Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Zamknięta część portu
AutorWiadomość
Zamknięta część portu [odnośnik]17.07.17 1:54
First topic message reminder :

Zamknięta część portu

Ciężki zaduch mniej lub bardziej stojącej wody, to pierwsze co uderza przechodnia. Trzeszczące deski wysuniętych wgłąb wody kładek, spróchniałe beczki ustawione pod osmolonymi od kilu niegaszonych pożarów - ścianami magazynów i resztki unoszących się na wodzie łódek - niektóre wciąż zdatne, by unieść pasażera czy dwóch. Jeśli poszukujesz szybkiej przeprawy, czy też ukrycia - to miejsce wydaje się idealne. Przynajmniej dla najbardziej zdesperowanych. Kiedyś musiały tu cumować płytsze statki i rybackie łodzie, a pozostałości po dawnej świetności rysują pozostawione w nieładzie przedmioty, nadpalone fragmenty pływających przy brzegu desek.
Ta część portu jest oddzielona nie tylko od strony samych doków. Stojąca woda to efekt kilku krat zatopionych resztek statków, które stworzyły naturalną barykadę. A jednak, wciąż istnieją przejścia, które pozwalają dostać się w tę zapomnianą część doków. Oczywiście, jeśli rzeczywiście tego chcesz. Albo musisz.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zamknięta część portu - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Zamknięta część portu [odnośnik]28.05.18 22:53
15.08

Czułem wodę wszędzie - w ustach, nosie, oczach i za kołnierzem. Dusiłem się, kiedy coraz więcej dostawało się do moich płuc. To przykre, że miałem skończyć w ten sposób - topiąc się w beczce z pomyjami, z dwoma rosłymi oprychami trzymającymi mnie za kark. Słyszałem już tylko jakiś szmer z oddali, powoli przestawałem czuć ciasne więzy trzymające moje nadgarstki za plecami, poczułem za to mocne szarpnięcie z tyłu głowy i wynurzyłem się, łapczywie łapiąc powietrze. Kilka głośnych kaszlnięć wydobyło się z mojego gardła i opadłem na kolana, pchnięty przez jednego z moich oprawców. W tej chwili nawet nie potrafiłem sobie przypomnieć jak to się właściwie stało, że znajdowałem się aktualnie w tak beznadziejnej sytuacji. Ciąg pechowych zdarzeń, mój za długi jęzor, zbyt zuchwałe kłamstwa...
- Ponawiam pytanie, Bojczuk, GDZIE ukryłeś skarb Czarnobrodego? - nie było żadnego skarbu, a przynajmniej ja nie miałem do niego dostępu, nie wiem co mnie podkusiło, żeby się chwalić w jednej z portowych melin, że położyłem na nim swoje zgrabne rączki. To było pewne, że ktoś się mną wtedy zainteresuje - i zainteresował, do tego stopnia, że w tej chwili żegnałem się z życiem w dodatku w niezwykle... przerażającej scenerii. Wręcz czułem dusze marynarzy zaklęte w nadpalonych deskach tutejszych wraków. Port był mi prawie jak rodzinny dom, tutaj miałem spędzić także ostatni dzień swojego marnego żywota. Moje życie zatoczyło ostateczny krąg.
- Powtarzam ci po raz setny - nie ma żadnego skarbu, to wszystko były tylko kłamstwa! - mówię już nawet nie wiem który raz w przeciągu ostatniej godziny, a on unosi tylko podbródek i znowu ląduję głową w beczce, łapiąc w usta masę brudnej wody. Tym razem trwa to jednak nieco krócej, ale wcale mnie nie pociesza.
- A może to odświeżyło ci pamięć? - słyszę kolejne pytanie i już tylko kiwam głową, bo nie mam siły się dłużej kłócić. To jak rzucanie grochem o ścianę - całkiem bez sensu.
- Dobra, dobra! Powiem ci... Tylko... zbliż się. - mówię, a jak się do mnie nachyla to... to chyba znowu mnie jakieś zaćmienie mózgownicy dopadło, bo zbieram w ustach ślinę i charam mu prosto w oko - Możesz mi possać!... - już żałuję, tym bardziej, że w jednej chwili dostaję taką lepę, że aż mnie na moment zamroczyło. Opadam na bok i już nie liczę ile dostałem kopniaków.
Ale wtem, kiedy już wiem, że mnie wykończą, fortuna obraca się w moją stronę, po części przynajmniej. Słychać huk i powietrze wypełniają kłęby popiołu, który wydobywa się, mam wrażenie, z tutejszego kominka? Normalnie pewnie nie działał od dawna, ale w naszym świecie nic już nie było normalne.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]29.05.18 20:33
Jocelyn dopiero w sierpniu wróciła do pracy. Po wydarzeniach z czerwca została wysłana na długie zwolnienie, podczas którego pojawiała się w Mungu jedynie na sporadyczne kontrole jej stanu. Przed jej powrotem do pracy musieli mieć pewność, że jest do tego zdolna i niedawna trauma nie wpłynie negatywnie na jej pracę.
W magicznym Londynie wiele się działo, choć Josie po raz pierwszy od dawna miała okazję wypocząć. W pewnym sensie, bo koszmary utrudniały normalny, zdrowy sen, chociaż eliksir słodkiego snu niewątpliwie pomagał przetrwać noce. Jej trauma miała tylko jeden dobry skutek – nie musiała się przepracowywać w gorącym okresie po pożarze ministerstwa. Ulgą napełniało ją też odnalezienie się Toma po rocznej nieobecności. Wypoczynek utrudniała też zbyt duża ilość czasu spędzanego w pobliżu matki, choć Thea niewątpliwie miała nadzieję, że Josie już na staż nie wróci i zostanie w domu.
W tych pierwszych dniach po powrocie do Munga miała wrażenie, że uzdrowiciele i inni stażyści zerkają na nią z niepokojem, zupełnie jakby się zastanawiali, czy podoła obowiązkom i czy jest w pełni zdrowa na umyśle. Oczywiście nikomu z nich nie zdradziła prawdy, ale biorąc pod uwagę, że była leczona na trzecim piętrze i nadal czasem się tam pojawiała, krążyły różne domysły. Z pewnym opóźnieniem zdała egzaminy kończące drugi rok stażu i mogła zacząć trzeci, ostatni przed wyborem specjalizacji.
Jako, że sieć Fiuu działała bardzo nieprzewidywalnie i często doświadczała awarii, podczas tych sporadycznych wyjść z domu zwykle korzystała z Błędnego Rycerza, niezbyt przyjemnego, bo obecnie bardzo zatłoczonego środka lokomocji. Brakowało jej teleportacji i sieci Fiuu, bo zwykle używała którejś z tych dwóch metod transportu.
Ale dziś w roztargnieniu zwyczajnie się zapomniała, i chcąc wrócić do domu wskoczyła do kominka, licząc, że po prostu się uda. Bo czasem się udawało, ale nie zawsze. Tym razem miała do czynienia z tym drugim przypadkiem, bo miejsce, w którym wylądowała, nie było jej domem. Ani żadnym innym miejscem, które znała. Wypadając z kominka zakrztusiła się popiołem, którego kłęby wyleciały wraz z nią, ale szybko zorientowała się, że wypadła ze złego kominka i w dodatku wpadła na bardzo dziwaczną scenę – jakieś podejrzane indywidua, które kopały leżącego na ziemi mężczyznę.
Widząc to, zaczęła głośno krzyczeć. Wystraszyła się, w końcu w jej świecie nie było miejsca na takie rzeczy, choć czasem w Mungu widywała ich produkty końcowe. Nie bywała jednak świadkiem podobnych zdarzeń, a nawet jakby była – zwykle odwracała wzrok, woląc nie pakować się w niebezpieczeństwo. Ale tu nie było dokąd uciec. Nie mogła się teleportować, a proszku Fiuu nie miała, by znowu zaryzykować przeniesienie się w ten sposób, w nadziei, że nawet jeśli nie wyrzuci jej tam gdzie potrzeba, to może chociaż w bezpieczniejszym miejscu niż to.
Jednak w irracjonalnym odruchu rzuciła się w stronę kominka, ale zaraz została pochwycona przez silne, męskie dłonie, którym najwyraźniej nie było na rękę nagłe pojawienie się świadka. Mężczyzna szarpnął ją, ciągnąc w swoją stronę, po czym obrócił ją tak, by jego towarzysze mogli ją zobaczyć.
- Gdzie się spieszyłaś, maleńka? Zostań na dłużej, skoro już do nas wpadłaś – zarechotał mężczyzna, nagle łapiąc ją za podbródek i policzki, i unosząc wyżej jej twarz. – Naprawdę ładniutka – wymruczał. – I te czyste, białe dłonie... Skąd do nas przybyłaś, panienko? – zapytał, łapiąc razem jej nadgarstki, kiedy próbowała go uderzyć i się uwolnić. Niestety nie należała do sprawnych fizycznie, więc była na z góry przegranej pozycji i zwyczajnie się bała.
Nie odpowiedziała jednak na zadane pytanie, struchlała ze strachu.
- Może nam się przydać – dodał inny mężczyzna, a Josie mogła tylko się zastanawiać, do czego, a chwilę później, zanim zdążyła zacząć krzyczeć, poczuła uderzenie w głowę i straciła przytomność, nie czując już, że razem z wcześniej widzianym leżącym na ziemi mężczyzną została wyniesiona do innego pomieszczenia i rzucona na podłogę, a potem drzwi za nimi się zamknęły.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]29.05.18 21:25
Jak z oddali usłyszałem przeraźliwy krzyk i wiedziałem już, że ten kto wypadł z kominka nie był nagłą pomocą. Pomoc nie krzyczała w ten sposób, ale przynajmniej faktycznie przestali mnie okładać. Rozchyliłem ciężkie powieki, widząc kształt sylwetki. Kobiecej. Drobnej. Przerażonej zastaną sytuacją. W sumie nic dziwnego, chyba nikt nie byłby zadowolony lądując w takim miejscu.
- Ej! Ej! Ale zostaw ją! Ona nie ma z tym nic wspólnego! Wszystko ci powiem!... - krzyczę, wijąc się na ziemi, bo ze związanymi rękami nie mogę zrobić za wiele. Czuję ziarenka piasku na swojej twarzy, widzę kwitnące na nim krwiste maki i choć ból pulsuje w każdym nerwie mojego ciała w tej chwili buzująca adrenalina spycha go na dalszy plan. Nie uśmiecha mi się jakaś trzpiotka na sumieniu - jeśli miałem tu zginąć to zdecydowanie wolałem w samotności. Słyszę głuchy dźwięk ciała opadającego na podłoże i zaczynam głośno przeklinać wszystkich tych zbirów, ale znowu dostaję za to w pysk i tylko jęczę przeciągle z bólu. Później czuję szarpnięcie za koszulę, kiedy ktoś podnosi mnie do pionu, a później jeszcze kilka gdy targają nas do kolejnego zatęchłego pomieszczenia - wokół panuje mrok, słup bladego światła wpada przez jedno malutkie okienko, przez które nie przecisnęłoby się nawet dziecko. Druga szpara, równie drobna, mieści się w potężnych drzwiach, które zatrzaskują się za nami gdy tylko lądujemy na podłodze. Ryję nosem o podłoże, więc znowu głośno przeklinam, przewracając się na plecy i głośno oddycham, łapczywie łapiąc w płuca powietrze. Myśli wirują mi w głowie, świat w oczach, ale nie pora bym teraz panikował. W zamian podczołguję się do dziewczęcego ciała, co wcale nie jest takie łatwe - moje nadgarstki wciąż krępuje gruba lina, która wbija się w skórę coraz bardziej i bardziej, zostawiając nań zaczerwienione ślady. Jak się tak wspieram łbem o ziemię, to nawet mi się udaje przyklęknąć i na klęczka podchodzę do nieznajomej, przez krótką chwilę mierząc ją spojrzeniem. Faktycznie - była naprawdę piękna. Pochyliłem się, na moment przykładając ucho do jej piersi - słyszałem bicie serca, a klatka piersiowa unosiła się miarowo, więc odetchnąłem z ulgą. Nawet jeśli była nieprzytomna wciąż żyła. Tylko jak długo będą nas tu trzymać? Nie miałem pojęcia. Prostuję się, przysiadając na piętach.
- Pssst, ej, ej, dziewczyno! Obudź się! - trącam ją głową, bo sam już nie wiem co mam robić. Nawet się nie znam na pierwszej pomocy! A ona wygląda na taką delikatną, kruchą, niewinną istotę... Wzdycham głośno, przymykając na moment oczy i wsłuchuję się w ciszę. Ktoś, jeden z nich zapewne, czai się za drzwiami, mam tylko nadzieję, że minie trochę czasu zanim zechce tu zajrzeć.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]30.05.18 0:20
To był zwykły, nieszczęśliwy wypadek. Josie zgubiło roztargnienie, a może naiwne przekonanie że przecież nic się nie stanie, skoro ostatnim razem jej się udało. Powinna być mądrzejsza, skoro wiedziała, że sieć Fiuu nie była teraz bezpieczna. Och, czemu próbowała pójść na skróty i wskoczyła do tego kominka zamiast po prostu wyjść na zewnątrz i przywołać Błędnego Rycerza? Spędziłaby trochę czasu w ścisku i niezbyt przyjemnych warunkach, ale z pewnością bezpieczniej.
Wystraszyła się, bo nie wiedziała, kim są ci mężczyźni i co mogą jej zrobić. Widziała leżącą na ziemi ich pobitą ofiarę, a ona wtargnęła w sam środek ich porachunków, o których nie miała żadnego pojęcia. Była więc niewygodnym świadkiem, w dodatku wyglądającym tak młodo i bezbronnie, że aż się prosiła o kłopoty. Nie spodziewała się, że coś podobnego mogłoby jej się przytrafić, choć żyli przecież w niespokojnych czasach, sama miała okazję się przekonać.
Bała się, że coś jej zrobią. Szarpała się, próbując się wyrwać, choć wiedziała, że przez brak teleportacji ucieczka będzie utrudniona. Nie wiedziała nawet, gdzie znajduje się to pomieszczenie, czy w ogóle byli w Londynie, czy gdzieś indziej. To mogło być wszędzie. Nawet jeśli się wyrwie, to co wtedy? Jak im ucieknie?
Mężczyźni niewątpliwie zainteresowali się nią. Wyglądała dobrze – młoda, ładna, w porządnie wyglądających ubraniach. Nie wyglądała na biedną. Dla kogoś, kto się nie znał i nie zwracał uwagi na niuanse, mogłaby nawet uchodzić za córkę kogoś wysoko urodzonego. W oczach mężczyzn widziała błysk zawahania, jakby się zastanawiali, co z nią zrobić. Ale zanim zdradzili coś więcej, jeden zdzielił ją w głowę na tyle mocno, że zasłabła.
Nie wiedziała ile minęło czasu, kiedy poczuła, że ktoś nią potrząsa. Nie mogła omdleć na długo, ale w pierwszej chwili nie rozumiała, co się z nią dzieje. Otworzyła oczy i zamrugała szybko, spoglądając na poobijaną twarz. Dopiero po chwili widok mężczyzny uświadomił jej, że próbując podróżować siecią Fiuu wylądowała w złym miejscu i wpadła w tarapaty. Jęknęła cicho, czując też pulsujący ból głowy. Ubrania i twarz nadal miała poznaczone plamami sadzy z kominka.
- Gdzie jestem? – zapytała cicho. – I kim ty jesteś? Czego oni od ciebie chcieli? I czego... chcą ode mnie?
Poruszyła się niespokojnie, dłońmi błądząc po swojej szacie w poszukiwaniu różdżki. Nie znalazła jej, najwyraźniej tamci ją zabrali zanim ją tu zamknęli. Byli w jakimś innym pomieszczeniu, równie ciemnym i stęchłym, ale oprócz pobitego mężczyzny nie widziała nikogo innego.
Ostrożnie usiadła, przyciskając dłoń do skroni. Rozejrzała się po obskurnym otoczeniu, zdecydowanie nie wyglądającym jak coś, co znała.
- Nie mogę tu zostać. Nie chcę tu zostać. Trafiłam tu przez przypadek, nie interesują mnie wasze porachunki i nie chcę w nich uczestniczyć – powiedziała, przyglądając się mężczyźnie. Wyglądał dużo gorzej od niej, ale bez różdżki nie mogła uleczyć ani jego, ani siebie.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]30.05.18 1:04
Kiedy dziewczęce powieki rozchyliły się ukazując wielkie, szaroniebieskie tęczówki, to aż westchnąłem z zachwytu. Również zamrugałem kilka razy, ponownie przysiadając na piętach i w myślach podziękowałem wszystkim wielkim czarodziejom za to, że nie wpadła w panikę.
- Jesteśmy w porcie. W tej mniej przyjemnej części, w tej zamkniętej. - tłumaczę i chociaż nadmiar emocji pulsuje mi w skroniach, staram się powstrzymać drżenie głosu, nie chcę jej jeszcze bardziej wystraszyć - Nazywam się Johnatan Bojczuk, a to co się tutaj dzieje... to kompletnie porąbana akcja. - kręcę delikatnie głową, bo sam bym nie wiedział od czego zacząć tłumaczenia, a zresztą głupio mi było przyznać, że znalazłem się tutaj tylko i wyłącznie z własnej winy, przez to, że zachciało mi się snuć jakieś niestworzone historie. Przesunąłem się trochę gdy usiadła.
- Ten przypadek trochę uratował mi skórę... Słuchaj, nie zostaniemy tutaj. Nie mam jeszcze planu, ale najlepsze plany powstają na bieżąco. - zapewniam, chociaż nie do końca w to wierzę, nie w tej konkretnej sytuacji. Z tych tarapatów mógłby nas uratować tylko cud - Musisz mi pomóc, spróbujesz mnie rozwiązać? - okręcam się nieznacznie i od razu żałuję, bo czuję przeszywający ból gdzieś w boku, na co marszczę się i wydaję z siebie cichy jęk. Wszystkie trzewia miałem poobijane, to było pewne. Oddycham głęboko, czym prędzej się prostując i przełykam głośno ślinę, wraz z nią smakując własnej krwi - Okno jest wybite, wszędzie tutaj walają się szkła, może uda się znaleźć na tyle ostre by poradziło sobie z liną? - rozglądam się, szukając blasku tłuczonej szyby gdzieś na brudnym podłożu. Z drugiej strony żaden to był marynarki węzeł, bo tacy z nich byli marynarze jak z koziej dupy trąba - czyli marni. Mimo tego delikatne dziewczęce dłonie mogły sobie z nim nie poradzić. Mówiłem cicho - zwykle darłem mordę jak jakaś przekupka na straganie, ale jak widać w kryzysowych sytuacjach potrafiłem nawet szeptać. Zerknąłem w kierunku drzwi, widząc kształt czyjejś sylwetki w niewielkim okienku, ale był to tylko cień krążącego tam mężczyzny. Każdy jego krok, chociaż maksymalnie cichy, odbijał się echem w mojej głowie, siedziałem jak na szpilkach bojąc się, że zaraz zechce tu wparować, chociaż chyba oni sami nie wiedzieli jeszcze co właściwie chcą z nami zrobić. To znaczy... co chcą zrobić z naszym niespodziewanym gościem, bo mój los już dawno został przesądzony, a to nagłe zamieszanie jedynie odwlekało moment mojej śmierci. Ponownie przesunąłem wzrokiem po sylwetce kobiety - wyglądała na wysoko urodzoną, kto wie, być może mogliby dostać za jej osobę pokaźną sumkę? Biedni z pewnością mogli czuć się znacznie bezpieczniejsi.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]30.05.18 1:57
Jocelyn póki co była na tyle zamroczona, że nie wpadła w panikę. Jeszcze. Choć zwykle była osobą raczej opanowaną i spokojną, w czerwcu doświadczyła dość traumatycznego zdarzenia, które odbiło się na niej i wszystko co przypominało tamten dzień budziło w niej lęk. Ale ta sytuacja go nie przypominała, ten paskudny pokój nie wyglądał jak jedno z pomieszczeń tamtego nawiedzonego domu, więc nie znalazła się w tym samym koszmarze. Ten był nowy, zupełnie inny, a Josie jeszcze nie do końca zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji.
To było jak sen, kolejny z serii dręczących ją koszmarów, tyle że tym razem ból był prawdziwy, co uświadamiało jej, że to jednak nie był sen.
- W porcie? – zdziwiła się. Znała raczej tę ładniejszą, elegantszą część dzielnicy portowej, nie zapuszczała się do tej gorszej. Nie miała takiej potrzeby, nigdy. – Ale w Londynie? – spytała dla upewnienia się. Cóż, przynajmniej miasta nie pomyliła. Jej głos jednak lekko drżał, zdradzając strach i niepokój. – Tamci ludzie nie wyglądali na pokojowo nastawionych. Chyba musiałeś im się bardzo narazić, panie Bojczuk.
Jego nazwisko niewiele jej mówiło, choć była pewna, że gdzieś kiedyś je słyszała. W tym momencie nie skojarzyła po prostu malarki, której prace z tym nazwiskiem kiedyś widziała. Sam Johnatan wyglądał raczej, jakby żył w trudnych warunkach, a może wyglądał tak przez to pobicie. I kto wie, jak długo go tutaj trzymano. Nie wiadomo też, jak długo będą trzymali ją. Mogli chcieć ją skrzywdzić, ale mogli też uznać, że mają szansę dostać za nią trochę złota. Co prawda szlachcianką nie była, ale nie wyglądała też na pierwszą lepszą biedaczkę, była córką szanowanego uzdrowiciela i zepchniętej na margines damy z wielkiego rodu. Ale co, jeśli i tak uznają ją za nieprzydatną? Bała się momentu, w którym tu przyjdą.
- Nie zamierzam tu zostawać – mruknęła, choć zdawała sobie sprawę, że może wiele chcieć. Na ten moment wyglądało na to, że zostali tu zamknięci i wydostanie się bez różdżek łatwe nie będzie. Tak czy inaczej miała swoje życie i nie zamierzała ginąć przez podejrzane sprawki tego mężczyzny.
- Tak... spróbuję – wymamrotała po chwili, rozglądając się po podłodze w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby przeciąć sznur. W końcu znalazła spory fragment szkła, który ostrożnie chwyciła przez brzeg materiału szaty, by nie pokaleczyć sobie dłoni, i ostrożnie zaczęła ciąć. Choć to, co się z nim działo, nie było jej sprawą, razem mieli większą szansę powodzenia w ewentualnej ucieczce niż gdyby miała próbować sama. Mogła być na niego zła, że to przez niego i ona była w kłopotach, ale z drugiej strony, to była też jej wina, że w ogóle skorzystała z kominka. Sama prosiła się o tarapaty.
Przez kilka minut przesuwała szkłem po sznurze, aż w końcu zaczął pękać. Kiedy splot pękł, resztę rozplątała już dłońmi, i po chwili mężczyzna był wolny.
- Co, jeśli oni tu przyjdą? – zapytała nagle, zerkając niespokojnie na drzwi. Spoglądała w ich stronę przez dłuższy czas, siedząc na posadzce, podczas gdy kolejne minuty mijały i nadal byli sami. Czy mężczyźni zastanawiali się teraz, co z nimi zrobić? Nie wiedziała, do czego mogli być zdolni. Zdawało się, że obecne czasy sprzyjały postępującej degeneracji i temu, by źli ludzie czuli się bezkarnie.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]31.05.18 11:44
Kiwam głową, że ta, w Londynie, dokładnie, po czym ponownie wzdycham, unosząc na moment oczy ku brudnemu sufitowi.
- Urodziłem się pod pechową gwiazdą... - mówię cicho, bo tak było w sumie. Co prawda dwudziesty to nie to samo co piątek trzynastego, ale coś musiało być na rzeczy, skoro całe moje życie składało się z pasma mniejszych bądź większych niepowodzeń, a te radosne chwile kiedy wznosiłem się na wyżyny szczęścia mogłem policzyć na palcach jednej ręki.
- Mhm. - ponownie kiwam łbem. Miałem więc takie same zamiary, chociaż nic nie wróżyło, byśmy szybko stąd wyszli, a chociaż mój mózg pracował na pełnych obrotach, nic nie przychodziło mi do głowy. Czekałem cierpliwie aż sznur puści i gdy uścisk zelżał powoli rozprostowałem ręce, rozmasowując barki, a później nadgarstki, które nosiły ślady otarć. Nie tylko one zresztą, ale już mniejsza o to.
- Dzięki. - podnoszę się z ziemi i kuśtykając jak stary kaleka podchodzę do drzwi, ale przez brudne, popękane szkło widzę tylko cienie układające się w kształty. Przykładam więc ucho do starego drewna, jednak słyszę tylko dźwięki scalone w jedność, żadnych konkretnych słów.
- Minie sporo czasu zanim tu przyjdą. - zapewniam, ale tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia co mówię, a paplam chyba tylko po to, żeby jej nie martwić - A jak już tu zajrzą, to my będziemy już dawno gdzieś indziej. - oby, chociaż szanse marne. Miałem tylko nadzieję, że ostatecznie skończę na dnie, a nie wisząc gdzieś przy wrakach jako przestroga dla tych, którzy zechcą się zapuścić w te strony. Wyprostowałem się oddalając nieznacznie od drzwi, rozglądam się naokoło szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki, ale nie dostrzegam żadnej...
Nie wiem ile minęło czasu, jednak po pierwszej godzinie przestałem przetrząsać pokój w poszukiwaniu ukrytych klap w podłodze czy tajemnych przejść. Teraz siedziałem pod ścianą, snując jakąś wymyślną historię tylko po to, by zająć czymś myśli. Ostatnia iskierka nadziei zgasła we mnie jakiś kwadrans wstecz.
I wtedy drzwi ponownie się otwierają, staje w nich jeden z trójki mężczyzn i zerka na nas ze złośliwym uśmiechem. Kulę się trochę w sobie, przytulając do ściany, a on opiera się nonszalancko o framugę.
- No, Bojczuk, ty pierwszy. - mówi. Strach odbija się w moich szeroko otwartych oczach - Ale czekaj, może dojdziemy do porozumienia!... - zaczynam, jednak ucisza mnie gestem ręki, ale opuszcza ją prawie w tej samej chwili - Albo wiesz co? Błagaj o litość, bawi mnie to. - stwierdził i sięgnął do kieszeni wyciągając pomiętego papierosa. Rozchyliłem wargi - tak, zamierzałem się płaszczyć, nie miałem jednak błagać o litość dla mnie, a dla mojej towarzyszki. Mnie i tak by nie oszczędzili, już ja doskonale znałem tę śpiewkę. Dobył różdżki (mojej, swoją drogą, wszędzie poznam ten stary badyl), przyłożył jej koniec do szluga... I wtedy zdarzył się cud, bo inaczej nie mógłbym tego nazwać. BUM! Jak nie łupnęło! Pół pokoju rozwaliło, a tego gościa odrzuciło na kilka metrów. Chowam twarz między rękami, czując jednak wszędzie drobne i większe kamienie. To jest nasz moment, chwila, na którą czekaliśmy. Chociaż przejmujący ból prawie paraliżuje moje członki, napływ adrenaliny sprawia, że wstaję w mgnieniu oka i podbiegam do dziewczyny, łapiąc ją mocno za rękę.
- W nogi, zanim pojawi się reszta. - kiwam głową. Przechodzimy przez drzwi i zbliżamy się do leżącego na podłożu mężczyzny - jest oszołomiony, ale żyje. Zaczyna coś mamrotać pod nosem, więc zasadzam mu takiego kopniaka prosto w twarz, że pewnie łamię mu co najmniej trzy kości. Wyciągam z jego dłoni swoją różdżkę, a później przeszukuję mu płaszcz w poszukiwaniu tej należącej do mojej towarzyszki.
- To twoja?




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]01.06.18 1:08
Josie rzuciła mu szybkie spojrzenie. Nie znała go, nic o nim ani o jego kłopotach nie wiedziała. Pewnie jednak nie trafił tu bez powodu – w przeciwieństwie do niej. Ona po prostu miała pecha, choć jeszcze do czerwca tego roku nie uważała się za pechową osobę. Raczej miała w życiu sporo szczęścia, miała oboje rodziców, rodzeństwo i żyła we względnym dobrobycie. Niewielu podejrzewało, że tak naprawdę jej relacje w rodzinnym domu były niezdrowe i toksyczne, a jej relacje z matką dalekie były od ideału. Teraz, w tej trudnej sytuacji, myślała przede wszystkim o siostrze i niedawno odnalezionym bracie, dopiero w dalszej kolejności o ojcu i matce. Zwyczajnie się bała, że tamci mężczyźni mogą jej coś zrobić. Nie przejmowała się aż tak swoim niespodziewanym towarzyszem, bała się o siebie. Choć nie życzyła mu źle, wolałaby, żeby to on ucierpiał, nie ona. W końcu to były jego kłopoty i nie zamierzała przez niego cierpieć.
Pomogła mu jednak się uwolnić i za pomocą szkła przecięła więzy. Teraz przynajmniej mężczyzna mógł się już poruszać, choć jej oko uczącej się uzdrowicielki wychwyciło otarcia i siniaki.
- Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Nie wiem... co robić – westchnęła, czując się bezradna i zagubiona, a bez różdżki dodatkowo bezbronna, bo choć nie była zbyt dobra w walce, to jednak wolałaby mieć możliwość czarowania. Była prawdziwą czarownicą i niezbyt radziła sobie bez niej. Nie wiedziała, jak sobie poradzić w takiej problematycznej sytuacji, zamknięta bez różdżki w jakiejś obskurnej klitce z obcym mężczyzną o nieznanych dziwnych sprawkach, choć i ona próbowała się rozglądać za potencjalną drogą wyjścia. Niestety żadne z nich nie dałoby rady przecisnąć się przez wąskie okienko, a drzwi też nie otworzą bez różdżki. Była teraz trochę jak dama w opałach, tyle że raczej nikt nie przyjdzie jej uratować. Musiała liczyć na cud.
Nie wiadomo, ile minęło czasu, odkąd ich tu zamknęli. Mogło minąć nawet kilka godzin, a Josie, choć z początku naprawdę starała się panować nad nerwami, była coraz bardziej podenerwowana, bliska paniki i płaczu. Najpierw krążyła niespokojnie po pomieszczeniu, później usiadła pod ścianą, drżąc i w niepewności czekając, co dalej. Co oni z nimi zrobią? Co zrobią z nią? Aż strach pomyśleć, co tacy mężczyźni mogli zrobić z młodą, ładną dziewczyną z dobrego domu.
Ale po pewnym czasie, dość długim, usłyszała stłumione kroki, a potem skrzypnięcie drzwi. Drgnęła niespokojnie, odruchowo spoglądając w tamtą stronę i kuląc się w sobie pod ścianą, zupełnie jakby chciała zniknąć. Była niemal struchlała ze strachu, który ogarnął ją całą, kiedy mężczyzna podszedł do Bojczuka. Co, jeśli teraz zabije jego, a potem to samo zrobi z nią? Była tak przerażona, że nawet nie miała siły krzyczeć ani płakać. Głos uwiązł jej w gardle, a serce wściekle szamotało się w klatce piersiowej.
Patrzyła na tą scenę, gotując się na najgorsze... Kiedy nagle mężczyzna postanowił odpalić papierosa (ciekawe tylko, po co to robił w takim momencie?), rozległ się huk i coś łupnęło, odrzucając mężczyznę w tył. Z sufitu posypały się kamienie, a Josie osłoniła ramionami głowę i twarz; dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że musiała zadziałać jakaś anomalia przy użyciu różdżki. Pechowo dla ich oprawcy, szczęśliwie dla nich, bo może właśnie trafiła się niepowtarzalna okazja do ucieczki?
Trzęsąc się na całym ciele i kaszląc od kurzu, podniosła się, szarpnięta za rękę przez Bojczuka. Na drżących nogach podążyła za nim, decydując się mu zaufać. Bo jakie miała inne wyjście? Przeszli nad ciałem nieprzytomnego mężczyzny; widziała, że żyje, ale jej współczucie do niego było bardzo ograniczone, więc nie zamierzała mu pomagać. Może miała zostać uzdrowicielką, ale nie poczuwała się do ratowania ludzi, którzy uwięzili ją i chcieli skrzywdzić. Teraz pragnęła tylko jednego – uciec, zanim przyjdą pozostali i znowu ich zamkną.
- Tak... To moja – rozpoznała swoją własność i z ulgą ją przyjęła. Dawno nie cieszyła się aż tak z dotyku drewna swojej różdżki. Ścisnęła ją mocniej, podążając za mężczyzną. – Wiesz, jak stąd wyjść? Jak w ogóle opuścić to miejsce? – zapytała, bo nigdy tu nie była. Więc póki co musiała biec za nim, wierząc, że może chociaż on wiedział, co robi.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]11.06.18 16:05
Oddałem jej różdżkę i przeszukałem kieszenie leżącego, znajdując w nich niewielką sakiewkę - takie zboczenie zawodowe, że żadna opcja kradzieży się nie zmarnuje, chociaż może okoliczności nie były zbyt sprzyjające by zajmować się takimi rzeczami. Ale zaraz się wyprostowałem, na tyle na ile mogłem oczywiście, i rozejrzałem dookoła.
- Musimy stąd odpłynąć, droga do doków jest zablokowana, ale głównie ta lądowa. - kiwam głową. Niektóre łodzie były wciąż zdatne do pływania... Przynajmniej miałem taką nadzieję, że utrzymają naszą dwójkę - ja nie należałem do zbyt barczystych, a i moja towarzyszka była raczej z tych drobnych - Tędy. - kiwam głową, ruszając wzdłuż osmolonej ściany magazynu, do wybrzeża, upstrzonego kolejnymi drewnianymi kładkami. Rozglądam się na boki, ale wszechobecny mrok wcale nie działa na naszą korzyść. Jedynym źródłem światła w tej okolicy jest gwieździste niebo i tarcza księżyca - plamy białego światła znaczą drogę, jednak są ledwie wskazówkami. Staram się iść jak najszybciej, ale wciąż kuleję na jedną nogę i nie jestem w stanie dalej biec. W pogotowiu trzymam różdżkę, bo choć znacznie pewniej czułem się mimo wszystko w walce wręcz (raczej marny był ze mnie czarodziej), to warto było mieć ją przy sobie - mocno zaciskam palce na drewnianym trzonku, czując jak lekko drży, wciąż zapewne za sprawą wcześniejszych anomalii. Gnamy przed siebie i w momencie, w którym oglądam się za siebie widzę, że nie jesteśmy już tutaj sami - słychać krzyki i dwóch pozostałych mężczyzn rusza w naszym kierunku, wciąż są jednak daleko w tyle.
- Szybciejszybciejszybciej... - mówię, bardziej nawet pospieszając siebie niźli moją towarzyszkę, ale to nic nie zmienia, nawet jeśli staram się dać z siebie wszystko. Rozedrgana magia wisząca nad tą częścią portu sprawia, że żaden z nich nie sięga po różdżkę, zapewne bojąc się konsekwencji, ale i ja obawiam się jakichkolwiek zaklęć i obiecuję sobie, że nie użyję żadnego dopóki nie będzie to konieczne. Ufam, że uda nam się gdzieś skryć, zniknąć na moment w jakiejś dziurze, zmylić pościg i już rozglądam się za odpowiednim miejscem, ale wtedy... tracę grunt pod nogami - spróchniałe deski łamią się pode mną i wpadam w dziurę w akompaniamencie krótkiego krzyku. Różdżka wypada mi z dłoni, chcę jej dosięgnąć, ale brakuje mi dosłownie kilku centymetrów, sam zaś nie jestem w stanie wygramolić się z pułapki. Zerkam za ramię, widząc, że są coraz bliżej, po czym wbijam spojrzenie w dziewczynę.
- Błagam nie zostawiaj mnie tu... - proszę. W moich oczach odbija się strach, bo wiem, że to jej nie dotyczy, że może po prostu uciec i zostawić mnie w tej dziurze - wtedy już nikt nie będzie jej ścigał, bo nie o nią tu chodziło.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]11.06.18 17:52
Wzięła swoją różdżkę, zauważając, że Bojczuk okrada leżącego. Nie zwróciła mu uwagi, bo w tym momencie i tak bardziej obchodziło ją ratowanie swojej skóry i ucieczka stąd. Nie podobało jej się to wszystko, co się działo, o niczym tak nie marzyła jak o tym, by znaleźć się w swoim domu i we własnym, cudownie znajomym łóżku.
- Ja... nie umiem pływać. Naprawdę nie ma innego sposobu? – wyszeptała drżącym z przejęcia głosem, wystraszona myślą o płynięciu w jakiejkolwiek formie. Nigdy nie nauczyła się pływać, a i do łodzi miała pewien wstręt po czerwcowych wydarzeniach. Pozostawało jej mieć nadzieję że jej towarzysz umie przemieszczać się takimi środkami lokomocji, bo Jocelyn nie potrafiła. Nawet w lataniu na miotle była kiepska, bo minęły już lata od szkolnej nauki, przez którą przechodzili wszyscy pierwszoroczni. Umiejętność balowych tańców tak uparcie wpajanych przez matkę nie miała jej się jak przydać, ale Thea raczej nie zakładała, że jej córkom może przydać się w życiu coś bardziej praktycznego niż taniec.
Biegła za nim. Jeśli chodzi o stan fizyczny, nic jej nie dolegało, może tylko lekko bolała ją głowa po wcześniejszym uderzeniu, ale poza tym zachowała sprawność i mogła biec. Ale niestety, nawet będąc w pełni sił nie należała do najsilniejszych. Raczej nie byłaby w stanie uciekać długo, bo nie była aktywna fizycznie a co za tym idzie, nie miała dobrej kondycji. Nie potrzebowała jej podczas swojego stażu, więc miała nadzieję, że podoła.
Wydostali się na zewnątrz, gdzie było już ciemno. Naprawdę musiało minąć dobrych kilka godzin, odkąd tu trafiła, bo było jeszcze jasno, kiedy nieopacznie wskakiwała do kominka. Wzdrygnęła się, ale ponagliła swoje ciało do biegu, uważając, by się nie wywrócić, bo drogę oświetlał tylko nikły blask księżyca. Widziała też, że mężczyzna wyraźnie utykał, ale nie był to czas ani miejsce, by spróbować go podleczyć. Musieli uciekać.
Ona też usłyszała krzyki, ich zniknięcie musiało zostać już zauważone. Za szybko, ale wybuch anomalii, dzięki której uciekli, musiał przyciągnąć uwagę innych. Na ich szczęście tamci nie sięgali po różdżki, zapewne bojąc się kolejnych anomalii, ale ich sytuacja i tak nie prezentowała się najlepiej i Josie naprawdę się bała.
Nagle usłyszała głośny dźwięk i zobaczyła, że Bojczuk leci w dół przy wtórze trzasku pękających pod nim desek, a różdżka toczy się po deskach poza zasięg jego dłoni.
Zawahała się; uciekać, czy mu pomóc? Ich spojrzenia skrzyżowały się na moment, dostrzegła w jego oczach strach. Głosik w jej głowie krzyczał, żeby uciekała, ale wiedziała też, że nie zna tego miejsca i bez pomocy kogoś, kto je znał, nie ucieknie daleko. Kiedy więc podeszła do mężczyzny, ciągnąc go za rękę w górę, nie było w tym czystego altruizmu jaki powinien cechować uzdrowiciela, ale też egoistyczna świadomość tego, że go potrzebowała, nawet jeśli to przez niego spotkały ją tarapaty. Tak czy inaczej, niezależnie od swoich prawdziwych pobudek, pomogła mu i miała nadzieję, że odwdzięczy się za to, pomagając stąd uciec jej. W jego strachu było też coś znajomego, w czerwcu to ona zostawała w tyle i jej wtedy też ktoś pomógł uciec z walącego się domu. Może to też miało wpływ na jej decyzję, żeby go nie zostawić, bo pamiętała, jak to jest bać się opuszczenia i zostawienia na pastwę losu w sytuacji niebezpieczeństwa.
- Proszę, uciekajmy stąd – poprosiła, ciągnąc go i zachęcając do biegu, bo tamci byli coraz bliżej, a Jocelyn naprawdę nie chciała się z nimi spotkać.
Nie znała jednak drogi, więc musiała pozwolić, by to Bojczuk ją prowadził. Czy jego wdzięczność za niezostawienie go okaże się wystarczająca, by ją stąd wyprowadził?



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]12.06.18 15:32
- Spokojnie, jestem żeglarzem. - kiwam głową, w tej kwestii akurat nie kłamiąc. Radziłem sobie w wodzie i na jej powierzchni - na statku i w szalupie, więc uśmiechnąłem się pokrzepiająco, chociaż w połączeniu z brudem i zaschniętą krwią pokrywającą moje lico pewnie nie wyglądało to zbyt zachęcająco, a może nawet wręcz przeciwnie. Ale w gruncie rzeczy nie pozwoliłbym jej się utopić, wbrew pozorom posiadałem jeszcze jakieś resztki moralności i to pewnie nawet większe niż się mogło wydawać.
Zacisnąłem palce wokół jej ręki kiedy pomogła mi wyjść z dziury i podciągnąłem się w górę, tym samym opuszczając pułapkę.
- Dzięki... - rzuciłem tylko, bo nie było czasu na bardziej wylewne dyskusje, w zamian pochwyciłem różdżkę, tym razem chowając ją za pasem i ruszyłem dalej przed siebie, później w lewo i w prawo, znowu w prawo i znowu w lewo, wąskimi, drewnianymi uliczkami pomiędzy kolejnymi osmolonymi ścianami i zatęchłymi wrakami większych oraz mniejszych statków. Mogliśmy tak uciekać w nieskończoność, dopóki obydwoje kompletnie nie opadniemy z sił, więc musiałem podjąć wreszcie jakieś kroki - rozejrzałem się naokoło, wzrok zdążył już przyzwyczaić się do ciemności, więc dostrzegłem jedną z szalup, delikatnie bujającą się na granatowej, upstrzonej odbiciem gwiazd, wodzie.
- Mam pomysł. - mówię, zmieniając nieco kierunek, po czym zeskakuję z kładki prosto do szalupy i wyciągam ręce do mojej towarzyszki - Nie bój się, pomogę ci. Przyrzekam, że wszystko będzie dobrze. - kątem oka zerkam w bok, sprawdzając czy znaleźli już nas w plątaninie wraków i kładek, ale nie dostrzegam żadnego ruchu. Powracam spojrzeniem do dziewczyny i zachęcam ją ruchem dłoni, a później pomagam jej zejść do łodzi - jest trochę wody we wnętrzu, ale nie na tyle byśmy poszli na dno. Na pierwszy rzut oka szalupa wydaje się całkiem sprawna, pomimo napuchniętego od płynów drewna. Rozglądam się nerwowo za jakimś wiosłem, ale nic takiego nie rzuca mi się w oczy, więc chwytam jakąś połamaną deskę i to ją zanurzam w wodzie, wprawiając łódź w ruch. Odpycham nas od kolejnych wysokich słupów wyrastających z tafli, aż do momentu, w którym wspieram jedną dłoń na dziewczęcych plecach, tym samym chcąc żeby się schyliła, sam zresztą robię to samo. Przykładam palec wskazujący do ust, owym gestem prosząc o ciszę, po czym wpływamy pod wysokie molo - śmierdzi tu strasznie; stęchlizną, zgnilizną, glonami i sam nie wiem czym jeszcze, ale przynajmniej jesteśmy względnie niewidoczni, szczególnie, że przecież wokół panuje ciemność. Kapie na nas z brudnych desek, kilka kropel znaczy moje policzki kiedy zadzieram łeb do góry. Niewiele widzę, ale nasłuchuję i po dłuższej chwili dochodzą do nas dźwięki kroków, są coraz bliżej i bliżej, widzę drżenie desek, a w momencie w którym przebiegają ponad naszymi głowami, instynktownie łapię dziewczę w ramiona... Jednak nawet się nie zatrzymują - oddalają się od nas w akompaniamencie głośnych przekleństw. Rozluźniam nieco uścisk wokół kobiecego ciała i patrzę na swoją towarzyszkę, na nowo chwytając w dłonie deskę, uprzednio służącą mi za wiosło.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]12.06.18 22:09
Jocelyn nie była przygotowana do podobnych „przygód”. Jej życie było raczej statyczne, toczyło się ustalonymi schematami. Rzadko zbaczała z utartych ścieżek, zwłaszcza ostatnio, kiedy magia była niestabilna, a transport był znacząco utrudniony, przez co opuszczanie Londynu nie było tak proste jak wcześniej. To sprawiało, że od czasu czerwcowych wydarzeń większość czasu spędzała w domu, do pracy wróciła niedawno, a i inne miejsca odwiedzała rzadziej, choć czasem jej brakowało możliwości bardziej swobodnego przemieszczania się. Choćby z tego względu, że matka stawała się coraz bardziej nieznośna i trudna w obyciu, a przez te kilka tygodni zwolnienia była na nią skazana właściwie dzień w dzień, nie mogąc uratować się spędzeniem połowy dnia w pracy.
Nie była pewna, na ile może mu wierzyć, nie znała go i nie ufała mu, ale był teraz jej jedyną szansą, więc żywiła nadzieję, że nie kłamał i nie potopią się, gdy tylko spróbują opuścić ten okropny zakątek jakąś dziurawą skorupą. Pomogła mu, licząc na wzajemność, że nie pozostawi obojętnie tego odruchu przyzwoitości, który mu okazała, pomagając mu się wydostać. Gdy ruszył do przodu, znów pobiegła za nim, nieuchronnie zaczynając odczuwać zmęczenie, bo naprawdę nie była przystosowana do większego wysiłku, nigdy nie prowadząc zbyt aktywnego życia.
W końcu mężczyzna wypatrzył jakąś łódkę i zeskoczył do niej. Josie zawahała się, patrząc w dół; bała się, że mężczyzna upuści ją i wpadnie do wody, a nie miała ochoty na lodowatą kąpiel w tej brudnej i zapewne głębokiej cieczy. Nigdy nie ciągnęło jej zbytnio do wody, dlatego nie nauczyła się, jak należy pływać. Spojrzała na niego z lękiem, ale jakiś słyszany gdzieś w tle głos ostatecznie skłonił ją do tego, by zejść prosto w jego ręce. Zachwiała się, ale w końcu złapała równowagę, nieufnie patrząc na odrobinę wody zalegającej na dnie, będącej może pozostałością po jakichś opadach deszczu, lub czymś znacznie gorszym – oznaką jakiejś dziury?
- Utrzyma nas? – zapytała, nieufnie spoglądając na starą łódkę, czując, jak wilgoć dostaje się do jej butów, ziębiąc delikatne stopy. Może nie była szlachcianką, ale matka zawsze usilnie próbowała zrobić z niej damę, dlatego nie była zahartowana i przyzwyczajona do niewygód. Skrzywiła się, wciąż mając w pamięci podróż na przeklętą bezimienną wyspę, i wizję siebie tonącej w zimnej, brudnej wodzie. Patrzyła, jak Bojczuk znajduje jakąś deskę i próbuje wiosłować, odpychając łódkę od kładki i wprawiając ją w ruch. W odpowiednim momencie schyliła się, marszcząc nos, gdy owionął ją smród zgniłych glonów i nie wiadomo, czego jeszcze; wolała się nad tym nie zastanawiać. Liczyło się tylko jedno – wydostanie się stąd i powrót do domu.
Zrozumiała jego gest i zamarła w ciszy, nie chcąc zdradzić się nawet głośniejszym oddechem. Z góry coś na nią kapało, smród był nieznośny, ale musiała wytrzymać te niedogodności, mając nadzieję, że tamci, przed którymi uciekli, ich nie wypatrzą. Także usłyszała kroki i jej ciało spięło się, była pewna, że zaraz zostaną zauważeni... Ale kroki oddalają się, nikt nie dostrzegł dwójki uciekinierów płynących pod pomostem. Była tak wystraszona, że nie od razu zareagowała, kiedy mężczyzna złapał ją w ramiona i przycisnął do siebie. Tkwiła nieruchomo, a jej oddech był płytki i urywany. Dopiero, kiedy kroki ucichły, drgnęła i odsunęła się, nagle spłoszona tak niestosowną bliskością i poufałością z kimś całkowicie jej obcym.
Rzuciła mu spojrzenie, decydując się na odezwanie dopiero po chwili.
- Co dalej? Czy oni... już sobie poszli? – zapytała zduszonym szeptem. – Gdzie jesteśmy, i jak daleko jest do jakiegoś... cywilizowanego miejsca?
Była ciekawa, ile mieli tak płynąć, oby niedługo, bo zalegająca na dnie łódki wilgoć była coraz bardziej nieprzyjemna, podobnie jak zapachy. I świadomość, że tamci nadal mogli być zbyt blisko, więc wolała jak najszybciej zwiększyć dystans i uciec. Ale że sama tego miejsca nie znała, znów musiała całkowicie polegać na Bojczuku i liczyć, że znajdzie najlepszą i najkrótszą drogę. Niewiele widziała w ciemnościach, ale i tak miała całkowitą pewność, że są to miejsca dla niej obce, labirynt nieznanych alejek i pomostów, gdzie mogłaby błądzić godzinami.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]18.06.18 0:20
- Pewnie pobiegają jeszcze trochę po tej części portu zanim do nich dotrze, że Johnatan Bojczuk jest nieuchwytny. - kiwam głową, bo od razu się czuję jakoś lepiej, psychicznie głównie, w tym położeniu, w którym się aktualnie znajdujemy, a nie w jakiś ciemnej dziurze - Widzisz tę... - marszczę brwi, bo w pierwszej chwili nie wiem jak to właściwie nazwać - Tę barykadę? - wskazuję ręką dziwaczne skupisko - Podpłyniemy do niej z prawej, tam jest taka jakby kładka, przez którą dostaniemy się do doków. - kiwam głową, po czym zaciskam mocno palce na desce i zanurzam ją w wodzie, ponownie wprawiając łódkę w ruch. Patrzę przed siebie, kiedy ruszamy naszym statkiem w piękny rejs, po rozkołysanej tafli noszącej na sobie plamy białego światła. Czuję się wzruszony tym pięknym widokiem i w obliczu uprzednich przygód nachodzi mnie myśl, że życie jest piękne...
Docieramy do barykady i odrzucam deskę na dno łódki, w zamian wyciągając ręce, by pokierować ją dalej własnymi dłońmi. Zewsząd dochodzą różne dźwięki - żadne jednak nie brzmią nader niepokojącego - ot, większość z nich to po prostu szmer doków znajdujących się w pobliżu, więc kiedy udaje mi się wreszcie odszukać miejsce, o którym mówiłem, to uśmiecham się szeroko do mojej towarzyszki.
- To tutaj... Poczekaj, zaraz ci pomogę... - gramolę się z tej łódki, już ledwo co, bo czuję, że moje ciało robi się coraz bardziej zmęczone i obolałe, teraz, kiedy zagrożenie, powiedzmy, ustało, nie ma siły dalej walczyć. Wyciągam jednak rękę do dziewczyny, by i ona mogła wreszcie stanąć na nieco bardziej stabilnym gruncie, chociaż tym kładkom to nie wolno ufać. A kiedy obydwoje stoimy na równych nogach to wzdycham głęboko, opadając ciężko na jakąkolwiek podpórkę, cokolwiek, o co mógłbym się oprzeć przed dalszą drogą. To był bardzo ciężki wieczór i wiedziałem, że potrzebuję odpoczynku. Prawdziwe ukojenie dawały mi tylko dwa miejsca - otwarte wody, na które nie było póki co szans i dom mojej matki, który miał stać się moim schronieniem w najbliższych dniach.

/zt




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]18.06.18 13:09
To nie był świat Jocelyn. Jej życie toczyło się ustalonymi schematami, nie musiała przed nikim uciekać ani kryć się po jakichś dziurach. Była zwyczajną, nudną wręcz dziewczyną, która ginęła w tłumie. Nie angażowała się w sprawy, które jej nie dotyczyły, neutralna aż do bólu. Na świecie działo się coraz gorzej, ale Jocelyn Vane pozostawała biernym obserwatorem, mającym nadzieję, że nie zostanie wplątana w nic dziwnego i niebezpiecznego. W Hogwarcie wolała udawać, że nie widzi dyskryminacji i nierówności. Co ją to obchodziło, skoro miała czystą krew i to nie ją dyskryminowano? W Mungu wykonywała swoją pracę nie wnikając w inne kwestie, zachowywała neutralność. Nie czuła jednak powołania do tego, by zbawiać świat, by wychodzić naprzeciw potrzebującym. Była podobna do swojego ojca, które całe życie pozostawał bierny i asekurancki i nie lubił się angażować, nie licząc jego niemal psiego oddania pogardzającej nim żonie.
Ale wpadła dziś w tarapaty i teraz musiała z nich wybrnąć. Siedziała w przemakającej łódce z nieznanym jej mężczyzną, próbując uniknąć ludzi, którzy go szukali, a więc i jej przy okazji. Marzyła tylko o tym, żeby to się wreszcie skończyło. To nie powinno się nigdy wydarzyć.
- Tak... Widzę to. Dostańmy się tam – odezwała się, patrząc tam, gdzie pokazywał. Łódka powoli zbliżała się do czegoś w rodzaju barykady, a Josie co jakiś czas rozglądała się na boki, by upewnić się, że są tu sami.
Mężczyzna niezdarnie wygramolił się z łódki, a Josie wydostała się za nim, stając na kładce. Dobrze było stanąć na stabilnym gruncie, który nie kolebał się pod nią i nie groził zatonięciem w zimnej, brudnej wodzie, dlatego z ulgą porzuciła łódkę i za mężczyzną ruszyła kładką w stronę doków.
- I co teraz? – zapytała go.
Tego miejsca też nie znała. I nie podobała jej się myśl, że znowu musi mu zaufać i zdać się na niego, ale miała nadzieję, że najgorsze już za nimi, i stąd znajdzie jakiś sposób, by dostać się do domu. Myślała już tylko o jednym – o wypoczynku i zapomnieniu o tym, co się dziś wydarzyło. To było jak zły sen, zgotowany jej przez kapryśność magii.

| zt.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Zamknięta część portu [odnośnik]12.09.18 22:33
|05.08.1956r

Sześć miesięcy. Właśnie tyle czasu wystarczyło, żeby wszystko chochlik świsnął. Ataki, morderstwa, anomalie, zniknięcie Grindelwalda, zniszczenie Ministerstwa. Lista była dość pokaźna, a nic nie wskazywałoby na to, że miałoby się coś zmienić. Dlatego też wszyscy postawieni zostali w najwyższy stan gotowości. Zdecydowanie nikt nie mógł w ostatnim czasie narzekać na brak obowiązków. Sam Urien zaledwie kilka dni po powrocie z Norwegii wrócił do pracy. Sprawa Willema została na tą chwilę zamknięta. W sprawie swoich nóg zaś usłyszał, że dopóki będzie mógł chodzić i rzucać czary będzie im potrzebny jako auror, co przyjął z niemałą ulgą.
Zjawiając się rano w departamencie na odprawie został wysłany do oględzin na domniemanym miejscu zbrodni. Nie czekając dłużej za pomocą kominka przeniósł się do tawerny znajdującej się nieopodal zamkniętej części portu gdzie zmierzał. Zdecydowanie nie była to za przyjemna okolica, pełna szemranych opryszków, mogła spokojnie konkurować z Nokturnem. Szczególnie teraz. Wolnym krokiem, aby nie nadwerężać nazbyt swych nóg podszedł do koronera oraz dwójki funkcjonariuszy magicznej policji znajdujących się tuż nad wodą.
- Co mamy? - Zapytał patrząc badawczo na czarny worek, w którym musiało znajdować się ciało gotowe już do przetransportowania. Paskudna robota.
- Mężczyzna, koło trzydziestki. Topielec, a przynajmniej tak by się mogło wydawać. - Zwrócił się do niego starszy mężczyzna z teczką lekarską ręku, którego miał okazję spotkać już wiele razy, czy to na miejscach zbrodni, czy w prosektorium. - Dopiero w kostnicy postaram się dowiedzieć co go dokładnie zabiło, ale był na pewno torturowany zaklęciami - Ktoś go więc zabił i wrzucił do wody, aby zatuszować zbrodnię? A może była to część tortur? Wcale by go to nie zdziwiło. Zdawać by się mogło, że okrucieństwo ludzkie nie zna końca. - W tym i Cruciatusem. - Czyli to czego obawiał się najbardziej. Nie dość, że morderstwo, to w dodatku przy użyciu czarnej magii, a to oznaczało, że sprawę przejmowali całkowicie aurorzy.
- Znalazłeś coś przy nim? - Zapytał młody Weasley ruchem głowy wskazując na leżącego nieopodal ciała mężczyzny.
- Nic szczególnego. Nie było też przy nim różdżki. - To zdecydowanie nie był dobry znak. Bez jakichkolwiek dokumentów, czy różdżki trudno było określić tożsamość ofiary. Nie wspominając już o sprawcy.
- Dasz radę dowiedzieć się kto to? - Zapytał pocierając tył swojego karku zastanawiając się nad swoimi opcjami.
- Postaram się, ale identyfikacja będzie utrudniona. Musiał leżeć w tej wodzie z tydzień. Obawiam się, że o będzie jednak twoje zadanie. - Bo przecież nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Będą musieli przetrząsnąć teren i przesłuchać parę osób. Może to pomoże im w sprawie i odpowie na choć parę pytań.
- Ciężka sprawa. - Westchnął spoglądając bezsilnie na mężczyznę i podając mu rękę, którą ten po chwili potrząsnął. - Dzięki, możesz go już zabrać. - Będzie musiał jutro pojawić się w kostnicy i dowiedzieć się czy udało mu się znaleźć coś ciekawego. Rudowłosy miał na to szczerą nadzieję. Dużo bardziej ułatwiłoby to mu tą sprawę. Miał nadzieje, że nie skończy się ona tylko jak wiele tym podobnych, czyli nie znajdzie swojego zakończenia wcale.
Po pożegnaniu się z koronerem zwrócił się w stronę przysłuchujących się rozmowie funkcjonariuszy.
- Niech ktoś przeszuka dokładnie wodę, może coś znajdziemy. Świadkowie? - Na jego słowa jeden z mężczyzn kiwnął głową odchodząc w tylko sobie znanym kierunku, drugi zaś wskazał Urienowi na dość niepozornego mężczyznę stojącego na uboczu i stojącego obok jeszcze innego policjanta.
Mamy tylko faceta, który znalazł ciało, poza tym nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Typowo w tej okolicy. - Opowiedział mu, że przed jego przybyciem zdążyli przesłuchać kilkoro mieszkańców kamienicy znajdującej się nieopodal. Nic to jednak nie wniosło do sprawy. Jeśli chodziło o "znaleźcę" nie był zbyt skory do rozmowy. - W dużym skrócie nie mamy nic niż trupa. - Na słowa policjanta kiwnął głową nie mogąc się z nim nie zgodzić.
- To akurat nie nowość. - Z miesiąca na miesiąc pojawiało się coraz to więcej kartotek z niewyjaśnionymi sprawami morderstw. I choć Ministerstwo starało się działać w tej sprawie członków służb porządkowych było za mało, a pracy za dużo. Miał wrażenie jakby sprawy jak ta spychane były na dalszy plan. Z jednej strony, w sumie się nie dziwił. Były obecnie ważniejsze sprawy niż ta. Z drugiej strony jednak, w każdym możliwym aspekcie takie myślenie było niemoralne. Co mieli powiedzieć rodzinie tego biedaka. "Przykro Nam, ale mamy ważniejsze rzeczy do roboty."? Nie w takim świecie chciał żyć. Nie dla takiego służyć.
- Dobra, dzięki. - Wraz z tymi słowami skierował się w stronę mężczyzny, który znalazł ciało.
- Auror Urien Weasley, chciałbym chwilę z panem porozmawiać. - Przedstawił się pokazując swe dokumenty mężczyźnie. Może on rzuci światło na tą pogrążoną w mroku sprawę.
- Nie mamy o czym. Wszystko już powiedziałem. Znalazłem typa przypadkiem, gdy przechodziłem wzdłuż wody i tyle. - Odparł zgryźliwie zdecydowanie zniecierpliwiony, bądź zdenerwowany zaistniałą sytuacją.
- Dość dziwne miejsce sobie pan wybrał na spacerek. - I dość słaba historyjka. Jeśli facet myślał, że mu ją sprzeda dość mocno się mylił.
- Nie chcę mieć problemów.- Nikt nie chciał. Mężczyzna był tu z jakiegoś powodu. Na dodatek najwidoczniej niezbyt legalnego albo takiego, którym zdecydowanie nie chciał się chwalić.
- Obawiam się, że będzie pan je miał jeśli nie zacznie pan współpracować. Co tu pan robił? - Zapytał twardo nie mając najmniejszego zamiaru ustąpić. Chciał jak najszybciej zakończyć oględziny na miejscu, aby móc zając się konkretnym szukaniem poszlak, a nie tracić czas na przepychanki słowne z tym mężczyzną.
- Powiedziałem już. Szedłem, zauważyłem coś unoszącego się na wodzie. Myślałem, że to jakieś śmieci albo kłoda, ale gdy się przyjrzałem zorientowałem się, że to ciało. Zaraz później wezwałem pomoc. - A Urien jest drugim wcieleniem Godryka Gryffindora. Obawiał się, że mężczyzna swoimi słowami tylko i wyłącznie się pogrążał pogarszając jednocześnie swoją sytuację. Jeśli jego współpraca w dalszym ciągu będzie tak wyglądać to jego status świadka zmieni się na podejrzanego.
- Zapytam jeszcze raz i oby ostatni. Co pan tu robił? - Chcąc zakończyć tą farsę zapytał kładąc nacisk na każde wypowiedziane przez siebie słowo.
- Pracuje tu dobra? Przewożę różne rzeczy, mam tu łódkę. - Odpowiedział mężczyzna widocznie całkowicie wyprowadzony z równowagi wskazując w kierunku zacumowanej nieopodal łódki.
- Jakie rzeczy? Często tu pan jest? - W tym przypadku dużo bardziej obchodziła go odpowiedź na drugie zadane przez siebie pytanie. Może mężczyzna był tu w dzień morderstwa tylko kłamie. A może i nawet brał w nim udział?
- A skąd ja mam na brodę Merlina wiedzieć? Płacą, to nie pytam. Dwa razy w tygodniu.- Typowo, nie jednak tym miał się teraz zajmować, choć na pewno i to był dość ciekawy temat. Urien mógł jedynie wyobrażać sobie jakiego typu rzeczy ludzie tu przemycali.
- Widział pan coś podejrzanego tutaj w ciągu ostatnich dwóch tygodni? Ktoś się tu kręcił? - Zapytał mając nadzieję na usłyszenie twierdzącej odpowiedzi. Mógłby być to dobry punkt zaczepienia w sprawie, która aktualnie nie wglądała za dobrze.
- Tu zawsze dzieje się coś podejrzanego. To samo dotyczy osób. - Akurat w tym było dość sporo prawdy. Mało kto się tu zapuszczał, dlatego też było to idealne miejsce dla szemranych typków.
- Dobrze, dziękuję. Skontaktujemy się z panem jeszcze gdybyśmy czegoś potrzebowali. -Powiedział przenosząc swój ciężar ciała na drugą nogę nie mogąc już znieść tępego w niej bólu.
- Oby nie. - Nie mówiąc nic więcej mężczyzna odszedł nie oglądając się nawet za siebie. Urien nie mógł pozbyć się wrażenia, iż ten coś tu kręcił. Nie wiedział jednak czy dotyczyło to jego "pracy" tutaj, czy może sprawy morderstwa. Będzie musiał przesłuchać go jeszcze raz.

|zt
Gość
Anonymous
Gość

Strona 4 z 12 Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 10, 11, 12  Next

Zamknięta część portu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach