Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Komnaty Evandry
AutorWiadomość
Komnaty Evandry [odnośnik]17.12.17 20:39

Komnaty Evandry

Sypialnia Evandry sąsiaduje bezpośrednio z komnatą zajmowaną przez Tristana. Przestronna i jasna dzięki wysokim na całą ścianę oknom, została wykończona w ciepłych, pastelowych kolorach, jak większość pomieszczeń w dworku. Na ścianach wiszą leśne pejzaże, zas podłogi otulają miękkie futra z białego lisa. Obszerne łoże z baldachimem kryje się za kaskadą puszczonego luźno, zwiewnego materiału. Rzeźbiona toaletka pełna jest flakoników perfum, kobiecej biżuterii i mazideł oraz pojedynczych, ususzonych bukietów kwiatów. Z sypialni przejść można do garderoby pękają w szwach od sukien, szat i peleryn oraz do łaźni. Przeszklone drzwi prowadzą na balkon, gdzie po czarnej barierce wspinają się pnącza kwiatów.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Komnaty Evandry Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]22.12.17 0:57
Powinien był zrobić to od razu; zagubiony we własnych myślach nie pojmował własnych działań, nie potrafiąc spojrzeć w oczy ukochanej żonie - ile lat zabiegał o jej względy? Ile razy przysięgał jej miłość, szczęśliwe życie i własne oddanie? Ile razy już - łamał dane słowo? Okres, w którym Evandra walczyła o życie zmożona przeklętą chorobą spędził najgorzej, jak mógł, porwany hedonistyczną naturą i najpodlejszą wersją siebie: Deirdre stała się częścią niego, zamieszkała pod jego dachem i jej osoba jeszcze długo będzie kładła się cieniem między nimi - wbrew temu, co przysięgał i wbrew temu, na co się zarzekał. Wbrew niej - kobiecie, z którą łączyły go małżeńskie śluby, która miała zostać matką jego dzieci, lady Kent o koronie plecionej z cierniów rwanych z różanego krzewu. Stał pod drzwiami jej komnat, ubrany wciąż w żałobną szatę. Czarny materiał lśnił otchłanią, nie przyozdobiony żadnym fragmentem rodowej biżuterii, ściągnął nawet spinki od mankietów, jasny fular nie wyłaniał się spod kołnierza. Konwenanse wymagały dotrzymania ścisłej żałoby, ale nie chodziło tylko o to - żałował odejścia ojca. I powoli godził się ze śmiercią Evandry, śmiercią, która nie nastąpiła.
Nie wierzył, że ozdrowieje. Uzdrowiciele dawali nadzieję, ale nagromadzenie tragedii początkiem maja wydawało się tak wielkie, że nie potrafił chwycić się nadziei, jakoby dało się ocalić cokolwiek jeszcze. Kogokolwiek. Jej serce wciąż biło, choć powoli, oddech wciąż poruszał zakrytą miękką tkaniną piersią, powieki czasem drżały, a alabastrowa cera pozostawała biała jak kość. Kochał ją - i nie rozumiał, czemu odebrano mu ją tak wcześnie. Z ojcem, z trzema smokami, z naruszonym porządkiem wszechświata. Kiedy wczorajszego dnia otrzymał list o jej rzekomym przebudzeniu, nie był pewien, czy to sen, czy jawa. Spalił go w kominku w rezerwacie, którego nie opuścił aż do dzisiaj; pomimo listów z domu upewniających się, że te wieści do niego dotarły, pomimo chaotycznych myśli, pomimo niedowierzania i bezradności, lęku przed ponowną utratą zgaszonej już nadziei. Czy to prawdziwe, Evandro? Czy nie jesteś kolejną wizją sprowadzoną przez plugawą magię, w odmęty której wpłynąłem, czy jesteś żywa - czy oboje żywi jesteśmy?
A jeśli jesteś żywa, jak mam ci spojrzeć w oczy?
Był późny wieczór, przez okno jednego z korytarzy dostrzegał niebo upstrzone srebrnymi gwiazdami. Wiatr smagał gałęzie wątłych drzew, które przez miniony miesiąc przetrwały tak wiele burz i huraganów. Nawet róże w ich ogrodzie, chluba nazwiska, częściowo zostały zniszczone. Pewnie jest już za późno, mówił sobie, pewnie już śpi, ale służka, która przy niej czuwała utwierdziła go w przekonaniu, że młoda lady Rosier nie śpi, a jego wizyta nie zakłóci jej spokoju. Doskonale. Nigdy nie uważał się za człowieka odważnego - i nigdy taki nie był. Niepewnie uniósł dłoń zaciśniętą w pięść, knykciami uderzając we framugę; bardziej zapowiadając przyjście, niż oczekując zezwolenia. Pchnął drzwi, kiedy usłyszał odzew.
- Evandro - powitał ją od progu, zostawiając za sobą drzwi otwarte - skinął głową służce, odprawiając ją z komnaty. Nie była w tym momencie potrzebna, nie obejrzał się na nią, kiedy wymijała go i opuszczała pokój, słyszał jedynie trzask zamykanych skrzydeł. Badawczo przesunął po jej twarzy spojrzeniem, doszukując się oznak zdrowienia, iskier w oczach, czerwieni na ustach, na próżno, było jeszcze zbyt wcześnie; zamiast tego śledził pajęczynę błękitnych żył na jej wątłej, łabędziej szyi. Czy mógł zrobić więcej? Sprowadził dla niej najlepszych medyków, kazał przy niej czuwać dzień i noc. Zbliżył się do niej, powolnym, nieśpiesznym i spokojnym krokiem; zasiadł na fotelu przy jej łożu, nie odejmując wzroki od lica pięknej żony. - Wybacz - że zdradziłem - nie przyszedłem od razu. Rezerwat mocno ucierpiał na wszystkim, co się wydarzyło. Widząc cię w zdrowiu, to jak widzieć cię po raz pierwszy, zachwycająco. - Umilkł na krótki moment, zbierając myśli; poszukując spojrzeniem błękitu jej sarnich oczu. - Jak się czujesz, najdroższa?



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Komnaty Evandry 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]22.12.17 18:03
Nie spała. Błąkała się gdzieś na granicy jawy i snu, z jednej strony zmęczona i pożądająca odpoczynku, dzięki któremu najprostsze czynności przestaną być dla niej wyzwaniem, z drugiej zaś była zbyt bardzo przestraszona irracjonalną myślą, że ponownie obudzi się za tydzień, dwa, albo i dłużej, pchnięta prosto w objęcia Serpentyny oraz pociągnięcia przez nią w odmęty niekończącego się koszmaru, aby aby pozwolić sobie na stracenie czujności.
Nagłe, niepodziewane pukanie do drzwi, wyrwało ją z podświadomości i nakazało spojrzeć w ich kierunku. Nie oczekiwała na kogokolwiek, mosiężne wskazówki na starym, ozdobnym zegarze wskazywały późną godzinę, ale zezwoliła na wejście.
Tristan.
Nie uwierzyła oczom, dopóki nie usłyszała jego tembru głosu oraz uginającego się pod spokojnym krokiem parkietu. Pragnęła zobaczyć swojego męża już od pierwszych chwil po wybudzeniu się, wiedziona uczuciami, których do tej pory nie dopuszczała do głosu. Musiała jednak zrozumieć, że pilne sprawy zatrzymywały go w rezerwacie, ponieważ wydusiła z medykomagów przyznane, że wybuch uderzył silnym ciosem i w Château Rose, i w smocze siedlisko. Śledziła sylwetkę Rosiera, kiedy zbliżał się do niej. Tak wiele miała mu do powiedzieć, ale słowa grzęzły w jej gardle.
- Tristanie... - nie była to odpowiedź wyrzucona wraz z haustem powietrza z płuc, jedynie subtelne szepnięcie, któremu towarzyszyło minimalne poruszenie się spierzchniętych ust. Chciała wyglądać w jego oczach lepiej, niż oddawała to rzeczywistość, dlatego też zmusiła swoje ciało do dźwignięcia się do pozycji półleżącej, a pojedyncze, srebrzyste pasma, które kaskadami zasłaniały jej zapadnięte poliki, zaczesała jednym pociągnięciem za ucho.
U stóp łoża, na skórze z białego lisa, spało zwinięta w rozkoszny kłębek małe kocie. Wierny towarzysz Evandry, którego kilka dni po ślubie znalazła w koszu razem z listem od swojego męża, nie odstępował jej na krok. W przeciwieństwie do tego, który dobrowolnie ślubował jej swoje oddanie w chorobie, i w zdrowiu.
- Nie zrobiłeś nic, za co jesteś zobowiązany prosić mnie o przebaczenie, Tristanie - wciąż tkwiła w słodkiej nieświadomości, w mydlanej bańce, z dala od Deirdre oraz Białej Willi, gdzie niewątpliwie działy się rzeczy zdolne rozerwać jej wrażliwe serce na drobne kawałeczki.
- Wręcz przeciwnie. Otoczyłeś mnie opieką, dałeś więcej, niż śmiałabym prosić - zapragnęła wyciągnąć dłoń i spleść swoje palce z jego; niestety, jej ręka opadła na aksamitną pościel, a pyszny, czerwony klejnot pierścienia zaręczynowego, rzucił kontrast na perłowy odcień materiału niczym gorąca kropla krwi na śniegu.
Chciała zapewnić go, że jest już dobrze, że zniknęło widmo Serpentyny jak ręką odjąć, odkąd po raz pierwszy ujrzała światło, że z dnia na dzień nabiera kolorów na licach, ale...
- Wracają mi siły. Niestety, uzdrowiciele każą mi wystrzegać się wielu rzeczy, prawdopodobnie szybko nie pozwolą mi wstać z łóżka. Tak bardzo chciałabym poczuć na twarzy orzeźwiające, świeże powietrze... - urwała, a jej pierś poruszyła się w głębszym oddechu. Pozwoliła sobie na ułamek sekund przymkną ociężałe powieki.
- Tak mi przykro, Tristanie, że nie było mnie przy tobie i przy twoich siostrach w najcięższych chwilach żałoby - nie mówmy o mnie, najdroższy. Ja wiem, że muszę być silniejsza niż dotąd, odkąd obok mojego serca bije drugie, mniejsza. Z myślą o nim, uspokój moje zszargane nerwy i zapewnij, że ty także nie straciłeś swojej siły, choć anomalie były dla ciebie i dla całej naszej rodziny bezlitosne.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]26.12.17 20:18
- Nie wstawaj - nie rozkazywał, ale również nie prosił; wykonał spokojny gest ręką, zachęcając ją do powrotu do pozycji leżącej, tym samym przysunął się bliżej jej łoża. Miała tutaj dobre warunki, był pewien, że służka dbała o każdą jej potrzebę, wewnątrz powietrze było świeże, ciepłe, a jej łoże schludnie zasłane. - Oszczędzaj siły - tym razem już wyraźnie poprosił, kątem oka dostrzegając białe kocię zatopione w lisim futrze.  Nachylił się lekko, gest Evandry, bez sił wyciągnięta dłoń, nie umknęła jego uwadze - uchwycił ją, zatrzaskując w silnym, zdecydowanym uściskiem, bez mrugnięcia powieką i bez zawahania skinąwszy głową na znak, że przyznaje jej rację. O pewnych kwestiach nie mogła wiedzieć. I nie powinna się dowiedzieć. Wysłuchał jej pragnień, wpatrując się w gładzoną kciukiem skórę wierzchu jej dłoni, tak delikatną, mleczną. Alabastrową - cenną.
- Jestem pewien, że istnieje sposób, aby spełnić twoje życzenie - W zamyśleniu przysunął ku niej również drugą dłoń, zamykając jej rękę pomiędzy obie dłońmi. - Każę przygotować dla ciebie szezlong na zewnątrz - Kilka koców, ciepła poduszka, ktoś, kto będzie nad nią czuwał, na wypadek nagłej zmiany pogody; nikt nie musiał jej tutaj trzymać jak w klatce. - Spróbujemy jutro, dzisiaj jest już późno. - Krok po kroku, na jego ramieniu bez wątpienia tam dojdzie - zaprowadzi ją. Zapach róż pomoże jej wrócić do zdrowia, część z nich przetrwało ostatnie zawieruchy, a ogród od dawna był już uprzątnięty. Jego piękna młoda żona była delikatną istotą - i delikatnego traktowania wymagała. Pokręcił przecząco głową, nie powinna się obwiniać.
- Najcięższe chwile żałoby okazały się nieistotne - wtrącił jej w słowo, choć być może nie powinien. Bał się: bał się, że już się nie zbudzi. Dobrze, że nie widziała go w chwilach załamania, to on miał być jej opoką, nie odwrotnie. Zmarły ojciec uczył go siły, przywództwa, często lekceważył te lekcje, dopiero po jego śmierci, kiedy dwór wypełniła pustka, rozumiejąc, jak bardzo były istotne. Chciał temu sprostać - być takim, z jakiego syna Corentin Rosier byłby dumny, choć on wydawał się nigdy nie rozumieć praw błędów młodości. Zgiął palce, splatając je z jej wąską dłonią, znów mocno, gestem wsparcia. - Twoje przebudzenie to pierwszy krok ku lepszym dniom. Nie patrz za siebie, Evandro, to nie jest ważne. Pożegnasz mojego ojca, kiedy wydobrzejesz. - Bo czego miała żałować - faktu, że przeoczyła dnie, podczas których nawet kotary zasłaniające okna w tym domu przywdziały ponurą czerń? Nie miała na to zdrowia. Być może ten sen jej służył, być może ochronił ją przed dramatem, któremu nie musiała stawiać czoła. Nikt nie oczekiwał od niej sztucznego smutku ani wymuszonych łez, mogła jego ojca szanować, mogła go lubić lub nie, ale z całą pewnością nie kochała go jak własnego. - Wszystko wydaje się piękniejsze, odkąd jeśli zastąpić mogę kiedy. - Bał się. Bał się, że już się nigdy nie zbudzi. Że  jasny alabaster zamieni się w królewski błękit, a potem trupi fiolet, że zostanie wdowcem, ledwie się ożenił. Już nie musiał się zastanawiać, czy Evandra wydobrzeje. - Wiele się wydarzyło - kontynuował więc, chcąc ją uspokoić, snuć opowieść, która wybudzi ją z tego wielotygodniowego letargu, zaciekawić czymś poza troskami, które z pewnością wciąż ją przytłaczają. - Mam nową podopieczną - w rezerwacie, oczywiście. I straciłem trzy inne smoki, w tym piękną Myssleine, ale to nie jest teraz ważne. - Jeszcze nigdy nie widziałaś na oczy tak pięknego smoka. - Dosłownie. Nie wiedziałaś o jego istnieniu: bo do niedawna nie istniał wcale. Anomalie przyniosły nie tylko tak wiele złego, przyniosły zmiany, z których mogli skorzystać, jeśli tylko byli w stanie po nie sięgnąć. - Pokażę ci ją, kiedy wydobrzejesz.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Komnaty Evandry 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]27.12.17 20:49
Nie zaprotestowała. Nie chciała. Nie mogła. Pozwoliła opaść głowie na puchową poduszkę. Świat tylko przez moment wirował jej przed oczyma, które w tym słabym świetle nie przypominały czystego, błękitnego nieba. Były w odcieniu szalejącej burzy. Bardzo podobnej do tej, którą musiała jeszcze nie tak dawno uspokoić w samej sobie.
Uścisk dłoni Tristana, w której bez przeszkód zamknął jej własną, drobniutką, przyniósł przyjemne ciepło, rozchodzące się po całym ciele wraz z krwią. Nie została lady Rosier z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie pozwoliła sobie na jakiekolwiek, większe uczucia, mając świadomość, że prędzej bądź później byłyby one przyczyną wyłącznie cierpienie. Reputacja wyprzedzała Tristana, doskonale wiedziała komu ślubowała swoje oddanie, dla kogo miała być żoną. Czy to jednak możliwe, że wystarczyła jej pewność, iż nosi pod swoim sercem drugie - mniejsze, należące do dziedzica Château Rose i całej spuścizny Rosierów, aby jej stosunek do Tristana zmienił się? Złagodniał?
- Naprawdę? Mógłbyś to dla mnie zrobić, Tristanie? - ożywiła się, słysząc, że Rosier chciał umożliwić jej odpoczynek na świeżym powietrzu, a także oferował bez wahania swoje towarzystwo. Przynajmniej na chwilę. Uśmiech rozjaśnił jej zmęczoną twarz, a cień dawnych iskierek rozbłysł w spojrzeniu. Nie śmiała o to głośno prosić, ponieważ wiedziała, jak wiele zobowiązań miał on wobec rezerwatu. Nawet w chorobie nie zapominała, że mąż oczekiwał od swojej żony przede wszystkim zrozumienia.
Westchnęła. Cicho, ale nie na tyle, aby mogło to umknąć uwadze Rosiera. Ponieważ rodzina miała dla Evandry ogromną - priorytetową - wartość, nie potrafiła w obliczu tragedii pomyśleć najpierw o sobie, a dopiero później o osobach jej najbliższych. I nawet nie chodziło o ojca jej męża, co o niego samego, gdyż śmierć rodzica musiała się na nim odbić jakimś, nawet najmniejszym echem.  
- Masz rację, Tristanie. Zrobię tak, w swoim czasie, pamiętając, że najpierw powinnam sama stanąć na nogi - mniemała, że powiedziała dokładnie to, co chciał usłyszeć. Co go nie tyle ugłaska, co zwyczajnie uspokoi. Nie raz okazywał jej bez skrępowania oraz zawstydzenia, że troszczył się o nią. Że pragnął jej szczęścia. Pod niewzruszoną maską krył w sobie coś, co niechybnie chciała odkryć, jak i zachować dla siebie.
Zawahała się, ale ostatecznie zdecydowała się dodać. Słowa miękko spłynęły z jej ust, nabierając barwy intymnego szeptu, jak i obietnicy zarazem.
- Potrzeba czegoś więcej, niż Serpentyny, abyś został mi odebrany - a ja tobie, najdroższy.
- Jak wiele? Chciałabym usłyszeć o wszystkim - poprosiła. Być może powinna wspomnieć, że uzdrowiciele niechętnie rozmawiając z nią o czymś innym, niż jej własne samopoczucie, ale końcem końców zachowała dla siebie ten szczegół.
Jej smukłe, teraz już ciepłe palce, zacisnęły się na szorstkiej dłoni Tristana. Zaciekawione spojrzenie wbiło się w jego profil, Evandra nie tyle słuchała, co dosłownie chłonęła rzeczy, o których jej mówił.
- Opowiedz mi o niej, Tristanie. Jaka jest? Gdzie ją znalazłeś? - pozwól mi ją sobie wyobrazić. I niechybnie przekonać się na własnej skórze, czy jest dokładnie taka sama, jaką ją zobaczyłam w twoich opowieściach.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]28.12.17 3:08
Obserwował jej bladą, osłabioną twarz zapadającą się w miękkiej poduszce, otuloną rozsypanymi srebrnymi kosmykami lśniących włosów, unosząc lekko jej dłoń w swoją stronę - oburącz przytrzymując ją tuż przy twarzy. Była słaba, wciąż chora, a on żałował, że nie jest w stanie jej ulżyć w tym cierpieniu. Być może istniał sposób, żeby zrobić więcej - wyłożyć pieniądze na badania, która usprawnią leczenie jej kruchego zdrowia. Być może, ucałował wierzch przysuniętej do twarzy dłoni, czule.
- Oczywiście - Nie zamierzał składać obietnic bez pokrycia, czuł, że powinien być teraz przy niej, majaki Białej Willi odeszły gdzieś w cień, dając dojść do głosu wygaszonej tęsknocie. Nie miał wątpliwości, gdzie w tym momencie było jego miejsce - przy niej, winien zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby pomóc jej wrócić do zdrowia. Powoli skinął głową, tak, musiała teraz myśleć o sobie - Evandra urzekała swoją empatią, ale teraz nie było na nią czasu. Teraz powinna pomyśleć w pierwszej kolejności o sobie samej, rzeczywiście  - właśnie to chciał od niej usłyszeć. Zatrzymał na jej twarzy spojrzenie, troskliwe, uważnie badające wypukłości kości wzdłuż żuchwy, na policzkach i przy oczach; była niecodziennie i zachwycająco piękna. I była wciąż żywa, nie dowierzał temu, że uśmiech fortuny - nagle - okazał mu jednak swoją łaskawość. Objął znów jej dłoń, oburącz, nie przestając czule gładzić jej bladej skóry. Jej szept dotarł do niego jak miękka melodia, słodka i uprzejma, cieplejsza od jej dotyku. Skrzyżował własne spojrzenie z jej, kącik jego ust uniósł się nieco wyżej w łagodnym, choć niepozbawionym charakterystycznego dla niego wilczego wyrazu uśmiechu. Przytaknął płytkim skinieniem głowy, nie, serpentyna jej nie odbierze. Nie teraz - nie tak wcześnie, nie dziś ani jutro.
- Okiełznamy tę bestię - stwierdził, a może obiecał, był wszak smokologiem, potwory nie były mu straszne, a serpentyna wydawała się jak jeden z nich - wyjątkowo duży, wściekły i agresywny, ostatnimi czasy na dodatek rozjuszony; kolejny powód, by walczyć, by w imię tego, którego imienia nie miał odwagi wypowiedzieć, pomóc zwalczyć nieustępliwe anomalie odpowiedzialne za jej dzisiejszy stan. Doprowadzić ten świat do porządku jaki dawniej na nim panował. Zebrał myśli, zamknięta sprawa wyspiarki wydawała się dość lekka, by zająć nią myśli Evandry - odciągając od żałoby, choroby i reszty smętnych myśli; niech nie myśli o śmierci: niech myśli o życiu.
- Jest niezwykła - kontynuował więc, wpierw odpowiadając na jej pytanie. - Dłuższy czas temu namierzyliśmy dziwne anomalie w pobliżu smoczego cmentarzyska na twojej rodzinnej wyspie. - Znajdował się z dala od dworu, nie zagrażał, ale wydawał się być przyjemnym sentymentem w tej opowieści. - Byłaś tam kiedyś? - Sięganie po wspomnienia zawsze wytłumiało złe emocje, sięganie po wspomnienia ciepłego dzieciństwa, znajomych krajobrazów, miało wybudzić ją z ponurego letargu, w którym niewątpliwie tkwiła od przebudzenia. - Ten wybuch zbudził do życia szczątki antycznego smoka. Wyspiarza rybojada, samicy, być może zdolnej do złożenia jaj. Gatunek od wieków uznawany za wymarły, mamy szansę przywrócić jego istnienie. - To wiele dla niego znaczyło. Ogromny sukces naukowy to nie wszystko, miał szansę zrehabilitować się w oczach rodziny; do Evandry z pewnością doszły już słuchy o tym, jak bardzo rodzinny rezerwat został zniszczony w trakcie wybuchu anomalii. Krótko po tym, jak Tristan objął nad nim pieczę - walczył o swoją reputację. - Zdetronizował żmijozęba peruwiańskiego w kategorii najmniejszej smoczej rasy, jest wielkości dużego tygrysa. Skrzydła mają specyficzną budowę i przypominają raczej motyle niż gadzie, o nieregularnym kształcie. Zachwycą cię, kiedy już je zobaczysz. - Kochał smoki. Fascynowały go. Poświęcił tej pasji swoje życie, nie tylko ze względu na rodowy obowiązek - pragnął tego. Pominął aspekt kilkudniowej smoczej wyprawy, z której dopiero co wrócił. Dwóch pracowników rezerwatu straciło na niej życie, a w jego głowie wciąż majaczyła dziwna wizja zesłana przez smoczycę - wizja, w której Evandra ginęła. Fizycznie został ledwie draśnięty, nie było powodów do obaw.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Komnaty Evandry 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]28.12.17 14:56
Wierzyła - lub chociaż chciała wierzyć - że Tristan nie składał jej obietnic, których nie byłby w w stanie dotrzymać. Nie było ich wiele, mogła policzyć te wszystkie wypowiedziane prosto w jej oczy na palcach jednej ręki. Słysząc więc zapewnienie, że pomoże jej przegnać tę bestie, w końcu mogła zdusić w sobie resztki obaw, że to wszystko, łącznie z samym Tristanem, rozmyje się zaraz, teraz, niczym jakaś nieuchwytna mara, a koszmar, który przezywała nieustannie podczas długiego snu, zdominuje całą rzeczywistość.
On już nie wróci, Evandro.
Dotyk jego warg na jej smukłych palcach godnych pianistki pogłębił subtelny, ale jakże ciepły uśmiech lady Rosier. Choroba odebrała jej wiele, łącznie z dumą, gdyż zmuszona była znosić pełne zatroskania spojrzenia swoich najbliższych, przed którymi obnażała się ze słabości, nie mniej nie mogła kłamać i twierdzić, że nie dostrzega także pojedynczego prześwitu walczącego z mrokiem.
- Odwiedziłeś wyspę Weight? - nuta sentymentu wkradła się pomiędzy jej słowa. Choć w Château Rose, u boku Tristana, niczego jej nie brakowało, tęskniła za domem. Za rodzinnym dworkiem, wysokimi urwiskami, gdzie wiatr śpiewał najpiękniejsze piosenki, za piaszczystą plażą, po której biegała wspólnie z Marine oraz Edith, w końcu za samą syrenią zatoką, w której przysłuchiwała się w ukrycia nieziemskim istotą...
- Byłam nie raz i nie dwa. Do dziś pamiętam, jak bardzo zdenerwowałam ojca, kiedy bawiłam się tam z Flavieniem, oboje byliśmy jeszcze beztroskimi dziećmi, z dala od rodziców i jak mylnie uważaliśmy od wszystkich zasad. Próbowałam go złapać, ale nie mogłam i z tej bezsilności, nim zdałam sobie z tego sprawę i zarazem zdołałam nad tym zapanować, pogruchotałam kilka kości, które poderwały się z ziemi leciutkie jak liście - potrząsnęła głową, wprawiając w ruch srebrzyste pukle. Z łatwością przyszło jej zwierzyć się Rosierowi, ale zabrakło jej, aby ukryć pąs zawstydzenia widoczny całkiem wyraźnym muśnięciem na jej bladych polikach.
O smokach mogła słuchać godzinami. Podzieliła fascynacje swojego męża tymi stworzeniami, które poznawał w wielu, niedostępnych dla wszystkich czarodziejów aspektach oraz nad którymi próbował zapanować w rezerwacie. Przy nim nie lękała się spacerować ścieżkami w smoczej ostoi, a także przyglądać się im z bliższej odległości, która sprzyjała podziwianiu ich drapieżnego piękna. Będzie wyczekiwać dnia, w którym w końcu wstanie z tego łoża i bez najmniejszego trudu uda się razem z Tristanem do rezerwatu, aby poznać odkrytą na cmentarzysku na wyspie Wight smoczyce. Wzbudzi zachwyt w jej wrażliwym sercu, nie miała co do tego żadnych wątpliwości.
- Byłam pewna, że anomalia przyniosła wyłącznie ból oraz zniszczenie, podczas kiedy ty mówisz, że można się doszukać w niej rzeczy wręcz przeciwnych. To niesamowite, że dała życie smoku, który bliski był obrócenia się w proch - z drobną pomocą Tristana, przesunęła opuszkami palców po jego szorstkim policzku. Rozpierała ją duma.
- Po tym, jak go opisałeś, aż trudno uwierzyć, że mówisz o smoku. Nie jedna osoba, która zapuściłaby się na smocze cmentarzysko mógłby go zlekceważyć, a to tylko krok od tragedii  - nie pobiegła dalej, za tymi posępnymi myślami. Wypuściła je z rąk, woląc kurczowo trzymać się tych, które ofiarował jej Rosier, gdyż skutecznie pozwalały jej wyplatać się z ciasnych objęć choroby, jak i jej następstw. Zostawić daleko za sobą melancholię, nie ulec rozdrażnieniu wynikającej z bezradności.
- Ufam, że zadomowi się w rezerwacie i a z czasem zniesie jaja, które zapewnią odrodzenie się jej gatunku - tylko silne potomstwo dają pewność, że spuścizna przetrwa, nieprawdaż? Na dłuższą chwilę uciekła spojrzeniem, błądząc nim po nieistotnych elementach wystroju komnaty, aż nie zebrała w sobie wystarczająco sił. Dość zwlekania. Chciała podzielić się z nim w końcu tą radosną nowiną.
- Jest coś, co chciałabym Ci powiedzieć, Tristanie - co powinnam już dawno.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]28.12.17 18:53
Skinął głową, spokojnie, łagodnie, nie odejmując spojrzenia od jej delikatnej twarzy; zatopiona w miękkiej poduszce, obsypana srebrnymi włosami, przypominała senną syrenę dryfującą na skrzącej morskiej fali, eterycznie nierealną, zachwycającą ponadludzkim pięknem - nigdy w pełni nie przyzwyczai się do jej wilej urody, przyciągała wzrok i zatrzymywała go przy sobie zaborczo, nie pozwalając myślom uciec. Ciepły uśmiech na jej twarzy cieszył oko i dawał nadzieję, pozwalał wierzyć, że wszystko naprawdę szło dobrą drogą - że jej całkowite ozdrowienie to kwestia czasu, dni, najdalej tygodni.
- Dopiero co wróciłem - odparł, wypuszczając z uścisku jej dłoń, nie bez powodu, sięgnął do kieszeni czarnej szaty, odnajdując w niej kraniec przyniesionej muszli. Martwi już chłopcy przypadkiem odłowili ją razem z rybami mającymi służyć za przynętę dla wyspiarki, zaplątała się w rybackie sieci. Słuchał je opowieści, poznał ją jako dziecko, podlotka, młodą panienkę, ale nigdy nie potrafił wyobrazić sobie jej dzieciństwa na malowniczej wyspie Wight. Bez trudu chłonął malowane jej słowem obrazy, widząc młodziutką półwilę z opiekuńczym starszym bratem jako towarzyszem. Nie speszył się jej śmiałością, przeciwnie, patrzył jej prosto w oczy pomimo pąsowiejącej twarzy, w żaden sposób nie ułatwiając jej pozbyć się skrępowania - bawiło go to. - Być może złamałaś kark innej antycznej bestii, która mogła się dziś przebudzić - odparł z rozbawieniem, nie, nie sądził, by była w tym choć kropla prawdy, kości znajdujące się blisko powierzchni najczęściej miały nie więcej jak sto lat. Uchwycił jej dłoń ponownie, odejmując od swojego policzka, przyciągając bliżej siebie. - Powinniśmy kiedyś odwiedzić tamte strony razem - zaproponował z roztargnieniem, powoli wsuwając muszlę do jej dłoni, zamykając ją w kleszczach jej palców jeszcze zanim zdążyła dostrzec, czego właściwie dotyka. Drobna sentymentalna pamiątka z rodzinnych stron - zachował ją dla Evandry. - Kiedyś, kiedy będzie już bezpieczniej - Uniósł spojrzenie ku jej twarzy, już bez błyszczącej w nich iskier,  wszechobecne niebezpieczeństwo bynajmniej go nie bawiło. Jeśli znalazła się tam bestia taka jak pojmana już wyspiarka, mogli tam natrafić na właściwie wszystko. - I kiedy ty poczujesz się już lepiej. - Teraz nie powinna nawet myśleć o dalszych wycieczkach; w bezpiecznych murach różanego dworu zawsze znajdowała się pod opieką skrzatów i wykwalifikowanych medyków.
- Anomalia sama w sobie jest niezwykła - kontynuował jej myśl, odbierała życie, ale potrafiła je też ofiarować. Była czarną magią w najczystszej esencji, zawirowaniem, unikatowym zjawiskiem na skalę wszechświata. A przynajmniej taka się dotąd wydawała - chciał z niej czerpać. Wykorzystać to, co wykorzystać się dało, nie tylko w kwestii smoków. - Straszna - uściślił, nie chciał zostać źle zrozumiany. - Ale niezwykła. - Kącik jego ust uniósł się lekko wyżej w pokrzepiającym uśmiechu.
- Masz słuszność - przytaknął, uciekając myślami do schwytanej smoczycy. - Wyspiarka wygląda niepozornie, ale w tym przypadku pozory mylą okrutnie. Jest bardzo potężna. Nie tylko ze względu na truciznę, posiada również pewne niepokojące umiejętności, ale minie trochę czasu, nim je zbadamy. - Westchnął, czekało ich naprawdę dużo pracy, ale każdy wysiłek był warty ostatecznego sukcesu. Przeniósł spojrzenie na jej oczy, nawet nie drgnął, nie domyślając się, o co może jej chodzić. - Cały czas tu jestem i cały czas cię słucham - odpowiedział tylko, oczekując przełamania ciszy.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Komnaty Evandry 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]28.12.17 21:19
Zapragnęła mu zadać tak wiele pytań. Czy poza smoczym cmentarzyskiem był na wyspie gdzieś jeszcze? A jeśli nie, czy odwiedził go celowo, bądź niekoniecznie ktoś zamieszkujący Wright? Jak bardzo zmieniło się to miejsce? Poznałaby je? Czy anomalia wywróciła wszystko to, co na wyspie piękne do góry nogami? Wyżłobiła w tamtych ziemiach jarzącą się ranę? Spustoszyła piękno okolicznych plaż, skaziła zatokę syren, zadała cios dworkowi, w którym dorastała? Końcem końców nie padło żadne, z tych cisnących się na jej bladoróżowe usta. Pozwoliła mówić Tristanowi, a sama słuchała go z zapartym tchem.
- Och! Wobec tego, jeśli ze smoczego cmentarzyska napłyną wieści o kolejnej anomalii, wystrzegaj się bezgłowego smoczęcia... - kontynuowała, aż nie przerwał jej perlisty chichot. Nie brzmiał on czysto, wciąż dusił go cień choroby, ze szponów której została wyrwana, jednakże zdecydowanie mógł mieć w sobie tak pożądaną obietnicę, że lada dzień stanie się ona - choroba - wyłącznie mglistym wspomnieniem, do nie będzie wracać.
- Powinniśmy. Cmentarzysko to tylko jedno z licznych miejsc wartych odwiedzenia i zobaczenia na własne oczy. Z przyjemnością pokażę ci inne - jeśli tylko zechcesz, Tristanie. Dla niej sposobność spędzenia kilku dni wśród dobrze jej znanych krajobrazów, być może nawet odwiedzenie rodzinnego dworku oraz Flaviena, byłaby radością w najczystszej postaci.
Chropowata, chłodna powierzchnia zaciekawiła ją na tyle, że przez dłuższą chwilę obracała ją w palcach. Spojrzała na drobiazg, który jej podarował dopiero w momencie, w którym nabrała pewności co do tego, co własnie styka się z opuszkami jej palców. Zakręcona muszla, prosto z wyspy Wright. Zabrana z myślą o niej. Przycisnęła ją do piersi niczym najcenniejszy skarb. Takie drobiazgi miały dla Evandry ogromną wartość, pełno ich kryło się w puzderkach w jej komnacie. Łącznie ze zbiorem poetyckich listów pióra Tristana. Ile to razy obiecywała sobie, że podrze je lub spali? Niezliczoną ilość. A jednak wciąż trzymała je związane błękitną wstążką i tak naprawdę ani myślała się ich pozbywać.
- Doświadczyłeś jej gdzieś jeszcze poza cmentarzyskiem? - anomalii, rzecz jasna. Rosier mówił o niej w sposób zagadkowy i zarazem intrygujący. Być może wiedział o czymś lub doświadczył czegoś związanego z tą zagadkową mocą, co zmieniło jego obraz sytuacji. Evandra nie potrafiła oddzielić anomalii od bolesnych doświadczeń, które na nią sprowadziła,  od niemocy, przykucia do łóżka oraz walki o każdy oddech. Nie dostrzegała jej pożytku, nie znaczyło to jednak, że i ona nie mogła ich w końcu zobaczyć.
Na tę chwilę odsunęła od siebie, w najdalsze czeluści, kłębisko rozbieganych myśli. Nabrała powietrza w płuca, jej pierś zafalowała w pogłębionym oddechu. Uchwyciła jego spojrzenie. Chciała widzieć wyraz oczu swojego męża, całą mimikę.
- Jestem w ciąży, Tristanie. Obok moje serca bije drugie, mniejsze, naszego dziecka - uwierzysz, najdroższy? Ja wciąż nie potrafię.
- Tamtej nocy czekałam na ciebie, aby powiedzieć ci o wszystkim. Na szczęście ani wybuch anomalii, ani atak mojej choroby nie zaszkodziły dziecku. Jest zdrowe i niezwykle silne.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]03.01.18 18:12
Cieszyło go ożywienie Evandry, tak jak cieszył go fakt, że mogła choćby i na moment oderwać myśli od swoich problemów i skierować je w rodzinne strony kojarzące się ze spokojnym, sielskim - jak wynikało tak z jej słów, jak i roziskrzonych oczu na wspomnienie wyspy - dzieciństwem, zainteresowanie z jej strony wydawało się naturalne - nie potrafił sobie wyobrazić sytuacji, w której ktoś usiłuje wyrwać go z Kentu i przesiedlić w inne miejsce; nie miał w sobie jednak dość empatii, by postawić się na miejscu Evandry. Była to dla niego kolejna z kwestii, która po prostu zdarza się innym ludziom, w tym przypadku - kobietom przygotowywanym wszak do tej roli od urodzenia. Była w tym pewna hipokryzja - będzie mu wszak ciężko pożegnać siostry, kiedy nadejdzie pora.
- Będę - zapewnił ją krótko, zatrzymując spojrzenie na jej śmiejących się oczach, perlisty chichot wypełniający komnatę brzmiał przyjemniej niż melodia wygrywana na harfie palcami jej dłoni - cieszyło go, że wciąż potrafiła się śmiać. Że miała na to siły, że wciąż potrafił z niej ten śmiech wydobyć, przespała wiele złego. I wcale nie musiała o tym myśleć - to on miał zapewnić jej klosz, który będzie chronił ją przed wydarzeniami na zewnątrz niego, przed wojną, której zwiastuny z wolna przeobrażały się już w pierwsze bitwy.
- Naturalnie - przytakiwał dalej, bo dziś zgodziłby się na wszystko; bo wreszcie miał przed sobą jej twarz - żywą - wciąż bladą, a jednak naleciałą już kolorem, który nie pozostawiał wątpliwości. Choroba była silna: ale ona sama - silniejsza. Zwyciężyła. - Chciałbym, żebyś pokazała mi najpiękniejsze zakątki wyspy - zamyślił się, przyglądając się obracanej przez nią w dłoniach muszli, jego usta drgnęły, na moment wyginając się w ciepłym uśmiechu. - Miejsca, w których lubiłaś spędzać czas - była wrażliwa, miał w sobie pewność, że wybrane przez nią krajobrazy w rzeczy samej będą zachwycające. - Musimy tylko poczekać, aż sytuacja ustabilizuje się chociaż do pewnego stopnia. Wielka Brytania nieco ucierpiała na tym kataklizmie, w przeciągu najbliższych tygodni raczej nie powinnaś opuszczać Dover. - Nie był pewien, ile wiedziała, na ile zdawała sobie sprawę z tego, że anomalia rozlała się dosłownie wszędzie, że nie tylko wdarła się do ich dworu, że otwierała pułapki na ulicach miast, że sprawiała, że pozornie spokojne tereny zamieniały się dzisiaj w piekło. On nie chciał jej uświadamiać, nie dzisiaj, nie tuż po przebudzeniu, kiedy potrzebowała sił, również psychicznych, żeby wyzdrowieć do końca. - Tak - dlatego jej pytanie zbył; nie okłamał jej, kłamstw było między nimi wystarczająco wiele, dość, by kolejne głosił z ostrożnością, nie chcąc podsycać czujności. Oczywiście, że tak, miał już do czynienia z anomalią. - Ale to nie jest opowieść na dzisiejszy wieczór - zakończył, niejako urywając temat, nie miał pojęcia, czy do Evandry dotarły już wieści o rezerwacie - o tym, że został anomalią zniszczony. Ponownie, nie chciał być dzisiaj posłańcem złych wieści, a ona nie powinna przejmować się innymi troskami niż własną. Obserwował ją uważnie, z lekkim niezadowoleniem marszcząc brew, gdy zbierała się do przekazania wieści; początkowo sądził, że mogą mieć coś wspólnego ze stanem jej zdrowia lub wieściami z rodzinnych stron; przez myśl mu nie przeszło, że zaszła w ciążę tak szybko. Przez jego twarz nie przemknął żaden grymas, patrzył prosto na nią, choć wyglądał, jakby nie widział, myślami będąc gdzieś daleko stąd - został ojcem, co więcej, ojcem silnego dziecka, które nie ucierpiało - prawdopodobnie -  w wyniku wszystkiego, co wydarzyło się przez ten czas. Na ten moment brzmiało to abstrakcyjnie, dziecko było niewidoczne, podobnie jak objawy stanu jego małżonku, zbyt abstrakcyjnie, by pojąć tę informację w pełni. Zapewne winien był okazać teraz entuzjazm, nie musiał czuć się na ojcostwo w żaden sposób gotowy; sztab niań, mamek i guwernantek bez wątpienia zaopiekuje się dzieckiem, boleśnie szarpało go tempo zmian - dopiero co stracił własnego ojca, a już sam nim został. Jeśli to będzie syn, będzie jego dziedzicem.
- Wspaniała wiadomość - stwierdził w końcu, sztywniejąc przy oparciu krzesła, powłócząc spojrzeniem po dłoniach, łabędziej szyi i delikatnej twarzy Evandry. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele anomalie mogły mu odebrać. Niezależnie od tego, jak realne wydawało się na ten moment dziecko, było alegorią jego pozycji: sukcesywnie umacnianej na dworze Rosierów od dnia ślubu. - Jak się czujesz? - Zadał już to pytanie, pytał jednak o anomalię: nie o kwitnące w jej łonie życie.  - Evandro - wypowiedział jej imię miękko, delektując się jego brzmieniem, Evandra Lestrange jako matka jego dzieci jeszcze do niedawna jawiła się jako niedorzeczna wizja - jeżeli będziesz miała jakiekolwiek pragnienia, życzenia - urwał, wiedziała, że mogła prosić o wszystko; jej dobre samopoczucie było teraz priorytetem  - zależało od niego dobro nienarodzonego dziecka.
Jeszcze raz, być może pierworodnego syna.
- Tylko powiedz - zakończył, wciąż patrząc w jasnobłękitne tęczówki jej oczu, być może powinien nakazać sprowadzić dla niej ryby z Zatoki Compton, być może egzotyczne owoce w większej ilości, być może sprowadzić krawcową, która już zacznie zajmować się jej garderobą; potrzebowała teraz spokoju, wypoczynku i ciszy, beztroski, odcięcia od wszystkiego, co działo się po drugiej stronie różanego ogrodu. Odcięcia od wojennego widma, od zniszczeń kataklizmu, od jego kłamstw - od wszystkiego, co mogło jej zagrozić.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Komnaty Evandry 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]05.01.18 19:49
Podświadomie pragnęła, aby wszystko, co złe, przerażające, co być może zakończy się ogromną, krwiożerczą walką, pozostało gdzieś daleko za nią. Nie mogła zaprzeczyć rzeczywistości, stać się ślepą na wydarzenia, w których sama uczestniczyła, nie mniej nikt nie odbierze jej prawa do tego, aby nie tyle pozostać biernym obserwatorem, co odwrócić od nich wzrok. Za priorytet uważała skupienie się na tym, co najważniejsze, a uściślając - na kim.
Odłożyła muszelkę na nocy stolik, znajdujący się zaraz obok łoża. Chciała mieć ją blisko siebie, na wyciągnięcie ręki. W tym drobnym podarunku została zaklęta łatwość w przywoływaniu nasyconych żywymi kolorami wspomnień. Dzięki nim potrafiła uspokoić oddech, puścić zszargane nerwy, być może przywołać spokojny sen.
Nie uwierzyła, kiedy po raz pierwszy usłyszała od medykomaga, który zjawił się w Chateau Rose z kontrolną wizytą, iż w jej łonie kiełkuje nowe życie. Osłabienie, które towarzyszyło jej od ostatnich kilku dni, brak apetytu oraz humoru, tłumaczyła sobie podstępną Serpentyną, wyczekującą dogodnego momentu, aby przypomnieć o sobie, zaciskając swoje oślizgłe palce na jej kruchym zdrowiu. Przez myśl nie przeszło Lady Rosier, że może być w stanie błogosławionym. Tak szybko. Zbyt szybko.
Podobnie, jak Tristan nie czuł się gotowy do ojcostwa, tak i ona musiała mierzyć się z ogromem obawy w związku z nową rolą. To oczywiste, że będąc żoną potężnego lorda, łącząc sojuszem spisanym przez więzły małżeństwa dwie arystokratyczne rodziny, miała świadomość stawianych wobec niej oczekiwań obu stron, w tym obowiązku, iż niechybnie powije dziecko, najlepiej silnego chłopca, który stanie się dziedzicem. Niepodważalnym gwarantem ich pozycji. Ucieleśnieniem wszelkich, pokładanych w potomku nadziei, który do tej pory istniał wyłącznie w odległych, nie do końca wyraźnych wyobrażeniach.
Nieznacznie przechyliła głowę ku lewemu ramieniu. Chciała wierzyć, że Tristana szczerze ucieszyła te wieści. Nie okazywał tego otwarcie, ale i Evandra nie wymagała ujrzenia na własne oczy wybuchu entuzjazmu. Wszelka radość miała w sobie wciąż posmak goryczy, gdyż wydarzenia z ostatnich tygodni mocno odbiły się na każdym z mieszkańców Chateau Rose. Ufała, że płacz noworodka, który poniesie się echem po korytarzach dworku w prawdopodobnie pierwsze, zimowe wieczory, definitywnie zmaże echa licznych, przykrych doświadczeń, a także da początek czemuś nowemu. Niezwykłemu. Pięknemu.
- Zakazałam mówić o ciąży uzdrowicielom. Sama tez nikomu nie powiedziałam. Chciałam, abyś dowiedział się o tym jako pierwszy - jasne, o wiele spokojniejsze oczęta, które musnęły profil mężczyzny przelotnym zerknięcie, starały się odnaleźć spojrzenie Rosiera. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że obok jej serca bije drugie, niebawem zacznie słyszeć jej głos, wyczuwać dotyk.
- Nadal oszołomiona, ale nie mogę się doczekać, aż poczuje jego ruchy - obawy, które początkowo próbowały ja usidlić, zachowała dla siebie. Nie dawała jej spokoju myśl, że może nie przeżyć porodu oraz nigdy nie ujrzeć na oczy własnego dziecka, nie mniej z tym konkretnym koszmarem Serpentyny musiała sobie poradzić w pojedynkę.
Zanim pozwoliła opaść dłonią na miękką, pachnąca różanym olejkiem pościel, prześlizgnęła się opuszkami palców po szorstkim poliku Rosiera. Temu podobne gesty przychodziły jej z większa swobodą, nie roztrząsała jednak dlaczego.
- Będę pamiętać, Tristanie, choć tak naprawdę mam tylko jedną, niewielką prośbę - Evandra nie życzyła sobie ani klejnotów, ani pięknych sukien. Większą wartość miały dla niej niewielkie, ale osobiste drobiazgi - jak właśnie muszla zabrana z plaży, po której musiała nie raz biegać na boso, śmiejąc się przy tym w głos, jak rozkoszne kocie, które nie odstępowało jej na krok - od każdego, egzotycznego, wymyślnego i niespodziewanego prezentu. Był łatwiejszy sposób, aby sprawić jej przyjemność. Okazać swoją troskę. Przywołać uśmiech na bladoróżowe usta.
- Znajdź w natłoku swoich zobowiązań i innych obowiązków czas, aby zaglądać do nas. Tak naprawdę niczego więcej mi nie trzeba - wyszeptane słowa zacierały się. To był dzień pełen emocji, wymagających dla niej, dla osłabionego organizmu. Zostań dzisiejszej nocy ze mną, Tristanie miało paść z jej ust; nie była pewna, czy powiedziała to naprawdę, czy wyłącznie we własnych myślach.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]15.01.18 12:55
Dopiero teraz do niego dotarło: dlaczego magomedycy nie powiedzieli mu wcześniej? Był jej mężem, powinien dowiedzieć się wcześniej, zwłaszcza, kiedy Evandra tak długo pozostawała nieprzytomna. Denerwował się, bo martwił się i o nią i o nienarodzone dziecko, którego stan naprawdę mógł zostać zagrożony - odetchnął, ciężko, głucho, splatając palce dłoni wspartych na kolanach rąk razem. Powinien porozmawiać z tymi magomedykami - i zapewne to zrobi.
- To było... nieodpowiedzialne - upomniał ją krótko, nie odejmując oczu od jasnobłękitnych tęczówek jej oczu, uchwyciwszy jej spojrzenie. Nie wyglądał na poirytowanego lub złego, przeciwnie, kącik jego ust wciąż pozostał uniesiony lekko w górę - Evandra została matką jego dziecka, być może syna, minie nieco czasu, nim dotrze do niego, co to właściwie oznacza. Przymknął oczy, czując jej dotyk na własnym policzku, miała zgrabną, drobną i delikatną dłoń, przyjemną, przekazującą subtelność, która zresztą wypełniała ją całą. Subtelność, eteryczna delikatność, wile piękno. Teraz miała być jeszcze silna, macierzyństwo wymagało od kobiety mnóstwo poświęcenia - ale widział po niej, że temu podoła. I miał powody być z niej dumny. Wysłuchał jej ze spokojem, skinąwszy głową; uspokajająco kolejny raz sięgając do jej dłoni, którą przygładził z troskliwą czułością opuszkiem kciuka.
- Nie musisz mnie o to prosić, Evandro - Nie tylko dlatego, że taki był jego obowiązek, wcale nie odczuł zakłopotania przywołaniem obowiązków, z których przynajmniej część była zmyślona - ta część, w trakcie której spędzał noce przy kochance. Nie zmieniało to faktu, że poślubił najpiękniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek widział - ani tego, że był jej mężem. Jej powrót do zdrowia był szokiem, ale i radosną nowiną  - myśl, że mogła umrzeć zaledwie kilka tygodni po przyjęciu jego nazwiska doprowadzała go do szaleństwa. Znał jednak przyczynę tego zapytania, nie pojawił się przy niej od razu. Choć powinien. Nie zamierzał zaniedbywać żony. Żony i dziecka, dziwnie było myśleć o niej jako o nich. - Jestem przy was - zapewnił bez mrugnięcia powieką, na krótko zamykając jej dłoń w uścisku własnych. Nachylił się, by ucałować wierzch dłoni swojej lady, jeszcze raz. Przepraszająco, ale tego wiedzieć nie mogła. - Ale dzisiaj - nie usłyszał wszak jej myśli - potrzebujecie już odpoczynku - wypuścił jej dłoń z uścisku, powstając z fotela - sięgając po stojący na szafce przy jej łożu świecznik; wieczór nadszedł stanowczo zbyt szybko. A ona - wciąż była wyzbyta z sił. Potrzebowała snu, dużo kojącego, regenerującego snu. I ciszy. Miał zamiar upewnić się, że otrzyma wszystko, co było jej teraz potrzebne: półmiski z lubianymi przez nią owocami mango oraz liczi, truskawkową tartę, delikatne pralinki, potrzebowała sił. Żeby dojść do zdrowia - i wyprowadzić ku zdrowiu również jego dziecko. Przydałby się jej łapacz snów, powinien jej go sprezentować - odegnać nocne upiory, rozmyć koszmary. Zapewnić błogi sen. - Powiadomię rodzinę, że spodziewamy się dziecka. - Nestor musiał się dowiedzieć, że spodziewają się potomka, przede wszystkim on. Ojciec nie doczekał tej chwili. - Śpij dobrze, najdroższa - Nachylił się nad nią, skrytą pod miękkimi materiałami, składając na jej alabastrowym czole opiekuńczy pocałunek - po czym zgasił świece, odstawiając lichtarz na bok i już otulony ciemnością opuścił jej komnaty.
I tak oto prastary krzew róży wydał kolejny pęd.


/zt x2 :pwease:



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Komnaty Evandry 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]18.05.18 16:58
Wyszyte złotymi nićmi buciki stukały w równym rytmie o szerokie schody, prowadzące prosto do głównego wejścia do imponującego rozmiarami budynku. Evandra, wspierając się na ramieniu wuja Lestrange, uważnie wsłuchiwała się w snutą przez niego opowieść dotyczącą nowych gwiazdek, mających osiąść na firmamencie rozpostartym pod opiekuńczym dachem opery na Wyspie Wight. Wiedziała, że lord Francis jak nikt zna się na muzyce. Przeżył na tym świecie ponad sto lat i był już bardzo wiekowy, stracił wiele na swej urodzie, tuszy i sprawności, lecz słuch pozostał bez najmniejszego zarzutu. Oszczędziło mu to wielu cierpień, bowiem podstawą jego życia od zawsze była muzyka. Wyspecjalizował się głównie w ocenianiu śpiewu, chociaż doskonale radził sobie także w krytyce instrumentów. Uważał jednak, podobnie jak sama Evandra, że nawet najbardziej kunsztownie wykonane skrzypce, najprecyzyjniej wystrojone pianino i najpotężniej grzmiący bęben nie będzie w stanie dorównać cudowi tworzenia się głosu w ludzkim gardle. To tam działa się prawdziwa magia, skomplikowana znacznie bardziej od nieożywionych przedmiotów, w które owszem, wkładano wiele serca i pracy, ale które później, po zgaśnięciu świateł, pozostawały jedynie rzeczami. Pustymi, martwymi, same z siebie nie potrafiąc dać słuchaczom żadnych emocji. Czym innym był przecież człowiek zwłaszcza ten obdarzony czarodziejską mocą. Prawdziwy śpiewak, panujący nad strunami, w jakie wyposażyła go natura, wykorzystujący je w odpowiedni sposób, pielęgnujący i szlifujący latami brzmienie wydawanego przez siebie dźwięku. Francis powiadał, że dopóki ktoś nie postawi przed nim instrumentu, którego doglądano i dopasowywano przez setkę lat, dzień w dzień, starając się usprawnić wydawane przezeń odgłosy, dopóki nie przyzna wyższości wytworów człowieka nad samym człowiekiem.
Oczywiście odpowiednio utalentowanym. Dziś mieli przekonać się o tym, ilu naznaczonych wyjątkową iskrą śpiewaków nie tylko chodziło po brytyjskiej ziemi, ale postanowiło spróbować swoich sił jako nowe nabytki opery rodziny Lestrange. Nie były to przesłuchania największych gwiazd, dziś na deskach sceny miały stanąć nieopierzone pisklęta, dopiero uczące się latać, zbierające siły na to, by wypaść z gniazda własnych ograniczeń i pofrunąć po raz pierwszy w przestworza. Część miała przypłacić to życiem swej nadziei na sukces. Większość zostanie skrytykowana i zrównana z ziemią, obdarta z jakichkolwiek szans na to, by mogli spełnić swe marzenia o karierze i protekcji lordów Lestrange. Tylko kilku z nich dostąpi zaszczytu profesjonalnego szkolenia oraz przebywania pod czujnym okiem mentorów, którzy od lat pomagają przyjść na świat prawdziwym śpiewakom, święcącym trumfy. Rozpoczęcie sezonu letniego w operze wiązało się z wieloma zmianami, co wiązało się z natłokiem obowiązków, stanowiących jednak dla reprezentantów rodu przyjemność. Evandra z wdzięcznością przyjęła zaproszenie wuja Francisa na dzisiejsze przesłuchania. W ostatnim okresie rzadziej bywała w operze, a nagły atak choroby, okrutnej Serpentyny, uniemożliwił jej doglądanie poprzednich recitali. Dopiero teraz czuła się na tyle silna, by towarzyszyć krewnemu i odegrać reprezentacyjną rolę u jego boku, służąc radą oraz świeższym, młodszym spojrzeniem na pojawiających się na scenie śpiewaków. Była przejęta powrotem po chorobie, lecz zwyciężało podekscytowanie nowych wyzwań oraz towarzystwa sir Francisa, którego niezwykle szanowała. To on, między innymi, zaszczepił w niej miłość do śpiewu i to on, jako jedyny, mógł ją skrytykować bez wywoływania rozżalenia lub wręcz rozpaczy, wypłakiwanej potem w jedwabne poduszki. Przejmowała się jego opiniami, chcąc stać się w jego oczach jak najlepsza, czego dokonała przez wszystkie lata pilnych ćwiczeń. Dziś miała stanąć zaś po drugiej stronie, tak, jak robiła to przed swoją niedyspozycją wywołaną zmianami w życiu oraz chorobą, wspomagając wuja Francisa swą obecnością oraz wiedzą z zakresu bardziej współczesnej muzyki i nowych rozwiązań w planowaniu spektakli, o jakich rozpisywały się specjalistyczne francuskie magazyny. Evandra przypomniała sobie je wczorajszego wieczoru, przeglądając długie eseje dotyczące muzyki oraz teksty krytyczne, napisane przez szanowanych muzykologów. Chciała przygotować się jak najlepiej do wspierania lorda Lestrange, by nie zawieść pokładanych w niej oczekiwań. Pomimo zmiany nazwiska i przejścia pod opiekę Rosiera, ciągle pamiętała o swych korzeniach oraz rodzinie, pozostawionej na Wyspie Wight. Była półwilą, syreną, wierną miłości do muzyki oraz dziedzictwa pozostawionego przez przodków. Cieszyło ją zaufanie wuja Francisa, dlatego też nie kryła radości, gdy prowadzona przez staruszka zasiadała wraz z nim w bocznej sali opery.
Zajęli miejsca przy pokrytym atłasowym, błękitnym obrusem stołem akurat w momencie, w którym techniczni opiekunowie tej sceny kończyli rozsuwanie kurtyn oraz rozświetlanie pomieszczenia. Evandra uśmiechnęła się raz jeszcze do wuja, przyjmując od niego gruby konspekt, zawierający życiorysy oraz zaplanowane występy przesłuchiwanych tego popołudnia osób. Otworzyła go i zaczęła powoli przeglądać, przyswajając sobie poszczególne informacje dotyczące barwy głosu, tembru oraz życiorysu śpiewaków, starających się o dostąpienie zaszczytu występowania na deskach opery rodziny Lestrange. Zmarszczyła brwi, mimowolnie naśladując mimikę skupionego na lekturze wuja – naprawdę chciała mu się przypodobać i kiedyś, za kilka lat, posiąść tak wielką wiedzę oraz muzyczną wrażliwość. Sama otrzymała od losu niezwykły talent i czuły słuch, lecz nie śmiała równać się z kimś, kto poświęcił pracy kilkadziesiąt lat. Kochała muzykę, znała ją, poświęciła jej całe dotychczasowe życie, ba, uważała się za mistrzynię tej sztuki, ale nawet ona bladła przy wiedzy lorda Francisa. Co nie oznaczało, że zagłębiała się w życiorysy z wyrozumiałością, o nie. Przekonana o własnej wyższości zamierzała debiutantów oceniać surowo. Nie wpuściłaby do opery dyletanta lub kogoś, kto osiągał cokolwiek niżej perfekcji. Przekartkowała folder, zapamiętując najlepiej rokujące nazwiska, po czy,  po sygnale rozpoczęcia przesłuchań, danym przez wuja Lestrange, zamieniła się w słuch.
Przez scenę przewinęło się kilkunastu śpiewaków oraz śpiewaczek. Evandra śledziła ich poczynania ze zmrużonymi oczami, wyprostowana, co jakiś czas zakreślając magicznym piórem tylko sobie wiadome komentarze, wykaligrafowane drobnym, bardzo ozdobnym pismem, na krawędzi folderu dotyczącego artystów. Ten śpiewał za nisko, ten prezentował się wręcz okropnie: bokobrody z poprzedniej epoki, niechlujny surdut no i ta potworna pożyczka, przesłaniająca spocone czoło. Piękno śpiewu musiało iść z pięknem prezencji, w operze widzowie odnajdowali estetyczne spełnienie każdego kalibru. Zdarzały się śpiewaczki operowe o, jak to określały czasopisma, specyficznej urodzie, lecz Evandra kręciła nosem na przejawy podobnej tolerancji. Piękno to piękno, koniec kropka. Oceniała więc surowo, pozwalając jednak głównie przemawiać wujowi. Sama komentowała występy pod koniec, swym miękkim, śpiewnym tonem udzielając głównie słów krytyki, podanych jednak w uprzejmy sposób. Wielu z chętnych odchodziło wyraźnie speszonych bądź przejętych uwagami, dwoje zasłużyło jednak na ich uwagę. Ciemnowłosa piękność operująca jednym z najczystszych sopranów, jakie Evandra kiedykolwiek miała przyjemność usłyszeć, oraz pulchna kobieta o sopranie koloraturowym, miękki, ruchliwy, wręcz stworzony do wyrafinowanych pasaży oraz ozdobnych detali, wzbogacających każdą operę. Głos tej ostatniej był zapewne zbyt nowoczesny jak na skostniałe poglądy wuja, dlatego też Lestrange, po zakończonych przesłuchaniach, wdała się z wujem w dyskusję, broniąc kandydatury panny Fancourt. W uprzejmy acz zdecydowany sposób przytaczała francuskie publikacje na temat włączania głosów o dużej skali c do oper oraz popularność, jaką cieszyły się śpiewaczki posiadające tą skalę głosu na kontynencie. Sir Francis początkowo podchodził krytycznie do propozycji, dał się przekonać dopiero po krótkiej dyskusji – Evandra wiedziała, że pokłada w niej wielkie nadzieję jako swojej następczyni, za kilka lat, jeśli Merlin pozwoli. Ukontentowana przystała na propozycję przyjęcia Fancourt na okres próbny, gdzie mogłaby podszkolić swój głos. Otrzymała niebagatelną szansę i lady Rosier była przekonana, że odpowiednio ją wykorzysta. Z zadowoleniem ogłosiła więc wyniki przesłuchań, z łaskawością spoglądając na wyprane sopranistki. Obiecała wujowi, że przekaże wszelkie wytyczne pomocnikom technicznym i jeszcze tego samego wieczoru napisała kilka listów, oddając obydwie śpiewaczki pod opiekę wykwalifikowanych impresario, mających zadbać o to, by najbliższe miesiące szkolenia przyniosły okazałe owoce w postaci zachwycających głosów, mogących godnie prezentować się na scenie rodowej opery. W swoich wytycznych nakreśliła typ szkolenia, słabe oraz mocne strony kobiet oraz wyznaczyła terminy prób, przy których chciała być obecna, wraz z wujem Francisem. Nie szczędziła słów pochwał, wiedząc, że sukces sopranistek poniekąd będzie także jej sukcesem. Miała nadzieję, że zasłuży na uznanie. Sama nie mogła prezentować swego śpiewu gawiedzi, czuła się jednak odpowiedzialna za los śpiewaczek, szczerze licząc na to, że przyniosą chwałę sobie oraz, egoistycznie, także jej samej. Zalakowała listy i przekazała je sowie, wysyłając je odpowiednim osobom, mającym wprowadzić obydwie podopieczne w sprawy opery.

zt
Gość
Anonymous
Gość
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]06.06.18 14:20
Nie sądził, że wolność będzie smakowała tak słodko. Spędził w Azkabanie zaledwie kilka godzin, nie był jego więźniem, lecz mimo to zdołał odczuć przygnębienie tamtejszych smętnych korytarzy i wszechobecnych krat odgradzających ich od wolności, klaustrofobiczną przestrzeń i grubość murów, które wydawały się nie do przebicia. To miejsce byłoby straszne nawet bez obecności dementorów - podczas gdy ich posępna aura przytłaczała przytłaczała swoją potwornością. Próbował zapomnieć, wyzbyć się obrazów, które uparcie trwały przed jego oczyma, widoku Evandry w sękatych ramionach jednego z tych stworzeń, której srebrne głosy odznaczają się bielą na jego czarnych szatach, której ciało bezwładnie opada - a nad bladymi ustami której unoszą się dwa jasne światła; jedno niewiele mniejsze od tego, które zostało wyssane z Tufta i drugie - znacznie mniejsze, dusza jego pierworodnego dziecka. Lupus postawił go na nogi, rozluźnił spięte mięśnie i usunął odmrożenia, ale Tristan wcale nie czuł się dobrze. Był osłabiony, do kominka podszedł chwiejnym krokiem, nim wyraźnie wypowiedział nazwę dworu Chateau Rose w Dover, gdzie wypadł z kominka, wspierając się dłonią o pobliską ścianę. I odetchnął, czując zapach domu, zapach róż i morskiej bryzy. Nie miał na sobie wierzchniej szaty, ministerialne odzienie zdjął, nim zatonął w sieci fiuu - spodnie były zakurzone, a koszula podarta, ale był już bezpieczny. Był w domu. Myślami na krótko uciekł do Białej Willi, jeśli on został ocalony - ją musieli przechwycić podobnym sposobem. Był za słaby, żeby dostać się na wyspę.
Dopiero teraz zaczynało do niego docierać, co wydarzyło się tej nocy. Spalili Ministerstwo Magii. Włamali się do Azkabanu i uwolnili z jego śmierciożercę. Byli bezkarni i potężni, wolno im było wszystko. A Czarny Pan - będzie z nich zadowolony. Craig był na wolności, sprawa dementorów pozostała otwarta, nie miał pewności, czy to się udało  - ale osobiście uwolnił moc anomalii, wymuszając na nich posłuszeństwo wobec sprawy Czarnego Pana. Jego usta mimo zmęczenia ułożyły się w kpiący uśmiech, kiedy pokręcił głową, zduszając krótki, urywany śmiech - i powolnym krokiem kierując się ku sypialnej części dworu. Po drodze - rzucił przewieszoną przez ramię torbę Prymulce, zbywając ją gestem. Nie spała zapewne jako jedyna, wszędzie panowała ciemność, a pora z pewnością była inna. Zatrzymał się w pół kroku do swoich komnat, jego różdżka znajdowała się w kieszeni, nie rozpalał światła - znał te korytarze na pamięć, nie potrzebował światła. I ją też znał już na pamięć, wiedział, że jej tam nie zastanie. Mimo to - wszedł, na krótko zatrzymując spojrzenie na pustym małżeńskim łożu; nie mógł powstrzymać dziwnego niepokoju - jej śmierć - to nie była śmierć, los od śmierci znacznie gorszy - był dzisiaj tak realny. Dostrzegł karafkę z winem na barku, uchwycił ją i z gwinta pociągnął nieduży łyk alkoholu; musiał odpocząć.
Drzwi do komnat Evandry otworzył powoli, nie zamierzając sprawiać niepotrzebnego hałasu. Dopiero kiedy ją dostrzegł, tak samo bezwładną, jak w tej potwornej wizji, o srebrnych włosach lśniących żywo w świetle księżyca, o bladym licu spokojnym jak podczas pocałunku dementora, o bezbarwnych ustach znaczonych chorobą, jak wtedy, kiedy ulatywało z niej życie, przepiękną, wszedł do środka - być może nie powinien niepokoić jej w środku nocy, ale nikt nie mógł go też przed tym powstrzymać. Obszedłszy jej łoże, nie odejmując spojrzenia od jej porcelanowej twarzy, zatrzymał się tuż przy niej - i przy otwartym oknie, za którym szumiało morze. Zwykle kojące - dziś przypominające dudniącą anomalię Azkabanu. Przymknął oczy - lecz widział tylko czerń dzikiej, nieokiełznanej magii, jaką jeszcze przed momentem dzierżył w dłoniach, szumiącej tak samo - otworzył je szybko, bez wyrazu wpatrując się w gwieździste niebo. Gwiazd tam nie było - tylko ciemność i stalowe kraty.
Przysiadł na skraju łóżka, zatapiając dłoń w jej włosach, miękkich jak jedwab, delikatnie zsuwając je z ramion, by odsłonić białą, łabędzią szyję. Nie chciał jej budzić - spała tak pięknie - chciał jednak zobaczyć blask jej błękitnych oczu - i ujrzeć w nich iskrę życia. Brakowało mu zapachu jej francuskich perfum, delikatności jej ciała - tak innego od wszystkiego, co dzisiaj widział.
Zabiłem dzisiaj dwóch ministrów, Evandro.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Komnaty Evandry 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Komnaty Evandry [odnośnik]10.06.18 21:37
Sen zmorzył ją dziś wyjątkowo wcześnie. Nie musiała znieczulać się lekturą nowych francuskich romansów (przeglądała je z wypiekami na twarzy) ani uspokajać haftowaniem w towarzystwie ulubionej cioci Catherine. Gdy tylko słońce zaszło za morskim horyzontem, barwiąc białe klify Dover królewską czerwienią, ułożyła się w wygodnym łożu, przyciskając ciepłe dłonie do wypukłego brzucha. Musiała odpoczywać, dbać o siebie i jeść za dwoje. Musiała też łykać jeszcze więcej niesmacznych eliksirów, mających powstrzymać Serpentynę. Wszelkie te nakazy przyjmowała z pokorą: pojawienie się na świecie dziecka przyćmiło narcyzm, sprawiając, że Evandra myślała mocniej o kimś innym niż o sobie. Male, bezbronne dzieciątko, powoli tworzące się w jej łonie, było warte największych poświęceń. Jadła to, czego nie lubiła, więcej się ruszała, choć nie przepadała za plebejskim potem i starała się unikać stresów, patrząc na świat przez różowe okulary. Wiele zmieniła niedawna rozmowa z Tristanem, podczas której dowiódł swej wierności, a ona sama wyszła na histeryczkę. Ciężko przejęła się swoją niesubordynacją, zawiodła jako żona, nieufna i podejrzliwa, złośliwa hetera, jaką nigdy nie chciała się stać. Duma kłóciła się w niej z poczuciem obowiązku, bolesna zadra niewierności z przekonaniem, że jej mąż zmienił się i dojrzał. Zauważała to. Częściej przebywał w domu, rzadziej wymawiając się wizytami w rezerwacie. Anomalia została opanowana, dzięki czemu poświęcał jej więcej czasu. Przychylał nieba, dbając o to, by niczego jej nie zabrakło, niezależnie od nasilonych kaprysów. Sprawdzała, w którym momencie służba Rosierów powie jej "dość", ale to słowo nigdy nie padło: dostawała wszystko, o czym tylko zamarzyła, niezależnie, czy chodziło o poduszkę wyłożoną najdelikatniejszymi piórami francuskich gęsi czy egzotyczny przysmak, sprowadzany z Bliskiego Wschodu. Rozkoszowała się tymi przywilejami, stając się jeszcze bardziej rozkapryszona i w wiecznej potrzebie. Kontaktu, uwagi, troski. Kwitła, gdy Tristan spędzał z nią chłodne popołudnia, nie mogła się też doczekać debiutu na Festwialu Lata, gdzie pojawiają się jako małżeństwo. Mijający rok przyniósł drastyczne zmiany, wywołując w niej szloch bólu zaraz po łzach szczęścia. Nie do końca potrafiła odnaleźć się we własnych chwiejnych uczuciach. Bywały chwile, gdy widok orzechowych oczu Tristana wywoływał w niej szczery gniew. Przypominała sobie wtedy chwile z jadalni, gdy sięgał po nią niczym po niemoralną panienkę, lecz wkrótce tę wizję zastępował obraz przysięgi, którą jej składał. Szczerze, z powagą, mocno trzymając jej drżącą dłoń. Obiecywał świadomy odpowiedzialności, która na nim ciążyła. Wierzyła, że każde jego słowo było prawdą. Pragnął jej od tylu lat, jej i tylko jej. Nikt inny nie mógł równać się z łączącą ich miłością, zwłaszcza teraz, gdy pomimo choroby tak szybko powiła pierworodne dziecko. Syna. Czuła to całą sobą, głaszcząc troskliwie wypukły brzuch. Da mu upragnionego dziedzica, złotowłosego księcia, przejmującego to, co najlepsze w dwóch wyjątkowych rodach. Jej mężczyznę, jedynego, najważniejszego. Zdołała już go pokochać, zaczynała także z nim rozmawiać - tej nocy zasnęła z kołysanką na ustach, z melodią, zaśpiewaną specjalnie dla ukochanego dziecka, bezpiecznie kołyszącego się w środku ciepłego ciała.
Obudził ją delikatny dotyk, muśnięcie wiatru, wpadającego przez otwarte na morze okno. Zmrużyła oczy, przyciskając twarz mocniej do jedwabnej poszewki poduszki, lecz chłodne drgnienie powietrza nie mijało, wręcz materializując się w pieszczocie. Sapnęła sennie a złote loki opadły ponownie na jej twarz. Śniło się jej coś pięknego, chwytała się ulatniającej się wizji. Śmiech gromadki dzieci w pastelowych sukienkach, donośne bicie serca, tłukącego się w brzuchu niczym dzwon. Uśmiechnęła się nieprzytomnie a rozgrzane snem dłonie powędrowały znów w dół koszuli nocnej, natrafiając po drodze na chłodną rękę. Otworzyła oczy, wystraszona, a spierzchnięte od snu usta rozchyliły się. W półmroku nie w pierwszej chwili rozpoznała Tristana. Wpatrywała się w mrok niespokojnie i z irytacją, dopiero po kilku urywanych oddechach uspokajając się. Tuż obok siedział jej mąż, jej obrońca - nic jej nie groziło. Uniosła się z poduszek do pozycji siedzącej, zaciskając gorące, delikatne palce harfistki wokół jego nadgarstka. - Tristanie - powitała go na wpół sennie, jeszcze nie do końca otrząsnąwszy się z pięknego snu. - Wróciłeś do mnie - Powiedziała, przesuwając się nieco, by oprzeć czoło o jego ramię. Na razie nie widziała zmęczenia ani brudu, kołysząc się w półśnie, pewna, że powrócił po prostu z rezerwatu. Złote pukle włosów opadły na jej twarz i jego klatkę piersiową, owiewaną ciepłym, słodkim oddechem półwili.
Gość
Anonymous
Gość

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Komnaty Evandry
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach