Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Bar "Ambasada"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Bar "Ambasada"   17.07.17 2:08

Bar "Ambasada"

Represje ze strony Ministerstwa Magii zmusiły mugolaków i czarodziejów półkrwi, by kryli się w ciemnych zaułkach, jeśli chcieli przeżyć kolejny dzień. Jeden z bardziej uzdolnionych, lecz kryjących się w cieniu jegomościów, niejaki Keofoniusz McGrog, zdecydował się stworzyć miejsce, które zapewni bezpieczeństwo prześladowanym. W ten sposób powstała "Ambasada". Niewielki, ukryty na tyłach starej kamienicy bar, chroniony wieloma zaklęciami i otoczony gęstą roślinnością, by trudno było do niego trafić.
Najważniejsze jest wejście do baru. Obok starych drzwi z mosiężną klamką wisi głowa złotowłosego cherubina, wiecznie ponura i wpatrująca się w jeden punkt przed sobą. Gdy ktoś podejdzie bliżej, głowa poruszy się i wyszczerzy przednie, ostre kły - goście będą musieli oddać jej kroplę swojej krwi, nadziewając palec na jeden z nich. Cherubin nigdy nie wpuści do środka przedstawiciela szlachty lub krwi czystej, wstęp mają tylko czarodzieje krwi "brudnej" - mugolskiej lub półkrwi z jej domieszką.
Jeśli wejdzie się już do środka, od razu ma się wrażenie, że panuje rozgardiasz, chociaż jest stosunkowo czysto. Żadna kanapa nie ma swojej siostry bliźniaczki, każde krzesło pochodzi z innej kolekcji, każdy stół stworzony jest z innego drewna i posiada inne wymiary, żadna szklanka nie znajdzie tu podobnej sobie. Za ladą stoi wysoki, barczysty barman, Theodoric, mugolak, którego wszyscy tutaj znają - wieczorami lubi snuć historie o pierwszej wojnie czarodziejów, w której brał udział, o świecie mugoli i nowinkach technologicznych, o pojedynku Dumbledore'a z Grindelwaldem, którego ponoć był świadkiem (oczywiście wszyscy wiedzą, że to kłamstwa, ale barman ma tak przyjemny, głęboki głos, że aż żal mu przerywać!). Aura miejsca jest przytulna, choć nieco ocieniona, ponieważ jedyne światło, jakiego tu można uświadczyć, jest rzucane przez zgromadzone na każdej pionowej płaszczyźnie świece.


Powrót do góry Go down
Joseph Wright
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Zawód : ścigający Zjednoczonych z Puddlemere
Wiek : jeszcze 27 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : 14
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere

PisanieTemat: Re: Bar "Ambasada"   04.12.17 9:04

[04.05.]

Joseph był urodzonym spóźnialskim. Nieważne czy chodziło o zajęcia w Hogwarcie, obiad w domu, randkę czy pracę w stadninie konnej. Nieważne czy pięć minut czy trzydzieści, ale zawsze i wszędzie wpadał spóźniony i to było u niego normą. Czasami śmiano się, że po prostu chciał zrobić "wielkie wejście" i po jakimś czasie sam to podchwycił. Nie spóźniał się, robił wejście - cały Joe. I to nie dlatego, że nie szanował czyjegoś czasu, ze swojej opieszałości czy złośliwości - zazwyczaj był w ciągłym biegu, jakby chciał zrobić milion rzeczy na raz i być jednocześnie w kilkunastu miejscach. Rodzina i przyjaciele już do tego przywykli i do umówionej godziny doliczali sobie zawsze kilkanaście minut jego spóźnienia. Może, ale tylko i wyłącznie może do tej jego tendencji przyczyniła się jego nienawiść do czekania... ale istniało jednak coś, co młodszy z Wrightów traktował tak priorytetowo, że nigdy nie spóźnił się na żadne spotkanie - quidditch. Na wszystkie zajęcia, treningi i oczywiście na zawody zawsze zjawiał się przed czasem i to często grubo przed czasem. Kiedy reszta drużyny dopiero zaczynała się schodzić - on był już zwarty i gotowy do działania.
Dziś jednak nie miał ani treningu, ani zawodów. W ten historyczny chyba dzień, Joseph Wright zjawił się w umówionym miejscu przed czasem - na spotkanie z przyjacielem. Wprawdzie nie odpisał mu na tą ostatnią ckliwą sowę (może to i lepiej, bo w liście jak nic wyśmiałby troskę kumpla aż przykro), że tak, potwierdza swoją obecność na spotkaniu, ale uznał, że nie musi. Skoro nie dał sygnału Billowi, że nie da rady się pojawić, to chyba jasne, że przybędzie. Przynajmniej dla samego Josepha było to jasne.
Po złożeniu krwistej ofiary uroczemu cherubinkowi (Joe tam lubił jego poważną twarzyczkę szczerzącą ostre ząbki, nawet zastanawiał się czy do domu sobie takiego aniołka nie sprawić, ale mugolom mógłby się nie spodobać ten pomysł) wkroczył do Ambasady jak do siebie i omiótł spojrzeniem salę jak zawsze w poszukiwaniu znajomej twarzy. Zazwyczaj od razu ją lokalizował mimo dymu i półmroku, ale nie dziś. Dziwne uczucie.
Cóż, i tak w pierwszej kolejności miał podejść do kontuaru.
- Jimmy! Sto lat cię tu nie było - niski głos barmana przetoczył się nad głowami klientów i na ułamek sekundy zapanowała cisza. Joe zaś z lekkim uśmiechem przedarł się do lady.
- Hej, Teddy - przywitał się pogodnie z Theodoriciem. Lubił barmana i jego bajania, nie przeszkadzało mu też ani trochę, że ten od zawsze nazywał go Jimem. Ponoć przypominał mu jednego z przyjaciół o tym imieniu, z którym walczył podczas pierwszej wojny czarodziejów. Za każdym razem, kiedy Joe pytał o tego Jima, słyszał zupełnie inną historię.
- Jest Billy? - zagadnął, zajmując jeden z wyższych stołków przy barze. Szczerze mówiąc, był pewny, że skoro nie zauważył go do tej pory, to przyjaciela jeszcze nie było w Ambasadzie. I miał rację, bo mężczyzna pokręcił głową.
- To co zawsze? - zapytał barman już sięgając po szklankę. Joe tylko przytaknął.
- Dużo się działo? - Wright wiedział jakie pytanie zadać, żeby wywołać lawinę opowieści na temat ostatnich kilku dni. Barman gadał i gadał nalewając Ognistą Whiskey i obsługując przy okazji też innych klientów. Tak, teraz Joe wiedział, że o wybuchu magii i anomaliach ma informacje z pierwszej ręki. Nawet jeśli Teddy lubił podkoloryzować pewne aspekty.




Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Powrót do góry Go down
Billy Moore
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f106-hartlake-road-18-2 https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Zawód : szukający Jastrzębi z Falmouth
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler


I have no hope in solitude


OPCM : 20
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bar "Ambasada"   16.12.17 21:29

Cztery dni.
Dokładnie tyle czasu minęło, odkąd po raz ostatni zza przykrywających niebo nad Londynem chmur przedostał się choćby jeden nieśmiały promień słońca i chociaż Billy nigdy by się do tego nie przyznał – tak, liczył. Wstając rano z łóżka, witając w drzwiach listonosza, przeglądając wyniki ostatnich meczy w Proroku i przewracając się z boku na bok w środku nocy, gdy cholerne, wodne krople odbijały się z hukiem od poluzowanych dachówek i metalowych rynien. Padało nieustannie, padało coraz mocniej i, co gorsza, końca pogodowych anomalii nie było widać, więc z każdym dniem osobista, fantomowa chmura gradowa unosząca się nad głową Moore’a rosła, zaczynając zagrażać każdemu, kto tylko stawał na jego drodze.
Nienawidził deszczu. Wręcz fanatycznie, gorąco, całym sercem; deszcz sprawiał, że świat przybierał jednakową, szarą barwę, zamieniał boisko do Quidditcha w rozmokniętą breję, przyklejał szaty do pleców, wyślizgiwał znicze spomiędzy palców i lodowatą strugą spływał mu za kołnierz, gdy ściskając dłoń Sally, wpatrywał się w opuszczaną do ziemi trumnę. Chociaż rzadko o tym opowiadał, zwyczajnie udając, że jego zły nastrój nie ma żadnego związku z czymś tak trywialnym, jak zjawiska atmosferyczne, to większość jego przyjaciół wiedziała, że gdy tylko przychodziła pora deszczów, zamieniał się w bulgoczącą mieszankę złośliwości i nerwów. Zwłaszcza, jeżeli owe deszcze zwiastowały coś znacznie groźniejszego, niż zalanie (po raz kolejny) domowej piwnicy.
Tamtego dnia również nie przypominał wcale radosnego skowronka, gdy ze ściągniętymi lekko brwiami zatrzymywał się przed drzwiami Ambasady, otrzepując z się z wody jak wyciągnięty z kąpieli pies. Wyciągnął rękę, pozwalając, by ostre ząbki cherubinka przebiły skórę jego palca wskazującego, prawie nie zwracając uwagi na niewielkie ukłucie bólu; w ciągu ostatnich tygodni przebywał tu tak często, że osobliwy sposób dostania się do środka przeszedł do normalności, stając się czymś tak samo zwyczajnym, naciśnięcie dzwonka. Efekt był właściwie ten sam, drzwi uchyliły się przed nim posłusznie, wpuszczając go do środka, gdzie niemal od razu otoczył go kojący, znajomy gwar głosów. Chyba przegapił gdzieś moment, w którym Ambasada stała się jego drugim domem – nawet jeśli bez stałego towarzystwa Joego był to dom raczej pusty.
Zbiegł po schodkach do głównej sali, kiwając po drodze w stronę kilku znajomych twarzy, ale rezygnując z próby osuszenia się za pomocą zaklęcia – odkąd magia zachowywała się, jak chciała, wolał unikać niepotrzebnego ryzyka, niespecjalnie mając ochotę na dodatkową parę uszu albo spontaniczną zamianę w mebel. Wewnątrz lokalu było zresztą sucho i ciepło, skierował się więc w stronę baru, planując zaczekać na przyjaciela przy szklaneczce czegoś rozgrzewającego i w akompaniamencie wesołej paplaniny barmana. Może – przy odrobinie szczęścia – udałoby mu się też skorzystać z chwili nieuwagi i wrzucić kilka dodatkowych monet do słoika na napiwki, który regularnie anonimowo napełniał, odkąd tylko dowiedział się, że Theodoric sporą część utargu przeznacza na cichą pomoc poszkodowanym prześladowaniami mugolakom. Oczywiście w rzeczywistości nie był wcale taki sprytny, jak mu się wydawało, a właściciel doskonale wiedział, dlaczego Billy podejrzanie często prosił go o doniesienie czegoś z zaplecza, ale obaj solidarnie milczeli na ten temat.
Jak się okazało, jego plany zostały niespodziewanie pokrzyżowane, gdy tuż przy długim kontuarze zobaczył rozczochraną czuprynę Wrighta. Obecność przyjaciela zaskoczyła go na tyle, że na całe trzy sekundy się zatrzymał, z niedowierzaniem zerkając najpierw na tkwiący na nadgarstku zegarek, a później znów na tył głowy ścigającego Zjednoczonych, jakby się spodziewał, że któreś z nich za moment pospieszy z wyjaśnieniem. Nic takiego się nie stało, ruszył więc dalej, zatrzymując się tuż obok mężczyzny. – Anomalie z-z-zepsuły ci zegarek? – rzucił, w międzyczasie kiwając przyjaźnie głową w stronę czarodzieja za barem, ale całą uwagę skupiając na Josephie, ignorując ckliwe wrażenie, że jeden ze sporych kawałków rozsypanej rzeczywistości właśnie znalazł się z powrotem na swoim miejscu.




deep in the forest under the fog
armies surround us, waiting for dark
wearing their iron masks like a shield
I know they’re coming, I know they're here


Powrót do góry Go down
Joseph Wright
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Zawód : ścigający Zjednoczonych z Puddlemere
Wiek : jeszcze 27 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : 14
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere

PisanieTemat: Re: Bar "Ambasada"   07.01.18 19:56

Theodoric jak zwykle się rozgadał zalewając Joe istnym potokiem informacji. Błyskawicznie wciągnął go w swe opowieści i zawsze spostrzegawczy ścigający Zjednoczonych dziś dał się podejść Billowi jak dziecko. Dałby sobie łeb uciąć, że jeszcze przed momentem zerkał na drzwi baru i kumpla nie było, a teraz wyrósł obok jak drzewo pod wpływem Floreat Crevi. Na znajomy głos Joe momentalnie porzucił opowieści barmana o anomaliach i podniósł się z miejsca, żeby zmierzyć Billa uważnym spojrzeniem i na szybko ocenić stan jego osoby. Przemoknięty do suchej nitki, niezbyt tryskający radością, ale bez wątpienia cały. Joe uśmiechnął się i bez ogródek zamknął go w niedźwiedzim uścisku tylko po to, żeby zaraz poklepać go przyjacielsko po plecach i w końcu puścić. Tak, dobrze go było widzieć całego i przemoczonego zdrowego.
Na jego słowa zaśmiał się serdecznie.
- A wiesz, że tak? - to powiedziawszy jednym ruchem ręki odsłonił lewy nadgarstek, na którym od dobrych siedmiu lat nosił ten sam zegarek. Zegarek na pierwszy rzut oka wyglądający zupełnie zwyczajnie i mugolsko... dopiero jak mu się bliżej przyjrzało, to można było dostrzec, że posiadał o wiele za dużo wskazówek (bo aż szesnaście!), a zamiast cyfr na tarczy widniały literki. Tym razem jednak szkiełko szpeciła głęboka rysa, a wskazówki (wszystkie jak jeden mąż) ustawione między literką Q a P (gdzieś na godzinie 1:05) drgały równocześnie, jakby chciały się przemieścić, ale nie mogły.
- Tyle lat mi służył, wróciłem do kraju, jedna anomalia i szlag go trafił - pokręcił głową z dezaprobatą, po czym strząsnął rękę, żeby rękaw ponownie zasłonił zepsuty magiczny czasomierz. Cóż, szkoda mu go było, ale na szczęście jakoś niesamowicie bardzo nie był do niego przywiązany. Poza tym... może to i lepiej, że się zepsuł, skoro Joe dziś pojawił się przed określoną porą? Może w końcu przestanie się spóźniać na spotkania? Tia, pobożne życzenia...
- Teddy, jeszcze raz to samo - Joe odwrócił się z powrotem do kontuaru, lekko klepiąc drewniany blat. - Przesiądziemy się w jakieś spokojniejsze miejsce, co? - zagadnął tym razem do Bill'a, choć było to raczej stwierdzenie niż pytanie. Przy barze wciąż się ktoś plątał - krwi czystej czy mugolskiej - nieważne - trochę za dużo wścibskich uszu. Poza tym chyba powinni na spokojnie pogadać.
Podziękował barmanowi za kolejną napełnioną whiskey szklaneczkę dla Billa i skinął na kumpla wskazując mu brodą jakieś dwa wolne miejsca, które uchowały się w kącie.




Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Powrót do góry Go down
Billy Moore
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f106-hartlake-road-18-2 https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Zawód : szukający Jastrzębi z Falmouth
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler


I have no hope in solitude


OPCM : 20
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bar "Ambasada"   09.02.18 23:10

Jedną z niewytłumaczalnych, czarodziejskich mocy Josepha Wrighta, najprawdopodobniej w żaden sposób niezwiązanych z jego talentem magicznym, była zdolność do poprawiania mu nastroju samą swoją obecnością. Nigdy mu rzecz jasna tego nie powiedział – jego przyjaciel miał wystarczająco wysokie mniemanie o sobie i bez jego niemęskich pochwał, poza tym jego emocje i tak zazwyczaj było widać jak na dłoni – ale jeszcze za czasów Hogwartu Billy czuł się odważniejszy tylko ze względu na to, że obok znajdował się Joe. Teraz również, zamknięty w potężnym uścisku ścigającego, czuł, jak wiszące mu nad głową chmury rozrzedzają się nieco; nie do końca, gdzieś w tyle umysłu nadal miał świadomość, że mało brakowało, a kilka dni temu straciłby siostrę, a pięści wciąż zaciskały mu się samoistnie ze złości na myśl o tym, czego próbowało dokonać Ministerstwo, ale rosło w nim też jakieś niepodważalne przekonanie, że skoro Wright wrócił do kraju – choćby nie wiadomo jak pogrążonego w chaosie – to znaczy, że wszystko zmierzało ku lepszemu.
A już na pewno można było to powiedzieć o dzisiejszym popołudniu.
Poklepał Josepha po plecach, odwzajemniając gest i przy okazji zostawiając niechlujne, mokre, deszczowe plamy na jego szacie. Zanim przeniósł spojrzenie na wspominany zegarek, zmierzył raz jeszcze spojrzeniem jego właściciela, jakby nie do końca wierzył, że rzeczywiście znajdował się przed nim we własnej osobie. Jego nagłe zapadnięcie się pod ziemię jakiś czas temu przyjął z lekkim ukłuciem żalu, ale bez zaskoczenia, przyzwyczajony, że okno czasowe między myślą, a działaniem, zawsze było w przypadku jego przyjaciela trudne do zauważenia – jeżeli w ogóle istniało. – Zawsze wiedziałeś, kiedy się p-po-po-pojawić – odpowiedział, przyglądając się przez moment porysowanej tarczy; gdyby chodziło o zwyczajny, mugolski mechanizm, pewnie zaoferowałby swoją pomoc w naprawie, ale nigdy nie udało mu się zrozumieć, co tak naprawdę pokazywał Joemu jego ulubiony zegarek. Czasami zastanawiał się, czy sam właściciel wiedział, gdzie leżała jego tajemnica.
Tak właściwie – kiedy wróciłeś? – zagaił, również kiwając ręką na barmana i gestem pokazując mu, żeby nalał mu to samo. Miał wiele do opowiedzenia, zapewne też wiele do wysłuchania, choć żałował odrobinę, że nie mógł wyłożyć przed przyjacielem tak naprawdę wszystkiego; nie przywykł do chowania przed nim sekretów, zwłaszcza tak istotnych, jak Zakon Feniksa, ale wiedział, że w tym wypadku nie mógł działać pochopnie, czy spontanicznie; byli też inni ludzie, którzy postanowili mu zaufać i musiał dotrzymać darowanego im słowa, nawet jeżeli groziło to ryzykiem nadwyrężenia braterskiej więzi między nim, a Wrightem. Tylko czasowo; nie miał żadnych wątpliwości, jeżeli chodziło o to, gdzie leżała Josephowa lojalność, ale nie chciał wrzucać mikstury buchorożca w sam środek jego życia bez zapowiedzi.
Nie odpowiedział na rzucone pytanie, zamiast tego bez problemu wyłapując niemą sugestię i podążając za ścigającym Zjednoczonych w stronę wolnych miejsc na uboczu, po drodze kiwając głową w stronę kilku znajomych twarzy, w większości stałych bywalców. – Jeżeli masz jakąś kreatywną wy-wy-wymówkę, wy-wy-wyjaśniającą, dlaczego twoja sowa nie mogła mnie znaleźć, to lepiej od niej z-za-zacznij – powiedział, rozsiadając się wygodnie przy stoliku, ale w jego głosie nie było złości – jedynie serdeczne i szczere zaciekawienie. Zbyt bardzo cieszył się z widoku przyjaciela, żeby znaleźć w sobie odpowiednio dużo negatywizmu na coś tak bezsensownego, jak robienie wyrzutów.




deep in the forest under the fog
armies surround us, waiting for dark
wearing their iron masks like a shield
I know they’re coming, I know they're here


Powrót do góry Go down
Joseph Wright
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Zawód : ścigający Zjednoczonych z Puddlemere
Wiek : jeszcze 27 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : 14
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere

PisanieTemat: Re: Bar "Ambasada"   10.02.18 19:10

Joseph Poprawiacz Nastroju Wright - tak, w tym się właśnie specjalizował... a przynajmniej starał się jak mógł, choć tym razem za przeciwnika miał nie tylko wściekłą ulewę, ale też te nieszczęsne, wszechobecne i niewyjaśnione anomalie. To nie będzie taka łatwa do wygrania walka... ale Joe absolutnie nie zamierzał się poddawać! Tym bardziej, że po sowie Bill'a, a teraz także po spotkaniu przyjaciela, momentalnie jemu samemu wrócił humor. Co tam pogoda i nieposłuszna magia, kiedy Hannah i Billy byli cali? Reszta to przecież tylko nic nieznaczące tło.
Plamami na ubraniu jak zwykle się nie przejął, ba, nawet ich chyba nie zauważył, za to mile połechtany komplementem uśmiechnął się zadowolony. Na przyjaciela zawsze mógł liczyć: doceniał jego wielkie wejścia, zniknięcia i powroty. I spokojnie, Billy nie wymiga się od mowy pożegnalnej na pogrzebie tego Wrighta. Już Joe się o to postara. Jak trzeba będzie, to się pojawi i jako duch zmusi przyjaciela do wystąpienia. W sumie... to faktycznie byłoby wielkie wejście w stylu Josepha.
- Oby nie tylko dzięki temu zegarkowi - odparł rozbawiony. No, jeśli będzie się zbierał do jego naprawy tyle, ile do kupna sowy, to może się okazać, że tej chwili nie dożyje, a wtedy koniec z jego pojawianiem się w odpowiednich momentach. Jak pech, to pech. A czy wiedział w ogóle co mu ten zmyślny mechanizm pokazywał...? Szczerze mówiąc, to dobre pytanie.
- Przedwczoraj - odpowiedział jeszcze, zgarniając przy okazji swoją szklaneczkę whiskey. - I wierz mi, mecz z Armatami to to nie był - skrzywił się lekko. Jak wiadomo Armaty z Chudley od dawien dawna nie są żadnym przeciwnikiem, więc rozgrywki z nimi to bułka z masłem... Zaś przedarcie się przez granice z powrotem do kraju kosztowało Josepha sporo nerwów i jeszcze więcej wysiłków. W sumie po tym i walkach z anomaliami... cudownie było tak po prostu przyjść na głębszego z przyjacielem. Cudownie i wręcz nierealnie, jakby mu się to tylko śniło. Na szczęście to nie był sen.
Joe przeszedł przez salę, po czym z głośnym szurnięciem krzesła zajął swoje miejsce i odstawił trunek na blat. Przy okazji zlustrował Billa powtórnie przenikliwym spojrzeniem swoich nienaturalnie jasnych ślepi, jakby chciał dzięki temu wyczytać z niego czy faktycznie nic mu nie jest. Chyba jednak został ukontentowany, bo na pytanie uśmiechnął się półgębkiem i odchylił na krześle zupełnie nieustraszony, że ten stary rupieć może się pod nim roztrzaskać.
- Po pierwsze: to twoja sowa nie mogła znaleźć mnie - zaczął wyraźnie zadowolony z faktu, że właśnie zmyślnie obraca kota ogonem. - A ja nie miałem głowy ani czasu do szukania sowiarni w każdym mieście, w którym akurat nocowałem, więc... - zawiesił głos wzruszając lekceważąco ramionami. Już Billy sam najlepiej wie, że Joe miał problemy z wybraniem się do sowiarni nawet siedząc w kraju, a co dopiero za jego granicami. W każdym razie jeśli przyjaciel oczekiwał od Joeya skruchy (nie, na to na pewno stracił nadzieję dobrych kilkanaście lat temu), to niestety, ale się przeliczył.
Przechylił się z powrotem w stronę stolika, a jego krzesło głośno stuknęło powracając pozostałymi dwiema nogami na podłogę.
- Lepiej powiedz jak ci minął początek maja - dodał tonem tak lekkim, jakby pytał o pogodę. W rzeczywistości jednak wcale tak lekko do tego wszystkiego nie podchodził. Pewnie nikt nie podchodził, a on już w szczególności. To, że Billy wciąż miał obie ręce, nogi i nawet głowę tam gdzie trzeba, faktycznie - trochę go uspokoiło, ale to przecież nie wszystko, prawda?




Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Powrót do góry Go down
Billy Moore
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f106-hartlake-road-18-2 https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Zawód : szukający Jastrzębi z Falmouth
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler


I have no hope in solitude


OPCM : 20
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bar "Ambasada"   18.02.18 23:56

Jego problem ze spotkaniami twarzą w twarz – zwłaszcza po trwającej długie miesiące rozłące – polegał na tym, że zawsze miał więcej do opowiedzenia, niż był w stanie z siebie wydusić, finalnie pozostając z nieprzyjemnym, gryzącym wrażeniem, że ominął najważniejsze kwestie. Nie chodziło o to, że był zamknięty albo celowo odgradzał innych od swojego życia; tego w zwyczaju nie miał nigdy, a już na pewno nie chował tajemnic przed najbliższymi sobie ludźmi, wśród których Joseph zajmował jedno z czołowych miejsc – ale odpowiednie wyrazy uparcie nie chciały odnaleźć drogi na jego usta, mimo że wewnątrz aż cały się kotłował, żeby podzielić się z przyjacielem wszystkim tym, co w ostatnich dniach skutecznie wytrącało go z równowagi. A takich rzeczy nie brakowało, nawet pomijając Zakon Feniksa, o którym mówić nie mógł (co samo w sobie powodowało dziwny, uporczywy bunt, ogniskujący gdzieś w okolicach mostka); koniec kwietnia i początek maja w żadnym wypadku nie dały mu powodów do narzekania na nudę, co może i w innych okolicznościach przyjąłby z ekscytacją, jednak tym razem czuł głównie nawarstwiający się niepokój. Chyba się starzał, skoro nie miał wcale ochoty wyrwać się na ślepo do przodu, krzycząc hej, przygodo!; a może po prostu brakowało mu ku temu odpowiedniego towarzystwa, dopiero dwa dni wcześniej przygnanego z powrotem do kraju?
Idąc śladem Josepha, rozsiadł się wygodnie przy stoliku, w myślach ciesząc się, że udało im się znaleźć to miejsce; co prawda uwielbiał zarówno Trzy Miotły, jak i Dziurawy Kocioł, ale dzisiaj bardziej niż zwykle nie miał ochoty uciekać przed nachalnym wzrokiem nieznanych mu czarodziejów, ani zastanawiać się, czy jego kroki nie zostaną przypadkiem uwiecznione na fotografii, która trafi później na łamy Czarownicy. W Ambasadzie czuł się tak swobodnie, jak tylko mógł, biorąc pod uwagę, że wciąż było to miejsce publiczne, co być może było częściowym powodem, dla którego aż tak bardzo obchodził go los lokalu i jego stałych bywalców.
Z m-m-moją sową – odpowiedział, udając głębokie oburzenie – jest wszystko w p-p-porządku – dokończył, po czym wziął do ręki szklankę, dając tym samym do zrozumienia, że nie miał zamiaru ciągnąć tematu. Czynienie sobie wzajemnych wyrzutów o coś tak błahego, jak kilkumiesięczne zapadnięcie się pod ziemię (zwłaszcza uzasadnione), było czymś, co już dawno znalazło się poza granicami ich przyjaźni, zresztą – obaj doskonale wiedzieli, że mogli na siebie liczyć, i gdyby zaszła taka konieczność, na pewno znaleźliby się u swojego boku z prędkością właściwą wschodzącym gwiazdom Quiddticha. Żywy dowód na to siedział właśnie przed Billym, przypatrując mu się tylko odrobinę zbyt badawczo.
Nie odpowiedział od razu, pozwalając pytaniu przyjaciela zawisnąć na moment między nimi, jakby zastanawiał się, co właściwie z nim zrobić. Teoretycznie nie było w nim nic niezwykłego – w rzeczywistości dotykało sedna tego, dlaczego właściwie zjawił się na spotkaniu w otoczeniu fantomowych, czarnych chmur. – M-m-musieliśmy z Jackie ewakuować całą piwnicę, bo zalało ją prawie po s-su-su-sufit – powiedział konwersacyjnie, tym samym lekkim tonem, którego użył Joe. Jednocześnie zważył trzymaną w dłoni szklankę, kołysząc nią miarowo na boki i przypatrując się ochlapującemu ścianki naczynia płynowi. – Stadion też trzeba będzie w-wy-wyremontować, bo anomalie zmasakrowały b-b-bramki – kontynuował, udając uparcie, że wcale celowo nie unika bezpośredniej odpowiedzi; a może po prostu szukał sposobu na ubranie jej w słowa. – Chociaż i tak mamy sz-sz-szczęście, biorąc pod uwagę to, co dzieje się u Os. – Historia wściekłych, zabijających przypadkowych przechodniów tłuczków, dotarła już do jego uszu. – A, no i pilnowałem, żeby m-mi-ministerstwo nie spróbowało zamordować mi si-si-siotry – dodał, i tym razem jego ton mimowolnie zabarwił się złością, przemieszaną z goryczą. – Znowu. – Przechylił szklankę, opróżniając połowę jej zawartości za jednym zamachem i głośno odstawiając ją na blat.




deep in the forest under the fog
armies surround us, waiting for dark
wearing their iron masks like a shield
I know they’re coming, I know they're here


Powrót do góry Go down
Joseph Wright
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Zawód : ścigający Zjednoczonych z Puddlemere
Wiek : jeszcze 27 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : 14
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere

PisanieTemat: Re: Bar "Ambasada"   28.05.18 13:56

Joe uśmiechnął się półgębkiem, kiedy Billy mu się "odgryzł". No, czyli nie mogło być aż tak źle, a przyjaciel nie był na niego aż tak zły jak początkowo wyglądał. Wszystko wskazywało na to, że ta jego początkowa ponurość wynikała głównie z dzisiejszej ulewy... a przynajmniej do takiego wniosku właśnie doszedł. I spokojnie, tematu sów nie zmierzał ciągnąć - już przewałkowali go chyba na lewą stronę, a, nie dajcie Bogowie Quidditcha, jeszcze kumpel wyciągnąłby przeciwko niemu nieszczęsny argument nie do przebicia, że kupuje to ptaszysko od kilku dobrych lat.
Zamiast tego sam też sięgnął po szklaneczkę pozwalając sobie na chwilę wytchnienia z przyjemnym, palącym w przełyku uczuciem, które pozostawiło po sobie whiskey. Tak, on też doceniał to ich miejsce. Jedno z nielicznych publicznych, gdzie mogli na spokojnie pogadać i się napić bez obaw, że nagle zaatakuje ich jakiś dziennikarz czy inny fotograf. Nawet nikt ich tu nie gonił po autografy... Nie, żeby Joe miał coś do swoich fanów, ale jedno takie miejsce, taka oaza spokoju, mimo wszystko chyba każdemu była potrzebna. Pub, w którym na chwilę mógł zapomnieć, że jest znanym zawodnikiem Quidditcha, ale... być po prostu Joey'em.
Pytanie Wrighta choć zadane w wyjątkowo lekkim tonie, zawisło nad ich głowami niczym ciężkie, deszczowe chmury nad Londynem, a im dłużej wisiały, tym mniej optymistycznych wieści Joe spodziewał się usłyszeć. I wcale się nie pomylił, bo z każdym słowem Billa sam poważniał i marszczył brwi coraz bardziej. Stadion. Sam jeszcze nie był na stadionie Zjednoczonych, najpierw chciał sprawdzić czy u rodzeństwa i przyjaciół było wszystko we względnym porządku, ale zaraz po tym z pewnością i tam będzie musiał zawitać. Oby ich stadion miał więcej szczęścia.
- Zaraz, co się dzieje u Os? - przerwał Moore'owi. O tym Theodoric nie zdążył mu wspomnieć, a przez ten cały chaos panujący w mieście Joe wyjątkowo nie był na czasie. Zresztą coraz bardziej zaczynał go ten stan rzeczy irytować. Pluł sobie w brodę za ten swój wyjazd, to był kompletnie poroniony pomysł.
Z pomstowania na siebie w myślach jednak szybko go przyjaciel wyrwał ostatnią wiadomością.
- CO? - zapytał trochę za bardzo podnosząc głos i wbijając w Billa spojrzenie, które lada moment mogło zacząć ciskać gromami. - Niech ich wszystkich avada...! - warknął. Jego lekki ton i pogodny wyraz twarzy zniknęły jak ręką odjął.
- Co znowu wymyśliło Ministerstwo? - ostatnie słowo niemal wypluł z obrzydzeniem. - Z Sally wszystko w porządku? - dodał już odrobinę łagodniej, choć dłoń zacisnął w pięść tak mocno, że aż mu knykcie zbielały. Dobrze, że nie trzymał w niej szklanki z whiskey, bo byłoby już po niej, a trochę szkoda alkoholu.




Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Powrót do góry Go down
 

Bar "Ambasada"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Ambasada Densorinów

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18