłonie zdawały się ważyć tonę, a w brzuchu wnętrzności zdawały zaczynać się trawić same siebie. Kiedy ostatnio jadłam lub piłam? Tego też nie wiedziałam. Za każdym razem, gdy przymykałam je widziałam ostry błysk w oku wampira w którego spojrzeniu dostrzegałam swoją, czasem przebijała się przez nie twarz Samuela. Mam nadzieję, ze gdziekolwiek był, był bezpieczny. Mam nadzieję, że nadal żył.
Tak samo jak reszta.
Obecność drugiej jednostki jednocześnie podnosiła na duchu, jak i napawała obawą. Zwłaszcza, gdy jej głos wyrwał mnie z mantry, którą popadłam. Raz za razem powtarzając słowa inkantacji. Starając się zmusić ciało, by wykorzystało magię bez różdżki – przekaźnika, którego teraz brakowało mi jak nigdy dotąd. Drgnęłam lekko, kompletnie nie spodziewając się usłyszeć głos. Opuściłam dłonie kierując w stronę głosu, próbując rozpoznać go, ale świszczący, charczący dźwięk nie mówił wiele. - Lila? – zaczęłam od tego, w końcu to z nią obudziłam się po raz pierwszy, co jeśli wszystko – począwszy od obudzenia, po śmierć w ramionach stwora- była jedynie snem? Nie wiedziałam. Z zapartym tchem czekałam na odpowiedź. Nadal leżąc na wznak. Nadal pozwalając, by ciało – może nie tyle, co odpoczywało – nie męczyło się bardziej.
Nadal nie miałam pomysłu co zrobić. Jak zrobić. Ciemność zdawała się okrutna i zimna. Przymknęłam powieki, wsłuchując się w dźwięki. Po prostu czekając, jednocześnie próbując znaleźć jakiś sposób, ścieżkę, która okazała by się właściwa.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Złota Wieża - Page 19 Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Złota Wieża [odnośnik]28.07.17 22:41
Odzyskiwana świadomość jeszcze nie do końca potrafiła zakotwiczyć się w jej ciele. I to jest chyba ten najgorszy moment, gdy sama nie wiesz, czy tak naprawdę jeszcze istniejesz, czy może już mocniejszy wiatr zdmuchnął cię jak malutkie latawce z łodygi mlecza.
Była wszystkim i niczym jednocześnie. Czuła się jak woda – była odpływem i traciła na chwilę (nie potrafiła określić czasu jej trwania) zmysły, była przypływem i odzyskiwała je, by po kolejnym mrugnięciu już tego pożałować, bo ból znów wbijał w jej ciało swoje długie i ostre jak brzytwa pazury. Sama nie mogła się zdecydować w jakim stanie powinna zostać, bo z jednej strony, cholera, oddanie się objęciom księżyca i odpłynięcie razem z morzem wydawało się tak kojącą perspektywą, ale z drugiej… z każdym przypływem przypominała sobie coraz więcej i to właśnie te wspomnienia pchały ją ku brzegowi, ku mokrej, ale stabilnej plaży.
Umysł powoli, z okrutnym odrętwieniem gromadził przepływające pod powiekami obrazy, gromadził ścieżki głosów i próbował to wszystko, tak bardzo flegmatycznie, jakby nagle oberwał cholernie trafnym immobulusem, zebrać w całość. Palce mimowolnie zacisnęły się na zimnej posadzce, gdy dotarło do niej, że tak naprawdę całkiem niedawno temu płonęła.
Czerwone jęzory były przecież wszędzie. Pamiętała swój krzyk. A potem krzyk sasabonsama, ogłuszający, pozbawiający władzy w mięśniach. To naprawdę był sasabonsam? Co, na miecz Godryka, robił sasabonsam w Hogwarcie? Czy Grindelwald...
Stęknęła przeciągle, kiedy w głowie znów zapulsował ból. Pytania namnażały się, chociaż nie potrafiła ich jeszcze do końca przetrawić. Nie wiedziała, gdzie była. Mogła być właściwie gdziekolwiek – nie obchodziło ją to, dopóki posadzka była zimna i w wątpliwych chwilach odczuwała znikomą ulgę. Oddechy wciąż przypominały bardziej dyszenie psa niż zwyczajny, ludzki odruch pobierania powietrza i oddawania go na zewnątrz. Świszczenie odbijało się po jej mózgu jak piłeczka.
Kolejny, znajomy ton głosu dotarł do jej uszu z pewnym opóźnieniem. W pierwszej chwili zupełnie nie skojarzyła go z osobą, jakby ten rejon w jej mózgu, który jest za to odpowiedzialny, nagle się wyłączył. Minęła długa chwila zanim to puste echo przemieniło się w coś, co można było nazwać namiastką zrozumienia. I chociaż głowa wciąż puchła od napływu bodźców i Eileen wciąż wolała fazę, gdy odpływała, to nagle zapragnęła być bliżej tego głosu. Nieważne jednak, jak wielkie były jej pragnienia w tej kwestii, nie poruszyła się ani o centymetr.
Skojarzenia przyszły później niż sądziła. To na pewno nie był głos Barty’ego. Ten tym razem był lżejszy, ale naznaczony ciężarem, może też bólem? Twardszy. Justine?
- Nie… Lila… - czuła się tak, jakby jej język zapomniał, w jaki sposób powinien poruszać się tuż przy zębach, by prawidłowo wypowiadać wszystkie zgłoski. Ale znacznie łatwiej powtarzało jej się po kimś usłyszane dźwięki niż wymyślało własne, chociaż głowa zdawała się być ich pełna. – Lila…
Kim ona była? Któreś z dzieci?
Merlinie, dzieci.
Oddech zadrżał, zmuszając Eileen do skupienia wszystkich nerwów właśnie na płucach. Ciało odpowiedziało niemal mimowolnie i popchnęło ją ku temu, by zamiast bezcelowo pobierać powietrze klatką piersiową, zaczęła używać brzucha. Płytkie bezdechy ciągnęły ją ku morzu i rozjaśniały jej wizję zatopienia się w nim bez pamięci. Tylko głos trzymał ją wśród żywych. Ale ucichł. Potrzebowała go, cholera, potrzebowała tego głosu, żeby wiedzieć, jak bardzo trwała jeszcze w tym parszywym miejscu, gdziekolwiek ono było. Poprzednie skojarzenie szturchnęło ją nieprzyjemnym ćmieniem gdzieś w okolicy lewej skroni.
- Just…? – chrypa i świst powietrza, wciąż potrafiące zmienić kształt głosu, nie przeszkodziły jej całkiem w wypowiedzeniu imienia kuzynki.


Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku

Eileen Bartius
Zawód : Magibotanik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
didn't i show i cared?
i do
oh, i do

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Złota Wieża - Page 19 1hKUbRW
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f222-hogsmeade-134-dom-bartiusow https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
Re: Złota Wieża [odnośnik]29.07.17 15:50
Ile dni minęło? Straciłam rachubę balansując na cienkiej granicy między przytomnością a pochłaniającą mnie ciemnością, nie potrafiąc jednoznacznie określić, jak długo pozostanę przytomna tym razem. Tylko świadomość istnienia, a może bardziej trwania – dająca o sobie znak w każdym geście bóle wykraczającym już poza moje pojmowanie – zdawała się być ze mną ciągle i nie byłam w stanie zdecydować, czy dziękuję za to Merlinowi, czy wolałabym nie czuć już.
Odpowiedział mi głos; ciężkie chrzęszczące zgłoski, wydobywająca się w piersi, wcielane w życie nierównymi oddechami. Zaprzeczenie, choć sam głos zaprzeczał już obecności rudowłosej istotki. Znałam go, kojarzyłam, wiedziałam, że tak, moja świadomość potrzebowała jeszcze kilku chwil by połączyć wątki.
-Dorze. – mruknęłam cicho do siebie, niepełnie, niepoprawnie. Czując spływającą lodowatą falę, przynosząca ulgę. Jak zimna woda na oparzenia. Lila nie była zamknięta. Ponowne obudzenie się tutaj wyrządziłoby w niej jeszcze większe szkody. Możliwe, że nienaprawialne. Już teraz wiedziałam, że będzie drgać na każdy głośniejszy powiew wiatru; spać przy zapalonym świetle – jeśli w ogóle jej głowa pozwoli zamknąć oczy. Grindelwad zamykając ją w wieży złamałam ją kompletnie, zarysował jeszcze bardziej, uszkodził kompletnie świadomie i ta myśl wypełniała moje ciało gorejąca w środku wściekłością. Bydlak.
Odetchnęłam cicho. Pomona była na balkonie. Balkonie, który rozpadł się w drobny pył. Czy zdołała uciec? Wierzyłam, że tak. Wierzyłam w nią. Z nią była Lila.
Moje imię przecięło powietrze, choć zdawało mi się dziwnie obce. Kompletnie niepasujące. Just była… inna. Nie byłam pewna, czy nadal nią jestem. Czy nadal chce nią być. Ale jednocześnie umysł w końcu odnalazł brakujący fragment.
- Na Melina. – sapnęłam gubiąc zgłoskę, kompletnie nie zauważając tego faktu. Czując, jak z mojej piersi choć na chwilę zostaje ściągnięty jeden z głazów. Oczy zapiekły lekko, czując łzy – pierwsze od wielu dni, który niosły ze sobą radość. – Wilde, to ty? – błagam, niech wszechświat ze mnie nie kpi. To musi być ona. Musi, bo teraz potrzebuję czegoś, co pchnie mnie dalej, co pomoże funkcjonować. Co nie będzie odznaczało się permanentną beznadzieją.
I właśnie ta myśl, sprawiła, że podciągnęłam łokcie i dźwignęłam się na nich. Z wolna, czując jakbym toczyła walkę z grawitacją, próbując znaleźć ścieżkę, drogę dla ciała, która pozwoli mi usiąść. W głowie dudniło przeraźliwie, a słabość zdawała się przenikać mnie całą. Ale nie zamierzałam odpuścić. Mogli mnie łamać za każdym razem, mogli i robili to, ale ja na przekór im wszystkim zamierzałam wstawać silniejsza. Tak długo, jak nie wydam z siebie ostatniego tchnienia.




And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Złota Wieża - Page 19 Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Złota Wieża [odnośnik]29.07.17 22:01
Slalomem próbowała przejść z punktu A do punktu B. Jej umysł, nie podając tego chyba do ogólnej świadomości ciała, określał sobie niewielkie cele, które zamierzał wypełnić. Wszystko to działo się gdzieś wewnątrz niej. Oddechy powoli nabierały niezrozumiałej, chorej płynności, która jednak wciąż nawet ani na centymetr nie mogła być kojarzona z typową płynnością oddechową, jaką posiadał zdrowy, sprawny człowiek. Ale wydawało jej się, że uspokoiła się na tyle, by choć imitować, że nie ma się tak źle, jak mogłaby wyglądać. Bo oczywiście nie była do końca świadoma, jak bardzo pobijana była, jak bardzo spieczona była jej cała skóra.
W czasie snu, gdy siedziała na klifie razem ze swoją starszą siostrą, słyszała też, albo całkiem jej się zdawało, gwizd kani rudej. Oszalały, potępieńczy gwizd, który zdawał się ginąć w odmętach i szumach czarnego morza. Może to ona się w niej tak szarpała, powodując ten rozrywający, strzępiący skórę ból. Może domagała się rozwinięcia skrzydeł i ucieczki z tego okropnego, wilgotnego i pływającego w czerni miejsca.
Wilgoć, właśnie. Wyczuła ją, gdy po raz kolejny jej płatki nozdrzy rozchylały się, by przyjąć jak najwięcej powietrza. Gdzie ona się znajdowała? Piwnica? Lochy? To wciąż był Hogwart? Myśli mknęły, niosąc za sobą pulsowanie nieznośnego bólu. Gałki oczne samoistnie wędrowały ku górze, gdy zamykała powieki. W takim stanie jednocześnie łatwiej i trudniej było jej się skupić na czymkolwiek. Głos pozwalał wyśrodkować skupienie na kilka krótkich chwil, zogniskować wszystkie zmysły i myśli na jednym punkcie. Chciała przełknąć ślinę, ale nawet to okazało się cholernie trudne. Zeschnięte na wiór usta, język, który teraz swoją fakturą przypominał papier ścierny. Grdyka chodziła jak stary, zardzewiały zawias.
- Just… to… to ty? – zachrypiała przerywanymi zgłoskami, nie mogąc jednak powstrzymać się od odejścia od cząstkowo wyrobionego mechanizmu wdechów i wydechów na rzecz krótkiego, tanecznego podrygu nadziei. – Żyjesz… Merlinie…
Nim płomienie przeżarły się przez jej skórę, a wrzask sasabonsama przedarł się do najgłębszych czeluści jej umysłu, pamiętała, że kazała Tonks uciekać. Z dzieckiem. Tym samym, które zrzuciło lampę oliwną z jednej z półek. A potem wszystko zaczęła ginąć razem z płomieniami.
Czuła już piasek plaży pod palcami, mogła wsunąć do niego dłoń i wyobrazić sobie, że czuje ulgę. Teraz była już niemal pewna, że przeżyła. Ona i Just, chociaż wydawało jej się, że tej drugiej jednak udało się uciec i powinna znajdować się teraz w znacznie lepszym stanie.
- Gdzie my… - jesteśmy? Nie czuję swojego gardła, Just, dokończ za mnie. – Reszta? Dzieci… Barty… co z nimi…?
Otworzyła oczy, chcąc zobaczyć twarz kuzynki, jej stopę, kolano, dłoń, cokolwiek, co nadałoby jej fizyczny kształt i nie ograniczałoby się tylko do kilku dźwięków zawieszonych w eterze, ale zobaczyła tylko czerń, więc powieki niemal same spłynęły na dół.


Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku

Eileen Bartius
Zawód : Magibotanik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
didn't i show i cared?
i do
oh, i do

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Złota Wieża - Page 19 1hKUbRW
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f222-hogsmeade-134-dom-bartiusow https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
Re: Złota Wieża [odnośnik]30.07.17 0:04
Nawet nie wiem kiedy zaczęłam płakać. Chyba w momencie, gdy Eileen odezwała się ponownie. Gdy ulga uderzyła we mnie z mocą tak wielką, że odebrała mi aż dech Jej odczucie bolało mocniej, niż każdy jeden uraz którego doznałam. Ale był to dobry ból, świadomość, że nie zginęła zdawała mi się warta największych bogactw. Spazmatycznie łapałam powietrze w obolałą klatkę nie potrafiąc zatamować potoku. Potoku gorzkich, brudnych łez, pełnych ulgi. Byłyśmy zmęczone, zamknięte, zdane tylko na siebie, ale żywe. Ulga tak wielka, że aż zgubna.
-Ta…ak. – wyjęczałam przez łzy, nadal pozwalając im płynąć. Nie płakałam często, zatrzymywałam łzy pod powiekami nie pozwalając by wydostały się na zewnątrz. Nie płakałam, gdy znaleźliśmy ciało mojej matki, nie mogłam wtedy sobie na to pozwolić wiedząc, że nie byłabym w stanie iść dalej. Teraz też nie płakałam z tego powodu. Nie płakałam z żalu. Nie płakałam też z bólu. Choć oba te powodu powinny samoistnie wywoływać lawinę niekontrolowanego szlochu. Teraz oczyszczałam siebie, wylewając z siebie strach ten konkrety. Ten jeden. Wciągnęłam ponownie nierówno oddech w klatkę nie potrafiąc wziąć porządnego oddechu. Powoli starałam się uspokoić siebie, powrócić do logiczności i w myślach odnaleźć dalsze kroki. Uniosłam dłonie do twarzy ścierając ostanie z kropel, które poleciały. Rozcierając przy okazji brud, mieszając ją z moją własną krwią i prawdopodobnie brokatowym pyłem, który rzucił zanim straciłam całkowicie przytomność. – Ciężko nas zabić. – mówię z trudem zachrypniętym głosem, cytując słowa, które wypowiedziałam w kierunku Klapy gdy znaleźli mnie w wieży. Słowa przynoszą wspomnienia sprzed…? Właśnie ile czasu tu byłyśmy? Ostatnia akcja z wieży znów staje mi przed oczami. Krzywię się na obrazy, bo przynoszą one ból i niepewność, którą dokładają tylko słowa Eileen.
-Ni… - słowa ugrzęzły mi w gardle, nie chcąc przejść przez nie. Odmawiając posłuszeństwa. Bowiem, jak mogłam wymówić je na głos, ukrócić nadzieję którą słyszałam w głosie Eileen o niebotyczną ilość skoro i tak pozostało jej już niewiele. Zarówno jej, jak i mnie. Warga zadrgała. Ale Eileen nie była Lilą, była silna i musiała znać prawdę. Nie mogłam nie powiedzieć jej wszystkiego co wiem. Byłyśmy w tym razem, musiałyśmy mieć w sobie oparcie. Kłamstwo ni było wyborem. Prawda, choć bolesna, była naszą jedyną drogą. – Nie wiem. – przyznałam czując drgającą wargę. Wszyscy dotykają pióra. Już! przecina jeszcze raz moją głowę krzyk Pomony. Czy udało jej się użyć świstoklika zanim bombarda całkowicie rozniosła balkon? Powoli, ociężale przeniosłam się na kolana, czując pod dłońmi zimno i chłód musiałam dotrzeć do ściany. Tak, wszystko zaczynało się od nowa, ale i tym razem nie zamierzałam poprzestać. Nie godziłam się na leżenie i czekanie, aż po nas wrócą – jeśli w ogóle zamierzali, może postanowili najzwyczajniej w świecie poczekać, aż umrzemy z głodu? Jeśli chcieli mnie zabić musieli zrobić to własnoręcznie, patrząc mi prosto w twarz. – Mo… - odchrząknęłam, gdy gardło znów odmówiło współpracy – Możesz się ruszać? – zapytałam cicho, mogąc tylko sobie wyobrazić w jakim stanie może być. Zostawiłam ją w płonącym pokoju, nie mogło być dobrze.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Złota Wieża - Page 19 Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Złota Wieża [odnośnik]30.07.17 20:37
Szloch Just wyrwał Eileen z tej wątłej równowagi, jaką zdołała zdobyć. Jej płacz potoczył się spazmatycznymi drganiami po tym niewielkim, zatęchłym pomieszczeniu, w jakim obie się znajdowały, i Wilde poczuła, jak znowu traci oddech. Palce przeorały piasek, a ciało wciągnęła woda. Świadomość, nie do końca zakotwiczona w ciele, zaczynała się od niego powoli odczepiać. Niektóre dźwięki do niej docierały, a już za chwilę Eileen mogła zdać sobie sprawę z tego, że znów urwał jej się film. Nie do końca potrafiła to kontrolować, bo chociaż rozum za wszelką cenę próbował postawić się ciężarowi i obezwładniającemu uczucia spętania wszystkich myśli, to ciało jednak błagało o utratę przytomności.
- Nie p… nie płacz – szepnęła słabo, ledwo łącząc ze sobą zgłoski. W wyobraźni już do niej podchodziła i mocno chwytała za dłoń, żeby przekazać jej, że siedzą w tym razem i wciąż razem muszą być silne. Może mogłyby wtedy zobaczyć swoimi dłońmi, gdzie tak naprawdę się znajdują, gdzie je umieszczono. Żywe.
Prawda?
Jeszcze żywe?
Chciała się uśmiechnąć na kolejne słowa Just, unieść w pogardzie choć jeden kącik swoich ust, ale żadne z jej mięśni nie odważyło się na ten jakże ryzykowny ruch. Napinana skóra rozciągała się jak stara, nadgryziona przez ząb czasu guma, która tylko czekała na odpowiedni moment, by spektakularnie pęknąć i wyrwać z gardła kolejną falę bolesnego jęku. Ciężko nas zabić. Skoro nie mogła tego zrobić fizycznie, ten pogardliwy uśmieszek zarysowała tylko w swojej wyobraźni i skierowała go na twarz nieobecnego tutaj Grindelwalda. Powinien widzieć, w jakim były teraz stanie. I powinien również wiedzieć, że tanio skóry nie sprzedadzą. Jeszcze wątpiła w swoją siłę, to nie był jeszcze czas, by z pełnym pewności głosem wypowiadała inkantacje bolesnych zaklęć, ale uczyła się jej. Albo miała dopiero taki zamiar.
Inkantacje. Co z jej różdżką?
Mrugała zamkniętymi powiekami, próbując maksymalnie skupić się na głosie Just, jakby oczekiwała najlepszych wieści. Nic im nie jest, Eileen. Pewnie czekają już w chacie albo organizują opiekę uratowanym dzieciom, albo właśnie obezwładniają straż przed naszą celą, jeśli w ogóle ktokolwiek przed nią stał. Bo wyobraźnia działała sama. Ciemność, wilgoć, beznadziejny stan ciała i dusza nie potrafiąca jeszcze unieść się z kolan. Dobre wieści jednak nie nadeszły – oddały swoje miejsce kolejnym złym, niepokojącym myślom, które napłynęły do niej, gasząc poprzedni, cienką nicią szyty spokój. Oddech znów przyspieszył, a powietrze uciekało z niej kolejnymi gwiżdżącymi sykami.
Straciła kontakt z całą grupą, kiedy już zdecydowała się wlecieć jako kania do niewielkiego pomieszczenia, gdzie ledwo prześlizgnęła się w locie przez zamykającą się klapę. Dziecko, książki, lampa, ogień. Ból, żarząca się skóra, krzyk. A potem cisza i czarna smoła oblewająca ciało z każdej strony. Poradzili sobie z sasabonsamem? Ochronili przed nim dzieci? Ochronili przed nim siebie? Czy Hereward… czy on w ogóle do nich dotarł?
Poradzenie sobie z tym w tej chwili było jak próba zrzucenia sobie z ramion tonowego kowadła. Palce zacisnęły po raz kolejny na posadzce, nieprzyjemne mrowienie rozbłysnęło pod paznokciami, falami przeszło po całym ciele. Stęknęła cicho.
- N… nie – odparła niemal szeptem. Każde wypowiedziane słowo było dla niej wyzwaniem. – Ciężko… oddycham… wszystko… mnie boli. Róż... - Merlinie, dlaczego to było takie trudne? - Różka... Tonks...
Począwszy na czubku głowy, a skończywszy na palcu u stopy. Ból zdawał się hamować, gdy faktycznie się nie ruszała, co nawet udawało jej się praktykować przez ostatnich kilka minut. Ale co z tego, skoro współpraca z własnym ciałem wciąż wydawała jej się odległą bajką z innego świata?


Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku

Eileen Bartius
Zawód : Magibotanik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
didn't i show i cared?
i do
oh, i do

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Złota Wieża - Page 19 1hKUbRW
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f222-hogsmeade-134-dom-bartiusow https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
Re: Złota Wieża [odnośnik]31.07.17 22:51
Łzy ściekały po policzkach samoistnie, nie poddając się żadnej kontroli. Hamowane od miesięcy musiały kiedyś znaleźć swoje ujście. Pamiętam jeden cytat, zapadł mi w pamięć i teraz z czeluści niepotrzebnych frazesów wyłonił się na wierzch: Ludzie płaczą nie dlatego, że są słabi. Płaczą, ponieważ byli silni zbyt długo. Pokręciłam lekko głową sama do siebie. Nie byłam pewna, że to nie to było zapalnikiem, który otworzył moje kanaliki łzowe. Przejmowała mnie trudna do zidentyfikowania pewność, że za krople dobywające się z moich oczu odpowiedzialna jest ulga. Bałam się, że skazałam ją na śmierć. Na okrutne, bolesne spalenie żywcem. Bałam się, że nie zobaczę jej już więcej. Lekkiego zakłopotania, gdy usta przypadkiem wspomną profesora transmutacji, wywrócenia oczami na moje kolejne spóźnienie czy zachowanie kompletnie nieadekwatne do wieku. Bałam się, że więcej nie zobaczę już jej.
-To ulga. – wycharczałam przez łzy. Tak, to ona wydobywała się ze mnie, pozwalając bym na chwilę rozpadła się sama. Bym poczuła boleśnie w trzewiach świadomość, że ona nadal żyje. Jeszcze – przemknęło mi brutalnie przez głowę. Nie mogłam poświęcić długo na celebrację jej życia okupioną pociąganiem nosem. Musiałam wykrzesać więcej siły. Odnaleźć… co? Wyjście? Znów od początku zbadać ściana za ścianą? Jakie szanse istniały na to, ze i tym razem nas nie zamknęli? Sądziłam, że zerowe. A mimo to przeniosłam się na kolana. Powoli, mozolnie przesuwając się kawałek do przodu. Ręce zdawały się trząść od wysiłku – a może trzęsłam się sama. Ramiona ugięły się w łokciach pod ciężarem niewyobrażalnego bólu, goryczy i odczucia przegranej.
Upadłam na twarz. Przymknęłam powieki, dostrzegając pod nimi tą samą ciemność. Czy tak miałam skończyć, z twarzą na ziemi, niby to w wymuszonym przez własne ciało pokłonie dla tych, którzy nas tu więzili?
Nie, to nigdy nie było opcją. Zacisnęłam dłonie w pięści, czując, jak szoruję po wilgotnym podłożu paznokciami, jak dostaje się pod nie brud. Bardziej brudna nie mogłam już być. Znów rozapliła się w mym wnętrzu złość. Nadal żyłam, mimo że chcieli mnie martwiej. Szlachta, ministerstwo, Grindelwald i Mulciber – wszyscy oni odnieśli porażkę przy próbie zabicia mnie, niektórzy nawet dwukrotnie. Kolejny raz zamierzałam im na to nie pozwolić. Z trudem uniosłam się ponownie na dłoniach czując ich drżenie. Bezsilność, to właśnie ona zaczęła być mi przyjaciółką. I nieporadność, gdy każdy ruch zdawał się mozolny i ciężki do wykonania, strasznie koślawy, a nawet mało skuteczny. Ruszyłam najpierw prawą dłonią niewiele w przód – nie miało to znaczenia. Byłam gotowa spędzić wieczność na wędrówce ku najbliższej ścianie, by tam spędzić kolejną na badaniu jej swoimi poranionymi dłońmi.
- Nie mam. – odpowiadam spokojnie, choć cicho i chrapliwie z wysiłkiem do którego zmuszam moje ciało – Odpoczywaj. – proszę cicho. Przygotuj się, zbierz jak najwięcej sił, bo zamierzam stąd wyjść. Pociągnęłam drugą z dłoni, a za nią kolano, które znaczyło swą drogę po posadzce. Zamierzam stąd wyjść, albo zginąć próbując.
A ty Wilde, tym razem idziesz ze mną.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Złota Wieża - Page 19 Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Złota Wieża [odnośnik]02.08.17 20:20
Wtem drzwi celi zostały otwarte, wpuszczając do środka nieco światła: Eileen musiała zamknąć oczy, Justine po chwili dostrzegła strażnika z różdżką. Usłyszał was.
- Zrobiły się rozmowne - rzucił przez ramię, zapewne do towarzysza za swoimi plecami, lecz tego żadna z was nie widziała. Po chwili usłyszałyście brzdęk krat, mężczyzna miał przy sobie pałkę - i jednym sprawnym ruchem ogłuszył Justine. - Zabieram ją - Eileen, ostatnie, co pamiętasz, to wyciągana z celi Justine, ktoś wrzucił do środka pajdę chleba - bez naczynia. Mogłaś się nią posilić, nim znów stracisz przytomność.

Wątek, który tutaj pisałyście, miał datę 29.04. Jeśli chcecie - nie musicie - możecie dodać jeszcze ostatnie posty.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Złota Wieża - Page 19 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 19 z 20 Previous  1 ... 11 ... 18, 19, 20  Next

Złota Wieża
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach