Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Chwilowo bezrobotny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   13.10.17 23:47

Biegł. Bieg najszybciej jak mógł, ile tylko miał sił w nogach. Biegł przez mokrą trawę, czując jak jej źdźbła siekają mu kolana, jak moczą spodnie, jak błoto spod niej bezwstydnie brudzi mu buty. Biegł nie mając czasu na złapanie tchu, na obejrzenie się za siebie, na krzyknięcie. W myślach powtarzał wciąż, by biec i nie potknąć się o wystający korzeń, lub kamień, czy cokolwiek innego. Biegł tak długo, aż nie dotarł do kamiennego murku otaczającego ich podwórze. Na jego środku stał spory, stary dom zbudowany z szarego kamienia, którego jedną ścianę pokrywał ciemnozielony bluszcz. Doskoczył do niskiego ogrodzenia i przeleciał przez nie, upadając na drugą stronę, na miękką, równie mokrą trawę. Krople deszczu zmoczyły mu czoło; włosy przykleiły się do niego i do uszu, do rumianych, okrągłych policzków. Przez moment patrzył w równie szare jak jego oczy gęste pasmo chmur i przytulił się do zimnego kamienia, łapczywie chwytając w płuca zimne, jesienne powietrze. Dyszał ciężko, ochryple wypuszczał przez gardło powietrze, po chwili podnosząc się do pozycji siedzącej. Nim zdążył się wychylić i spojrzeć za siebie, jego brat przeskoczył przez ogrodzenie i przylgnął do niego najsilniej jak potrafił. Obaj wiedzieli, że ojciec będzie wściekły. Nie powinni tam być. Nie wolno im było się zapuszczać do rezerwatu smoków bez niego, bez kogokolwiek. Tego popołudnia nie wrócili na obiad, zgubili się w lesie, szukając smoków, bawiąc się w wielkich łowców. Cudem nie spotkali żadnego z nich, lecz przegonił ich jeden ze strażników. Ten, który pozostawił otwarte wrota na pięć minut. Łudzili się, że wieści nie dotrą do ojca, lecz nim zdołali cokolwiek powiedzieć nad ich głowami przeleciała wielka sowa śnieżna, wpadając wprost na kuchenny parapet. Wstrzymali oddechy i zamarli, patrząc w tamtym kierunku.
— To był twój pomysł — wysapał wreszcie Graham, spoglądając na niego oskarżycielko, choć jeszcze pół godziny wcześniej byli gotów pójść za siebie w ogień. — Powiem mu to — zagroził i poderwał się z miejsca. Ale nie zdążył nigdzie odejść, Ramsey uczepił się jego nogawki i powalił go momentalnie na ziemię, choć był od niego niższy i wątlejszy. Nie znosił tej próby walk, ciągłego udowadniania przewagi w chwilach, gdy ktoś musiał okazać się winny. Wgramolił się na niego i zacisnął palce na brązowej, poszarpanej kamizelce.
— Powiem ojcu, że podglądałeś tą kobietę w łazience — zagroził mu w odwecie. Uchylił się, gdy ten zamachał rękami w pobliżu jego głowy. Splunął na niego, ale ślina zbrudziła zaledwie jego ramię.— To pewnie przez ciebie mama nie żyje.
Tak naprawdę nie chciał tego powiedzieć, a mówił to za każdym razem, gdy sie kłócili. Żaden z nich nie wiedział, dlaczego mama nie wróciła któregoś razu do domu. Ojciec nie wyjawił im prawdy, nie dowiedzieli się też od ludzi z miasta. Umarła, po prostu. Odeszła. Zostali sami. Wściekle zrzucał winę na Grahama, łapiąc się tego, jak ostatniej deski ratunku, bo przecież gdyby ktokolwiek miał być temu winien to oni obaj. Byli przecież braćmi. Bliźniakami.
Chciał dodać coś jeszcze, ale został przewrócony na plecy. Pierwszy cios padł znikąd, poczuł tylko jak usta zalewają mu się krwią, jej metaliczny smak znał bardzo dobrze, w końcu bili się często. Nie mogąc znieść takiej zniewagi, oddał mu, trafiając pięścią prosto w oko. Wiedział, że trafił, choć celował przez przymrużone oczy. Szarpali się jeszcze przez chwilę, póki drzwi wejściowe nie otwarły się ze skrzypnięciem, które ich obu zaalarmowało. Jak na dźwięk wystrzału podczas startu wyścigów, ruszyli biegiem na tył domu, licząc, że drugimi drzwiami dostaną się do środka i znajdą w swoim pokoju, przygotowując do popołudniowych, codziennych obowiązków. Jak gdyby nigdy nic. Graham okazał się szybszy, choć zwykle biegał znacznie wolniej. Przepchnął się w progu, pozostawiając Ramseya w tyle i doskoczył do schodów, po których na czworaka wdrapał się na samą górę. On nie miał tyle szczęścia. Wchodząc w zakręt poślizgnął się na mokrej podłodze, wywijając orła godnego orderu prawdziwego łamagi. Upadając na plecy, uderzając potylicą o ziemię nabawił się guza; przymroczyło go na chwilę. Ta zwłoka wystarczyła, by ujrzeć nad sobą ojca, gdy tylko rozchylił powieki.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber https://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 https://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 https://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 https://www.morsmordre.net/t4270-skrytka-bankowa-nr-324 https://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
Zawód : pośrednik nielegalnych transakcji
Wiek : 51
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
OPCM : 14
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 35
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   14.10.17 23:42

Lubiłem te krótkie chwile spokoju po obiedzie, w których mogłem usiąść z fajką nad zwojami pergaminu i spisać raporty dla lorda Rosiera. Praca w Kent dostarczała wielu emocji, wystarczająco, bym umiał docenić te jej aspekty, które były wręcz trywialnie zwykłe. Kiedy mieszkało się jednak z dwójką ośmiolatków i psem, a z całej trójki to ten ostatni ma najwięcej oleju w głowie, chwilami spokoju nie można było cieszyć się długo. Znajoma sowa wpadła do salonu, w którym siedziałem, dostarczając mi krótki list. Jego lakoniczna treść kryła w sobie całą dozę złości, jaką wzbudzili w Peetcie moi chłopcy. O wilkach mowa. Mogli myśleć, że nie słyszę ich krzyków, a ja mogłem udawać, że faktycznie tak jest. Nie zmieniało to jednak faktu, że zawsze doskonale wiedziałem, kiedy moi synowie są w domu. Są trzy rzeczy, których naprawdę nie da się przeoczyć - ryczący smok, piękna kobieta i hałas, jaki wytwarzają Ramsey i Graham wszędzie, gdzie tylko się pojawią. Wychowywałem ich sam odkąd moja żona postanowiła poszukać szczęścia poza małżeństwem. Znudzona moim towarzystwem, rozczarowana brakiem miłości, zawiedziona rolą matki, jaka przypadła jej w udziale. W ramionach kochanków coraz chętniej zadawała się z obcymi, będącymi wszak wrogami, niż własnym mężem. Naturalnie wszystkim ulżyło, gdy pewnego dnia po prostu zniknęła. Ciała nie odnaleziono, nie było listu pożegnalnego. Franceline Mulciber rozpłynęła się w powietrzu i nikt jej nigdy nie szukał. A już najmniej ja. Gdybym chciał, potrafiłbym ją bez problemu odnaleźć. A raczej te jej resztki, którymi nie nakarmiłem naszego psa ani smoków. Nigdy, nawet przez chwilę nie zastanawiałem się nad tym, że pozbawiłem synów matki. Sama od nich odeszła, nigdy nie kochała mnie, a w swoim zadufanym sercu nie potrafiła znaleźć także miejsca na dzieci. Było nam lepiej bez niej. Bez ciągłych kłótni i niemych pretensji. Cichych dni i wiecznego robienia sobie na złość. Bez szantażowania mnie dobrem i bezpieczeństwem synów. Nikim w życiu nie pogardzałem tak jak moją żoną, która dla czystej satysfakcji zrobienia mi na złość gotowa była nieodwracalnie skrzywdzić nasze dzieci. Czasem jednak, w chwilach takich jak ta, żałowałem, że jestem sam. Niekoniecznie chciałem mieć obok Franceline, ale ktoś, kto wyręczyłby mnie w wymierzaniu chłopcom dyscypliny, żebym mógł w spokoju pracować, byłby całkiem przydatny. Tymczasem zaszczyt ten ponownie przypadał mi. I ponownie to z moją złością musieli mierzyć się moi synowie, którzy po raz kolejny postanowili złamać jasny zakaz - nie zapuszczać się do rezerwatu.
Ramsey leżał obity na ziemi przed tylnymi drzwiami. Kroki Grahama dopiero cichły pospiesznie na górnych stopniach. Tak nawet było łatwiej, rozprawić się z nimi pojedynczo. Nic nie powiedziałem do syna, kiedy leżał zamroczony na progu. Czekałem patrząc na niego w milczeniu, unosząc brwi w niemym oczekiwaniu na wyjaśnienia.
- Chcesz mi o czymś powiedzieć? - Zachęciłem Ramseya do przyspieszenia swoich zwierzeń, gdy otworzył oczy. To nie była pierwsza ich wycieczka do rezerwatu, z pewnością jednak ostatnia, czego zamierzałem dopilnować osobiście. Pomijając karygodne łamanie ojcowskich zakazów, moich zakazów, sami narażali się na niebezpieczeństwo. I skoro rozumem nie potrafili tego pojąć, znajdę inny sposób na wbicie im rozsądku do głów.




Opadły kraty na jasne okno
cień na kamienie rzucając długi.
"Cieniu, ach cieniu, na co Ty, po co,
gdy nie należysz do ludzi?"

W nocy po ścianie wędrują upiory,
umysłu widma, co na świat wypłyną,
niematerialne i straszne zmory,
co tylko w słońcu giną.


Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Chwilowo bezrobotny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   15.10.17 9:02

Naiwnie wierzyli, że uda im się umknąć przed karcącym spojrzeniem i domowym wymiarem sprawiedliwości. Grahama już nie było, ale nawet gdyby mu w tej chwili towarzyszył, zrzuciłby na niego całą winę nim jeszcze ten zdołałby wydusić z siebie choćby słowo. A wystarczył tylko moment po otwarciu oczu, by doznać paraliżu całego ciała, który szybko przeistoczył się w nieprzyjemne mrowienie i nerwowe drgawki. Zadrżał, błyskawicznie podrywając się do góry, przystając przed ojcem na baczność, gotów — nie, nigdy nie był gotów do przyjęcia zasłużonej — nie, nigdy nie zasłużonej kary.
Nigdy nie rozpatrywał go w kategoriach dobrego i złego ojca — po prostu był, budząc niewysłowiony szacunek i lojalność. Wychowywał ich twardo i konsekwentnie odkąd z ich życia zniknęła matka i to w takich chwilach jak ta, żałował najbardziej, że jej nie ma. Był za mały, by widzieć w jej oczach fałsz choć odczuwał go na własnej skórze i nie dowierzał jej słowom, które wypowiadane odbierały mu całą pewność siebie. W ciszy i samotności ojciec potrafił przekazać im więcej wsparcia i uczucia niż ona, lecz gdy dochodziło do starć i awantur buntowała się przeciw niemu. Nie wiedział dlaczego, nie zastanawiał się też nad tym, kto miał rację. Chował się za długą spódnicą z nadzieją, że uchroni go przed gniewem ojca. Teraz jej nie było, a pomiędzy rodzicem, a dzieckiem nie istniała żadna bariera ochronna. Wiedział, że był już mężczyzną i powinien to znieść jak mężczyzna, lecz tak trudno było się przemóc i nie kulić pod przytwierdzającym do podłogi spojrzeniem. Wyrażało w sobie to wszystko, co doprowadzało go niemal do płaczu — niezadowolenie, rozczarowanie, dezaprobatę i niechęć, i to jeszcze nim zdołał się odezwać, a nawet gdy już tak się stało, a jego głos jeszcze nie wyrażał tego, co spojrzenie.
Wbił wzrok w podłogę i zacisnął mocno zęby, powstrzymując się przed rozpłakaniem, bo mężczyźni tego nie robią. Zacisnął powieki, uniemożliwiając łzom wypłynięcie na zewnątrz.
— To był jego pomysł — skłamał od razu, momentalnie, nie żałując tego ani przez sekundę, choć wiedział, że prawda lada moment i tak wyjdzie na jaw. Ale to zawsze był jego pomysł, by udać się do rezerwatu, by oglądać smoki, by stać się ich opiekunem. — To on mnie tam zaciągnął— podjął znów w przypływie nagłej, idiotycznej odwagi. — Tak naprawdę to odwodziłem go od tego, ale mnie nie słuchał, wiesz jaki jest.– Nie spojrzawszy mu w oczy ruszył się z miejsca, zbyt gwałtownie i nerwowo, by wyglądało to naturalnie i podszedł do wielkiego fotela, w którym często siadał ojciec. Odwrócił go w jego stronę i wgramolił sie pod stół, nie przestając mówić: — Jest moim bratem, nie mogłem go zostawić. Jeszcze coś by mu się stało. Musiałem go zatrzymać, ale uciekał przede mną. – Wyciągnął spod stołu kapcie i ułożył je idealnie równo przed fotelem. — Więc ruszyłem za nim do smoków, a tam była otwarta brama, więc wbiegłem za nim do środka. Musiałem go odnaleźć, martwiłem się o niego— kontynuował, tym razem szukając po pokoju czegoś innego. W końcu to znalazł. — Goniłem go aż do wzgórza, tam dorwałem i powiedziałem mu, że postępuje bardzo źle, że będziesz bardzo zły, ale wiesz, gumochłon ma więcej rozumu, nie słuchał mnie. Kretyn.— Chwycił gazetę i doskoczył szybko do fotela, by na podłokietniku ją ułożyć. Idealnie równo, aby tacie się dobrze czytało.—Zobaczył nas pan Peeta, ale nie był zły. Tylko się zmartwił i kazał nam wrócić do domu. — Pozostawił ojca za sobą, nie spojrzawszy na niego ani razu i pobiegł do kuchni, oczywiście cały czas mówiąc: — Po drodze spadliśmy z urwiska. Ale nie było wysokie, nie martw się. Nic mi się nie stało. Tylko rozdarłem sobie szatę. Ale dziurka jest malutka, prawie nie widać!— krzyknął z kuchni. Tam, szczęśliwie, stała na blacie szklanka ze świeżo zapażoną herbatą. Wyciągnął z lodówki butelkę mleka, którą wcisnął sobie pod pachę, by móc wolnymi rękami przesunąć krzesło, a po którym po chwili wspiął się na blat. W ten sposób zabarwił herbatę mlekiem i zdjął ją. — I zaciągnąłem tego skrzata za uszy do domu. Musisz wiedzieć, że był bardzo nieposłuchany dzisiaj — poskarżył się z całą przykrością, jaką zalewało jego serce, jednocześnie próbując nie wylać herbaty, którą w ślimaczym tempie niósł do salonu. Postawił ją w końcu na stoliku obok fotela i wrócił przed srogie oblicze ojca, z pochyloną głową. Wciąż na niego nie patrząc. — No i to tyle. Nie krzycz na niego. Jest po prostu głupi— dodał szeptem, w obawie, że podsłuchujący zapewnie Graham się obrazi.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber https://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 https://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 https://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 https://www.morsmordre.net/t4270-skrytka-bankowa-nr-324 https://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
Zawód : pośrednik nielegalnych transakcji
Wiek : 51
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
OPCM : 14
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 35
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   15.10.17 15:22

Nie spodziewałem się chyba niczego innego po moim nieodrodnym synu. Kłamstwa mające na celu uniknięcie kary były równie dla niego naturalne, co oddychanie. Ramsey nawet nie musiał się zastanawiać nad zrzuceniem całej odpowiedzialności na brata, zrobił to w mgnieniu oka, całkowicie przekonany, że postępuje słusznie. Otóż nie. Dostał swoją szansę na uniknięcie dotkliwszej kary, ale z niej nie skorzystał. Nie przerywałem jego monologowi, w którym to przerzucał na Grahama winę za kolejne etapy ich podróży do rezerwatu. Kiedy Ramsey szykował mój fotel licząc najwyraźniej na to, że usiądę w nim i zapomnę o całej sprawie, ja podszedłem do drzwi, za którymi krył się wieszak. Na wieszaku wśród peleryn i dwóch parasolek znajdował się zaś gruby, skórzany pas, który obaj moi synowie znali aż za dobrze i najwyraźniej pragnęli poznać jeszcze lepiej. Z nim w dłoni spojrzałem na kłamiącego jak z nut chłopca.
- Graham - nie podniosłem głosu za bardzo pewien, że drugi z bliźniaków dokładnie się wszystkiemu przysłuchuje. - Pozwól tutaj.
Po chwili w salonie byli już obaj bracia.
- To nie było tak! To był jego pomysł! To zawsze są jego pomysły! To on pierwszy wybiegł za bramę! - Chłopiec wykrzyczał wszystkie swoje oskarżania na jednym wdechu mierząc przy okazji swojego bliźniaka niechętnym spojrzeniem. Jak to się stało, zawsze wszystko robili razem, a na koniec z całą mocą gotowi byli puścić drugiego na pożarcie smokowi, byle samemu uchronić się od konsekwencji.
- Cisza - przerwałem kolejny wypływ żalu zanim na dobre zdążył rozbrzmieć. - Teraz opowiecie mi dokładnie, co się działo. Bez krzyków i bez przerywania sobie - usiadłem w przygotowanym przez Ramseya fotelu wskazując jednocześnie miejsce przed sobą, milcząco przywołując synów by przede mną stanęli. Skórzany pas spoczął sobie na kolanach w spokoju, gotów jednak do użycia jak wąż czający się do skoku. Na wszelki wypadek koło mnie leżała biała niczym kość słoniowa różdżka z cisu. Nie używałem magii w wychowywaniu synów. Nie bardziej niż było to konieczne. Zapoznawałem ich z nią, to oczywiste, opowiadałem, tłumaczyłem, nie unikałem czarowania w domu. Ale po kary związane w jakikolwiek sposób z magią sięgałem bardzo rzadko. Różdżka nie była czymś, czego mieli się bać. Nie zmieniało to jednak faktu, że gdyby okazali się wyjątkowo nieposłuszni, nie wahałbym się przed sięgnięciem po odpowiednie zaklęcie. Które na przykład przyciągnie ich na miejsce, jeśli okażą się na tyle nieroztropni, by próbować uciekać. Poza tym miałem zamiar dzisiaj zrobić wyjątek i przy pomocy czarów zmusić bliźniaków do odrobiny współpracy, która zupełnie im się ostatnio nie układała.
- Po ostatniej wycieczce do rezerwatu obiecałem, że spiorę wam tyłki tak mocno, że nie będziecie mogli na nich siedzieć do końca dnia. Cztery razy na was dwóch w zupełności powinny wystarczyć. Jak się chcecie podzielić?
Chwyciłem w dłoń pas i spojrzałem na synów wyczekująco. Doskonale pamiętałem, kiedy to mój ojciec siedział w fotelu i obdarzał mnie dokładnie tym samym świdrującym wzrokiem, który nigdy nie wróżył nic dobrego. W oczach bliźniaków dostrzegałem ten sam błysk strachu, który zapewne przemykał po mojej twarzy dwadzieścia lat temu. Jednak udało mi się wyrosnąć na ludzi, im też się uda, moja w tym głowa. Jeśli konieczne okaże się wymierzenie im sprawiedliwości przy pomocy pasa jeszcze i sto razy, to dokładnie tyle razy ją wymierzę. Ich dziadek, nie mogłem przestać odnosić takiego wrażenia, i tak miał rękę dużo cięższą od mojej. Ja jednakże miałem matkę, za której spódnicą chowałem się podobnie do Ramseya. Tylko że ona nigdy nie wykorzystała moich przewin do obrażenia męża. Jeśli zasłużyłem i próbowałem ukryć się za nią, ryzykowałem nie tylko podwójne lanie od ojca, ale jeszcze policzka od matki za to, że nie byłem dość dzielny. Mężczyzna musi umieć brać na siebie konsekwencje za własne czyny. To jest lekcja, którą wbito mi do głowy pasem. I to jest lekcja, którą starałem się włożyć do głów moim chłopcom wszelkimi możliwymi sposobami. Wszystko, co w życiu zrobią ma swoje konsekwencje. Niesłuchanie ojca uruchamiało jego rękę z pasem, który zwykle wisiał spokojnie za drzwiami. Milcząco przypominał, co ich czeka w razie nieposłuszeństwa. Ani Ramsey, ani Graham nie mogli udawać, że nie wiedzieli, co się stanie.
W progu salonu usiadł Vasyl przekrzywiając swój łeb i wpatrując się w nas swoimi mądrymi oczami. Wychowanie psa było o wiele łatwiejsze od wychowania dzieci. Może ich też powinienem przypiąć na łańcuch i trzymać tak długo, aż nie nauczą się chodzić tam, gdzie nie mogą. Ale to zostawię sobie na następny raz. Któryś. Bo pewnie jeszcze trochę podobnych rozmów czeka na nas w przyszłości.




Opadły kraty na jasne okno
cień na kamienie rzucając długi.
"Cieniu, ach cieniu, na co Ty, po co,
gdy nie należysz do ludzi?"

W nocy po ścianie wędrują upiory,
umysłu widma, co na świat wypłyną,
niematerialne i straszne zmory,
co tylko w słońcu giną.


Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Chwilowo bezrobotny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   16.10.17 10:30

Uczyniłby to samo — ta myśl o Grahamie przyświecała jego kłamstwom wypowiadanym z dziecinną łatwością w kierunku własnego ojca, choć nie miał wciąż na tyle odwagi, by zrobić to, patrząc mu prosto w oczy. To było naturalne: unikanie odpowiedzialności, nie branie konsekwencji za własne czyny i kombinowanie, które pozwoliłoby mu się wywinąć. Nigdy nie skutkowało względem ojca, a mimo to działało wobec innych i uparcie nie zamierzał się poddać, jakby wierzył, że któregoś dnia zdoła oszukać i jego — nie z nienawiści, nie ze złośliwości ani braku szacunku. Sądził, że któregoś dnia lepiej na tym wyjdzie. Uniknięcie takiej kary, jaka go czekała za to przewinienie będzie sukcesem, z którego wedle własnych przekonań będzie niezwykle dumny. Tym razem jednak wiedział, że się nie udało, a gdy wezwał brata na dół cały plan spalił na panewce. Kłamał lepiej niż Graham, ale był też od niego bardziej rozgadany. Potrafił mówić i żartować, kiedy jego brat tylko się przyglądał, płakać na zawołanie, jeśli tego wymagała sytuacja. Był towarzyski, otwarty, bardziej od brata odważny, a odkąd matki nie było również pewny siebie. To wszystko sprawiało, że z tej dwójki był też bardziej nieznośny.
Każdy obcy stawał się wrogiem, przeciwko któremu się mierzyli. Braterski sojusz obowiązywał wszędzie tam, gdzie świat stawał naprzeciw nich — pomagali sobie, szli ramię w ramię, kryli siebie wzajemnie. Więzy krwi, łącząca ich od urodzenia telepatia i szósty zmysł czyniły z nich duet doskonały; duet nierozerwalnie związany i lojalnie pojednany. Ale kiedy zostawali ze sobą sam na sam, lub ojciec miał wymierzyć sprawiedliwość wszystko przestawało mieć znaczenie. Jeden wskazywał na drugiego, byli gotowi wzajemnie wepchnąć się w paszczę starego lwa, obsmarować błotem i oskarżyć o najgorsze świństwa.
Kiedy jego druga, gorsza połowa się odezwała, zmierzył go tylko nienawistnym, pełnym pogardy spojrzeniem. Milczał, gdy ojciec zapytał o wyjaśnienia — swoich już udzielił i nie zamierzał się z nich wycofywać. Liczył — och, jakże naiwnie — że jego brat potwierdzi jego wersję wydarzeń. Może rozsądniej byłoby się umówić, raz jeden, raz drugi weźmie na siebie całą odpowiedzialność?
Stanęli przed obliczem stwórcy z pochylonymi głowami. Ramsey miał zaciśnięte zęby i mocno zmarszczone brwi, a Graham gryzł wargę i marszczył czoło. W końcu ten drugi uniósł głowę.
— Ramsey powiedział, że smok zaatakował opiekuna i powiedział, że musimy to zobaczyć— odezwał się w swych słowach wyrażając całą pewność odnośnie sytuacji. Był przerażony, ale wyrzucił z siebie wszystko potokiem słów prawie pozbawionych przerw: — Poszliśmy tam i brama była otwarta, mówiłem, że to zły pomysł, ale on się uparł, poszliśmy tam, ale pan Peeta nas zobaczył i zaczął krzyczeć, chciał nas gonić, ale się schowaliśmy, a potem się zgubiliśmy, sturlaliśmy się ze zbocza, w końcu doszliśmy do ogrodzenia i wróciliśmy wzdłuż niego do bramy, pan Peeta chciał nas zaprowadzić do domu, ale odwróciliśmy jego uwagę i...i... uciekliśmy.
Ot, cała historia. Ramsey powstrzymał się przed wywróceniem oczami; przecież chwilę wcześniej powiedział dokładnie to samo. Zerknął na skórzany pas, czując jak wzdłuż kręgosłupa przechodzą mu ciarki. Sam jego widok sprawiał, że chciało mu się kulić, choć nie tak bardzo, jak wtedy, gdy patrzył ojcu w oczy. Ból pasa mógł znieść, wiedział, że będzie bolało, i to jak cholera, będzie czuł go przez kilka dni, ale w końcu przestanie. Wzrok ojca był przeszywający i powodował długotrwałe uczucie wstydu. Nienawidził tego.
— Jeden do trzech dla niego!— odezwali się jednocześnie, usłyszawszy swój wymiar kary i podchwytliwą propozycję. Zgromili się spojrzeniem, a później w ruch poszły ręce. Jeden drugiego próbował uderzyć, ale przecież znali się na wylot, wiedzieli jak się obronić. Cały ten krótki zamęt przypominał nieudolną walkę w defensywie; jeden blokował drugiego, w efekcie tylko się obijali przedramionami i łokciami. Wyrażali w tym za to całą swoją nienawiść do siebie w warkotach, pomrukach i jękach bezsilności, kiedy nie udawało im się doprowadzić wymachu do pożądanego miejsca; nawet jeśli po wyjściu z domu i spotkaniu kogoś innego stawali się nierozerwalnymi połówkami jabłka. Kropka w kropkę – dwóch małych brunetów o bladych licach, identycznych rysach twarzy i całkiem odmiennych oczach — szarych jak matki i brązowych ojca.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber https://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 https://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 https://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 https://www.morsmordre.net/t4270-skrytka-bankowa-nr-324 https://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
Zawód : pośrednik nielegalnych transakcji
Wiek : 51
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
OPCM : 14
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 35
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   24.10.17 0:30

Oczywiście, że Graham zrobiłby dokładnie to samo. Zwykle nie miał większych chęci, by brać na siebie odpowiedzialność za to, co we dwójkę przeskrobali. Tylko że zwykle jakoś tak się składało, że wszystko było pomysłem Ramseya. Zwykle odwaga i pomysłowość syna były powodem do radości, nawet jeśli jeszcze długo nie zamierzałem mu tego powiedzieć. Czasem jednak, jak na przykład w tej dokładnie chwili, przynosiły tylko problemy. Bieganie po rezerwacie, w którym żyją smoki było niebezpieczne dla wyszkolonego czarodzieja, a co dopiero dla młokosów, którzy nie kupili jeszcze nawet swojej pierwszej różdżki. Argument o czającym się za bramą zagrożeniu zdawał się jednak nie przemawiać do chłopięcej wyobraźni. Przy następnej okazji może powinienem zapytać Corentina, jak udaje mu się trzymać Tristana z daleka od zawierania zbyt bliskich znajomości z albionami.
- Pozwólcie, bo chyba nie do końca rozumiem - obdarzyłem ich chłodnym spojrzeniem. - Usłyszeliście, że smok zaatakował opiekuna i stwierdziliście, że wasza pomoc będzie nieoceniona chociaż nawet nie macie różdżek?
Oczywiście, że tak nie było. Chcieli tylko popatrzeć. Salazarze, daj mi siłę do tej dwójki. Następnym razem może pozwolę po prostu pożreć jednego z nich. Drugi przynajmniej nigdy więcej nie wpadnie na pomysł podobnej eskapady. Biorąc głęboki wdech sięgnąłem po skórzany pas szykując się do wykonania ojcowskiego obowiązku. O pożeraniu przez smoki pomarzyć można było tylko przez chwilę, potem trzeba było wrócić do szarej rzeczywistości, w której dwóch braci właśnie obciążało się nawzajem swoją karą. Nie zdecydowałem się jeszcze, przez te całe osiem lat, czy pochlebia mi, że nie traktują mnie jako obcego, przed którym należy się jednoczyć, czy właśnie wręcz przeciwnie. Zdecydowanie bardziej cieszyłoby mnie, gdyby po prostu słuchali tego, co do nich mówię. Ale nie można mieć wszystkiego podobno. Przynajmniej miałem wytresowanego psa. Gdybym nie miał, jego z czystym sumieniem oddałbym Lewiatanowi na obiad. Ułamek sekundy zajęło mi zerknięcie na raporty dotyczące samopoczucia smoka, którego jednak nigdy nie nakarmiłem psem, a następnie jednym, płynnym i wyćwiczonym gestem przerzuciłem stojącego bliżej Ramseya przez kolano i po pokoju rozszedł się dźwięk plaśnięcia, gdy pas spotkał się z jego pośladkami. Zanim jeszcze niegłośne echo skończyło się rozchodzić pas ponownie przeszył powietrze i wylądował na na pupie chłopca znacząc ją czerwonym śladem. Ostatni, trzeci raz był ostatni, choć zapewne wcale nie mniej bolesny. Ulga na twarzy Grahama kazała przypuszczać, że drugi z bliźniaków sądził, że mu się upiekło. Nic bardziej mylnego. Gdy tylko Ramsey opuścił moje kolano, jego miejsce zajął brat, który również spotkał się z trzema klapsami pomimo głośnych protestów.
- Każdy będzie chciał się wykpić od konsekwencji, jeśli dać mu szansę - spojrzałem na Ramseya. Grahama zwykle odstraszała wizja manta. Drugi z bliźniaków potrzebował czegoś więcej. - Jeżeli jeden może kogoś pogrążyć, czemu drugi miałby nie spróbować?
Zanim pozwoliłem im się rozejść, skierowałem w ich stronę różdżkę. Niewerbalna inkantacja złączyła nierozerwalnie lewą rękę Ramseya i prawą Grahama, od nadgarstka aż po bark.
- Graham, umyj Vasyla, Ramsey, posprzątaj kuchnię. Obiad będzie za godzinę, lepiej żeby wszystko było gotowe - polecenia wydałem już stojąc na nogach, obdarzając synów ostatnim groźnym spojrzeniem zanim odwiesiłem pas i wróciłem do raportów znad których spoglądałem na nich co jakiś czas. Nauczą się współpracy w ten czy inny sposób. Jeśli nie znajdą kompromisu nigdy nie zdążą przed obiadem. Gosposia, która odwiedzała nas codziennie, by przynieść przygotowany wcześniej obiad i raz w tygodniu zrobić pranie była niezwykle punktualna. Nigdy przed czasem, nigdy minuty po, zawsze pojawiała się równo o czternastej. Moi synowie mieli już zatem pięćdziesiąt dziewięć minut, by wywiązać się z obowiązków. A ja miałem dokładnie tyle samo czasu na własne, które dzielić musiałem z dyskretnym obserwowaniem bliźniaków. Gdyby próbowali się pobić pomimo wszystko, interwencja okazałaby się konieczna. Korzystając z chwili, jaką zajmie im ponowne pokłócenie się wróciłem do raportów korzystając z ułożonych przez Ramseya kapci i fotela, z którego miałem najlepszy widok na dzieci. Najchętniej zapaliłbym fajkę, niestety priorytety musiałem ustalić w inny sposób. Rosier osobiście wepchnie mnie Lewiatanowi do paszczy, jeśli mu tego dzisiaj nie doniosę.




Opadły kraty na jasne okno
cień na kamienie rzucając długi.
"Cieniu, ach cieniu, na co Ty, po co,
gdy nie należysz do ludzi?"

W nocy po ścianie wędrują upiory,
umysłu widma, co na świat wypłyną,
niematerialne i straszne zmory,
co tylko w słońcu giną.


Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Chwilowo bezrobotny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   30.10.17 12:43

Niebezpiecznie, bezpiecznie — co za różnica. Otaczający ich świat miał w sobie tyle do zaoferowania, że musieli nauczyć się w nim żyć. Liczył się z tym, że jakieś straty przyjdzie im ponieść. Może się oparzą, a może obiją kolana, no bo co straszniejszego mogło ich spotkać w rezerwacie smoków, byli w końcu wielkimi czarodziejami. Graham był zawsze oporny; sprawdzenie, zbadanie, podjęcie inicjatywy nigdy nie leżało w jego naturze. Tego nie, tamtego też nie, mawiał. Lubił używać siły na innych, rozwiązywał problemy łatwo i skutecznie, nie oszczędzał też swojego brata, który z posiniaczonymi ramionami i rękami, a czasem i twarzą przypominał dziecko wojny. Ale było coś, co ich łączyło. Miewali te same sny. Pojawiali się w nich czasem bliscy, czasem obcy, bywała w nich zarówno śmierć, jak i nowe życie. Ramsey miewał je coraz rzadziej, a wraz z upływem czasu coraz częściej tracił kontakt z rzeczywistością.
— Nie usłyszeliśmy — burknął Graham, Ramsey z naburmuszoną miną zgrzytał zębami, ale nie powiedział zupełnie nic. Wpatrywał się w podłogę, a potem w czubki swoich ubłoconych butów. — Powiedział, że to widział— zadrwił, patrząc na niego i kiwnął głową oskarżycielsko. Póki mieli zbieżne sny, traktowali to jako proroczą, bliźniaczą więź, obaj mieli dowody na to, że coś było na rzeczy. Ale wszystko powoli zaczęło się zmieniać. Ich relacja również. Graham oskarżał go o kłamstwo, zarzucał, że jest mięczakiem i udaje, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ramsey nie pamiętał, kiedy przestał się z tego tłumaczyć. Dziś chciał mu udowodnić, że się myli.
Graham chciał powiedzieć coś jeszcze, ale brat uderzył w przedramię i posłał wrogie, ostrzegawcze spojrzenie. Ojciec nie mógł się dowiedzieć. Przeczuwał, że spojrzy na niego tak samo krytycznym wzrokiem, uzna za słabeusza i krętacza, który chce się w ten sposób wywinąć od odpowiedzialności. Oczywiście, chciał, ale nie w ten sposób. Trudno mu było zrozumieć co się dzieje, skąd się bierze. Nie powinni tego wywlekać na wierzch. Nie teraz.
W pierwszej chwili zaparł się nogami, odruchowo broniąc przed wymiarem sprawiedliwości, ale nie miał siły, by całkowicie przeciwstawić się ojcu. Jednym szarpnięciem sprawił, że wylądował na brzuchu na jego nodze, czekając aż bat na smoki(bo tak to sobie wyobrażał, nie dostawali przecież zwykłym paskiem do spodni, a potworną, niebezpieczną bronią na najgroźniejsze bestie) poparzy mu dupsko. Liczył otrzymane razy sumiennie, dodając je w swoim rachunku do tych, po których ślady już się zagoiły, jakby pewnego dnia miał wszystkie ojcu oddać, co do jednego. Zacisnął oczy, choć wezbrały się w nich łzy; bolało okropnie, płomień zajął w mig całe jego ciało, zaraz za nim potoczyła się fala chłodnego powietrza, przyprawiająca go o gęsią skórkę. Nie zakwilił nawet, wiedząc, że prędzej odgryzie sobie język. A gdy było już po wszystkim, uniósł wzrok i spojrzał ojcu prosto w oczy, z nienawiścią, ale i rosnącą pokorą dorastającego chłopca. W tej chwili życzył mu najgorszego, nieważne, że jutro, a może pojutrze przy kolacji będzie siedział na podłodze z zapartym tchem słuchając jego historii, w których podziwiał go ponad wszystkich.
Szybko okazało się, że pasy nie były najgorsze. Najgorsze było nierozerwalne połączeniem z bratem którego w tej chwili nienawidził chyba bardziej od ojca. Gdy tylko się skleili, zaczął się szarpać, jak schwytane we wnyki dzikie zwierzę. Ale to nie pomogło, tylko ojciec mógł ich odczarować. Jeden pociągnął w jedną, drugi w drugą stronę. Ale to nie miało sensu.
— Wykąpmy psa — zaproponował Graham. Ramsey spojrzał na niego niechętnie i podejrzliwie; nie chciał na to przystać, wiedział, że jeśli braknie im czasu i nie zdążą posprzątać kuchni to jemu się za to oberwie, a nie Grahamowi.
— Nie — zaprotestował.
— Nie bądź głupi — syknął, ciągnąc go do przedpokoju, z dala od ojca. Minuty mijały, a oni nawet nie zabrali się do pracy.
— Jeśli nie zdążę posprzątać kuchni, będziesz za mnie sprzątał pokój do końca tygodnia— zażądał spokojnie, choć zmarszczył gniewnie brwi, pomiędzy którymi pojawiło się płytkie wgłębienie.
Nim doszli do jakiegokolwiek porozumienia minęło trochę czasu, a zabrali się do tego, jak kogut do znoszenia jaj. Mieli wykąpać psa, a schwytanie go graniczyło z cudem; Vasyla poraziło jakieś dziwne zaklęcie elektryzujące (pewnie za sprawką taty), bo porzucił wersję z psią depresją i zaczął skakać energicznie. Pewnie sądził, że to zabawa i uciekał przed nimi, śliniąc się jak bydle. Dopiero, gdy się zmęczył się, dziad, po jakimś piątym okrążeniu chwycili go za obrożę i zaciągnęli do łazienki. Umyli go z powodzeniem, sami też przy okazji się umyli. Łazienka była cała mokra, ale o jej sprzątaniu ojciec nic nie wspominał, więc zostawili to jak jest. Cali przemoczeni, jak mały potwór poruszający się z pewną dozą upośledzenia motorycznego dotarli do kuchni, gdzie udało im się część rzeczy posprzątać (i częściowo zejść ojcu z oczu). To, co pozostało, ukryli bardzo skrupulatnie. Okruchy z chleba nogą wsunęli pod szafki, paprochy z blatu zdmuchnęli w kąt, gdy w domu rozniósł się odgłos pukania do drzwi, a oni stanęli jak sparaliżowani, bo nie zdążyli nakryć do stołu.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber https://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 https://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 https://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 https://www.morsmordre.net/t4270-skrytka-bankowa-nr-324 https://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
Zawód : pośrednik nielegalnych transakcji
Wiek : 51
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
OPCM : 14
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 35
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   28.10.18 2:26

Przyjrzałem się obrażonym na siebie synom uważnie.
- Widziałeś, Ramsey? - Spojrzałem w jego szare oczy szukając śladu kłamstwa, choć nie spodziewałem się w nich nic znaleźć. - Następnym razem, powiedz o tym mnie. Jedyną straszniejszą rzeczą od zobaczenia śmierci w wizji jest stanięcie z nią oko w oko.
Moje trzecie oko nigdy się nie otworzyło, ale pamiętałem opowieści matki o jej siostrach, jej bliskich. Kiedyś ostrzegła mnie, że dar, który płynął w jej krwi, który ominął i ją, i mnie, może pojawić się u moich dzieci. Nie myślałem o tym nigdy do czasu aż Graham i Ramsey opowiadali mi o rzeczach, które się jeszcze nie zdarzyły, a których przebieg znali w najdrobniejszych szczegółach. Nie miało to jednak większego znaczenia, jeśli chodziło o wycieczki do rezerwatu, w którym regularnie ginęli dorośli, czasem nawet wykwalifikowani czarodzieje. To nie było miejsce na zabawę dla dwóch niepełnoletnich czarodziejów. Szkoda, że obecnie w domu byłem jedyną osobą, która tak uważała. Rzucając ostatnie spojrzenie bliźniakom zagłębiłem się w raport spuszczając synów z oczu. Było to oczywiście zachowanie niezwykle nieodpowiedzialne, zakrawało wręcz o głupotę, ale czy mi się to podobało, czy nie, nie mogłem jednocześnie spisywać dla Rosiera sprawozdania z ostatnich dni w pracy i uważnie przyglądać się Grahamowi i Ramseyowi. Spoglądałem na nich od czasu do czasu, ale przez te kilka lat bycia ojcem nauczyłem się, że wystarczy nawet ułamek sekundy, żeby spokojne południe zamieniło się w szalejącą po całym domu pożogę. Podejrzewałem, że pierwszą rzeczą, jaką będą musieli zrobić po obiedzie będzie umycie łazienki. Doświadczenie nauczyło mnie bowiem, że mycie psa zawsze wymagało dokładnego pościerania rozlanej po całej posadzce wody. I również doświadczenie pokazało, ze ani Graham, ani Ramsey nie kiwną w tym kierunku palcem dopóki wyraźnie im się tego nie powie. Na szczęście dobrze się składało, musiałem przygotować długą listę rzeczy do zrobienia, którymi moi synowie będą mogli się zająć, gdy będę w pracy. To utrzyma ich z dala od rezerwatu.
Od spisywania raportu oderwało mnie pukanie do drzwi. Postawiłem ostatnią kropkę zadowolony, że wreszcie udało mi się uporać z obowiązkami zawodowymi i wróciłem myślami do domu, w którym panował względny porządek. Wyjąłem różdżkę i idąc w kierunku wejścia, by otworzyć pani Brown, zdjąłem zaklęcie z Ramseya i Grahama, którzy stali w kuchni jak spetryfikowani.
- Dzień dobry, Katyo - uśmiechnąłem się przyjaźnie do stojącej na progu kobiety, której sylwetka dosłownie przysłoniła mi cały świat. - Wejdź proszę, napijesz się czegoś?
Katya Brown spojrzała na mnie nieprzyjemnie, gdyby miała w dłoni chochlę poważnie obawiałbym się czy nie postanowi mnie nią uderzyć. Ale po chwili jej rumiane policzki uniosły się w uśmiechu, gdy jej wzrok padł na dwóch przemoczonych chłopców. Była to zaiste zaskakująca prawidłowość, im niższy Mulciber, tym łatwiej mu było o życzliwy uśmiech Katyi. Szło to jednak w parze z dużo większym ryzykiem uderzenia chochlą w głowę. Mnie nie spotkało jeszcze ani jedno, ani drugie. Czego o moich synach powiedzieć nie sposób. Zwłaszcza, gdy byli młodsi i Katya życzliwie zgadzała się nimi zaopiekować. Wracali zwykle umorusani mąką i z guzami na głowach.
- Nie trzeba, Ignotusie, przyniosłam tylko obiad, muszę się spieszyć do domu - podniosła wymownie koszyk dając mi jasno do zrozumienia, że mam o od niej wziąć i przestać zawracać jej głowę.
- Dziękuję, zawsze jesteś u nas mile widziana, gdyby mnie nie było Ramsey i Graham też z pewnością uraczą cię herbatą - zdążyłem powiedzieć jeszcze zanim Katya tuż po przekazaniu mi koszyka deportowała się z trzaskiem. Zamknąłem ponownie drzwi i skierowałem się do kuchni, gdzie wyraźnie mogłem już zobaczyć powód, dla którego zarówno Ramsey jak i Graham wyglądali jakby ktoś potraktował ich petrificusem.
- Rozumiem, że nabyliśmy ostatnio nową, niewidzialną zastawę stołową - uniosłem brwi spoglądając na bliźniaków, oczekując od nich jakiegoś wyjaśnienia.




Opadły kraty na jasne okno
cień na kamienie rzucając długi.
"Cieniu, ach cieniu, na co Ty, po co,
gdy nie należysz do ludzi?"

W nocy po ścianie wędrują upiory,
umysłu widma, co na świat wypłyną,
niematerialne i straszne zmory,
co tylko w słońcu giną.


Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Chwilowo bezrobotny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   08.11.18 9:49

Widziałem, pomyślał. Chciał powiedzieć wiele więcej. Chciał mu powiedzieć, jak realne miał sny i jak trudno czasem było mu je oddzielić od rzeczywistości. jak bardzo nie potrafił się odnaleźć w tych chwilach, w których rzekomo tracił przytomność na dwie minuty i był pewien, że wszystko co widział miało miejsce. Chciał mu powiedzieć, że widział go rannego i zmęczonego, że widział też swoją matkę. Chciał, by mu wyjaśnił dlaczego to wszystko widzi i czuje samym sobą, dlaczego rany go bolą, światło oślepia, a hałas ogłusza. Ale nie powiedział nic, patrząc na niego tylko wielkimi szarymi oczami swej matki. Nie zrozumie, myślał. Nikt nie rozumiał, on — choć był najmądrzejszym czarodziejem jakiego znał — też nie zrozumie. Graham się śmiał, ale przez ten śmiech się bał, tak samo jak i on. Przez śmiech, kpinę i złość chciał ukryć lęk, który wzbudzały w nim dziwne sny. Udawał czasem, że to nic. Bał się, że jest szalony, że coś jest z nim nie tak. Bał się, że ojciec uzna to za obłęd i wyrzeknie się go, a przecież bardzo pragnął jego aprobaty.
— Widziałem też ciebie — odezwał się w końcu, odwracając wzrok od Grahama, jemu na przekór, na złość. Robiąc dokładnie to, czego oboje do tej pory unikali jak zabaw z ogniem. — Widziałem cię w jednym z tych snów — powtórzył chłodnym tonem nie pasującym do dziecka, które staje przed swoim ojcem. — Zamkniętego w zimnej celi. Ściany były zbudowane z czarnego, pożółkłego kamienia. Spływała po nich zimna woda. Na podłodze było trochę słomy, obgryzionych kości. Były ciężkie kajdany, grubym łańcuchem zapięte do twojej kostki. Było tam zimno. Bardzo zimno. Bardzo źle. Bałeś się — to ja się bałem, ale wiedziałem, że jestem tobą — Chciałeś się spotkać ze śmiercią.
Mówił, że spotkanie z nią jest gorsze od snów, ale zdawało mu się, że za każdym razem, gdy przeżywał to od nowa widział jej twarz naprawdę. Ale wierzył mu. Wierzył, że rzeczywistość i prawda są o wiele gorszy od tych wyobrażeń.
Odprawił ich, by zajęli się obowiązkami, które ich zlecił. Okazało się, że ich wykonanie było znacznie trudniejsze, niż można było przypuszczać. Po wszystkim stali grzecznie, opierając się o ścianę. Żaden z nich nie spuszczał głowy, mieli je uniesione wysoko, wyczekując reakcji swojego ojca, licząc, że odpuści im winy. Po zdjęciu zaklęcia Ramsey od razu poczuł gorąc na swoim ramieniu. Graham zawsze miał celne i mocne ciosy, choć jego pięści nie były większe od jego własnych.
— Zabiję cię, jak zrobisz to jeszcze raz — zagroził go w odwecie, odsuwając się od niego. Wiedział, że tymi słowami tylko go dodatkowo rozzłości. Żyli jak pies z kotem, gryząc się, drocząc, nienawidząc, ale zawsze stali razem przeciwko całemu światu. Otwarte drzwi wpuściły do domu przyjemny wiatr, a wraz z nim zapach jedzenia. Od razu usiedli na swoich miejscach, siadając w za dużych krzesłach. Graham trzymał ręce płasko ułożone na stole, Ramsey odwrotnie, splecione pod blatem. Zawsze przed jedzeniem sprawdzała, czy ich ręce są czyste — do tego musieli trzymać je na stole, tak, by było widać, że brud pod paznokciami został dokładnie wyszorowany. Patrzyli na nią przez drzwi do kuchni, bez uśmiechu, wyczekująco, sprawdzając, czy wejdzie i zje razem z nimi, czy uchroni ich w ten sposób przed dalszym gniewem ojca, czy wręcz przeciwnie, załamie ręce nad bałaganem, który uczynili robiąc porządek. Ale zniknęła, a ojciec, który w koszu przyniósł obiad nie był wciąż zadowolony.
Bez słowa obaj zsunęli się z krzeseł, by synchronicznie wydobyć z szafek i szuflad wszystkie brakujące rzeczy Jakby tym razem doskonale znali swoje zadania. Jeden wyciągnął talerze, drugi sztućce, sprawnie nakryli do stołu. Ledwie wystawali ponad blat, nie było czasu, aby wspinać się na krzesła i zrobić to wszystko tak, jak uczyła pani Brown.
— Zabrakło nam czasu, Vasyl stawiał opór — odpowiedział Graham wyjaśniająco, z pełnym przekonaniem, jakby to załatwiało całą sprawę.
Kiedy wszystko było już nakryte, tym razem wspięli się na krzesła, by klęknąć na siedziskach i rękami oprzeć się o stół i z góry spojrzeć na obiad, który przyniosła pani Brown. Graham był głodny, przypomniało mu się nagle o tym. Wyciągał ręce do koszyka, powoli wyciągając wszystko. Musiał trzymać obiema rekami, by nie upuścić. Ramsey w końcu usiadł na krześle i oparł się wygodnie.
— Pójdziesz dziś do rezerwatu?





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber https://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 https://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 https://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 https://www.morsmordre.net/t4270-skrytka-bankowa-nr-324 https://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
Zawód : pośrednik nielegalnych transakcji
Wiek : 51
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
OPCM : 14
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 35
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: [SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem   10.11.18 1:03

Patrzyłem na Ramseya, którego oczy wpatrywały się we mnie z niezwykłą intensywnością. Były poważne, zbyt poważne jak na dziecko. I miał rację, nie rozumiałem. Wiedziałem tylko to, co kiedyś opowiedziała mi matka, znałem jedynie historie o jej przodkiniach i doskonale wiedziałem, że nie wszystkie skończyły dobrze. Ale ja nigdy nie potrafiłbym wyrzec się któregokolwiek z synów z tak niskich pobudek jak strach. W Rosji nigdy nie obawialiśmy się przyjąć wieszczek pod swój dach, nawet jeśli ich wizje były przerażające, nie miały na nie żadnego wpływu. Ramsey i Graham mieli więcej wspólnego ze swoją prababką niż ja, niż moja matka, ale wciąż byli Mulciberami i wciąż byli moimi synami. Musiałem odszukać rodzinę matki, podobno miała siostry, których trzecie oko nie zostało zamknięte przez przewrotny los, rodzinę, z której musiała zrezygnować, gdy była czarną owcą, jedyną, która w rodzinie wieszczek nie potrafiła przejrzeć przez zasłonę czasu. Ale potrafili to jej wnukowie.
Zimny pot spłynął po moim kręgosłupie, kiedy Ramsey zdradził mi swoją wizję, kiedy jego oczy dopasowały się do chłodnego tonu, jakim zaczął przemawiać kilkulatek. Potrafiłem zobaczyć to samo, co widział on. Nie wiem dlaczego, miałem wrażenie, że oglądałem identyczne sceny, dzieliłem jego uczucia i doskonale potrafiłem sobie wyobrazić to ogarniające pragnienie śmierci. Tym razem rozumiałem.
- Wasza prababka była wieszczką, wierzę, że to widziałeś, Ramsey - spojrzałem mu prosto w oczy wykorzystując całą swoją siłę woli, by znieść jego poważny, ciężki wzrok. - Ale to tylko wizja, tobie nic nie grozi, pamiętaj o tym, cokolwiek nie widzisz, czegokolwiek nie czujesz, jesteś bezpieczny - wpatrywałem się w szare oczy chcąc znaleźć w nich cień spokoju. Tak, to, co powiedział, było przerażające, ale przyszłość, jakakolwiek miałaby nie być, musiała nadejść i niewiele mogłem na to poradzić. - To tylko przyszłość, Ramsey, nigdzie się jeszcze nie wybieram - położyłem synowi dłoń na głowie mierzwiąc jego włosy, a potem spojrzałem na Grahama, łapiąc także jego spojrzenie, posyłając pokrzepiający uśmiech, zanim pozwoliłem chłopcom zająć się rozłożeniem naczyń. Nie skomentowałem w żaden sposób ich przepychanek, nie miało to najmniejszego sensu. Ich relacje były niesamowite w pewnym sensie, potrafili rzucać w stosunku do siebie bardzo poważne groźby śmierci, w które swoją drogą niespecjalnie nawet wątpiłem, bić się do krwi i ranić słowami, ale kiedy tylko pojawiało się zagrożenie z zewnątrz, stawali ramię w ramię zupełnie zapominając o własnych niesnaskach. I nie było siły, która potrafiłaby ich wówczas obrócić przeciwko sobie. Nie ingerowałem w ich braterską solidarność, którą wytworzyli między sobą w ten dość pokrętny sposób, licząc na to, że odpowiednio pielęgnowana pozwoli im w przyszłości osiągnąć więcej niż kiedykolwiek zdołaliby zdobyć w pojedynkę. Szczególnie, jeśli wizja Ramseya miałaby się spełnić, a ja zamiast walczyć o powrót do moich synów, zacząłbym marzyć o śmierci, która nie chciałaby przyjść.
- Oczywiście, Vasyl nie lubi kąpieli, jeśli zapomni się o zabraniu jego ulubionej zabawki z dworu - zawiesiłem głos spoglądając na bliźniaka. - O czym zapewne byście pamiętali, gdybyście mniej zajmowali się sprzeczaniem między sobą.
Uniosłem lekko brwi ukrywając rozbawienie, które jednak przemknęło gdzieś w moich oczach i byłem pewien, że obaj synowie doskonale je wychwycili. Jeśli chodziło o dopatrywanie się szczegółów byli mistrzami. Szczególnie, gdy chodziło o szczegóły mogące pomóc im uniknąć pasa. Sprawili się jednak dobrze. I choć nie zamierzałem przyznawać się im do tego nigdy w życiu, niewiele było rzeczy, które naprawdę mogłyby wywołać moją wściekłość na któregokolwiek z nich, jeszcze nigdy nie byłem na żadnego naprawdę zły. Byli moimi synami i znacznie częściej niż irytację, odczuwałem z tego powodu dumę. Byli jedyną wartościową rzeczą, którą do mojego życia wniosła ich matka i za nic w świecie nie pozwoliłbym ich sobie teraz odebrać, zostać od nich oddzielony, zostawić ich samych sobie, zupełnie zagubionych na pastwę stworów gorszych niż smoki, które tak chcieli obejrzeć. Potrzebowałem ich obu, stoicko wręcz spokojnego Ramseya i zbyt żywiołowego Grahama, ich uśmiechów, gdy bawili się na podwórku w łowców smoków, skrywanego podekscytowania w oczach, gdy budzili się w urodzinowy poranek, prawie wiarygodnych spojrzeń pełnych skruchy, gdy coś przeskrobali, ich śmiechu, kłótni i nieporadnych, początkowych popisów magicznych. I doskonale wiedziałem, że i oni potrzebowali mnie, ojca, kogoś, kto będzie pielęgnował to, co w nich najwartościowsze, kochał nie zważając na unikalne i niepojęte dary, chronił przed tymi, którzy nie potrafiliby zrozumieć i uczył, jak radzić sobie w życiu, we dwójkę i pojedynkę.
- Do rezerwatu? - Spojrzałem na raporty ułożone na stole, czekające na zabranie. -To tylko przyszłość, Ramsey, nigdzie się jeszcze nie wybieram.
Świat zaszedł mgłą. Poczułem zimno i smród, ucisk kajdan na wychudzonej nodze, twardy kamień pod plecami, przerażenie, które nie ustępowało nawet na chwilę i nadzieję, że oto jest dzień, kiedy śmierć postanowi wreszcie zajrzeć i do mnie. Ciepło i szczęście ze snu zaczęły ulatniać się zanim otworzyłem oczy i kiedy zobaczyłem wreszcie ciemny sufit mojej celi, z wizji nie pamiętałem już nic.




Opadły kraty na jasne okno
cień na kamienie rzucając długi.
"Cieniu, ach cieniu, na co Ty, po co,
gdy nie należysz do ludzi?"

W nocy po ścianie wędrują upiory,
umysłu widma, co na świat wypłyną,
niematerialne i straszne zmory,
co tylko w słońcu giną.


Powrót do góry Go down
 

[SEN] Gdyby przeszłość pachniała dymem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18