Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Grobowiec Loughcrew
AutorWiadomość
Grobowiec Loughcrew [odnośnik]05.02.21 12:57

Grobowiec Loughcrew

Megalityczne cmentarzysko, sięgające czasów pierwszych czarodziejów na irlandzkich ziemiach. W centrum znajduje się grobowiec w formie kopca. Do środka prowadzi niewielkie wejście, niewidoczne dla mugoli, a system podziemnych korytarzy może doprowadzić ciekawskich czarodziejów do centralnej komnaty. Na jej ścianach wyryte są starożytne runy oraz zupełnie nieznane symbole z antycznych czasów, a na środku znajdują się dwa pionowe kamienie, wysokości człowieka. Nie można ich przesunąć ani poruszyć żadnym zaklęciem, a czarodziejscy historycy hipotetyzowali niegdyś, że grobowiec mógł pierwotnie chronić portal do innego świata. Dopiero później miał stać się cmentarzyskiem. Nikomu nie udało się jednak odnaleźć portalu ani sposobu na jego otworzenie, a zagadka Loughcrew pozostała nierozwiązana.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Grobowiec Loughcrew Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]26.02.21 0:33
3.11.1957

Unoszące się magiczne świetliste kule roztaczały wokół siebie zimne jasne światło, które sprawiało, że cienie, kryjące się w rogach i zagłębieniach ścian wielkiego pomieszczenia głównej sali grobowca, delikatnie poruszały się, jakby były żywe i ukrywały w swoich ciemnościach kogoś, kto bacznie przyglądał się każdemu, kto przekraczał progi starożytnej budowli. Było w tym coś niesamowitego, wręcz bajkowego, balansującego na granicy snu i rzeczywistości, rzeczy materialnych i utkanych z unoszącego się kurzu. Życia i śmierci.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił Rigel po przybyciu, to upewnił się, że w tym niezwykłym miejscu jest zupełnie sam. Nie chciał dzielić tej przestrzeni z innymi - mogącymi zakłócić jego badania nawet samą swoją obecnością, dlatego zajął się ustawieniem prostego zabezpieczenia na wejściu do głównej sali - pułapki znanej jako Strach na gremliny. W trakcie przygotowań uznał, że to właśnie tu - w głównej sali zacznie badania, gdyż właśnie w tym miejscu znajdowały się najciekawsze runy i najlepiej zachowane obrazy. No i był też “portal” - dwa chropowate obeliski stanowiące centrum tej niesamowitej konstrukcji.
Idealne!
Black rozłożył się ze wszystkimi swoimi rzeczami, zmieniając tę pustą przestrzeń w stanowisko badawcze - dokładnie takie, w jakim czułby się najlepiej. Dlatego obok potrzebnych książek, schematów i pergaminów, znalazły się również poduszki, żeby wygodnie się ulokować oraz miedziany, bogato zdobiony tygiel, puszka kawy i śliczna biała filiżanka na spodeczku - w końcu miał spędzić tu jakiś czas, niestety wewnątrz grobowca było dość chłodno... a nic nie rozgrzeje i nie pobudzi lepiej niż filiżanka czarnej, niesłodzonej kawy.
Transmutacja jednak bywa czasem przydatna... - pomyślał, spoglądając na te wszystkie rzeczy, które udało mu się przetransportować, z wyraźną dumą.
Plan badawczy nie był skomplikowany - skupiał się przede wszystkim czytaniu i rozumieniu starożytnych znaków. Dlatego Black z książką, pergaminem i piórem przystawał koło każdego z nich i robił nieskończenie dużą ilość notatek.
Z każdym symbolem, znakiem, kolejnym szybkim komentarzem na pergaminie jego myśli, jak zwykle zaczynały żyć swoim życiem, zastanawiając się nad najróżniejszymi rzeczami. Na przykład co tak naprawdę stało się z Plemieniem bogini Danu. Czy po przegranej z Synami Mila, rzeczywiście gdzieś się ukryli, tworząc potężne ochronne zaklęcie? Ale nie miało to sensu, ponieważ w księgach ich ślad urywa się, a jedyne wytłumaczenie, które przewija się na kolejnych stronach, było jedno - odeszli. Schronili się pod kurhanami. Czym właściwie były te miejsca?
Czy w legendach była przynajmniej krztyna prawdy?
Cóż, istniało takie prawdopodobieństwo… a świadczyły o tym dwa obeliski na środku sali.
Jak brama.
Jeśli odeszli… to czym się stali? Czy umarli? Czy możliwe jest, że udało im się znaleźć możliwość stania się nieśmiertelnymi? Ale tylu badaczy próbowało zbadać to miejsce i nie znalazło nic. Może patrzyli w zły sposób?
Nagle Black wstrzymał oddech. Ta myśl, tak prosta i tak niesamowita. Tak ekscytująca.
Może i głupia. Ale… było w niej coś znajomego. Jakby już kiedyś nad tym myślał. Pracował? Może w którymś z dziwnych snów, które nawiedzały go przed i po pogrzebie brata.
Może trzeba zbliżyć się do wieczności, żeby widzieć więcej. Inaczej.
Jak duch.
Czy gdyby sprawić… Tak, to może zadziałać. I to by było dobrą możliwością… szczególnie na starość!
Książkę odłożył na stos, a następnie sięgną po pokaźny tom o alchemii, żeby zagłębić się w gorączkowe kreślenie kolejnych formuł na pergaminie. Czas przestał się liczyć a świat... Chrzanić świat!
Jedyne co zaczęło wkrótce przeszkadzać Rigelowi - to zimno, więc szczelniej zawinął się w bardzo długi krukoński szalik, narzucony na czarną dobrze dopasowaną szatę z wełny. Mimo ukończenia szkoły, lord Black wciąż miał sentyment to tego elementu stroju i nadal czasem go nosił, szczególnie podczas podróży badawczych. Tak na szczęście.
Kiedy już kompletnie zziębł, rozpalił malutki płomień nad tyglem, aby zrobić sobie kawy. Nie znał się specjalnie na gotowaniu, jednak przyrządzanie napojów bardzo przypominało mu tworzenie eliksirów, więc już po chwili to surowe miejsce, pachnące ziemią, wilgocią i pyłem, napełniło się delikatnym aromatem kawy.
Ach, cóż za cudowny dzień! - Black uśmiechnął się do swoich myśli, przekładając strony swojej ulubionej książki o numerologii i smakując kawę z lekkiej i cienkiej porcelany.
I wszystko rzeczywiście by było cudownie… gdyby nie usłyszał kroków, które echem odbijały się w kamiennym korytarzu.

|mam przy sobie 300g. kawy


The truth may be out there
But the lies are inside your head.



Ostatnio zmieniony przez Rigel Black dnia 23.06.21 1:38, w całości zmieniany 1 raz
Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 17
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]26.02.21 3:43
3.11

Perspektywa spędzenia nadchodzącej pełni w Somerset budziła niechęć. To za blisko - rodziny, Doliny Godryka, uchodźców. Tereny hrabstwa były rozległe, udałoby się znaleźć odludne miejsce... ale podświadomie wolał być wtedy jak najdalej od wszystkiego, co znajome. Irlandia była daleko. Siły Ministerstwa jeszcze tu nie dotarły. Mógłby się tutaj rozejrzeć samemu, potem podpytać Vincenta...
Najlepiej było rozglądać się z lotu ptaka, więc auror spędził kilka godzin na miotle, krążąc wzdłuż wybrzeża dopóki nie zaczął padać deszcz. W końcu wylądował, przemoknięty i zziębnięty pomimo ciepłego golfu i szaty od Trixie. Panna Beckett zadbała o pojemne kieszenie w jego nowym płaszczu. Magiczny kompas i fałszoskop wygodnie spoczywały w jednej z nich, a w drugiej Michael upchnął wywar ze sproszkowanego srebra i dyptamu (noszony przy sobie w ramach paranoi odkąd zdał sobie sprawę z konieczności nagłych teleportacji) oraz wszystkie znalezione przez siebie białe kryształy.  
Mike wyjął kompas, pierwszy z przyrządów, bez których nie ruszał się z domu. Czy wskaże mu drogę do jakiegoś schronienia...? Wskazówka skierowała się w stronę największego kopca na tej polanie, ale drgała lekko, jakby miejsce nie było do końca bezpieczne. No tak, antyczne ruiny są pewnie dobrze zabezpieczone - ale raczej nie przeklęte, o Loughcrew słyszał na historii magii, a jako przyszły auror zawsze zwracał uwagę na opowieści o szczególnie niebezpiecznych miejscach.
Tonks westchnął ciężko, ale nie za bardzo wiedział dokąd indziej się teleportować, a do domu nie chciał jeszcze wracać.
Wyjął różdżkę i ruszył w stronę tajemniczego kopca, zachowując czujność. Dostrzegł wejście. W środku musiało być sucho, może nawet ciepło.
Miał wrażenie, że do jego nozdrzy dobiegał zapach... jakby kawy? Naprawdę zbyt długo jej nie piłem. Korciło go, by rzucić Homenum Revelio, ale najpierw podstawy. Zresztą, fałszoskop wibrowałby, gdyby w pobliżu znajdowali się wrogowie.
-Carpiene. - szepnął, a magia wskazała mu proste zabezpieczenie w głębi korytarza. Czyżby... bogin? Dziwne, starożytni woleli pewnie bardziej zaawansowaną magię. No nic, z boginem sobie poradzi. Rozbrajanie pułapki było czasochłonne, a jemu z zimna drętwiały palce. Prościej i szybciej będzie po prostu przegonić gada. Przymknął oczy, wiedząc, co zobaczy w grobowcu i przygotowując się psychicznie na widok wilkołaka nad zwłokami rodziny. Nadal najbardziej bał się samego s i e b i e.
Ciekawe, kogo mi dzisiaj pokażesz. Obydwoje wiemy, że własnej matce nic już nie zrobię, rano dostałem list od ojca, a z Just, Kerrie i Gabrielem widziałem się przed wyjściem z domu. - pomyślał z gorzkim uśmiechem. Wiedział, że nieco się tam wystraszy, ale nie zamierzał się temu poddać. Był aurorem. Zawczasu pomyślał o tym, w co chciałby zmienić bogina i pewnym krokiem wszedł do środka, przynosząc ze sobą zapach morskiej bryzy.

Ledwo stanął w progu głównej sali, tam, gdzie magia wskazała obecność pułapki, bogin przybrał postać potężnego wilkołaka. Kątem oka Tonks dostrzegł światła, ale bogin zasłaniał mu chwilowo widok na resztę śladów obecności młodego badacza. Ten zapach kawy jest prawdziwy, ktoś tu jest... - dotarło do niego z zaskoczeniem, ale już widział pod nogami zakrwawioną twarz, zasłoniętą jasnymi włosami i pewniej wzniósł różdżkę. Kerstin jest bezpieczna.
-Ri... - bogin, wyczuwając niedostateczny strach, zamigotał nagle. Wilkołak pozostał, szczerzący zęby i groźny, jak zwykle, ale Kerstin błyskawicznie zmieniła formę. Najpierw przybrała postać blondynki w średnim wieku, ale żal po śmierci matki też był już zbyt stary. Bogin najchętniej karmił się jak najświeższym, silnym strachem, więc, niezdecydowany, nie wytrwał w tym kształcie nawet sekundy, najwyraźniej zirytowany tym, że intruz zdążył się przygotować do tego spotkania...
...I znalazł odpowiednie wspomnienie. Niedawny moment, w którym bali się obaj.
W grocie zapachniało spalenizną i spalinami, a Tonks cofnął się gwałtownie, nie tylko z powodu lęku, ale i ze zdumienia.
Tego się nie spodziewał.
-Co...
CO...
Uspokój się, dostaliśmy od niego list.
-RIDDICULUS! - warknął Michael ze wściekłością, jakiej sam się po sobie nie spodziewał. Wilkołak zaczął się błyskawicznie kurczyć, aż przybrał formę przerośniętego szczeniaka z wielkimi uszami. Zwłoki zniknęły, zmieniając się w srebrny pył.
Tonks oparł się o ścianę, zirytowany tym, jak podle dał się zaskoczyć i nie na żarty zaniepokojony tym, w co... w kogo... przemienił się upiór. To pewnie dlatego, że pomyślałem zawczasu o wszystkich innych osobach... Zaklął pod nosem, przekleństwo poniosło się echem po komnacie.

Jeśli pewien młody lord wychylił się lepiej ze swojego miejsca, mógł dostrzec stojącego tyłem wilkołaka i skrawki głów osób, w które przemieniał się bogin - oprócz Kerstin, której twarz była w wizji Michaela zmasakrowana.

Po sekundzie Michael przypomniał sobie, że najwyraźniej nie jest tu sam. Nie opuszczając różdżki, rozejrzał się nerwowo.
-Ty...? - na jego twarzy, oświetlanej blaskiem magicznego światła, wymalowało się autentyczne zdumienie, przemieszane z lękiem i ulgą. Wygląda na całego, ale... to kolejny bogin?
Nie, boginy tak nie pachną, TO PRZECIEŻ RILEY
Ostrożn...
RILEY RILEY RILEY - wilk uwielbiał karmić się emocjami, szczególnie tymi sprzecznymi.
Fenrir zawył z entuzjazmem, chcąc zamachać ogonem, rzucić się do przodu, zerwać ze smyczy - i prawie mu się udało, choć nadal stał w miejscu, a nogi miał sparaliżowane rozwagą nudziarza. Blondyn wyprostował się nagle, uniósł wyżej podbródek i uśmiechnął się wilczo, a w jego spojrzeniu zatańczył szczery entuzjazm.
-Riley, heeeeeeejjjjjj! - nie wygłupiaj się, on może już nas nawet nie pamiętać... WYLUZUJ -...to JA, pamiętasz mnie jeszcze? - wypalił Fenrir z pozorną nonszalancją, bo w życiu nie przyznałby się Michaelowi do niepokoju - i wiedział, że nudziarz zaraz każe mu się zamknąć. Ale przecież musiał się chociaż przywitać.

ogarniam jak aurorowi wypada


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him



Ostatnio zmieniony przez Michael Tonks dnia 06.04.21 3:17, w całości zmieniany 1 raz
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Grobowiec Loughcrew 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]27.02.21 22:46
Black powoli odłożył filiżankę z na wpół wypitą kawą i wyciągnął różdżkę. Był wyraźnie zaskoczony i nawet zły, że ktoś tak po prostu tu wchodzi i przeszkadza mu w badaniach. Ale w końcu po to była ta pułapka, żeby móc sprawnie zneutralizować intruza. Oczywiście Rigel mógł uciec się do wykorzystania swojego tytułu lorda, jednak wiedział, że Irlandia nie była do końca bezpieczna, a i mieszkańcy to jakieś dzikusy. W sumie to nigdy nie mógł się zdecydować, kto był gorszy - Irlandczycy czy Szkoci.
Stawiając cicho kroki, wycofał się za najbliższy obelisk. Prastary kamień był idealną osłoną i tarczą w razie, gdyby doszło do wymiany zaklęć, jednak czarodziej miał nadzieję, że nieproszony gość przestraszy się tego, co zobaczy i ucieknie. Zniszczenie zabytku było chyba najgorszą z perspektyw - można było ją porównać do śmierci człowieka.
Black nie lubił uciekać się do przemocy, jednak kiedy w grę wchodziły badania i nauka ośmieliłby się podnieść różdżkę. Dlatego gdzieś z tyłu głowy liczył się z tym, że będzie musiał pacyfikować nieproszonego gościa przy pomocy zaklęć i z zaskoczenia. Im szybciej się z nim upora, tym mniej szkód może powstać.
Jak tylko kroki zbliżyły się do wejścia, ostrożnie wyjrzał zza obelisku, w celu przeanalizowania sytuacji. Jednak to, co zobaczył, kompletnie zbiło go z tropu - bogin przybrał postać wilkołaka.
Na prawdę?! To chyba jakiś żart…
Wilkołaczy temat prześladował go już przez blisko miesiąc i nawet nie planował odpuszczać. Czarodziej wiedział, że istnieje taka ciekawa właściwość umysłu - zauważanie i łączenie ze sobą faktów kompletnie ze sobą niezwiązanych, widzeniu schematów, tam, gdzie ich nie ma. A wszystko po to, by odzyskać kontrolę nad swoim życiem, kiedy wszystko dookoła się sypie.
W taki sposób próbował to wszystko sobie tłumaczyć, do momentu aż po paru metamorfozach zirytowanego bogina zauważył dziwnie znajome ciało, leżące u stóp wilkołaka. Rozpoznał je, mimo że było nadpalone, nadgryzione i Merlin jeden wie co jeszcze. W tamtej sekundzie poczuł zimny pot na plecach.
Przecież to niemożliwe, to nie mogę być… ja? Dlaczego? Ale...
Nie wiedział już, czy faktycznie poczuł zapach spalenizny, czy sobie go wyobraził, obserwując, jak zahipnotyzowany, swoje własne martwe ciało. Z transu wyrwał go znajomy głos. Rozpoznał go nawet mimo echa.
Nie, nie, nie…
Zrobił parę głębokich wdechów i wydechów, po czym mocniej zacisnął dłoń na różdżce.
Może to tylko magia tego miejsca. Może potrafiło odczytywać lęki i pragnienia, wykorzystując je przeciw zbyt ciekawskim badaczom? Przecież to nie mógł być…
Nie, na pewno nie. To halucynacje. Albo nie?
Musiał się upewnić.
Czy już oszalałem? Albo…
Może wszystko było o wiele prostsze. Może został wytropiony?
Wyszedł ze swojej kryjówki, pozostając jednak w bezpiecznej odległości, w razie, jeśli będzie musiał robić unik.
-Fenrirze.- jego głos mógł brzmieć odrobinę za ostro. - Oczywiście, że pamiętam.
Wolał ukryć się pod maską irytacji, niż pokazywać te wszystkie inne emocje, jakie odczuwał. I radość, i ulgę, i zaskoczenie… oraz potworny strach.
Co, jeśli mężczyzna w jakiś sposób dowiedział się, że Rigel próbował zdobyć o nim informacje? Ale jak? O sprawdzeniu rejestru wiedziała tylko Frosythia. Ale ona na pewno by się nie wygadała. Może ktoś pracujący w jej Departamencie albo ktoś od magicznych istot? W końcu Ministerstwo Magii to jedno wielkie gniazdo plotek...
Cholera. Szlag.
-Co tu robisz?
Przyszedłeś mnie zabić? Szantażować? Po co tu jesteś?


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 17
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]28.02.21 1:15
Rozpromienił się, gdy Riley przywitał go właściwym imieniem - pamiętał! Oczywiście, że pamiętał! Tyle, że zaraz po znaczeniu słów, dotarł do niego wydźwięk tonu młodzieńca. Ostrego i chłodnego, jak wtedy o poranku. On wcale się nie ucieszył.
Uśmiech spełzł mu z twarzy, ustępując miejsca bezbrzeżnemu, naiwnemu zaskoczeniu. I... co to za pytanie? Przecież nawet nie miał zbyt wiele do powiedzenia w kwestii miejsc, w które ciągnął go Tonks, a nawet Michael trafił tu przypadkiem. No i Riley nigdy nie odzywał się tym tonem, nie do niego.
Ugh, i wszystko jasne.
To twoja wina, ty mu wszystko wyjaśnij. A jak znowu wszystko zepsujesz to... - zadecydował mężnie i zamilkł wymownie, bo w sumie to nie wiedział jak mógłby zagrozić Tonksowi. Wiedział tylko, że jeśli Riley znielubił go z powodu nudziarza, to będzie bardzo, barrrrdzo zły.
Michael zamrugał, mając nadzieję, że nie wyglądał przed chwilą jak urażony Fenrir idiota.
Co tu robił?
-Nic. - …prosiłem cię o pomoc, a nie… …jak będziesz się ciągle wtrącał to na pewno nie powiem nic sensownego! - zirytował się Mike, choć wiedział, że przyśpieszone bicie serca to wcale nie sprawa Fenrira. Tylko bogina. Nadal było mu strasznie zimno, ale poczuł jak na policzki wpełza mu zdradliwe, palące gorąco.
-Byłem w okolicy, tylko chciałem się ogrzać. - wymamrotał. Czy Riley przypomni sobie okoliczne lasy? Nawet jeśli nie, to miejsce i tak było spalone. Po tym spotkaniu Mike nie odważy się spędzić tutaj pełni.
-A ty? - dodał, bo najwyraźniej w czymś tutaj przeszkadzał. Za Rileyem znajdował się cały warsztat, nawet biurko i papiery i kawa. Scena przypominała mu o boginie, którego widział jako nastolatek, panicznie bojąc się nudnej pracy za biurkiem. Ileż by teraz oddał za nudę. Pieprzone Ministerstwo, pieprzony Departament Tajemnic, pieprzony świat, pieprzone boginy. Zaraz, jak brunet prześlizgnął się obok bogina? Pułapka wydawała się zbyt banalna jak na starożytne zabezpieczenia…
-Ty tu ściągnąłeś tego bogina? - zapytał, nieco zbyt ostro, zastanawiając się czy Riley widział jego bogina. Wilkołaka trudno było nie zauważyć, ale tamto ciało… 
może potwór je zasłonił?
Jeśli Fenrir liczył, że Michael podejdzie do sytuacji rozsądnie, to się przeliczył. Wśród sprzecznych emocji na przód wysuwało się potworne zażenowanie.
Co ja sobie wyobrażałem, co Fenrir sobie wyobrażał? Że tak po prostu się przywitam? Riley wyraźnie zerwał… zerwaliśmy kontakt. I jeszcze ten bogin, jego ciało… oby go nie widział. A jeśli widział, to co sobie pomyślał? Żałosne!
-Będziesz tak celował we mnie różdżką? - dodał z nutą urazy w głosie, choć Riley wcale w niego nie celował. Na kilka dni przed pełnią brał wszystko do siebie. Sam zresztą wcale nie schował swojej różdżki, choć trochę ją opuścił. Świadomość, że to on celował niegdyś w Rileya różdżką wywoływała uporczywe wyrzuty sumienia, na które nie mógł nic poradzić.
Podjudzony wilkołaczą drażliwością postanowił unieść się honorem i trochę powymądrzać, jak to auror.
-Nie będę ci przeszkadzał. Powinieneś tu zresztą nałożyć coś skuteczniejszego, na przykład Zawieruchę. - warknął, cofając się o krok w tył. Doskonale, teraz wystarczy się odwrócić i odejść, nie będzie się pchał tam, gdzie jest niemile widziany.
-Mogę to zresztą zrobić, skoro przegoniłem bogina. - wzruszył ramionami, nadąsany. Zepsuł mu pułapkę, dzień, może nawet całe życie, to przynajmniej spróbuje trochę posprzątać. Wcale nie szukał przecież pretekstu, aby tu zostać. Powinien trzymać się jak najdalej. Co, jeśli przez te narkotyki wszystko źle zapamiętałem? Jeśli Fenrir… jeśli ja… go skrzywdziłem? Normalni mężczyźni nie robią w końcu t a k i c h rzeczy jak oni na plaży, a z ich dwójki to słyszący głosy w głowie wilkołak miał zadatki na wariata.
-Jeśli chcesz. - wydusił przez dziwnie ściśnięte gardło, odwracając wzrok. Ciepło, jakie poczuł przed chwilą Fenrir na widok znajomej twarzy, wydawało się teraz irracjonalne. Michael czuł tylko przenikliwe zimno, już nie tylko w kończynach, ale i w okolicach dołka. Nie wiedział, czego się spodziewał, chyba liczył na to, że jeśli kiedykolwiek zobaczy Rileya to zachowa się normalnie, patrząc na niego jak na każdego innego... znajomego. Że na trzeźwo nie weźmie go za przystojnego, nie zwróci uwagi na eleganckie ubranie, nie przypomni sobie smaku jego ust. Że nie będzie umiał odróżnić jego zapachu od przytłaczającej woni kawy.
Jeśli wolisz, to pójdę - chciał dodać, powinien dodać, ale Fenrir zawarczał ze złością i Mike'owi ostatecznie wyrwało się co innego:
-Przepraszam.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Grobowiec Loughcrew 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]01.03.21 16:56
-Nic? - powtórzył, zmieniając to jedno słowo w pytanie.
Miał to dziwne wrażenie, że oto znowu jest w szkole i jako prefekt przyłapał kogoś na robieniu czegoś nielegalnego w równie niedozwolonym miejscu. Ta wymówka była po prostu klasyką wśród wszelkich możliwych wymówek. Na dodatek blondyn czerwienił się jak uczniak.
Rigel już miał wystosować kolejny pouczający tekst, ale się powstrzymał. Nie miał potrzeby go atakować, nawet słownie… przynajmniej dopóki sam nie zostanie do tego sprowokowany. W końcu osoba, która chciałaby go skrzywdzić, tak by się nie zachowywała. Raczej wykorzystałaby okazje, że są tu sami, a Black nie do końca miał dokąd uciekać. A mężczyzna po prostu stał i patrzył na niego jak zbity pies.
-Masz mokre ubrania. Tak to się nigdy nie zagrzejesz. - jego ton trochę zmiękł. Nie będzie w końcu nikogo wyganiać na zimny listopadowy deszcz. Mógłby. Ale to by było sprzeczne ze wszystkim, czego go uczono o dobrym wychowaniu, no i… to w końcu był Fenrir.
Mówiąc to, przyjrzał się mu uważnie. Nadal wyglądał, jakby nie spał przez miesiąc, ale mimo tego Rigel złapał się na myśli, jak bardzo przystojnego mężczyznę ma przed sobą. I nie, nie było mu dziwnie z tą myślą. Już pogodził się z tym, że jest obrzydliwym zboczeńcem. Świadomość tego mogła mu pomóc, żeby w przyszłości lepiej się kontrolować i nikogo już nigdy więcej nie skrzywdzić.
Drugą rzeczą, na jaką młody lord zwrócił uwagę - była szara, dobrze skrojona szata. Od razu zauważył, że była szyta na miarę - leżała leżała perfekcyjnie, doskonale podkreślając wszystkie walory sylwetki Fenrira.
Ciekawe, skąd ją masz…
Jedyną rzeczą, która kompletnie pasowała do kreacji, był dziwnie znajomy mugolski golf.
Po co nosisz coś takiego, kiedy masz dostęp do porządnych ubrań?
-Przecież nie celuje. - zmarszczył brwi, czując lekką irytację. - Ale jeśli ci zależy, to proszę bardzo. Evanesco!
Wykonał lekki i szybki ruch różdżką.
Po co tyle agresji?
Fenrir zachowywał się inaczej, a przynajmniej tak Rigelowi się wydawało. Może była to kwestia tego, że obaj byli trzeźwi i nie pod wpływem innych podejrzanych substancji? Jednak gdzieś w głębi duszy Black czuł, że coś jest nie tak. Podczas ich ostatniego spotkania blondyn zachowywał się bardziej... jak wilk uwięziony w ciele człowieka... Mógł spisać to na narkotyki, ale ludzie nawet po tych najcięższych tak się nie zachowują. A przynajmniej nigdy czegoś podobnego nie widział.
Od czego to zależy? Jak to, do cholery, działa? Może na to również mają wpływ fazy Księżyca?
Rzucił szybkie spojrzenie przez ramię, w stronę, gdzie leżały jego książki. Musiał dostać się do tablic astronomicznych. Może mógłby wtedy zobaczyć jakiś schemat. Porównać z układem planet tamtej pamiętnej nocy?
Szlag. Książki!
Właśnie w tej chwili Rigel zdał sobie sprawę, że cała jego legenda, że jest zwykłym, niczym niewyróżniającym się mieszczuchem, legła w gruzach. Opasłe stare tomy, oprawione w skórę i z tłoczonymi złotymi i srebrnymi literami, układające się w tytuły nie były raczej czymś, co dało się tak po prostu dostać w księgarniach na Pokątnej. No i jak wytłumaczyć jakość ubrań, jakie miał na sobie? W końcu nie każdy prosty londyńczyk może sobie pozwolić na porządny czarny płaszcz z drobnym, ale błyszczącym czarnym geometrycznym haftem oraz porządne czarne buty - stylizowane na łowieckie, ostatni krzyk mody.
No i ta zdradziecka porcelanowa filiżanka. Black nie wiedział, czy prosty londyńczyk miał takie w swoim domu, ale raczej w to wątpił. Nawet w Ministerstwie takich nie było.
-Hobbystycznie badam naścienne malowidła. - mimo że to była w pewnym stopniu prawda, w obronnym geście skrzyżował ręce na piersi - I tak. To było moje zabezpieczenie. Postawiłem je tam celowo.
Specjalnie to powiedział, żeby podkreślić fakt, że liczył się z tym, co może zobaczyć, kiedy ktoś uruchomił pułapkę. Wtedy zdał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy, co wyraźnie dało się zauważyć po jego minie i tym, że jego wzrok skierował się w to miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą widział swoje martwe ciało.
Dlaczego bogin ostatecznie przybrał taką formę? Element wilkołaczy był całkiem logiczny, a nawet oczywisty, biorąc pod uwagę to, jak mężczyzna zareagował, kiedy Rigel zobaczył jego blizny. Ale o co chodziło z jego - Blacka - zwłokami? Przecież nie może być, żeby…?
Nie… na pewno nie. Bogin musiał coś dostrzec w podświadomości "ofiary" i zamanifestować się w taki sposób dla lepszego efektu.
Rigel poczuł bolesne ukłucie winy.
Mało tego, że nakłonił Fenrira do.... tego wszystkiego, to jeszcze tak mu namieszał w głowie, że teraz stał się elementem jego bogina. Jedyne co mógł, to tylko stać w milczeniu, czując, jak robi mu się słabo i zimno.
-To nie twoja wina. - odpowiedział cicho. Przecież to on zawinił, nie blondyn.
-Jeśli umiesz wyczarować coś lepszego, to będę wdzięczny. - westchnął i odwrócił się do niego plecami, żeby ten nie mógł zobaczyć, jak próbuje się nie rozpłakać.
-Zrobię nam kawę w tym czasie. Jest zimno.


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 17
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]01.03.21 19:25
Chociaż przez chwilę wyglądał jak zbity pies, a na spostrzeżenie o mokrych ubraniach uśmiechnął się nawet blado, to na widok uniesionej różdżki zmarszczył brwi. Po twarzy przemknął mu grymas strachu. Od razu uruchomił się w nim instynkt zagrożenia.
-Pro… - uniósł różdżkę, ale w połowie słowa dotarło do niego znaczenie inkantancji młodzieńca. Mike podświadomie spodziewał się ataku, a Riley tylko chciał go wysuszyć. Próbował pomóc.
Opuścił rękę. Zrobiło mu się potwornie głupio. Wciąż nawiedzały go słowa, które Riley wypowiedział wtedy, o świcie - że po Oblivate, już zawsze czuć, że coś jest nie tak.
Czujesz to, Riley? Gdy stoimy naprzeciwko siebie z różdżkami? A może niepamięć jednak jest błogosławieństwem i to tylko mnie zżera podejrzliwość i poczucie winy?
-Malowidła. Mhm. - powtórzył machinalnie, lekko unosząc brwi. Kosztowne hobby. Wiedział przecież, że to nie hobby, ale nie mógł zdradzić skąd. Przynajmniej Riley był tu sam, inaczej nie stawiałby bogina na wejściu.
Chociaż nadal dławiło go poczucie winy, to poczuł minimalną ulgę. Czyli przynajmniej nie zrobił mu krzywdy. Czy to możliwe, że... obydwoje tego chcieli, tak samo mocno? Tak było w jego wspomnieniach, o ile mógł im ufać. Chociaż na początku października czuł gniew i niezrozumienie, to wyrzuty sumienia stopniowo zmieniły się w stałą, otępiającą świadomość, że po prostu coś się w nim zepsuło. Zresztą, nie tylko to. Ludzie byli zepsuci na różne sposoby, a szaleństwo dwójki nieznajomych było w teorii mniej szkodliwe niż żądza krwi. Wilkołaków, aurorów, a szczególnie potworów z przeciwnej strony barykady, zabójców mugolskich dzieci, choćby tamtej morderczyni z Surrey...
-Twoja też nie. Jesteś... dobrym człowiekiem. - wypalił nagle Fenrir, orientując się, że chyba nie rozmawiają już tylko o uruchomionej pułapce.
Speszony Mike odchrząknął i podążył za spojrzeniem Rileya. Dostrzegł emocje, które mężczyzna nieudolnie starał się ukrywać. Smutek bywał do złudzenia podobny do strachu.
No tak, bogin wyglądał przecież przerażająco, nie tylko dla samego Michaela. Wilkołaki były obrzydliwe. I jeszcze to ciało… jak Riley mógł to wszystko zinterpretować?
-Ja… - nigdy bym…, nie, tego nie mógł mu obiecać. Zagroził już niechcący osobom, których nigdy nie chciałby skrzywdzić. -…nie martw się, do pełni jeszcze kilka dni. - wyjaśnił nieudolnie, podchodząc bliżej. Nic ci nie zrobię. No jasne, że nic mu nie zrobimy. Jego nigdy bym nie skrzywdził, wyluzujecie obaj?!
Riley odwrócił się, a Mike odruchowo położył mu dłoń na ramieniu, jakby próbował pocieszyć przyjaciela… Jednak zanim zdążył mocniej zacisnąć palce, przypomniał sobie, że przecież nie są zwykłymi przyjaciółmi. I że wcale nie wie, czy Riley nadal się go nie brzydzi. W końcu w Kent zaakceptował wilkołaka w ludzkiej postaci, może nie wiedział jak… jak wyglądają na żywo. Teraz już zobaczył, dzięki uprzejmości cholernego bogina.
Szybko cofnął rękę.
-Nałożę tu coś.. - westchnął, a myśl o niewidzialnej barierze przyszła mu niemal machinalnie. -Salvio Hexia. - Skierował różdżkę na wejście do komnaty i rozciągnął niewidzialną barierę, odgradzającą ich od całego świata. Przydałaby się ta Zawierucha, ale to później. W dwójkę byli bezpieczniejsi niż samotny badacz. Riley nawet nie wiedział, że ma przy sobie aurora. Aurora, który najwyraźniej nade wszystko lękał się tego, że narazi tego młodzieńca na niebezpieczeństwo.
Powinien mu choć trochę wyjaśnić, zanim mur nieporozumień całkiem narośnie.
Zanim Riley znów wpakuje się w coś niedobrego.

Dlatego obszedł całe pomieszczenie, skupiając się na białej magii i wyciszeniu tego miejsca. Korzystając z doświadczenia w zakresie obrony przed czarną magią, mógł nałożyć tutaj Muffilato. Upewnić się, że ich rozmowa nigdy nie wyjdzie poza te mury. Nałożenie prostej pułapki zajęło mu kwadrans, a cisza pomiędzy nim a Rileyem robiła się coraz bardziej niezręczna. W końcu wychylił się na korytarz, upewniając się, że faktycznie z bliska słychać tylko ciche brzęczenie i że młody badacz zniknął za Salvio Hexia.

Wrócił do środka i niepewnie usiadł na jednej z poduszek. Nie wiedział, co zrobić z rękami.
W takich chwilach wolał działać, niż mówić.
-Nikt cię już nie zobaczy ani nie usłyszy. Zaraz zabiorę się za tą Zawieruchę - co powiesz na jakąś iluzję z wojny Dwóch Róż? Często nakłada się bitwę Merlina i Morgany, ale ta sala jest na to za mała… Może ta upokarzająca śmierć Yorka, fragment bitwy pod Bosworth? - uczył się o tej wojnie z perspektywy wygranych, podświadomie wyrażając się o Białych Różach z lekką kpiną. Choć w sumie powinno mu być wszystko jedno - obie strony były wspierane przez tak samo plugawe rody.
Merlinie, znowu zmieniał temat.
Przymknął oczy, próbując skupić się na smakowitej woni samej kawy, a nie na tym, że zapach palonych ziaren kojarzy mu się ze spalenizną.
-Widzisz, ja… Wróciłem do Dover, tego samego dnia przed południem. - wydusił w końcu, nawiązując do tematu urwanego nakładaniem pułapki. -Pozbierać te ubrania, sprawdzić czy nie zostawiliśmy śladów, sprawdzić co z autem, ale… ktoś je spalił, na oko potężnym Ignitio. - zauważył to fachowym okiem aurora. To musiał być czarodziej ponadprzeciętnie zdolny, albo bardzo żądny krwi. -Bałem się, że… tam zostałeś, że ktoś powiązał z tobą tą ciężarówkę, albo… - mnie, mugolaka -i zrobił krzywdę też tobie, dlatego potem do ciebie napisałem. Przykro mi, że widziałeś… tego bogina. - z ciężkim sercem przesunął wzrokiem po kosztownym dobytku czarodzieja, jego drogim stroju, porządnych butach i irracjonalnie eleganckiej filiżance z porcelany. Wszystko to krzyczało, że jego znajomy był zamożny, że żyło mu się wygodnie. Na domiar złego, pracował dla Ministerstwa. Jedyne, co uspokajało Tonksa to krukoński (a nie ślizgoński!) szalik, pewna ignorancja zdradzona w ruinach w sierpniu i przejawy dobrego serca, które Riley ciągle mu okazywał. Ktoś taki wydawał się oderwany od wojennej rzeczywistości, ale… nie powinien był wplątać się w kontakty z mugolami ani mugolakami. Czy ktokolwiek uwierzyłby, że były przypadkowe? A ja go tam zostawiłem, całkiem samego, nieświadomego zagrożenia. I nie wróciłem od razu, tylko za kilka godzin. Reggie miał rację, jestem pieprzonym egoistą.

salvio hexia, nakładam muffilato


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Grobowiec Loughcrew 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]17.06.21 20:42
Czy ty… myślałeś, że chce ci zrobić krzywdę…?
Ta nagła reakcja na proste zaklęcie sprzątające sprawił, że Black sam poczuł się wyjątkowo głupio. Nie chciał, żeby ten prosty niewinny gest, prawie żart, był odebrany w taki sposób. Ale mógł się tego spodziewać. Nie znał Fenrira dobrze. Nie wiedział, kim dokładnie był i co przeżył… chociaż sądząc po tym, co opowiadał mu tamtej nocy na plaży w Kent, wyraźnie dało się zauważyć, że nie było to życie pełne szczęścia. No i był wilkołakiem. Może przyzwyczaił się, że każdy ruch różdżki w swoją stronę, może oznaczać jedynie niebezpieczeństwo. A pierwszy raz, kiedy Rigel próbował go wysuszyć, przyjął ze spokojem, ponieważ był pijany…
Jakim jestem nieempatycznym durniem.
-Wybacz… Następnym razem uprzedzę… Tak na marginesie - bardzo ładna szata. Krawiec doskonale wszystko dopasował. Widać, że to naprawdę wspaniała robota, bo dobrze leży w części ramion. Po tym od razu widać kunszt twórcy… - o ubraniach mógł mówić długo i bardzo chciał zaznaczyć, że podoba mu się, jak mężczyzna wygląda, jednak wolał obrać specyficzną strategię - komplementować robotę krawca bardziej niż samego Fenrira w tej szacie. Nie chciał, żeby uznał go za nachalnego oszołoma.
Czy jestem dobrym człowiekiem?
Już mu o tym mówił. Wtedy Rigel podziękował. Teraz już nie był pewien, czy to prawda.
-Nie wiem... - powiedział. Słowa Fenrira zabrzmiały, jakby ten próbował go pocieszyć.
To czyja to była wina? Kogoś musiała być… Ale jeśli mnie nie obwinia… to… jak to rozumieć?
Kiedy poczuł dotyk na ramieniu, na chwilę zamarł i wstrzymał oddech. Serce przyspieszyło i wydawało się, że bije tak głośno, że echo niesie ten dźwięk po całej sali grobowca. Rigel nie wiedział, czy rzeczywiście poczuł ciepło jego dłoni, czy tylko je sobie wyobraził, przywołując w myślach wspomnienie tego, jak gorące było jego ciało. Musiał sprawdzić, czy to nie był sen, czy narkotyczne majaki, więc sam wyciągnął rękę, aby pochwycić jego dłoń, ale palce jedynie lekko musnęły skórę, ostatecznie chwyciwszy tylko powietrze - blondyn nie chciał jego dotyku.
Black, wyraźnie zrezygnowany, pokręcił głową.
-Przecież wiesz, że nie chodzi mi o tamtą część bogina. Nie o wilkołaka. - powiedział głucho. Miał proponować, żeby dokończyć rozmowę po ustawieniu tu pułapek, ale mężczyzna zabrał się do tego szybciej, niż Rigel nawet otworzył usta. Widać było, że Black miał do czynienia z profesjonalistą.
Żeby nie marnować czasu, młody lord zajął się przygotowaniem miejsca, żeby mogli normalnie usiąść, bez zbędnych papierów w swoim otoczeniu. Najpierw posprzątał książki. Ułożył je w stertę i przeniósł na brzeg stołu - jak najdalej od miejsca z poduszkami. Dodatkowo obrócił je grzbietami w stronę ściany, żeby ich tytuły nie rozpraszały i nie rodziły kolejnych pytań. Szczególnie tom dotyczący czarnej magii. Ta książka była na tyle rzadka, że na pewno wzbudziłby podejrzenia, gdzie Rigel mógł ją zdobyć. W to samo miejsce powędrowały też wszystkie jego notatki. Black chciał za wszelką cenę sprawić, żeby cała sterta papierów wyglądała najnudniej, jak to tylko było możliwe.
Dopiero po posprzątaniu miejsca pracy przystąpił do robienia kawy.
Zimne resztki napoju, spoczywające na dnie filiżanki, szybko posprzątał machnięciem różdżki. Czarodziej nie znał się specjalnie na gotowaniu, jednak przygotowywanie napojów przypominało mu warzenie eliksirów. Dokładnie śledził kolejne stadia alchemiczne, pozwalając składnikom rozpaść się, oczyścić i zmieszać się, aby stworzyć coś nowego. Ruchy były precyzyjne, wyćwiczone, nie potrzebował żadnych dodatkowych pomocy, aby odmierzyć odpowiednią ilość kawy i wyczarowanej wody. Ustawił tygiel na trzech płaskich kamieniach, które robiły za palenisko, i stworzył machnięciem różdżki pod naczyniem nieduży ogień. Kiedy tylko kawa próbowała wykipieć, ściągał tygiel z ognia, żeby pozwolić pianie opaść, po czym podgrzewał znowu to tego samego stanu. Powtarzał tę czynność trzy razy, zanim nalał gotowy napój do czystej porcelanowej filiżanki, którą podał Fenrirowi, kiedy ten w końcu usiadł na poduszkach.
-Wybacz, mam tylko jedną taką. Jest czysta. - wolał mu o tym powiedzieć, w razie, gdyby Fenrir się go brzydził. W końcu, jak odczytać to, jak szybko zabrał rękę, ledwie dotknąwszy jego ramienia?
-Wojna Dwóch Róż?- nie powstrzymał się i przewrócił oczami. - Dlaczego wszyscy mają bzika na jej punkcie? Nie rozumiem. Lepiej już bitwa pod Camlann.
Słuchał uważnie, co Fenrir mówił i nadal czuł się… dziwnie.
Martwiłeś się o mnie? - pytał w myślach.
Na słowa o Ignito poczuł prawdziwą dumę - zaklęcie rzeczywiście wyszło jak trzeba. W sumie, ciekawe, że że Fenrir był w stanie określić, co to było za zaklęcie... Chyba był mu winien wyjaśnienia.
-To… ja to zrobiłem. - objął rękami kolana i oparł na nich głowę. - Pamiętasz, jak mówiłem o pamiątce po bracie? Sakiewce? Znalazłem ją na dnie sterty tych okropnych ubrań. - popatrzył gdzieś w bok. - Byłem tak zły i nie wiedziałem, co zrobić. Chciałem też im coś odebrać.
Spiął się, przypominając sobie gniew, jaki wtedy czuł.
-Któryś z nich musiał zabrać ją z miejsca, gdzie miałem wypadek - wybacz, nie mogę więcej powiedzieć, sprawy służbowe… No więc, jak tylko wyszedłem z Munga i tam wróciłem, żeby ją odszukać - nie było jej tam. - zgrzytnął zębami. - Cholerni złodzieje.
Jak w ogóle do tego doszło, że przeklęci mugole zapuszczali się w tamte rejony? Przecież w Londynie nie powinno było w ogóle już ich być. Chyba że mieszkali gdzieś pod ziemią… jak szczury.
Rigel poprawił się na miękkich poduszkach. Czuł, że w końcu musi zacząć ten temat. Wziąć byka za rogi. Pokazać, że nie jest tchórzem. Niestety, kompletnie nie miał w tym praktyki, a we wszystkich tych romansidłach, które pożyczał od Primrose, również nikt nigdy nie opisał podobnej sytuacji. Co robić? Jak pozbyć się tego poczucia niewygody, zażenowania, niedopowiedzenia?
-Stawiając tę pułapkę z boginem, liczyłem się z tym, że mogę coś zobaczyć. Nie myślałem jednak, że to właśnie ty przyjdziesz… - zaśmiał się nerwowo. - I nie rozumiem, czemu los robi takie dowcipy...
Wziął porządny wdech i z zamkniętymi oczami wypalił.
-Rozumiem, że się mnie brzydzisz. Za to wszystko. Nie powinienem był… Ja... Nie chciałem... Nie chciałem ci zniszczyć życia. I za te listy. Przepraszam... Co ja sobie w ogóle myślałem…
Objął głowę rękami, praktycznie zwijając się w kłębek.


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 17
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]17.06.21 21:39
Potrząsnął lekko głową, nie rozumiejąc za co Riley go przeprasza. To nie jego wina, jak zareagował.
-Dziękuję… Krawcowa, nie krawiec. - uściślił odruchowo, instynktownie prostując barki i uśmiechając się z wyraźną dumą. To chyba pierwszy szczery uśmiech, który Michael posłał Rileyowi. Naiwnie uznał nawet, że mugolski golf pewnie też dobrze kompletuje się ze strojem. Wychował się jak mugol, takie ubrania były dla niego naturalne, a pod wpływem miłych słów zapomniał o tym, z jaką dezaprobatą Riley komentował znalezione ubrania. Zresztą, ten golf w pewnym sensie ocalił mu życie.
Brunet szybko się odwrócił, a Mike nie mógł już patrzeć mu w oczy. Jak to, nie wiedział, czy jest dobrym człowiekiem? W sumie… Tonks początkowo też nie wiedział. W ministerialnych ruinach był tak zrozpaczony aresztowaniem Justine, że w każdym człowieku związanym z Ministerstwem widział zło samo. Ale na plaży zmienił przecież zdanie. Nie znał Rileya na tyle dobrze, by uparcie powtarzać własne zdanie, ale…
-Poznałem już złych ludzi. Nie są tacy jak ty. - szepnął gorzko, zastanawiając się czy on-Michael-Fenrir należy już do ich grona. Pewnie tak, choć nie zabił jeszcze nikogo (swoim zdaniem) niewinnego. Za to okradłem kogoś niewinnego.
Riley nagle musnął jego palce i Mike przestał już myśleć. Chłodna dłoń Rileya i intensywny zapach o nucie drewna sandałowego (i czegoś jeszcze, kadzidła? Tonks nigdy nie czuł czegoś takiego i nie potrafił określić składników, ale woń znał na pamięć. Towarzyszyła mu przecież, dopóki nie musiał wreszcie wyprać swojego ulubionego swetra) przypomniały mu o sprawach, których wolał nie wspominać.

Sięgnął po różdżkę i skupił się na magii, wdzięczny, że może zająć swoje myśli czymś innym. Pokiwał tylko lekko głową na znak, że wie o jaki widok chodziło Rileyowi. Nie wiedział tylko, jak mężczyzna to wszystko zinterpretował i chyba bał się pytać.
Kątem oka obserwował rytuał parzenia kawy, Riley zabrał się do tego niemal z takim samym oddaniem jak Olav do eliksirów… Przełknął ślinę i szybko wrócił do nakładania pułapki. Po namyśle, skupił się jeszcze raz na białej magii aby nałożyć jeszcze na korytarzu (oglądając się przez ramię, ale Riley wydawał się tylko… sprzątać?) i w całej komnacie Cave Inimicum. Obszedł grobowiec i korytarz, choć nie tracił komnaty z oczu. Pułapka była prosta, a magia przepływała przez różdżkę, otaczając całe wnętrze staranną ochroną. To lepsze niż bogin, zaalarmuje od razu.
Założył, że pułapka powinna poinformować jego i Rileya (no, głównie Rileya) o wszelkich innych osobach. Młodzieniec wydawał się przecież zaskoczony i przestraszony nagłym pojawieniem się Tonksa, czasy były niespokojne, a zasługiwał na chwilę spokoju. Proces zjaął kwadrans, aż Tonks upewnił się, że pułapka jest już gotowa.

Miał gdzieś, czy filiżanka jest umyta - na podaną mu kawę spojrzał z ukłuciem wzruszenia i z taką samą chciwością, z jaką na plaży zareagował na wieprzowinę.
-Kiedyś piłem kawę codziennie. - wyrwało mu się z wyraźną nostalgią, gdy wziął pierwszy łyk. -Dziękuję.
Wzruszył lekko ramionami, trochę rozbawiony.
-Historia Artura jest po prostu smutna, a… zawsze dobrze pośmiać się z konsekwencji romansów arystokratów. - o mało nie powiedział „zepsutych arystokratów”, ale w świetle tego co robił z Rileyem na twarzy musiałby porządnie przemyśleć definicję zepsucia. -Dopóki nie dotykają nas samych. - dodał przytomniej, poważniej. Poznał już smak wojny, nie była zabawna.
Gdy Riley przyznał się do spalenia ciężarówki, Michael spojrzał na niego zszokowany - przez chwilę zbyt zaskoczony, by zareagować gniewem. A potem brunet wspomniał o sakiewce i Tonks musiał stłumić złość, tylko filiżanka z kawą zadrżała niebezpiecznie w jego rękach. Szlag, szlag, szlag. Miał ochotę wypomnieć mu, jak okrutne było spalenie dobytku niewinnego człowieka, ale...
-Mam nadzieję, że trzymałeś się w bezpiecznej odległości gdy wybuchła… - rzucił w zamian, zmieniając temat na rady praktyczne. -Nigdy nie wiadomo, czy w zetknięciu z ogniem mugolski pojazdy wybuchnie wolniej czy szybciej, benzyna… Nieważne. - urwał pośpiesznie, zanim wykład zrobił się nudny.
Odwrócił powoli wzrok, usiłując nie okazać emocji, aż…
-Z Munga?! - wyrwało mu się, głośniej niż zamierzał. -Co ci się stało?
Jak to - z Munga? Expelliarmus i Oblivate to przecież nie powód, by… nie zepsuł przecież tego Oblivate… chyba…
Nie zrobił mu przecież krzywdy, nie chciał… Zresztą, na plaży Riley wyglądał na całego i zdrowego…
Chyba, że…
Ostrożnie odstawił kawę na ziemię, bojąc się tego, co usłyszy.
-Riley… skąd masz te blizny…? - odruchowo dotknął własnego uda. Doskonale je pamiętał, niezaleczone porządnie magią. Całował je w nocy z czułością i pewną ciekawością, po narkotykach nie będąc w stanie spytać, czy ktoś go…
…torturował?
Zostawiłem go tam, samego, oszołomionego.
Dwa razy się spotkali i dwa razy go zostawił.
Poczuł potężną gulę w gardle i opuścił głowę, zbierając się w sobie. Wziął głęboki wdech.
-Riley… -zaczął cicho, ale młodzieniec toczył w tym czasie własną walkę. Szybciej, skuteczniej, mężniej. Brunet odezwał się zanim Michael zebrał się na odwagę, zupełnie wytrącając Tonksa z rytmu.
Brzydzisz? Co? Zdumiony, nie zwrócił nawet uwagi na dobór słów - choć to dziwne, że Riley dopowiedział sobie właśnie obrzydzenie i tak się tym przejął. Było w końcu tyle gorszych emocji.
-Nie… - zaprzeczył nieco zbyt pośpiesznie, a potem już tylko kręcił głową. Tyle, że Riley i tak go nie widział.
Zniszczyć życie…?
Już było przecież zniszczone.
-Nie, nie, nie. - powtórzył kilkakrotnie. -Nie przepraszaj…
Zrób coś!
Riley tak się przejął tym boginem?
-Ten bogin… poza wilkołakiem, tam nie ma osób, których się boję, tylko o które się martwię. - uściślił jak najbardziej rzeczowo, choć głos mu lekko zadrżał. Mógł już jednak tylko mówić do pleców Rileya, chłopak zwinął się w kłębek, jakby chciał stąd zniknąć. Coś zakłuło Mike’a w sercu, bo znał to uczucie. Czasem trwał w podobnej pozycji rano, po pełni, usiłując poradzić sobie jakoś z bólem. Siedział tak przy Hannah, po tym jak o mało jej nie zabił - a ona prędko wyszła, zostawiając go zupełnie samego. W teorii chciał być wtedy sam, ale teraz wyraźnie poczuł, że nikt nie powinien przeżywać takich chwil samotnie.
Lekko położył dłoń na ramieniu Rileya, ale zaraz przypomniał sobie, że przed chwilą próbował już go tak pocieszyć i to nic nie dało. Chciał powiedzieć coś więcej, ale słowa więzły mu w gardle.
To nie ty, to narkotyk - takie pocieszenie byłoby nieprawdą, to już wiedział. Powinien mu wyznać, że to Złota Rybka też obudziła w nim samym te chore pragnienia, może wzniecone likantropią albo dementorami albo nazbyt dotkliwą samotnością, ale to też nie miało sensu, przecież Riley nie miał takich problemów…
Nie znajdował właściwych słów, nie był w tym dobry.
Zsunął się więc z poduszek, tak aby klęknąć przed młodzieńcem, a potem przygarnął go do siebie w braterskim z założenia uścisku. Poklepał go lekko po plecach, tak jak młodszego brata gdy ten dąsał się po przegranej zabawie.
-Hej, już dobrze… - szepnął, usiłując jakoś uspokoić Rileya, a może również siebie i Fenrira. Objął go trochę mocniej, tonąc w znajomym zapachu kadzideł i elegancji.
Odsunął się lekko dopiero, gdy zorientował się, że położył dłoń niebezpiecznie blisko linii miękkich włosów Rileya i że jeszcze kilka sekund, a ich gest wyjdzie poza znamiona braterskiego. Nadal trzymał ręce na jego ramionach, ale odsunął głowę na bezpieczną, przyzwoitą odległość.
-Naprawdę myślisz, że ze wszystkich… - nie będzie zadręczał Rileya własnymi problemami -…spraw, akurat to zniszczyłoby wilkołakowi życie? Wybacz, ale w niszczeniu życia masz konkurencję nie do prześcignięcia. - uśmiechnął się blado, lekko wskazując brodą na swój lewy bark.
Liczysz, że on zrozumie twoje poczucie humoru? - zawarczał krytycznie Fenrir, który pamiętał, że sporo kobiet miało z tym problem.
Masz lepszy pomysł…?
Wziął głęboki wdech, usiłując podejść do sprawy praktycznie.
-Skoro ciężarówka to… byłeś ty… - skrzywił się lekko, gdy splotły się w nim poczucie winy z powodu kradzieży, poczucie odpowiedzialności za mugola i gniew na samego siebie -…to nikt o tym… o nas nie wie. Jesteś bezpieczny, nie naraziłem cię. - skonkludował z ulgą, podświadomie wyrażając się w liczbie pojedynczej. W końcu to o Rileya tak się bał, gdy wrócił do Dover. Sam i tak nigdzie nie był już bezpieczny.
-Słuchaj, Riley, ja… też nie wiem, co we mnie wstąpiło, to… - zarumienił się, wyraźnie zażenowany. Jak w ogóle mógł…? -Ale nie zrobiłbym nic wbrew własnej woli. Nie możesz obwiniać się za to, co ja… - przygryzł lekko wargę, zdusiwszy w sobie irracjonalną chęć sięgnięcia dłonią do policzka Rileya. Zamiast tego ścisnął trochę mocniej jego ramiona, tak jakby stawiał do pionu kursanta w Biurze Aurorów. Riley musiał być teraz silny, nie mógł obwiniać tylko siebie, ani…
Michael wziął głęboki wdech i opuścił ręce, odsuwając się odrobinę i spuszczając wzrok.
Nie rozumiał, dlaczego Riley tak uparcie zdejmował winę z jego ramion i brał ją na siebie, ale nie mógł na to pozwolić. Nie mógł też pozwolić na obarczenie kradzieżą tamtego kierowcy i ogółem wszystkich mugoli. Świat i tak za bardzo ich nienawidził.
Może i był mugolakiem, ale miał swój honor i wiedział, co należy zrobić. Nawet, jeśli to wszystko zepsuje.
Tylko dlaczego tak trudno było mu teraz spojrzeć Rileyowi w oczy, wydusić cokolwiek przez ściśnięte gardło? Znał dobrze poczucie winy i strach, teraz czuł coś jeszcze innego. Coś więcej niż strach, a powinien się przecież bać. Znali się tak krótko, że… przecież ich znajomość była niewielką ceną za honor, za prawdę, za przekonanie kogoś, że mugole wcale nie są okrutnymi złodziejami? Tylko jeden mugolak jest.
Przymknął oczy, zapiekły go powieki.
Tak bardzo nie chciał mu nic mówić.
Nie, ty chyba nie…
Tak bardzo nie chciał burzyć… w gruncie rzeczy dobrych wspomnień.
Ale był przecież nie mógł decydować, które wspomnienia komuś odebrać, a które zostawić. Tamte ruiny były już w rękach Ministerstwa, aurorzy już ich nie patrolowali, nie miał nawet kogo chronić. A skoro po Oblivate już zawsze czuć, że coś jest nie tak… Nie mógł mu zwrócić ukradzionego wspomnienia, ale powinien…
Ani się waż!
-To nie mugole cię okradli. - wydusił, otwierając oczy i przez sekundę nie rozumiejąc, czemu widzi Rileya jakby zza mokrej szyby.

Nakładam Cave Inimicum na wnętrze grobowca i korytarz


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Grobowiec Loughcrew 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]18.06.21 18:25
Rigel wyraźnie poczuł ulgę, że Fenrir się nie złości za zaklęcie. Również bardzo się ucieszył, kiedy pojawiła się okazja na zmianę tematu - moda zawsze była bliższa jego sercu.
-To musi być bardzo utalentowana osoba. Ale… zadbałbym bardziej o to, co jest pod twoją szatą. - wskazał palcem na golf. Po chwili złapał się na myśli, że jego komentarz mógł zabrzmieć bardzo dwuznacznie. Znowu.
Jestem mistrzem w robieniu siebie idioty…
-Postawiłbym na coś kolorowego. - kontynuował jak gdyby nigdy nic. Black nie do końca rozumiał, dlaczego Fenrir nadal upierał się przy tym mugolskim ubraniu, było paskudne i wyglądało na szorstkie. Ostatecznie uznał, że widocznie był to Fenrira jakiś bliżej nieokreślony symbol, szczególnie biorąc pod uwagę to, jak ciepło mężczyzna uśmiechał się prezentując całą swoja kreacje.
-Dziękuję, za te słowa. - tylko tyle zdołał z siebie wydusić. Prawdopodobnie Fenrir miał więcej doświadczenia ze złymi ludźmi. Wilkołakom nigdy nie było lekko… Cóż, Rigel również nie należał do świętych - był cholernym kłamcą i tchórzem.

I jako szanujący się tchórz powinien przed przygotowaniem kawy wstać i również zająć się wyczarowaniem pułapki. Zająć się czymś, skupić się… byle tylko nie pokazać, jak bardzo jest zestresowany całą sytuacją. Jednak, zamiast tego, został, ułożywszy się na miękkich kolorowych poduszkach, czekając, aż blondyn skończy ustawiać zabezpieczenia. W tym czasie zdążył również dokończyć swoje notatki, gdyż nie wiedział, czy po tej rozmowie, będzie jeszcze w stanie cokolwiek poskładać w swojej głowie i przelać to na papier.

-Tak… teraz jest o wszystko ciężej. Nawet o głupi zleżały tytoń. - Black domyślał się, że inni mają o wiele, wiele gorzej niż oni - bogaty ród, z mnóstwem kontaktów, pracą w Ministerstwie i bliższymi relacjami z Rycerzami Walpurgii. Ale mimo ogromnej ilości pieniędzy i znajomościom, dało się wyczuć, że niektórych towarów brakuje. - Wiesz… Mogę... Oddać ci resztę kawy, jeśli chcesz. Nie jestem aż tak wielkim entuzjastą tego napoju… wolę herbatę.
Kawa była świetnym sposobem, żeby odżyć po ciężkiej alkoholowej nocy albo lekko zmusić swój organizm do pracy, bez uciekania się do eliksirów. Jednak herbata to zupełnie inna historia. Jej przygotowanie i picie było swoistym rytuałem.
-Jej przygotowanie to też cała filozofia… sztuka umiaru i odpowiednich proporcji. Mówią na to “Droga herbaty”... - trochę się zamyślił, próbując sobie przypomnieć konkretne zdanie z książki. - “Węgla drzewnego wziąć tyle, by zawrzała woda, herbaty zaś tyle, aby wydobyć właściwy jej smak”. Brzmi jak nic skomplikowanego, ale to nieprawda. To tak jak z medytacją. Niby się siedzi, oddycha… i nic więcej. Ale to tylko pozory, bo trzeba wiedzieć jak oddychać prawidłowo.
Lekko się uśmiechnął.
-Ludzie Wschodu mogliby nauczyć nas tak wielu rzeczy…
Może kiedyś, uda mi się wybrać w tamte rejony. Może ekspedycja badawcza?
Och, ile by dał, żeby go tam wysłano - jak najdalej od polityki, wyskakującej z każdego zakamarka.
-Tak… - odpowiedział tylko, nie wdając się w większą dyskusję. Nie chciał swoim zachowaniem zdradzić czegokolwiek. W końcu i tak już stąpał po cienkiej granicy. - Nie wiem, co masz do historii Artura. Owszem, może i jest smutna... w pewnym sensie. Ale też ciekawa i na swój sposób piękna.
Rigel uniósł brwi i bardzo uważnie przyjrzał się blondynowi. Jego reakcja na słowa o mugolskim pojeździe była dość specyficzna - drżenie dłoni od razu rzuciło się w oczy. Cichy brzęk porcelanowej filiżanki o spodek był bardzo charakterystycznym i nietypowym dla tego miejsca dźwiękiem.
-Wybuchła? - uniósł brew i lekko przekrzywił głowę. -Nie... Niczego takiego nie zauważyłem… Znasz się na mugolskiej technice?
Rodziło to kolejne pytania, jednak Blackowi niedane było kontynuowanie tej myśli, gdyż Fenrir  zareagował na opowieść o dziwnym wypadku bardzo ekspresyjnie, mimo że próbował to ukryć, a tego Rigel zupełnie się nie spodziewał.
-Nic się przecież nie stało. - odpowiedział spokojnie. - Po prostu gorzej się poczułem i musieli mnie zostawić na obserwacji. - skłamał, nie chcąc wyjść na mięczaka i inwalidę. Kolejne pytanie było jeszcze bardziej krępujące -  temat blizn sprawił, że Rigel wyraźnie się spiął. Tak bardzo liczył na to, że Fenrir ich nie zauważył, albo zapomniał. Alkohol i Złota rybka niestety w tym wypadku nie wykonały swojego zadania.
-T-to nic...stare dzieje. - odparł pośpiesznie.
Ból spowodowany tymi wszystkimi emocjami był wręcz namacalny. Black czuł, jakby ktoś dźgał go długim i niezwykle tępym nożem. Powoli. Pod żebra. Raz za razem. Nienawidził się w tamtej chwili do granic możliwości. Chciał przestać istnieć, rozpaść się w pył. Żeby porwał go wiatr i rozproszył po świecie. Z tego mrocznego piekła, które rozpętało się w jego głowie, uratował go dopiero bezpieczny i pewny uścisk. Nie stawiał oporu, dając się zgarnąć w objęcia, chcąc już tylko utonąć w cieple - jego cieple - zapachu deszczu i morskiej bryzy. Poczuć jak bije jego serce.
Proszę, błagam, nie przestawaj. - chciał powiedzieć, ale w pewnym momencie Fenrir odsunął go od siebie.
No tak.
W tamtym momencie Rigel rozpoczął kolejną walkę ze sobą, jednak zmieniła ona swój charakter. Teraz walczyły dwie strony. Pierwsza, która za wszelką cenę chciała zapomnieć, żyć normalnie, leczyć się. I druga - chcąca, żeby Fenrir przytulił go mocniej, znów przekroczył granicę, przestał udawać, że się w ogóle nie znają, dotknął szyi, chwycił za włosy. Pocałował jak wtedy tam na plaży - zachłannie i bezwstydnie.
To było nie do zniesienia.
Black mrugnął parę razy, wpatrując się w błękit oczu mężczyzny, próbując zrozumieć, czy on żartuje, czy nie. Przecież naprawdę mógł mu zniszczyć życie. Gdyby ktoś się dowiedział, to Fenrir prawdopodobnie trafiłby do szpitala… albo nawet do Tower. Bo o ile nad wilkołakiem można zapanować przy pomocy eliksiru… o tyle nad tego rodzaju popędami inaczej niż poprzez ryzykowną i bolesną  terapię - już nie.
-Nikt nie wie. - potwierdził, wpatrując się w pustkę. Powoli nie dawał rady patrzeć mu w oczy. Fenrir również siebie obwiniał. Tylko że… nie znał całej prawdy. Mocny uścisk jego dłoni oddał Rigelowi odwagi. Musi opowiedzieć mu całą historię.
-Pytałeś o blizny... - zaczął ostrożnie. - Chodzi o to, że... Nie mogę cię obwiniać, o to, co się stało tam na plaży. - zrobił parę głębokich wdechów i wydechów, żeby zapanować nad ciałem, które samo zaczęło lekko drżeć. Jakby zmarzł. - Ponieważ ja zawsze taki byłem. Próbowałem… radzić sobie na swój sposób, - odruchowo potarł dłońmi uda. - Ale, jak widzisz, niewiele to dało.
Gorzko się zaśmiał.
Mężczyzna wycofał się. Zupełnie tak, jakby i on rozpoczął z czymś walkę.
O co ci chodzi?
Black już układał w swoich myślach najgorsze scenariusze. Czekał, aż tamten każe mu się wynosić, zarzuci obelgami… cokolwiek...ale nie to, co właśnie powiedział.
Oddech lorda gwałtownie przyspieszył.
Nie! Nie! - wewnętrzny głos krzyczał w jego głowie. Ale nagle wszystko złożyło się w całość.
Na plaży opowiedział mu o sakiewce, a później nagle rano przedmiot cudownie zmaterializował się akurat w miejscu, gdzie spędzili noc - porzucony wśród mugolskich ubrań. Oczywiście... Cuda się nie zdarzają. Takie rzeczy są tylko w bajkach.
Czy to spotkanie też zostało zaplanowane? Czy… inne również…?
Rigel poczuł okrutne zimno, rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa, sięgające serca i płuc.
-Błagam, proszę, zaklinam na Merlina i pamięć przodków… - wyszeptał cicho drżącym głosem, czując, jak jedna zdradziecka łza powoli spływa po jego policzku. - Nie zrobiłeś tego. Słyszysz! Nie zrobiłeś tego!
Jego krzyk, pełen żalu i wściekłości rozniósł się echem po pustej sali grobowca.


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 17
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]18.06.21 21:30
Zerknął w dół, na golf, z pewnym zaskoczeniem. W komentarzach Rileya była coś rozbrajającego. Mimowolnie, zaczął uśmiechać się coraz szerzej, z ciepłym rozbawieniem.
-Kolorowego? Nie wiem czy to praktyczne…  - zakłopotał się odrobinę, nie tyle krytyką Rileya, co natarczywą propozycją w swojej głowie. Czemu po prostu nie powiesz, że ten golf przypomina ci o… Pułapka była dobrym rozkojarzeniem.
Drgnął z filiżanką w dłoniach, zdumiony kolejnym przejawem bezinteresownego dobra. Riley powinien przehandlować tą kawę, a nie ją rozdawać. A on nie powinien jej przyjmować, choć to najlepsza kawa jaką w życiu pił. Już i tak zjadł kilka obiadów za jego pieniądze. Pokiwał tylko lekko głową, wyraźnie nie wiedząc, co powiedzieć. Na szczęście, Riley zmienił temat.
-No proszę. Zawsze robiłem herbatę trochę bezmyślnie. Opowiesz mi coś więcej? O tej medytacji? Ona pomaga się… uspokajać, tak? - zagaił, bo to brzmiało jak miły temat, a ostatnio ciekawiły go wszelkie metody wyciszenia emocji. Poza tym, lubił słuchać, jak Riley o czymś opowiada. Uroczo się wtedy nakręcał, jak prawdziwy Krukon.
-Oj no, nic nie mam do Artura. Po prostu ta sama historia, wspominana przy nakładaniu pułapek, staje się trochę oklepana. Wtedy łatwo zapomnieć, jaka jest piękna. - przyznał trochę racji młodemu obrońcy starych legend.
A potem poczuł na sobie przenikliwy wzrok i wszystko zaczęło się sypać.
-Tylko trochę. - odpowiedział wymijająco, nie chcąc zdradzić za dużo. Chętnie wyjaśniłby mu więcej, ale to zbyt ryzykowne. Co go napadło, mówić o benzynie?!  
Nic się nie stało?! Nie zostaje się w Mungu po niczym. Tonksa zamknięto na obserwacji na kilka dni, gdy w marcu jakaś czarnomagiczna klątwa omal nie zrujnowała mu psychiki. Coś tu nie grało. Kłamiesz, kłamiesz, kłamiesz. Chciało mu się zawyć z frustracji, więc tylko odwrócił wzrok, zdając sobie sprawę, że nie ma prawa naciskać.  
Zresztą, niespodziewane przeprosiny kompletnie go rozbroiły. Na krótką chwilę o wszystkim zapomniał, obejmując bruneta. Gdy oprzytomniał i się odsunął, napotkał spojrzenie ciemnych oczu i przez moment wydawało mu się, że widzi w nich coś więcej, niż zmartwienia. Mogłoby znowu być tak, jak na plaży… Rozchylił lekko usta.
Nie, tylko wydaje Ci… nam się. Zamrugał. Poza tym, nie możesz. Tylko byś go skrzywdził. To ty go skrzywdziłeś, okradłeś! W nocy było… dobrze. To było nie do wytrzymania.
Nagle Riley zaczął i równie szybko przerwał opowieść o bliznach, bo cały trząsł się z zimna. Mike pożałował, że nigdy nie przykładał się do transmutacji na tyle, by móc ocieplać pomieszczenia. Niewiele myśląc, zsunął z ramion swój ciepły i suchy płaszcz ze smoczej skóry i narzucił go na ramiona chłopaka.
-Marzniesz… - wtrącił przepraszająco, zanim tamten znowu zaczął mówić. Tonks spoglądał na niego kilka sekund, jakby nie rozumiejąc. Jak to, zawsze? A co z… kobietami? Pojął wszystko chyba dopiero, gdy Riley uściślił, jak sobie z tym radził.
-Riley, nie… - wyrwało mu się, zamiast jakiejkolwiek odpowiedniej reakcji. -Nie tak. - poprosił drżącym głosem, przypominając sobie, ile ich było. Dużo.  Jak długo byłeś z tym sam? Co, jeśli po ich spotkaniu do starych blizn doszły nowe, świeże? Na samą myśl instynktownie złapał młodzieńca za przegub, jakby chciał go powstrzymać. Chciałeś się ukarać?
-Nie rób sobie krzywdy… - wyszeptał bezradnie. W głębi duszy chciał znowu go objąć, tym razem jeszcze mocniej, i już nie puszczać. Rozsądek i sumienie podpowiedziały mu, że nie miał prawa. Riley pewnie chciałby pocieszenia od kogoś zaufanego, nie od kłamcy.
-Ja… - nie rozumiem, co to znaczy zawsze - dopiero wtedy, z tobą.- wychrypiał tylko cicho, żeby odwzajemnić jakoś jego wyznanie.
A potem wypalił prawdę o sakiewce, zanim tchórzostwo zdążyło wygrać.
Puścił jego rękę i wstał, bardzo powoli, garbiąc się lekko. Nie chciał przecież górować nad rozmówcą. Tylko bał się, że jeśli zostanie blisko, to jeszcze posłucha jego błagania i ucieknie się do jakiegoś żenującego kłamstwa by spełnić pochopną prośbę. Dlaczego Riley znowu chciał zdjąć z niego odpowiedzialność?!
Jakich przodków? - przemknęło mu przez myśl (dziwne słowa), ale nie miał czasu ich rozpamiętywać.
Korciło go, by zamknąć oczy lub wbić spojrzenie w podłogę, ale zmusił się do patrzenia w oczy Rileya, na łzę spływającą powoli po jego policzku. Mimo, że sam był w obecnej sytuacji złodziejem i agresorem, w pracy nauczył się zachowywać czujność nieustannie. Zwłaszcza, przy kimś rozżalonym i wściekłym. Co ważniejsze, chciał wszystko dobrze zapamiętać. Rozczarowanie, ból, odrazę, wszystko na co zasługiwał.
Znowu kogoś skrzywdziłem. Krzywdzę każdego, do kogo się zbliżę. - uświadomił sobie wraz z Fenrirem, który chyba nie chciał tego oglądać ani słuchać, nie, tylko nie to, nic więcej mu nie mów, napraw to jakoś, ale Mike już postanowił i nie miał zamiaru dopuścić nikogo innego do głosu.
-Zasługujesz na prawdę, Riley.  - Prawda jest lepsza od kłamstwa, a zasługujesz na... same dobre rzeczy. -Sam mówiłeś, że zawsze potem czuć, że coś jest nie tak. Tamte słowa - wraz z paranoiczną obawą, że Riley nieustannie czuje się teraz źle - prześladowały go odkąd rozstali się w Kent. Nie wiedział, czy sam kiedykolwiek oberwał Oblivate - chyba nie? - ale używał tego zaklęcia pragmatycznie i trochę bezdusznie. Dotychczas sądził przecież, że są na świecie gorsze rzeczy od bezbolesnej utraty kilku wspomnień. Choćby amnezja obejmująca całą, księżycową noc.
-Od początku. Poszedłem do tamtych ruin zostać sam i się wyżyć. Umarł ktoś mi bliski i tamtego dnia przeżywałem to wyjątkowo mocno.- zaczął, bo choć chodziło o Justine to wolał rozmyć sprawę, chronologię, podejrzenia. Nie kłamał, a przynajmniej tak się łudził, bo przecież nie chciał już kłamać (nie chciałby też egoistycznie zaczynać rozmowy od samego siebie, ale układał monolog trochę spontanicznie). Rok temu Ministerstwo zabiło mu przecież matkę, w kwietniu zginął partner z Biura Aurorów. -Chciałem… nie wiem, jakoś odreagować, najchętniej coś rozwalić, to w końcu ruiny. Byłem taki wściekły… Wtedy pojawiłeś się ty. Przestraszyłem się czyjejś obecności, a ty chyba przestraszyłeś się mnie. Pewnie wilkołaka łatwo się przestraszyć. Wyglądałem gorzej niż teraz. Powiedziałeś, że jesteś z Ministerstwa, a ja tak strasznie byłem wtedy wściekły na Ministerstwo… - nadal jestem, ale już nie na Ciebie.Wziął głębszy wdech, pilnując, by ani nie skłamać ani nie zdradzić za dużo. To chyba logiczne, że wilkołaki bywają wściekłe na Ministerstwo i brygadzistów - powtórzył sobie. Choć przecież, dopóki pilnował warunków rejestracji, Brygada traktowała go nawet po ludzku. -Obydwaj przezornie sięgnęliśmy po różdżki, ale ja szybciej. Zwykle spodziewam się po nieznajomych najgorszego. Rzuciłem Expelliarmus. -streszczał szybko, coraz szybciej. Jego głos brzmiał martwo, starał się przedstawić to wspomnienie jak najbardziej neutralnie, bezosobowo. Z nadmiaru emocji w jego ton wkradł się za to ślad twardszego akcentu z mugolskich dzielnic Londynu. Jedenastoletni Michael usiłował oduczyć się go w Hogwarcie, z powodzeniem, ale w chwilach stresu czasem powracał. -Wtedy wziąłeś mnie za włóczęgę albo złodzieja i zachowałeś się roztropnie, rozważnie. - wiedział, że Riley nie pamięta jak wtedy zareagował, więc postarał się mu to nakreślić, z mimowolnym podziwem. Być może pod wpływem świeższych wspomnień z Kent, Mike zapamiętał chłopaka jako odważniejszego niż w rzeczywistości. -Zaoferowałeś mi pieniądze, pewnie myśląc, że inaczej użyję siły, a ja… choć nie po to tam byłem - wziąłem je. I jak tchórz wymazałem ci pamięć. Nigdy wcześniej nikogo tak nie okradłem. Nie chciałem żeby okradziony urzędn… czy tam badacz, kimkolwiek jesteś, zapamiętał moją twarz. Nie sądziłem, że to poskutkuje czymś więcej niż utratą krótkiego wspomnienia.- dopiero teraz odwrócił wzrok, ale tylko na moment. Przypomniał sobie, jak z premedytacją powiedział Rileyowi wszystko, czego nie powinien, bo wiedział, że zaraz usunie mu pamięć. Kim był, kogo nienawidził, kim nie chciał się stać. Nie jestem potworem, twierdził wtedy, patrząc wyzywająco na bezbronnego człowieka, ale teraz nie był już taki pewien. Wtedy też nie był - zaledwie kilka dni wcześniej przemienił się przy Hannah. Cofnął się po omacku i wpadł na jeden z filarów na środku sali grobowca. Oparł się o niego ciężko.
Przytłoczony poczuciem winy, odegnał od siebie przelotne skojarzenie, że przecież Riley też stracił członka rodziny, też odreagował żal zachowaniem dalekim od roztropnego, nawet wybuchem. Ta myśl była niebezpieczna, bo pozwoliłaby Michaelowi na nikłą nadzieję, że może Riley… kiedyś zrozumie. A przecież nie zasługiwał na zrozumienie.
-Wiem, że do Munga nie trafia się na kilka dni po udanym Oblivate, a wierz mi, wiem kiedy jest udane. - rzucał je niejednokrotnie… ale rozpamiętując noc w Kent bał się czasami, że coś się zepsuł w Riley’u. Że to dlatego, oni, na tej plaży… Ale może chociaż tego nie spieprzył, skoro brunet zawsze taki był? -Ty za to wiesz już, że to ja tam byłem, więc przestań ściemniać. Rzuciłem na koniec Bombardę w tamte mury, tak jak chciałem zanim się pojawiłeś, ale to też nie to, staliśmy tam przecież razem, w bezpiecznej odległości… Więc jak ja… Zrobiłem… zrobiłem ci krzywdę? Ktoś jeszcze tam był, po mnie?  - ku własnej irytacji, głos mu się załamał. -Nie chciałem cię skrzywdzić. - i nie miał teraz na myśli tylko sytuacji w ruinach.
Niecierpliwie otarł mokry policzek, płonąc ze wstydu.
-Nie mam już tych pieniędzy, ale to może być coś warte w Londynie. - zaproponował rzeczowo i wyjął z kieszeni biały kryształ pokryty łuską. Były teraz w obrocie handlowym, ale ten Michael znalazł sam, tej samej nocy, gdy ustały anomalie. Niegdyś kojarzył mu się z nadzieją. Ostrożnie, nie wykonując gwałtownych ruchów, przesunął się w stronę sterty książek i położył rekompensatę na jej szczycie. Wolał nie zbliżać się teraz do Riley’a. Nie chciał go przestraszyć jeszcze bardziej.
-W Kent dopadła mnie czkawka teleportacyjna, byłem… oszołomiony - łagodnie powiedziane -Na początku cię nie poznałem, a potem wspomniałeś o sakiewce, że była dla ciebie ważna, ale byliśmy już pijani i … -nie wiedział, jak wytłumaczyć Fenrira, więc spróbował sobie przypomnieć, jak sam to odbierał. -To wszystko było trochę jak sen. A ja od lat przy nikim się tak nie czuł… - em, tak dobrze i zupełnie beztrosko, ale mocno ugryzł się w język, gdy zdał sobie sprawę, co plecie. To twoja sprawka?!
(Ale Fenrir milczał).
Nagle spojrzał na Rileya trochę panicznie, szeroko otwartymi oczyma. Z opóźnieniem zdał sobie sprawę, że przecież wcale nie czuje się winny, bo kogoś okradł. Tylko dlatego, że to był akurat on.
-Przepraszam. - nie liczył na wybaczenie, ale to ostatnie, co miał do powiedzenia.
Riley nie powinien już tego słuchać, on nie powinien już nic mówić, a na już pewno nie powinien martwić się o bruneta w ten, zbyt boleśnie znajomy sposób.

Dostajesz w prezencie kryształ


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Grobowiec Loughcrew 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]21.06.21 19:26
-Jak nie spróbujesz, to nie będziesz wiedzieć, czy jest praktyczne, czy nie. - wzruszył ramionami i ponownie chwycił za różdżkę. - Jak obiecałem - ostrzegam, że będę czarować. Ale spokojnie, nie jest to nic groźnego. Powiedzmy, że... drobna korekta koloru. Jak ci się nie spodoba, to zawsze możesz zmienić.
Chwilę jeszcze analizował uważnie Fenrira - jak artysta, przyglądający się swojemu prawie skończonemu dziełu.
-Coloritum! - powiedział po chwili i nudny golf stał się szkarłatny. Rigel pokiwał głową z zadowoleniem - nowy, żywszy kolor bardzo dobrze współgrał z jasnymi oczami i odcieniem włosów mężczyzny. Sprawiał również, że wyglądał na mniej niewyspanego i zabiedzonego. No tak, w końcu odpowiednio dobrany kolor potrafił czynić cuda.
-Myślę, że jest lepiej. - uśmiechnął się lekko. - Ale ostateczny efekt musisz sam ocenić.
Zaczarowanie tego ubrania - tchnięcie w niego odrobiny magii, sprawiło, że przestał wydawać się taki okropny.
-Daj mi chwilę, zobaczę, czy mam coś, w czym byś mógł… - sięgnął po swoją czarną torbę, która stała obok, oparta o jeden z kamieni. Już dawno do niej nie zaglądał... ale to zawsze było zupełnie normalne w jego przypadku - robił porządek w torbie, kiedy stawała się za ciężka, aby móc ją wygodnie nosić. Tak naprawdę, to chyba jedynie w swojej szafie i laboratorium miał porządek.
Black zawsze miał przy sobie kieszonkowe lusterko, które kiedyś dostał od matki. Irma doskonale rozumiała, jak ważne jest dbanie o wygląd, szczególnie kiedy pracuje się w tak prestiżowym miejscu, jak Ministerstwo Magii. Jednak w poszukiwaniu tego pięknego srebrno-perłowego dzieła sztuki, ręka Rigela natrafiła na inny kształt - gładki i zimny w dotyku, lecz stanowczo za duży jak na jego kieszonkowe lusterko. Lekko zmieszany wyjął przedmiot z torby i znieruchomiał. Była to jedna z pamiątek z plaży - urwane lusterko od mugolskiego pojazdu. Jak to się stało, że nie leżało schowane pod jedną z desek w jego pokoju - razem z szalikiem i resztką fiolek ze złotą rybką?
-Hm… Jeśli ci nie przeszkadza... - zaczął zmieszany. - To mam coś takiego.
Bez zbędnych komentarzy wyciągnął dłoń z lusterkiem w stronę mężczyzny.
Dlaczego Świat mi to robi? - sfrustrowany jęknął myślach.

Kawa pachniała przyjemnie, chociaż wyraźnie brakowało jej jeszcze zapachu cynamonu, goździków i kardamonu. To połączenie zawsze kojarzyło się młodemu czarodziejowi z domem - jednak nie z chłodną kamienicą, tylko z jego pokojem, kolorowym, ciepłym, z pięknym widokiem na niebo i ulicę. Tylko tam się czuł bezpiecznie.
-Cóż. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. Ale znam teorię. - poprawił niesforny kosmyk, który zsunął mu się na twarz i zaczął łaskotać w nos. - Chodzi o to, aby na chwilę się zatrzymać. Skupić na tym, co się dzieje w danej chwili. Na dźwiękach, zapachach, odczuciach. Nie myśleć o tym, co było albo co będzie. Najlepiej w ogóle przestać myśleć o sobie... tylko rozpłynąć się w świecie. Dla ludzi Wschodu bycie częścią większej całości jest prawdziwym szczęściem.
Spojrzał pytająco na Fenrira, chcąc sprawdzić, czy ten rozumie, o co mu chodzi.
-Medytować można na różne sposoby: siedzieć w spokoju i oddychać, czy robić konkretne ćwiczenia… Można też rozsypywać kolorowy piasek, tworząc wzory, aby pod koniec to dzieło po prostu zniszczyć, ponieważ liczy się sam proces kreacji, a nie rezultat. - zastanowił się chwilę. - Tak naprawdę każdą czynność można do tego wykorzystać. Na przykład w eliksirach. Powiem na swoim przykładzie może. Statystycznie zawsze najlepiej mi wychodziły te mikstury, które przygotowywałem, kiedy nic mnie nie niepokoiło, albo mogłem odsunąć wszelkie emocje na drugi plan. To tak, jakbym… sam przechodził przemianę razem z każdym dodanym składnikiem, lądującym kotle. - lekko wzruszył ramionami. - W końcu mówi się, że praca alchemika to nie tylko łączenie składników. Sam alchemik i jego dusza jest jak atanor... - zaśmiał się cicho, lekko zakłopotany. - Wybacz, poniosło mnie… ale mam nadzieję, że przynajmniej w pewnym stopniu wyjaśniłem, o co chodzi.
Black wyraźnie zauważył, że mężczyzna nie chciał mówić o swojej znajomości mugolskich sprzętów i ich działaniu. Czy to możliwe, że mugole i jemu zrobiły jakąś krzywdę? Chciał się o to zapytać, jednak się powstrzymał. Rozmowa i tak była dość ciężka i bez tych pytań. Po co niepotrzebnie w tej chwili rozdrapywać stare rany?
Chociaż właśnie w tej samej chwili to jego rany spotkał właśnie taki los. Ale tu Rigel akurat sam sobie był winien. Na dodatek wyraźnie wyczuł, że blondyn nie wierzył w jego wymówkę o tym, dlaczego trafił do szpitala. Na szczęście nie pytał o nic więcej, za co młody lord w głębi duszy był mu bardzo wdzięczny.

To nie był po prostu uścisk - nie taki zwykły bratersko-przyjacielski. Czarodziej zauważył to, jak tylko blondyn odsunął się od niego - widział dokładnie to w jego rozchylonych ustach, wyraźnie chcących czegoś więcej, i błękitnych tęczówkach, które patrzyły wprost na niego. Było tam jeszcze coś innego… ten znajomy cień, nie... to ten sam złoty blask, który Black widział w Kent. Dlaczego więc wprost mu nie powie, nie wytłumaczy, tylko daje złudne nadzieje? To było jak tortura - jak pokazywanie spragnionemu szklanki z krystalicznie czystą wodą, zbliżaniem jej do popękanych ust i odsuwaniem jej, kiedy tylko pierwsza kropla życiodajnego płynu rozpływała się na języku.
Może po prostu na to zasłużył. Może to była kolejna próba od losu, który wyjątkowo lubił pastwić się nad młodszym potomkiem Starożytnego i Szlachetnego Rodu. Tylko że tym razem Rigel nie chciał dać się pokonać. Będzie walczyć z podstępnym Skorpionem, przyczajonym i gotowym, aby użądlić. Nie ucieknie. Za długo uciekał.
Ciało buntowało się z każdym wypowiadanym słowem, każąc Blacka drżeniem mięśni i uczuciem wszechogarniającego zimna. Jednak on nie poddawał się i brnął dalej, przekazując w mało zgrabny sposób tajemnicę, która tyle lat niemiłosiernie ciążyła na jego duszy. O bliznach nie wiedzieli nawet najbliżsi. Nawet kuzynka, której, leżąc w skrzydle szpitalnym, opowiedział wszystko. I o chorobie. I tej drugiej przypadłości.
Ciepły, wygrzany gorącym ciałem płaszcz otoczył go jak mury twierdzy, w której poczuł się odrobinę bezpieczniej. Uczucie głupie i złudne, lecz pomagało się uporać z chłodem i strachem, zaciskające swoje kościste palce na jego gardle.
Słyszał bezradność w głosie Fenrira, jego błaganie. W odpowiedzi jedynie westchnął.
-To jak sobie z tym radzić? Wiesz, czym jest bezsilność, ból i odraza do siebie. - to nie było pytanie, tylko stwierdzenie, wypowiedziane bardzo cicho. Nie musiał pytać. Widział to dokładnie. Panika, bogin. Reakcja, kiedy Black dostrzegł jego blizny, wyraźne i blade, naznaczone srebrnym pyłem. - Wiesz też, jak trudno… nie… jak niemożliwe jest czasem znieść samego siebie. I nikomu nic nie można powiedzieć. I znikąd nie ma pomocy. Bo ta pomoc - czy to magiczne zaklęcie, czy eliksiry... po prostu nie istnieją. A tej złości...tej nienawiści. Tego było tak wiele… i to była jedyna możliwość, żeby w jakiś sposób z tym wszystkim poradzić... i nie zabić się, nie mogąc już dłużej nawet patrzeć na własne odbicie.
Na protesty blondyna tylko słabo i smutno się uśmiechnął. Przepraszająco. Pozwolił się chwycić za rękę, wiedząc, że za chwilę i ten dotyk się skończy. Było w tym coś masochistycznego. Zupełnie jakby wymienił jedną karę na drugą.
Nie wiedział, co powiedzieć Fenrirowi. Że nigdy już nie podniesie na siebie ręki? Że nie zatopi ostrza we własnej skórze? Nie wiedział, co przyniesie przyszłość, a nie chciał już bardziej go okłamywać, dając mu tym razem, prawdopodobnie, puste obietnice.
Ale może… jest jeszcze jakaś nadzieja?
Black czuł pierwszy raz w życiu, że w końcu trafił na drugą taką osobę - równie szaloną, co on. Ta myśl dodała mu otuchy - to długo wyczekiwane poczucie, że w końcu nie jest z tym wszystkim sam. Że może razem coś wymyślą. Coś poradzą. I, tak, może to było dziecinne i naiwne, bo przecież nie ufa się tak szybko osobie, którą widziało się tylko raz w życiu i to będąc pijanym. Jednak było w tym mężczyźnie coś, co sprawiało, że stał się dla niego… bratnią duszą? Czymś więcej niż jednorazową przygodą pod wpływem odurzających substancji.
I wtedy… Fenrr zaczął mówić.
Wszystko, w co Rigel uwierzył, pękło i rozsypało się na milion drobnych kawałków.. Czy to, co czuł, to przywiązanie, ufność… to wszystko były tylko odległe, straszliwie wypaczone echa wymazanych wspomnień? Ciężko to było stwierdzić, ale również nie można było tego definitywnie wykluczyć. Umysł i jego funkcjonowanie było o wiele bardziej skomplikowane, niż wielu użytkownikom mentalnej magii mogło się wydawać. To delikatna sieć połączeń, skojarzeń, plątanina emocji, zachowań. Taniec świadomości i podświadomości.
Sparaliżowany strachem i rozgoryczeniem, próbował wydusić z siebie słowa, jednak jedyne, do czego był zdolny, to słuchanie kolejnych słów Fenrira i pozwolenie kolejnym łzom kreślić wilgotne ścieżki na policzkach. W tamtej chwili nie obchodziło go, jak to może zostać odebrane. Był słaby.
Black już nie wiedział, czy i jak bardzo wierzyć wypowiadanym słowom, ponieważ czuł, że było tam coś jeszcze. A może to tylko rozszalały umysł płatał mu figle, nakręcając się jeszcze bardziej i węsząc podstęp, tam, gdzie go nie było.
Przecież on sam powiedział, że zasługuję na prawdę… Ale czy to nie kolejna pułapka?
W całej tej gonitwie myśli, umysł młodego czarodzieja, chcąc zaznać chwili odpoczynku, chwycił się jednego drobiazgu - dziwnego, choć znajomego nietypowego akcentu, z jakim zaczął mówić Fenrir. Black nie mógł sobie przypomnieć, gdzie konkretnie słyszał taki sposób wypowiadania się. Może w szkole? Tylko że to było tak dawno temu…
-Jeśli nie potrzebowałeś tych pieniędzy, to po co je zabrałeś? - to było takie idiotyczne pytanie, ale chyba jedyne, jakie pozwalało zatrzymać chaos w sercu i głowie. Zrozumieć wszystkie motywy. Skupić się na czymś innym niż na rozdzierających trzewia emocjach - odruch, który wyrobił sobie jeszcze w dzieciństwie. Dlatego wypowiedział je neutralnym tonem, bez cienia innych emocji. - Czy ty głodujesz?
Lord Black miał coraz więcej pytań. Co musiało się stać, żeby ktoś próbował wyżyć się w tak destrukcyjny dla otoczenia sposób. I o co chodziło z Ministerstwem? Nie okazało mu pomocy, kiedy ginął ktoś bliski? Stracił pracę? Czy coś zostało zmienione w kwestii wilkołaków?
Ucieczka w chłodną analizę była dobrym wyjściem. Poczuł, jak się uspokaja. Izoluje się od własnych odczuć, skupiając się w pełni na blondynie i jego monologu.
-Traktowanie ludzi, niezwiązanych z twoim problemem, jak kozły ofiarne nie jest w porządku. - powiedział krótko. Mógł użyć innych epitetów, opisujących, co dokładnie myślał o tego typu zachowaniach, ale się powstrzymał. W końcu, kto nigdy tego nie zrobił, “niech pierwszy rzuci kamień”, czy jak to szło w tej całej Biblii.
-Udana zmiana pamięci, to nie wymazanie aż tak dużego kawałka wspomnień. Jedyna możliwość, żeby wszystko przebiegło we właściwy sposób - to korekta wspomnień. To jak… wyłamaniu nogi od stołu i zastanawianie się, dlaczego ten się chwieje. - tak, porównał się do mebla, ale nie znał innej możliwości klarownego sposobu wyjaśnienia tego, co ma na myśli. - Umysł, zawsze będzie próbować odtworzyć zdarzenia, nawet jeśli fizycznie nie będzie w stanie. Będzie szukać schematów, wytłumaczenia tego, czego doświadczył.
Umilkł, zbierając kolejne myśli. Ubolewał nad tym, że nie przeczytał wystarczającej ilości książek medycznych, żeby wytłumaczyć więcej. Sam też rozumiał cały schemat działania mózgu dość ogólnie. Chyba… powinien się na tym również skupić. Kiedyś.
-Mówiłem ci już. Jesteśmy wspomnieniami. Owszem, są różne predyspozycje przekazywane z krwią rodziców, jednak duża część z tego, kim jesteśmy - jest tym, co przeżyliśmy.
Przez ułamek sekundy Rigel miał taką myśl, żeby samemu stać się Skorpionem i użądlić boleśnie - opowiedzieć o tym, jak ocknął się sparaliżowany i kompletnie skołowany. Przerażony, że tam umrze - sam, zapomniany w tym przeklętym lesie. Mógłby mu dokładnie opisać, to, jak ledwo powłócząc nogami, udało mu się w końcu znaleźć pomoc w św.Mungu. Ale ostatecznie nie zrobił tego. Powstrzymał się. W końcu widział, jak boleśnie znosił to wszystko Fenrir.
No i  sam Black też wielu rzeczy mu nie powiedział... i wyszedłby na cholernego hipokrytę.
-Nie. To nie przez twoje zaklęcia trafiłem do szpitala. - odpowiedział krótko. - Nikogo więcej również nie było. Proszę, nie kontynuujmy tego tematu. Nie chce o tym rozmawiać. - własny głos zabrzmiał obco i zimno, sprawiając że Blackowi zrobiło się niedobrze. W tamtej sekundzie brzmiał zupełnie jak własny ojciec, który podobnym chłodnym tonem ucinał każdą niewygodną dla niego rozmowę.
Nie miał siły kłamać dalej, decydując się na postawienie granic. Nie chciał mówić o swojej przypadłości. Oprócz rodziny, najbliższych przyjaciół i konkretnych specjalistów w szpitalu, nikt więcej nie wiedział o jego chorobie. Nawet w szkole, kiedy to doszło do pierwszego incydentu, informacja została utajniona, albo raczej zagubiona w morzu plotek, które specjalnie wymyślał i puszczał w świat za namową rodziców.
Rozmowa, którą właśnie prowadzili, przypominała mu o tym, jaki koniec go czeka - uwięzienie w grobowcu z własnego ciała. Oczywiście, o ile nie zginie wcześniej, wypchnięty przez rodzinę do walki... albo na kolejne podejrzane wyprawy Rycerzy.
Popatrzył na kryształ pustym wzrokiem, po czym przeniósł go na Fenrira.
-Rozumiem, że próbujesz mi zrekompensować ukradzione pieniądze. Uspokoić sumienie. Tylko że ja nie potrzebuje pieniędzy. - mówić te rzeczy było bardzo trudno. - Potrzebuję poczuć się bezpiecznie. Nie myśleć, że zaraz spróbujesz wymazać mi wspomnienia, czy… cokolwiek innego. Muszę... na nowo zaufać? Właśnie to mnie najbardziej boli. Nie garstka przeklętych monet.
Przełamane w krysztale światło, w niesamowity sposób podkreślało jego łuskowatą strukturę. Może jednak powinien nie przyjąć tego prezentu, to oddać go… ale wyglądał tak niesamowicie… I może, może stał by się kolejną pamiątką? Jak lusterko, czy szalik…
-Ale dziękuję za prezent. - uśmiechnął się blado.
-Wiem, że miałeś czkawkę. Nawet sam mi o tym powiedziałeś. - nie dodał pytania, które cisnęło mu się na usta: “nie pamiętasz?”, bo to było idiotyczne. W końcu sam był już w tamtym momencie mocno wstawiony i niektóre rzeczy mu umykały. -Nie rozumiem, dlaczego ze wszystkich miejsc na Ziemi, pojawiłeś się właśnie tam, gdzie i ja byłem...
Nie, to nie mógł być zbieg okoliczności? Przecież… nie. To nie istnieje.
-Zły chichot losu? - zapytał już ciszej. Ale nie blondyna, tylko cały świat, który jakimś nieznanym sposobem miałby to pytanie usłyszeć.
-Ja nigdy się tak nie czułem. - wypowiedział jak echo za mężczyzną, spuszczając wzrok.
Wiedziony impulsem, dziwnymi podszeptami jakiejś chorej części swojego umysłu, przysunął się bliżej, może nawet za blisko do niego, naśladując sposób, w jaki chwile wcześniej sam Fenrir się poruszał.
Delikatnie i trochę nieśmiało chwycił dłoń blondyna, pozwalając ich palcom spleść się w taki sam sposób, jak tamtej gwieździstej nocy.
Liczył się z tym, że w każdej chwili może zostać odtrącony, jednak wolał zaryzykować, żeby wyjaśnić pewne sprawy. I odpłacić dotykiem za dotyk.
-Dziękuję, że mi to powiedziałeś. - lekko pogłaskał kciukiem jego dłoń, dodając otuchy jemu i w pewnym sensie też sobie. - Jeśli, to wszystko prawda, nie mówię tu o sakiewce, tylko o…no wiesz... - tak trudno było mu teraz wypowiedzieć te proste słowa “że było nam razem dobrze”. - To, co mamy teraz zrobić?
Liczył, że Fenrir zrozumie przekaz. Black dostał już wystarczająco sprzecznych sygnałów, a te łzy wycierane ukradkiem i wyznania, wypowiadane szybko i wstydliwie, tylko jeszcze bardziej komplikowały całą sytuację. Ale Rigel po prostu musiał za wszelką cenę dowiedzieć się, co dalej robić z tym wszystkim. Inaczej pewnie oszaleje. Potrzebował jakiejś rady, wskazówki, czegokolwiek.


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 17
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]21.06.21 23:00
Nie trzeba przecież niczego próbować, by wiedzieć, że w lesie kolory łatwiej rzucają się w oczy niż bezpieczna czerń, ale Michael nie miał serca protestować. Zwłaszcza, gdy Riley zaczął cierpliwie wyjaśniać mu, co robi. Nikt nigdy nie ostrzegał go przed czarowaniem, a w sumie to byłby całkiem miły nawyk. Przestąpił lekko z nogi na nogę, gdy brunet tak go oglądał - cisza była trochę niezręczna i do głowy wpadła mu nonsensowna myśl, że mógł się jednak dzisiaj ogolić. I wczoraj. I przedwczoraj. Pracując w Ministerstwie robił to codziennie i starannie, ale teraz wszystkie dni tygodnia zlewały się w jeden.
-Dobrze… - zerknął w dół, na trochę gryfoński szkarłat (nie będzie na nim widać krwi, Riley to ma łeb!), który wyglądał całkiem przyzwoicie. Nie wiedział, czemu miałby go zmieniać - miał inne swetry. -Dziękuję. - nie widział nawet potrzeby patrzenia w lustro, ale Riley już rzucił się do swojej torby.
-To lusterko - samochodowe -…od jakiegoś pojazdu? - rozpoznał z zaskoczeniem, sięgając po przedmiot. Coś takiego w torbie czarodzieja wydawało się na tyle nonsensowne, że Michael mimowolnie rozciągnął usta w uśmiechu. Zwłaszcza, że faktycznie wyglądał w tym swetrze jakoś weselej. Riley za to wydawał się jakiś speszony. Może bał się mugolskich rzeczy? Ale skąd w ogóle to miał? W przypadku innego czarodzieja, Tonks zaniepokoiłby się, że ten zrobił krzywdę jakiemuś mugolowi. Miał nadzieję, że nie był głupcem, na razie odsuwając takie podejrzenie na bok. -Spokojnie, one nie gryzą. - roześmiał się.

Wysłuchał teorii o medytacji, która wydawała się trochę podobna do tego, co czytał o oklumencji, a nawet zadziwiająco pomocna. Spoglądał z uwagą na Rileya i uśmiechnął się jakoś smutno, gdy ten wspomniał o zapachach. Na tych akurat skupiał się nawet wtedy, kiedy nie chciał. Może faktycznie, lepiej byłoby w nich zatonąć, zamiast próbować je ignorować? Ale lepiej nie próbować tego teraz. Na pewno nie teraz.
Nigdy nie umiał usiedzieć w jednym miejscu, ale przechylił z zainteresowaniem głowę na słowa o rozsypywaniu piasku.
-Wychodzi na to, że można medytować, rąbiąc drewno na opał. - uśmiechnął się. Zawsze brał się do tej pracy, gdy czuł gniew, ale ten po chwili faktycznie ustępował, a rytm pracy pomagał zapomnieć o problemach codzienności. Może powinien zająć się czymś aktywnym podczas nauki oklumencji.
-Dziękuję. To pomocne. - dobrze było poznać każdą perspektywę, a Riley opowiadał bardzo zajmująco. -Jesteś alchemikiem? - co alchemik robił w ruinach Ministerstwa i w Departamencie Tajemnic? Właściwie, od razu pożałował rzeczowego pytania, które trochę zburzyło dobry nastrój. Po pierwsze, przypomniał sobie o ich pierwszym spotkaniu. Po drugie, mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy Riley słyszał o eliksirze tojadowym. Od razu pożałował tego skojarzenia. Nie chciał o nim tak myśleć. Nie w kontekście likantropii, nie jak o alchemiku. Eliksir potrafił zresztą warzyć jego znajomy, problemem pozostawały tylko składniki Przynajmniej alchemicy nie zabijali teraz ludzi na ulicach miast. Tonksa nadal cholernie niepokoił fakt, że brunet pracował w Ministerstwie… ale przecież wiedział, że nie pozostali tam sami fanatycy konserwatywnych ideałów. Niektórzy po prostu starali się przetrwać. Najwyraźniej trwali tak, siedząc na pieniądzach i książkach i porcelanie, ale Tonks sam wiedział, że praca to coś więcej od zarabiania na życie. Bezrobocie tuż po ugryzieniu było chyba najgorszym czasem w jego życiu, choć oszczędności mu wtedy nie brakowało.

Sprawa lusterka szybko się wyjaśniła, choć w głębi duszy Tonks wolałby nic nie wiedzieć. Zapomnieć o ich pierwszym spotkaniu, nie poznać losu ciężarówki. No jasne, że byłoby najlepiej. Teraz już nie mógł dłużej udawać, że są dwójką znajomych pijących kawę.
Własna tajemnica - i to jedna z wielu - ściskała go za gardło, uniemożliwiając jakąkolwiek adekwatną reakcję na pytania wypisane w czarnych oczach. Zaufanie Rileya zaraz w końcu zniknie na zawsze, jakikolwiek… przyjazny gest byłby tylko nadużyciem. Kolejną krzywdą. Spuścił wzrok, nieświadom, że złudne nadzieje mogłyby boleć kogoś bardziej od skradzionych pieniędzy. Pewnie odsunąłby się jeszcze dalej, gdyby Riley nie zaczął opowiadać o swoich tajemnicach - jeden problem zastępując drugim. Bardziej pilnym, jeszcze smutniejszym. Utkwił w mężczyźnie zaskoczone spojrzenie, czując się, jakby tamten streszczał mu jego własne życie. Każdy dzień. Pomoc nie istniała, nie było żadnego lekarstwa. Eliksir tojadowy był jedynie doraźnym środkiem, który chronił przed nim innych.
-Wiem, jak to jest… ale nie wiem jak sobie z tym radzić. - spuścił głowę, siląc się na opanowanie. Mógłby powiedzieć o wiele więcej, ale chciał przecież pocieszyć Rileya, a nie go dobić. Zwłaszcza, że musiał radzić sobie z zupełnie innym problemem.
Problemem, który Michael omijał tak skutecznie, że nigdy dla niego nie istniał. Chyba powinien to przyznać.
-Sz…szczególnie z tym, ja… wokół jest tyle kobiet i nigdy nie musiałem o tym myśleć… - było mu wyraźnie trudno mówić o czymś, czego sam nie rozumiał. Całe życie uciekał w końcu od trudnych emocji - i to o wiele mniej skomplikowanych, niż to. Nauczył się je ignorować. -Znałem kiedyś kogoś, jeszcze w szkole… - wyszeptał, zastanawiając się, czy świat się rozpadnie, gdy wreszcie sformułuje tą hipotezę. Może nie. On już nie żył, a Riley powinien chyba to usłyszeć. -…kogo chyba nigdy nie interesowały dziewczyny.- tylko alchemia i… Wziął głęboki wdech, bojąc się, że zaraz oszaleje. Lepiej nie dopuszczać do siebie pewnych domysłów, nigdy. -Ale straciliśmy kontakt, nie wiem czy… zawsze był taki i jak sobie z tym radził. - do dzisiaj nie wiem, dlaczego zaplątał się w czarną magię i postanowił zagryźć trzy osoby. -Wiem, że nikt się nie domyślał, ja też nie. Przepraszam, to w sumie żaden morał.  - westchnął. To było głupie, może jednak nie powinien o tym mówić. To żadne rozwiązanie. Tragiczna historia i tyle.
-Mogę ci tylko powiedzieć, że ból nie sprawi, że to minie. Przemiana boli co miesiąc, ale jest tylko gorzej. Może ta medytacja to jakieś wyjście. - pokręcił głową, wyraźnie nieswój. Riley rozmawiał z nim tak szczerze, a przecież Michael rozpoczął znajomość od nieszczerości. Już nie potrafił.

Widział, jak krzywdził go każdym słowem, znowu, tak jakby odtwarzał tamtą kradzież od nowa. To zresztą było jego celem, połowiczne zwrócenie Rileyowi wspomnienia. Nie pamiętał tylko, czy kiedykolwiek patrzył tak świadomie na to, jak niszczy niewinnego człowieka. Ilekroć po policzku Rileya spływała kolejna łza, jakaś część Michaela chciała przerwać opowieść i upaść na kolana, przeprosić, przytulić, ale nie miał śmiałości, nie miał prawa.
Wzdrygnął się tylko lekko na pytanie o głód, wyraźnie zażenowany. Nawet nie wiesz, ile przy sobie miałeś? Wcale nie tak mało. Milczał dłuższą chwilę, nie chcąc przyznać, że spiżarnia jego rodziny pustoszeje z każdym dniem. Nie mogąc przyznać, że stracił pracę, że jedna jego siostra ma niesprawny język i nadgarstki, a druga nie potrafi czarować.
-Tojad jest drogi. - szepnął w końcu chrapliwie, bo właśnie to było w sierpniu największym problemem.
Chłodny wykład o Oblivate wzbudził w nim jakiś dyskomfort. Chciał milczeć, przyjąć wyrzuty z godnością, ale auror zwyciężył nagle nad skruszonym człowiekiem.
-Korekty wspomnień potrafi dokonać tylko legilimencja. - uściślił, a mimowolna odraza wybrzmiała w jego głosie. Magiczne tortury. Teraz nawet głupie Oblivate wzbudziło w nim poczucie winy, ale wiedział, że rzuci je na tej wojnie po raz kolejny. I kolejny. I kolejny. Mógł tylko kiwać głową i uważnie obserwować bruneta, w którego czarnych oczach rozbłysła wreszcie złość. Michael się tego spodziewał. Wyzwie go? Uderzy? Sięgnie po różdżkę? Zamiast oczekiwanej reakcji, tamten odezwał się jednak tylko dziwnie wyniosłym tonem, od którego aż robiło się zimno. Nie rozumiem. Skoro to nie ty ani nie ktoś inny, to czemu… Też nie rozumiem, ale nie mam prawa dociekać.
(Fenrir wydawał się wyraźnie zirytowany. Wiedział, że nudziarz uwielbia stawiać granice, ale Riley nie był przecież taki. Może mi by powiedział?)

Ze wstydem odwrócił wzrok od kryształu, bo chciał przecież uspokoić własne sumienie. Skinął powoli głową. Tak, to jasne, że Riley potrzebował poczuć się bezpiecznie.
Nie bój się, pamiętał mgliście jak go o to prosił, ale teraz te same słowa nie mogły już mu przejść przez gardło. Rozchylił usta do prędkiego pożegnania, zastanawiając się, czy mógłby jakoś dyplomatycznie poprosić o swój płaszcz - ale Riley mówił dalej, o zaufaniu.
Spojrzał na niego szeroko otwartymi oczyma, nie rozumiejąc. Jakie zaufanie?
To przecież koniec. Wtedy usłyszał podziękowanie za prezent, zobaczył blady uśmiech i cały świat stanął na głowie.
On chciał na nowo zaufać.

Zamknął oczy, ale nie próbował już powstrzymać łez. Jak w ogóle mogli sobie zaufać?
-Widziałeś przecież bogina. - wydusił z trudem, kręcąc głową. -Mogę ci obiecać, że nie podniosę na ciebie różdżki, że nigdy nie targnę się na żadne wspomnienie, ale przecież… nigdy nie poczujesz się przy mnie bezpiecznie.  - On chyba nie wie, nie wie, że to niebezpieczne nie tylko w pełnię. Ale nigdy bym go nie skrzywdził. Tego też nie wiemy. Pamiętam, jak reagujesz na krew.
-A ja przy tobie. Bo jesteś z Ministerstwa, a ja… - najchętniej schowałby twarz w dłoniach zanim to wyzna, ale musiał zachować czujność. Kto wie, jak pracownik Ministerstwa zareaguje na taką informację? To pewnie idiotyzm, w ogóle mu o tym mówić. Tylko, że jakaś irracjonalna część Michaela nie widziała już w nim obcego człowieka. A ta racjonalna - czuła się zobowiązana do ostrzeżenia. -…to się już zdarzyło. - ten bogin. Przypadkowa przemiana. -Nikogo nie skrzywdziłem, ale... - co prawda, zapanował w porę nad żądzą krwi, ale nie wiedział jak. A dopóki nie wiedział, nie potrafił sobie wybaczyć. Hannah, Cora, Riley, krzywdził ich wszystkich, nawet jako człowiek.
-Pytałeś jak to jest, radzić sobie z nienawiścią do samego siebie. Naprawdę nie wiem. Uczę się nad tym panować, ale…- pokręcił słabo głową, zastanawiając się, czy był w stanie opowiadać o tym wszystkim Rileyowi tylko dlatego, że w ogóle ćwiczył kiedyś oklumencję i próbował się zdystansować. Może jej opanowanie byłoby pewnym… rozwiązaniem. Gwarantem bezpieczeństwa.
-Chciałem się zabić tuż po ugryzieniu, ale jestem tchórzem. A… potem powiedziałem sobie, że się zabiję jeśli kiedykolwiek stracę nad sobą kontrolę i tej obietnicy też nie dotrzymałem. - mimowolnie zaczął drżeć, bo to Fenrir trząsł się ze strachu, pamiętając jego groźby. Obydwaj doskonale wiedzieli, że gdyby nie konieczność uratowania jednej siostry i opieki nad drugą… W sierpniu, gdy Hannah zostawiła go samego po przemianie, skierowałby różdżkę na własną szyję i rzucił Lamino. Zamiast tego, poszedł rozwalać ministerialne ruiny. -Na plaży mówiłem ci, że życie jest piękne, ale wtedy nawet… nie czułem się sobą.  - wziął głęboki wdech, bojąc się, że zaraz się całkiem rozklei, rozleci na kawałki.
-Widzisz, ty nie skrzywdzisz nikogo, tylko krzywdzisz siebie. - szepnął wreszcie, wracając do tematu blizn i wreszcie spoglądając na swojego rozmówcę.
-To coś innego. Nie zasługujesz na karę. - czy Riley w ogóle się widział, jego oczyma? Był tylko zagubionym chłopakiem, który trafił na kogoś jeszcze bardziej popieprzonego. Był kimś, kto okazywał nieznajomym dobro i wybaczać z zadziwiającą łatwością, ale kto zaraz poprosi go, żeby wyszedł. Pewnie dyplomatycznie, bo wszystko robił z irytującą uprzejmością.
Poczuł się wyczerpany. Nigdy nie opowiadał tak szczerze o likantropii ani o myślach samobójczych. Zawsze uciekał od tematu, a nawet gdy próbował się otworzyć, to i tak ostatecznie zostawał sam. To nie była wina innych, szczerze próbowali mu pomóc. Przed magipsychiatrą próbował jednak zachować profesjonalne granice. O koszmarach opowiedział tylko Kerstin, ale ją podświadomie usiłował chronić. Raz całkowicie rozsypał się przed Corą, ale potem zrobił dokładnie to, co dzisiaj, podczas opowieści o kradzieży. Wybrał prawdę, prosto, po męsku, okrutnie. A Cora kazała mu odejść.
Wiedział już, że za kilka chwil dopadnie go dławiący wstyd, że będzie musiał iść porąbać drewno albo coś rozwalić, ale to wcale nie pomoże, bo w końcu zostanie sam, sam, sam, z rozżalonym wilkiem we własnej głowie. Kiedyś zagryzą się nawzajem. Może jeszcze nie dzisiaj, może spróbuje tej cholernej medytacji, czegokolwiek.

I wtedy Riley wziął go za rękę.

Nigdy się tak nie czuł? Nagle zrobiło mu się strasznie smutno, że Riley trafił akurat na niego. Tchórza, wilkołaka, złodzieja pieniędzy i doświadczeń i wspomnień. I jeszcze rano dosłownie zniknął. Paradoksalnie, to wyznanie pomogło mu się trochę uspokoić.
-To nie powinno tak wyglądać.- wyrwało mu się. Spojrzał mu w oczy, nie chcąc być źle zrozumianym. Nie chodziło mu o to, że powinni się tak czuć przy kobietach. O tym obydwaj doskonale wiedzieli. Spróbował jakoś, nieudolnie, opowiedzieć Rileyowi, to, czego być może nie wiedział. -Nie powinno się znikać o świcie i… mieszać alkoholu ze Złotą Rybką - skąd ty w ogóle to miałeś? Zdusił w sobie chęć reprymendy i kontynuował. -I czuć się potem tak źle.  - dodał ciszej.
-Powinno się na przykład… popatrzeć z kimś na morze.  - uśmiechnął się blado, przypominając sobie, jak wieki temu, w innym życiu, tańczył z Forsythią na plaży nad Tamizą. Był wtedy tak beztroski i naiwny, wierząc, że podziały czystości krwi go nie dotyczyły. Po latach nie czuć już było goryczy. Dawne emocje przycichły, ciepłe wspomnienia pozostały. Może i tamten wyskok mogliby kiedyś wspominać bez tego dojmującego wstydu? Gdyby nie zachował się na plaży jak przerażony palant, rzecz jasna. Riley pewnie też chciałby popatrzeć na morze, pisał w końcu do niego o srebrnym pyle.
-Albo iść szukać rzadkich roślin bez obaw o własne i cudze bezpieczeństwo. Nie powinienem pokazywać się w Kent. -  wydusił, bo to ostatnie wyjaśnienie, które był mu winny. Riley przepraszał go za tamten list, nie wiedząc, czemu odpowiedź była tak pośpieszna, stanowcza.
Wzruszył smętnie ramionami. Też nie rozumiał, dlaczego pojawił się właśnie na plaży, choć miał swoje podejrzenia. Czyżby magia kierowała się w jakiś sposób wyrzutami sumienia? Najpierw Forsythia. Potem ta młoda dziewczyna, która przed wybuchem wojny prosiła go o pomoc w uniewinnieniu jej ojca. Czarownica, której nie zdążył powstrzymać przed rzezią mugolskiej rodziny. Mężczyzna którego okradł…  Tylko uprzejmy ćpun wydawał się całkowicie przypadkową osobą. W każdym razie, Fenrir mógł wtedy zabić ich obydwoje. Michael nie mógł pozwolić mu na to nigdy więcej. Nie skomentował retorycznych pytań chłopaka na głos. Jeszcze powie o słowo za dużo - ale musiał odezwać się znowu, bo Riley znowu dziękował (!) i pytał go o radę, radę, której nie potrafił mu dać.
-Wiem. - co masz na myśli. Przedziwnie i trudno było o tym mówić, tym bardziej, że naprawdę nie miał żadnego rozwiązania.
„Powinniśmy zapomnieć” - powinien powiedzieć. „Już wiesz jaki jestem, a ja nie mogę pociągnąć cię za sobą na dno. Nigdy więcej się nie zobaczymy, to naprawdę może zniszczyć ci życie. Może kiedyś trafisz na kogoś trochę mniej szalonego, na kogoś… dobrego, a może pusta samotność jest lepsza, bo bezpieczna.”
Potem powinien wyjść, najpierw odpowiedzialnie upewniając się, że Riley nie czuje żalu. Że wie, że to nie jego wina, że nie podniesie już na siebie noża. Powinien stąd wyjść i zabrać ze sobą ten ciężar - nagromadził ich tak sporo, że zdoła ponieść ten ładunek, zdjąć go z ramion młodzieńca, tak będzie najlepiej. Odpowiedzialnie.
Zarazem jakaś jego część podszeptywała mu, że może to o jeden ciężar za dużo. Nie mógł nawet znieść tego, że mężczyzna nie patrzy na niego jak na potwora, że tak po prostu próbuje go pocieszyć. Odtrącenie zawsze było prostsze, a teraz…
-Powinniśmy… N…Nie wiem… - uciekł spojrzeniem, bo nagle zabrakło mu słów. Powinien puścić dłoń mężczyzny, ale tylko ścisnął ją mocniej, jak kotwicę.
-Nie wiem, nie wiem, nie wiem, nie powinniśmy… - podniósł bezradny wzrok na Rileya, co chyba było błędem.
Musiał naprawić tak wiele rzeczy. Nienawidził w sobie tak wielu rzeczy.
Nie miał siły, zmagać się jeszcze z tym.
Okropna ta cisza.
Po fakcie Fenrir zapewne stwierdzi z nutą typowej dla siebie satysfakcji, że to nudziarz podjął tą decyzję; Michael zaś będzie próbował zwalić winę na kłopotliwego współlokatora. Tyle, że to nie była żadna decyzja.
Ułamek sekundy zawahania wystarczył, by stało się coś, co stać się nie powinno. Blondyn podniósł dłoń, by otrzeć ostatnią łzę z policzka bruneta i nagle, niemal niepostrzeżenie, ich usta znów się zetknęły. Tak, jak na plaży, choć bardziej niepewnie i o wiele delikatniej.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him



Ostatnio zmieniony przez Michael Tonks dnia 13.10.21 20:38, w całości zmieniany 1 raz
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Grobowiec Loughcrew 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]22.06.21 19:15
Rigelowi nie było mu do śmiechu na wspomnienie tamtego mugolskiego pojazdu. Może to przez alkohol i zmęczenie, ale widok tej maszyny na prawdę go przeraził. Nie miał pewności, na co właściwej patrzy, jak i to, czy dziwny metalowy stwór faktycznie go nie ugryzie albo, co gorsza, zabije.

-Każda czynność, może być medytacją. Tak myślę. Jak mówiłem, nie jestem specjalistą - przeczytałem o tym tylko parę ksiąg. - nie było tego wiele, niestety. Black bardzo żałował, że nie znał żadnego z tych wschodnich języków, aby czytać literaturę w oryginale. Był zdany na łaskę tłumaczy i podróżników, którzy odwiedzali Wschód i rozmawiali z jego mieszkańcami. Niestety czasem miał wrażenie jakby osoby, opisujące dane wydarzenia i miejsca, przekazywali je w niewłaściwy sposób, dorzucając tam za dużo swojej subiektywnej oceny. A Rigela to nie obchodziło - chciał zrozumieć tamtą kulturę, a nie to, co angielscy podróżnicy sądzą na jej temat.
-Alchemikiem? Nie, nie powiedziałbym. - zawiesił się na chwilę. - Zajmuję się tym raczej hobbystycznie. Do prawdziwego alchemika jeszcze sporo mi brakuję.
Uśmiechnął się lekko.
-Robię różne rzeczy w czasie wolnym, ponieważ moja praca nie jest specjalnie ciekawa.
Żałował, że jego praca nie była ambitniejsza i wciąż tkwił, przesuwając bezsensowne papiery z kąta w kąt. Chociaż ostatnio dostawał już poważniejsze zadania. Jak to ze wczoraj. Chociaż nadal tego było mało. Na szczęście młody lord Black był zbyt uparty, żeby się poddać. Mógł oczywiście pójść na łatwiznę i poprosić ojca o załatwienie mu ciepłej posady gdzieś w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Może nawet udałoby się znaleźć takie stanowisko, które wymagałoby wyjazdu gdzieś na Wschód? Tylko… że młody lord tego nie chciał. Wyszedłby wtedy na mięczaka, który niczego sam nie potrafi osiągnąć.
Udowodnię w końcu wszystkim, że jestem czegoś wart.

Popatrzył gdzieś przed siebie.
-Masz szczęście, że… możesz jeszcze ułożyć sobie życie normalnie. Bez kłamstw, bez udawania tego, kim nie jesteś. - powiedział cicho. “Żeby rodzina się ciebie nie pozbyła, nie wypaliła żywym ogniem z drzewa genealogicznego, zapomniała, że w ogóle istniejesz. Wstyd. Plama na honorze.” - był gotów dodać, ale nie wiedział, w jakich stosunkach Fenrir jest ze swoją rodziną. Możliwe, że przez likantropię zrobili mu to samo, co mogliby zrobić Rigelowi, gdyby tylko dowiedzieli się, że jest chorym zboczeńcem.
Czy to w ogóle możliwe, że mogą się podobać osoby obu płci? Cóż, wśród bohemy chodzą różne plotki o tych rzeczach, ale Black zawsze uważał, że to kwestia alkoholu, narkotyków albo nudy.
W szkole patrzył na to w inny sposób, tłumacząc swój stan, tym, że prawdopodobnie nie poznał jeszcze tej odpowiedniej kobiety i głupimi, szalejącymi bez sensu hormonami. Niestety wszystko bardziej się komplikowało, kiedy próbował sobie wyobrażać, jak to by było całować się z którąś z dziewczyn. Robiło robiło mu się wtedy autentycznie niedobrze. Nie było nadziei, że jego stan, jego przypadłość przejdzie sama. Pozostawały już chyba eliksiry i spotkania z magipsychiatrą. Tylko wtedy musiałby przyznać się do problemu rodzicom, a to z kolei wiązałoby się z ryzykiem, że zostanie skreślony już na starcie. Może nawet otruty, wywieziony na koniec świata i ukryty. Najmłodszy, najbardziej pogardzany syn swojego ojca nie mógł liczyć na pomoc. Nawet matka - jedyna osoba, która się o niego troszczyła, nie zdołałaby przekonać swojego męża, aby zmienił zdanie. Dla dorastającego Rigela ta sytuacja była powracającym koszmarem, z którym, po wielu latach zaczął sobie w końcu radzić. Przynajmniej tak sądził.
-W szkole również wolałem skupiać się na nauce, niż chodzić na randki. Udawanie… tej normalności nie szłoby mi najlepiej i pewnie szybko by prawda wyszła na jaw... - nerwowo potarł kark. - A wtedy... pewnie moje życie byłoby skończone.
Wspomnienia przedostatniego roku, kiedy świat zawalił mu się na głowę, znowu powróciły. Wyraźne, ostre, bardzo niewygodne, jak stara rana, która ponownie się otworzyła i zaczęła broczyć krwią.
-Nauka pomagała nie myśleć o… konkretnej osobie... - nie chciał tego mówić, ale bardzo tego potrzebował. - Szczególnie że ta konkretna osoba, najlepszy przyjaciel, zaczęła wszędzie chodzić ze swoją dziewczyną, nawet kiedy chciałem spędzić z nim czas przy piwie kremowym i pogadać o quidditchu. Tak sam na sam. Jak dotychczas robiliśmy. “Przyjaciel”. - zaśmiał się smutno. - Wtedy myślałem, że to przyjaźń… ale… to nie było to.
Popatrzył na niego smutno. Jego problemy przy tych, które miał blondyn wydawały się głupotą. Z drugiej strony, tajemnica, jaką ukrywał przed swoją rodziną Black, bezpośrednio wpływała na dostęp do najlepszych lekarzy, a to z kolei było gwarancją tego, że nie skończy sparaliżowany w przeciągu najbliższych 20 lat.
-Próbuję medytować. Chociaż, jak mówiłem, jestem w to dobry tylko z teorii. Z praktyką już ciężej. Mój umysł jest moim największym wrogiem. Ale… może to czas w końcu zająć się tym na poważnie.

Słowa Fenrira bolały go z każdym wypowiedzianym dźwiękiem. Musiał objąć się za ramiona, żeby opanować drżenie ciała. Tak łatwiej było walczyć o zachowanie spokoju i nie rozpaść się na kawałki. Skupić na słowach i na myśli… jak bardzo niesprawiedliwym jest świat, w którym osoby, potrzebujące dla swojego bezpieczeństwa, zdrowia psychicznego oraz ochrony otoczenia konkretnych eliksirów, zmuszone są do tego, aby głodować, a nawet kraść, żeby móc je kupić. A Eliksir tojadowy nie należał do łatwych w przygotowaniu, co mogło dodatkowo podbijać jego cenę.
Może istniałaby szansa, aby pociągnąć za odpowiednie sznurki w Mungo, żeby każda potrzebująca osoba dostała konkretny eliksir? W końcu to tylko dzięki pieniądzom Blacków szpital w stanie w obecnej sytuacji normalnie funkcjonować. Wojna jest straszna, ale nie może być tak, że zwykli ludzie będą przez nią cierpieć.
Kiedy skończył swój drobny wkład, to zauważył, że jego słowa o legilimencji wywołały dość negatywną reakcję. Nie do końca rozumiał dlaczego. Przecież to, że jakaś magia pozwala na zmianę wspomnień, nie czyni jej z automatu czymś gorszym niż Obliviate, które po prostu wycina kawałek czyiś przeżyć, nie dając niczego w zamian. Człowiek jest przerażony i skołowany. Czy to jest lepsze? Chociaż domyślał się, że nie każdy odbiera ten problem w taki sam sposób, co on.
Ale może spróbuję wyjaśnić to jeszcze raz?
-Kwestia intencji i sposobu, w jaki się używa danej rzeczy. Eliksir demencji na przykład. Może pomóc ulżyć w cierpieniu osobie, wykończonej nawracającymi koszmarami, albo sprawić, że będzie posłuszna i wykona każde polecenie. Nożem też możesz kogoś zabić albo użyć do posmarowania chleba masłem. - wzruszył ramionami. Przecież świat nie był czarno-biały.
Gdyby tak było, to za każdy zły uczynek, trzeba było odpłacać tym samym. Znienawidzić złodzieja, zemścić się, skrzywdzić. Tylko do czego to prowadziło dalej? Tylko do mnożenia bólu. Niezrozumienia. Nie, tak nie powinno być. Trzeba się wyrwać z tego okropnego i zgubnego koła. Przekonał się o tym nie tak dawno temu.
-Nie jestem bezbronny. No i… poczucie bezpieczeństwa… to nie jest kwestia nieumyślnego ataku. Tylko umyślnej zdrady, oszustwa dla korzyści. Jak mówiłem… intencje. - ponownie lekko się uśmiechnął. - W moim świecie nic nie jest łatwe i jednoznaczne. Wybacz. Ale… rozumiem, czemu czujesz się niepewnie. I też obiecuję, że nigdy nie zaatakuje z premedytacją, aby wyrządzić ci krzywdę. - chciał ująć to inaczej. Ale miał nadzieje, że Fenrir zrozumie, że jeśli się przemieni, to może się zdarzyć, że Rigel będzie zmuszony go obezwładnić, żeby ratować własną skórę. Liczył się przecież z ryzykiem.
-Tylko, co do tego ma moje miejsce pracy? Przecież nie mamy specjalnego immunitetu. Jeśli uszkodzimy się poza miejscem pracy, zajmując się swoimi sprawami, nikt nie będzie robić problemów. Nie jesteśmy przecież służbami porządkowymi, czy coś…
Spojrzał mu głęboko w oczy. Był śmiertelnie poważny. Kwestie odebrania sobie życia były dla niego bolesne i znajome.
-Rozumiem, że mogłeś się tak czuć. To… naprawdę straszne. Wiesz... Nie ma nic złego w tym, że miałeś dość bólu. Każda cierpiąca osoba chce, żeby jej męki się skończyły... Ale, nie w taki sposób. - pokręcił głową. - To, że wybrałeś życie, nie czyni cię tchórzem. Zapamiętaj to. To zdrowa, dobra decyzja. I też dowód na to, że jesteś silny, ponieważ dałeś radę podnieść się i żyć. A to… to jest naprawdę bohaterskie.
Uśmiechnął się ciepło.
-I… cieszę się, że tego nie zrobiłeś. Bo pewnie byśmy się wtedy nie spotkali. A to tam… wtedy... było… - zebrał się w sobie, żeby to powiedzieć. Teraz, kiedy wszelkie niejasności i poczucie winy odeszło gdzieś na drugi plan. - Jedna z najlepszych rzeczy, jaka mi się przytrafiła od… bardzo długiego czasu. I ta teraz też.
Zabrzmiało to surrealistycznie, szczególnie po tym, jak Rigel poznał prawdę o kradzieży, jednak rozmowa, jaką prowadzili, pozbywanie się kolejnych ciążących myśli, wspomnień i skrawków historii działała jak lekarstwo na ból, w którym tkwił tyle czasu. Nie zamieniłby tego na nic innego.
Na słowa o tym, że nie zasługuje na karę, cicho westchnął.
-Dziękuję, że tak mówisz. - zdał sobie sprawę, że potrzebował to usłyszeć. Było to głupie, ale to proste zapewnienie dało mu poczucie stabilności. Rozgrzeszenia.
Tak był chory i nienormalny. Ale musiał z tym żyć. Chciał z tym żyć?
Nie wiedział. Bał się o tym myśleć.

Dłonie mężczyzny były ciepłe.
Jak to w ogóle możliwe?
W końcu w grobowcu było chłodno, a płaszcz Fenrira nadal spoczywał na ramionach Blacka.
-Nie powinno się mieszać z alkoholem… ale mój kontakt o tym nie uprzedził. - przyznał, lekko marszcząc brwi. Musi mu napisać list, żeby również i o tym informował potencjalnych klientów. - Można tak... Albo jeszcze iść w góry i siedzieć w jakimś miejscu, podziwiać widoki. - kontynuował. - Lepsze to… niż dwudniowy kac.
Na słowa o Kent lekko się spiął.
-Też… Wolałbym się tam nie pokazywać. - przyznał. Im dalej od Rosierów - tym lepiej. Lepiej nie kusić losu.
Szkoda tamtego miejsca, ale w Anglii jest tyle innych… bezpieczniejszych. Na pewno uda się odnaleźć inne, nowe ulubione miejsce do obserwacji gwiazd.
Ciekawe, jakie Fenrir ma powody, żeby omijać Kent…
-Czy… mógłbyś opowiedzieć, co się z tobą działo wtedy? Oprócz czkawki teleportacyjnej? To był jakiś nieudany efekt przemiany? - zapytał ostrożnie, wyraźnie zażenowany tym pytaniem. Tylko tak bardzo chciał rozwikłać tą zagadkę. - Próbuję zrozumieć, z czym się mierzysz. Bo… zależy mi.
Jego głos się lekko załamał na to wyznanie.
Był kompletnie zagubiony, nie wiedząc co robić dalej. Z tym wszystkim, z tą sytuacją, w której się znaleźli.
Poczuł, jak Fenrir mocniej ścisnął jego dłoń.
Nie zostawi? Nie odtrąci?
Czarodziej patrzył na niego pytająco i błagalnie, czekając na jakąś odpowiedź, znak. Cokolwiek.
Była tylko cisza. Długa i męcząca. Ale zanim Rigel zdążył cokolwiek powiedzieć, zareagować, ich usta znowu się spotkały i cały świat przestał się liczyć. Wszystkie ciężkie i straszne myśli rozpłynęły się jak zły sen o poranku, pozostawiając po sobie przyjemną pustkę i poczucie ogromnej, nieopisanej radości.
Prawą ręką, Black objął blondyna w pasie, żeby zbliżyć się do niego jeszcze bliżej. Poczuć, jak bije jego serce.
Miał wrażenie, jakby znowu był pijany - kompletnie otumaniony szczęściem, odpowiadając na pocałunek równie delikatnie, jakby bał się, że coś popsuje. Wewnętrznie cały aż drżał, jak ćpun, który w końcu otrzymał działkę upragnionego narkotyku. To było uzależnienie, którego potrzebował. Jak wcześniej nauki, jak diabelskiego ziela, alkoholu, pracy, niebezpiecznych lotów na miotle. Potrzebował nowego uzależnienia, żeby nie zwariować w tym parszywym świecie, w którym został sprzedany na wojnę i skazany na życie z osobą ze znienawidzonego rodu.
Stworzy sobie swój świat, drugi świat, gdzie w końcu będzie szczęśliwy. Z osobą, która w końcu go rozumie i przyjmuje.


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 17
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Grobowiec Loughcrew [odnośnik]22.06.21 19:54
Zerknął na Rileya z ukosa, przypominając sobie jak ten mówił, że do ruin starego budynku Ministerstwa sprowadziły go sprawy samego Departamentu Tajemnic.  Prawdę mówiąc, brzmiało to ciekawie, ale z tym Tonks nie mógł się zdradzić. Nie wiedział, na ile objęta sekretem była praca bruneta, a co gorsza nie mógł przyznać, skąd o niej wiedział. Jeszcze nie. Może po prostu jest zbyt skromny?
-Kawę robisz jak prawdziwy alchemik. - uśmiechnął się ciepło. To naprawdę najlepsza kawa, jaką w życiu pił - albo wydawało mu się tak po prawie miesięcznym detoksie.

Ułożyć sobie życie normalnie? W ustach młodego alchemika zabrzmiało to trochę naiwnie i bardzo smutno.
-Nie zdążyłem. - spuścił wzrok i wzruszył lekko ramionami, uśmiechając się blado.
-Nie chciałbym nikogo… tym obarczać. - przyznał z zadziwiającą łatwością, przechylając głowę w stronę blizn na barku. Niegdyś łudził się, że może by mógł, ale nieśmiałe marzenie o szczęśliwej normalności umarło bezpowrotnie, gdy przemienił się przy Hannah. Podświadomie postanowił ukarać się samotnością, przynajmniej do czasu, gdy nie opanuje jakoś swojej drugiej natury. Tyle, że do tego czasu może zostać zimnym trupem na wojnie - a Weasley przypomniał mu dobitnie, że nawet normalni żołnierze powinni się skupić na walce, a nie na… jak to nazwał? Egoizmie. Ale nie zamierzał obarczać Rileya swoimi problemami, to przecież on potrzebował teraz pocieszenia. Chyba młody trochę sobie idealizował te damsko-męskie relacje.
-Zresztą, nawet przed ugryzieniem to wcale nie było… - zmarszczył lekko brwi, szukając odpowiednich słów. Jedyna dziewczyna, jaką kochałem bez pamięci, dała mi kosza, a uczuć innych nie byłem w stanie odwzajemnić w ten sam sposób. Może to ja byłem naiwny, chcąc zaangażować się bezkompromisowo, stuprocentowo. Nieważne, tamto poprzednie życie wydawało się teraz odległym snem. -…takie proste. Nie wiem, chyba chciałem poznać tą jedyną, czy coś. - nie wiedział nawet, że to jego słowa muszą brzmieć naiwnie dla kogoś, wokół kogo wszystkie związki zawierano z rozsądku, a nie z porywów romantyzmu. Nie wiedział, z kim rozmawia, słyszał tylko kogoś bardzo samotnego i zagubionego. Wszyscy bywamy zagubieni.
Przesunął się lekko, tak żeby siedzieli obok siebie. Ramię w ramię. Niewypowiedziana prawda o kradzieży ciążyła mu coraz mocniej, ale chyba mogła poczekać jeszcze chwileczkę. Riley zdawał się potrzebować tej rozmowy, on zresztą też. Nie zaciskał już panicznie ręki na przegubie bruneta, ale nie cofał dłoni. Tak, jakby delikatny dotyk mógł być jakimś pocieszeniem.
Utkwił wzrok gdzieś w przeciwległej ścianie, nie chcąc okazać, że wyznania Rileya brzmią przerażająco znajomo.
-Nastolatkowie… tacy bywają, gdy poznają dziewczynę. - wydusił cicho, choć nie chciał przecież bronić tamtego nieznajomego. -Pewnie… nawet nie zauważył, prawda? - co do niego czujesz. Albo, gdy tylko wydawało mu się, że coś zauważa, wolał o tym nie myśleć. Albo spróbował umówić was na podwójną randkę. Poczuł w gardle gorzką gulę.
-Masz… miałeś do niego żal? - wyrwało mu się, zanim zdążył ugryźć się w język. Cholera. Szybko spuścił wzrok.
-Przykro mi. - dodał cicho, bo żadnego z tych problemów nie uważał za błahe. Domyślał się, jak samotny musiał być Riley z tym wszystkim. Jak samotny musiał być inny chłopak, dla którego nie potrafił być dobrym przyjacielem i dla którego chyba nigdy nie potrafiłby być kimś więcej. Poczuł na sobie spojrzenie bruneta i spróbował nie okazać, jak bardzo jego słowa go poruszyły. Uśmiechnął się blado.
-Komu kibicujesz? - uporczywie uchwycił się jakiejś przyjemnej myśli, wspólnego tematu. -Ja Zjednoczonym. A w szkole byłem pałkarzem Gryfonów, nawet marzyłem żeby grać profesjonalnie w jakiejś drużynie… - paplał, nieco za dużo i za szybko. Gdy miał siedemnaście lat, sport wydawał mu się zbyt niepewną ścieżką kariery. Praca aurora dawała pewną stabilność w magicznym świecie, w który tak desperacko pragnął się wpasować żeby nigdy nie wracać do nudnego, mugolskiego życia. Szybko odgonił myśl, że jako pałkarz nie trafiłby pewnie do Norwegii, pod kły wściekłego wilkołaka. Nie trafiłby też tam, gdyby wytrzymał jakoś zazdrość o narzeczonego Forsythii, albo gdyby ułożył sobie życie szybciej i rozsądniej, albo gdyby podtrzymał kontakt z Olavem. Tuż po ugryzieniu rozpamiętywał wszystkie wersje zdarzeń, w nieskończoność, aż musiał odstawić gdybanie na boczny tor żeby nie oszaleć.
-Też się tak czasem czuję. - jakby umysł był jego najgorszym wrogiem. Mogliby zmagać się z tym razem, spróbować tej medytacji na poważnie, ale… nie mogli. Nie złodziej i jego ofiara.

Fenrir uważał, że w tej całej opowieści jest coś sadystyczno-masochistycznego, ale Michael uporczywie kontynuował, kierowany irracjonalną dla wilka potrzebą szczerości. Zestresowany, pokiwał nieobecnie głową, myśląc sobie, że każda próba legilimencji boli tak samo. Nawet, jeśli intencją jest jedynie nauka oklumencji. Powinien zresztą wrócić do treningów, ale teraz miał w głowie jeszcze więcej wstydliwych tajemnic niż kilka miesięcy temu. Riley wydawał się dziwnie spokojny, co jedynie podsycało nerwy Michaela. To nielogiczne. Dlaczego się uśmiechasz i próbujesz mnie zrozumieć? Nie rozumiał…
-Masz prawo być na mnie zły… - przypomniał Rileyowi, ze zdziwieniem kręcąc głową. Chyba podświadomie spodziewał się dalszego ataku, albo obawiał, że chłopak coś w sobie dusi. Ale ten mówił dalej, zaskakująco logicznie.
-W twoim świecie…? - tylko ten zwrot wydał mu się dziwny. Zrozumiał całą resztę, w tym słowa o ataku z premedytacją. A zapewnienie, że młodzieniec nie jest bezbronny, wzbudziło w nim nagłą ulgę. Zbyt wiele osób podchodziło do likantropii beztrosko, naiwnie, tak jakby problem ich nie dotyczył. Tak, jakby nic się w Michaelu nie zmieniło, a przecież wszystko się zmieniło.
-Ja też obiecuję. Nie zawiodę twojego zaufania, jeśli kiedykolwiek mnie… nim obdarzysz. - westchnął, zdając sobie sprawę, że to może być niemożliwe.
-Nie jesteś tam nikim ważnym, w Ministerstwie… - skonkludował powoli, wpatrując się w Rileya jakoś przenikliwie. Przygryzł lekko wargę. -Ja… - jak powinien to ująć? -Gdyby dowiedzieli się o mnie brygadziści, a co dopiero o tym co ci właśnie powiedziałem, miałbym poważne kłopoty. - wiedział, że po wynalezieniu eliksiru tojadowego trochę zmieniło się na korzyść wilkołaków, ale w Anglii nie panowała wtedy otwarta wojna. A on musiał uciekać nie tylko przed brygadą. -Wiem, że pracujesz w Departamencie Tajemnic, powiedziałeś mi w ruinach.- dodał cicho, wyraźnie zażenowany. Przepraszam. -I wiem, że w Ministerstwie tam przeróżni ludzie, że może nawet nie masz kontaktu z brygadzistami. Po prostu ciężko, nie mieć się… na baczności. - wyznał, szukając zrozumienia w oczach młodzieńca. Jeśli to ty mnie zdradzisz, stracę pewnie życie, a nie zaufanie i pieniądze.

A potem pękł.
Chciał uciec wzrokiem, ale nie mógł odwrócić spojrzenia od czarnych oczu Rileya. Ciepłych jak rozżarzony węgiel. Przez chwilę żałował, że opowiedział mu o myślach samobójczych, ale ten niemalże nieznajomy zrozumiał. I tymi kilkoma zdaniami zdjął z jego barków największy ciężar. Zaniemówił, wyraźnie poruszony. Nikomu nigdy się nie przyznał i nikt nigdy nie mówił mu takich rzeczy.
Spodziewał się, że Riley każe mu teraz sobie iść, a niespodziewana akceptacja i ciepłe słowa bruneta znaczyły dla niego więcej, niż chciałby przyznać. Czuł się, jakby ktoś wreszcie rozgrzeszył go za to, że w ogóle żyje.
-D…dziękuję. - wydusił, nie starając się już powstrzymać łez. Razem z nimi wyrzucił z siebie choć część poczucia winy, które nieustannie ze sobą nosił.
-Że rozumiesz. I że… patrzysz na to inaczej niż ja sam o tym myślałem.
Fenrir też oniemiał, czując znajome, przyjemne ciepło na widok uśmiechu Rileya. Nazwał mnie najlepszym. I najwyraźniej polubił… nas obydwoje...
-Teraz… też? - powtórzył Michael łamiącym się głosem, gdy dotarło do niego, że Riley właśnie porównał tą przykrą rozmowę do narkotycznych przyjemności na plaży. I że najwyraźniej żadnego z tych spotkań nie żałuje.
Odruchowo wrócił wspomnieniami do ostatnich trzech miesięcy. Już dawno nie czuł takiej beztroski jak na weselu Macmillana wiosną. Wręcz przeciwnie, wszystko zlewało się w chaotyczną plątaninę wyrzutów sumienia, nieustannego poczucia zagrożenia, samotnej pustki. Na plaży faktycznie o wszystkim zapomniał, po raz pierwszy od dawna.
-Dla mnie też. -to była jedna z najlepszych rzeczy, wyszeptał mimowolnie i ledwo słyszalnie.

-Nie bierz już takich rzeczy sam, dobrze? Nawet gdy byliśmy w dwójkę, coś mogło się nam stać. - zauważył z typową dla siebie ostrożnością. Może i rzucił wtedy Salvio Hexia, ale byli przecież zupełnie bezbronni.
-Dawno nie byłem w górach. - dodał cicho, zastanawiając się, czemu ta perspektywa brzmi tak kusząco. Powinien oszczędzać jedzenie i energię, no i nie marnować czasu. -Ostatnio parę lat temu, w Skandynawii, z przyjacielem. Tylko przyjacielem. - uściślił, bo wszystko stanęło przecież na głowie i nagle trzeba było sprecyzować takie rzeczy. -Było pięknie. - uśmiechnął się mimowolnie, bo wycieczki z Reggiem w norweskie góry i na fiordy były jednymi z najlepszych wspomnień z tamtego kraju.
-Dwudniowy kac? - powtórzył z lekkim rozbawieniem. -Mnie trzymało chyba cały dzień. - ale w porównaniu z tym, że omal nie przemienił się przy własnej siostrze, to był jego najmniejszy problem.

-W…widać było? - że zachowuję się idiotycznie? Był teraz jeszcze bardziej zażenowany niż jego rozmówca. Nie mógł mu powiedzieć o wszystkim, nie o lękach i halucynacjach i dementorach, ale chciał to jakkolwiek wyjaśnić.
-Ja… nie wiem. Znaczy… tak, o… o mało się wtedy nie przemieniłem, ale to opanowałem, ale… Czasem czuję się tak, jakby wilkołak był we mnie albo ze mną, nawet gdy nie ma pełni. - wymamrotał, po raz pierwszy w życiu dzieląc się tym z kimś innym. Zamrugał, ale świat się nie zawalił. Może powinien wziąć się wreszcie w garść i napisać do Alexa, udać się do magipsychiatry? Riley jakoś dodawał mu odwagi.
-Właśnie t…tak czułem się wtedy, po nieudanej próbie przemiany rano, i jeszcze ten alkohol… Nie wiem. P..po narkotykach znowu poczułem się sobą, ale pewnie nie mogłeś już stwierdzić. - uśmiechnął się nerwowo, czując na policzkach gorące rumieńce. Nie przyzna się mu w końcu, że właściwie obudził się dopiero, gdy zaczęli się całować. To żenujące. Zresztą, sam nie wiedział, co się wtedy działo. Aż do rana miał wrażenie, że są z Fenrirem jakby jednością, ale to przecież nonsensowne. To pewnie efekt Złotej Rybki.
Opowieść była koślawa i chaotyczna. Może Rileyowi powinien to wyjaśnić sam zainteresowany.
Nie wystrasz go, ale… Wziął głęboki wdech, bo nie ufał mu, wcale a wcale. Ale chyba był mu to winny. W końcu to on z ich dwójki obrabował młodzieńca, dopiero Fenrir zadał sobie trud, by go lepiej poznać. …ale możesz mu powiedzieć, co się działo.
Fenrir zamrugał, trochę zdumiony, że jego łańcuch na moment zniknął. Spojrzał prosto w oczy Rileya, próbując znaleźć właściwe słowa. Nie będzie mu nic streszczał, tak jak prosił nudziarz, to przecież nudne. Miał coś ważniejszego do powiedzenia.
-On - proszę bardzo, nudziarzu, nawet nie mówię o sobie w pierwszej osobie. -…naprawdę cię… polubił. - podejrzewał, że to nieodpowiedni zwrot, więc dodał jeszcze: -Bardziej niż wszystkie gwiazdy. - i chyba tak samo mocno, jak tarczę księżyca.
-I - te słowa przyszły mu z wyraźnym trudem, bo przecież wolał swoje lepsze ciało… ale miał nie straszyć Rileya, tak? A to nudziarz go nastraszył, gdy zaczął przyznawać się do przypadkowych przemian. Musiał to naprawić. -i nie sądzę, żeby…m kiedykolwiek się przy Tobie p… przemienił. To się bierze z innego rodzaju emocji… - nie umiał ich dobrze nazwać, ale przy Rileyu czuł coś zgoła przeciwnego -…a mi też zależy. - wypalił, zanim ktokolwiek zdążyłby go powstrzymać.
Zażenowany Michael szybko zepchnął krnąbrnego lokatora w cichy kąt własnego umysłu, ale był zbyt zaskoczony, by wykrzesać z siebie dalsze pretensje. Speszony, zaczął więc przepraszać Rileya, mówić, że nie powinni, ale i to się na nic nie zdało, bo ich usta zetknęły się zanim zdążył się powstrzymać.

Doskonale wiedział, że powinien cofnąć głowę, że tylko wszystko bardziej skomplikował. Powinien wrócić do zimnej i samotnej normalności. Na wojnę. Poświęcił już jej tak wiele, bez najmniejszego wahania. Ruszył na wyprawę do Azkabanu nie sądząc, że wyjdzie z niej żywy, gotów zamienić własne istnienie na wolność siostry. Niespodziewana - kolejna już - szansa na życie, wcale nie niosła za sobą ulgi. Tylko poczucie, że w jego przyszłości nie ma już nic, nic poza rzucaniem siebie na szalę, poza męczącym ryzykiem. Każdego dnia w pracy, podczas każdej potyczki, podczas każdej pełni.
Tyle, że teraz czuł się trochę jakby był… sobą. Zapomniał na moment, czy jest Fenrirem czy Michaelem, tak jak wtedy na plaży. Dziwne, że w tej chwili wariackiego zapomnienia czuł się mniej szalony niż na co dzień. Jakby walka w głowie ucichła.
Serce biło mu szybko jeszcze odkąd pojawił się w grobowcu. Najpierw się w końcu przestraszył, a potem stresował. Teraz waliło jeszcze szybciej, ale w inny, przyjemny sposób. Zrobiło się gorąco.
Jesteś egoistą - przypomniał sobie słowa Reggiego, ale odegnał je z niepokojącą łatwością. Trafił na kogoś równie, jeśli nie bardziej, szalonego. Kogoś, kto nie znał go wcześniej i nie mógł porównywać go do człowieka, który już nie istniał. Kogoś, kto poznał go od najgorszej strony, a i tak przyjął go ufnie. Całego i poharatanego i szczerego.
Może… może mógłby… tak po prostu…
Za dużo myślimy.
Zachłannie pogłębił pocałunek i wplótł dłoń we włosy Rileya.
Trącił biodrem stos książek. Te zachwiały się niebezpieczne, więc lekko skierował się z młodzieńcem w drugą stronę. Oparli się o jeden z filarów, które ponoć miały przenosić zbłąkanych wędrowców do innego świata. Kolumna i Salvio Hexia zasłoniły ich chwilę bezwstydności, odgradzały ich od wejścia do grobowca. Michael nie znał legendy o grobowcu, ale może było w niej ziarno prawdy. Przez chwilę byli razem w innym świecie, w którym nie musieli przejmować się nikim ani niczym. Tylko we dwoje.
Przestał dopiero, gdy brakło mu tchu. Zapach młodzieńca nadal otumaniał, ale już nie wydawał się obcy.
Przyciągnął bruneta do siebie i objął mocno, z trudem łapiąc oddech. Nie udawał już, że to braterski uścisk, w geście było coś zaborczego. Mój.

Trwali tak chwilę, dopóki w bliskość nie zakradły się zimne macki rzeczywistości. Co teraz?
Był aurorem, potrafił tropić przestępców. Potrafiłby chyba ukryć własną tajemnicę.
-Jeśli… chcesz… - podtrzymać kontakt -Powinniśmy palić listy. - wyszeptał, odsuwając się lekko, aby móc patrzeć w oczy chłopaka. -A najlepiej szyfrować. Znasz jakieś metody? - zapytał ostrożnie. Wolał, by pomysł nie wyszedł od niego. Używał osobnych szyfrów dla co najmniej trzech osób, które nie powinny nic o sobie wiedzieć. Nie chciał niechcący wpleść elementu jednego kodu do innego. Tak, listy mogłyby się udać. A spotkania… nie wiedział, bał się o tym myśleć. Musieliby sobie całkowicie zaufać, wbrew zdrowemu rozsądkowi - ale ten chyba stracili bezpowrotnie, przed chwilą.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Grobowiec Loughcrew 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Grobowiec Loughcrew
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach