Wydarzenia


Ekipa forum
St. James's Park
AutorWiadomość
St. James's Park [odnośnik]10.03.12 22:16
First topic message reminder :

St. James's Park

Jest on najstarszym wchodzącym w skład królewskich parków w Londynie. Położony na wschód od Pałacu Buckingham, otoczony jest niezliczonymi drzewami i urzekającym morzem zieleni, które każdego dnia kusi dziesiątki londyńczyków do zatrzymania się w tym miejscu choćby na chwilę. Granice St. James's Park wyznaczają ulice The Mall na północy, Hourse Guards na wschodzie i Birdcage Walk na południu. W parku znajduje się małe jezioro o nazwie St. James's Park Lake, z dwiema wyspami, Duck Island oraz West Island. Most biegnący nad jeziorem pozwala zobaczyć wschodnią stronę Pałacu Buckingham otoczoną drzewami i fontannami oraz podobnie okoloną zachodnią fasadę siedziby Foreign Office. W parku nie sposób nie zwrócić uwagi na bezlik gatunków ptactwa wodnego, pięknego, barwnego, oczarowującego swym urokiem do utraty tchu. Wśród czarodziejów największym powodzeniem cieszy się nienanoszalna, obłożona anty-mugolskimi zaklęciami, dodatkowo skryta za rzędem gęstych krzewów niewielka alejka ze śnieżnobiałymi ławeczkami, uroczymi lampami i rabatami magicznych róż wydzielających słodkie, balsamiczne wonie.
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: St. James's Park [odnośnik]27.08.15 16:54
|start

Zdawać by się mogło, że lipcowe słońce za pomocą jedynie paru cieplejszych dni było w stanie naładować, zmusić do pracy, a potem jeszcze nieustannie napędzać tak ogromną i jednocześnie skomplikowaną maszynę, jaką stanowiło londyńskie społeczeństwo. Zmęczone wiecznie wilgotnym powietrzem, przy nieco cieplejszym mogło nieco odżyć, widowiskowo wręcz wypełnić wolne przestrzenie jasnymi obłoczkami pary, które zaraz potem ulatywały nad kominy oraz dachy, jakby próbując przypomnieć  o, szczęśliwie, dawno wypartym, industrialnym obrazie miasta. Mimo to modernistyczny Londyn, choć wyglądał już nieco inaczej, dalej upośledzony był w tak banalny sposób, jak każde inne miasto - stanowił jeden wielki organizm, który funkcjonował tylko i wyłącznie, dzięki współpracy poszczególnych komórek, składających się na coraz większe twory. Było to wyjątkowo widoczne w takie dni jak ten, gdy wszyscy ludzie radośnie wysypywali się na ulice, zapewne próbując pochwycić parę cieplejszych wspomnień, którymi mogliby ogrzewać się w ponure, deszczowe wieczory, kiedy, nabrawszy odrobinę chęci, rozsiewali ją wokół siebie, jak świerzb, przekazując na kolejne osoby, aż w końcu wszyscy nabierali tego samego, niesamowitego poczucia, że tylko pracą są w stanie odwdzięczyć się za kolejny, błogi dzień. I choć mogło to brzmieć podniośle, tak naprawdę było tylko kolejnym popołudniem, które, dzięki nieco wyższej temperaturze, było odpowiednio wykorzystywane.
Anthony jednak nie miał w zwyczaju tak bardzo poświęcać się swoim obserwacjom, a już w szczególności, gdy sam miał coś do zrobienia. Mimo to spacerowy krok, którym poruszał się przemierzając kolejne przecznice, zdecydowanie nie wskazywał na niedostatki w czasie wolnym. Wręcz przeciwnie – wybranie parku jako kolejnego przystanku na swojej drodze mogło sugerować o jego nadmiarze. W pewnym sensie tak też było, bo choć zegar wyraźnie wskazywał godziny pobytu w ministerstwie, do kolejnego spotkania miał jeszcze dobrych parę godzin, których szkoda było mu spędzać przy swoim biurku, nawet pomimo jego słynnego, ogromnego poczucia obowiązku. Za to miłą alternatywą wydawało się  odwiedzenia kawiarni i nieprędkie przeczytanie wybranej gazety. Komu jak nie jemu od czasu do czasu należała się taka właśnie dłuższa przerwa.
Mając jasno wytyczony cel, nie zawracał sobie głowy szczególnemu przyglądaniu się mijanych osób. Zanurzony we własnych myślach – zarówno tych, które dotyczyły chwili wytchnienia, jak i zbliżających się obowiązków – rejestrował jedynie większe zmiany otoczenia. Zresztą, przyroda sama w sobie jakoś nigdy nie porywała go swoim rzekomym pięknem, zawsze była gdzieś z boku, potrzebna, choć niekoniecznie pożądana. Zapewne dlatego też, tak obojętnie przyjmował morze zieleni parku, otaczające go z każdej możliwej strony, obecność błyszczącego od słońca jeziora oraz wyjątkowych gatunków zwierząt. Zdecydowanie bardziej interesował go widoczny z daleka Pałac Buckingham, choć i jego widok po pewnym czasie stawał się normalnością.
Jednak widok młodej damy, na którą natknął się podczas swojego spaceru, był dla niego niespodzianką. Dość szybko dopasował uroczą twarzyczkę do odpowiedniego nazwiska, rozpoznając w niej członka rodu szlacheckiego. – Witam, panno Parkinson – odpowiedział, również pamiętając o zasadach dobrego wychowania. Choć w jego przypadku nie była to już pamięć, a nawyk, który w każdej sytuacji nakazywał mu zachowywać poziom, nawet gdyby zdarzyło się, że druga strona nie robi tego.
Oczywiście nie miał nic do zarzucenia Venus, choć pytanie o zmarłą małżonkę było chyba odrobinę nie na miejscu. Przełknął je jakoś, tak jak i pierwsze słowa, które przyszły mu do głowy. Nie zamierzał przecież robić o to wyrzutów swojej rozmówczyni. – Wszystko w należytym porządku, dziękuję – odparł, skutecznie ukrywając swoje zdziwienie. – Choć w wypadku mojej małżonki, chyba nie wypada mi się wypowiadać – dodał, uśmiechając się odrobinę smutno, tym samym próbując przekazać, żeby nie podążała dalej tym torem. – A co u panienki? Czy nadal w tak cudownym stylu podbija serca gości swoją muzyką na przyjęciach? – zapytał, jak zwykle nie szczędząc na słowach. Bardzo możliwe, że jako Crouch nie do końca znał się na utrzymywaniu skromności w jakiejkolwiek dziedzinie życia.
Gość
Anonymous
Gość
Re: St. James's Park [odnośnik]28.08.15 8:09
Doceniałam przyrodę i naturę, choć sama nie mam pojęcia dlaczego. Wszak to tylko część nieożywiona, dlatego być może nie powinna zasługiwać na szczególne miejsce w naszej egzystencji. A jednak, malarze, pisarze, poeci, wciąż niestrudzenie próbują znaleźć odpowiednie środki, aby przekazać urokliwość pejzaży, które mijamy co dnia. Czy to spiesząc się do pracy, czy leniwie spacerując po łąkach. Jestem jednak kobietą, takie widoki powinny mnie zachwycać. Powinnam uśmiechać się szczerze na rozlanie po niebie wieczorne słońce, które powoli znika za horyzontem; powinnam wzdychać do śpiewu ptaków o poranku, kiedy trawy jeszcze nie pozbyły się smutku rosy ze swych źdźbeł. Robię to więc, bo przecież życie polega na grze pozorów, już dawno to zrozumiałam. Te wszystkie szlacheckie gierki, patriarchat... to wszystko jest męczące, ale skoro jestem zawodnikiem, to muszę grać. Nie, żebym nie miała własnego zdania, ale przecież nie wypada mi go mieć. Jestem więc po prostu tępą trzpiotką, bo która normalna kobieta dałaby sobą pomiatać, a zamiast spełniać swe marzenia, to usługiwała mężczyznom? Nie, nie bierzcie mnie proszę za feministkę, poniekąd sama siebie ograniczam, ale prawda jest taka, że bez pieniędzy bym zginęła. Nie potrafię nic innego, oprócz bycia piękną. I oprócz warzenia eliksirów, ale czy z tego da się w ogóle godnie żyć? Wolę tego nie sprawdzać, choć stąpam po cienkim lodzie życia, skoro ukrywam narzeczonego ze skazą i kilku kochanków. Ostatecznie zostanę sama jak palec, bo nikt mnie nie zechce, ale z drugiej strony, czy ja naprawdę o to dbam? Najważniejsza jest młodość i uroda, reszta to tylko kropla w morzu potrzeb, której zdaję się nie zauważać.
Zauważam jedynie pana Croucha, który wydaje się być nieobecny duchem, ale przecież nie powiem tego na głos. Nie wypada, zresztą, czy ktokolwiek podejrzewałby mnie o zmysł obserwacji? Nie, mam być głupiutka do końca, dlatego wdzięczę się tu nieporadnie, biorę głęboki wdech i po prostu podchodzę, zaczynając rozmowę. Nie jestem pewna, czy powinnam, ale czasem już naprawdę mi wszystko jedno. Być może chciałam z kimś porozmawiać, choć przyznaję, że chyba wolałabym kogoś, kto nie jest zamieszany w te wszystkie szlacheckie woale, aby móc wreszcie poczuć się nieskrępowaną niczym. Kiedyś, jak byłam dzieckiem, brutalna szczerość, a może nawet nuta złośliwości były mi wybaczane, ba, były nawet na porządku dziennym. Odkąd jednak dorosłam, świat okropnie się pokomplikował i teraz jest więcej zakazów niż przyzwoleń, co utrudnia mi kontakty towarzyskie. To smutne, że tak naprawdę więcej w tym naszym ciasnym gronie osób, które najchętniej rzuciłyby w siebie avadą, a na zewnątrz udają miłych i zainteresowanych. Oczywiście nie podejrzewam o to pana Croucha, ale muszę przyznać, że gdzieś w podświadomości świdruje myśl o tym, że to wszystko jest sztucznym tworem i niczym więcej.
Zauważyłam zmieszanie mężczyzny, nie trzeba było być do tego alfą i omegą. Problem polegał na tym, że ja o niczym nie wiedziałam, co było skandalem samym w sobie. Dlatego stałam tak przed nim trochę zbita z tropu, ale na załagodzenie sytuacji uśmiechnęłam się czarująco. Kolejne zdania wypowiadane przez Anthony'ego pogłębiły moje poczucie zdezorientowania, bowiem od kiedy to mężczyźnie nie wypada mówić w imieniu żony? Dzieje się tak non stop od zarania dziejów, dlatego ze zdziwienia aż otworzyłam usta, by po chwili je zamknąć. Tak, w Hogwarcie już dawno powiedziałabym, co o tym wszystkim myślę, ale teraz widzę przed oczami moją dawną guwernantkę i to, jak daje mi linijką po łapach za podobne odzywki.
- Och, nie miałam nic złego na myśli, po prostu jej zamówienie wciąż u mnie leży - powiedziałam jedynie, choć nie przypuszczałam, że to kolejny gwóźdź do trumny (EHEHHEH) i że najlepiej byłoby, abym zamilkła na wieki, bo sprawa jest trudniejsza, niż mogłabym sądzić. Niestety, może to kwestia silnej ciekawości, a może najzwyczajniej w świecie mojego temperamentu, ale nie, nie mogłam się najzwyczajniej w świecie przymknąć.
To było złe, zważywszy na to, że pan Crouch był taki miły i obrzucił mnie komplementem. Uśmiechnęłam się tym razem nieco pewniej, bo wiadomo, że wystarczy miłe słowo, a ja już lgnę niczym ćma do światła. Cóż, to jedna z nielicznych mych wad!
- Dziękuję za miłe słowa! Staram się nie wychodzić z formy - rzekłam wpierw, choć było to kłamstwem, bowiem ostatnio skupiam się najbardziej na urodzie, a na instrumenty nie ma już tyle czasu, lecz czy zawsze muszę mówić wszystko jak na spowiedzi? - Właśnie wyrwałam się z jednego z przyjęć, bardzo ładne, ale to nie to co u państwa Nott chociażby, nie odnalazłabym się na tej scenie - dodałam jeszcze, najprawdopodobniej znów mówiąc coś niestosownego, ale taki chyba już mój los.


Make the stars look like they’re not shining she's so beautiful
Venus Parkinson
Venus Parkinson
Zawód : Ikona mody
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Oh her eyes, her eyes make the stars look like they’re not shining. Her hair, her hair falls perfectly without her trying. She’s so beautiful.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 JygL3iH
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t739-venus-parkinson http://morsmordre.forumpolish.com/t768-antoniusz-parkinson-trzeci#2925 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/f152-cotswolds-snowhill http://morsmordre.forumpolish.com/t1259-venus-parkinson#9504
Re: St. James's Park [odnośnik]31.08.15 19:45
Jako wdowiec zapewne już dawno powinien oswoić się z czynnością tak prozaiczną jak wspominanie zmarłej małżonki. Minęły prawie dwa długie lata, podczas których zakończył oficjalną żałobę, a razem z nią pewien etap w swoim niedługim, szlacheckim życiu, kiedy wszystko, co związane było z Marlene powinno przyprawiać go przynajmniej o ból głowy. Rzekoma pustka w sercu (którą mimo wszystko dalej odczuwał, choć zdecydowanie rzadziej) pozostawiona po kobiecie, z którą miał przeżyć wiele cudownych lat, została chwilowo wypełniona, a rzeczy, zdjęcia, wszystko, co tylko wiązało się z jej cudowną osobą zniknęło bezpowrotnie, zasypane ciężkimi grudami ziemi razem z właścicielką spoczywającą na cmentarzu. Koniec, bezpowrotne zamknięcie kolejnego rozdziału – tak właśnie starał się postrzegać odejście ukochanej. Jednak za każdym razem, gdy inne osoby, a w szczególności te, które ją znały, wspominały przy nim Marlene, opowiadały historie z nią związane czy nawet pytały, co stało się z ich dawnym mieszkaniem, Anthony mimowolnie odczuwał swego rodzaju niepokój.
Zupełnie tak jak teraz, choć najlepiej jak umiał starał się trzymać emocje na wodzy. Jego spojrzenie, które dotychczas spokojnie mogłoby uchodzić za ciepłe, w pewnym sensie przyjazne, niespodziewanie gdzieś zniknęło. Chłodne, jasnoniebieskie tęczówki teraz już o wiele uważniej, lecz nadal nie natarczywie, lustrowały pannę Parkinson. Nie mając pojęcia, dlaczego w ogóle poruszała ten temat, musiał być ostrożny. Był świadom tego, że nie może tak nagle wydać się swojej rozmówczyni zbyt oschły. Oczywiście, miał prawo być przewrażliwiony na punkcie zmarłej ukochanej, w końcu dwa lata mogły okazać się niewystarczające na poradzenie sobie z uczuciem osamotnienia, ale jedynie do pewnego stopnia. Gra pozorów jak wszechobecne powietrze nie odstępowała na krok większości arystokratów. Niektórzy jednak zatonęli w niej tak bardzo, że z czasem zatracili własną osobowość na rzecz bezsensownych łgarstw.
Na szczęście (albo i nie?) Venus chyba nie zdawała sobie nawet sprawy, jak po grząskim gruncie się poruszała. Uśmiechnęła się czarująco, najwyraźniej wyczuwając, że powiedziała coś nie tak, co dało mu nadzieję, że jednak nie będzie kontynuować tematu Marlene. Choć, zgadując po jej reakcji, on również palnął głupstwo. Czyżby w kwestii wypowiadania się w imieniu kobiety, podczas gdy po raz pierwszy pozwolił sobie na szczerość? Czy raczej zmarłej kobiety, której stan dość ciężko było jednoznacznie ocenić. Gdyby żyła, zapewne przyznałby, że miewa się świetnie, szkoda tylko, że rzekomy wieczny spoczynek stanowił zagadkę dla największych magów i nie pozwalał ocenić, czy osobie zmarłej było dobrze z tym gdzie się znajdowała czy raczej, gdzie się nie znajdowała.
Panna Parkinson jednak nie zwróciła mu uwagi na głos, lecz wolała kontynuować uprzednio wybrany temat. Gdy wspomniała o jakimś zamówieniu, które rzekomo trzyma dla Marlene, uniósł wyżej jedną brew, nie będąc pewnym, czy młoda dama ma pojęcia, że adresatka nigdy nie odbierze swojego zamówienia. Chyba nie do końca. – Panno Parkinson – zaczął nieco bardziej stanowczo, przez chwilę przytrzymując przy tym jej spojrzenie. – Rozumiem, że nie miała pani nic złego na myśli, ale nie sądzę, że moja małżonka będzie mogła je odebrać – powiedział wyraźnie, obserwując ją przy tym. Czy faktycznie nie wiedziała o śmierci Marlene czy może tylko sobie pogrywała? – Ani teraz ani nigdy. Zmarła dwa lata temu – wyjaśnił w końcu, odwracając głowę na bok i zaplatając dłonie za plecami. Miła atmosfera spotkania na chwilę uleciała gdzieś do góry, aby pozostawić dziwne, nieprzyjemne napięcie. Anthony przez krótką chwilę znów się nie odzywał, ważąc kolejne słowa. – No cóż, gdybym wiedział o zamówieniu, powiadomiłbym panienkę wcześniej, żeby się nie trudziła – dodał, już normalnym tonem pod tytułem „błędy się zdarzają”, choć nie do końca tak uważał. Nie zamierzał jednak zwracać jej uwagi, nie był jej nauczycielem, pewne zasady powinna wynieść z domu, prawda? – Właściwie, co takiego zamawiała małżonka?
Skinął głową, słysząc, że stara się nie wychodzić z formy. Co jak co, ale śpiew czy granie na instrumentach akurat wychodziło jej bardzo dobrze! Pomyślał nawet, że kiedyś znów chętnie wybrałby się na przyjęcie z odpowiednią muzyczną oprawą.
- Mimo wszystko goście na pewno będą zawiedzeni, że tak szybko postanowiła panienka ich opuścić – powiedział, doskonale zdając sobie sprawę, że raczej nie wypadało przedwcześnie i z błahych powodów opuszczać przyjęć, a już szczególnie, jeśli miałoby się na nich występować. Jednak członkom rodów arystokratycznych podobno wiele się wybacza. O ile nie chodzi o członków innych rodów arystokratycznych, oczywiście.
Gość
Anonymous
Gość
Re: St. James's Park [odnośnik]01.09.15 14:47
Śmierć była straszna w każdym aspekcie. Generalnie nie widziałam w niej absolutnie nic pozytywnego. Przerażała mnie myśl o tym, że najpierw będę stara i brzydka, a potem po prostu umrę, zostawiając swoje pomarszczone, trupie ciało na tym padole. Oczywiście zakładając, że dożyję tych dni. Zawsze niezmiernie się dziwiłam ludziom, którym zmarła bliska osoba, a oni próbowali żyć dalej, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Z różnym skutkiem oczywiście, jednym powrót do równowagi zajmował więcej, innym mniej czasu. Jednak nie potrafię zrozumieć tego, jak gładko ludzie przechodzą nad zjawiskiem umierania. I mówię to ja, osoba, która najprawdopodobniej kochała jedynie swej świętej pamięci babkę, a teraz nie kocha absolutnie nikogo i najpewniej nikogo już nie pokocha. Jedynie siebie i swoje odbicie w lustrze, o ile nie będzie się ono psuć pod naporem upływających lat, do czego niezmiennie dążę. I choć z pewnością brakowałoby mi emocjonalności chwili, to byłabym zdruzgotana kolejnymi żniwami śmierci. To tylko dowodzi temu, jak bardzo słabi jesteśmy, jak kruchymi istotami i marnym puchem się okazaliśmy. My, wielcy czarodzieje, nie wiemy jak żyć wiecznie? Puszymy się z powodu czystości krwi, pochodzenia, bogactwa, a tak naprawdę nie mamy po co, bo to żadne osiągnięcie tak naprawdę. Być może wynika to z mojej ignorancji, być może jestem młoda i głupia, ale nigdy nie zamierzam myśleć inaczej. Co innego wypowiadać się o tym na głos, nikogo i tak nie interesują moje poglądy, pogodziłam się z tym. Aczkolwiek nie ukrywam, że brakuje mi tych beztroskich, hogwarckich dni, kiedy mogłam paplać co mi ślina na język przyniosła nie przejmując się tą całą szlachecką otoczką dorosłego świata. Generalnie szkołę ukończyłam stosunkowo niedawno, może dlatego nie potrafiłam do końca panować nad tym, co i przy kim plotę? Pewnie przejęłabym się niesamowicie, gdybym była bardziej wrażliwa na cudzą krzywdę czy opinię. Pozbawiona jednak jestem pozytywnych uczuć, nie mogłam zachować się naczej.
Obserwuję bacznie mężczyznę, lecz zamiast spłonąć rumieńcem wstydu, otwieram szerzej oczy ze zdziwienia i rozchylam delikatnie usta. Najpierw na diametralną zmianę mimiki twarzy i charakteru spojrzenia, potem trochę uginam się pod naporem słów. Pani Crouch nie żyje? Wydawała się być całkiem sympatyczną osobą. Zresztą, nawet, jeśli by nie była, to jak wspomniałam wcześniej, żaden czarodziej czy czarownica nie powinni umierać. To straszne. I najdziwniejsze, że kompletnie o niczym nie wiedziałam. Cóż, powinnam przywyknąć, wszak arystokraci są mistrzami w okrywaniu swoich sekretów.
- Och, przepraszam, nie wiedziałam - wydusiłam z siebie mrugając gwałtownie. To było coraz bardziej przerażające, bo skoro tak młode osoby umierały, to co stanie się ze mną? Czy mój koniec jest bliski? Ach, okropna ze mnie egoistka. - W takim razie proszę przyjąć moje szczere kondolencje - dodałam pospiesznie, ale naprawdę ta informacja wywołała u mnie nieokreślone poczucie smutku i współczucia. To najgorszczy scenariusz jaki może istnieć. - To był zwykły krem do twarzy, nie ma o czym mowić - wyjaśniłam, po czym machnęłam niedbale ręką. No, w tej sytuacji kosmetyki były na samym dole drabiny hierarchii ważności, tak sądziłam przynajmniej.
- Być może, jednak zawsze kiedyś ten moment musi nastąpić. Zapewne będą mieć jeszcze okazję do cieszenia się moim towarzystwem, szczególnie, że niedługo zamierzam wrócić. To tylko spacer. Choć nie ukrywam, wolałabym wrócić do domu - zwierzyłam się w przypływie jakiejś nagłej szczerości i rozwiązania języka. Chyba wolałam gadać o sobie, niż pytać się o cokolwiek pana Croucha, bo miałam wrażenie, że to bardzo grząski temat!


Make the stars look like they’re not shining she's so beautiful


Ostatnio zmieniony przez Venus Parkinson dnia 05.09.15 17:24, w całości zmieniany 1 raz
Venus Parkinson
Venus Parkinson
Zawód : Ikona mody
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Oh her eyes, her eyes make the stars look like they’re not shining. Her hair, her hair falls perfectly without her trying. She’s so beautiful.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 JygL3iH
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t739-venus-parkinson http://morsmordre.forumpolish.com/t768-antoniusz-parkinson-trzeci#2925 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/f152-cotswolds-snowhill http://morsmordre.forumpolish.com/t1259-venus-parkinson#9504
Re: St. James's Park [odnośnik]05.09.15 0:41
przepraszam ;__;

Reakcje na wieść o czyjejś śmierci były różne i w dużej mierze zależały od charakteru osoby oraz więzi łączącej ją ze zmarłym: jedni z przerażaniem wypisanym na twarzy, z szeroko otwartymi oczami przyjmowali okropny fakt, jakoby już nigdy mieli nie spotkać znanej im osoby, inni dziwili się, że o niczym nie wiedzieli, że czyjeś życie mogło zakończyć się tak szybko. Jeszcze inni milczeli, z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyglądając się swojemu rozmówcy. Czy było im przykro? A może wręcz przeciwnie – w duchu cieszyli się z takiego obrotu spraw, choć przyznać się na głos nie wypadało? Anthony spotkał się już z każdą z nich i choć minęły prawie dwa lata, najwyraźniej nie był to jeszcze koniec przyjmowania wszelkiego rodzaju kondolencji. Sam nie raz zastanawiał się, jak on postąpiłby, mogąc znaleźć się wśród grupy uświadamianych. Czy dalej zgrywałby wielkodusznego arystokratę opłakującego nieboszczyka tylko przy gościach? Czy może w tym wypadku pozwoliłby sobie na odrobinę szczerości w swoich uczuciach? Wszakże nakazywało się zachowywać szacunek przy wspominaniu umarłych, ale po co właściwie? Zapewne w tym samym celu, w jakim dzieciom zakazywano odzywania się, gdy nie były pytane czy wchodzenia w słowo innej osobie – ponieważ tak nie wypada.
Sam doskonale pamiętał moment, gdy musiał powiadomić teściów o zaistniałej sytuacji. Niepewność pomieszana ze swoistym strachem oraz cichymi wrzutami sumienia, które wtedy jeszcze dawały o sobie znać jedynie cichutkim głosem dobiegającym gdzieś z głębi umysłu. Wyrzuty sumienia spowodowane tym, że śmierć ukochanej niejako była mu na rękę. Nie liczył się fakt, że nie przyczynił się do niej, a przynajmniej nie w sposób bezpośredni. Liczyła się tylko myśl, że pod całą tą warstwą niewysłowionego żalu, milczenia oraz dystansu, jaki tworzył się między nim i resztą ludzi, w pewnym sensie wręcz cieszył się z takiego obrotu sprawy.
Jednak nie był okrutny. Można było mu zarzucić wiele, lecz na pewno nie okrucieństwo.
- W porządku, rozumiem. Miała panienka prawo nie wiedzieć, nikt przecież nie obnosi się z takimi sprawami – dodał wielkodusznie, na powrót stając się niemalże empatycznym człowiekiem, który nie winił młodej damy za tak poważny błąd. Faktycznie nie zamierzał jej winić, lecz tylko dlatego, że naprawdę nie zdawała sobie sprawy ze śmierci Marlene, więc pytanie o jej samopoczucie było czystym przypadkiem. Uspokoił się więc nieco, na powrót rozluźniając lekko spięte mięśnie karku. – Dziękuję bardzo – odpowiedział, spoglądając na swoją rozmówczynię o wiele przychylniej. Znów powracali na dawno wytartą ścieżkę konwenansów oraz pięknych słów, po której Anthony poruszał się zdecydowanie najlepiej. – Na pewno? Jeśli zadała sobie panienka trud przygotowania go, to dlaczego miałby on pójść na marne? – pytał, próbując dać Venus do zrozumienia, że w razie czego jest w stanie go kupić. W końcu, jako kochającemu mężowi, przysługiwało mu chyba zachowanie jakiś pamiątek po zmarłej żonie, nawet jeśli miałby to być jedynie zapach kremu, tak czy nie? Sentymentalność w podobnych kwestiach nie była jego najmocniejszą stroną, podchodził więc do tego w sposób bardziej praktyczny – postrzegając krem w kategoriach eliksiru, którego przygotowanie z pewnością kosztowało wiele pracy.
Słysząc kolejne słowa, skinął głową niemalże ze zrozumieniem. – Zdecydowanie. Dobrze jest w trakcie przyjęcia odetchnąć nieco świeżym powietrzem, szczególnie gdy wokół jest wielu gości – powiedział, żeby zaraz dodać. – Zresztą aż szkoda nie wykorzystać tej cudownej pogody i nie udać się na spacer. – Kwestii powrotu do domu nie skomentował, a przynajmniej nie na razie. Sam czasem bywał na przyjęciach, z których ucieczka wydawała się jedynym sensownym wyjściem (na szczęście niewielu!), ale nie zamierzał wspominać o tym na głos. - Czy w takim razie uczyni mi panienka ten zaszczyt i przejdzie się ze mną jeszcze kawałek? – zapytał, oferując jej swoje ramię.
Gość
Anonymous
Gość
Re: St. James's Park [odnośnik]08.09.15 14:51
Jestem nieczuła i doprawdy mało co mnie wzrusza. Śmierć jest jedną z tych rzeczy, których boję się najmocniej, dlatego też napawa mnie ona niepewnością w każdym momencie życia. Obojętnie, po której stronie stanie widmo żniwarza, aczkolwiek podejrzewam, że gdyby całość dotknęła jednego z moich wrogów, ominęłabym całość wymownym milczeniem. Ani pan Crouch, ani jego małżonka nigdy nie byli moimi wrogami, darzyłam ich uprzejmą sympatią na tyle, na ile pozwalała mi nikła znajomość obojga. Dlatego całość prawdy była nieporównywalnie szokująca, kiedy wreszcie do mnie dotarła. Dobrze natomiast, że złagodniałam trochę od czasów ukończenia szkoły i nie jestem już tak arogancka i złośliwa jak wtedy. Głównie dlatego, iż cała sytuacja między mną a mym towarzyszem rozmowy mogłaby przybrać dramatyczny obrót pełen nieprzemyślanych słów i wzburzenia. Nie chodzi oczywiście o to, że wtedy nie współczułabym panu Anthony'emu jego straty, nigdy w życiu. Po prostu mówiłabym co mi ślina na język przyniosła i drążyła temat. Tymczasem zaś miarkowałam swoje pytania czy słowa, nawet, jeśli i tak naraziłam się na olbrzymię faux pas. Nie wypowiadałam wszystkiego, co siedziało mi w głowie. A mogłabym bajdurzyć o wskrzeszaniu zmarłych, szukaniu kamienia filozoficznego. Mogłabym również wygłaszać morały o należytym dbaniu o siebie i zminimalizowania prawdopodobieństwa zgonu. Rozrywałabym więc ranę mężczyzny na nowo, dodatkowo narażając się na jego gniew, a w rezultacie i kolejną wtopę. Szczególnie, że nie mam najmniejszego pojęcia jak zmarła małżonka. Dawna ja z pewnością spytałaby się o przyczynę, obecna ja próbuje zatuszować gafę przepraszającym uśmiechem. Może, gdybyśmy znali się zdecydowanie bardziej, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Nie ma jednak co gdybać, jest, tak jest. Możemy się jedynie lepiej poznać. Obym tylko nie wpadła na głupi pomysł próby pocieszania po tak ogromnej stracie. Mimo, że mogę podejrzewać, iż nie byłabym jedyna.
Nie komentuję nic więcej, choć oczywiście jest w tym sporo prawdy. Nikt mnie specjalnie nie informował, ciężko by o to było zresztą. Tak samo jak nie widać takiej informacji na czole.
- Hm. Ma pan siostrę, prawda? Dobrze pamiętam? Może ona chciałaby krem? - podchwyciłam zatem zgoła inny temat. - Bo to taki uniwersalny krem do twarzy. Pan również mógłby go używać, nie zaszkodziłby, ale nie jestem pewna, czy chciałby pan pachnieć jaśminem - dodałam, wykrzywiając kąciki ust w delikatnym uśmiechu, sugerującym, że to miał być żart na rozluźnienie atmosfery. Choć nie da się ukryć, że dość subtelny, wręcz znikomy.
- To prawda, szczególnie, że często atmosfera jest tak gęsta, że ciężko wytrzymać dłużej - kontynuowałam wywód odnośnie wychodzenia w trakcie przyjęcia. - Dodatkowo właśnie całe przedsięwzięcie organizowane jest w pomieszczeniu, zupełnie niepotrzebnie, lepiej chwytać słońce, póki jeszcze jest. Jak wiemy na Wyspach nie zdarza się to często - dodaję, znów się uśmiechając.
- Z przyjemnością - mówię, o dziwo szczerze, by potem delikatnie zapleść nasze ramiona ze sobą. A potem udaliśmy się na spokojny spacer wzdłuż alejek.

zt x2


Make the stars look like they’re not shining she's so beautiful
Venus Parkinson
Venus Parkinson
Zawód : Ikona mody
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Oh her eyes, her eyes make the stars look like they’re not shining. Her hair, her hair falls perfectly without her trying. She’s so beautiful.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 JygL3iH
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t739-venus-parkinson http://morsmordre.forumpolish.com/t768-antoniusz-parkinson-trzeci#2925 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/f152-cotswolds-snowhill http://morsmordre.forumpolish.com/t1259-venus-parkinson#9504
Re: St. James's Park [odnośnik]10.09.15 0:38
/początek

Właściwie to nie spodziewała się, że jej pobyt w Ameryce tak nagle się zakończy. Miała zamiar pozostać tam już na stałe, może nie licząc jakichś wyjazdów, bo z czasów dzieciństwa i jeżdżenia po świecie razem z ojcem pozostało jej zamiłowanie do podróży. Niemniej jednak, Nowy Jork idealnie jej odpowiadał. Tak jednak się złożyło, że jej sytuacja w ministerstwie pokomplikowała się. Szef znudził się nią i postanowił ją zwolnić. Może dowiedział się o Glaucusie, z którym też miała dosyć bliski kontakt od dnia ich pierwszego spotkania? Tak czy inaczej, choć mogłaby zacząć wszystko od nowa poza ministerstwem, zgodziła się w końcu na namowy Traversa i wraz z nim przybyła do Anglii. Nie planowała osiedlać się tu na zawsze, to raczej była po prostu chęć odpoczęcia trochę od amerykańskiego zgiełku i tej sytuacji, która miała miejsce w pracy, i oczywiście także zobaczenia się z ojcem, z którym zawsze miała bliskie relacje. Musiała jednak na nowo przyzwyczaić się do brytyjskiego konserwatyzmu, szczególnie mocno odczuwalnego w małym, ciasnym światku czarodziejów. Początki były dość trudne, ale jakoś dawała radę. Ogólnie zawsze czuła się w Ameryce lepiej niż w Anglii, bo tamtejsi czarodzieje byli dużo bardziej otwarci na mugolskość i postęp, niż przywiązani do tradycji i przykładający dużą wagę do statusu krwi Brytyjczycy. W dodatku jej ojciec miał brytyjsko-amerykańskie korzenie, więc miała tam rodzinę, a także znajomych. Była Amerykanką w jednej czwartej, ale czuła się nią w stu procentach.
Staż w Urzędzie Łączności z Mugolami, który podjęła, przypadł jej do gustu, choć różnił się od Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, gdzie pracowała, jeszcze będąc w Ameryce. I jak na standardy brytyjskiego ministerstwa, jej dział należał do tych luźniejszych, bardziej otwartych na mugolskość, co było zrozumiałe z racji tego, jaką pracę wykonywali, i jacy czarodzieje tutaj pracowali. Alice to odpowiadało, tym bardziej, że nikt nie mógł jej też zarzucać, że jest lepiej traktowana ze względu na ojca, jak pewnie miałoby to miejsce, gdyby złożyła podanie do Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Wciąż jednak była wolnym duchem, i gdy tylko kończyła pracę, z ulgą pozbywała się nieporęcznej szaty, jaką dla zachowania pozorów nosiła w ministerstwie, i chodziła w mugolskich ubraniach, na jakie zwykle składały się spodnie i luźne koszule. Nigdy nie przepadała za sukienkami. Chętnie też spędzała czas po mugolskiej stronie Londynu. Właściwie, spędzała w niej więcej czasu. Do świata czarodziejów zapuszczała się głównie wtedy, gdy miała konkretne sprawy do załatwienia.
Dzisiejsze wolne popołudnie postanowiła spędzić w jednym z londyńskich parków. Choć było to naprawdę urocze i klimatyczne miejsce, właściwie nie pojawiła się tutaj całkowicie bez powodu. Po krótkim spacerze alejkami usiadła na jednej z ławeczek, opierając się wygodniej i wpatrując się w przestrzeń. Czekała, sycąc wzrok całkiem miłym widokiem stawu i otaczającej go zieleni, mając nadzieję, że jej towarzysz przyjdzie. Miała dziwne wrażenie, że ich relacje, tak bliskie w Ameryce, tutaj zaczynały się nieuchronnie rozluźniać.
Alice Elliott
Alice Elliott
Zawód : brak
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 K31FNDR
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1201-alice-elliott https://www.morsmordre.net/t1911-poczta-alice#26809 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204
Re: St. James's Park [odnośnik]10.09.15 12:54
Wydawało mi się, że każdy ma prawo do pomyłki. Później tęsknoty. Alice nigdy nie postrzegałem w kategoriach źle, albo raczej: niedbale podjętej decyzji. Zawdzięczałem jej życie. Gdyby nie pojawiła się wtedy na tej plaży, możliwe, że zginąłbym marnie z powodu odniesionych ran. Wszystkim się zawsze wydaje, że podczas katastrofy statku po prostu spadasz w morską otchłań i tyle. Istnieją jeszcze obluzowane belki boleśnie uderzające o ciało, wypadające z pokładu przedmioty, które wraz z przechyłem nabierają energii, niespodziewane mielizny czy kamieniste wybrzeża, idealne wprost do poranienia skóry. I nieważne, jak bardzo bym się starał zbagatelizować to wszystko, fakt wciąż pozostaje faktem: Elliott była moją wybawicielką. Byłem ciekaw zarówno jej jak i jej życia z dala od ojczyzny, albowiem mylnie założyłem, że była nią właśnie Anglia. Ostatecznie wraz z fascynacją odkrycia nieznanego mi lądu, choć Kolumb ze mnie żaden, przyszło zainteresowanie samą dziewczyną. Była inną niż dotychczas znane mi panny. Obracając się wciąż w tym samym kręgu pań z wyższych sfer uświadczałem głównie tych, które bawiły się w grę pozorów, trzymając się sztywno wytyczonych ram. W ostatecznym rozrachunku widziały mi się jako nudne, pozbawione improwizacji dziewoje na wydaniu, których było w najbliższym mi otoczeniu na pęczki i które różniły się od siebie jedynie twarzą oraz posiadanymi personaliami. Nie chcę wyjść na ignoranta, więc może dodam, że faktycznie miały także różnorodne fryzury, makijaże i stroje, lecz do tego nie przykładałem nigdy szczególnej uwagi. Alice, mój zbawczy anioł, jak lubiłem (i nadal lubię) o niej myśleć, była naprawdę przyjemnym powiewem świeżości, dzięki któremu nie sczezłem doszczętnie, obracając się pył znudzenia. W konsekwencji nie kwapiłem się do powrotu do ponurych Wysp, do kolejnych konwenansów i... rodziny. Nie mogę dłużej ukrywać, że pomimo wszystko dopadła mnie tęsknota. Jako, że i Alice nie chciałem tracić, zdecydowałem się na długie pertraktacje i mediacje, by wreszcie dopiąć swego i sprowadzić tą uroczą dziewoję do siebie.
Problem polegał na tym, że powracając do swoich korzeni, zacząłem na nowo przesiąkać dawnymi zwyczajami i przyzwyczajeniami. Opowiadając o panience Elliott nie widziałem w rodzicach tego samego podekscytowania co u mnie, ba! Widziałem strach, a w ostateczności również złość. Nie aprobowali tego związku w żadnym aspekcie, a to z kolei popychało mnie w stronę apatii. Wreszcie i ja przestałem się ekscytować na myśl o spotkaniu z Alice, a jej widok nie był dla mnie już tak miły, jak na początku, albo chociaż w połowie naszej znajomości. Nie mam pojęcia czego oczekiwałem. Tego, że podniesienie statusu krwi z mugolskiej na półkrwi cokolwiek zmieni? Nienawidziłem tego świata, który bierze pod uwagę urodzenie i kondycję osocza przy ocenie, czy mogę kogoś kochać czy nie mogę. Lecz w takim świecie się urodziłem.
To wszystko sprawiało, że idąc tutaj miałem duszę na ramieniu, a zgryzotę poupychaną po kieszeniach. Moje zazwyczaj pogodne oblicze przysłoniły chmury, a wyprostowana postawa wyglądała zgoła na zgarbioną. Przyszedłem jednak punktualnie, jak nakazuje etykieta, a pomimo to nie byłem pierwszy na umówionym miejscu. Widząc Elliott zmusiłem się do uniesienia kącików ust do góry, by ostatecznie się z nią przywitać, a potem ciężko opaść na ławkę, tuż obok niej. Przy niej zapominałem trochę o dobrym wychowaniu, tak jakbym zupełnie się go oduczył. Niestety, odczuwałem z tego powodu również pewien dyskomfort. Miałem wrażenie, że ludzie tutaj bacznie obserwują każdy mój krok i wszystko zaraz wygadają memu zmartwionemu ojcu.
- Co u ciebie? - spytałem zwyczajowo, pochylając się lekko do przodu i bez większego zainteresowania studiując widoki przede mną.



i'm a storm with skin
Glaucus Travers
Glaucus Travers
Zawód : żeglarz
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Kiedy rum zaszumi w głowie cały świat nabiera treści, wtedy chętniej słucha człowiek morskich opowieści!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 5L5woYY
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1231-glaucus-travers https://www.morsmordre.net/t1238-kapitan-morgan#9281 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t4462-skrytka-bankowa-nr-336#95230 https://www.morsmordre.net/t1258-glaucus-travers#9500
Re: St. James's Park [odnośnik]10.09.15 16:48
Jeśli chodzi o relacje z mężczyznami, w jej kwestii było to dosyć skomplikowane. W okresie od skończenia Hogwartu do chwili obecnej zaliczyła kilka przygodnych znajomości. Raczej nie czuła się jeszcze gotowa do stałych związków, o małżeństwie nie wspominając. Wkraczając w dorosłość, chciała się dobrze bawić, korzystać z życia i próbować nowych rzeczy, zwłaszcza jeśli to były rzeczy, które w brytyjskim społeczeństwie budziły kontrowersje. Niefrasobliwa, narwana trzpiotka z zamiłowaniem do robienia na przekór. Nawet, jeśli chodziło o niedawny romans z szefem, była to raczej przygoda niż prawdziwe uczucie, mamiona czułymi słówkami pozwoliła, by przystojny, dobre dwadzieścia lat starszy mężczyzna ją omotał. Może i była inteligentna, ale także dosyć naiwna. Zbyt łatwo obdarzała ludzi sympatią, zbyt łatwo ufała. A później poznała Glaucusa i fakt, że prawdopodobnie uratowała mu życie, znajdując go wtedy na plaży, gdzie pojawiła się zupełnym przypadkiem, znowu wszystko się pokomplikowało. Ale z układu nie było się łatwo wycofać, więc grała na dwa fronty. Z jednej strony nadal była ulubienicą szefa prawiącego jej czułe słówka i regularnie spotykającego się z nią poza pracą, z drugiej zacieśniała się jej znajomość z Glaucusem, namawiającym ją na wyjechanie z nim do Anglii, na co przez dłuższy czas nie chciała się zgodzić, mając w pamięci tamtejszy konserwatywny świat, pełen konwenansów i utartych schematów, które ją przytłaczały.
Z grą na dwa fronty bywało jednak tak, że okazywała się zawodna. Tak było i w tym przypadku, kiedy jedna ze stron prędzej czy później musiała dowiedzieć się o drugiej i wszystko się posypało. Cały układ, wszystkie starania Alice, żeby dobrze wywiązywać się z obowiązków. Wszystko na nic. Tak więc niedługo później wróciła do Anglii z Glaucusem, nawet mu nie mówiąc, dlaczego tak naprawdę odeszła z pracy i postanowiła jednak przystać na jego ponawianą od dłuższego czasu propozycję.
Dopiero w Anglii także ta znajomość, wcześniej tak przyjemna, pełna wzajemnej sympatii i ciekawości, zaczęła się sypać. Alice bała się tego, bała się, że Glaucus jednak wybierze rodzinne zobowiązania i ją odrzuci. I właśnie wtedy zaczęła zdawać sobie sprawę, że czuła do niego coś więcej, niż do wcześniejszych przygodnych partnerów. Może to kwestia tego, w jak nietypowych i trudnych okolicznościach się poznali, a może po prostu fakt, że naprawdę go polubiła? Teraz ich dalsza znajomość wisiała na włosku, bo mężczyzna miał do wyboru albo swoją rodzinę i swój konserwatywny świat nieprzychylny osobom nieczystej krwi, a ją, zakazaną znajomość, młodziutką, zamerykanizowaną i promugolską Alice Elliott.
Pojawiając się w parku na umówionym spotkaniu, bała się, że wreszcie usłyszy te słowa, otwartą deklarację odrzucenia jej uczuć. W oczach brytyjskiego społeczeństwa nie była w końcu godna, by poślubić kogoś ze szlachetnego rodu. W Ameryce coś takiego przeszłoby bez problemu, bo tam nie przykładano takiej wagi do statusu krwi, jednak tutaj... Cóż, kolejna wada Anglii, bo choć dla Alice status krwi też nie miał żadnego znaczenia, miał znaczenie dla wielu innych.
Kiedy się pojawił, zarumieniła się nieznacznie pod piegami i nieco nerwowo potarła policzek. Miała wrażenie, że mężczyzna jest przygaszony, że nie czuje się przy niej do końca swobodnie, tak, jak kiedyś.
- Miło cię widzieć – powiedziała, kiedy usiadł. – U mnie wszystko w porządku, choć trochę tęsknię za Ameryką. Ale próbuję na nowo poukładać sobie tutaj życie, ojciec niezmiernie się ucieszył, kiedy go odwiedziłam.
Na moment spojrzała na staw, po czym znowu utkwiła wzrok w przystojnej twarzy mężczyzny. Naprawdę ją intrygował, i kiedyś, i teraz. Bardziej niż inni, a to chyba o czymś świadczyło. Ale coraz bardziej wątpiła, żeby miało to jakąkolwiek przyszłość. Jego rodzina nie pozwoliłaby na ich związek.
- Mam wrażenie, że nie czujesz się dobrze – zauważyła nagle. – Jak układają się twoje sprawy po powrocie?
Wciąż nie opuszczał jej niepokój.
Alice Elliott
Alice Elliott
Zawód : brak
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 K31FNDR
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1201-alice-elliott https://www.morsmordre.net/t1911-poczta-alice#26809 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204
Re: St. James's Park [odnośnik]11.09.15 13:46
Miałem wiele większych bądź mniejszych miłostek w moim życiu. Co samo w sobie było o tyle zaskakujące, że nigdy nie uważałem się za żadnego Don Juana. Jak każdy chyba, najzwyczajniej w świecie starałem się znaleźć swoją drugą połówkę. Mieć kogoś, kogo się kocha i z kim spędza się czas, bez zbędnej niechęci czy konieczności. Zazdrościłem życia mojemu ojcu, poczułem to wtedy, kiedy zacząłem dorastać. Nie zgadzał się na aranżowane małżeństwo, zakochał się i sprawił, że obiekt jego westchnień wyszedł za niego za mąż. Stworzyli wspaniałą rodzinę, nawet, jeśli bratowa moja zmarła, a moja siostra zdradziła swą krew. Tej ostatniej nie powinni winić za porywy serca. Niekiedy i ja chciałem mieć tyle odwagi co ona. Wyrwać się ze szponów tej okropnej otoczki zepsucia i nieludzkich uczuć. Nie przejmować się absolutnie niczym. Mknąć w kierunku realizacji swych pragnień i nie patrzeć na żadne wyznaczniki wymyślone przez arystokrację. Od zawsze byłem butny i nie znosiłem momentów, w których ktoś inny kierował moim losem. Teraz także byłem rozdrażniony całą sytuacją. Kolejny raz miałem szansę na to, aby być szczęśliwy i kolejny raz musiałem ją odrzucić. Nie wydaje mi się, że to kwestia tylko i wyłącznie mojego tchórzostwa czy zamykania się w skorupie. W głównej mierze myślałem o moim drogim ojcu. Po dziś dzień zdarza mi się, że śni mi się jego twarz i rozpacz w spojrzeniu, kiedy jego córka postanowiła się związać z mugolakiem. Mój główny problem to miłość do niego. Do człowieka, któremu zawdzięczam wszystko. Wychowywał nas, pomimo tego, że wcale nie musiał. Mógł nas równie dobrze rzucić w ramiona guwernantek i się nie kłopotać kolejnymi dziećmi w rodzinie. A jednak garnął się do nas, chciał, abyśmy wyrośli na porządnych ludzi. Obdarzał nas miłością, poświęcał swój czas. Nie potrafiłem się od niego odwrócić. Sprzeniewierzyć wszystko, na co on tak usilnie pracował. Nie przeczę, że to mnie jednocześnie unieszczęśliwia. Wydaje mi się, że rodzinę ma się jedną. Czy prawdziwa miłość również jest tylko jedna? Wstyd się przyznać, że nie wiem kompletnie nic na ten temat. Nie potrafię jednoznacznie określić swoich uczuć. Prawda jest taka, że albo nie spotkałem jeszcze tej jedynej, albo jestem upośledzony emocjonalnie.
Gdybym dowiedział się o podwójnej grze, jaką prowadziła Alice, dziękowałbym ojcu za żelazne zasady krwi szlacheckiej. To one uratują mnie z opresji. Związania się z kimś, kto nie ma skrupułów, aby okłamywać drugą osobę. Bałbym się chyba, że w trakcie trwania naszego związku, kiedy Elliott poszłaby do pracy, to właśnie tam z kimś romansuje. Niekoniecznie z szefem, równie dobrze ze swoim współpracownikiem. Nie mówię, że nie przesadzam. Niewykluczone, że jestem przewrażliwiony, ale taka jest prawda. Nie potrafiłbym odnaleźć spokoju.
Teraz moją głowę zaprząta jedynie to, że... prosiłem Alice o przybycie ze mną do Anglii na... darmo? Na próżno? Nie pomyślałem o konsekwencjach. Czas spędzony z rudowłosą był dla mnie czasem relaksu, beztroski. Nie zaprzątałem sobie głowy wymyślaniem scenariuszy co by było, gdyby... Chyba jestem osobą bez pomyślunku. Było mi z tego powodu najzwyczajniej w świecie wstyd. Bałem się jej reakcji, bałem się wszystkiego. Szczególnie, że przecież tego nie chciałem. Chciałem znów się z nią śmiać, wdychać jej zapach, dotykać kosmyków włosów i pokazywać najodleglejsze zakamarki Londynu. Nawet, jeśli nosiła spodnie budząc zgorszenie.
A nie mogłem.
To sprawiało, że byłe cieniem, jedynie mglistym pojęciem o człowieku. Być może wcale nie siedziałem na tej ławce. To tylko fatamorgana. Nie przypominałem rodzaju ludzkiego. Czułem się jak oszust, którym pewnie byłem. Tylko ból w okolicy klatki piersiowej był niemalże namacalny.
- Też się cieszę, że cię widzę - powiedziałem, próbując tchnąć w to zdanie jakieś życie czy chociażby energię. - Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, co? - zadałem pytanie, które chyba miało być tajemniczym preludium do wszystkiego, co leżało mi na sercu, wątrobie i wszystkich organach świata. To jednak nie oznacza, że koniecznie chciałem poruszać ten temat.
- Mój ojciec również ucieszył się z mojego powrotu. Matka aż się popłakała ze wzruszenia. Myśleli, że nie żyję. Tata aż posiwiał ze zgryzoty. Żałuję, że nie wysłałem im żadnego listu. - Objaśniłem skrupulatnie i uśmiechnąłem się lekko. Spojrzałem też na Alice, która wyglądała uroczo. Jak zawsze. To niczego nie ułatwiało.
- To tylko... - zacząłem, ale urwałem. Oparłem się na ławce próbując zebrać myśli.



i'm a storm with skin
Glaucus Travers
Glaucus Travers
Zawód : żeglarz
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Kiedy rum zaszumi w głowie cały świat nabiera treści, wtedy chętniej słucha człowiek morskich opowieści!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 5L5woYY
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1231-glaucus-travers https://www.morsmordre.net/t1238-kapitan-morgan#9281 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t4462-skrytka-bankowa-nr-336#95230 https://www.morsmordre.net/t1258-glaucus-travers#9500
Re: St. James's Park [odnośnik]11.09.15 16:17
Alice w swoim życiu nie otrzymała żadnego wzorca dobrej, pełnej rodziny. Ojciec wychowywał ją samotnie, odkąd matka, najwyraźniej wciąż niegotowa do małżeństwa i posiadania dziecka, pewnego dnia uciekła. Możliwe, że Alice mimo wszystko miała w sobie jakieś jej cechy, jak ta niefrasobliwość, beztroska i problemy ze stałością w uczuciach. Miała dwadzieścia trzy lata, ale wciąż nie czuła się gotowa do założenia rodziny, przerażała ją wizja stania się osobą dojrzałą i całkowicie odpowiedzialną nie tylko za siebie, ale i za kogoś. Może to właśnie kwestia dorastania w rodzinie, gdzie był tylko ojciec, nie miała zdrowego kobiecego wzorca. Nie musiała też odpowiadać za nikogo, a wyłącznie za siebie.
Co nie zmieniało jednak faktu, że mimo wszystko coś się zmieniło, że do Glaucusa podchodziła inaczej, traktowała go poważniej i naprawdę się nim przejmowała. Gdyby jednak znała jego punkt widzenia, nie mogłaby się dziwić. Glaucus potrzebował osoby pewnej, dojrzalszej od niej, na której mógłby polegać. Nie mógł przecież zdradzić ideałów rodziny dla osoby niepewnej, która pewnego dnia mogłaby ulec nowemu powiewowi uczuć i nagle go zawieść. Mogła, ale nie musiała. Alice sama nie potrafiła przewidzieć tego, jak potoczy się jej życie, a co dopiero on. Ale gdyby zupełnie nic dla niej nie znaczył, na pewno nie przyjechałaby z nim do Anglii, skoro, poza ojcem, nic specjalnie ją tutaj nie trzymało. Liczyła, może trochę naiwnie, że nawet, jeśli tu wrócą, wszystko nadal będzie tak przyjemne i beztroskie, jak w Ameryce, gdzie mogli pozwalać sobie na znacznie więcej.
Nie było. Odkąd wrócili, wszystko zaczęło się zmieniać, pogarszać. Alice nagle zdawała sobie sprawę, że ta relacja wymykała jej się z rąk. Oszukiwałaby samą siebie, wmawiając sobie, że jest inaczej.
Patrzyła na niego ukradkiem, licząc, że z jego ust jednak nie padną słowa, których się bała.
- Właściwie to sama nie wiem, gdzie jest mój prawdziwy dom. Zbyt wiele ich miałam w swoim życiu. Kiedy byłam dzieckiem, dom był zawsze tam, gdzie akurat byłam z ojcem. A później... Cóż, później bywało różnie – stwierdziła, a jej głos brzmiał zaskakująco ponuro jak na nią. Było widać, że coś ją gryzło. Nie zachowywała się tak, jak zawsze. – Ale mimo wszystko wiem, jak cudownie jest zobaczyć znowu osoby tak ważne, jak rodzina. To wspaniale, że tak dobrze przyjęli twój powrót po takim czasie.
Wyciągnęła do niego drobną dłoń i lekko zacisnęła ją na jego ręce, większej, męskiej. Tak, jak jeszcze kilka tygodni temu, zanim wrócili.
Znowu się odezwał, ale nagle urwał. Alice spojrzała prosto w jego oczy. W jej zwykle radosnych tęczówkach teraz malował się niepokój.
- Co „tylko”? – zapytała. – Co miałeś na myśli?
Westchnęła, przygryzając wargę. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek będzie się kimś tak przejmować? Nawet po rozstaniu z szefem, który ją uwiódł, przejmowała się głównie utratą pracy i tym, że dała się tak wciągnąć, omamić i zwieść. Nie uczuciem, które tak naprawdę było fikcją, ale z czego zdała sobie sprawę dopiero po fakcie, kiedy przyszedł czas na otrząśnięcie się i przyjęcie tego do wiadomości. Teraz przejmowała się niepewnością dalszej znajomości z Glaucusem. I czuła, że on także czuł się niezręcznie, także nie wiedział, jak powinien z nią teraz rozmawiać.
- Niech zgadnę. Twoja rodzina oczekuje, że zostaniesz w kraju i się ustatkujesz, ale z kimś bardziej odpowiednim, niż ja, zgadza się? – wypaliła w końcu, może trochę zbyt bezpośrednio. Ale nie chciała przedłużać, chciała po prostu wiedzieć. Jej dłoń mocniej zacisnęła się na jego ręce.
Alice Elliott
Alice Elliott
Zawód : brak
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 K31FNDR
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1201-alice-elliott https://www.morsmordre.net/t1911-poczta-alice#26809 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204
Re: St. James's Park [odnośnik]14.09.15 15:08
Nie chciałem na siłę szukać winnych. Znałem sytuację Alice, a mimo to nie chciałem również jej usprawiedliwiać. Jedyne, czego pragnąłem, to szczęścia. Swojego, mojego ojca, towarzyszki, z którą przybyłem do Anglii. Przekonałem się niejednokrotnie, że szczęście to towar nader deficytowy. W związku z czym należy go ochraniać z całych sił, nie traktować lekkomyślnie i niefrasobliwie. Pomimo tego, że sam sobie dawałem rady i wytyczne, nigdy się ich nie trzymałem. Byłem jak morze, które zmienia się pod wpływem warunków atmosferycznych. Łamałem się, uginałem, zmieniałem kierunek w zależności od prywatnych uczuć skrywanych gdzieś na dnie mej pozornie beztroskiej duszy. Podejmowałem pochopne decyzje, żałując później ich podjęcia co najmniej, jak gdybym zniweczył w pył osiągnięcia największych osobistości świata. Nader często towarzyszyło mi nieposkromione poczucie winy. Zawsze jest tak, że na początku zabawa jest przednia i jestem pierwszy ku temu, by w niej uczestniczyć. Niestety z każdą mijającą sekundą, minutą, godziną czy dniem nieuchronnie zbliża się mara; twór okropnie denerwujący i bezlitosny: konsekwencje. Konsekwencje podjętych działań. Idąc na spotkanie z panną Elliott miałem wrażenie, że ów potwór pożera nie skrupulatnie, bez żadnych wyrzutów sumienia. Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle. Mam już przeszło trzydzieści lat, a wciąż postępuję jak małe dziecko. Nie myślę o innych tylko o sobie. Przeraża mnie to, wszak nie tak zostałem wychowany. Nie takie wartości wpojono mi w szkole. Ostatecznie i ja nie czułem się z tymi cechami charakteru zbyt dobrze. Sądziłem, że droga prawości jest prosta i jednoznaczna, a ja nigdy nie zboczę z jej ścieżek. Tradycyjnie musiałem się pomylić! Nie zdziwię się, jeśli po tym wszystkim Alice będzie miała do mnie ogromny żal, a może i nawet mnie znienawidzi. Po co zawracałem jej głowę, skoro teraz wszystko umyślnie psułem? Nie, to nie tak, że chcę. Muszę. Nienawidzę tego słowa, nawet mimo tego, że nienawidzić nigdy niczego i nikogo nie chciałem. Nauczka? Któraś z kolei.
Jestem chyba niereformowalny.
Dosyć jednak tych wycieczek osobistych, jednak przyznam, że wciąż uciekałem w myślach do mej beznadziejnej sytuacji. Nie potrafiłem po prostu cieszyć się życiem widząc krzywdę drugiej osoby. W Alice nie widziałem żadnej winy, dlatego starałem się uśmiechać. Mocniej ścisnąłem jej dłoń, zupełnie, jak gdybym chciał jej dodać otuchy. Nadmiaru energii i siły, której mi brakowało, dlatego nie mam pojęcia, skąd je czerpałem. Grunt, że mogłem coś jej dać, nawet, jeśli to coś było tak naprawdę niczym. I że wstyd coś takiego ofiarowywać.
- Trochę cię rozumiem. Zwiedziłem tyle zakamarków świata, że w każdym wyobrażam sobie życie. Jak gdybym miał nie jedną ojczyznę, a wiele - zacząłem, po czym westchnąłem lekko. - To tylko kropla w morzu potrzeb, bo mimo wszystko rodzina mi się udała i ogromnie ją cenię, dlatego na dłuższą metę bym bez niej nie wytrzymał. - Przyznałem się do mojej słabości. Sądzę jednak, że Elliott doskonale o niej wiedziała, w końcu dużo ze sobą rozmawialiśmy. - Cieszę się, że spotkałaś się z ojcem. On pewnie też się szalenie ucieszył, co? - zaśmiałem się krótko, próbując sobie wmówić, że nasze obecne spotkanie nie różni się niczym od poprzednich. Że wciąż może być miło i pięknie.
Niestety, musiał nadejść ten moment, kiedy to na stół wjeżdżają kolejne, mniej przyjemne tematy. Zmarszczyłem zatem czoło i niechętnie przyznałem ci rację, kiwając od niechcenia głową.
- Nie wiem czy mi uwierzysz, ale naprawdę nie chciałem, aby to tak wyglądało. Chyba byłem przesadnym idealistą i uważałem, że wszystko się pięknie ułoży kiedy powrócę. Nie wiem, może łudziłem się, że ojciec pijany szczęściem, że mnie odzyskał, pozwoli mi na wszystko? Spędziłem z tobą tyle przyjemnych chwil, że przepełniły mnie one entuzjazmem i wiarą, że wszystko nam się uda. Tymczasem zaś wyszło zupełnie inaczej - powiedziałem, zrzucając część obaw ze swoich barków. Wierzyłem, że rozmowa nam pomoże, że Alice zrozumie, że wcale nie chciałem, aby sprawy przybrały taki obrót. Wolną ręką odgarnąłem jej włosy mając nadzieję, że zrozumie, nawet, jeśli ja nie rozumiałem.



i'm a storm with skin
Glaucus Travers
Glaucus Travers
Zawód : żeglarz
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Kiedy rum zaszumi w głowie cały świat nabiera treści, wtedy chętniej słucha człowiek morskich opowieści!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 5L5woYY
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1231-glaucus-travers https://www.morsmordre.net/t1238-kapitan-morgan#9281 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t4462-skrytka-bankowa-nr-336#95230 https://www.morsmordre.net/t1258-glaucus-travers#9500
Re: St. James's Park [odnośnik]15.09.15 0:17
Nie zdawała sobie sprawy, że i on mocno to przeżywa, może nawet mocniej niż ona. Alice, nawet, kiedy już mężczyzna wyzna jej nieprzyjemną prawdę, pewnie przez jakiś czas będzie chodzić przygnębiona i rozżalona, ale w końcu się z tym pogodzi i pójdzie dalej, starając się zaabsorbować swą uwagę czymś innym, by nie myśleć o gorszych momentach. Długotrwałe zamartwianie się, absorbowanie myśli smutkami i użalanie nad sobą nie leżało w jej naturze.
Niemniej jednak, sytuacja do najbardziej lekkich i przyjemnych nie należała. Nawet tak beztroska osoba jak Alice przeżywała to, bo przecież Glaucus nie był jej obojętny, i byłby to kolejny przypadek, kiedy została odrzucona ze względu na nieczystą krew. To był kolejny powód, dla którego tak nienawidziła tych absurdalnych podziałów i tak tęskniła za Ameryką, gdzie nikt nie traktował jej z góry tylko dlatego, że miała ojca mugolaka. To poczucie niesprawiedliwości ją raniło nawet mimo faktu, że na ogół rzadko kiedy się czymś mocniej przejmowała.
Atmosfera wydawała się nieznośnie gęsta, mimo że wokół nich panowało takie przyjemne, letnie popołudnie, a w połyskującej powierzchni stawu odbijało się niebo. Alice poruszyła się niespokojnie na ławeczce, czując, jak Glaucus mocniej ścisnął jej dłoń. Patrzyła na niego ukradkiem. Dlaczego on musiał tak na nią działać, tak absurdalnie dużo dla niej znaczyć? Byłoby dużo łatwiej, gdyby nadal traktowała go wyłącznie jako przygodną znajomość. Dlaczego w którymś momencie przestał nią być? Nie miała pojęcia.
Jeśli chodzi o rodzinę, nie mogła narzekać. Miała ojca, a także dobre kontakty z jego amerykańskimi krewnymi, u których też spędziła sporą część życia. Nie była też przez nikogo w żaden sposób ograniczana, pozwalano jej praktycznie na wszystko, oczywiście pomijając jakieś złe rzeczy, ale Alice nigdy nie ciągnęło w tym kierunku. Dla niej było więc trudno sobie wyobrazić sytuację, kiedy to rodzina decydowałaby, z kim wolno, a z kim nie wolno jej być. Choć oczywiście wiedziała, że to bardzo powszechny zwyczaj w brytyjskich rodach czystej krwi.
- Ja swoją też – odrzekła. – O tak, bardzo się ucieszył. Ostatnio mieliśmy głównie listowny kontakt – dodała cicho, ale po chwili posmutniała. – Nie czuje się ostatnio najlepiej, więc obiecałam mu, że na razie zostanę w Anglii. Regularnie go odwiedzam.
Sumienie nie pozwoliłoby jej teraz wyjechać, bez względu na to, co powie Glaucus. Czuła, że próbował stwarzać pozory, że jest tak jak przedtem, jednak nie dała się na to nabrać. Było inaczej.
A po chwili w końcu znowu się odezwał. Alice spodziewała się tego typu słów, ale i tak miała wrażenie, jakby w jej gardle utkwiła lodowata gula. Skrzywiła się nieznacznie, wolną dłonią potarła policzek i poprawiła łaskoczące ją irytująco włosy.
- Naprawdę szkoda... że tak wyszło – wymamrotała w końcu, zaciskając nieznacznie usta i zbierając chaotyczne myśli. – Może też zbyt dużo sobie wyobrażałam. Że niby ty, tak oddany rodzinie i tradycjom, porzuciłbyś to wszystko dla mnie, promugolskiej dziewczyny z Ameryki? Cóż... To było takie naiwne z mojej strony. Sama jestem sobie teraz winna, że uwierzyłam w te złudzenia.
Westchnęła. Za bardzo skupiła się na tym, że była z nim tak szczęśliwa, jaka nie była przy żadnej z tych kilku wcześniejszych przelotnych znajomości z mężczyznami. Było jej z tym ciężko, i to bardzo. Wiedziała, że w końcu jakoś ułoży sobie życie, nie mogło być inaczej, ale i tak czuła się niezręcznie. Patrząc na niego, czuła żal, smutek, złość, ale i może pewną akceptację takiego stanu rzeczy. Z jednej strony pragnęła na niego nakrzyczeć, żeby się ogarnął i przestał tak oglądać na jakieś przestarzałe zwyczaje, z drugiej, jakaś cząstka niej nie potrafiłaby go zmusić do tego, żeby porzucił dla niej rodzinę. Aż taką egoistką nie była. Więc ostatecznie ugryzła się w język.
Zmusiła się, by się uspokoić i znowu na niego spojrzeć.
- Mam nadzieję, że... że będziesz szczęśliwy – mruknęła w końcu. – I że nie zerwiesz ze mną całkowicie kontaktu, prawda?
Dalsza znajomość z nim pewnie będzie niosła ze sobą bolesne wspomnienia i żale, przynajmniej na początku. Ale mimo to nie chciała definitywnie jej przerywać. Tak niewiele znajomości miała w tym kraju.
Alice Elliott
Alice Elliott
Zawód : brak
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 K31FNDR
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1201-alice-elliott https://www.morsmordre.net/t1911-poczta-alice#26809 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204
Re: St. James's Park [odnośnik]15.09.15 12:57
Problem polegał na tym, że nie potrafiłem się otworzyć. Tak do końca. Musiałbym chyba pochłonąć sporą ilość rumu, ażeby Alice mogła uświadomić sobie jak bardzo cierpiałem. Prawda była taka, że miałem uczucia, tylko nie umiałem sobie z nimi radzić. Nie byłem człowiekiem bezdusznym, pozbawionym empatii czy poczucia winy. Ojciec pomimo wszystko wychował mnie na wrażliwą względem drugiego człowieka jednostkę. Kłopot pojawiał się w momencie zderzenia dwóch różnych światów, poglądów można by rzec - ponieważ nie wypada także publicznie okazywać słabość. Jak by nie patrzeć, jestem mężczyzną, to niedorzeczne, abym się mazgaił, szczególnie w miejscu publicznym. Gdyby spotkanie toczyło się z dala od potencjalnych gapiów, być może byłbym bardziej skory do pokazania pannie Elliott, że naprawdę mi zależy i naprawdę szalenie żałuję. Tymczasem jedyne, co do mnie dopływało, to fala goryczy i porażki, które starałem się stłumić i wyciszyć. Z jednej strony chciałem dla postronnych osób wyglądać zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic się nie stało, z drugiej zaś pragnąłem, aby moja towarzyszka mogła czytać we mnie jak w otwartej księdze. To była niesamowicie trudna sztuka, której niestety nie potrafiłem wykonać. Być może problem tkwił w moim braku zdolności do wyważenia emocji, sam nie wiem. Nie chciałem poświęcać temu nadprogramowej ilości czasu. Chciałem go poświęcić na spotkanie z piękną i bliską memu sercu osobą. Niby nie pierwszy raz okazuje się, że nie mogę być z ukochaną przeze mnie osobą, lecz za każdym razem doprowadza mnie to do szewskiej pasji.
To nie jest tak, że jestem maszyną, która nie ma swojego rozumu i idzie za tym, co mu mówią. Mimo wszystko spędziłem mnóstwo czasu w Anglii, wśród arystokratów. I pomimo tego, że zawsze od nich odstawałem (już sam fakt przydzielenia mnie do Hufflepuffu był uważany za mocno niecodzienny wśród osób szlacheckiego pochodzenia), to niejako zżyłem się z tym otoczeniem. Przesiąkłem tym światem. Jednak naprawdę gdyby to ode mnie zależało, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Wierzę w to i chcę w to wierzyć. Dla mnie mogłoby nie być tych wszystkich regulacji statusu krwi, lecz co ja jeden sam mogłem uczynić?
Często myślałem o tym, czy by nie rzucić wszystkiego i wyjechać z Alice stąd na zawsze. Niestety, pomimo cudownie spędzonego z nią roku, coraz mocnej tęskniłem za rodziną, za przyjaciółmi. Gdybym znalazł sposób, aby oni wszyscy przenieśli się z nami do Ameryki... nie wahałbym się ani chwili. Wciąż jednak pozostawałem w tej materii bezsilny. Dlatego też teraz wyglądałem na zrezygnowanego i zasmuconego całą tą sytuacją. Chciałbym powiedzieć, że moje spojrzenie prosi o wybaczenie, ale nie widzę go i tego nie wiem. Z pewnością zaś chciałem to przekazać.
- A co się stało? Potrzebuje pomocy? - spytałem, wyrwany z rozmyślań o naszym beznadziejnym położeniu. Ceniłem sobie rodzinę Elliott pomimo wszystko, dlatego wolałem za wszelką cenę im pomóc. Poruszyłem się nieco niespokojnie, lecz mój uścisk nie zelżał. Dopadła mnie myśl, że wybrałem fatalny moment na tego typu rozmowę. I że powinienem być przecież wsparciem, a nie kolejnym problemem, kulą u nogi.
- Nie mów tak - przerwałem jej, zbliżając się ku niej nieco bardziej na tej ławce. - Zasługujesz na wszystko, co najlepsze Alice. Naprawdę. Moim problemem jest chyba to, że chciałbym mieć i ciebie i ich, a tak się najzwyczajniej w świecie nie da... tu nie ma twojej winy. To ja powinienem był pomyśleć, przecież podobno jestem już dorosłym mężczyzną... - dodałem, z goryczą w głosie. Byłem sobą najzwyczajniej w świecie rozczarowany.
- Nie chcę z tobą zrywać kontaktu - stwierdziłem stanowczo. Zdobyłem się nawet na to, by objąć Alice ramieniem. Tak jak wcześniej mając wszystko gdzieś.
Nie wiedziałem jak to wszystko naprawić.



i'm a storm with skin
Glaucus Travers
Glaucus Travers
Zawód : żeglarz
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Kiedy rum zaszumi w głowie cały świat nabiera treści, wtedy chętniej słucha człowiek morskich opowieści!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 5L5woYY
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1231-glaucus-travers https://www.morsmordre.net/t1238-kapitan-morgan#9281 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t4462-skrytka-bankowa-nr-336#95230 https://www.morsmordre.net/t1258-glaucus-travers#9500
Re: St. James's Park [odnośnik]15.09.15 17:00
Nie oczekiwała od niego rozklejenia się. W końcu był mężczyzną. Który normalny facet płakał z byle powodu niczym nieopierzona panienka? Sama Alice też bardzo nie lubiła się rozklejać. Była przecież silna, dzielna, za taką się uważała i tak chciała być postrzegana. Więc się pilnowała, trzymała w ryzach, bo była przyzwyczajona do ukrywania słabości, duszenia smutków w sobie, a na zewnątrz okazywania raczej tych dobrych, pozytywnych emocji. Negatywnych czasami też, kiedy ktoś działał jej na nerwy.
Niemniej jednak, i ona szczerze żałowała, nawet jeśli wyobrażanie sobie, że Glaucus ją wybierze, było tak bardzo naiwne, ignoranckie, a może nawet i egoistyczne. Nawet, jeśli sam także nie wierzył w zasadność podziałów na tle statusu krwi, to jednak rodzina oczekiwała po nim wpasowania się w schemat i wybrania bardziej odpowiedniej partnerki. Pewnie był mocno rozdarty, Alice zresztą też. Swoją drogą ciekawe, jak potoczyłoby się ich życie, gdyby jednak byli razem. Czy w ogóle potrafiliby być ze sobą szczęśliwi, czy może dla Glaucusa fakt zdradzenia ideałów rodziny stanowiłby na tyle dużą zadrę, że nie potrafiłby w pełni cieszyć się z tej znajomości, wiedząc, czego musiał się dla niej wyrzec? To nie byłoby dobre, bo na dłuższą metę oboje cierpieliby w takim związku. Czy znajdą szczęście z kimś innym? Okaże się. Alice na ten moment nie wybiegała tak daleko w przyszłość.
Kiedy temat zszedł na ojca, można było wyraźnie wyczuć, że jest przygnębiona i zaniepokojona.
- Właściwie sam nie chce powiedzieć, co dokładnie mu dolega. Nie chce mnie martwić – powiedziała z żalem. Nie lubiła być zbywana, nie lubiła gdy ktoś próbował przed nią coś ukryć, zwłaszcza ktoś bliski. Podejrzewała jednak, że może podczas którejś ze swoich podróży zetknął się z jakąś nieznaną klątwą lub przedmiotem o niepokojących właściwościach, które mogły wywołać jakiś negatywny skutek. Bo przecież wcale nie był stary, zwłaszcza jak na realia czarodziejów. Podzieliła się z Glaucusem swoimi podejrzeniami, zaznaczając, że nie ma pewności, czy są słuszne.
Poczuła, jak mężczyzna przysunął się bliżej niej. Nie chciała obarczać go swoim problemem z ojcem, ale mimo wszystko było jej miło, że się na swój sposób przejął. Pozwoliła, by objął ją ramieniem, i mimo całej niezręczności prowadzonej przez nich rozmowy, wtuliła się w niego niemal tak, jak za dawnych czasów. Była na tyle bezpośrednią osobą, że tego typu gesty przychodziły jej bez większych oporów. Nawet teraz, zwłaszcza że w gruncie rzeczy potrzebowała tej bliskości ponad tymi schematami i podziałami. Zwłaszcza że nikogo z jego znajomych tu nie było.
- Szkoda, że nie można tego wszystkiego jakoś ze sobą pogodzić. W tym świecie to niemożliwe – powiedziała cicho. – Nie ma sensu się oszukiwać. Z jednej strony, w pierwszej chwili byłam na ciebie zła, a nawet trochę się bałam tej wieści, ale z drugiej... Nie mogę od ciebie wymagać, że zrezygnujesz dla mnie ze swojego życia i z rodziny. Ja też nie potrafiłabym wyprzeć się dla ciebie mojego ojca i odciąć od własnej rodziny, mimo że jako mugolacy nie byliby kimś godnym uwagi w twoim świecie. Ale nie obwiniam ciebie. To nie twoja wina, a tych chorych schematów i zwyczajów sprzed wieków, których brytyjscy czarodzieje tak kurczowo się trzymają.
Amerykańska część rodziny Elliottów składała się głównie z mugolaków, a nawet mugoli. Alice to nie przeszkadzało, ale Brytyjczykom mogło.
- Ja też nie chcę – powiedziała. – Możemy spróbować pozostać przyjaciółmi.
Nie wiedziała, jak to będzie funkcjonowało, ale cóż... okaże się. Przynajmniej nie czułaby się tak samotna, wiedząc, że nadal mogą mieć ze sobą jakiś kontakt, bardziej neutralny i nie narażający go na przykrości ze strony rodziny. Jeśli będą za bardzo się męczyć w takim układzie, wtedy pewnie w końcu prędzej czy później rozejdą się w swoje strony. Ale to też odległa przyszłość, którą nie warto się przedwcześnie zamartwiać.
Alice Elliott
Alice Elliott
Zawód : brak
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
St. James's Park - Page 2 K31FNDR
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1201-alice-elliott https://www.morsmordre.net/t1911-poczta-alice#26809 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204

Strona 2 z 12 Previous  1, 2, 3, ... 10, 11, 12  Next

St. James's Park
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach