Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ogrody

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Ogrody   19.01.16 20:11

Ogrody

Ogrody należą zdecydowanie do najmniej bezpiecznej części rezerwatu, smokologowie rzadko wychodzą do nich samotnie. Przepełnione zewsząd bujną roślinnością, a bliżej samego budynku również przepięknie kwitnącymi rodowymi różami Rosierów, stwarzają smokom idealne warunki rozwoju. Wyjście do ogrodów jest strzeżone równie pilnie, co inne części rezerwatu; przez wrota nie przemknie się nikt niepowołany. Silnie odczuwalny jest tutaj zapach siarki, coraz wyraźniej czuć także spaleniznę...


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   06.08.16 12:59

Opieka nad rezerwatem nigdy nie należała do najspokojniejszych zajęć, Tristan miał dzisiaj ciężki dzień: właśnie wracał od jednej z najbardziej impulsywnych smoczyc, Valsharessy, której zostawił surowe mięso, gad podciął mu nogi ogonem – A Tristan, oprócz czerniejących sińców, umorusany został w grząskim błocie. Smoki nic sobie nie robiły z jego lordowskiego tytułu. Miał zresztą sporo szczęścia – kości były całe. Prawdopodobnie, najważniejsze, że mógł chodzić, prawie nie pokazując bólu. Nastrój miał zbyt parszywy, by zająć się błotem, tym spływającym ze skórzanych butów o cholewach sięgających połowy łydki, tym, którym ubrudził się jego przeciwogniowy płaszcz chroniący go przed smoczym oddechem, jak i tym, którego smugów nawet nie spostrzegł ani nie wyczuł nawet na swojej twarzy.  Kilka błotnych grud sklejało jego włosy.
Z parszywym nastrojem sunął krętą ścieżką zarośniętych ogrodów wprost do budynku rezerwatu w poszukiwaniu jego młodszych pracowników, których mógłby porozstawiać po kątach i w jakiś – jakikolwiek, z pewnością było coś, czego rano nie dopilnowali – sposób przypisać im winę za zaistniałe zdarzenie, kiedy już nieopodal wejścia ruch przykuł jego uwagę. Ktoś tu był – a nikogo tutaj być nie powinno.
Stanąwszy w pół kroku bez ruchu sięgnął dłonią do głębokich kieszeni, odnajdując w nich drewnianą różdżkę inkrustowaną przy rękojeści zgodnie z rodową symboliką w różane wzory, które wyczuł pod instynktownie bezwiednym muśnięciem palców. Przez zarośla nie rozpoznał odwróconej do niego tyłem sylwetki, ale jej obecność wydawała się dziwna; postać nie wydawała się szczególnie skradać ani kryć, jednocześnie nie miała na sobie stroju, który wskazywałby na to, by mogła być pracownikiem rezerwatu – zapewne gdyby przyjrzał się jej choć sekundę dłużej, bez trudu rozpoznałby ją po kształcie sylwetki, barwie włosów, półkręgach wątłych ramion czy płynącym ruchu; zapewne. Ale się nie przyjrzał, a jego siostra nie była nikim, kogo spodziewałby się ujrzeć w rezerwacie tego - jak i właściwie każdego innego - dnia.
- Teren prywatny – przestrzegł lodowatym tonem, w niemej groźbie wyciągając różdżkę przed siebie. – Nieupoważnionym wstęp wzbroniony. Zwłaszcza wstęp w ogrody. Wyjdziemy stąd, a potem mi powiesz, czego tutaj szukasz. – Tembr jego głosu zdradzał zniecierpliwienie, Tristan czuł się na terenie rezerwatu władcą, słusznie czy nie, jego tereny pozostawały jego wielowiekowym dziedzictwem. I do roli strażnika tegoż poczuwał się zdecydowanie, dlatego też ani nie pytał, ani nie prosił - a rozkazywał. Nagląco skinął podbródkiem, powolnym i ostrożnym krokiem przedzierając się przez zarośla do znajdującej się na innej dróżce, wciąż nierozpoznanej postaci, którą wziął w najlepszym wypadku za zabłąkanego podróżnika, w najgorszym - złodzieja lub kłusownika




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Darcy S. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2082-darcy-rosier http://www.morsmordre.net/t2119-arcobaleno#31733 http://www.morsmordre.net/t2120-no-mercy#31734 http://www.morsmordre.net/f116-dover-dwor-rosierow http://www.morsmordre.net/t2125-darcy-s-rosier#31823
HIPNOTYZERKA
22 LATA
Szlachetna
Zaręczona
Ludzie są jak morze, czasem łagodni i przyjaźni, czasem burzliwi i zdradliwi. Przede wszystkim to jednak tylko woda.
8
17
0
0
0
7
0
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   06.08.16 13:04

7 stycznia
Nie zapuszczała się w te tereny. Obawa przed nieokiełznaną naturą smoków, dumnie pielęgnowanych przez pokolenia przez jej ród, napawała ją brakiem zainteresowania wycieczkami po rezerwacie w Kent. Ostatnimi czasy Darcy robiła jednak wiele rzeczy nieadekwatnych do jej zachowań. Nie czuła żadnego strachu przechadzając się wśród lasów na smoczym wzgórzu. Nie znała też kierunków drogi, bo nigdy nie zapuszczała się tu sama – bez towarzystwa starszego brata. Błądziła między drzewami, świadoma, że gdzieś tutaj, zawsze czaić się mogły wielkie bestie. Nie była naiwna. Była po prostu obojętna wobec tego, jaką krzywdę mogły jej wyrządzić. Wbrew wszelkiej logice, jedyne co przez ułamki sekund odczuwała to nieuzasadnione zaintrygowanie tematem śmierci z pod pazurów czy ciężkiego ogona tych ogromnych gadów. Przystanęła w miejscu niekierowana ewentualnym lękiem. Rozsądek wcale jej nie wrócił. Zatrzymała się chłonąc to nieracjonalne poczucie podniecenia wywołane ewentualnym niebezpieczeństwem. Miewała takie stany. Odpierała je, jak dotąd dość sprawnie, żeby jeszcze nic jej się nie stało. Ale jak długo szczęście jeszcze miało jej dopisywać?
Zrzuciła chustę nałożoną na włosy z głowy. Jedwabny materiał opadł na jej plecy, rozrzucając ciemne pasma po atramentowej sukni. Była zima. Darcy odstawała od tego miejsca nie tylko swoim strojem, ale też stopniem jego dostosowania do temperatury panującej na dworze. Z początku nie czuła chłodu, ale zatrzymując się, zimny wiatr, przedzierający się przez konary drzew przedostał się przez materiał jej kreacji, szybko wywołując nieprzyjemne dreszcze na ciele.  Objęła się ramionami i nawet nie drgnęła słysząc znajomy głos za swoimi plecami. Poczekała aż mężczyzna podejdzie bliżej, rozpozna ją, ale nie rozpoznał.
Nie stajesz się ostatnio zbyt nadgorliwy?
Odwróciła się do niego przodem, odnajdując intuicyjnie jego spojrzenie. Krzyżując z nim tęczówki oczu, straciła rezon i chęci do wszczynania sprzeczki. Nie z nim. Podeszła kilka kroków bliżej, odruchem podnosząc suknię, żeby nie potknąć się o wystające konary pod stopami.
Chcę z Tobą porozmawiać o czymś o czym nigdy nie rozmawiamy, Tristan.
Słowa wyrzuciła z siebie zanim zdążyłaby się wycofać. Dopiero wtedy zlustrowała go spojrzeniem, przez umorusaną twarz, posklejane włosy, ubłocone ubrania. Zmniejszyła dzielącą ich odległość do kilkudziesięciu centymetrów. Jej dłonie od razu odnalazły drogę do jego twarzy, ścierając z niej brud niegodny facjaty jej brata, który nie powinien być skażony tak ludzkimi przypadłościami, jak nieodporność na siły natury. Nie patrzyła w jego oczy, dopóki nie oczyściła jego twarzy. Nawet wtedy zawahała się przed uniesieniem wzroku do jego tęczówek. Był to krótki moment niepewności, którego nieuprzywilejowani zupełnie by nie dostrzegli, ale on powinien. Był jej bratem i powiernikiem jej największych tajemnic. Znał ją lepiej niż Rosalie, a czasami nawet lepiej niż ona sama.
Porozmawiajmy o Marie. Czujesz jej stratę?
Oparła dłoń na jego piersi, w miejscu, w którym powinno się znajdować jego serce. Niektórzy pewnie wątpili, czy je miał, ale Darcy nigdy jego istnieniu nie zaprzeczała. Westchnęła ciężko. Tak naprawdę nigdy nikt z Rosierów otwarcie nie poruszał tego tematu. Większość zmagała się z śmiercią bliskiej im osoby na swój sposób. Przez lata, każdy z nich znajdował metodologię przeciwdziałania swojemu cierpieniu.
Przypomnij sobie jak się czułeś wcześniej, kilka lat temu, kiedy rany były bardziej świeże. Chcę... żebyś wiedział, że czuję się gorzej. Jakby ta tragedia i wszystkie mniejsze pochłaniały całą moją silną wolę. I zostaję tylko z żalem, rozgoryczeniem i tym czymś... tym niemożliwie absurdalnym poczuciem bezsilności wobec życia i zawodu do samej siebie. i nigdy się tak nie czułam. Nawet po śmierci Marianne. Przez co ten nigdy nieposkromiony ból i rozgoryczenie uderza we mnie jeszcze bardziej poczuciem winy, że wybrałam sobie zły moment na załamanie.
Wpatrywała się w jego tęczówki tym razem już wprost, ze zdecydowaniem, jakby nie mówiła o swoim przypadku, tylko kimś obcym, zupełnie jej obojętnym.
I nie mam na to żadnego wpływu, Tristan. Znasz mnie. W tym momencie brakuje mi zaufania do swojej oceny sytuacji. Chcę żebyś mi powiedział, czy to dla ciebie brzmi tak, jakby ktoś na mnie rzucił klątwę Lacrimosa, czy to tylko moja paranoja?




And promise me this: you’ll wait for me only scared
of the lonely arms that surface, far below these birds.

Who am I, darling to you?
Who am I? I come alone here
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   06.08.16 13:07

Poznał ją dopiero po głosie. Podchodził bliżej, nie wypuszczając z dłoni różdżki; choć smoki zdawały się doskonale chronić same siebie potężnym dziki ogniem, to oni byli tutaj od tego, żeby chronić je przed koniecznością obrony. Czarodziej, choć słabszy, miał nad nimi przewagę intelektu, która bywała zwodnicza. Nie, nigdy nie obchodziło go bezpieczeństwo ludzi zapuszczających się na te tereny, ale od kiedy kilka tygodni temu pojmano kłusownika - rzeczywiście bywał nadgorliwy. Na smoki polowano z wielu powodów, trofeum mogłoby pięknie wyglądać w pracowni szalonego alchemika, z ich ciał wytwarzało się najcenniejsze komponenty, a z ich pazurów tworzono silny środek odurzający. Smoki były ich dziedzictwem, ich krwią  - potęgą i majestatem - to wystarczało, by znaczyły dla niego więcej, niż życie przypadkowo zabłąkanych w lesie nieszczęśników.
Takoż - nie spodziewał się tutaj siostry zwykle unikającej podobnych miejsc, jej, świadomej przecież bardzo dobrze czyhających na nią w ogrodach niebezpieczeństw. Tristan wiedział, że Darcy bała się tego miejsca. Bała się - rozsądnie - smoków, potężnych białych bestii szybujących na czarnych niebie pośród skrzących gwiazd. Znał ją zbyt dobrze, by nie uznać jej zachowania za dziwne. Stała przed nim, w gęstwinie krzewów i drzew - spokojna, zobojętniała, inna niż zawsze, choć podobna do siebie ostatnio - innej, osowiałej, apatycznej. Być może wyniszczała ją troska o ojca, być może tęsknota za siostrą, być może zrezygnowała z walki w swoim narzeczeństwie, zmartwień miała na głowie dość, by myśli Tristana potoczyły w konkretnym kierunku. Zmarszczył brwi, wpatrując się w jej oczy, nie do końca rozumiejąc, czego zapowiedzią mogły być jej słowa. Sam milczał, nie mówił nic, kiedy jej delikatny dotyk starł z jego twarzy błoto, bliskość Darcy była kojąca. Przyjemna. Ciepła. Przymrużył oczy, dopóki nie odjęła dotyku.
Śmierć Marie była tematem, którego nie lubił poruszać - nie tylko dlatego, że patrzył na jej śmierć, nie zdołał jej obronić, pozwolił oddać ją w ręce Lestrange'a, który naraził ją na to niebezpieczeństwo. Nie zabił Diany na czas - nie zapolował na wilkołaka, wilkołak zapolował na nią. Kochał Marie, była mu równie bliska, co Darcy, ból po jej utracie nie zelżał i nie zelży nigdy. Była częścią ich, fragmentem jego krwi, ciała i duszy. Kimś, kto w irracjonalny sposób wciąż stał obok - jako czarna mara, żałobny duch, bolesne wspomnienie radosnej, na zawsze utraconej przeszłości. Rozdarta rana, która miała się nigdy nie zabliźnić.
- Darcy...  - zaczął cicho, unosząc dłonie na talię siostry, powoli przesuwając je na plecy, chcąc ją do siebie przytulić - zamiast słów, bo cóż mógł jej powiedzieć; dla nich obu Marie była kimś ważnym. Stąd ta osowiałość? Tęsknota za zmarłą? Zbliżał się styczeń, obchodziłaby dzisiaj urodziny. Dwudzieste szóste, lecz ona na zawsze będzie miała tylko dwadzieścia dwa lata. Na zawsze pozostanie piękna i młoda. Przyciągnął ją do siebie, bliżej, silnym uściskiem, chcąc dać jej oparcie, której wyraźnie jej brakowało.
- Czuję pustkę - szepnął nad jej głową, czując jej dłoń na swoim czarnym sercu, zastanawiając się, jak w prostych słowach ująć całą gorycz, którą od jej śmierci odczuwał, cały żal, całą złość, całą nienawiść - do świata. Czy tak silne uczucie dało się w ogóle opisać? Wielcy poeci pisali o miłości, pisali o smutku i złości, ale wszystkie wiersze, które znał, nie równały się głębią do bezbrzeżnej żałości, jaka pozostała mu po jej śmierci. - Jakby ktoś wydarł ze mnie wtedy serce - co nie było dalekie od prawdy, jej śmierć była dla niego przełomowa, to wtedy stracił resztki ludzkich odruchów. - Jakby ktoś wbił mi w pierś nóż i zaczął nim obracać, wciąż i wciąż. Jakby ktoś nadział mnie na rozgrzany pręt jak mięso i nie dał umrzeć. Była dla mnie wszystkim, Darcy, tak jak wszystkim jesteś dla mnie ty. Przez lata nic się nie zmieniło. - To dla niej zabiłem naszą kuzynkę. To dla ciebie zrobiłbym to samo - a może i więcej, starszy, mądrzejszy i bardziej doświadczony. Przezorniejszy. Mniej naiwny. Oparł się brodą o jej głowę, umilknąwszy, by wysłuchać jej dalszych słów - niepokojących słów. Mogła poczuć, jak jego palce na jej plecach zaczynają mocniej wbijać się w jej wątłe plecy, pragnienie opieki mieszało się z poczuciem złości i niedowierzania. Klątwa Lacrimosy, słodka Darcy, kto mógłby potraktować cię w taki sposób? Ciebie, najpiękniejszy kwiat Rosierów, najsłodszą różę Anglii? Znał ją, znał ją jak nikt inny, znał jej troski i znał ten ból - ale jego ból był konkretny, realny i rzeczywisty. Czy jej mógł się okazać tylko iluzją?
- Bezsilność - wobec czego, Darcy? Wyrzucasz sobie coś, co się wydarzyło? - Tragiczne wydarzenia podczas sabatowej nocy musiały odcisnąć na niej piętno, zwłaszcza, że to ona odnalazła wuja Reagana, ale nie chciał jej tego sugerować, chciał jej wysłuchać. - Od kiedy się tak czujesz? - Jego dotyk zelżał, dłoń łagodnie przesunęła się na jej ramię w pokrzepiającym geście. Nie chciał wyrokować o klątwie, Darcy była jego młodszą siostrą, drobną kobietą, która przed nim nie musiała udawać silnej. Nie mógł odmawiać jej załamania, utwierdzać w poczuciu winy, że to był zły moment na jakiekolwiek uczucia, na jej uczucia zawsze był dobry moment.
Potrafił jednak rzucać klątwy  - a co za tym idzie, wiedział też, jak je wykryć. Jego dłoń, wciąż trzymająca różdżkę, wykonała za jej plecami gest, kiedy Tristan niewerbalnie wypowiedział właściwe zaklęcie, Hexa Revelio.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Darcy S. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2082-darcy-rosier http://www.morsmordre.net/t2119-arcobaleno#31733 http://www.morsmordre.net/t2120-no-mercy#31734 http://www.morsmordre.net/f116-dover-dwor-rosierow http://www.morsmordre.net/t2125-darcy-s-rosier#31823
HIPNOTYZERKA
22 LATA
Szlachetna
Zaręczona
Ludzie są jak morze, czasem łagodni i przyjaźni, czasem burzliwi i zdradliwi. Przede wszystkim to jednak tylko woda.
8
17
0
0
0
7
0
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   06.08.16 16:38

Nie musiał jej mówić. Chociaż Darcy nauczyła się chować ból po stracie Marie, nie było to nic, co potrafiłaby zignorować, albo o czym zapomnieć. Nie była tak odważna, jak Tristan, mama, czy Dru. Nie potrafiła mierzyć się z tym bólem otwarcie. Zakopywanie go pod siebie stwarzało go mniej realnym. Udawanie… zapomnienia. Tristan mierzył się z tą tragedią codziennie od wielu lat. Mierzył się z nią tak długo, że stała się integralną częścią jego życia. Odbiła się piętnem, ale też i żywym wspomnieniem na jego duszy. Darcy izolowała się od cierpienia. Nie stawała nim twarzą w twarz. Potrafiła stawiać czoło niewielkim obawom. Poddawała strach swojej próbie. Stopniowo zwiększała swoją tolerancję na zwierzęta, małe i większe, zwłaszcza magiczne, których obawiała się najbardziej. Stawała przed nimi, zdecydowana i otwarta na konfrontację, w nadziei, że kiedyś ten zbiór małych lęków, przygotuje ją do starcia z największą, najgłębiej skrywaną w sobie tragedią ich rodziny. Z tą, z którą poprawnie, jeszcze nigdy się nie zmierzyła. Darcy nie była w tym wszystkim wytrwała. Mogło się wydawać, że pogodziła się z ich stratą, bo przecież nie wspominała Marie zawsze, przy każdej okazji. Uciekała myślami od swojej starszej siostry, chociaż podświadomie w życiu szukała osób, które mogłyby jej ją zastąpić. I nikt nie był w stanie wypełnić tej luki. Siła Darcy była tylko energią, jaką kradła bratu, siostrze, matce, ojcu. Bez Tristana, nie mogłaby mówić o Marie głośno, gdyby był to normalny stan. Obecnie jednak w takowym nie trwała.
Letarg w jakim się znalazła powodował nieczułość i niewrażliwość na kwestie, jakich nie powinno poruszać się w tej rodzinie. Jej słabość, jej nieszczęście, jej sztuczny ból, dominował ból prawdziwy, który przecież wcale nie był mniejszy, a tym bardziej mniej realny, ani mniej oddziaływujący na jej osobę. Ten ból był częścią niej i towarzyszył jej od kilku lat i budował jej szkielet, utwardzał mięśnie, pompował krew w żyłach. Ta ból, ta strata, te wspomnienia, były już od zawsze, na zawsze, tak żywe, że bez nich byłaby zdehumanizowaną wersją siebie.
Właśnie dlatego siebie teraz nie przypominała wcale. Tylko dziwną powłokę i maszynę, działającą podobno tak samo, ale bez prawdziwego bólu, była tylko pokraczną szlachcianką, jak każde inne puste szlachcianki, bez budującego wnętrza i doświadczeń, które zbliżają do siebie rodzinę. Darcy w tym momencie była bardzo daleko. Nawet teraz, unosząc dłonie w górę, obejmując brata za szyję, czując jego ciepły oddech na skórze, była… pusta, zupełnie pozbawiona wrażeń.
Wiesz, że nie potrafię używać tak wzniosłych słów, Tristanie… — mruknęła z początku beznamiętnie, z jakiegoś mimo wszystko powodu, w tych ramionach czując się spokojniej. Oparła policzek na jego ramieniu, chowając twarz w zagłębieniu jego obojczyków, nie bacząc na błoto i brud, jaki odbił się na jej licu. Wdychała woń żywego człowieka, żywej persony, żywego wspomnienia i jego prawdziwość ściągnęła na nią dobitnie realne uczucia. Zacisnęła palce na jego ramionach, czując jego momentem nawet dotkliwie rażące ją palce u dołu kręgosłupa. Objęła ją dogniatająca ją siła tego uścisku. Nie wiedziała, kiedy pierwsze łzy spłynęły jej z policzków stwarzając wszystko bardziej rzeczywistym, a rzeczywistość była dobitna i bezwzględna i rzeczywistość przede wszystkim nie liczyła się z nazwiskiem, jej urodą czy kobiecą wrażliwością. W tej rzeczywistości oczy szybko napuchły od gwałtownie wylewanych łez. Drobne ciało lady Rosier drżało w ramionach brata, kiedy wypowiadał w pamięci inkantację zaklęcia. Uścisk z początku mocny na jego barkach zelżał, a jej dłonie zsunęły się bezwładnie wzdłuż jego ciała w dół, aż wylądowały luźno, nieforemnie obok niej, wisząc bardzo bezkształtnie w pozycji, która nie przypominała już lady Darcy Sirene Rosier.
Nie wiem… nic. N-nic nie wiem.
Powtórzyła bezsensownie, przykładając dłoń do twarzy i pokręciła nią na boki, próbując oddzielić się od tych apatycznych emocji, nie pozwalających jej złożyć słów w żadne sensowne słowa.
Pomóż mi… się tego pozbyć. Proszę, Tristan. Błagam Cię.
Odchyliła się w tył, patrząc na niego wzrokiem pełnym desperacji. Czerwone policzki i rozdygotane spojrzenie odejmowały jej animuszu. Przez chwilę wydawała się całkowicie bezradna i gdyby nie jego silne ramiona, najpewniej osunęłaby się w dół na ziemię. Tymczasem straciła motywację i siłę do starania się przezwyciężyć ten ból. Spojrzała gdzieś w bok, lawirując pomiędzy tymi wszystkimi emocjami, zupełnie bez kontroli. Płynęła. A jedyne co trzymało ją jeszcze na tafli to on.




And promise me this: you’ll wait for me only scared
of the lonely arms that surface, far below these birds.

Who am I, darling to you?
Who am I? I come alone here
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   12.09.16 19:45

Poczuł drgnienie powietrza po rzuconym zaklęciu, poczuł i ujrzał przejmującą prawdę. Darcy się nie myliła, ciążyła na niej klątwa; czy Lacrimosa - nie mógł wiedzieć, ale przecież ufał jej słowom. Tylko - jak to możliwe? Ta słodka róża znajdowała się pod ich opieką, dobrze strzeżona, chroniona przez potężny ród jako jego najszlachetniejszy klejnot wciąż  do oddania, drobna istotka będąca oczkiem w głowie całej rodziny, matki, jego - kto śmiałby podnieść na nią rękę? Kto miałby czelność, odwagę? Odwagę tchórza, była przecież tylko małą dziewczynką - miotać klątwami w małą dziewczynkę? Śmieszne, irracjonalne, najpodlejsi, których znał, a którzy nie byli nim, byli przecież jego sojusznikami i nigdy nie skrzywdziliby jego małej Darcy. Czy ona znała kogoś, kto mógłby to zrobić? Nie, czy to mogła być zemsta na nim? Na jego matce? Bardziej prawdopodobne, choć wciąż absurdalne. Darcy Rosier nie była kimś, kogo się bezpodstawnie i skrytobójczo atakowało. Pies, żmija, psubrat czy sukinsyn, bez znaczenia, znajdzie go. Znajdzie i wytłumaczy "dlaczego".
Rozszarpie, zgniecie, zmiażdży, zagryzie. Zniszczy, zdepcze, powyrywa ręce. Głowę odetnie. Ale najpierw wybije zęby i wgniecie oczy. I język, gołą ręką go wyrwie - żeby nie jęczał, ostatnio za często boli go głowa. Palec po palcu pozbawi go czucia, rozszarpie, rozerwie na strzępy jak drogą kuzynkę, jak pies spuszczony z łańcucha - wściekły, wygłodniały i rozdrażniony jak nigdy. Bo stracił Marie. I nigdy nie da skrzywdzić Darcy. Dlatego o nią pytałaś, siostrzyczko?
Przepraszam, przepraszam, że mnie przy tobie nie było.
Tristan też zna klątwy - o wiele brutalniejsze niż Lacrimosa. Takie, po których odpadają kończymy, a ciało z wolna stacza się w stan rozkładu, takie, po których wyje się z bólu, a ciało tańczy w przedśmiertnych spazmach jak wyrzucona z wody ryba. Nulla rosa sine spina, są ludzie, którym nie zachodzi się drogi.
Wziął jej głowę pod brodę, dłonie splótł na jej wątłych plecach, nie upuszczając różdżki, choć było w jego gestach coś, co zdradzało tę nerwowość, palce miast splatać się ze sobą wbiły się w jej plecy, broda zbyt mocno przyciągała ku sobie jej głowę, zsunął ją, aż natrafił ustami na jej czoło i ucałował czule.
- Znajdziemy kogoś, kto się tym zajmie - obiecał cicho, wpierw nie unosząc głowy, dopiero po chwili odsunął się lekko i spojrzał jej prosto w oczy. Przepraszająco, że sam nie potrafi sobie z tym poradzić - bo nie potrafił. Lacrimosa wymagała pomocy wykwalifikowanego medyka, on nim nie był. Nie chciał jej zaszkodzić, próbując pomóc. Uchwycił ją mocniej, dostrzegłszy jej rozbiegane spojrzenie, czerwień na słodkim młodym licu, uszczelnił uścisk na tyle mocno, że Darcy właściwie wcale nie musiała stać - podtrzymałby ją, gdyby zrezygnowała. Otarł dłonią strumień łez, zasunął kosmyk włosów za ucho, płacz, Darcy, nikt cię tutaj nie widzi. Tylko ja. - Szz... spokojnie, Darcy, wiesz, że przy mnie nic ci nie grozi. - Przytulił ją do siebie, otarł się policzkiem o jej policzek, mokry od łez. - Przy mnie nikt cię nie skrzywdzi - powtarzał jak mantrę, choć przecież ktoś własnie to zrobił. Choć wiedział, że jego słowa były dla niej pozbawione sensu, została przeklęta - i jej stan nie minie, póki z nim czegoś nie zrobią. - Przy mnie nie musisz udawać - dodał więc ciszej, choć przez ton jego głosu przemknęła dziwna nuta bólu, martwił się o siostrę. Diabelnie się o nią martwił. I doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że przy ludziach Darcy nie pozwoliłaby sobie na podobny wybuch płaczu. Złamała się.
Zabije go, rozniesie, zatłucze, zmiażdży, rozszarpie.
- Spróbuj się skupić, Darcy - szepnął, ponownie przenosząc podbródek na jej głowę, przyciągając ją bliżej siebie. - To trudne, ale musisz się zebrać i skoncentrować myśli. Pomyśl, czy pamiętasz moment, w którym ktoś mógł rzucić na ciebie zaklęcie? Spotkałaś się z kimś, z kim nie powinnaś?  - Nie było w jego głosie nagany, ale dawał jej do zrozumienia, że musiał to wiedzieć. Czule przygładził jej plecy, spoglądając wzrokiem w mroczną gęstwinę krzewów, gdzieś ponad drzewami błysnął smoczy ogień. Nawet smoki wydadzą się temu sukinsynowi litościwe, kiedy już go dorwie. Ostatnio nie była sobą, bez dwóch zdań - i kalkulował, kiedy po raz pierwszy ujrzał ją... nieobecną? - Co robiłaś przed wigilią? - Trzeźwy umysł, pomimo silnych emocji, musiał go zachować. Myśleć analitycznie, odnaleźć rozwiązanie. Niezależnie od tego, jak bolesne miało się ono okazać.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Darcy S. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2082-darcy-rosier http://www.morsmordre.net/t2119-arcobaleno#31733 http://www.morsmordre.net/t2120-no-mercy#31734 http://www.morsmordre.net/f116-dover-dwor-rosierow http://www.morsmordre.net/t2125-darcy-s-rosier#31823
HIPNOTYZERKA
22 LATA
Szlachetna
Zaręczona
Ludzie są jak morze, czasem łagodni i przyjaźni, czasem burzliwi i zdradliwi. Przede wszystkim to jednak tylko woda.
8
17
0
0
0
7
0
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   28.11.16 21:17

Trzęsła się w jego ramionach. Nie trzęsła się już nawet z poczucia beznadziei i zrezygnowania. Ze wstydu. Oto dojrzała róża Rosierów nie była już tak zjawiskowa, nie godziła kolcami, nie kusiła swoją piękną, ale też hipnotyczną i groźną naturą. Nie była już nawet tak bardzo piękna, ani nie wyglądała na tak dojrzałą, trwając bezwładnie w objęciu brata. Przytrzymywał jej kręgosłup, który mógł się złamać z wielu powodów. Braku moralności, którą pogrzebała zawczasu, ciężaru traumatycznych rodzinnych przeżyć, nadmiaru sarkazmu i ironii, który zwykle trzymała w zapasie. Zamiast tego, złamał się z żałości i smutku. To dopiero było ironiczne, bo dźwigała na tych smukłych ramionach znacznie więcej przez całe swoje życie, niż wylane łzy i skołatane nerwy, które teraz szarpały w spazmach jej ciałem. Była spokojna i niespokojna na zmianę. Nawet w jej bezruchu, dalej pozostawało coś żywo wydzierającego niepokój z drugiego człowieka. Oparła się na szyi brata, wylewając łzy prosto na jego skórę, a te spływały już nie tylko po jej policzkach. Woda toczyła się po jego rozgrzanej, umorusanej skórze. Strumieniami wlatywała mu pod kołnierz, by tam zginąć w materiale wierzchniego odzienia. Chciała być naprawdę spokojna, dla niego, a nie tylko na zmianę nieczuła i nadwrażliwa. Przyswoiła już sobie jego bliskość, jego ciepło, dlatego zadrżała, kiedy pomiędzy nich wdarło się powietrze. Tristan odsunął się zaledwie na kilka centymetrów, żeby sięgnąć dłonią jej policzka, ucałować ustami jej czoło. W jej oczach wypisany był strach, kiedy wyłapał jej spojrzenie. Bała się, że dostrzeże wszystkie żałosne uczucia, jakie kłębiły się teraz w jej sercu. Instynktownie cofnęła się w tył, albo może tylko odchyliła, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Wargi, wzrok, nozdrza, drgały jej pod naporem tego spojrzenia. Przymknęła powieki, a fala jeszcze najgorliwszych łez cisnęła jej się do oczu, kiedy uświadomiła sobie, że właśnie pierwszy raz w życiu pomyślała o odtrąceniu rodziny. I była na siebie zła za to i jednocześnie załowała siebie tak bardzo mocno, z niezdecydowaniem zaraz potem żałując, ze w pierwszym momencie w ogóle była w stanie myśleć o sobie w ten sposób. Emocje mieszały się ze sobą. Tylko Tristan pozostawał stabilny, lojalny jej, wspierający. Poczuła jego twardy zarost na policzku .
Nie musisz udawać. To było bardzo istotne, że to powiedział. Uchyliła powieki. Mógł jej wybaczyć? Jej słabość? Brak słów? Bo też żadnych nie odnajdowała dla niego w odpowiedzi.
Przepraszam — spuściła wzrok, podnosząc dłonie do góry, ale musiała je oprzeć na jego piersi, a później przytrzymać się jego karku, żeby zaraz znów nie zsunęły się w dół, za słabe, za mało zdeterminowane, jak ona, bo trzymanie emocji w sobie przez tak długi czas, wyczerpało ją psychicznie, a dzisiejszy płacz, wyczerpywał fizycznie. Pozbawiła się już dzisiaj tyle wody, że czuła się zmęczona. Ciężka głowa opadała jej w dół, więc nie mogła patrzeć na niego długo. Rysując znaki na bokach jego szyi, spoglądała w dół, na swoje stopy. Chciała mu pomóc. W tym momencie bardziej niż samej sobie. Chociaż na szczęście pomoc jemu wiązała się ze wsparciem siebie. Chciała się skupić, tak jak mówił, ale nic nie wychodziło. Myśli uciekały jej z głowy. Zupełnie tak, jak wtedy, kiedy czytała książki i nie zapamiętywała ani jednego słowa, chociaż po stokroć wracała się do pojedynczych zdań.
Jesteś na mnie zły? — nie potrafiła się koncentrować, tym bardziej, że czuła presję jego prośby. Uniosła spojrzenie, zaciskając palce na jego skórze — Byłam… byłam na Pokątnej — wydusiła w końcu z siebie, bo to robiła zawsze. Przynajmniej raz w tygodniu wybierała się do swojego gabinetu do tak zwanej… pracy. Jeśli tak mogła ją nazywać. — Widziałam się z Rosalie — oczywiście, nie musiała o tym wspominać — Dostałam list od Lorne. Nie pamiętam. Co w nim było? Chciał. Coś chciał. Się spotkać. Chciał się spotkać i… i pojechał… zostawił mnie przed świętami. Czy był do nas zaproszony, Tristan? — straciła koncentrację, w tym momencie właśnie prowadząc wewnętrzną batalię w temacie bycia najchorobliwszą narzeczoną, skoro przyszły mąż nie raczy się pojawić na wigilijnej kolacji i woli święta spędzić na jakimś odludziu z ogromnymi, wstrętnymi bestiami. I nawet z nimi, Darcy Rosier nie możę konkurować.
Widziałam Mulcibera. Przeprowadza… przeprowadza badania. Potrzebują… mn... hipnotyzera.
Mnie nie padło. Kto mógłby mnie potrzebować? Potrzebowali zawodu. Nie mogła teraz o tym myśleć. Jakże strasznie bolała ją głowa…
Tris… proszę… — nie złożyła słów w żadną konkretną prośbę. Spojrzała na niego błagalnie. Chciała wrócić do domu. Chciała, żeby jej nie puszczał i żeby całą noc powtarzał jej, że wszystko będzie w porządku. Tak jak robił to, kiedy byli dziećmi i zastał ją podczas złego snu i nigdy o tym nikomu nie mówili. Nikt nie wiedział, tylko oni.
Jak wtedy, chciała zamknąć oczy z pewnością, że już wybudziła się z tego straszliwego snu.




And promise me this: you’ll wait for me only scared
of the lonely arms that surface, far below these birds.

Who am I, darling to you?
Who am I? I come alone here
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   27.12.16 2:31

Wcale nie było łatwo złamać różę, były wyniosłe i dumne, miały miękkie, grube łodygi, łodygi strzeżone ostrymi jak brzytwa kolcami - kolcami, które strzegły przed grozą otaczającego je świata. Widok Darcy takiej - takiej, zupełnie jak nie ona - przemawiał do niego mocniej, niż jakiekolwiek słowa, które mogłaby wypowiedzieć. Zawsze miała w sobie królewską dumę, siłę, wyniosłość nie pozwalała jej na zwyczajną słabość - nie, naturalnie, że nigdy nie nabierał się na tę powłokę, wiedział doskonale, jaka Darcy była naprawdę, wiedział kim była. I wiedział też, kim nie była - więc wiedział, że w tym momencie z całą pewnością nie była sobą. Strach, smutek, żal, targało nią tak wiele uczuć, które bez trudu odczytywał z jej czarnych źrenic, tak wiele uczuć, których widzieć tam... wcale nie chciał. Nie mógł pojąć, jak to możliwe, że Darcy została obciążona klątwą - i to klątwą tak straszliwą. Lacrimosą. Przygnębiającą, leniwie sprowadzającą ludzi na sam skraj przepaści doliny rozpaczy. Nie rozumiał, kto śmiał - przecież, ktokolwiek tego nie uczynił, nie mógł nie wiedzieć, kim była Darcy. Jego najmłodszą siostrą, jego, wiernego sługi Czarnego Pana, dziedzica najszlachetniejszego rodu Rosierów, strzeżoną przez kolczasty płot ich krzewów. Miała za sobą nie tylko jego, miała przynajmniej kilkoro uzdolnionych krewnych parających się czarną magią, miała wszechpotężnego nestora, miała koneksję i bogactwo, które nie pozwalały jej skrzywdzić. Wycisnąć z niej choć kropli błękitnej krwi - nie, krew się nie polała, ale Tristan miał wrażenie, że zadrapanie bolałoby o wiele mniej od tego, co jej uczyniono. Nie rozumiał też, dlaczego ktoś miałby to zrobić - była jeszcze dzieckiem, wątłą, słabą kobietą, jak mogła komuś zajść za skórę? Słowem? Idiocie, który nie potrafił odpowiedzieć? Spojrzeniem? Odrzuceniem? Być może, być może za wszystko odpowiedzialny był rozkochany w niej szaleniec lub zawistna kobieta zazdrosna o jej urodę? Złożył dłoń na jej podbródku, czując jej palce rysujące wzory na własnej szyi i lekko uniósł jej twarz ku sobie, by spojrzeć prosto w jej hipnotyzujące oczy. Nie uciekaj ode mnie wzrokiem, Darcy.
- Nie jestem - odpowiedział krótko, stanowczo; nie był zły, a dawna Darcy by o tym wiedziała. Ale ona nie była sobą, była przeklęta, była otulona dramatyczną klątwą, z której nie widziała ucieczki. - Darcy... - Naprawdę uważasz, że mógłbym być zły o to, że ktoś cię skrzywdził? Nie, wiedział, że nie. Jej myśli nie były jej myślami, a jej umysł nie był jasny. Potrzebowała pomocy. Zmarszczył brwi, wsłuchując się w jej słowa, Rosalie, Rosalie nigdy by jej nie skrzywdziła - kochała Darcy, a Tristan ufał jej na tyle, by nie brać jej w krąg podejrzanych. Lorne - zaproszenie od Lorne'a? Jak to możliwe, że o niczym nie wiedział, że się widzieli?
- Pamiętasz coś więcej? Gdzie z nim byłaś? - Lorne też by jej nie skrzywdził, był jego przyjacielem. Miał swoją godność - nigdy nie podniósłby różdżki na małą, słabszą od niego dziewczynkę, do tego własną narzeczoną, za którą winien być wdzięczny losowi. Bo na nią nie zasługiwał. - Nie, Darcy. Matka nie chciała go widzieć - skłamał z premedytacją, mając wrażenie, że jego siostra mętnie kojarzy przeszłość, że odpływa, nie potrafi skupić myśli. Niewinne kłamstwo mogło jedynie zrzucić z jej barków jeden spośród tysiąca ciężarów, a ich matka nigdy nie przepadała za Bulstrodem - nie wiedział jeszcze, jak bardzo miała rację. Chciał pociągnąć temat - zapytać ją, dopytywać, wymęczyć, byleby wydusić odpowiedź; chciał, ale zamilkł. Być może powinien pomówić z Lornem.
Albo z Mulciberem?
Zmarszczył nieznacznie brew, nie rozumiał związku. Ramsey był w to zamieszany? Z nim też powinien porozmawiać. Ale nie sądził, by rozsądnym pomysłem było dopytywanie siostry i trudne szczegóły, ta rozmowa... wyczerpała z niej wystarczająco dużo sił. Za dużo sił, zaczynała majaczyć. Słysząc jej cichą prośbę, jedynie skinął głową, powracając dłonią z podbródka ku jej talii, nie musiała konkretyzować prośby - wewnątrz, za powłoką klątwy, wciąż była sobą. A jemu chyba właśnie udało się przedrzeć przez jej fragment.
- Chodź do mnie - szepnął, słowa nic już nie znaczyły, były zbędne, miał wrażenie, ze im mniej mówił, tym była spokojniejsza. Nie chciał jej drażnić, męczyć, chciał ją jedynie przytulić - odgrodzić ciężkim ramieniem, jak łodygą wysadzaną kolcami, przed okrucieństwem czyhającym na zewnątrz. Niestety, tym razem demony tkwiły w niej samej i pomocy należało poszukać gdzieś indziej. - Spokojnie - szeptał dalej, bo sens tych słów nie miał znaczenia. Ani dzisiaj, ani lata temu, kiedy byli mali, a Darcy bała się nocnego koszmaru. Ważny był sam głos, ciepło i bliskość. Spojrzał na nią porozumiewawczo, nim zarzucił sobie na szyję mocniej jej ramię i nachylił się, by przeciwległym podciąć jej kolana i wziąć ją sobie na ręce.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Darcy S. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2082-darcy-rosier http://www.morsmordre.net/t2119-arcobaleno#31733 http://www.morsmordre.net/t2120-no-mercy#31734 http://www.morsmordre.net/f116-dover-dwor-rosierow http://www.morsmordre.net/t2125-darcy-s-rosier#31823
HIPNOTYZERKA
22 LATA
Szlachetna
Zaręczona
Ludzie są jak morze, czasem łagodni i przyjaźni, czasem burzliwi i zdradliwi. Przede wszystkim to jednak tylko woda.
8
17
0
0
0
7
0
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   28.12.16 13:08

Była tak bardzo zmęczona. Ciężkie powieki opadały jej w dół. Osuwała się coraz bardziej w ciemność własnych myśli i swoją bezsilność. To wylewane łzy sprawiały, ze stanie prosto niosło ze sobą teraz wiele trudności. Nie była już pewna, czy swoją pozycję zawdzięczała swoim staraniom nieodpłynięcia w odmęty najbardziej skrajnej, depresyjnej cząstki siebie, czy Tristanowi, który trzymał ją na powierzchni. Ściągał ją na ziemię swoim tonem, ciepłem ramienia, miękkością dłoni przejeżdżającej po jej podbródku. Uniosła do niego wzrok, całkowicie rozkojarzony i skołowany, bo chociaż starała się go słuchać, na chwilę utonęła we własnych myślach. Zmarszczyła brwi i odetchnęła z zawodem. Sama na siebie wywierała presję, której nie mogła podołać. Nie potrafiła nawet odtworzyć jego słów. Szczęśliwie, pytanie padło później.
Nie pamiętam, żebyśmy się w końcu widzieli — mówiła prawdę. Próbowała to sobie przypomnieć, ułożyć wydarzenia chronologiczne, ale jej senne omamy i koszmary czasami mieszały jej się z rzeczywistością. Jej podejrzenia, obawy i lęki, spotęgowane przez paskudną klątwę, sprawiały, że Darcy lawirując pomiędzy swoją wyimaginowaną czarną rzeczywistością, gubiła się w realnym, równie ciemnym, ale bardziej prawdziwym życiorysie.
Przygotowywałam dla niego prezent. Miałam się do niego wybrać. I… i nie pamiętam co robiłam tamtego dnia. Nie widzieliśmy się. Wyjechał, z pracy, do smoków.
Słowa wypowiadała nieprzytomnie, obojętnie, nieobecnie, jakby powtarzała bezsensownie czyjeś wspomnienie odtwarzane w myślodsiewni i nie należałoby ono do niej. Jakby przedstawiała mu suche fakty tego wspomnienia, ale obarczonego wieloma lukami. Wtedy właśnie zdała sobie sprawę, że jej myśli były tak chaotyczne i nieskładne, ze nie dało się z nich za wiele zrozumieć, ale może Tristan zrobiłby to lepiej?
Fiolka… — odezwała się cicho — pokażę Ci to… wszystko co pamiętam — zasugerowała, chociaż zaraz potem lekko przyjęła fakt, że zgarnął ją w ramiona. Automatycznie zapomniała o ciężkości nóg i trosk, jakie dociążały jej ramiona do ziemi. Oplotła rękoma jego szyję, opierając policzek w zagłębieniu jego szyi i chłonęła aksamit jego tonu, miękkiego, kojącego. Przyjmowała wibracje jego strun głosowych i nawet prawie uwierzyła, że mogłaby w takiej pozycji zasnąć, uciec od koszmaru, który trawił jej umysł od środka.




And promise me this: you’ll wait for me only scared
of the lonely arms that surface, far below these birds.

Who am I, darling to you?
Who am I? I come alone here
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   08.01.17 1:39

Nie pamięta. Nie wie. Nie rozumie. Majaki Darcy nie był naturalne, jej brak pamięci, zagubienie, obawy, wszystko składało się na bardzo niepokojący obraz. Nosiła na sobie klątwę, to jedno wiedział już na pewno. Straszliwą, ciężką klątwę. I nawet nie pamiętała, kto i kiedy ją nią uraczył - czego jeszcze nie pamiętała? Ta sama osoba mogła ją skrzywdzić. Na każdy sposób  - nawet najstraszliwszy, odbierający jej godność, honor i nazwisko. Ale - kto mógl być na tyle bezczelny... i na tyle głupi, żeby próbować skrzywdzić Darcy Rosier? Tristan przetrząsnąłby niebo i ziemię, żeby znaleźć winnego - i rozszarpać go na pół. Poćwiartować. Zniszczyć. Roznieść.
Już raz zawiódł, już raz zareagował za późno.
Czy Lorne wyjechał? Zmarszczył brew, nie pamiętał, ale łatwo mógł to sprawdzić - miał przecież dostęp do wszystkich papierów. Ale jeśli umówił się z Darcy, a ta nie przyszła - czy by ich nie powiadomił? Przyniosła mu podarek, musieli być umówieni.
- Sukinsyn - wymsknęło mu się, ale Darcy przecież prawie go już nie słyszała. Był już za stary, żeby naiwnie wierzyć w przypadki, które nie miały szans się wydarzyć. Jeśli Lorne tamtego dnia zniknął... tylko - dlaczego miałby to właściwie robić? Po co? Był jego przyjacielem, to nie miało żadnego sensu. Nie, musiał z nim porozmawiać - natychmiast. W cztery oczy, prosto w oczy; usłyszeć, co będzie miał do powiedzenia - chociażby miał się za nim udać do samego serca mrocznej Rumunii, czy gdziekolwiek ten człowiek ponoć wyjechał. Fiolka, wspomnienia - pojął w mig jej aluzję, ale nie posiadał myślodsiewni, która mogłaby mu pomóc. Będzie musiał się rozejrzeć, zapytać. Albo poprosić o pomoc matkę - legilimentkę; to zbyt poważne, żeby to przed nią ukrywać, Darcy. To zbyt poważne, żeby to zignorować. To zbyt straszne, żeby to puścić płazem.
- Na razie odpoczniesz - sprostował plany siostry, w zamyśleniu przylegając ustami do jej włosów, chciał poczuć ją blisko - bliżej - bezpieczną. Otuliwszy ją w ten sposób, poprawił uścisk; pod zgięciem jej kolan, na jej wątłych plecach, była lekka - i bez trudu mógł zabrać ją do domu. A później - popracują nad zdjęciem tej cholernej klątwy. - Idziemy do domu, Darcy. Jesteś bardo zmęczona i potrzebujesz długiego snu. Tylko najpierw - ruszył, z Darcy w ramionach,  wychodząc na pobliską ścieżkę, znał ogrody rezerwatu wystarczająco dobrze, by zapewnić siostrze bezpieczeństwo - porozmawiamy z matką. - Matka cię przytuli. Matka cię zrozumie. Matka wyciągnie z ciebie wszystko, czego nam trzeba, a ty się nawet nie zorientujesz.
Musisz nabrać sił.
Odszedł -  w stronę rezerwatu, skąd kominkiem mogli natychmiast przenieść się do domu.

/zt x2




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Estelle Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 http://www.morsmordre.net/t4635-volare http://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
alchemik w św. Mungu
24
Szlachetna
Panna
Trust your blood.
1
10
11
12
1
0
8
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ogrody   09.04.17 22:29

Estelle rzadko kiedy zapuszczała się w te okolice wiedząc, że w każdej chwili może natknąć się na odpoczywającego między zaroślami smoka. Zresztą, w jej kręgu towarzyskim raczej niezbyt dobrze postrzeganym było to, by kobieta zajmowała się tak wielkimi i groźnymi stworzeniami, a samo zainteresowanie było kwitowane pobłażliwym uśmiechem oraz potakiwaniem głową, dlatego na dobrą sprawę nie chwaliła się nikomu swoimi wizytami w rezerwacie. Czasami po prostu lubiła obserwować wygrzewające się w wiosennych promieniach słońca wielkie monstra, jedynie marząc o tym, że kiedykolwiek którymś z nich mogłaby się zająć. Bo może i podejście do zwierząt miała, ale wątpiła, że ktokolwiek pozwoliłby jej zaopiekować się samodzielnie kilkukrotnie większym i potężniejszym od niej smokiem. Nawet jeśli nie ze względu na to, że była kobietą a ze zwykłych względów bezpieczeństwa.
Tym razem Slughornówna miała problem z dostaniem się do środka. Pamiętała doskonale, że wejście do ogrodów zawsze było pilnie strzeżone, jednak dawało się to ominąć - tym razem została zatrzymana na zewnątrz. Czyżby stało się coś złego w ostatnim czasie, że ochrona została zaostrzona? Patrząc na ludzką głupotę wcale nie zaskoczyłby jej taki scenariusz. Niejednokrotnie słyszała o śmiałkach, którzy pod wpływem bliżej nieokreślonej adrenaliny próbowali zbliżyć się do jednego z nich. Z marnym skutkiem, kto by się spodziewał?
Ale same smoki - które były co prawda wisienką na czekoladowym torcie - mogły poczekać. Estelle zaciekawiła się rozkwitającym krzaczkiem róż, rosnącym obok wejścia a blisko szklarni, przywołując wspomnienie z dzieciństwa, gdy jej matka pilnowała, by żadna z córek nie dorwała się do jej kwiatów. Guinevere zawsze była przewrażliwiona na punkcie swoich roślin, posyłając córkom pełne dezaprobaty spojrzenie, kiedy tylko zbliżały się do róż. Pogrążona w zamyśleniu przesunęła palcem wzdłuż łodygi, kalecząc się dotkliwie w palec.



Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
14
18
11 (11)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   09.04.17 22:44

29 kwietnia
Morgoth rzadko w ostatnim czasie pojawiał się w rezerwacie, którym opiekowała się rodzina Rosierów. Nie dlatego że traktował ich jako konkurencję, bo przecież opieka nad smokami nie powinna być sprawą dzielącą, a właśnie łączącą. Nie rozumiał dlaczego słyszał często o zatargach pomiędzy obojgiem rodów. Greengrassowie wypowiadali się niepochlebnie o mających różę za swój symbol szlachciców i na odwrót. Chyba tylko on nie miał problemów z pobytem w Dover jak i w Peak District. Co prawda w swoim miejscu pracy było normalnym, że przebywał częściej i dłużej. Dzisiaj chciał spotkać się z Tristanem i odesłano go od wejścia właśnie w to miejsce. Teraz jednak chciał zupełnie oderwać swoje myśli od tego wydarzenia i skupić się na spotkaniu z Tomem Riddlem, które miało odbyć się tej nocy. Misja z Megarą powiodła się. Zdobyli informację, jednak nie usunęli jej wspomnień. Nie zabił jej jednak, chociaż zdawał sobie sprawę, że inni Śmierciożercy wezmą to za słabość. Nie był jednak bezrozumnym mordercą i doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich czynów. Nie zamierzał też ukrywać ich nawet przed kimś tak silnym jak Czarny Pan.
Idąc przez rezerwat Rosierów, dał się wciągnąć przez własne myśli, ale nie na długo. Wciąż dokuczała mu świeża rana na lewym oku, po której niewątpliwie miała zostać blizna na całe życie. Oczywiście odpowiednie eliksiry i maści z ziół miały mu pomóc złagodzić efekty pobytu w katakumbach z lady Parkinson, ale w pewnym sensie nawet tego nie chciał. Nie chciał, by rana zniknęła. Sięgała od brwi przez powiekę i kończyła się jedną trzecią cala pod okiem. Popełnił błąd i nie powinien się z tym kryć. Zresztą nosił na swoim ciele wiele takich błędów. Pamiątka jednego z niezapomnianych spotkań z młodym smokiem towarzyszyła mu ciągle. Chociaż nie było to tak niebezpieczne jak stanięcie oko w oko z dorosłym osobnikiem. Ale przynajmniej miał lekcję na całe życie, która przypominała mu, by nigdy nie odwracać się do smoków tyłem. Nigdy i pod żadnym pozorem. Raz zrobił to, bo musiał i przypłacił blizną ciągnącą się od prawego ramienia na skos do lewych żeber. Rana na plecach zadana przez młodego rogogona węgierskiego goiła się długo i boleśnie, na szczęście eliksiry od Inary pomogły mu się zregenerować. I chociaż już nigdy nie spotkał tego smoka, podskórnie wiedział, że gdzieś tam jeszcze jest i poznałby go, gdyby go zobaczył. Każdy popełniał błędy i musiał z nimi żyć lub tymi błędami kończył życie. Jakby instynktownie odezwało się również lewe ramię, na które zerknął mimochodem. Kiedy to było? Na początku marca... Chyba nic nie zapadło mu w pamięci jak tamten rozszalały wilkołak... A trzy szramy we wspomnianym wcześniej miejscu nie dawały o tym zapomnieć. Teraz jeszcze rana na oku. Wszystko uzupełniał skryty pod materiałem koszuli Mroczny Znak, który wydawał się czasami poruszać. Przy ogrodach zauważył z oddali kobiecą sylwetkę, którą mogła być Evelyn Slughorn. Pamiętał, że tutaj pracowała. Nie spodziewał się jednak jej siostry, przed którą w końcu stanął.
- Lady Slughorn - przywitał się, wymawiając tytuł kobiety i przy okazji skinąwszy odpowiednio głowę. - Proszę mi wybaczyć, że przerwałem lady zajęcie. Sądziłem, że to jej siostra - wytłumaczył powoli charakterystycznym dla siebie głosem. Mało kiedy ludzie słyszeli od niego więcej niż kilka słów. Skoro już jednak się spotkali, nie mógł odejść bez wyjaśnienia.
[bylobrzydkobedzieladnie]




Thus he came alone to Angband’s gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat.
And Morgoth came



Ostatnio zmieniony przez Morgoth Yaxley dnia 12.04.17 7:49, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Estelle Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 http://www.morsmordre.net/t4635-volare http://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
alchemik w św. Mungu
24
Szlachetna
Panna
Trust your blood.
1
10
11
12
1
0
8
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ogrody   09.04.17 23:12

Małe skaleczenie nie zrobiło na niej szczególnego wrażenia, bo niejednokrotnie takie leczyła w ostatnim czasie, przejmując opiekę nad najmłodszymi potomkami zaprzyjaźnionych rodów. Przyjemnie było jej spoglądać na bawiące się dzieci, uciekające przed czujnym okiem rodziców, bo to przywodziło jej na myśl czasy swojego dzieciństwa, kiedy była pozbawiona wszelkich trosk dnia codziennego, takich jak choćby choroby.
Lady Slughorn nie usłyszała kroków Morgotha, bowiem jej zainteresowanie skupiło się na spływającej powoli po palcu krwi. Śmiertelna bladość, której posiadaczką była, stanowiła dla niej dalej wielką niewiadomą. Zaznajomieni uzdrowiciele nie umieli powiedzieć jej nic więcej, prócz tego co przeczytała w opasłych księgach domowej biblioteczki a przepis na lekarstwo miała w małym palcu, łącznie z zapasem fiolek w domowej toaletce. Jednak to nie zaspokajało ambicji Estelle. Od pewnego czasu próbowała znaleźć złoty środek, lek, cokolwiek, co mogłoby ją naprawić. Chociaż choroba ta nie była tak niebezpieczna jak serpentyna, tak nie czuła się z nią komfortowo. Wystarczyło małe zaniedbanie, krótki moment stresu, by spędziła kolejne dwa tygodnie przyklejona do łóżka. Zresztą, te objawy... nie rozumiała etymologii danej choroby. Skoro bladość, to poza chłodnymi kończynami, powinna być blada, tak? Nie była - jej nieskazitelna skóra przybierała barwę brzoskwini. Śmiertelna? Leczona choroba nie stanowiła szczególnego zagrożenia dla życia. A krew? Nie powinna mieć innego koloru, niż ta piękna, głęboka czerwień, która skapnęła właśnie na drobne kamyczki? Wyrwana z zamyślenia, odwróciła wzrok na mężczyznę.
- Nic się nie stało - odparła cicho, marszcząc skonsternowana czoło. Mogła w tym momencie zachowywać się jak niespełna rozumu, bo nikt normalny nie oglądałby ze stoickim spokojem swoich własnych płynów ustrojowych w otoczeniu bujnej roślinności, budzącej się powoli do życia. Uśmiechnęła się, odwracając z powrotem wzrok na kwiaty, ówcześnie wyciągając jedwabną chusteczkę i wycierając nią palec. - Evelyn ma dzisiaj wolne, a ja czasami lubię tu przychodzić bez jej wiedzy - pośpieszyła z wyjaśnieniem zauważając, że skoro już zaczęli rozmowę, to nie mogła tak po prostu obrócić się i zamilknąć.
- Ale teraz nie mogę dostać się do środka i nie zobaczę mojej ulubionej piękności - westchnęła, zerkając na bramę. Ze wszystkich zebranych w rezerwacie smoków, Slughorn upodobała sobie szczególnie jedną smoczycę, w subiektywnym odczuciu dziewczęcia najspokojniejszą i najwytrawniejszą damę wśród smoczego gatunku.



Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
14
18
11 (11)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogrody   10.04.17 18:20

Nie znał najlepiej Estelle Slughorn. Prawdę powiedziawszy nie znał nikogo zbyt dobrze z tego rodu. Nie dlatego, żeby stosunki między jedną rodziną a drugą były wyraźnie nieprzyjemne. Po prostu Yaxley'owie z samego usposobienia nie byli zbytnio kontaktowi, a seniorzy tego konkretnego rodu nie zabiegali specjalnie o ich względy. Do tego ani jednych ani drugich nie łączyły przez ostatnie dekady więzy krwi, co nie zapowiadało się również w najbliższej przyszłości. I chociaż temat małżeństwa zapewne coraz częściej pojawiał się w korespondencji ojca, Morgoth nie zamierzał jeszcze się tym interesować. I tak nie miał na to większego wpływu, chociaż nie sądził, by nestor postawił go przed faktem dokonanym. Młodszy Yaxley nie był jedynie synem dla swojego rodzica - Leon Vasilas wciąż wierzył w to, że jego syn się opamięta i przestanie pracować przy smokach, by poświęcić się jego biznesowi. Sęk w tym że Morgoth nie chciał tego robić. Owszem. Mógł pomagać ojcu w tych wszystkich sprawach dotyczących zarówno sklepu jak i rodu, ale to musiało mu wystarczyć. Poza tą jedną rzeczą był przecież oddanym dzieckiem i mało który ojciec mógł się przyznać bez kłamania, że był w tej samej sytuacji co nestor Yaxley'ów. Patrząc na młodą szlachciankę przed sobą, wiedział, że już niedługo i ona pożegna się z tą wolnością, która jej została. I musiała działać szybko, jeśli nie chciała uchodzić za starą pannę. Szczególnie że jej siostra mogła ją w tym fakcie ubiec. To wszystko było jednak tylko grą i oboje to wiedzieli. Nic nie było w tym prawdziwego, ale miało się stać ich rzeczywistością. On zamierzał spełnić ten obowiązek bez słowa sprzeciwu, wiedząc, że było to dla dobra rodziny. A dla niej mógł wszystko. Czy miał przed sobą również kogoś, kto był na to gotowy?
- To chyba niezbyt bezpieczne - odparł na słowa kobiety, wędrując chwilę spojrzeniem po jej twarzy, a następnie przenosząc uwagę na wejście do ogrodów. Wzmożona czujność w tym miejscu miała swoją przyczynę, dlatego też nikt postronny nie mógł tam wejść i lady Slughorn musiała też o tym wiedzieć. On nie posiadał tych uprawnień. Owszem. Znał się na smokach, ale żaden z tych albionów czarnookich nie był jego podopiecznym, a on nie miał prawa w nic interweniować. Zapewne nawet poprzez wspomnienie o poszukiwaniach lorda Rosiera, nie zdołałby przejść. Słusznie, chociaż niezwykle utrudniało to komunikację. Cóż... I tak miał się z nim spotkać tej nocy z resztą Śmierciożerców. - Nie pozwolą nam przejść - odparł jedynie, wciąż wpatrując się w wysoką bramę z kobietą. To nie był rezerwat jednorożców jak ten w którym pracowała Rosalie. Były tu ścisłe miejsca, w które mogli wchodzić odwiedzający, ale nikt prócz pracowników nie mógł odejść nigdzie dalej. Ich dwójka i tak oddaliła się od głównej ścieżki. I chociaż Morgoth zamierzał znaleźć Tristana, nie mógł zostawić lady Slughorn samej. Nawet jeśli przybyła tu w samotności.
[bylobrzydkobedzieladnie]




Thus he came alone to Angband’s gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat.
And Morgoth came



Ostatnio zmieniony przez Morgoth Yaxley dnia 11.04.17 8:52, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Estelle Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 http://www.morsmordre.net/t4635-volare http://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
alchemik w św. Mungu
24
Szlachetna
Panna
Trust your blood.
1
10
11
12
1
0
8
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ogrody   11.04.17 0:34

I ona nie znała Morgotha Yaxleya, a to co wiedziała na jego temat wynikało z zasłyszanych przez nią rozmów w towarzystwie. Wiedziała same suche fakty jak to, że był milczkiem oraz opiekunem smoków, co już samo w sobie wystarczało, by zainteresowała się nim na dłużej niż kilka marnych chwil. Sama niewiele się odzywała, co w pewien sposób podpowiadało jej, że lord Yaxley zapewne ma bardzo dużo w zanadrzu, a ona małymi kroczkami wreszcie znajdzie sposób, by do niego trafić.
W kwestii małżeństwa i tradycji rodzinnej Estelle nie różniła się zbytnio od innych rodów. Może nieśpieszno jej było do ślubnego kobierca, domu i dzieci, jednak wynikało to ze zwykłej obawy przed przyszłością. Nie wiedziała nic o relacjach damsko-męskich, w zasadzie niewiele wiedziała o samych mężczyznach, bo jedyny jej błąd życia został wyeliminowany w wieku szesnastu lat przez najsłodszą Evelyn. Poza tym obawiała się, że mąż zabroni jej dalszej pracy w swoim fachu a to zabolałoby najmocniej, sprawiając, że byłaby nieszczęśliwa do końca swoich dni. Nie miała naturalnie zamiaru sprzeciwiać się woli rodziny, więc chcąc nie chcąc powoli zaczynała rozglądać się za spojrzeniami potencjalnych kandydatów. Czy widziała potencjalnego kandydata w tym stojącym u jej boku mężczyźnie?
- Lordzie Yaxley... - odwróciła się wreszcie przodem do chłopaka, posyłając mu jeden ze swoich naturalnych uśmiechów. - Co w dzisiejszych czasach nie jest niebezpieczne? - zaciekawiła się jego zdaniem na ten temat. Chciała nawiązać rozmowę, choćby krótką, chwilową nić porozumienia, nie wynikającą z wpojonego od maleńkości szacunku wobec dam, a z chęci. Chciała posłuchać jego głosu, zdania na dany temat, żeby sprawdzić czy miała rację. Czy miała rację z tym, że Morgoth nie jest tak dziwny, jakim go piszą, lecz po prostu traktował świat po macoszemu uznając, że nie będzie się odzywać.
- Cóż, wrócę innym razem - nie mogła odpuścić sobie wizyty w obserwatorium, czy terrariach z małymi smokami. Wiedziała, że przy najbliższej okazji znowu będzie próbowała namówić Tristana do swojego szalonego pomysłu, żywiąc cichą nadzieję, że wreszcie się ugnie.
Estelle przesunęła jeszcze raz wzrokiem po krzaczku róży, by wreszcie skrzyżować ręce za plecami i ruszyć powolnym krokiem w stronę dostępnej części ogrodu.
- Zechciałbyś mi potowarzyszyć? - zaproponowała, ale nie nalegała. Potrafiła samodzielnie trafić do wyjścia i nie miała zamiaru bezceremonialnie wdzierać się przez bramę do wnętrza rezerwatu, co mogła zagwarantować swojemu towarzyszowi od razu. Póki co nieśpieszno jej było do domu i pracy. - Jaką skórę mają smoki? Gładką, jak zwój pergaminu, czy może szorstką jak te kamyczki? - spytała z wyraźną ciekawością na pożegnanie, bądź rozpoczęcie rozmowy, w zależności od tego jak bardzo mu się śpieszyło do dalszej samotnej wyprawy.



Powrót do góry Go down
 

Ogrody

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Ogródek różany
» Ogrody Północne
» Ogrody japońskie
» Ogrody
» Wodne Ogrody

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia :: Dover :: Rezerwat Albionów Czarnookich-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17