Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Kamienne schodki
AutorWiadomość
Kamienne schodki [odnośnik]12.01.21 21:07

Kamienne schodki

Ciasny przesmyk, zwykłe przejście na niższą uliczkę stworzone w murach kamiennego budynku. Codziennie mijają się tu zmęczone, zapracowane twarze robotników i rumiane buzie pogodnych marynarzy. Po schodkach niejedna kapryśna ryba próbowała spłynąć, po schodkach biegają dzieci, a czasem wspina się lichawa staruszka. Droga wydaje się niepozorna, ale wciąż coś tu się dzieje. Okoliczna młodzież przesiaduje na stopniach i snuje marzenia o przyszłości. Czasem potknie się tu pijana dziwka, czasem zwiewa tędy lokalny złodziejaszek. Przejście jest niezłym skrótem, ale i utrapieniem dla mieszkańców tych murów. Przez nisko osadzone okna przedostają się uliczne hałasy, zerkają wścibskie oczy tutejszych mącicieli.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kamienne schodki Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kamienne schodki [odnośnik]20.01.21 17:33
3 listopada 1957

Tylko jedno życie masz, tylko jedną szpetną twarz.
Ja ci wierzę. Ty byś nigdy nikogo nie skrzywdził.
W każdej chwili możesz powrócić do Tower, jeśli tylko złamiesz zasady zwolnienia.
Nie ufaj nikomu.
Wszystkie te zdania huczały w jego głowie jakby ktoś napieprzał w niego siekierą. Ta którą miał wisiała jednak przy pasku, daleko pod płaszczem. Ostatnia rzecz którą zabrał z Keswick, wszystko inne zostawił tak jak leżało, oprócz połamanej różdżki i kilku ubrań. Czasem żałował, cholernie żałował, że tak mu to się wszystko ułożyło. Mógł siedzieć sobie w bezpiecznym domu pod Keswick i tylko czekać aż po niego też przyjdą, skoro już gazety mówiły, że na całą Anglie idą. Utknął w Londynie. Zakaz opuszczania granic miasta, jakiś cholerny namiar, cokolwiek to miało znaczyć. Wszystko to jak krew w piach. Pieprzona krew. Najpierw lecąca jucha prosto z głowy jednego oficera, potem noże wbijające się w łapy, w nogi, a potem już tylko ciemność i brudne, śmierdzące gorzej niż port, Tower.
- Eh...  - wysapał ciężko siadając na schodach.
Chciało się odsapnąć po tym wszystkim. Pomacał się jeszcze po czole gdzie odbity dalej tkwił śledź w spodenkach. Mówili, że jeszcze z dwa tygodnie zanim to zlezie do końca, ale i tak durnie wyglądało, a na to wcale ochoty nie miał.
Nikt nie mówi, że jesteś głupi, Hagridzie.
Już mu nie zależało by tak nie mówili. Trzymał się już resztkami tam co by po prostu się nie poddać, nie oddać tego wszystkiego w co wierzył za święty spokój. Nie, tego nie mógłby zrobić. Obiecał.
Ktoś przeleciał obok niego, jakby dwie dziewuszki bardzo się gdzieś spieszyły, choć wcale to pora do spieszenia się nie było. Zmierzchało powoli, coraz zimniej na ulicach i ta durna mgła co się utrzymywała od paru dni. W ogóle lepiej było w domu siedzieć, ciepłą zupę jeść i piwo pić. W Parszywym spokoju nie można było zaznać, więc po prostu wyszedł, by posiedzieć. Nawet jeśli sam i nawet jeśli na zimnie, tak lepiej było. Wszystko to co miał i tak nosił przy sobie, czy to siekierka, czy złamana różdżka czy dwa kryształki, które kij wie co robiły. Gdyby nie Ministerstwo pewnie by nawet z Londynu wyszedł i poszedł gdzieś w las, w lesie przyjemniej było. Można było posiedzieć pod drzewem, powąchać sosny, a nie smród ryb i rozkładających się w rynsztoku trupów.
- Psu w dupe to wszystko - machnął ręką i podniósł się, kopiąc jakąś zagubioną puszkę, które potoczyła się po schodach daleko w dół.
[bylobrzydkobedzieladnie]



No i idę z tym brzemieniem ku Golgocie
Co ja pieprzę idę przecież w
jasną dal


Ostatnio zmieniony przez Rubeus Hagrid dnia 07.03.21 17:10, w całości zmieniany 1 raz
Rubeus Hagrid
Zawód : robol w porcie
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I should NOT have said that...
OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 41
Genetyka : Półolbrzym

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8954-rubeus-hagrid https://www.morsmordre.net/t8983-gog https://www.morsmordre.net/t8964-chlop-jak-dab#267986 https://www.morsmordre.net/t8982-skrytka-bankowa-nr-2106 https://www.morsmordre.net/t8963-rubeus-hagrid
Re: Kamienne schodki [odnośnik]20.01.21 23:26
Ciężkie buty echem odznaczały kroki szmalcownika, którego bystre, zielone spojrzenie wodziło po otoczeniu. Londyn był ich, Anglia płonęła, a wszechobecny chaos oraz zniszczenie napełniały mężczyznę specyficznym rodzajem sił. Im więcej śmierci, im więcej złota w jego skrytce, tym bardziej czuł się pewnym siebie. Wygrywali. Ustawiali nowe zasady, a on dbał, by były ono odpowiednio brutalne - tak, aby nie nudziło mu się w robocie. Otto kroczył spokojnie koło nogi właściciela, łypiąc podejrzliwym spojrzeniem na przechodzących czarodziejów zupełnie niczym swój właściciel. Friedrich był szmalcownikiem. Był Rycerzem Walpurgi. A to dawało mu poczucie władzy oraz bezkarności którym upajał się lepiej, niż najmocniejszą wódką.
Port był miejscem paskudnym. Nie w ten bezwzględny sposób jak Śmiertelny Nokturn, do tego miejsca londyńskiemu portowi brakowało wiele, jednak różnorodność spotykanych tutaj twarzy pozwalała odpowiednio się zabawić. I na to właśnie liczył dzisiejszego, mglistego popołudnia. Po drodze do schodków spotkał trzech chłopaków, trzymających pod rękami dwójkę dzieci szlam, a ich znudzone miny sprawiły, że iście diabelski pomysł wykwitł w jego głowie. Musieli się rozerwać, a brak mugolskiego ścierwa skutecznie utrudniał zdobycie odpowiednich rozrywek. Dwie dziewczynki na ich widok pognały ile sił w nogach ku górze, nie chcąc spotkać się z widokami, jakie mogło zafundować im kilku szmalcowników… O ile nie posiadały odpowiedniej krwi, tym Friedrich zwykł nie tykać, przynajmniej do momentu gdy nie zaszli im za skórę. Zatrzymał się gdzieś w połowie schodów, skrywających ich przed wzrokiem innych obywateli, choć tych w stolicy pozostało niewielu.
- Eins, zwei, Polizei… - Wymruczał złowieszczo, przesuwając palcem między swoimi dwoma ofiarami. Dziewięcioletnią dziewczynką oraz na oko jedenastoletnim chłopcem. Oboje jasnowłosi, oboje o przestraszonych, zapłakanych twarzyczkach, oboje cicho łkający i przerażeni tym, co mogło się wydarzyć. -…drei, vier, Offizier… On pierwszy. - Rzucił do towarzyszy, którzy zaśmiali się podle, popychając chłopca w kierunku Austriaka. Biedny, naprawdę biedny jego los. Silencio powędrowało w kierunku dziewczynki, zamkniętej w silnym uścisku jego kompana. - Graliście kiedyś w grę, zmień szlamę? - Spytał, a przeczące kiwnięcia głową jedynie utwierdziły go, że będą mogli się rozerwać. Krótkie, niemieckojęzyczne polecenie w kierunku psa sprawiło, że ten począł uważnie się rozglądać, a jego mięśnie napięły się, gotowe do możliwego ataku. Szmalcownik wyjął z kieszeni niewielki młotek i kilka, długich gwoździ, których najróżniejsze zastosowania odkrywał w ostatnich, przepełnionych brutalnym szaleństwem, dniach. Pchnął chłopaczka na ziemię, mocniej zaciskając linę owiniętą wokół jego nadgarstków. Nie wiedział, że za rogiem czai się ktoś, kto mógłby przerwać im zabawę i szczerze, nie obawiało go towarzystwo. Londyn należał do nich, a wkrótce uda im się przejąć całą Anglię, by mógł ruszyć palić kolejne kraje. Czysta rasowo Austria była snem, śnionym od wielu lat. Przyłożył gwóźdź w do głowy drżącego chłopca,  trzymanego przez jednego z towarzyszy, po czym wykonał jeden, mocny ruch młotkiem. Okrutny krzyk wybrzmiał po klatce schodowej, a chłopczyk rozpoczął przeraźliwie wyć. Nie szlochać, nie płakać, lecz wyć niczym przerażone, zarzynane zwierzę. Salwa paskudnego śmiechu towarzyszyła przeraźliwym dźwiękom, jakie ulatywały z ust chłopca, którego siostra zalewała się łzami, pozbawiona głosu. A to był dopiero początek. Kolejny gwóźdź powędrował w głowę chłopca. W innym miejscu, tym razem wywołując u niego salwę maniakalnego śmiechu, do której zaraz dołączyły głosy rozbawionych szmalcowników. Świeża jucha spływała po jasnych włoskach chłopczyka, przypominającego szmacianą lalkę w rękach paskudnych oprawców… Którym nie było dość. Słowa uznania powędrowały w jego kierunku, lecz Austriaka zaalarmowało warczenie psa. - Ej Ty! - Rzucił do wielkoluda, którego postura wydawała mu się znajoma z jednej z wielu wycieczek do Tower, jakie miał okazję wykonywać w ramach swojej pracy. - Skoro już nas podglądasz, co nie jest ładnym… Dołącz do nas. - Rzucił, wyciągając dłoń z gwoździem w jego kierunku. - Pobaw się z nami, albo zabierzemy Cię na spacer do Tower. - Dodał skryty rozkaz ciekaw, do czego byłby zdolny podobny wielkolud. Otto zawarczał, zjeżył się gotów w każdym momencie skoczyć ku przeciwnikowi… A i sami szmalcownicy zdawali się być w gotowości.


Getadelt wird wer schmerzen kennt Vom Feuer das die haut verbrennt Ich werf ein licht In mein Gesicht Ein heißer Schrei Feuer frei!.

Friedrich Schmidt
Zawód : Szmalcownik
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Weil der Meister uns gesandt Verkünden wir den Untergang.
OPCM : 16
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8774-friedrich-schmidt#261043 https://www.morsmordre.net/t8782-listy-do-friedrich-a#261285 https://www.morsmordre.net/t8783-come-little-mudbloods#261286 https://www.morsmordre.net/f294-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t8784-skrytka-bankowa-nr-2079#261288 https://www.morsmordre.net/t8785-friedrich-schmidt#261289
Re: Kamienne schodki [odnośnik]21.01.21 1:31
Dookoła rozległ się potworny krzyk, a Hagrid jak poparzony przestał już patrzeć w tą potworną puszkę co pojedynczo po każdym schodku spadała w dół. Wpierw się rozejrzał, ale tak na pierwszy rzut oka to nikogo nie było widać. Ot stary port, paru marynarzy idących nieco szybciej, ale to raczej nie od nich dochodziło to skamlenie, ten śmiech, co to w ogóle były za dźwięki? W tle ujadał pies i ta potworna mgła dookoła wcale nie dawała poczucia, że to nic takiego. Coś musiało się dziać i coś wisiało w powietrzu. Coś było cholernie nie tak.
Słowa Philippy biły w jego łeb, a ten jej głos w ten potwornej celi w Tower huczał.
A teraz głowa do góry, no już.
Brzmiała dziarsko, dała mu wtedy siłę by to Tower przetrzymać jakoś. Tydzień trzymali, potem jeszcze Goyle swoje miał do powiedzenia. To było już nawet nieco za dużo dla biednego Hagrida gdyby nie...
Czasem trzeba... odczekać. Zaplanować. Nie narażać się na próżno, a walczyć tak, by coś osiągnąć
, mówił Tonks.
Racje, cholibka, miał. Czasem trzeba było poczekać, nie narażać się na próżno, czasem trzeba było poczekać...
A dupa.
Wyciągnął siekierkę zza paska, ta służyła mu tak długo, a dalej cięła, i chwycił ją mocno w prawą dłoń gdy usłyszał głos. Dziwny akcent, dość nietypowy, może go kiedyś nawet słyszał, może gdzieś tam z tyłu głowy go miał, ale za nic w świecie nie byłby w stanie przypomnieć sobie skąd. I wtedy to dostegł.
Chłopiec, ledwo kilku, może kilkunastoletni, maleństwo takie... Jasna główka leżąca na ziemi teraz spływała krwią, a obok dziewczynka. Dziewczynka młodsza, blondyneczka, wyglądała jakby mogła być młodą Kerry, o ile jeszcze jej buzię pamiętał. Wytężył wzrok. Płakała. Ich było czterech. Dwóch trzymało ją, dwóch chłopca. Jeden z młotkiem, jeden z gwoździem. Hagridowi zakręciło się w głowie. Czy ten chłopiec żył? CZY TEN CHŁOPIEC JESZCZE ŻYŁ?!
- Ja? - zająkał się i mocno przełknął ślinę.
Pobaw się z nami, albo zabierzemy Cię na spacer do Tower... Do Tower? Nie. Przecież nie mógł, nie robił nic złego, siedział tam tylko, Goyle powiedział, że go nie odeśle, więc czemu teraz Tower. Co to w ogóle byli za ludzie?!
Gdzieś na dole zebrało się trzech marynarzy, nie kojarzył ich, ale zbliżali się w ich stronę, a jeden machał ręką i jakby uśmiechał się do niego... Ale Hagrid nie mógł się na nich skupić, znów przeniósł wzrok na oprawcę... Na oprawcę...
I dopiero wtedy zrozumiał co się stało i kto przed nim stał. To oni. Kurwa, jak to mówiła Philippa. Zszedł po schodach w dół, krok po kroku, pilnując by nie spuszczać wzroku z kolesia. Marynarze zbliżali się, byli już blisko, wołali go Rubi, już nie chciał używać nazwiska po tym co go w Tower spotkało. W Parszywym znali, Goyle znał. Teraz Rubi musiało wystarczyć. Znał ich, to byli Ci którzy do Parszywego przychodzili jak ze statku złazili. Jeden z nich, Warner, ten najwyższy i ten najlepiej zbudowany. Przecież mu dzieciaczek do Tamizy ledwo kilka dni temu wleciał, dla Hagrida to nic żeby wyciągnąć chłopaka, ale Warner dziękował, niemal po rękach całował. Zawsze dobrze do piwka było z nimi pogadać, fajnie, że rozpoznali, dobry uczynek zrobił, ale nie o tym. Nie o tym teraz, teraz liczył się widok tuż obok. Ta makabra, cholibka. Ta makabra, kurwa mać.
Podszedł wolnym krokiem, lekko pod płaszczem wciąż trzymając siekierkę w dłoni. Wielka nie była, w takim cielsku jak jego, gdzieś między fałdami płaszcza, mogła zaginąć, a przynajmniej miał taką nadzieję. To jeszcze dzieci!
- Pobawić, że w sensie ja...? - twarz momentalnie zmieniła się we wzrok którego już tak dawno nie dzierżył, którego nawet tamci oficerowie z portu nie widzieli, którego nie widział nikt oprócz jednego centaura w Zakazanym Lesie, który wysłuchał jego historię, tuż po tym jak tatko zginął. - A żeby Cię... - zaczął, ale już nie skończył.
Pieprznął mu z główki w główkę, chociaż chłopina niższy był, to dosięgnął. Wystarczająco miejsca miał. Mogli go dręczyć w więzieniu, mogli go przetrzymywać, mogli go za mordę trzymać, ale NIKT nie będzie takich rzeczy robił dzieciom, a na pewno nie na warcie Hagrida.



No i idę z tym brzemieniem ku Golgocie
Co ja pieprzę idę przecież w
jasną dal
Rubeus Hagrid
Zawód : robol w porcie
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I should NOT have said that...
OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 41
Genetyka : Półolbrzym

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8954-rubeus-hagrid https://www.morsmordre.net/t8983-gog https://www.morsmordre.net/t8964-chlop-jak-dab#267986 https://www.morsmordre.net/t8982-skrytka-bankowa-nr-2106 https://www.morsmordre.net/t8963-rubeus-hagrid
Re: Kamienne schodki [odnośnik]21.01.21 1:31
The member 'Rubeus Hagrid' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 28

--------------------------------

#2 'k8' : 4, 2, 5, 3, 7, 8, 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kamienne schodki Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kamienne schodki [odnośnik]03.02.21 3:44
Drwiący, wilczy uśmiech cały czas widniał na ustach szmalcownika. Jego moralność zniknęła już wieki temu. Tak dawno, że teraz z pewnością nie był w stanie wskazać konkretnego dnia. A może nigdy jej nie miał? Ta kwestia zapewne byłaby kwestią niezwykle sporną, gdyby kiedykolwiek interesowało go czyjekolwiek zdanie na ten temat. I tak teraz sprawdzał, z czego zrobiony jest półolbrzym; badał, czy będzie mógł go do czegokolwiek wykorzystać, uważnie obserwując go bystrymi, zielonymi ślepiami. Złamie się? A może jednak przyłączy się do nich, zapewniając o swojej przydatności? Z takim okazem, polowania z pewnością byłyby odrobinę ciekawsze, zapewne bardziej widowiskowe, a i mógłby zabrać więcej fantów na raz - same pozytywy sprawiające, że byłby w stanie nakłonić przełożonego do odpowiedniej współpracy…
… gdyby tylko półolbrzym nie okazał się tak cholernie głupi, jak to zwykli o nich mówić. Ponoć nadzieja matką głupich i w tym momencie, Friedrich Schmidt był głupim, licząc, że cokolwiek z jego słów dotrze do wielkoluda. Akcent? Szok? A może naturalna głupota? Merlinie, nie wiedział.
- No Ty… Nie lubię czekać. - Mruknął złowrogo, dając mu ostatnią szansę. Friedrich Schmidt bywał niezwykle cierpliwym mężczyzną, jeśli potrzebował cierpliwości do zdobycia odpowiednich informacji bądź przeprowadzenia dokładnych obserwacji, potrzebnych do akcji. Teraz jednak, gdy jeszcze przed chwilą zabijał nudę wbijając kolejne gwoździe w głowę chłopca, nie potrafił jej w sobie odnaleźć, chętny aby zakończyć swoją zabawę i zabrać się za śliczną, jasnowłosą dziewczynkę. Chłopiec wił się pod jego stopami, wpatrując się w wielkoluda nieprzytomnym, dziwnie nieobecnym spojrzeniem. Świeża krew o metalicznym zapachu plamiła kamienne schody powoli wypływając z ran, a dziecko zaczęło kwilić. Już nie miało jedenastu lat, jego psychika zdawała się cofnąć sprawiając, że z jego ust wydobywało się dziwne, niemal niemowlęce, żałosne kwilenie. Szmalcownik opuścił dłoń wyciągniętą w kierunku półolbrzyma, napinając mięśnie w gotowości. Konflikt wisiał w powietrzu, on jednak czuł się niezniszczalny… I nie widział w wielkoludzie wielkiego przeciwnika.  
Jego towarzysze związali dziewczynkę, po czym odeszli, zaalarmowali hałasem, jaki robili żeglarze - a oni z pewnością nie chcieli wchodzić w drogę ministerialnym szmalcownikom. Brew Friedricha powędrowała ku górze, na kolejne słowa mężczyzny, a ręka odruchowo wypuściła gwoździe, by ruszyć w kierunku różdżki. Wielkie łapska powędrowały w jego kierunku chcąc zamknąć w uścisku jego głowę, on jednak był szybszy. Niczym rącza gazela umknął w tył kilka kroków sprawiając, że atak wielkoluda był nieudany - ten miast w głowę szmalcownika pieprznął w ścianę obok, a to sprawiało, że parsknięcie przepełnionego złośliwością śmiechu uleciało z jego piersi.
Złość wykrzywiła ostre rysy, a dłoń niemal od razu odnalazła rękojeść różdżki, by ledwie ułamek sekundy później mierzyć mu ciemnym drewnem prosto w twarz. - Wiesz, kim jestem? - Syknął, wyraźnie zdenerwowany działaniami półolbrzyma. - Ministralnym szmalcownikiem, Rycerzem Walpurgii… A Ty rzucasz się na mnie w naszym mieście?! - Pożałujesz mówiło jego spojrzenie, przepełnione nienawiścią.
-Nimm ihn, Otto. - Rzucił ledwie ułamek chwili później. Pies zjeżył się, by z paskudnym warkotem wydobywającym się z jego piersi rzucić się z ostrymi zębiskami na prawą rękę wielkoluda. Usta szmalcownika wykrzywiły się w wyrazie pogardy. Nie miał zamiaru czekać na reakcję wielkoluda, zbyt chętny aby dać mu nauczkę, tyczącą się wchodzenia szmalcownikom w drogę. - Esposas! - Wypowiedział inkantację w tym samym czasie, w którym pies skoczył ku jego ręce, mając nadzieję, że magia go nie zawiedzie, a magiczne pęta zwiążą mężczyznę niczym młodego wołka.


| Unik 90-22=68 - cios chybiony
Pies ma sprawność 15 i zadaje 20 obrażeń / na turę niezależnie od rodzaju ataku
1. Atak psa
2. Esposas


Getadelt wird wer schmerzen kennt Vom Feuer das die haut verbrennt Ich werf ein licht In mein Gesicht Ein heißer Schrei Feuer frei!.

Friedrich Schmidt
Zawód : Szmalcownik
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Weil der Meister uns gesandt Verkünden wir den Untergang.
OPCM : 16
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8774-friedrich-schmidt#261043 https://www.morsmordre.net/t8782-listy-do-friedrich-a#261285 https://www.morsmordre.net/t8783-come-little-mudbloods#261286 https://www.morsmordre.net/f294-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t8784-skrytka-bankowa-nr-2079#261288 https://www.morsmordre.net/t8785-friedrich-schmidt#261289
Re: Kamienne schodki [odnośnik]03.02.21 3:44
The member 'Friedrich Schmidt' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 56

--------------------------------

#2 'k100' : 5
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kamienne schodki Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kamienne schodki [odnośnik]03.02.21 5:24
Pieprzony wilczy uśmiech, nie mógł na niego patrzeć. Hagrid poczuł, jak powoli coś w nim pęka. Cała ta dziecięca radość, te wszystkie miłe myśli odlatywały gdy widział wzrok tego chłopca. Pusty. Stukot gwoździ spadających na ziemie, dźwięczały.
Ostatnio tak dźwięczały dzwoneczki przy gospodzie pod Keswick, za każdym razem gdy ktoś otwierał drzwi do przybytku. Tam przecież było radośnie. Miłe barmanki roznoszące piwo i zupę. Ach, ciepła zupa pani Winston. Znana na całą wieś grochowa z wkładką. Zawsze z uśmiechem ją podawała, nawet jakby jej nie wyszła to kto by starej kobicie odmówił? Cristina też przecież w Parszywym dobrze gotowała, nawet bardzo dobrze, ale jej gulasz nie smakował jak dom. A może to był teraz dom? Port, z którego lała się krew, gdzie szukać radości i dzwoneczków nie było sensu. To był teraz dom, a Parszywy to była rodzina. Tak. To była rodzina.
Pamiętaj, o tym co ci mówiłam, druhu. Weź się w garść, nie zasługujemy, by spędzić resztę życia w tym syfie.
W głowie wybrzmiał głos Philippy. Pieprzone Tower. Pierdolone Tower. Philippa mówiła, że pierdolone, miała rację.
Wybudził się ze wspomnień, dość o Keswick, dość o domu. Stukot, dźwięk dzwonków, dźwięk gwoździ. Twarz Hagrida przedstawiała jedną emocję. Złość. Przecież nie będzie na to patrzeć, przecież nie będzie stać biernie. O nie, Dumbledore, biedny psor Dumbledore. Co by on powiedział, jakby makabrę na ulicach zobaczył?
Pieprznął z główki, bo nie było, co więcej, robić w takiej sytuacji. Jakby go tak unieruchomił na start, to przecież można zabrać dzieciaki i pędzić do uzdrowiciela, w porcie mieszkała Yvette, ona na pewno by pomogła. Biedny chłopiec... Może jeszcze dziewczynkę, może chociaż ją uda się uratować. Hagrid przez chwilę myślał, że trafił, ale chociaż łeb go zabolał, to mężczyzna stał obok i syczał. Był ministralnym szmalcownikiem, Rycerzem Walpurgii…
Ty śmieciu.
Mierzył do niego z różdżki i chciał rzucać zaklęcia. Tyle emocji wylewających się z Hagrida. Nie będzie przecież unikał, nie miał czego, co było warte jego życie gdy chodziło o biedne dzieciaczki?
Usiłował go kopnąć, nogi miał przecież sprawne, ale nie trafił, a przynajmniej tak mu się zdawało, bo pod nogami nic nie poczuł.
Trzymaj się, dziewczynko. Trzymaj się, chłopczyku. Zrobię, co się da, by Was ocalić.
Na prawą rękę rzucił mu się pies. Piesek, nawet słodki. Otto, o ile poprawnie dosłyszał. Sam powinien mieć psa, ale co ten pies by jadł? Przecież na ulicach bieda. Poczuł jak zębiska zwierzęcia wbijają mu się w ramię. Mógłby strącić go, rzucić w daleki kat, ale przecież to tylko pies. Nie jego wina, że właściciel był pieprzonym... nie... pierdolonym Rycerzem Walpurgii. Będzie musiał poprosić Philippę by powtórzyła z nim te wszystkie słowa, których używała. Faktycznie, teraz brzmiały jakoś lepiej.
My musieliśmy uciekać jak szczury przed łapami czystokrwistych szuj.
Teraz potrzebowałby Tonksa, gdy jego słowa wpajały się w mózg jak jakiś szczur. Wczoraj widział szczura w Parszywym. Bojczuk i Sallow, pijani dobrze, szczali przy rzygowniku. Teraz to wspomnienie wydawało mu się tak odległe. Teraz nie chodziło  o to, by wyrzucić klientelę bardziej awanturującą się. Musiał uratować życie tych dzieci. Tej dziewczynki...
W dłoni dalej dzierżył siekierkę, chociaż w przedramię wgryzał się ten pies. Może powinien go pogłaskać? Nie o tym teraz, Hagridzie, nie o tym.
- Czarami we mnie? - pokręcił głową. - W dupie mam - uśmiechnął się odsłaniając zęby.
Wziął zamach i liczył, że mu pachwinę przerwie. Nie, żeby na anatomii się Hagrid szczególnie znał, ale to na pewno musiało boleć. Przynajmniej spróbuje. Co miał do stracenia?

nie rzucam na unik przed psem, wybieram atak zamiast uniku

pierwszy atak, potężny cios w krocze nieudany
-5 do kości za 1 miesiąc rany ciętej 13.09-13.10
na tamten moment żywotność: 446/492 (za rany po ataku z główki)

drugi atak, silny cios siekierą (+20 do obrażeń) w krocze (-10 do kości)
-5 do kości za 1 miesiąc rany ciętej 13.09-13.10
-5 przez atak psa (20 pkt obrażeń) + atak z główki (46 pkt obrażeń)

żywotność na koniec posta: 426/492



No i idę z tym brzemieniem ku Golgocie
Co ja pieprzę idę przecież w
jasną dal
Rubeus Hagrid
Zawód : robol w porcie
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I should NOT have said that...
OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 41
Genetyka : Półolbrzym

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8954-rubeus-hagrid https://www.morsmordre.net/t8983-gog https://www.morsmordre.net/t8964-chlop-jak-dab#267986 https://www.morsmordre.net/t8982-skrytka-bankowa-nr-2106 https://www.morsmordre.net/t8963-rubeus-hagrid
Re: Kamienne schodki [odnośnik]03.02.21 5:24
The member 'Rubeus Hagrid' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 92

--------------------------------

#2 'k8' : 7, 3, 1, 6, 3, 5, 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kamienne schodki Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kamienne schodki [odnośnik]13.02.21 3:58
Schmidt zdawał się być szybszy od pokracznego przeciwnika. Półolbrzym może był wielki oraz silny, zdawało się jednak, że potrzebował niezwykle długiej ilości czasu na wprawienie wielkich mięśni w ruch... A przynajmniej tak uważał Friedrich Schmidt, samozwańczy znawca wiedzy wszelakiej oraz litery prawa.  Wpierw nieudany cios w główkę, później źle wymierzony kopniak w jego osobę sprawiły, że szmalcownik zrobił dwa kroki w tył. Ostrożnie, uważnie obserwując mężczyznę bystrym spojrzeniem zielonych oczu. Jeśli sądził, że w ich mieście mógł robić co tylko mu się żywnie podobało, był w wielkim błędzie... Co powinien wiedzieć, skoro już raz widział tę paskudną gębę w Tower of London. Friedrich nie rozumiał podobnych ewenementów, nawet jeśli sam nie był okazem, który wysilał się naukowymi przemyśleniami. Jego tok myślenia był niezwykle prosty, nastawiony na przeżycie, wygraną... oraz odpowiednie zyski powiększające zasoby jego skrytki, oczywiście.
Otto rzucił się w kierunku napastnika wgryzając się w jego ramię, a Schmidt poczuł chwilową dumę z idealnie wytresowanego zwierzęcia. Jego ojciec z pewnością wiedział, co robił. Z różdżką w dłoni szmalcownik wycelował w półolbrzyma zaklęciem, magia jednak zdawała się nie słuchać. Siarczyste, niemieckojęzyczne przekleństwo uleciało z jego ust. Chciał powiedzieć więcej, nie miał jednak już na to czasu, gdyż wielkolud o niezwykle niewielkim umyśle (a ten musiał mieć niewielki, skoro rzucił się na ministralnego pracownika) uniósł siekierkę, szykując się do ataku. Friedrich stojąc z różdżką w dłoni nadal wycelowaną w jego kierunku zareagował instynktownie, przyzwyczajony do podobnych komplikacji oraz wszelkich pojedynków.
- Protego! - Wypowiedział ochronne zaklęcie wykonując odpowiedni gest nadgarstkiem, by wyczarować przed sobą tarczę. Miał nadzieję, że tym razem magia się go usłucha i pomoże uniknąć spotkania z ostrzem siekiery. Dziwiło go, że półolbrzym nie wyciągnął różdżki. Jeszcze bardziej dziwiło go, że mógł swobodnie poruszać się po Londynie stanowiąc zagrożenie dla przykładnych obywateli, choćby jak on sam. Friedrich Schmidt nie chciał spotkać się z ostrzem prymitywnego narzędzia, lecącym w jego kierunku.

| udane protego na 100


Getadelt wird wer schmerzen kennt Vom Feuer das die haut verbrennt Ich werf ein licht In mein Gesicht Ein heißer Schrei Feuer frei!.

Friedrich Schmidt
Zawód : Szmalcownik
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Weil der Meister uns gesandt Verkünden wir den Untergang.
OPCM : 16
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8774-friedrich-schmidt#261043 https://www.morsmordre.net/t8782-listy-do-friedrich-a#261285 https://www.morsmordre.net/t8783-come-little-mudbloods#261286 https://www.morsmordre.net/f294-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t8784-skrytka-bankowa-nr-2079#261288 https://www.morsmordre.net/t8785-friedrich-schmidt#261289
Re: Kamienne schodki [odnośnik]16.02.21 12:54
Perspektywa bliskiego spotkania z ostrzem siekiery, zwłaszcza dzierżonej przez półolbrzyma, i zwłaszcza wymierzonej tak (nie)fortunnie, z pewnością była w stanie pobudzić do działania. Friedrich doskonale widział mknące w jego stronę narzędzie, słyszał też złowrogi świst, z którym przecinało powietrze, i nim jeszcze zdążyłby unieść różdżkę w próbie obrony, poczuł, jak jego serce zaczyna uderzać szybciej, a obraz przed jego oczami się wyostrza; skoncentrowany na przeciwniku, zdawał się dostrzegać więcej, słyszeć lepiej i reagować sprawniej. Wypowiedziana inkantacja wprawiła trzymaną w dłoni różdżkę w gwałtowne drżenie, które przeniosło się na świetlistą tarczę, materializującą się błyskawicznie przed szmalcownikiem. Gdy ostrze siekiery trafiło w jaśniejącą barierę, ta zadrżała znów - oddając impet uderzenia i sprawiając, że siekiera odbiła się od przeszkody. Silne ramię Rubeusa nieco zniwelowało siłę odbicia, ale narzędzie i tak uderzyło go obuchem w żuchwę; w uszach mu zadzwoniło, musiał cofnąć się o krok.

Tarcza po chwili rozmyła się w powietrzu, Friedrich jednak nadal czuł działanie krążącej w jego żyłach adrenaliny: przyspieszającej jego ruchy, skracającej czas potrzebny na reakcję, pomagającej utrzymać skupienie.

Na skutek wyrzutu adrenaliny, Friedrich przez następne 3 tury otrzymuje bonus +10 do wszystkich rzutów.

Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kamienne schodki Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kamienne schodki [odnośnik]07.03.21 22:48
Nie chciał oberwać ostrzem tej paskudnej siekiery kogoś, kogo nieroztropne zachowanie z pewnością powinno spotkać się z odpowiednią nauczką. Był tu, w mieście będącym pod ich panowaniem, niczym skończony kretyn pchając się pod ich łapy oraz wyrażając sprzeciw jego działaniom… Jednocześnie sprzeciwiając się Ministerstwu Magii, na którego usługach przecież pracował. Złość mieszała się z adrenaliną buzującą w żyłach Austriaka, napędzającą do działania oraz wyostrzającą zmysły. Lubił adrenalinę. To uzależniające poczucie, iż jest w stanie zrobić wszystko, byleby uchronić własny tyłek przed problemami… A takim problemem dziś był przygłupi półolbrzym z siekierą trzymaną w dłoniach. Wypowiedział zaklęcie, różdżka zadrżała w jego dłoni, a tarcza niezwykle szybko zmaterializowała się przed jego postacią. Ostrze uderzyło o tarczę ta oddała impet uderzenia, a tempa jej strona uderzyła w żuchwę półolbrzyma, co wywołało paskudny, wilczy uśmiech jaki pojawił się na ustach szmalcownika. Moc była po jego stronie - mrocznej, brutalnej, siejącej chaos oraz spustoszenie. Tej, w której mroki świata takie jak on czuły się niezwykle dobrze. Moc napełniała paskudny umysł Friedricha sprawiając, iż czuł się panem obecnej sytuacji. Nie miał zamiaru rezygnować z takiej okazji, z chwili zachwiania oraz rozbicia wywołanego odbiciem siekiery od tarczy.
-Esposas! - Wypowiedział inkantację, a magiczne więzy spętały kostki oraz nadgarstki półolbrzyma, zdanego w pełni na jego łaskę bądź jej zupełny brak… A biorąc pod uwagę charakter szmalcownika, raczej próżno było liczyć na okazanie czegoś, co nie było mu znane. - Beobachte ihn, Otto. - Rzucił do psa, który podczas uderzenia siekiery o tarczę odskoczył, zabierając zęby z jego ręki. Pies przeskoczył nad leżącym półolbrzymem, by stanąć tuż za nim, wlepiając uważne ślepia w jego głowę, co jakiś czas powarkując, gdy ich ofiara wykazywała zbyt wielką ruchliwość. Szmalcownik oparł but o policzek mężczyzny, przez chwilę przyglądając się jego rysom. Co powinien zrobić? Zanieść do Tower? Zarżnąć jak zwykłego wieprza? A może dać mu nauczkę, by ten na zawsze zapamiętał, by nie wchodzić im w drogę? Tak, to z pewnością był niezwykle dobry pomysł. Bystre spojrzenie zatrzymało się na siekierze, lecz jego nowa zabawka nie była w stanie jej użyć, będąc związaną magicznymi więzami.
- Chciałeś je ochronić, co? Dwie, biedne małe szlamy… - Rzucił ostro, z podłym uśmieszkiem wyrysowanym na jego ustach. Nie zapomniał o dzieciach, związanych oraz przerażonych, zalanych łzami acz nie mogących nigdzie uciec. Złapał chłopczyka zlanego krwią za kark, by przenieść go bliżej półolbrzyma. Tak, aby nic z przedstawienia nie umknęło jego uwadze. Perspektywa bliskiego spotkania z ostrzem siekiery, zwłaszcza dzierżonej przez półolbrzyma, i zwłaszcza wymierzonej tak (nie)fortunnie, z pewnością była w stanie pobudzić do działania. Friedrich doskonale widział mknące w jego stronę narzędzie, słyszał też złowrogi świst, z którym przecinało powietrze, i nim jeszcze zdążyłby unieść różdżkę w próbie obrony, poczuł, jak jego serce zaczyna uderzać szybciej, a obraz przed jego oczami się wyostrza; skoncentrowany na przeciwniku, zdawał się dostrzegać więcej, słyszeć lepiej i reagować sprawniej. Wypowiedziana inkantacja wprawiła trzymaną w dłoni różdżkę w gwałtowne drżenie, które przeniosło się na świetlistą tarczę, materializującą się błyskawicznie przed szmalcownikiem. Gdy ostrze siekiery trafiło w jaśniejącą barierę, ta zadrżała znów - oddając impet uderzenia i sprawiając, że siekiera odbiła się od przeszkody. Silne ramię Rubeusa nieco zniwelowało siłę odbicia, ale narzędzie i tak uderzyło go obuchem w żuchwę; w uszach mu zadzwoniło, musiał cofnąć się o krok. - fünf, sechs… - Kontynuował swoją wyliczankę, układając chłopczyka tak, by jego górna szczęka spoczęła na krawędzi schodka, mając na uwadze, by temu dla którego robił przedstawienie nic nie umknęło. -… alte Hex… - Mruknął, po czym zasadził silnego kopniaka w tył głowy chłopca. Do ich uszu doleciał głuchy trzask, a niewielkie ciałko zatrzymało się w bezładzie. Zaciekawione ślepia powędrowały w kierunku półolbrzyma jedynie na chwilę, po której wyciągnął z kieszeni nóż, by rozciąć jego brzuch. Zapach krwi oraz ludzkich wnętrzności uderzył w ich nozdrza, a szmalcownik podszedł wyjął coś z jego brzucha, by ruszyć w kierunku mężczyzny. Jelita dziecka były krótsze niż dorosłego, to jednak zdawało się nie przeszkadzać w zrealizowaniu planu. Ciągnąć za sobą truchło, uważając by nie wpaść w zasięg jego ramion podszedł do półolbrzyma, by owinąć jelita wokół jego szyi. Niech czuje. Niech chłonie zapach śmierci wszystkimi swoimi zmysłami. Truchło leżało ponad głową jego gościa, a krew wypływająca z brzucha chłopca kleiła włosy półolbrzyma.
- Każde Twoje słowo sprawi, że będzie cierpieć jeszcze mocniej. - Rzucił, po czym ruszył w kierunku dziewczynki. Ta miała być wisienką na torcie jego dzieła.


Getadelt wird wer schmerzen kennt Vom Feuer das die haut verbrennt Ich werf ein licht In mein Gesicht Ein heißer Schrei Feuer frei!.

Friedrich Schmidt
Zawód : Szmalcownik
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Weil der Meister uns gesandt Verkünden wir den Untergang.
OPCM : 16
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8774-friedrich-schmidt#261043 https://www.morsmordre.net/t8782-listy-do-friedrich-a#261285 https://www.morsmordre.net/t8783-come-little-mudbloods#261286 https://www.morsmordre.net/f294-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t8784-skrytka-bankowa-nr-2079#261288 https://www.morsmordre.net/t8785-friedrich-schmidt#261289
Re: Kamienne schodki [odnośnik]08.03.21 0:41
Zamachnął się siekierą tak jakby jedyne, o czym myślał to, by tego kolesia wziąć i faktycznie wykastrować. Kto wie, może by mu nawet w Parszywym jakieś osiągnięcie przyznali. Odznakę kastratora, o ile tak się to w ogóle nazywało. Hagrid szczególnych zapędów w taką stronę nie miał, ale jak ktoś małe dzieciaczki krzywdził, to choćby skały srały, trzeba było reagować i to najmocniej jak się dało. Widać jednak Tonks miał rację.
Czasem trzeba... odczekać. Zaplanować. Nie narażać się na próżno, a walczyć tak, by coś osiągnąć.
Ale jakże było czekać? Jakby nie zareagował, to by te dzieciaczki ten szmalcownik cały wziął i wykończył. Zresztą, i tak to pewno zrobi, ale przynajmniej spróbował. Hagrid najbieglejszy w planowaniu nie był, a wzroku odwracać nie zamierzał, a już na pewno nie wtórować w takich praktykach. Jeśli miał wybór - Tower albo zabić dziecko - wybrał opcję numer trzy. Kto by tego nie zrobił?
Najniebezpieczniejsi z nich nazywają się Rycerzami Walpurgii. Jeśli kiedyś zobaczysz na ulicy kogoś w dziwnej masce, to może być ktoś z nich, ktoś ważny.
Eh, Tonksie... Dobre 1,5 miesiąca wieści od niego nie miał. Zresztą ostatni list mówił, żeby się nie kontaktować, więc się nie kontaktował. Został sam i tyle, oby tylko Zakon sobie dobrze radził, w końcu w nich ostatnia nadzieja na ten okropny los mugolaczków.
Oberwał obuchem własnej siekiery w żuchwę, aż go zamroczyło i cofnął się o krok do tyłu. Nieważne, że siły miał jak trzech albo i czterech takich szmlacowników, bez różdżki nie miał szans. Ale co z tego, że poprosił by żeby ktoś mu naprawił, skoro zaklęć to już niemal nie pamiętał, a i tak nigdy szczególnie biegły w nich nie był? We łbie zakręciło się, a chwilę potem poczuł, jak pies puszcza jego rękę. Bolało jak diabli, zębiska owczarka wlazły w niego jak w masło, ale to przecież tylko piesek... Co on złego zrobił, że takiego właściciela ma? Przez chwilę Rubeus pomyślał, że może mężczyzna wycofa się, ale szybko te myśli z głowy wybiło mu kolejne zaklęcie, które łapy i nogi mu wzięło i splotło. Poleciał jak długi do przodu, a siekiera wyleciała z rąk. Rozbroiło go. Czy to moment, w którym trafi do Tower znowu? A może do Azkabanu? Przełknął mocno ślinę, bo cholernie w gardle piekło, ale ból zwichniętej żuchwy aż oblał go zimnym potem, a głowie znowu zabuczał głos Philippy.
Weź się w garść, nie zasługujemy, by spędzić resztę życia w tym syfie.
Odpowiedział jej w myślach.
Ja już Philippa to sam nie wiem, czy zasługujemy, czy nie. Ty pewno nie, ale może to jakaś kara dla mnie? Ja już sam nie wiem, od dzieciaka mnie dręczyli, ale to ja przyzwyczajony... Tylko te dzieci, Philippa. Ja nie wiem. Co robić, Philippko, co robić?
- Nye zżasłuszyły nra two - wymamrotał pod butem szmalcownika, który dociskał zwichniętą żuchwę, co jeszcze bardziej bolało. No psu w dupę to wszystko. Wypluł z ust trochę śliny, a właściwie to ta pociekła mu po kąciku ust. Ze śliny zresztą wypłynęła krew. Brudna krew mieszańca. Dopiero gdy przy twarzy zobaczył tę twarz chłopczyka, biednego chłopczyka, teraz o martwych oczach... Nie płakał, ale teraz nie powstrzymał tych łez, które napłynęły mu pod powiekami. Za jakie grzechy, cholibka kurwa, tego chłopca ten los spotyka? Gdzie jest Bóg? Mugole wierzyli przecież w Boga, chociaż Hagrid nie za bardzo, to jednak przecież jeśli by istniał, to by się nic takiego nie działo, prawda?
Nie chciał zamykać oczu, próbując jeszcze wymyślić szybko jakiś plan, zareagować jakkolwiek, zrobić coś, co mogło mieć sens. Cokolwiek... Nic. Głuchy trzask rozległ się po przejściu, a krew rozbryzgała się dookoła, lecąc półolbrzymowi na twarz. Mimowolnie zamknął oczy, odruch jakiś taki był, nie dało się tego przeskoczyć. Gdy je otworzył, zobaczył tylko breję zamiast głowy tego chłopaka.
- NYEEEE! - wykrzyknął, a bólem w żuchwie to już się nie przejmował. Niech boli, jak musi, trudno. Byleby jego, nie to dziecko. Na Dumbledore'a, nie to dziecko... Szmalcownik wszystko jednak miał w dupie.
Oj, wsadzę Ci kiedyś tę siekierę w dupę, śmieciu. Pomyślał, ale nie powiedział, zbyt przerażony, zbyt zszokowany. Zbyt... Po prostu jakiś zbyt. Ostrze noża błysnęło, gdy rozkroił brzuch chłopaka i wyciągnął z niego coś, zwykłego flaka. Takiego jak z krów się wyciągało, co na ubój szły. Rubeus chlipał tylko cicho, a łzy powoli zmywały krew z twarzy, tworząc puste strużki w czerwonych plamach. Ciągnął tego biednego chłopca za sobą, to co z chłopca pozostało, po czym zaczął owijać te flaki wokół niego. Olbrzym szarpał się, próbował ratować, ale nic z tego nie wyszło. W kajdanach na nogach i na rękach był już unieruchomiony. Może by tak ugryźć? Szarpnął jeszcze raz, ale znów nie dostał do łap szmalcownika. Połamie je kiedyś, przysięgał sobie, że połamie. Na plecach, gdzieś pod płaszczem czuł smród juchy, a ta chyba go całego oblepiała, razem z włosami i karkiem. Nie wzdrygał się, jednak leżał nieruchomo, wpatrując się obłąkanym wzrokiem w szmalcownika. Dopadnie go. Pieprzonego łotra, śmiecia, chorego szmalcownika. Rycerza Walpurgii.
Ten szedł w stronę dziewczynki, żeby dokończyć swoje dzieło. I ta durna pioseneczka, co to w ogóle znaczyło? Kazał się zamknąć, a Hagrid walczył tylko ze sobą, by nie krzyknąć, by zabrał jego zamiast niej, by odebrał mu życie, a dziecko zostawił w spokoju. Jednego mógł być pewien. Byleby nie cierpiała. I tak zabije ich obydwoje... Wpatrywał się w dziewczynkę i niemo szeptał tylko "przepraszam".
Powinien przeprosić wszystkich...
Kerry, miałem Ci wysłać cukier...

obrywam obuchem w żuchwę za silny cios, 25 obrażeń, zwichnięcie żuchwy
nie rzucam na unik przed zaklęciem, bo nie mogę unikać zaklęć
żywotność: 401/492



No i idę z tym brzemieniem ku Golgocie
Co ja pieprzę idę przecież w
jasną dal
Rubeus Hagrid
Zawód : robol w porcie
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I should NOT have said that...
OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 41
Genetyka : Półolbrzym

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8954-rubeus-hagrid https://www.morsmordre.net/t8983-gog https://www.morsmordre.net/t8964-chlop-jak-dab#267986 https://www.morsmordre.net/t8982-skrytka-bankowa-nr-2106 https://www.morsmordre.net/t8963-rubeus-hagrid
Re: Kamienne schodki [odnośnik]08.03.21 14:02
Był siewcą chaosu. Aniołem ciemności niosącym wszelkie koszmary; sprawiającym, iż to co najgorsze stawało się rzeczywistością. I cholernie uwielbiał swoją rolę w codzienności pewien, że gdy zakończą jedną wojną ruszy dalej, by spalić kolejny kraj; skąpać go w krwi szlam oraz mugoli pewien, że w innej codzienności nie odnalazłby swojego miejsca. Inne życie nie było mu znane, żył w otoczeniu wojen, mordów oraz krwawych egzekucji. I Merlin jeden wie, jak cholernie to lubił i jak chorą satysfakcję mu to sprawiało.
Widząc łzy czające się w oczach półolbrzyma zaśmiał się złowrogo. Złamał go, niczym zwykłą zapałkę. Trafił w odpowiedni punkt uderzając w niego sprawnie. Mocno. Bez choćby odrobiny litości, która do tej pory nie była mu znana. Szlamy i tak skończyłyby w piachu. Jeśli nie zamordowane przez niego, to przez kogoś innego… I powinny się cieszyć, iż trafiły w dłonie kogoś, kto z ich śmierci tworzył niewielkie dzieło sztuki; piękne przedstawienie dla tej jednej pary oczu która powinna zrozumieć, iż nie powinno się wchodzić mu w drogę podczas pracy będącej ostatnio jego największą rozrywką. Zapach krwi odurzał; zachęcał do działania oraz coraz większego okrucieństwa względem dzieci, którym zwykle łamał karki bądź rozbijał czaszki, fundując niezwykle szybką śmierć. I zapewne tak skończyłaby dziewczynka gdyby półolbrzym nie stanął w jego obronie. Friedrich Schmidt nie potrafił przegapić takiej okazji; nie potrafił zignorować zniszczenia czegoś, na czym zależało drugiej osobie, od tej zasady posiadając jedynie kilka, niewielkich wyjątków.
Krzyk jaki wydobył się z gardła półolbrzyma był niczym przypieczętowanie paskudnego losu, jaki miał spotkać dziewczynkę. Nieroztropnie. Szmalcownik był drapieżnikiem, w dodatku tym, z najgorszego rodzaju drapieżników - zabijających dla odrobiny rozrywki; krótkiej zabawy mającej urozmaicić dzień i wywołać grymas bólu na twarzy obserwującego go mężczyzny. Szmalcownik przez chwilę rozważał, w jaki sposób powinien pozbawić ją życia, aż w końcu idea sama nawiedziła jego głowę.
Złapał dziewczynkę za włosy, by przeciągnąć ją w kierunku półolbrzyma tak, by ten mógł obejrzeć całe przedstawienie. W końcu to było istotą sztuki idealnej - odpowiednie przedstawienie; sprawienie, że obserwujący zrozumie przekaz, jaki znajdował się w przedstawieniu. W tym wypadku przekaz był niezwykle prostu oraz jasny: nie wchodź mi w drogę, bo zabiję wszystko co kochasz. I doskonale wiedział, że byłby w stanie to zrobić; że wiedział jak odnaleźć odpowiednie informacje i wykorzystać je przeciwko mężczyźnie tak, aby pożałował swojego istnienia na tym świecie; by nadszedł dzień kiedy padnie przed nim na kolana błagając o odebranie podłego życia. Tak, ten scenariusz z pewnością przypadł mu do gustu, a pewność siebie jaka rozlewała się po jego organizmie nie pozwalała, by choćby przez chwilę rozważyć inną możliwość.
- Nie? Coś jeszcze chcesz powiedzieć? - Mruknął, w nawiązaniu do swoich słów o tym, iż każde słowo będzie kosztowało dziewczynkę kolejną porcję paskudnego cierpienia. Ostrze noża ponownie błysnęło w jego dłoni, zapowiadając rozpoczęcie kolejnego spektaklu. Wpierw złapał ją za jasne włosy, by z doskonałą precyzją oraz wprawnością kata zatopić ostrze w jej czole. Czerwona krew poczęła spływać po jej twarzy, gdy ten oddzielał skórę od jej czaszki. Niczym Idianin z książek jakie kiedyś czytał mu młody Macmillan zdjął z dziewczynki skalp. A ona wyła. Niczym zarzynany prosiak, głośno oraz rozpaczliwie, głosem przepełnionym bólem oraz zwykłym, czystym strachem. A on nie miał zamiaru przestać. Nadal trzymając wątłe ramiona zrobił krok w kierunku leżącego mężczyzny, by wcisnąć mu do kieszeni zdjęty skalp. Na pamiątkę ich spotkania, by ten nie zapomniał o nim, ani przestrodze płynącej z jego działań. A później zaczął ją skórować. Powoli, z chorą dokładnością popieprzonego kata oddzielał skórę od mięsa,  wywołując kolejne, przeszywające krzyki dziewczynki. Krzyki, które jedynie zachęcały do dalszego działania, do oddzielania kolejnych warstw skóry od jej ciała, potęgowania krzyków bólu wydobywających się z młodego gardła. Dziewczynka przeraźliwie wyła przez czas, który dla półolbrzyma mógł zdawać się wiecznością. Ściągnął skórę z jej twarzy. Ściągnął skórę z jej ramion oraz części niewielkiej klatki piersiowej z przerażającą precyzją dając półolbrzymowi niezwykle okrutną lekcję anatomii ukazującą to, co skryte było pod skórą. Czuł, jak powoli ucieka z niej życie; czuł jak powoli traci siły stawiając coraz mniejszy opór. Widział, jak z oczu dziewczynki ulatuje życie i czuł się z tego cholernie zadowolony. W końcu rzucił bezwładne, acz jeszcze żywe ciałkon na zimię. Nie byle jak - ułożył ją tak, by twarz półolbrzyma znajdowała się tuż na przeciwko twarzyczki dziewczynki - makabrycznie zniekształconej brakiem skóry, z przepełnionym spojrzeniem błękitnych oczu, które nie mogły się zamknąć pozbawione powiek. Żyła. Ledwo, ostatkiem sił, mężczyzna mógł jednak zauważyć iż pozbawiona skóry klatka piersiowa delikatnie się unosi w płytkich oddechach.
Szmalcownik przywołał do siebie psa, zrobił kilka kroków w tył. Powoli, pozwalając półolbrzymowi nabrać odrobiny nadziei na to, iż jeszcze uda mu się uratować podłe istnienie szlamy. I gdy był niemal pewien, że ziarno nadziei zostało zasiane złapał w dłonie siekierę, która niedawno wędrowała w jego kierunku. Rękojeść narzędzia pokryła się krwią dziewczynki, która splamiła jego dłonie, a szmalcownik zamachnął się, by jednym, wprawnym ruchem oddzielić jej głowę od resztę tułowia. Torturował ją, by finalnie odebrać jej życie narzędziem, którym jeszcze niedawno groził mu półolbrzym. Krew trysnęła uwolniona z tętnic na jej szyi, a złowieszczy śmiech rozlał się po otoczeniu.
Nie skończył jednak z mężczyzną. O nie. Podszedł do półolbrzyma by wymierzyć w jego kierunku różdżkę. -lancea! - wypowiedział inkantację, magia jednak nie usłuchała. Czysta złość rozlała się po jego ciele przykrywając wizję czerwoną poświatą. -lancea! - po raz kolejny wypowiedział inkantację, tym razem celując różdżką w krocze półolbrzyma. Tak było fair, czyż nie? On próbował przypuścić atak na jego krocze, a teraz Schmidt odwdzięczał się w ten sam sposób. Przykcunął przy nim tak, by nie być w zasięgu jego łap, koło truchła chłopca. Złapał za ubrudzone krwią włosy, na chwilę przyciągając twarz półolbrzyma ku jego twarzy.
- Nie wchodź mi w drogę, bo zabiję wszystko co kochasz. Ich werde alle töten. - Wysyczał lodowato, chcąc upewnić się, że przekaz przedstawienia dotarł do jego uszu. Puścił jego włosy, mając gdzieś czy nabije sobie kilka siniaków czy też nie. Ostatni raz powiódł po postaci półolbrzyma, po czym na do widzenia kopnął go wyważonym ciosem w klatkę piersiową, by udać się w swoją stronę, z psem wiernie kroczącym przy jego nodze. Później wyśle chłopaków, aby posprzątali bałagan.
Pozostawił półolbrzyma. Związanego. Z twarzą dziewczynki obdartej ze skóry tuż naprzeciwko jego twarzy. Pewien, że nie pozostawi tak tej sprawy.

| zt. dla Friedricha.


Getadelt wird wer schmerzen kennt Vom Feuer das die haut verbrennt Ich werf ein licht In mein Gesicht Ein heißer Schrei Feuer frei!.

Friedrich Schmidt
Zawód : Szmalcownik
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Weil der Meister uns gesandt Verkünden wir den Untergang.
OPCM : 16
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8774-friedrich-schmidt#261043 https://www.morsmordre.net/t8782-listy-do-friedrich-a#261285 https://www.morsmordre.net/t8783-come-little-mudbloods#261286 https://www.morsmordre.net/f294-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t8784-skrytka-bankowa-nr-2079#261288 https://www.morsmordre.net/t8785-friedrich-schmidt#261289
Re: Kamienne schodki [odnośnik]08.03.21 14:02
The member 'Friedrich Schmidt' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 44

--------------------------------

#2 'k8' : 3, 4, 8
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kamienne schodki Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Kamienne schodki
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach