Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Konstantyn Kalashnikov
AutorWiadomość
Konstantyn Kalashnikov [odnośnik]29.01.21 20:58

Konstantyn Kalashnikov

Data urodzenia: 5 stycznia 1938
Nazwisko matki: Kalashnikov
Nazwisko ojca: Dolohov
Miejsce zamieszkania: brak
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: początkujący zaklinacz, pracownik Borgin&Burke
Wzrost: 186 cm
Waga: 68 kg
Kolor włosów: odcienie jasnego brązu - zależne od pogody
Kolor oczu: zielononiebieskie
Znaki szczególne: pięć wąskich blizn po ranach ciętych na plecach; dwa małe okrągłe przypalenia papierosowe na lewym ramieniu



Moja

Nasza historia zaczyna się w Leningradzie.
Czasy nigdy nie były spokojne ani odpowiednie czyniąc wszystko dokładnie takim, jakim powinno być.

Kiedyś potrafiłem wierzyć, że wszystko jest takie dlatego, że tak musi być. Nikt nie wierzył w wyzwolenie, co to w ogóle znaczyło? Po co nas wyzwalać, kiedy jesteśmy szczęśliwi - bez grosza przy duchu, ale wciąż szczęśliwi, nie rozumiałem.

Do dziś nie rozumiem.

Nasze wspólne dobro, które należało pielęgnować, wspierać i budować. Zawsze stałem u boku, starając się pomóc. Nawet najciemniejsze ścieżki nie były mi straszne; musiałem zadbać o przyszłość – naszą przyszłość.


Dom Sowietów, to miał być nasz dom. Słyszałem wiele historii.
Potężny przepiękny gmach, którego świetność nie była tylko dziełem samego architekta Trockiego, tworzyliśmy ją wszyscy; to było nasze dziedzictwo. Jednak tamte czasy były jedynie opowieściami szeptanymi w zapewnieniu, że następna bomba nie zwali nam dachu na głowę; w końcu kiedyś budowali ją nasi ludzie. Przekonanie o świetności i nietykalności krajowej było wszędzie, szczególnie w czasach oblężenia, dlatego zawsze obserwowałem.
Każdy kawałek popiołu spadającego na ręce, głowę, ramię, buty, tego trupa na rogu też, były inne, jak płatki śniegu; wtedy myślałem, że tak wygląda śnieg. Niedobrze. Nie Tobie myśleć, durniu, kolejne uderzenie nie bolało jak to pierwsze, choć nie potrafię przypomnieć sobie tego pierwszego, ale to przecież normalne. Nie widziałem tego czerwonego spod skóry, nie jak u tych wszystkich pacjentach mamy, która często zostawiała nas z ojcem; to było bardzo normalne.
Wrzask ciężko przechodził przez moje gardło, chciałem być jednym z tych bohaterów Leningradu. Miasto bohaterów – przecież tak nas nazywali, byliśmy królestwem; zakurzonym, śmierdzącym, kiszącym się we własnym gnoju miastem, którego wspaniała władza nie chciała opuścić w chwili kryzysu.
Była to pierwsza bomba, która trafiła kilka kamienic dalej. Nie pamiętam, ile miałem lat, ale pewne było jedno – nie było żadnego miasta-bohatera, było moje odbicie i ja. Czułem przerażenie, drapieżna potrzeba do schowania się, jakby potężne trzęsienie i lecące w naszym kierunku stłuczone szkło z okiennic miało nam zrobić krzywdę. Nie wiedziałem, co to oznacza, ale strach o tę samą twarz, która w opóźnieniu zaczęła rozumieć, skąd wzięła się moja histeria; zadziałałem szybciej. Dziś już wiem, że była to magia; wtedy myślałem o przekleństwie. Przez moment nie myślałem o wspaniałym kraju, ojcu wszystkich dzieci – Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, znanej również jako ZSRR, był tylko Kiryl i ja; dwie identyczne, choć tak różne krople wody. Nie słyszałem swojego krzyku, ale czułem…moc. Siła o jakiej opowiada się z myślą o bohaterach, byłem jednym z Nich; obroniłem nas.
Niedługo było nam czekać na matkę, której łzy zmywały popiół z naszych twarzy. Potem nie widzieliśmy ojca przez kilka dni, myślałem, że zaginął, w końcu przed trzęsieniem wyszedł po te długie rurki, z których unosił się dym, dokładnie taki sam jak nad miastem. Po pierwszym zetknięciu tlącego się żaru z końca zawiniętego papierka do mojego ramienia przestałem pytać; ojciec szybko uczył, żeby nie zadawać pytań…w sumie to w ogóle nie mówić. Na szczęście nie potrafił szybko biegać, jakaś rana wojenna; był bohaterem.





Zaczęło cichnąć. Miasto zaczynało zażywać snu, mama częściej pojawiała się w domu, docierały do nas sowy, a ojciec rozpoczął podróże bardziej chwiejnym krokiem; niechętny do przyjęcia pomocy siedmiolatków. Z Kirylem szybko znaleźliśmy zajęcia. Drewniane patyki posługiwały za figurki, a my pisaliśmy ich historie. Ten może grać dalej, tamten nie – przegrany upada. Struganie wychodziło nam dobrze, choć rzadko udawało się, żeby złapać za dobry strugacz…więc zaczęła nas zabierać do swojego drugiego domu. Oczywiście, że już czytałem! Miałem przecież siedem lat! Każdy już czytał! Kiryl i…no właśnie!
Wtedy zrozumiałem, dlaczego książkowy kurz jest przyjemniejszy od tego wojennego; praca mamy stała się domem, a ja szybko zacząłem rozumieć, w jaki sposób należy zajmować się wiekowymi woluminami; w końcu to one trzymały całą naszą historię w szachu, ten kto je pisał, ten tworzył przeszłość, dlatego postanowiłem zostać pisarzem własnej historii i może trochę Kiryla! Czasem nawet potrafiliśmy przesuwać rzeczy samym spojrzeniem lub myślą! Raz nakryła nas mama i wtedy właśnie obiecaliśmy sobie, że to będzie sekret naszej małej, wspaniałej trójki; ojciec tak by nie zauważył, był zbyt zajęty podglądaniem sąsiadów za ‘ścinany’. Wojna wymagała poświęceń, naszym była przeprowadzka, bo reszta była przecież normalna.
Wraz z nadejściem wieści o Instytucie, wszystko się zmieniło. Czary, a czasem nawet gusła, które zwykle babki w komunalce przedstawiały jako spuściznę po słowiańskich przodkach, stawały się coraz bliższe naszemu ograniczonemu w magię światu i właśnie tam zrozumiałem...


Zimny, stalowy wręcz kamień powitał nas równie niechętnie co mocny wiatr pokrywający białym puchem okoliczne tereny Instytutu w Skandynawii. Nie wiedziałem, w jaki sposób matka zdołała to opłacić, jednak cieszyłem się możliwościami, które zostały przedstawione nam już w pierwszym dniu. Nikt nie musiał mnie prosić o pozostanie, chciałem tam być, nawet wtedy, kiedy czułem harde spojrzenia swoich rówieśników, swoich lepszych rówieśników. Nigdy nie byłem robakiem, dlatego każdy krok i uniesienie różdżki stawało się czymś więcej niż ćwiczeniem – udowadniałem, sobie, im, każdemu, kto tylko był w stanie przemknąć wzrokiem po moim wychudzonym, kościstym ciele. Język był tylko jedną z przeszkód, która nie była w stanie ściągnąć mnie na społeczne dno. Od zawsze wiedziałem, że najważniejsze były obserwacje będące moim największym z atutów pośród rówieśników. Tylko dzięki wiedzy pozyskiwanej dzięki czujnemu słuchowi i oku, byłem w stanie dostać się tam, gdzie inni z mojego środowiska nieczystej krwi mogli tylko pomarzyć. Zawsze stawiałem kroki tam, gdzie musiały one zostać postawione, byłem gotów ponieść każdy koszt, a tych było wiele. Z początku uznawany za klauna, zabawnego mieszańca, który potrafi siedzieć cicho; powoli wspinałem się po drabince, w której nigdy nie byłem godzien osiągnąć pełnej przynależności. Mimo to zacząłem osiągać posłuch. Staranność w zajęciach dotykających zarówno ciemnej, jak i jasnej magii zaczynały przynosić efekty, a wraz z nimi ograniczony, choć istniejący poklask.
Savoir-vivre – stał się moim kompanem wieczornych nauk arkanów magii, które przynosiły tylko cierpienie. Było w tym coś pięknego, widok zwijających się zwierząt pod jednym, bardzo prostym ruchem, którego gracja musiała być wystarczająco subtelna, jak i widoczna. Z czasem myślałem o przeniesieniu tego na ludzi, w końcu zwykłym pastwieniem się nad stworzeniami nie mógłbym pokazać prawdziwej mocy. Zacząłem więc uczyć się o ciele. Kości, mięśnie, żyły, wszystko co było w zasięgu wzroku i ręki. Wiedza oferowana na każdym kroku codziennie wprawiała mnie w zachwyt. Każdą cząstką chciałem zostać w Instytucie, który był czymś więcej niż tylko edukacyjną placówką, to była moją idyllą, bez której życie zwyczajnie nie istniało. Faktem jest, że to, co trzymało moje myśli przy Leningradzie była matka. Jej rzadkie listy emanowały ciepłem, którego nie sposób ominąć chłodnym wzrokiem. Widziałem mokre ślady, choć ani przez myśl nie przeszło mi, że były to jej łzy; po cóż płakać, kiedy miała swojego Boga i wyrzeczenia czarodziejskiego świata?
Rozumiałem ją, choć nie byłem w stanie pojąć, dlaczego odrzucała wszystko, co oferowała jej wyjątkowa krew. Powody, dla których była przy boku tego mugola z każdym dniem stawały się coraz mniej godne pochwycenia na dłużej niż ułamek sekundy, a wszystko winą rezygnacji ze wspaniałej dziedziny, którą była magia.


Zawsze sądziłem, że amory istniały jedynie w lekturze, tak też było do czasu czwartej klasy, kiedy zauważyłem pewne książkowe oznaki ze strony jednej ze szlachcianek. Do tamtego momentu nie wiedziałem, czym jest prawdziwe wykorzystywanie sytuacji, a tym bardziej desperacka próba wybicia się ponad resztę mieszańców. Robiłem głupstwa, których efektów nie wstydzę się po dziś dzień, w końcu cel uświęca środki, czyż nie?
Postawa, dryg i krok. Dźwięki docierały do mojego umysłu, który chłonął naukę niczym gąbka. Sunąłem po pomieszczeniu, dając sobą dyrygować kobiecie, która nawet nie była świadoma, kiedy staliśmy się od siebie zależni. Ona pragnęła większej atencji, ja nauczycielki z wyżyn. Manipulowaliśmy sobą wzajemnie, momentami zapominając, że była to tylko gra, w której zwykli nastolatkowie dają ponieść się zbyt płonnej i mocnej chwili. Wszystko zmieniło się wraz z pewnym listem, kilkoma słowami, które przewróciły mój świat do góry nogami.
Była to historia, która zdawała mi się jedną z tych książkowych mitologicznych opowieści, przekazywanych w dawnych czasach z ust do ust, by finalnie trafić do starych woluminów, o których istnieniu nikt nie zdążył zapomnieć. W połowie śmiertelniczka, w połowie bogini i on – pan z rodziny poważanej nie tylko przez lud, ale również inne bóstwa, był kimś więcej niż byle półbogiem, był krwi czystszej niczym śnieg; jego krew jednak posiadała dawną skazę w postaci szarego śmiertelnika zwanego mugolem. Pamiętam wypieki, które towarzyszyły mi lekturze będącej odpowiedzią na wszystkie moje utrapienia. Mężczyzna osiadły w Leningradzkim domu - mugol, nie był naszym ojcem. Nazwisko podane w liście nie było jednym z tych mniej znanych, wręcz przeciwnie byli to ludzie bliscy Imperium, władzy – nie – ikony, świecącej bardziej niż niejedna gwiazda na bezchmurnym niebie.
Tyle mi wystarczyło, żeby potwierdzić jedno – nigdy nie byliśmy zwyczajni, a nasza obecność w Instytucie była czymś więcej niż zwykłym trafem szczęścia.
Dolohov, to powinno być nazwisko.
Dolohov, niczym mantra powtarzane każdego wieczoru.
Dolohov, któż chciałby czytać całą opowieść o romansie czarownicy półkrwi i Dolohovie.
Dolohov, nasza historia żyjąca poza naszymi wspomnieniami, była jedynym co budowało moją determinację.



Czy faktycznie różniła się od innych?



Porzuciłem mrzonki o świecie w wyższych sferach. Niewpisany w ród czułem się wyklęty, tak samo, jak mój brat, któremu raczej nie sprawiało to zbyt dużej różnicy; jednak moje ambicje…
Przeniosłem się na naukę. Znajomość etykiety pomagała jedynie prezentować się na tyle dobrze by nie być odrzucanym przez panny na balach; zresztą przestało to mieć już tak wielkie znaczenie. Zgłębiłem się tam, gdzie nazwisko przestawało mieć tak nadrzędne znaczenie. Magia zaczęła pochłaniać mnie coraz głębiej, przyciągając głównie do tematów mrocznych, które były jedynie na wyciągnięcie ręki. Wiedziałem o piętrzącej się ambicji, która nie pozwoliłaby mi targnąć się przeciwko ciemniejszym arkanom magicznym bez odpowiedniego przygotowania. Skupiłem się na przeciwdziałaniu, starając się również pojąć pełną istotę zaklęć, które w moich oczach zawsze żyły własnym życiem. Musiałem stać się wielki, musiałem wiedzieć dużo, więc zacząłem prawdziwe studia. Starożytne Runy były wspaniałą ucieczką, gorzej radziłem sobie z numerologią, jednak znajomość podstaw była priorytetowa; w końcu miałem wszystkiego się nauczyć. Jedynym odstępstwem od reguły stało się origami, którym zajmowałem wolne ręce w trakcie przerw. Wiedza nigdy nie była moim wrogiem, dlatego z czasem zacząłem również przejmować się naszym losem po ukończeniu Instytutu. Dowiadując się o nazwisku, uświadomiłem sobie również kuriozalność sytuacji, którą starałem się ukryć w coraz to bardziej realnych planach na zarówno bliską, jak i daleką przyszłość. Marzenia o pozostaniu w placówce edukacyjnej zaczęły zanikać, a wraz z nią przeświadczenie, że jest to dom. Nikt nie potrzebował sentymentalizmu.


Wynieśliśmy się wraz z końcem ostatniego roku i pomimo żalu opuszczania wspaniałego miejsca nie czułem niedosytu, wręcz przeciwnie. Potrzebowałem czegoś więcej, choć rysująca się przyszłość życia w Leningradzie nieco ostudzała mój entuzjazm. Oboje musieliśmy stworzyć własną alternatywę i tak też się stało. Dworzec Moskiewski, plac wielkich roszad i wspaniałych słów zaczął być odległym wspomnieniem, ponieważ nasze życie zaczęło skupiać się wokół dawnego pentagramu – systemu stworzonego przez czarodziejów, który dla mugoli kojarzony był tylko z Rotundą przy Grochowej 57 – tam, gdzie pojawiał się Szatan – powiadali. Trudno było im odmówić prawdy, w końcu pod klubem znajdowało się główne przejście do ich świata, tam, gdzie odnajdywali się tylko desperaci. Eliksiry brata sprzedawały się tam lepiej niż książki z antykwariatu matki, gdzie po powrocie z Instytutu zaszywaliśmy się o każdej porze dnia i nocy. Zaplecze sklepu służyło nam za prywatny skrawek świata magicznego, w końcu mugolska rzyć tego drania nie mogła o nas wiedzieć. Z dnia na dzień było gorzej, choć błyszczące oczy matki zawsze wypraszały ich, kiedy schlany mugol zaczynał kolejne kłótnie. Nietrudno było o usłyszenie ich w komunalce. Niegdyś potężny skrawek pokoju wydawał się teraz klitką, w której próbowaliśmy spędzać jak najmniej czasu. Listy i pieniądze na czarną godzinę otrzymywane od babki utrzymywały mnie w przekonaniu, że uda nam się stamtąd wyrwać…może Skandynawia? Chłodna pogoda nigdy nie była dla nas strachem, choć wątłe, wychudzone ciała niejednokrotnie zdradzały dyskomfort przebywania w zimnie – byliśmy w końcu czarodziejami; zdołalibyśmy przetrwać, skoro nawet nasza sąsiadka – półgoblinka potrafiła odpowiednio się zakręcić, czym mogliśmy się przejmować?
Zawsze starałem się polegać tylko na naszej dwójce, jednak ona potrafiła przełamać pewne konwenanse, zwyczajnie przekonując do siebie. Wiedziała kim była, wiedziała co czasem należy zrobić i była bardzo świadoma tego, gdzie należy szukać odpowiednich klientów dla ich interesów spod ciemnej gwiazdy. Niedługo musiałem prosić o kontakty i porady, była dla mnie ciotką, której nigdy nie mieliśmy…nie leżało to zbyt daleko prawy, w trójkę wiedzieliśmy wszystko, choć oszczędzając bólu matce, zachowaliśmy tę wiedzę dla siebie. Nie potrafiłem robić krzywdy i sprzeciwiać się rodzicielce, przecież wycierpiała dość, nie byłem w stanie dokładać jej więcej bólu. Chciałem zrozumieć jej upór trwania przy tym bezwartościowym mugolu, jednak pewne rzeczy były ponad moje siły, po prostu obserwowałem, interweniując tylko w obliczu zagrożenia Kiryla. Bliźniacza twarz nie miała w sobie choćby cienia winy złości pijaka, dlatego przyjmowałem ślady jego złości bez wrogości skierowanej w stronę brata; co wcale nie znaczy, że cieszyłem się z bycia poniżanym przez kogoś tak słabego. Oczyma wyobraźni widziałem sposoby na uśmiercenie jego parszywej gęby, jednak każde wyciągnięcie różdżki kończyło się zawodem i strachem w oczach matki; zbyt zależało mi na jej spokoju i szczęściu, więc próbowaliśmy żyć na marginesie, a to zdecydowanie sprzyjało naszym interesom…i nie tylko.
Szukając klienteli, trafiłem do pewnego towarzystwa; byli biedni, choć zachowaniem łudząco przypominali szlachecką młodzież z Instytutu. Nieciężko było odnaleźć się w ich przepełnionej rozpustą społeczności, w końcu obserwowałem ją latami, wierząc, że samemu kiedyś odnajdę własną ścieżkę na szczyt. Nigdy nie było to spełnienie moich ambicji, jednak wraz z zachłyśnięciem się kilkoma nielegalnymi substancjami pozwalałem sobie na chwilową obojętność do moich wielkich celów. Carpe diem, tak opacznie nazywali te podróże w bardziej barwne światy, które niejednokrotnie kończyły się na przyspieszonym oddechu, nieznajomym zapachu drugiego ciała i błogim spokoju. Moje zakrapiane eskapady były pewną rutyną zespajającą się z pracą w antykwariacie i nie tylko! Zdolności brata w tworzeniu eliksirów przewyższały moje zafascynowanie klątwami. Niejednokrotnie padałem ofiarą własnej niekompetencji, co było jednym z największych bólów po ukończeniu Instytutu. Byłem młody, zbyt niedoświadczony, żeby faktycznie sięgnąć po to, czego pragnąłem najbardziej, więc zacząłem szukać. W trakcie całej tej próby doszukania się równie dobrego nauczyciela zaklinania, co w Instytucie, trafiłem w kręgi upewniające mnie w znaczeniu dawnego mistycyzmu naszych przodków. Umysł żądny wiedzy chciał posiąść więcej.
Żercy nie istnieli jedynie w opowieściach i przez pewien czas stało się to moją obsesją, której moc zwiększała się wraz z zagłębieniem w religijność zakorzenioną w naszym słowiańskim ludzie. Historie mugoli przenikały się z tymi czarodziejskimi, a ja chciałem to sprawdzić i właśnie w ten sposób udało mi się dotrzeć do niego - mężczyzny, którego wygnano z terenów dawnego Połabia za robienie czegoś więcej niż tylko składanie ofiar. Fascynacja obserwowania go w trakcie obrządków dla wszystkich wierzących w wielkim mieście ofiar i duchów powojennych wydawała się bardzo ciekawym aspektem, którego rutyna interesów antykwariatu, jak i rozprowadzania eliksirów brata, pozwalała trzymać ciekawy umysł w ryzach. Mimo to w wielu oczach stałem się narkomanem i owszem - byłem głodny wiedzy, zawsze ciągnięty w wolnych chwilach do miejsc mroczniejszych i głębszych, gdzie odnajdywałem prawdziwe piękno. Słyszałem wiele innych obelg, choć zwykle spływały one po mnie równie szybko, co mój umysł przyswajający wiedzę. Poza otwierającym się światem rytuałów, których nie byłem w stanie w pełni pojąć, pojawiła się również narastająca sumka pieniędzy, dając mi przekonanie o stabilności, która złamała się równie szybko, co poczucie siły i pewności na jutro.





Słyszałem jego chrapliwy oddech w progu bramy, ciężko było pomylić tak charakterystycznego podczłowieka. Niejednokrotnie przechodziło się przez niebezpieczne ulice, gdzie 'niebezpieczeństwo' było w rzeczywistości zbyt lekkim słowem; więc nic w tym dziwnego, że nie pisnąłem słowa o jego zniknięciu. Skurwysyn w końcu zasłuży za swoje, choć matka…potrzebowała jedynie czasu, który w żaden sposób nie był w stanie jej uleczyć, nawet obecność Zlaty. Nie miałem nic przeciwko częstszym wizytom w domu, w końcu cały czas staraliśmy się odciążyć matkę, która tęsknym wzrokiem wędrowała po brudnych ulicach za oknami w poszukiwaniu jego zapijaczonej sylwetki. Zdawało się, że przejęcie antykwariatu nie było jedynym, co należało zrobić, jednak wszystko było zbyt późno.
Niespodziewanie z naszego życia zniknęła ciotka, a wraz z nią pewna protekcja, której nie byliśmy w stanie zapewnić.

Jestem czarodziejem i…DLACZEGO NIE ZDOŁAŁEM JEJ OBRONIĆ…

Informacja o jej porwaniu dotarła do naszych uszu jeszcze przed pojawieniem się milicji w antykwariacie. Powiedział, że idą po nas i wtedy poczułem ten sam strach, który za młodu potrafiłem instynktownie odtrącić. Tym razem było w tym coś więcej, było o wiele więcej, a ja nie miałem zamiaru tkwić w błędnym kole, które ściągnęłoby nas w przepaść. Potrafiłem dostrzec w jego mętnych oczach wiele, jednak nie przewidziałem tej chęci mordu - byliśmy przecież sąsiadami! Pistolet uniósł się na wysokość jego ramienia, a wtedy wszystko jakby przyspieszyło. Nie pamiętam wypowiadanej inkantacji, nie pamiętam, kiedy dłoń z różdżką nakreśliła charakterystyczny ruch w powietrzu, a mugol konał. Mój umysł był pusty, choć myśli pędziły szybciej niż dźwięk przyspieszonego tempa utworu w gramofonie. Ktoś to widział, krzyczał o milicji, a ja myślałem o ucieczce. Nie czekając na wyjaśnienia, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy, włącznie z oszczędnościami od babki i tymi, które powiększaliśmy z każdym dniem od początku naszej małej działalności.
Mama - Wiera...nie żyła.

Piękne życie?
Kłamstwo, wszystko było kłamstwem.
Nawet nasza próba ucieczki do babki okazała się błędem. Zamknięta wraz z mężem, wielkim wynalazcą, dumnym przedstawicielu rodziny Kalashnikov w Iżewsku...nie byli w stanie nam pomóc. Wejście na teren militarny wiązał się z odkryciem i odnalezieniem, a ja nigdy nie planowałem ubezwłasnowolnienia. Spróbowaliśmy więc uciekać dalej, na zachód, tam, gdzie język i świat był nam znany, im bliżej Instytutu tym lepiej, bo przecież gorzej być nie mogło…niestety było. Palący oddech niebezpieczeństwa ścigał nas do momentu złapania za nieznajomy świstoklik w dawnej Polsce. Znaleźliśmy się w Londynie, miejscu równie szarym i śmierdzącym, gdzie znaliśmy tylko własne odbicia.
Teraz uciekamy od Wuja Soso, którego ręka nie jest w stanie sięgnąć po pomnik Anterosa, naszego jedynego drogowskazu po obcych ulicach.


Patronus: Mętna błękitna mgła przywoływana na myśl o sukcesach - niekoniecznie tylko tych naukowych. Pierwszy taniec z rok starszą szlachcianką, pierwsze zatracenie się w świecie nielegalnych spędów bohemistycznych, pierwsze udane założenie klątwy, pierwsze spotkanie z prawdziwym lordem i każde kolejne potwierdzenie faktu, że jestem kimś, kogo żaden z pierwszych razów nie zatrzymał ani onieśmielił przed dalszym dążeniem do zdobycia tego o czym tylko zapragnę.
Kiedyś było inaczej, pojawiał się polarny lis, ale teraz...teraz wszystko się zmieniło.

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 14+2 różdżka
Uroki:00
Czarna magia:11+3 różdżka
Magia lecznicza:00
Transmutacja:00
Eliksiry:00
Sprawność:30
Zwinność:130
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: rosyjskiII0
Język obcy: norweskiII2
Język obcy: angielskiI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
KłamstwoI2
KokieteriaI2
NumerologiaI2
PerswazjaI2
Starożytne RunyII10
SpostrzegawczośćIII25
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
EkonomiaI2
MugoloznastwoII7
Savoir-vivreI2
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Neutralny--
Rozpoznawalność-I
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)II7
Malarstwo (wiedza)I0,5
Muzyka (wiedza)I0,5
Rzeźbiarstwo (wiedza)I0,5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec balowyI0,5
Taniec współczesnyI0.5
PływanieI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
-- -
Reszta: 4 PB; 4 PS


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Konstantyn Kalashnikov dnia 01.03.21 17:49, w całości zmieniany 12 razy
Kostya Kalashnikov
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19/20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : 14
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 11
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t10432-skrytka-bankowa-2144#315296 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089
Re: Konstantyn Kalashnikov [odnośnik]01.03.21 20:54

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Ramsey Mulciber
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Konstantyn Kalashnikov Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Konstantyn Kalashnikov [odnośnik]01.03.21 20:56


KOMPONENTYlista komponentów

[01.03.21] Komponenty (październik/grudzień)

BIEGŁOŚCI[04.08.21] Wsiąkiewka (paź-gru): +3 PB

HISTORIA ROZWOJU[18.02.21] Karta postaci
[23.06.21] Zakup sowy: -50 PD
[23.07.21] Spokojnie jak na wojnie: +20 PD, +1 PB organizacji
[04.08.21] Wsiąkiewka (paź-gru): +120 PD
[08.08.21] Wykonywanie zawodu (październik-grudzień): +20 PD
[08.08.21] Zakup sowiego zamiennika, orła: -100 PD
[18.08.21] Osiągnięcia (Wielki głód): +30 PD
[02.09.21] Lusterko: +3PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Konstantyn Kalashnikov Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Konstantyn Kalashnikov
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach