Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Maxine Desmond

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Maxine Desmond
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5560-maxine-desmond https://www.morsmordre.net/t5599-leopoldina#130569 https://www.morsmordre.net/t5602-mad-max https://www.morsmordre.net/f103-swansea-st-helen-avenue-7 https://www.morsmordre.net/t5600-maxine-desmond#130571
Szukająca Harpii z Holyhead
25 lat
Mugolska
Panna

she's mad, but she's magic
there's no lie
in her fire

15
10
0
0
0
0
20*
5
Czarownica
mad max

PisanieTemat: Maxine Desmond   25.12.17 15:07


Maxine Jane Desmond

Data urodzenia: 21.02.1931
Nazwisko matki: Smith
Miejsce zamieszkania: Swansea
Czystość krwi: mugolska
Status majątkowy: średniozamożna
Zawód: szukająca Harpii z Holyhead, gwiazda quidditcha
Wzrost: 165 centymetrów
Waga: 51 kilogramów
Kolor włosów: złociste jak łany zboża
Kolor oczu: modre
Znaki szczególne: lekko zadarty nos, dłonie szorstkie od trzymania miotły, blizna nad lewą brwią, pieprzyk nad lędźwiami, zadziorne spojrzenie


ja wiem, jestem szorstka,
ale to nie znaczy odporna
może to właśnie kruchość, otoczka
“jakby co”
jakby kto
jakby zło

słaba istota pokrzywopodobna

Wiele modlitw wzniesiono ku niebiosom przed laty, by sprowadzić ją na świat. Dziadkowie prosili Pana, by pobłogosławił ich dzieciom silnym synem - Marcus i Jane Desmond byli ludźmi bogobojnymi, uczciwymi i pracowitymi. Przez przeszło piętnaście lat po ślubie wciąż starali się o dziecko, w końcu zwracając się do sił wyższych - pastora i Boga. Ciężką pracą na swym niewielkim kawałku walijskiej ziemi, nieopodal Abergavenny, i modlitwami szeptanymi na klęczkach w skromnej kapliczce, próbowali wybłagać łaskę - i zostali nią obdarzeni. Podczas mroźnej zimy tysiąc dziewięćset trzydziestego pierwszego roku przyszło na świat pierwsze dziecko Marcusa i Jane, Maxine, a choć pragnęli syna, który pomógłby ojcu i zaopiekował się nimi na starość, pokochali tę drobną istotę szczerze. Zaufali wówczas Bogu bez reszty, zaufali kościołowi, zatracając się w wierze i odnajdując w niej ukojenie, tym bardziej, gdy zostali pobłogosławieni drugim dzieckiem kilka lat później.
Matka mówiła, że Pan zesłał jej małego aniołka. Maxine miała złote loczki, błękitne oczy i słodki uśmiech, przypominała małego cherubina z obrazów, które zdobiły ściany kościołów. Wychowywano ją surowo, zgodnie z naukami kościoła anglikańskiego, w szacunku do ciężkiej pracy, tradycji i starszych. Życie małej Max było obłożone tak wieloma zasadami, że jej dziecięcy umysł nie zdołał ich pamiętać. Wszystko, co nie było dozwolone, było zakazane. Nie wierć się, nie odzywaj nieproszona, zawsze ustępuj starszym, słuchaj matki, słuchaj ojca, wstawaj wcześnie, pracuj ciężko, zmawiaj pacierz, pilnuj gęsi. Jane Desmond pragnęła widzieć w swej córce odbicie samej siebie: pokornej, skromnej i posłusznej mężczyznom kobiety, panienkę, która będzie jej dumą. Złote pukle w warkocze, na ich krańcach zawiązywała wstążki, ubierała ją w własnoręcznie szyte sukienki, uczyła słów piosenek. Maxine zrywała jednak wstążki, rozplątywała warkocze, sukienki brudziła, kolana zdzierała, wspinając się na drzew i biegając z chłopcami z sąsiedztwa po drogach. Lubili ją, bo nie była tak jak inne dziewczęta, choć słodko śpiewała. Miała zadarty nosek, ale nie zadzierała go wysoko, bawiła się z nimi w żołnierzy i wojnę, choć od zawsze powtarzano, że wojna to nie temat do zabaw i prano im tyłki wierzbowymi witkami.
Nie była taką córką jakiej pragnęli Marcus i Jane. Niewiadomo skąd się wzięła w niej krnąbrność, energia i niesforność, a choć rodzice szczerze ją kochali, jak to rodzice, to w końcu zaczęli rwać sobie włosy z głowy. Na początku mówili, że to minie z wiekiem, że nauczy się jeszcze posłuszeństwa, że więcej musi chodzić do kościoła i częściej się modlić. Kazali jej więc klęczeć na grochu, na pamięć uczyć się fragmentów z Biblii i nie pozwalali zjeść nic prócz suchego chleba. Z wolna tracili jednak cierpliwość, bo nic na Max po prostu nie działało. Im mocniej próbowali ją spętać, tym bardziej wierzgała. Ojciec jął posuwać się do innych argumentów, częściej sięgał po pas. Do dzisiaj pamięta jak ganiał ją po polu pszenicy z kijem w ręku, zamierzając wymierzyć jej solidne kilkanaście razów, bo podczas nabożeństwa wymierzyła palcem w krzyż i wrzasnęła Golas! Marcus córki nie mógł złapać – z niewyjaśnionej przyczyny. Gdy zdawało mu się, że już ją ma, że za to wielkie drzewo właśnie wbiegła, Max wcale tam nie było. Wściekł się więc jeszcze bardziej, a gdy wróciła do domu o zmierzchu, głodna i zmarznięta, klęczała na grochu do samego świtu. Rano powiedział, że odbyła swą karę w pokorze, może więc zjeść z nimi śniadanie. Dziwił się jednak, że na kolanach córki po grochu nie było ani śladu.
Nigdy mu nie powiedziała, że miała wrażenie, że klęczy na mięciutkiej poduszce.


Od tamtej pory regularnie spotykały Maxine naprawdę dziwne przypadki. Niejednokrotnie była obarczana za nie winą. Pewnego razu zastanawiała się, patrząc na dach kapliczki, którego wątpliwą ozdobą była idealnie okrągła dziura, co znajduje się na poddaszu i gdy matka odwróciła od niej spojrzenie – Maxine zniknęła. Nie wiedziała jak i kiedy, ale znalazła się na tym poddaszu, a gdy znudziła się oglądaniem starych ław i klęczników, wychyliła głowę przez tę dziurę i wrzasnęła, że chciałaby już zejść. Tamtego wieczoru po bladych policzkach matki gęsto płynęły łzy, gdy ze złożonymi rękoma klęczała przy łóżku córki i modliła się, by Wszechmogący dopomógł w jej wychowaniu. Państwo Desmond tyle na dziecko czekali, gdy się narodziła uznawali to za cud, lecz w ostatecznym rozrachunku okazała się być dla nich coraz większym rozczarowaniem. Wstyd im za nią było przed sąsiadami i rodziną, a Maxine dziwaczała coraz bardziej. Mniej czasu spędzała z innymi dziećmi, zamykała się w sobie, nie chciała chodzić do szkoły. Inni coraz mniej za nią przepadali. Nawet chłopcy z sąsiedztwa się od niej odwrócili, odkąd dziwnym trafem zawsze wszystko układało się po jej myśli, a Johnny Yves ni stąd, ni zowąd spadł ze swojego roweru, chociaż jeździł na nim najlepiej ze wszystkich, gdy uciekał z piłką Max.
Nie chciała dzielić się z innymi swoimi sekretami. Wiedziała, że rodzice powiedzieliby, że to coś bardzo złego, lecz Maxine przekonana była, że to dar od tego, do którego tak żarliwie modliła się matka. W dzieciństwie, choć opowiadano jej bajki (rzadziej jednak niż przypowieści biblijne), powtarzano, że magia nie istnieje, to tylko wyssane z palca bzdury dla uciechy dzieci. Nie potrafiła jednak wytłumaczyć dlaczego w jej obecności drobne gałązki lewitowały w powietrzu, jeśli tego chciała, dlaczego piwonie w ogródku matki zwijały i rozwijały swe pachnące płatki. Pewnego razu, gdy krzyczała na nią matka, na oczach ojca, sprawiła, że uderzyła w Jane drobnica ze żwirowej dróżki, raniąc skórę twarzy i rąk. Od tamtej pory patrzyli na nią inaczej. Z niepokojem, ze strachem, z niepewnością. Nie pozwalali Maxine zostać ze swą siostrą sam na sam. Podsłuchała rozmowę, prowadzoną szeptem późnym wieczorem, gdy matka zwierzała się ojcu ze swych podejrzeń: martwiła się, czy ich starszą córką interesują się siły nieczyste, że może to nie dar od Boga, lecz próba? Może kara za grzechy, których się dopuścili?
Miara przebrała się, gdy ojciec zabrał Maxine na ryby pewnego lata, gdy wciąż toczyła się Bitwa o Anglię. Był to dzień wolny od szkoły, a ona liczyła sobie już przeszło dziewięć lat. Niemieckie lotnictwo nie nękało Walii, a choć ludzie umierali ze strachu, musieli żyć dalej. W pewnym momencie wypadło mu z dłoni jednak wiosło, on wychylił się za daleko i wywrócił łódź. Przez chwilę umierał ze strachu, że Maxine się utopi, lecz nie – ona leżała na wodzie nie zanurzona w niej choćby odrobinę i patrzyła na niego tak spokojnie, jak gdyby nie widziała w tym nic dziwnego. Podjął wówczas z żoną decyzję, by zwrócić się o pomoc do Kościoła.
Pastor mówił, że w ich niepozornej córce zamieszkał diabeł, że to kara i próba, lecz muszą być silni. Im dłużej mówił, tym Maxine bardziej była przestraszona i zdenerwowana. Polewano ją święconą wodą i kazano klęczeć przed ołtarzem, chciała się wyrwać i uciec, lecz trzymano ją mocno, nawet wówczas, gdy okiennice kościoła pękły z trzaskiem. Matka płakała wówczas głośno, a ojciec odwracał spojrzenie. Dłonie ściskał splecione tak mocno, że zbielały mu knykcie i szeptał nieustannie słowa modlitw. Do domu zabrali córkę umęczoną i przemoczoną do suchej nitki tylko po to, by powtarzać to przez następnych kilka dni. Szóstego dnia, zanim rodzice wstali, Maxine wymknęła się z domu, z lnianą torbą na ramieniu, w której schowała bochenek chleba, kawałek sera i swą najładniejszą sukienkę. Zanim wyszła przez okno ucałowała czółko siostry, prawie zdradzając się płaczem. Uciekła do lasu, wierząc, że sobie poradzi. Wiedziała przecież jak łowi się ryby i które leśne jagody może zjeść. Nie potrzebowała szkoły, w której i tak wszyscy mieli ją za dziwadło, a tym bardziej rodziców, którzy mocniej od niej miłowali kościół. Wróciła następnego ranka: zziębnięta, głodna, brudna i zmęczona. W oczach matki było mniej ulgi, niż miała nadzieję ujrzeć – i coś w Maxine wówczas zgasło.


Druga wojna światowa kładła się cieniem na ludzkim życiu nawet w tak małej maleńkiej wiosce jak ta, w której mieszkali państwo Desmond i ich dwie córki. Pozornie toczyli wciąż normalne życie: ciężko pracowali, chodzili do kościoła, starali się wychowywać córki na dobre panny. Maxine od czasu przykrych wizyt u pastora starannie ukrywała to, co potrafi, dlatego najczęściej uciekała w samotność. Nie była córką jaką Marcus i Jane sobie wymarzyli, lecz lękała się, że zabiorą ją do pastora ponownie.
Dwudziestego pierwszego lutego tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku miało miejsce coś naprawdę bardzo dziwnego. U progu ich domu Maxine znalazła list, a ponieważ nauczyła się już w dawno w szkole czytania i pisania, wiedziała, że był zaadresowany do niej. Dokładnie w chwili, gdy rozdzierała kopertę, do sieni wszedł ojciec i krzyknął, że nie powinna była otwierać cudzej korespondencji. Wyrwał Maxine list, spojrzał na adresata, na córkę i znów na kopertę, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł do kuchni, zatrzaskując jej drzwi przed nosem. Później mówił, że Maxine źle przeczytała, bo napisane było Marcus Desmond, nie Maxine Desmond.  Coś w duchu nie pozwalało Max w to uwierzyć, tym bardziej, że zaledwie kilka dni później została im złożona wizyta.
Wysoki, szczupły czarodziej w śliwkowym garniturze zapukał do ich drzwi. Wyglądał na człeka spokojnego i niegroźnego, wpuszczono go więc do środka i poczęstowano herbatą. Matka śmiała się nerwowo, gdy tłumaczył, że Hogwart istnieje. Maxine, która siedziała wówczas pod stołem w kuchni i podsłuchiwała wszystko, usłyszawszy swoje imię wpadła do pokoju jak burza, dopytując co to ten Hegwert.
Była czarownicą, podobno. A nie dziwadłem, nie opętaną, nie czarcim pomiotem, nie dzieckiem szatana, nie karą za grzechy. C z a r o w n i c ą, powtarzał Albus Dumbledore, a Maxine słuchała jak zaczarowana. Chłonęła wszystkie jego słowa jak gąbka! W końcu ojciec wstał z krzesła i krzyknął, że nie będzie słuchał takich bzdur. W chwilę potem z nicości wyłonił się dumny paw, pośrodku ich jadalni, a twarde krzesło na którym siedział pan Desmond, zmieniło się w królewski niemal fotel obity welurem.
Państwo Desmond zgodzili się posłać córkę do Hogwartu pod jednym warunkiem. Będzie wracała jedynie na wakacje i nigdy, przenigdy nie powie o magii nikomu z rodziny, nikomu z kościoła, żadnemu z sąsiadów. Do pierwszego września było jeszcze bardzo daleko, a pani Desmond płakała każdego dnia, wyrzucając sobie, że jej łono wydało na świat czarci pomiot. Przepraszała męża i Boga za grzechy, których się dopuściła, a Maxine zatykała uszy i udawała, że jest już w Hogwarcie, o którym wydusiła z pana Dumbledore zaledwie kilka informacji. Żyła fantazjami przez następne miesiące, w szkole wydawała się nieobecna, ciągle odpływała w świat marzeń i nauczyciele bili ją drewnianymi linijkami po rękach, lecz to nic. Czuła się tak, jakby narodziła się ponownie: gdzieś tam istniał świat, do którego miała należeć, do którego należała, świat, w którym nie będzie dziwadłem. Czas mijał, a ona bała się, że to tylko żart, że Hogwart nie istnieje, a podsycał to ojciec, który wtrącał kąśliwe uwagi na temat jej podróży do owej szkoły w Szkocji: bo jak Maxine się tam dostanie, skoro on nie będzie mógł tej szkoły zobaczyć? Drżała ze strachu cały lipiec tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku, lecz pierwszego sierpnia do ich drzwi ponownie zapukał czarodziej. Już nie w mugolskim garniturze, tak jak profesor Dumbledore, lecz dziwnej, pstrokatej szacie. Przedstawił się jako nauczyciel zaklęć, poinformował państwa Desmond, że zostało oddelegowany, by pomóc Maxine w zakupach na Ulicy Pokątnej. Rodzice odmówili towarzyszenia im, a także łożenia swych ciężko zarobionych pieniędzy na te bzdury. Czarodziej więc zniknął i wrócił kilka kwadransów później, już z sakiewką, w której brzęczały monety, wyjaśnił, że Hogwart posiada fundusz na rzecz uczniów w podobnej do Maxine sytuacji.
Udali się więc na Pokątną, a Maxine niemal serce uciekło z piersi, gdy ją ujrzała. Dziś ledwie pamięta ten dzień. Nie wiedziała, gdzie powinna była patrzyć, co oglądać, czego dotknąć. Nauczyciel nie pozwolił się jej nacieszyć tą chwilą, nie pozwolił by przekonała się nieśpiesznie, że to wszystko jest prawdziwe. Musieli wszak odwiedzić księgarnię, by zakupić dla niej używane podręczniki, krawcową, aby miała w czym chodzić w szkole, bo jej dotychczasowy mundurek podobno był nieodpowiedni, aptekę, gdzie zakupili podstawowe ingrediencję, sklep papierniczy, by zaopatrzyć Max w rolki pergaminu, orle pióro i atrament, a na samym końcu odwiedzili sklep Ollivandera, gdzie jak powiedział nauczyciel – mieli absolutnie najlepsze różdżki. Starszy, dziwaczny nieco pan wcisnął jej do dłoni wielkie kijków, nim poczuła ciepło, o którym mówił, dzięki różdżce z czerwonego dębu. Do rodzinnego domu powróciła z używanym kociołkiem z zakupami i głową pełną marzeń o Hogwarcie.
Myślała, że gdy się już tam znajdzie, wszystko będzie dobrze.
Nie było.


Pierwszego września tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku po raz pierwszy przekonała się, że nie będzie łatwo. Nigdy nie była strachliwą dziewczynką, nawet pomimo tego, co uczynili jej rodzice, więc pierwsza otworzyła gębę do pierwszej lepszej osoby, która zdawała się być podobna wiekiem do niej i przysiadła się do jej przedziału. Jako jedyna miała na sobie używaną szatę szkolną, jako jedyna nie mogła kupić nic od czarownicy pchającej wózek z dziwnymi słodyczami, lecz przysięgła sobie, że kiedyś będzie ją na to stać. Zdziwiła się wielce, gdy inni mówili o Hogwarcie tak, jakby już tam byli, a podobno również mieli uczęszczać dopiero do pierwszej klasy; dopytywała więc skąd to wiedzą, a pewien chłopiec zaśmiał się i powiedział „Od rodziców i brata, Twoi tam nie byli?” takim tonem, jakby była to oczywistość. Maxine pytała dalej, czy istnieją całe rodziny czarodziejów, a chłopiec prychnął i spytał, czy jej rodzice to mugole. Mugole?, powtórzyła Max, a chłopiec zaśmiał się szyderczo i złapał za rękę inną dziewczynkę. Chodź, Muriel, nie będziemy siedzieć w przedziale ze szlamą. Resztę podróży spędziła samotnie zastanawiając się nad znaczeniem słowa szlama, lecz z kontekstu i tonu chłopca wywnioskowała, że to nic dobrego. Czuła lęk i niepokój. Sądziła, że wszystko będzie już tak jak powinno, że teraz pójdzie jak z płatka, lecz tak się nie stało. Została odrzucona tuż na początku nowej drogi i przeczuwała, że fakt, iż urodziła się nieczarodziejskiej rodzinie może być przeszkodą.
Nie wiedziała czym są szkolne domy, więc gdy wywołano jej nazwisko, podeszła chwiejnym krokiem za śladem innych do stołka na środku Wielkiej Sali, by na złociste pukle włożona została stara tiara. Gryffindor, wrzasnęła, a Maxine niemal podskoczyła ze strachu. Nie wiedziała do którego stołu powinna podejść, pomyliła się krocząc ku uczniom z żółtymi zdobieniami na szatach, wzbudzając tym samym śmiech innych. Zacisnęła zęby, czując się upokorzona i do końca uczty siedziała z kwaśną miną.
Nie było tak jak sobie wyobrażała. Zupełnie nie tak. Nie sądziła, że można mieć aż tak mieszane uczucia! Max jednocześnie rozpływała się z zachwytu nad czarodziejskim światem, miała ochotę piszczeć z radości, gdy uczyła się czarów, kiedy rozmawiała z portretami i bawiła się na ruchomym schodach. Dotychczas sądziła, że takie rzeczy po prostu nie istnieją. Leżąc w swoim łóżku w Wieży Gryffindoru szczypała się po przedramionach, bo czasami myślała, że to po prostu długi i piękny sen,  ona powinna się w końcu obudzić i wrócić do szarej, walijskiej rzeczywistości. Wszystkie informacje o czarodziejskim świecie chłonęła jak gąbka, lecz każdy medal ma dwie strony.
Była szlamą. Dość prędko przekonała się o znaczeniu tego słowa i jakie konsekwencje niesie za sobą bycie nią. W domu Godryka Gryffindora spotkała ludzi, którym fakt, iż urodziła się w rodzinie mugoli, był absolutnie obojętny i zdołała ich polubić. Ignorowała docinki Ślizgonów, z każdy dniem nabierając pewności siebie – do czasu. W Hogwarcie otworzona została Komnata Tajemnic, a potwór, który podobno ją zamieszkiwał, a w łazience dla dziewcząt znaleziono ciało martwej dziewczyny. Uczennicy mugolskiego pochodzenia. Maxine miała wówczas zaledwie jedenaście lat, a głowę pełną obaw i mnóstwo niepewności w sercu. Uciekła do Wieży Gryffindoru, zwinęła się w kłębek na swoim łóżku i płakała. Bała się, nigdy się tak nie bała, a nie mogła napisać nawet do matki. Wiedziała, że nie odbierze listu od sowy ze szkolnej sowiarni, nie wesprze jej wcale. Dla matki lepiej było, że Maxine zniknęła z jej życia. Musiała radzić sobie sama. Ze wszystkim. Ze strachem, że będzie następna, z lękiem przed potworem, ze Ślizognami, którzy nie chcieli dać jej spokoju.
Jedynym ukojeniem było latanie. Już podczas pierwszej lekcji latania  przywołała do siebie miotłę i uniosła się nad ziemią. Niewysoko, pod czujnym okiem nauczyciela, lecz z ekscytacji nie mogła później zmrużyć oka. Wyczekiwała lekcji latania tak jak żadnej innej. Latanie na miotle zdawało się Maxine najbardziej magiczną z czarodziejskich sztuk. Dotychczas sądziła, że latać mogą jedynie samoloty, maszyny, których w życiu nie widziała na oczy, lecz wiele o nich słyszała, zwłaszcza w kontekście Bitwy o Anglię. Miotła nie była jednak niemieckim bombowcem, a na miotle można było grać w quidditcha. Zakochała się w tej grze już od pierwszego meczu, oglądanego na trybunach Gryffindoru, pomimo siarczystego deszczu. Inni chłopcy, zafascynowani, że dziewczynę to interesuje, przekrzykiwali samych siebie, tłumacząc jej zasady, opowiadając o klubach i tradycjach. Tyle tego było! Nie zdążyła spamiętać.
Latania na miotle nauczyła się bardzo szybko, szybciej niż inni, wykazując przy tym wrodzone predyspozycje – nauczyciel był z niej dumny i pozwalał Maxine wznosić się wyżej i dalej niż innym. Ach, jaka czuła się wtedy wolna, jaka silna! Patrzyła z góry na wszystkich tych, którzy śmiali się z jej pochodzenia, lecz gdy spoglądała na zamek – w sercu czuła wciąż ukłucie strachu przed kryjącym się w nim potworem, czyhającym na życie takich mugolaków jak ona.
Z Hogwartem Maxine ma wiele radosnych i nieprzyjemnych wspomnień. Poznała tu wielu dobrych ludzi, których obdarzyła sympatią, lecz jednocześnie doznała tylu krzywd, ilu nie zaznała w swej rodzinnej Walii. Nagle bowiem okazało się, że bycie szlamą to powód do wstydu. Ślizgoni ją gnębili, a ona się stawiała i mocno wierzgała. Biła się z nimi, pojedynkowała, wrzeszczała na nich ile tylko sił miała w płucach. Im bardziej ją atakowano, tym mocniej Maxine się w sobie zamykała i ostrzejsze pokazywała kolce. Miała dobre i szlachetne serce, lecz ukryła je starannie za grubym murem, po tych wszystkich latach szykan i walk o szacunek do własnej osoby. Za murami Hogwartu zginął Albus Dumbledore, nastroje stawały się coraz mocniej antymugolskie, a Maxine zastanawiała się, gdzie naprawdę jest jej miejsce. Do jakiego świata należy? Nie chcieli jej w żadnym. Mugolska rodzina uważała Max za dziwadło i czarci pomiot, czarodziejska społeczność za szlamę niegodną poznania sztuk magicznych. Czuła się po prostu źle. Na agresję reagowała więc agresją. Tyle wieczorów spędziła na szlabanach, że przestała nawet liczyć. Opiekun Gryffindoru regularnie wysyłał listy rodzicom Maxine, oni jednak zdobyli się na odpowiedź tylko raz: poprosili, by nie zadręczać ich listami o córce, której nie posiadają.
Do domu wracała tylko na letnie wakacje. Rodzice pozwalali jej spać pod ich dachem, jeść z nimi posiłki, pod warunkiem, że zmawiała modlitwę, lecz poza tymi momentami milczeli. Unikali Maxine jak ognia, jak gdyby miała ich zarazić śmiertelną chorobą. Nie pozwalali, by młodsza z córek, Jean, spędzała z nią czas, lecz nie mieli oczu i uszu wszędzie. Jean sama szukała towarzystwa starszej siostry, bo była taka jak ona. Tamtej nocy, gdy młodsza siostra sprawiła, iż świece wokół nich zapłonęły, bez używania zapałek, a twarz i włosy Max obsypane zostały srebrzystym pyłkiem. Płakały do świtu, tuląc się wzajemnie; Maxine opowiadała Jean o Hogwarcie, obiecywała, że zabierze ją z tego domu wariatów, że uciekną i nigdy więcej nikt nie powie o nich dziwadła. Przysięgła, że kiedyś będą tylko one i ich dom nad morzem, gdzie nie będzie grochu i suchego jedynie chleba.
Uczennica z Maxine była dość przeciętna. Może nieco powyżej przeciętnej. Raczej z tych, których określa się mianem zdolnych, acz leniwych. Nie miała problemów z przyswajaniem wiedzy, lecz nigdy nie była prymuską, nie mając czasu i ochoty ślęczeć nad książkami. Najlepiej radziła sobie podczas zajęć z zakresu obrony przed czarną magią i zaklęć. Na drugim roku dołączyła także do Klubu Pojedynków, dzięki czemu Ślizgoni wiedzieli, że walka z nią nie będzie taka prosta. Pomimo wszystko – cieszyła się, że jest w Hogwarcie. Dzięki niemu poznała świat magii, którego część ją odrzucała, lecz dzielnie stawiała temu czoła. Maxine Desmond przypominała pokrzywę. Rosła tam, gdzie jej nie chcieli i parzyła, jeśli chciano się jej pozbyć, lecz w gruncie rzeczy nie była szkodliwa. Największą radość odnajdywała w quidditchu. Nauka latania na miotle skończyła się na pierwszym roku, lecz Maxine wcale nie przestała latać. Wykradała miotłę ze szkolnego schowka i uczyła się dalej, gdy tylko mogła. Z biblioteki wypożyczała książki o quidditchu i uczyła się zasad. Na trzecim roku została przyjęta do drużyny: miała ochotę łkać z radości, lecz uśmiechnęła się jedynie kwaśno – jak gdyby nie zrobiło to na niej wielkiego wrażenia. Była w tym bowiem pewna gorycz. Od pierwszego meczu, który oglądała, marzyła o złapaniu złotego znicza, a z książek o quidditchu wiedziała, że szukający winien był mały i zwinny – tak jak ona. W drużynie Gryfonów święcił jednak triumfy zdolny Billy Moore, przez co Maxine przypadła w udziale rola ścigającej. Świetnie na miotle latała, więc szło jej to wcale nieźle: była bardzo uparta i sprytna, niełatwo wypuszczała z rąk kafla i celnie rzucała do bramki. Wściekała się jednak, przekonana, że lepiej sprawdziłaby się jako szukająca – a o tym, że w łapaniu znicza była równie dobra co Moore (we własnej opinii była odeń dużo lepsza, oczywiście), wszyscy przekonali się dopiero wówczas, gdy on skończył szkołę. Poza Hogwartem działo się coraz gorzej, lecz Maxine nigdy nie była szczęśliwsza, a przynajmniej – wtedy była najbliżej tego, co określane jest szczęściem. Łapała znicza, latała na miotle, uczyła się czarów – czasami wciąż nie wierzyła, że to nie sen.


Ukończyła Hogwart z pięknym W z obrony przed czarną magią oraz wysoką oceną z zaklęć. Na piątym jeszcze roku myślała o kursie aurorskim, lecz prędko poszła po rozum do głowy: była beznadziejna w eliksirach (i miała rację, bo profesor Slughorn nie przyjął jej, by kontynuowała naukę alchemii na szóstym roku) i nie miałby kto ją utrzymywać podczas kursu, który miał trwać długie miesiące. Nie miałaby ani gdzie mieszkać, ani za co żyć podczas nauki. Wyjście pozostawało więc jedno: musiała robić to, w czym była dobra. Piekielnie dobra. Miała szczęście, bo za karierą sportową mogły stać duże pieniądze, jeśli tylko złapie je równie sprytnie co znicza. Maxine musiała mieć na uwadze przede wszystkim Jean, młodsza siostrę, która również znalazła się w Hogwarcie, łamiąc tym samym serca rodziców (o ile w ogóle je mieli, bo jeśli już, to z kamienia tak twardego jak posadzka w kościele) i przestając dla nich istnieć.
Na początku było cholernie ciężko. W dniu ukończeniu szkoły została z niczym. Miała jedynie swój stary kufer, pełen używanych ubrań i ze złotym zniczem, którego zwinęła podczas ostatniego meczu, kiedy nikt nie patrzył. Nie wiedziała dokąd powinna się udać. Na Pokątną? Nie miała pieniędzy, by wynająć pokój. Potrzebowała pracy i to jak najszybciej. Ulitowała się nad nią przyjaciółka z dormitorium, zabierając Max do swoich rodziców, którzy pozwolili jej mieszkać u nich, dopóki nie będzie ją stać na wynajęcie własnego pokoju.
Zaczęła od pracy w Dziurawym Kotle jako kelnerka. Nie wstydziła się mugolskiego pochodzenia, lecz nikomu o nim nie mówiła - by uniknąć zbędnych problemów. Pracowała całymi dniami i nocami, w pocie czoła i w smrodzie alkoholu, byleby odłożyć nieco grosza. Musiała jak najszybciej zabrać Jean od rodziców, jak najdalej od nich, obie potrzebowały wyjścia na prostą. Pragnęła dać młodszej siostrze to, czego ona zawsze pragnęła: normalności. Nowej szaty, drobniaków na słodkości, niedzieli spędzonej na lenistwie, nie w kościele. Nie mogła cofnąć czasu i wszystkiego zmienić, uczynić dzieciństwa Jean szczęśliwym, nawet czarodzieje tego nie potrafili, lecz to nic, wierzyła, że mogą zacząć od nowa. Jean uczyła się jednak w Hogwarcie, podwaliny ich wspólnej przyszłości Max musiała budować więc sama - i robiła to czyszcząc kufle i kielichy przez przeszło rok po szkole. W międzyczasie zdążyła wynająć niewielki pokój na poddaszu, gdzieś na obrzeżach Londynu, a resztę oszczędności zainwestowała we własną miotłę, wierząc, że to inwestycja w przyszłość i wkrótce się zwróci.

Droga na szczyt jest jednak długa i kręta, a Maxine wciąż tam nie dotarła. Mając trudny start, niewielkie szanse, musiała harować pięć razy ciężej niż inni. Wciąż pracowała w Dziurawym Kotle, a gdy tylko mogła - biegała na rekrutacje do każdej możliwej drużyny, a ponieważ ludzi z ulicy przyjmują jedynie te najgorsze kluby, od nich musiała zacząć. Jako rezerwowa w klubie, którego nazwy nikt nigdy nie pamięta, tak bardzo jest nieistotny i tak daleko widnieje w tabelach z wynikami. Rzeczywistość znów okazała się okrutniejsza, niż Maxine się zdawało: nie wystarczył jedynie talent. Nie wystarczyło sokole oko. Nie była aż tak dobra, jak sądziła, mała spore braki techniczne. Trener określał Max jako diament, który dopiero należy oszlifować - i czynił to cierpliwie. Z charakterem Desmond proste to nie było, bo zawsze w swoim uporze przypominała osła, a na krytykę reagowała wysuniętymi kolcami - niedosłownie, rzecz jasna, lecz inni śmiali się, że przypomina ostrygę. Ciężko było do niej dotrzeć, tak się w sobie zamknęła. Niczego innego tak nie pragnęła jak sukcesu (i pieniędzy). Pragnęła wreszcie udowodnić całemu światu, że jest coś warta.
Nie była czarcim pomiotem.
Nie była tylko brudną szlamą.
Chciała, by wszyscy Ci, którzy ją skrzywdzili, którzy obrazili, wyśmiewali i wytykali palcami - patrzyli teraz jak wznosi się wyżej niż inni, by mogli jej tylko zazdrościć.
Pragnęła udowodnić to zarówno sobie, jak i innym, ile tak naprawdę jest warta. W nocy podawała kremowe piwo, a za dnia latała na miotle i ganiała za złotą, skrzydlatą piłeczką. W końcu zaczęli płacić jej na tyle dobrze, ze mogła rzucić Dziurawy Kocioł, bo była w stanie utrzymać się i bez ich nędznej wypłaty. W końcu zeszła z ławy rezerwowej, z każdym meczem błyszczała coraz jaśniej, wspomniano o Maxine Desmond nawet w rubryce sportowej w Proroku. Wysłała ten numer Jean, wraz z ogromną tabliczką czekolady, ciesząc się ze swego małego sukcesu jak małe dziecko, którym tak naprawdę nigdy nie było jej dane być. Później było już prościej: została dostrzeżona przez łowców talentów, zaproponowano jej więc transfer do lepszej drużyny, co uczyniła bez sentymentu. W sporcie i jej życiu nie było na to miejsca. Musiała brać to, co podsuwał jej los, dla własnej przyszłości i przyszłości Jean.
Pokój na poddaszu zmienił się w niewielką kawalerkę, do której zabrała młodszą siostrę. W Hogwarcie swe rządy jął wprowadzać Gellert Grindewald, czarnoksiężnik, nie było w tej szkole więc już miejsca dla takich jak one. Mugolaków. Jean często płakała, a Max powstrzymywała łzy: musiała być silna, dla niej. Jeśli nie ona, to kto? Miały wszak tylko siebie. Istniał świat i one przeciwko niemu.
Starza panna Desmond była jednak diamentem, który w miarę szlifowania lśnił coraz mocniej, co prędko zaczęła przekuwać w pieniądze. Nie była zepsutą, rozpieszczoną panienką, nie potrzebowała ich na spełnianie własnych kaprysów, lecz naukę Jean.  Nie byłaby w stanie sama nauczyć ją wszystkiego. W ciągu zaledwie roku wiedza nabyta w Hogwarcie w większości zdążyła Max z głowy ulecieć, wyparta przed quidditcha i wskazówki trenera.  Musiała więc dla siostry nauczycieli najmować, płacić im, by nauczali Jean zaklęć, obrony przed czarną magią, transmutacji, zielarstwa i wielu innych, by mogła zdawać egzaminy – to było warunkiem jej nauki w domu. Max nie wyobrażała sobie, by młodsza siostra mogła powrócić do Hogwartu: wtedy najpewniej straciłaby ją na zawsze, a miała tylko ją.


Kariera Maxine nabierała tempa. Dziennikarze sportowi rozpływali się nad jej talentem w gazetach. Bardzo szybko przeszła do pierwszej ligi, najpierw siadając na ławce rezerwowej Srok z Montrose, lecz  jeszcze prędzej stała się częścią pierwszego składu. Swój pierwszy mecz wygrała, łapiąc znicza w ciągu trzydziestu minut. Sukces nie przychodzi jednak łatwo: większość czasu spędzała na morderczych treningach, skóra na jej dłoniach stała się szorstka i twarda od trzymania miotły, Jean widywała jedynie śpiącą, bo od świtu do zmierzchu była nieobecna. Nawet jeśli nie spędzała czasu na boisku, robiła to zwykle w szatni, bądź wysłuchiwała niekończących się wywodów trenera na temat taktyki i przeciwników, którym mieli stawić czoła w następnych meczach. Wszystko kręciło się wokół quidditcha, lecz sprawiało to Max radość: robiła to, co kochała, a ponadto potrafiła to zmonetyzować. Mogła podarować Jean nową sukienkę na Gwiazdkę, zabrać ją na plażę w Brighton i Miodowego Królestwa, by wybrała sobie to, czego tylko jej młoda dusza zapragnęła. W końcu sytuacja ich obu zaczynała się stabilizować, a przynajmniej ta materialna. Spokojniejsze nie były wcale. Czasami Jean mówiła, że urodziły się pod nieszczęśliwą gwiazdą, albo matka miała rację i naprawdę nagrzeszyły: skoro nie chcieli ich ani mugole, ani czarodzieje. Max zwykła wówczas ją łaskotać, by przywołać na twarzy siostry uśmiech: nie chciała, by tak myślała, choć była to prawda. Robiła jednak wszystko, by siostrze nieszczęścia, które na nie spadły wynagrodzić.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia, a od przybytku głowa nie boli. Maxine, która od lat dziecięcych cierpiała na niedobór pieniędzy, mając je – pragnęła ich jeszcze więcej. Chciała wspiąć się jeszcze wyżej, utrzeć wszystkim nosa, osiągnąć sukces, który na zawsze zapisze się w historii quidditcha. Panna Desmond marzyła o jeszcze jednym: Harpiach z Holyhead. Drużynie, której kibicowała odkąd tylko dowiedziała się, czym jest quidditch. Chciała być ich częścią. Oczyma wyobraźni widziała siebie jako kapitana Harpii trzymającą puchar ligi mistrzów. Podczas meczu, gdy Glynnis Griffiths efektownie złapała znicza, przez co kapitan Sokołów, Rudolf Brand, się jej oświadczył, na trybunach wrzeszczała najgłośniej – choć Glynnis, tak jak wcześniej Billego Moore, nienawidziła i życzyła im obojgu połamania rąk, bo zajmowali miejsca, które jej były przeznaczone. Zaprzeczyć się temu nie dało, bo wkrótce potem Glynnis odeszła z drużyny, a zastąpiła ją wschodząca gwiazda quidditcha – Maxine, przekonana, że została wybrana nie dlatego, że była najlepszą szukającą spośród kobiet w brytyjskich ligach, lecz najlepszą szukająca w ogóle.
Tamten wieczór mogła spędzić z kimkolwiek, gwiazdy quidditcha przyciągały od zawsze rzesze fanów, nawet jeśli były nieczystej krwi, tak jak Max; niektórzy pragnęli skorzystać na znajomości z nią, inni zdobyć jej autograf, jeszcze inni szczerze ją lubili. Była jednak tylko jedna osoba, z którą pragnęła świętować swój sukces – z Jean, bo tylko ona znała ją tak naprawdę. Młodsza siostra nie ukończyła jeszcze siedemnastu lat, lecz upiła się z nią niemal do nieprzytomności; piszczały z radości jak małe dziewczynki, znów nie będąc pewne, czy to jawa, czy sen.


Od trzech lat gra jako szukająca Harpii z Holyhead. Jej gwiazda lśni coraz jaśniej, lecz Max nie osiada na laurach: z domu wyniosła wiedzę, że by coś mieć, należy na to ciężko pracować. Poświęca się swej drużynie bez reszty, ofiarując im swoje wszystkie siły, oczy i dłonie. W wolnych chwilach nie odmawia  wywiadów i bywania dla samego bywania, by swój sukces przekuć w złoto w skrytce Gringotta, które jest potrzebne jej i Jean. W każdej chwili może wszak spaść z miotły, połamać się, uszkodzić tak, że o powrocie do sportu nie będzie mowy, zabić. Quidditch nigdy nie był bezpiecznym i łagodnym sportem, liczyła się z konsekwencjami: dlatego dbała o zabezpieczenie na przyszłość. Za zarobione pieniądze kupiła dom, który niegdyś siostrze obiecała. W rodzinnej Walii, lecz z dala od rodziców, którzy nie szukali z córkami kontaktu, blisko wybrzeża w Swansea. W końcu każda miała swój własny pokój, przygarnęły nawet psa, który przypałętał się pewnego wieczoru, brudny, wychudzony i przemoknięty. Jean pokochała go o pierwszego wejrzenia, a Max nie potrafiła siostrze odmówić.
Ich medal wciąż miał swą drugą stronę: antymugolskie nastroje były przeszkodzą, której nie sposób było im pokonać. Wisiał nad nimi cień ministerialnych przesłuchań, jednakże dzięki koneksjom i staraniom Harpii z Holyhead, nie stracili swej szukającej, która święciła triumfy na boiskach. W pewnym momencie Max rozważała nawet rzucenie tego wszystkiego, sprzedaż domu w Swansea, odejście z drużyny i wyjazd za ocean, by uciec od Grindelwalda, szalonej Minister i wszystkich tych, którzy rzucali jej kłody pod nogi tylko ze względu na urodzenie. Dałaby im wówczas wygrać, pozwoliła triumfować, ugięłaby się. A Maxine Desmond nie miała zwyczaju przegrywać i nigdy nie potrafiła tego robić.


Maxine Desmond nie wybija się krasą ponad tłum, lecz przykuwa uwagę. Zadziornym spojrzeniem, zmysłowością miękkich rys twarzy, lekko zadartym nosem, pełnią ust. Pachnie fiołkami. Jest niewysoka i drobna, lecz gibka i zwinna. Dotyk Max jest szorstki, przez zgrubiałą od miotły skórę dłoni. Sprawia wrażenie kobiety nieprzystępnej, trudnej w obejściu i zadziornej. Bywa szorstka i nieprzyjemna, lecz gdy człek nie zrazi się i przebije pierwszy z murów, który Max otacza, przekona się, że opowiada całkiem zabawne żarty, że uwielbia muzykę. Usłyszy jak śpiewa i gra na mugolskiej, zwykłej gitarze, czego nauczyła się sama, dla Jean, by grać dla niej najlepsze utwory Człowieka w Czerni. Czasami może za głośno się śmieje, bywa zbyt uszczypliwa i szorstka, lecz nie ma złych intencji. Nie ma serca podobnego do kwaśnego, niedojrzałego jabłka. Nie bez przyczyny przydzielona została do Gryffindoru: pod skorupą, twardym pancerzem kryje się szlachetne i odważne serce, wrażliwość na piękno i pragnienie prawdziwej miłości. Niełatwo jednak obdarza innych zaufaniem i nie opowiada o sobie wiele. Sprawia wrażenie materialistki: zależy jej na galeonach, bo zawsze im ich brakowało.
Czasami parzy, tak jak pokrzywa.




Patronus: foka. Max nie bardzo wie dlaczego akurat foka, lecz to zwinne i wdzięczne stworzenie, które pomimo niewinnej aparycji i uroku jest drapieżne. Foki potrafią przetrwać nawet w bardzo trudnych warunkach - Maxine także.

Aby wyczarować ową fok Maxine wspomnieniami wraca do chwil spędzonych na zabawach z młodszą siostrą w dzieciństwie: kiedy pluły w siebie pestkami czereśni udając, że to pociski, wcześniej robiąc z nich kolczyki, wspinały się po drzewach i pływały w rzece; wspomina także najpiękniejsze chwile ze swą pierwszą miłością.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 15 Brak
Zaklęcia i uroki: 10 +5 (różdżka)
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 5 Brak
Zwinność: 20 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
SpostrzegawczośćIII25
KłamstwoI2
RetorykaI2
ONMSI2
Zręczne ręceI2
Ukrywanie sięI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznastwoII0
Silna wolaI2
Jasny umysłI2
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Muzyka (wiedza)I½
Muzyka (gra na gitarze)I½
Muzyka (śpiew)I½
Literatura (wiedza)I½
GotowanieI½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleIII25
Taniec współczesnyI1
PływanieI1
ŁyżwiarstwoI1
GenetykaWartośćWydane punkty
--0
Reszta: 0,5

Wyposażenie

Różdżka, sowa, pies


[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Maxine Desmond dnia 28.12.17 1:30, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Maxine Desmond   07.01.18 17:32

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Maxine niczego w życiu nie dostała za darmo - pozbawiona wsparcia ze strony bogobojnych rodziców oraz przepełnionego uprzedzeniami, czarodziejskiego świata, bardzo szybko nauczyła się, że jeżeli czegoś chce, musi o to zawalczyć. Nie poddała się jednak, przez długie miesiące dzieląc czas między mordercze treningi, a szorowanie kufli w Dziurawym Kotle, starając się zbudować przyszłość nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla ukochanej siostry. Ukojenie odnalazła w lataniu, bardzo szybko odkrywając, że szybując w powietrzu, może chociaż na chwilę zostawić problemy daleko przy ziemi. Wrodzony talent i upór zaprowadziły ją dalej, niż ktokolwiek by się po niej spodziewał, mimo że podążanie za rozwijającą się karierą sportową i wymarzonym domem wymagało od niej przywdziania twardego pancerza, odgradzającego ją od reszty świata. Dzisiaj Maxine nazywa się pokrzywą - i być może jest w tym określeniu ziarno prawdy, choć sama zainteresowana zdaje się zapominać, że wspomniana roślina parzy tylko przy powierzchownym zetknięciu, podczas gdy dodana do wywaru staje się niezwykle cenna i wykazuje zgoła inne właściwości: lecznicze, kojące i  chroniące.

OSIĄGNIĘCIA
Napar z pokrzywy
Mały pędzibimber, Nieugięty
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
teleportacja
Kartę sprawdzał: Hereward Bartius
[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 07.01.18 17:34, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Maxine Desmond   07.01.18 17:33

WYPOSAŻENIE
różdżka, pies, sowa, propeller żądlibąkowy, kamień runiczny

ELIKSIRY-
- Eliksir wspomagający kiełkowanie, 1 porcja

INGREDIENCJEposiadane: kora drzewa Wiggen, płatki ciemiernika, skrzeloziele

[10.05.18] Losowanie (maj/czerwiec)
[03.06.18] Zużyto: liście kłaposkrzeczki
[12.06.18] Losowanie (lipiec/sierpień)

BIEGŁOŚCI-

HISTORIA ROZWOJU[26.12.17] Karta postaci, -50 PD
[30.12.17] Zakup zaklęć ochronnych: Cave Inimicum, Bubonem, Repello Mugoletum, Tenebris, -0 PD
[11.02.18] Nagroda dla drużyny przegranej w wydarzeniu "Śnieżki w dusznej atmosferze": propeller żądlibąkowy;
[29.04.18] Wykonywanie zawodu (maj/czerwiec), +50 PD
[13.05.18] Podsumowanie napraw anomalii (maj/czerwiec): +15PD
[23.05.18] Zdobyto podczas Festiwalu Lata: kamień runiczny
[03.06.18] Zdobycie osiągnięć (Mały pędzibimber, Nieugięty), +60 PD


Powrót do góry Go down
 

Maxine Desmond

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» [BUDOWA] Maxine van Tresskovff

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18