Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Skwerek

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Skwerek   05.03.16 22:01

First topic message reminder :

Skwerek

Zielone serce miasta z wielką fontanną, która przyciąga wzrok. To idealne miejsce na spędzenie leniwego popołudnia na jednej z ławek, spacery ze znajomymi pośród wijących się ścieżek lub rozłożenie koca na intensywnie zielonej, wiecznie młodej trawie. W tym miejscu tętni życie całej magicznej społeczności doków - tutaj nawiązuje się znajomości, podsłuchuje najgorętsze plotki. W powietrzu unosi się zapach magnolii, które dzięki magii kwitną tutaj o wiele dłużej, a w słoneczne dni, dzieci szaleją w wodzie pomiędzy ustawionymi figurkami łabędzi i syren.

Jak wszędzie w magicznym porcie, znajdzie się tutaj odrobinę magii - mieszkańcy twierdzą, że wrzucenie do wody monety przynosi szczęście - być może to tylko jedna z plotek, jednak gdy próbujesz, coś się dzieje (możesz rzucić kością k100):

1-20 - figura syreny ożywa i spryskuje cię wodą prosto w twarz.
21-30 - śledzisz wzrokiem, jak twoja moneta opada na dno fontanny. Nic się nie dzieje.
31-40 - łabędź ożywa, trzepocze agresywnie skrzydłami, wyciąga swoją długą szyję, próbując cię dziabnąć w rękę. Tracisz 1 pkt OPCM na okres trwającego miesiąca fabularnego.
41-60 - widzisz, że na murku fontanny znajduje się wielka żaba, która wskakuje ci do kieszeni/za dekolt, gdy tylko się zbliżasz. Jeśli nie czujesz obrzydzenia, możesz ją zatrzymać.
61-80 - syrena uraczyła cię swoim śpiewem. Niezależnie czy twój głos jest godny śpiewaka operowego, czujesz nieodpartą potrzebę, by stworzyć duet wraz z nią.
81-90 - śledzisz wzrokiem, jak twoja moneta opada na dno fontanny. Nic się nie dzieje.
91-100 - syrena ożywa, podpływa do ciebie, by dać ci buziaka. Otrzymujesz +1 pkt do OPCM na okres trwającego miesiąca fabularnego.
Lokacja zawiera kości.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Edwin Prewett
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4363-edwin-prewett http://www.morsmordre.net/t4371-kremowka http://www.morsmordre.net/t4433-maly-lord#94684 http://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow
Mały lord
5 lat
Szlachetna
Kawaler
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
2
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Skwerek   21.03.17 22:46

Przybiłem ogromną piątkę z panem od lodów, tak ogromną, że aż zabolały mnie palce! Zacząłem machać nią w powietrzu, ale to machanie wcale nie pomagało, nie rozumiem czemu ludzie tak robią. Może strzepują ból? Zacząłem więc machać jeszcze mocniej, ale guzik mi to dało. I bolała mnie dłoń i guzika też nie miałem. Beznadziejnie. Ale pochwała, że umiem bardzo dobrze tańczyć i śpiewać jednak poprawiła mi nastrój i zaraz o bólu w paluszkach zapomniałem.
- Muszę ją zapamiętać, to potem zaśpiewam i mamie i tacie i pani Picks! - oświadczyłem.
Ale cała piosenka od razu wyleciała mi z głowy w momencie, gdy pan od lodów wyciągnął żabę ze swojej kieszeni. Aż mi się oczy zaświeciły, przecież bardzo chciałem ją dostać dla siebie, a pan od lodów na Pokątnej właśnie mi ją dawał. Chwyciłem ją w swoje ręce, starając się jej za mocno nie ścisnąć. Musiała być żywa jeżeli chciałem ją wpuścić do łóżka do Miriam! A potem, jak jej Miriam nie zabije, to ją wypuszczę do ogrodu i będzie nam rechotać w stawie. Trzymałem ją więc uważnie oglądając z jednej strony, potem z drugiej, potem od góry, a potem od dołu. Miałem bardzo poważną minę i bardzo się mocno zastanawiałem co począć teraz z tą żabą. Bo jak ją pani Picks zobaczy, to nie pozwoli mi jej zabrać.
- A co jedzą żaby? - zapytałem w końcu.
Opiekowanie się żabą było gorsze niż myślałem. Taka żaba powinna przecież jeść i spać i gdzieś robić sisiu. O ile żaby to w ogóle robiły! Ciocia Julia na pewno by wiedziała, ale jak zacznie pytać skąd mam żabę i co z nią zrobić?
- A jak powiem pani Picks, że chcę zabrać żabę do ogródka, to mi pozwoli? - dopytałem.
Bo zapaliła mi się żarówka nad głową, nawet spojrzałem do góry by sprawdzić czy naprawdę tam się znajduje, ale już znikła, że mogę ją póki co trzymać w ogrodzie, a potem w odpowiednim momencie ją znaleźć, zabrać i zrobić psikusa Miriam! Aż podskoczyłem uradowany uznając mój plan za idealny!




Jest gdzieś lecz nie wiadomo gdzieŚwiat, w którym baśń ta dzieje się
Malutki Edwin mieszka w nim
I wiedzie wśród czarodziejów prym

Powrót do góry Go down
Florean Fortescue
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3393-florean-fortescue http://www.morsmordre.net/t3438-laverne#59673 http://www.morsmordre.net/t3432-pan-fortescue#59587 http://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 http://www.morsmordre.net/t3439-florean-fortescue#59674
współwłaściciel lodziarni
27
Półkrwi
Kawaler
Pijemy z czary istnienia
Z zamkniętymi oczami,
Złote skropiwszy jej brzegi
Własnymi gorzkimi łzami.
15
10
0
0
11
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Skwerek   22.03.17 19:49

- Na pewno się ucieszą jak im tak pięknie zaśpiewasz i do tego jeszcze zatańczysz! - Powiedział i nie były to wcale puste komplementy - naprawdę uważał, że jego rodzice z przyjemnością obejrzą podobny występ. Wyglądali na ludzi niezwykle przywiązanych do swoich dzieci, co (jak zdążył zauważyć) nie było zawsze cechą przypisywaną każdemu arystokracie. Tak jak znajomość żab, choć nawet Florek ze swoim przeciętnym statusem krwi nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie Edwina. - Yyy... - zaczął niezbyt inteligentnie. - Żaby jedzą... jakieś owady - powiedział, kojarząc sobie te wszystkie bajki z żabami wyciągającymi długi język po muchę. Nie wiedział ile było w nich prawdy, ale jego wiedza na temat zwierząt ograniczała się właśnie do takich informacji, dlatego też szybko podchwycił zmianę tematu. Nie chciał opowiadać chłopcu większej ilości głupstw. - Hmm... - zastanowił się odrobinę zmieszany, tak naprawdę doskonale znając odpowiedź. - Obawiam się, że może być z tym różnie - powiedział rozbawiony, choć nigdy w życiu nie widział na oczy żadnej pani Picks. Mógł się jedynie domyślać, że to ich opiekunka i, jako porządna opiekunka, nie będzie pochwalała noszenia żab w kieszeni. - Tylko pamiętaj, że jeżeli postanowisz ją ze sobą zabrać, to musisz potem o nią dbać - przypomniał, zamachnąwszy mu przed oczami palcem wskazującym, po chwili uświadamiając sobie, że ten gest to jakiś typowo ciotkowy jest. Odchrząknął cicho i stanął na palcach, dalej wyglądając jakiejkolwiek rudej czupryny. I zauważył! Zauważył dziewczynkę z burzą rudych włosów, która trzymana była za rączkę przez wyraźnie zdenerwowaną kobietę w średnim wieku. Ryzyk fizyk. - Pani Picks! - Krzyknął, choć wcale nie miał pewności, że to właśnie ona. - Zawołaj razem ze mną - powiedział Edwinowi i po raz kolejny wykrzyknął nazwisko kobiety, a ta w końcu odwróciła się w ich stronę i wręcz zaczęła do nich biec. Wtedy Florean wyciągnął dłoń do swojego nowego małego kolegi, żeby się z nim pożegnać jak na mężczyzn przystało. - Dziękuję ci Edwinie za miłe spędzenie czasu - powiedział i uśmiechnął się przyjaźnie, po czym przywitał się z panią Picks i zapewnił ją, że Edwin to bardzo grzeczny i sympatyczny chłopiec. Pomachał mu jeszcze, poobserwował jak pomału znika w tłumie ludzi, i sam teleportował się w inne miejsce.

|zt




Beatus, qui prodest, quibus potest
for the rescue

Powrót do góry Go down
Louvel Rowle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4459-louvel-rowle http://www.morsmordre.net/t4472-poczta-louvela#95528 http://www.morsmordre.net/t4471-lou#95512 http://www.morsmordre.net/f75-cheshire-beeston-castle http://www.morsmordre.net/t4474-louvel-rowle#95532
łącznik z duchami w MM
33
Szlachetna
Wdowiec
Death is not the end.
10
20
0
0
0
5
3
5
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Skwerek   14.05.17 19:16

11.04

Pogoda zachęcała do wyjścia na zewnątrz. Opuszczenia starego, chociaż przytulnego dworu. Wracając z pracy Louvel odczuł nieznośne wrażenie, że zbyt wiele czasu spędzał wśród duchów, w coraz bardziej ponurych domostwach, z coraz bardziej roszczeniowymi klientami oraz marudnymi perlistymi zjawami lubującymi się w destrukcji. Zapomniał jak wygląda świat zewnętrzny - powiew ciepłego wiatru smagającego twarz oraz rozwiewającego włosy wydawał się być nierealny. Równie ciepłe promienie słoneczne ogrzewające skórę stanowiły dawno zapomnianą historię. Kiedyś zdarzało mu się spacerować gdzieś indziej niż we własnym ogrodzie - z żoną, później samotnie z maleńką jeszcze córką. Sporadycznie, ponieważ zdecydowanie nie potrzebował roztkliwiania się nad swoją latoroślą, tak jak ona nie potrzebowała przesadnej czułości - nie zmieniało to jednak niezaprzeczalnego faktu, iż więzi należało budować. Właśnie po to, żeby dzieci zawsze stały za swoją rodziną, gotowe do najwyższych poświęceń - w tym do posłuszeństwa oraz spełniania obowiązków względem familii. Lou wiedział, jak ważna jest solidarność oraz możliwość pokładania w najbliższych drogocennego zaufania i to właśnie starał się przekazać Arleen. Nawet jeśli ich spotkania rzadko nosiły znamiona przyjemnych lub jeśli było ich tak niewiele - wierzył, że jest na tyle mądra, żeby wiedzieć w jakim celu ją odsuwał od rodziców. Musiała być silna, władcza, nieprzystępna - była Rowle’m. Miała ucieleśniać siłę oraz potęgę magicznej krwi, gdzie nie było miejsca na sentymenty oraz zawahania z powodu uczuć. Jeżeli trzeba było niszczyć - należy niszczyć bez mrugnięcia okiem, jeśli trwać najmocniejszą opoką - należy ogrodzić się najtrwalszym z kamieni oraz być. Zasady były proste, chociaż naznaczone koniecznością dotkliwych wyrzeczeń. Takich, które potrafili znieść jedynie oni - poskramiacze duchów, najczystsi z najczystszych, nieustraszeni w swoich poglądach oraz działaniach, władcy Cheshire oraz ducha tamtejszych lasów - nie mogli tego zaprzepaścić. Zwłaszcza w dobie kryzysu, coraz wyraźniejszej wojny oraz rozłamów prowadzących do brutalnego armagedonu.
Wśród tego musi znaleźć się miejsce na nagrodę za trud, jaki jego córka wkładała w naukę nie tylko wiedzy podręcznikowej, lecz również życiowej. Przygotowującej ją do bycia posłuszną, a jednocześnie potężną damą, dumą rodu. I ojca, czego jednak nie przyznałby na głos. Nie musiał - na pewno widziała ją w jego oczach podczas dowiadywania się o jej postępach. Które śledził, mimo, że nie osobiście ich doglądał. Musiał, nie mógł pozwolić sobie na samowolkę w Lyme Park, nie jeśli chodziło o dziedzictwo jego oraz zmarłej Amaryllis - musiało być równie idealne co oni. Nawet jeśli inni twierdzili inaczej.
Wspólny spacer w odleglejsze rejony Wielkiej Brytanii miał być właśnie tą nagrodą. Niewielką nicią spalającą wątłe relacje pomiędzy rodzicem a jego dzieckiem. Wyróżniali się w tłumie swoim dworskim wyglądem, lecz Louvel nie zwracał na to uwagi. Cieszył się prawdziwym, spokojnym popołudniem z dala od otaczającej go ciemności oraz pracoholizmu. Po raz pierwszy nie miał ochoty być żadnym mediatorem oraz nie ugłaskiwać nikogo - namiastka nigdy niedoświadczonej wolności.
- Jak ci się tutaj podoba? - zaczął spokojnie, od niegroźnego pytania, kiedy szli wzdłuż alejki kierując się do magicznej fontanny. Nie tylko oni postanowili nacieszyć się wyjątkowo pięknym dniem - gdzieniegdzie na kocach siedziały pary, inne dzieci biegały wokół nagromadzonej wody. Z kolei Lou zastanawiał się nad zachowaniem Arleen w podobnej sytuacji - to dziwne, lecz nigdy jej w takowej nie widział. Czy poradzi sobie z dziecięcą beztroską oraz rozprężeniem w starciu z odpowiednim zachowaniem się?




When you're standing on the crossroads that you cannot comprehend - just remember that death is not the end

Powrót do góry Go down
Arleen Rowle
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4513-arleen-rowle http://www.morsmordre.net/f262-cheshire-lyme-park
Dama, ukochana córka
9
Szlachetna
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
10
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Skwerek   26.05.17 19:02

Naprawdę ucieszyłam się, gdy mój ojciec zaproponował mi wspólny spacer. Tak rzadko miałam okazję spędzić z nim większą część swojego czasu, że z prawdziwą radością i wdzięcznością przyjęłam jego pomysł, na który oczywiście przytaknęłam. Spacer miał odbyć się po południu, skutecznie odwracało to moją uwagę od jakiejkolwiek nauki, myślami fruwałam po swojej garderobie szukając idealnej sukienki, którą mogłabym założyć na taką uroczystość. Bo spotkanie z ojcem było dla mnie niezwykle ważnym wydarzeniem i nie można było temu zaprzeczyć. Dzisiejszego dnia za nic robiłam sobie uwagi nauczycieli, że powinnam się skupić na książce, a nie bujać w obłokach. Chociaż zazwyczaj przykładałam się do nauki i nie można było mi niczego złego zarzucić, to dzisiejszego dnia pozwoliłam sobie na swobodę i potraktowania nauczycieli swoją własną miarą i sprawiając, że dzisiejszy dzień był dla nich zdecydowanie trudniejszy.
Skrupulatnie przygotowywałam się do wyjścia, kazałam sobie pięknie wyczesać włosy, aby najmniejszy kołtun nie został na mojej głowie. Kazałam przygotować sobie dziesięć sukienek, z których miałam wybrać tą idealną na dzisiejsze popołudnie. Kazałam się wypryskać ładnymi perfumami i idealnie wyczyścić buciki. Wszystko miało być na najwyższym poziomie. A potem pojawił się ojciec, który chwycił mnie za dłoń i zabrał na ten upragniony spacer. A ja starałam się iść obok niego, z idealnie wyprostowanymi plecami, z wysoko uniesioną brodą i co jakiś czas na niego spoglądałam, czekając na pochwały.
Pojawiliśmy się w małym parku, daleko od naszego miejsca zamieszkania. Rzadko miałam okazję zwiedzić inne rejony Anglii, dziecięca ciekawość wzięła górę, więc co jakiś czas oglądałam się za czymś ciekawym, wcześniej kompletnie mi nie znanym. Widziałam panie i panów, którzy spędzali wspólnie czas siedząc na ławeczce, nie raz i nie dwa przebiegała obok nas grupka dzieci, w tym także panienki mojego wzrostu, które trzymając w dłoniach kwiatki zerwane z okolicznego trawnika, biegły za chłopcami z rumieńcami na policzkach. Patrzyłam na to wszystko z pewnego rodzaju ciekawością, nigdy nie pomyślałabym, że ktoś mógłby się tak bawić. Uniosłam głowę w kierunku ojca, gdy padło pytanie. Zacisnęłam lekko usta, szukając odpowiednich słów.
- Jest tu bardzo ładnie, ojcze. Bardzo podoba mi się ta fontanna, ale te dzieci wchodzą do niej i brodzą w niej, nawet dziewczynki w sukienkach - odpowiedziała, a mój wzrok utkwił na jednej panience, która właśnie z piskiem unosiła dół swojej kiecki do góry, ukazując nóżki i za nic mając sobie krzyki swojej opiekunki.
To na pewno nie było zachowanie odpowiednie dla dziewczynek, aczkolwiek ciekawiło mnie jak to jest czuć na swoich stopach przyjemny chłód wody, tym bardziej, że zaczynały mnie troszkę boleć w nowych bucikach. Spojrzałam ponownie na ojca ciekawa jego reakcji na ten widok.


Powrót do góry Go down
Louvel Rowle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4459-louvel-rowle http://www.morsmordre.net/t4472-poczta-louvela#95528 http://www.morsmordre.net/t4471-lou#95512 http://www.morsmordre.net/f75-cheshire-beeston-castle http://www.morsmordre.net/t4474-louvel-rowle#95532
łącznik z duchami w MM
33
Szlachetna
Wdowiec
Death is not the end.
10
20
0
0
0
5
3
5
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Skwerek   21.06.17 11:10

Nieświadomy poczynań własnej córki odnośnie nauki oraz stosunku do guwernantek Lou nie spodziewał się, że swoją propozycją wspólnego opuszczenia Cheshire ujemnie wpłynął na dzisiejsze zajęcia Arleen. Uważał ją za odpowiedzialną, rozsądną dziewczynkę podchodzącą do zdobywania cennej wiedzy niezwykle poważnie. Wszakże był czas na lekcje, a był czas na zabawę - tej jej nigdy nie szczędził kiedy wywiązała się już ze swoich obowiązków. Prawda jest również bolesna, ponieważ Louvel nie kontrolował poczynań swojej latorośli nazbyt często. Jej wychowanie całkowicie zrzucał na nauczycieli oraz opiekunki, samemu rzadko przypominając sobie o tych powinnościach. Zajęty był pracą oraz spotkaniami towarzyskimi mającymi ogromny wpływ na porządek magicznej społeczności, której był częścią. Kochał córkę, lecz pamiętał też o rodowej tradycji - ostatnim, czego chciałby dla niej było przesadne roztkliwianie się nad własną osobą. Widział w niej przyszłą lady Rowle, dumną oraz niezłomną kobietę potrafiącą oddzielić uczucia od powinności - te pierwsze pozostawiając w słusznym uśpieniu jak na wilka przystało. Nie spodziewał się nawet jak mocno to wszystko wymknęło się spod kontroli. W swoim tragicznym cierpieniu zapomniał o tym, że jego córka również mogła przeżyć śmierć matki - prawdopodobnie założył z dużą pewnością siebie, że ich brak kontaktu nie wytworzył w żadnym stopniu więzi mogącej mieć wpływ na dalsze życie Arleen. Lou często wysnuwał wnioski oparte jedynie o własne przekonania, nie sprawdzając nawet ich prawdziwości - notorycznie mianował się człowiekiem nieomylnym - a w konfrontacji z rzeczywistością przeżywał niemałe zaskoczenie. Istniało duże prawdopodobieństwo, że tyle lat własnej ignorancji zaowocuje w niedalekim czasie przykrym szokiem, kiedy prawda okaże się rozmijać z jego osądami uważanymi przezeń jako stabilny pewnik.
Idąc tutaj uzmysłowił sobie, jak mało zna swoją córkę. Widział ją jako przykładną, wykształconą lady, lecz co lubiła robić? O czym myślała? Jakie były jej obawy? Marzenia? Wolała grę na skrzypcach czy naukę tańca? W myślach gorączkowo szukał odpowiedniego dla jej wieku tematu, który mógłby poruszyć - a kiedy odpowiedziała mu pustka, stracił trochę rezonu. Denerwował go trochę wszechobecny harmider, niewychowane dzieci oraz szczęśliwe rodzinki niewidzące niczego złego w swoim zachowaniu pozbawionym dobrych manier. Mruknął coś niesłyszalnego pod nosem, następnie zebrał się w sobie, żeby uczynić tym popołudniem przyjemnym dla nich obojga.
- Niestety czarodzieje niżsi stanem nie znają zasad etykiety, nie uczą zatem ich podstaw własnych dzieci. Żyją więc w kokonie z własnych wad nawet nie wiedząc, że robią źle. Chociaż gdyby poprawnie interpretowali postawione znaki lub przynajmniej ich nie ignorowali, zrozumieliby, że kąpiel w fontannie nie tylko nie przystoi, lecz także jest zabroniona - odparł, podbródkiem wskazując na widniejący niedaleko znak traktujący o zakazie podobnych praktyk. - Za to bije od niej przyjemny chłód. Mam nadzieję, że nikt nas nie obleje, chciałbym sprawdzić starą legendę mówiącą o magicznej fontannie - dodał z lekkim uśmiechem na twarzy. - Chcesz też? - spytał ciekawy reakcji córki. Póki co wyjął z sakiewki tylko jedną monetę, którą zaraz rzucił w wodną toń. Ryzykując naprawdę wiele, lecz w tej chwili ciekawość wygrywała z obawami o konsekwencje.




When you're standing on the crossroads that you cannot comprehend - just remember that death is not the end

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Skwerek   21.06.17 11:10

The member 'Louvel Rowle' has done the following action : rzut kością


'k100' : 78


Powrót do góry Go down
Arleen Rowle
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4513-arleen-rowle http://www.morsmordre.net/f262-cheshire-lyme-park
Dama, ukochana córka
9
Szlachetna
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
10
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Skwerek   21.06.17 15:00

Nigdy nie sądziłam, że moje poczynania kiedykolwiek wyjdą na jaw. W kłamstwie byłam tak samo dobra jak w retoryce, którą tak silnie wbijano mi do głowy. Byłam pewna, że w razie czego uda mi się wybronić, a służba jest zbyt tchórzliwa, aby poskarżyć się na moje zachowanie. Nawet nie wiedziałam jak bardzo zbyt pewna siebie jestem oraz, że o moim nieodpowiednim zachowaniu ojciec już niedługo się dowie i to wcale nie od przeklętych guwernantek.
Wszystko zaczęło się w momencie, gdy mama umarła. Mimo że wcale nie poświęcała mi swojego czasu i właściwie się nie widywałyśmy, to była między nami więź. Więź między córką a matką pojawia się już w trakcie pojawienia się dziecka na świecie i zabranie mnie od niej nie sprawiło, że ta więź prysła. Była. Ja ją czułam i pielęgnowałam w swoim sercu. A gdy mama znikła, to ja bardzo to przeżyłam.
Być może moje zachowanie faktycznie wymknęło się spod kontroli, może to wina opiekunów, którzy pozwolili mi wejść sobie na głowę. Po śmierci mamy na dużo mi pozwalali, widzieli bowiem mój smutek w oczach. Nauczyli mnie swobody, nauczyli mnie tego, że mogę nimi rządzić i pomiatać i jeśli do kogokolwiek miałyby pójść pretensje, to na pewno nie do mnie. Zachowywałam się tak jak na członka rodu Rowle przystało, byłam władcza, tak jak wszyscy wokół. Szkoda tylko, że nie potrafiłam odróżnić prawdziwej władczości i niezależności oraz umiejętności dyrygowania innymi od swojego zachowania, które było po prostu nękaniem niżej położonych. Ale czego można wymagać od dziewięcioletniego dziecka, prawda? Tym bardziej, że ojcec również nigdy nie zauważył, a może nie chciał zauważyć tego, że dzieje się coś ze mną niedobrego? Nikt mnie nigdy za to nie ukarał, po tylu latach, było to dla mnie normalnością i nawet nie chciałam sobie wyobrażać dnia, gdy okaże się, że wcale tak nie jest.
Swojego ojca słuchałam uważnie, zawsze starałam się wyciągać z naszych wspólnych chwil jak najwięcej. Uwielbiałam spędzać z nim czas, czułam się wtedy szczęśliwa, w centrum jego zainteresowania. Pragnęłam być jego oczkiem w głowie, jego jedyną miłością i jedyną osobą, której poświęcałby swój czas. Oczywiście rozumiem, że ma pracę i obowiązki, dlatego nigdy nie tupnęłam nogą i nie kazałam mu się sobą zająć. Przed ojcem zawsze byłam idealna.
- Nauka etykiety powinna być obowiązkowa, ojcze - odezwałam się po krótkiej chwili milczenia. Musiałam zebrać słowa, bo chciałam brzmieć mądrze. - I umiejętność czytania także. Ja wiem co tam jest napisane, zakazy są po to by je przestrzegać i nigdy nie wsadziłabym tam nóżek. Gdyby tamte panienki umiały czytać i ktoś nauczyłby je przestrzegania zasad, to jestem pewna, że nikt by się tam nie bawił. Fontanna nie jest do tego, by się na niej bawić, tak samo jak schody czy biurko w twoim gabinecie.
Wykazałam się ogromną wiarą w ludzkie zachowanie. Chociaż wiedziałam, że są to osoby od nas niżej usytuowane w społecznej hierarchii, to byłam tylko dzieckiem, a dzieci chyba tak mają, że najpierw widzą tylko tą dobrą stronę i wykazują się nadmierną naiwnością. Nawet jeśli podczas nauk stara się im to wyperswadować.
- Ta fontanna jest magiczna? - zainteresowałam się. - Jak ty chcesz sprawdzić, to ja też chcę.
Nie potrafiłam ukryć tego, że moje oczy zalśniły z podniecenia. Dawno nie spotkało mnie coś innego niż to, czego mogłam doświadczyć w murach naszej posiadłości. Dlatego bardzo się podekscytowałam, mimowolnie mocniej ściskając ojcowską dłoń. I chociaż starałam się zachować powagę i nadal stałam prosto z wysoko uniesionym podbródkiem, to lekko się wychyliłam chcąc obserwować opadającą monetę. Byłam bardzo ciekawa tego, co się wydarzy.
Nagle poruszyła się syrena, a ja aż otworzyłam szerzej oczy i, troszkę niegrzecznie, uchyliłam usta ze zdziwienia. Wpatrywałam się w nią z zafascynowaniem i słuchałam jej pięknego śpiewu do momentu, aż ojciec się do niej nie dołączył.


Powrót do góry Go down
Louvel Rowle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4459-louvel-rowle http://www.morsmordre.net/t4472-poczta-louvela#95528 http://www.morsmordre.net/t4471-lou#95512 http://www.morsmordre.net/f75-cheshire-beeston-castle http://www.morsmordre.net/t4474-louvel-rowle#95532
łącznik z duchami w MM
33
Szlachetna
Wdowiec
Death is not the end.
10
20
0
0
0
5
3
5
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Skwerek   01.07.17 18:41

Więzi międzyludzkie wszystko psuły - sprawiały, że w życiu każdego człowieka nadchodzi czas na smutek, kiedy wypracowane relacje okazywały się nietrwałe. Rozczarowanie z każdym dniem zmierzało w stronę Louvela, który nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie chciał tylko nadwyrężać rodowych tradycji, chociaż granica była niezwykle cienka oraz łatwa do przekroczenia. Poruszał się po omacku w ojcowskich przykazaniach oraz zakazach mogąc jedynie wierzyć, że nie zawiedzie go intuicja. Nie rozpuści swej córki - chociaż już była rozpieszczona do granic możliwości. Czułość była jedyną, czego szczędzono jej w Cheshire - lecz mimo tak jawnych luk wychowawczych Arleen potrafiła przynajmniej stwarzać pozory idealnej arystokratki. Dziecka, którym nadal była - a które nigdy się nie skarżyło na swój los. Cieszyła się, oczekiwała tych nielicznych spotkań z rodzicem, nieopiewających w surowe reprymendy lub polityczną indoktrynację nakazującą stawiać się wyżej ponad resztę społeczeństwa, a szczerą nienawiścią darzyć szlamy oraz ich popleczników. Dzisiejsze popołudnie przypominało zwykły spacer ojca z córką; dookoła nich przesuwał się klatka po klatce sielankowy obrazek niewychowanej, lecz beztroskiej dzieciarni oraz ich roześmianych rodziców. Lou obserwował to wszystko zza szyby, podobne zachowania wszakże ich nie dotyczyły. Byli jedynie widzami małp w klatkach, tego jak się w swym małpim gaju bawią, budząc w nim samym jedynie niesmak. Nigdy nie zaznał tej formy swobody, chronił zatem od niej też swoje dziecko, wiedząc co jest dla niej najlepsze. Na pewno nie tak ordynarny brak zahamowań. Ci ludzie świadomie pozbawili się godności - w ten sposób to widział. Sądził, że Arleen go rozumiała.
Inną historią było chodzenie boso po trawie w ogrodzie - sam ukradkiem tak niekiedy robił po ciężkim dniu - czym innym było z kolei taplanie się w miejscu niedozwolonym. Z uwagą słuchał słów swojej latorośli odczuwając dumę, że podzielała jego zdanie. Być może było ono jedynie powieleniem zasłyszanych wcześniej opinii - jego czy kogokolwiek z rodu Rowle - nie ulegało jednak wątpliwościom, że widocznie trafiły one na podatny grunt. Z marszu zalały go pozytywne emocje, wzmagające u niego dobry humor.
- Jesteś bardzo pojętną uczennicą Arleen. Jestem niezwykle rad, że przejawiasz zdrowe poglądy oraz kierujesz się rozsądkiem, nie emocjami - wyraził swoje zadowolenie. Ułożył na chwilę dłoń na jej wątłym ramieniu, będącym chyba szczytem werbalnego wyrażenia jego aprobaty. Uśmiechnął się nieznacznie, celowo omijając wzrokiem dzieci w pobliżu nich. Całkowicie skoncentrował się na fontannie.
- Tak jest. Niegdyś pewien czarodziej ją wyrzeźbił, następnie tchnął w nią magię, która jednak była uśpiona przez obecność… mugoli. Powiadają, że pewnego dnia jakiś złodziejaszek uciekał właśnie z sakiewką wypchaną galeonami, lecz na swojej drodze natknął się na dzielnego czarodzieja, który własnoręcznie zatrzymał opryszka. Bohater zginął od ciosu nożem w serce, lecz uciekinierowi wypadła sakiewka - wszystkie monety wpadły wprost do fontanny. To ostatecznie uruchomiło magię, figurki syren ożyły i zapłakały gorzko nad zmarłym. Ich łzy go ocaliły sprowadzając do krainy żywych, a złodziej trafił do więzienia - opowiedział skróconą wersję legendy. - To pewnie tylko mit - dodał, wręczając córce jedną z monet. W chwili, kiedy jego opadła na dno, zupełnie jak w powieści syreny ożyły - tym razem pięknie śpiewając. Louvel niestety musiał do nich dołączyć; będąc jednak beznadziejnym śpiewakiem zaczął strasznie fałszować. Ludzie wokół zaczęli im się przyglądać, dzieci chichotały, a z kolei Rowle przestał katować innych swoim głosem dopiero w chwili, kiedy galeon upadł na dno fontanny. Mężczyzna nie wyglądał ani na zdenerwowanego ani na rozczarowanego - wręcz uśmiechał się, kręcąc głową z niedowierzaniem.

[bylobrzydkobedzieladnie]




When you're standing on the crossroads that you cannot comprehend - just remember that death is not the end



Ostatnio zmieniony przez Louvel Rowle dnia 21.08.17 18:12, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Arleen Rowle
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4513-arleen-rowle http://www.morsmordre.net/f262-cheshire-lyme-park
Dama, ukochana córka
9
Szlachetna
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
10
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Skwerek   26.07.17 0:19

Z przeogromnym zainteresowaniem słuchałam ojcowskiej opowieści o złodziejaszku i mimowolnie odetchnęłam z ulgą gdy usłyszałam, że końcem końców, bohaterski czarodziej przeżył, a cała historia dobrze się skończyła. I naprawdę chciałam wierzyć, że tak właśnie było, ale cały mój zapał opadł w momencie stwierdzenia, że to tylko mit. Aż opuściłam spięte do tej pory ramiona i zacisnęłam usteczka w prostą linię. I nawet pochwała, którą przed chwilą otrzymałam od ojca, straciła trochę na wadze, gdy coś, co było tak piękną historią zostało tak brutalnie zabite. Nie powiedziałam jednak nic, kiwnęłam lekko głową odwracając wzrok i ponownie skupiając się na fontannie.
Śpiew ojca był dla mnie czymś całkowicie niecodziennym, nie pamiętam kiedy ostatnio, i czy w ogóle, miałam okazję słuchać jego głosu w takim wydaniu. Nie było to najpiękniejsze, moja nauczycielka od muzyki pewnie złapałaby się za głowę i zatkała uszy. Ale ja nie mogłam oderwać wzroku od taty i nie wiedziałam czego chcę bardziej słuchać. Pięknego śpiewu syren czy ojca. Bardzo, bardzo żałowałam gdy skończył. Patrzyłam na niego z lekko rozchylonymi ustami nie wierząc w to, co miało miejsce. Zaraz nerwowo rozejrzałam się po okolicy, wszyscy na nas patrzyli, jak byśmy byli dziwakami. Bardzo się oburzyłam! W końcu to oni przed chwilą chodzili boso tam, gdzie nie wolno. To bardziej zasługuje na naganę, niż śpiew mojego taty. Spojrzałam na niego, myślałam, że będzie równie oburzony co ja, ale on tylko się uśmiechnął i pokręcił głową. Jeszcze bardziej mnie to zdziwiło.
- Nie złościsz się? - zapytałam ze zdziwieniem. - Wszyscy się na nas dziwnie patrzą. I ta fontanna. Mugole tego nie słyszeli, prawda?
Mój głos był pełen przejęcia, tyle dziwnych rzeczy na raz, tyle emocji, tyle bodźców, których na co dzień nie doświadczałam. Z jednej strony moje dziecięce serduszko też chciało złamać zakaz i zanużyć stópki w wodzie, z drugiej strony wiedziałam, że mi nie wolno i ojciec byłby bardzo zły, dlatego bardzo z tym walczyłam; z jednej strony równie mocno chciałam zacząć śpiewać tak beztrosko jak tata, z drugiej miałam głosik w głowie, który mówił mi, że to niegrzeczne. Tyle sprzeczności!
W końcu zdecydowałam się sama wrzucić monetę do fontanny. Machinalnie sięgnęłam po ojca dłoń, ale trafiając na kawałek materiału jego ubrania - to je mocno ścisnęłam i wychyliłam się nad wodę obserwując opadający pieniądz. Tak bardzo byłam ciekawa co się stanie! Aż czerwone wypieki pojawiły mi się na policzkach!


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Skwerek   27.07.17 2:00

The member 'Arleen Rowle' has done the following action : rzut kością


'k100' : 97


Powrót do góry Go down
Louvel Rowle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4459-louvel-rowle http://www.morsmordre.net/t4472-poczta-louvela#95528 http://www.morsmordre.net/t4471-lou#95512 http://www.morsmordre.net/f75-cheshire-beeston-castle http://www.morsmordre.net/t4474-louvel-rowle#95532
łącznik z duchami w MM
33
Szlachetna
Wdowiec
Death is not the end.
10
20
0
0
0
5
3
5
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Skwerek   21.08.17 18:36

Życie nie jest sielanką, nigdy nie było - wręcz przeciwnie, potrafi rozczarować na każdym kroku. Arleen powinna o tym wiedzieć, im szybciej tym lepiej. Opowiastką chciał jej coś przekazać, pewien morał; nie zaś upewnić w przekonaniu, że ludzka egzystencja jest z góry skazana na sukces. Wręcz przeciwnie. Lou odniósł wrażenie, że jego córka nie zrozumiała do końca tego, co pragnął jej wytłumaczyć, lecz skoro nie skomentowała opowieści w żaden sposób, nie mógł jednoznacznie naprostować jej myśli. Nie czytał w nich, wątpił nawet czy kiedykolwiek będzie mu dane się tego nauczyć. Starał się zatem nie przejmować - wręcz odgonić natrętne myśli - prawdopodobną porażką w dziedzinie edukacji swojej latorośli. Miała jeszcze czas na pobieranie wiedzy, posiadała również cały zastęp nauczycieli - być może im łatwiej przyjdzie znaleźć odpowiedni sposób. Louvel owszem, potrafił się doskonale wysławiać, przejawiał niewątpliwy dryg do prowadzenia dyskusji, odznaczał się charyzmą - lecz nadal nie był nauczycielem. Nie potrafił rozmawiać z dziećmi, tak sądził. Zwłaszcza z dziewczętami. Nie mieli wielu tematów wspólnych, dlatego ratował się opowiastkami oraz kazaniami. Być może w tym momencie popełniał błąd.
Nie kłopotał się jednak własnymi wnioskami, cieszył się z przyjemnego popołudnia, obecności Arleen u jego boku. Zaniedbywał ją, wiedziony rodzinnymi tradycjami oraz ich słusznością. Widział w niej odbicie własnej żony i chociaż zdążył pogodzić się ze stratą, to wciąż w pewien sposób wzbraniał się przed podsycaniem dawnego bólu wspominkami. Jego córka nie zasługiwała na zapomnienie - w istocie o niej nie zapominał, zwyczajnie nie posiadał czasu wolnego - wręcz przeciwnie. Tym bardziej bił się z myślami dotyczącymi jego kontaktu z własną latoroślą. To były jednakże niesamowicie sporadyczne chwile refleksji. Przez większość czasu zajęty pracą nie myślał o własnej rodzinie, chociaż powinien. Zawsze.
Śpiew przy fontannie okazał się być niespodziewanym elementem tego spaceru. Wycie, które wydobyło się z gardła Rowle'a było naprawdę straszne - większość pracy wokalnej zrobiła za niego syrena o naprawdę wspaniałym brzmieniu głosu. Owszem, ludzie zwrócili na nich uwagę - część z nich wyglądała na zniesmaczonych, część na rozbawionych, lecz sam Lou wyglądał na nieprzejętego tym wszystkim mężczyznę. Wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie zadowolonego ze swojego wątpliwego występu.
- Dlaczego miałbym być? Ci ludzie nigdy nie będą nami, nigdy nie będą mieć tego, co mamy my. Miałbym się czuć od nich gorszy tylko dlatego, że zacząłem śpiewać w miejscu publicznym? Nigdy nie trać swojej pewności siebie Arleen. Jesteś zbyt wartościowa na przejmowanie się podobnymi błahostkami - odparł spokojnie, może nawet wesoło? Z uwagą przyglądał się rzucanej przez dziewczynkę monetę. - To magiczny port, wątpię, żeby jakikolwiek… mugol to widział - dodał, przez chwilę rozglądając się dookoła. Po prawdopodobnie czarodziejach ich otaczających. Wtem usłyszał plusk wody, a rzeźba syreny ożyła, podpływając do córki Louvela. Ofiarowała jej buziaka, co najpewniej oznaczało szczęście do końca miesiąca. Uśmiechnął się. - Podzielisz się swoim szczęściem ze starym ojcem? - spytał, chociaż doskonale wiedział, że był jeszcze młody. No przecież!




When you're standing on the crossroads that you cannot comprehend - just remember that death is not the end

Powrót do góry Go down
Julia Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4231-julia-prewett http://www.morsmordre.net/t4525-poczta-julki#96302 http://www.morsmordre.net/t4523-julka-zaprasza#96300 http://www.morsmordre.net/t4798-julia-prewett
Weterynarz
25
Szlachetna
Panna
Podczłowiek i nadczłowiek są podobni w tym, że żaden z nich nie jest człowiekiem.
0
4
5
6
20
0
2 (40)
0
Zwierzęcousty
 https://68.media.tumblr.com/f4ac4a87cc99f24b4e90825593c2f7b0/tumblr_oldf5boKP91uhjffgo1_500.gif

PisanieTemat: Re: Skwerek   03.09.17 0:43

|02.05.1956r, nie zwracajcie na mnie uwagi ja tylko na jeden post!

Nie było czasu na odpoczynek i dochodzenie do siebie. Właściwie od samego rana była na nogach, zmęczona choć cała i zdrowa. W Mungu doprowadzono ją do porządku, najpierw musiała się upewnić, że z jej najbliższymi wszystko jest w porządku, gdy jednak to zrobiła, nie mogła już ignorować sów, jakie do niej docierały. Dziwne wydarzenia z pierwszego maja dotknęły nie tylko ludzi i oczywiście ci byli priorytetem, pracownicy magicznego ogrodu zoologicznego także z przerażeniem odkryli, że część zagród jest pusta. Część zaginionych zwierząt była niegroźna, z innymi gorzej.
Oczywiście, szukali ich pracownicy zoo oraz zapewne magizoolodzy, którzy zgodzili się pomóc. Julia także poszukiwała jakichkolwiek znaków.
Nie musiała szukać długo. Najpierw garboróg, który odnalazł się w Hogsmeade i siał niemały zamęt, uspokajała go grupa pięciu czarodziejów, przewożenie było jeszcze bardziej skomplikowane. Jednak zdawało się, że to było największe zagrożenie, pozostałe stworzenia były raczej niegroźne, choć wszystkie należało wyłapać. Nie zdążyła zbytnio odpocząć, zanim dostała informację o kolejnych zwierzętach. Tak szybko jak mogła, znalazła się w okolicy magicznego portu, by zaraz ruszyć nad fontannę o której w swoim liście wspominał jeden z pracowników zoo. Sam już był na miejscu, obok fontanny stało niewielkie akwarium, zapewne działające w podobny sposób, jak magiczne torby: mieściło znacznie więcej wody i zwierząt, niż pozornie.
Mężczyzna w średnim wieku stał już po kolana w wodzie z przedmiotem wyglądającym jak trochę większe sitko, cały mokry, uśmiechnął się na jej widok z niekrytą ulgą, najpewniej ciesząc się z towarzysza w tragikomicznej niedoli.
- Przy pomocy różdżek zrobilibyśmy to w sekundę. - odezwał się na powitanie. Skinęła mu głową, po trosze ciesząc się z ulewy przez którą dookoła przynajmniej nie było zbyt wielu gapiów. - Są szybsze niż by się wydawało. - dodał, najwidoczniej potrzebując mówić cokolwiek. Kiedy Julia weszła do fontanny, odkładając przy tym parasol który do tej pory chronił ją przed deszczem, poczuła jak przechodzą ją dreszcze. Rybek było dużo, wydawałoby się, że na tych swoich nogach powinny być wolniejsze od zwykłych ryb, okazało się jednak, że dawały sobie radę.
- Nie mieli więcej osób? We dwójkę będziemy je łowić pół dnia, a są poważniejsze przypadki. - mruknęła jedynie niezbyt zadowolona. Włosy związane w ciasny warkocz przemokły w ciągu sekundy, podobnie jak jej ubranie. Wzięła drugie sitko od swojego towarzysza i przykucnęła w wodzie. Pozostając w bezruchu czekała cierpliwie. Liczyła, że ryby się do niej zbliżą z czasem przestając traktować jak zagrożenie. To wydawało się sensowniejsze niż bieganie i rzucanie się na nie.
- Wszyscy gdzieś szukają, a każdym zwierzakiem trzeba się zająć. Dużo poznikało. - odpowiedział, najwidoczniej także niezbyt zadowolony z roli, jaka mu przypadła. Żadne z nich nie miało szczególnej ochoty siedzieć dziś w fontannie, żadne z nich jednak nie miało wyboru. Wszystkie zwierzęta należało znaleźć i sprowadzić do zoo jak najszybciej.
Kiecy kilka z chodzących po dnie rybek zbliżyła się, Julia złapała mocno swoje naczynie i powoli, starając się jej nie spłoszyć zbliżyła je, by następnie szybkim ruchem przykryć je naczyniem - a przynajmniej spróbować, bo i rybka czmychnęła, jak i wszystkie dookoła. Prewett warknęła pod nosem niezadowolona.
- Ogniste kraby ponoć znalazły się w jakiejś kawiarni. Już je mają, ale poparzyły dwóch pracowników, którzy chcieli sami się ich pozbywać. - pokręcił głową, a na jej zdziwienie wyrażone lekkim uniesieniem brwi, wzruszył lekko ramionami. - Nie wiem, jak ktoś taki skończył Hogwart.
Dodał. Julia była dość zdziwiona, choć pamiętała, że na lekcjach były osoby które miały z tym trudności. Niektórzy bali się gorąca, inni samych zwierząt, jeszcze inni się nie bali, ale nie mieli podejścia. Jednak skoro nie potrafili, nie powinni się zbliżać.
Zaraz jednak wstała, ruszając ku większej grupce ryb, skoro pierwsza metoda nie zadziałała, trzeba było inaczej. Choć wcale jej to nie bawiło. Może w innych, mniej nerwowych okolicznościach, może gdyby przed chwilą dziwne rzeczy nie działy się z magią, może gdyby koniec kwietnia był inny. Ale było jak było. Na szczęście chociaż gapiów nie było, wszystkich przegoniła pogoda. Lub pierwszy maja skłonił do dłuższego wypoczunku.
Tym razem udało jej się złapać nawet aż dwie rybki, szybko więc ruszyła do granicy fontanny, by wyrzucić swoją zdobycz do akwarium, które faktycznie okazało się magiczne. Odetchnęła, szczególnie że jej towarzysz zaraz dorzucił kolejną. Oboje byli przemarznięci, jednak mały sukces pozwalał myśleć, że nie potrwa to aż tak długo, jak sądzili.
Jeszcze raz zawahała się nad użyciem zaklęcia, znowu jednak zrezygnowała. Odetchnęła ciężko. Nie warto ryzykować. Nie mogła przewidzieć, co się stanie, a słyszała o różnych przypadkach.
Wróciła zaraz do swojego polowania razem z pół-znajomym człowiekiem, pracownikiem ogrodu któremu wraz z innymi pracownikami lecznicy i zapewne paroma magizoologami zgodziła się pomóc. Mężczyzna z dość charakterystycznie zakręconym wąsem wyglądał na całkiem skupionego, zaraz ponownie pochylał się nad wodą. Ona ruszyła w drugą stronę pomału, starając się nie płoszyć stworzeń. Woda drgała i tak co chwila, poruszana przez wiatr i deszcz, co choć nie było zbyt przyjemne w tej sytuacji i w tych warunkach, ułatwiało jej zadanie.
Przez chwilę przeszło jej przez myśl, co widząc ją teraz pomyśleliby ci wszyscy ludzie, w oczach których Julia na codzień usiłuje wyrobić opinię lecznicy i swoją. Musiała wyglądać bardzo niepoważnie. Pomoc zwierzętom nie mogła jednak zawsze być konwencjonalna, a jej klinika nie ograniczała się wyłącznie do weterynarii jak widać: choć było to jej główne zadanie, nie odmawiała pomocy w nagłych przypadkach. Jak ten.
Kolejne ryby przebiegły po dnie zaraz obok niej. Zamachnęła naczyniem, jednak nie udało jej się ich złapać, w dodatku wylądowała cała w wodzie. Nie, żeby robiło to jakąkolwiek różnicę, skoro i tak z nieba lało się jak wiadrami. Mokrymi dłońmi przetarła twarz, znów wstała, rozglądając się po wodzie. Jej towarzyszowi znów się udało - na szczęście - okazywał się dużo sprawniejszy, niż wydawał się z pozoru. A może jeszcze bardziej niż ona miał dość, w końcu pływał w tej fontannie jeszcze dłużej. A jego wąs tworzył mały wodospad. Chyba widząc spojrzenie lady Prewett, także otarł swoją twarz zadziwiająco dużymi dłońmi.
- Jeszcze tylko kilka. A potem jakieś inne cholerstwo. - najwidoczniej nie miał złudzeń co do spokoju przed końcem tego dnia. Julia nijak mu nie odpowiedziała. Kątem oka dostrzegła, że figura syreny, która poruszała się łagodnie od samego początku ich pobytu tutaj, zaczyna się przekręcać, jakby zamierzała pływać w tej dość płytkiej wodzie. Zamiast tego, uderzyła jedynie ogonem o wodę.
Magia robiła tego dnia strasznie dziwne rzeczy i Julia przestawała dziwić się czemukolwiek.
Nawet, kiedy dostrzegła, że krążący nad nimi łabędź to także figura, która powinna spoczywać najpewniej zaraz przy murku. Miała jedynie nadzieję, że owa rzeźba nie zleci nikomu na głowę.
Od tej pory zerkała na niego od czasu do czasu, na wredną syrenę usiłując nie zwracać uwagi - bez różdżki i tak nic na nią nie poradzi - i szła dalej rozglądając się za kolejnymi plumkami. Dwa z nich zaczaiły się pod rzeźbą przedstawiającą wielką żabę, którą Julia uważała za pominiętą przez zadziwiające magiczne anomalie do czasu, kiedy nie usłyszała dość głośnego gulgotu wydobywającego się z jej kamiennych ust.
- Tylko na mnie nie skocz... - mruknęła, jednocześnie sięgając pomiędzy jej odnóża, gdzie udało jej się pochwycić za jedną z dość elastycznych nóg plumek. Ta zaczęła się rzucać, jednak nie dała rady się wyrwać i także w chwilę później wylądowała w akwarium. Ostatnie dwie znów wyniósł mężczyzna z wąsem.
Obeszli jeszcze fontannę dookoła, zaglądając w zakamarki by upewnić się, czy to już na pewno wszystkie niby-ryby, wyglądało jednak że tutaj ich zadanie dobiegło końca. Po opuszczeniu fontanny - przyjęła pomocną dłoń mężczyzny - znów sięgnęła po różdżkę, chcąc się osuszyć, w pół roku jednak się zatrzymała.
Musi znaleźć kominek, wrócić do Weymouth i doprowadzić się do porządku.

zt




She sees the mirror of herself
An image she wants to sell,
To anyone willing to buy.
He steals the image in her kiss,
From her hearts apocalypse.
Powrót do góry Go down
Arleen Rowle
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4513-arleen-rowle http://www.morsmordre.net/f262-cheshire-lyme-park
Dama, ukochana córka
9
Szlachetna
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
10
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Skwerek   27.09.17 21:11

Już dawno pogodziłam się z faktem, że ojciec nigdy nie miał dla mnie wystarczającej ilości czasu. Może czas był jednak tylko wymówką? Może coś innego sprawiało, że tak rzadko spędzaliśmy wspólnie czas? A ja przecież tak lgnęłam do niego, gdy miał wolne i mógł spędzić ze mną trochę czasu zabiegałam o to bardzo mocno. Nie zawsze jednak się udawało, często oddelegowywał mnie zbywając swoimi ważnymi zajęciami. Nic więc dziwnego, że znalazłam sobie inne zajęcie i inny sposób na to, aby być w centrum czyjegoś zainteresowania. A że poszło to w trochę inną stronę niż mój ojciec mógł sobie to wyobrazić, to już przecież nie była moja wina. Nie było przy mnie mamy, ojciec był sporadycznie, rodzeństwa też nie miałam, a nie mogłam codziennie spędzać czasu z Heleną. Uprzykżanie życie służby było naprawdę bardzo zabawne i miło się przy tym spędzało czas. Tak jak miło spędzało się teraz czas z ojcem, który śpiewam absolutnie nie przejmując się tym, co powiedzą na jego temat inni. Byłam tym faktem naprawdę zdziwiona. Ale wysłuchałam jego słów uważnie i z przejęciem kiwnęłam głową.
- Dobrze, tato - przytaknęłam.
Jego rady były dla mnie naprawdę bardzo ważne. I z pewnością będę długo o nich pamiętać, ale może nie w tej chwili, gdy z zapartym tchem obserwowałam opadającą na dno monetę. Podskoczyłam wystraszona, gdy usłyszałam plusk wody. Syrena się ruszyła, podpłynęła do mnie i oparła się o fontannę tak, że część jej ciała wystawała po za nią. Nasze twarze znalazły się mniej więcej na tej samej wysokości, patrzyłam na nią zauroczona tym obrazkiem, gdy nagle dostałam całusa w policzek. Otworzyłam szeroko oczy, paluszkami dotknęłam miejsca, w którym syrena mnie ucałowała i z przejęciem spojrzałam na ojca.
- Widziałeś, tato? - zapytałam rozemocjonowana. - Dostałam całusa!
Bardzo poniosły mnie emocje, to było takie ekscytujące! Miałam ochotę, ah, nawet to zrobiłam! Aż podskoczyłam z radości. Szeroko się uśmiechnęłam i spojrzałam na ojca, a na jego pytanie się roześmiałam.
- Ojcze, wcale nie jesteś stary - powiedziałam radośnie. - Oczywiście, że się z tobą podzielę.


Powrót do góry Go down
Louvel Rowle
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4459-louvel-rowle http://www.morsmordre.net/t4472-poczta-louvela#95528 http://www.morsmordre.net/t4471-lou#95512 http://www.morsmordre.net/f75-cheshire-beeston-castle http://www.morsmordre.net/t4474-louvel-rowle#95532
łącznik z duchami w MM
33
Szlachetna
Wdowiec
Death is not the end.
10
20
0
0
0
5
3
5
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Skwerek   07.10.17 19:44

Chciałby spędzać z nią więcej czasu, była jego córką - niestety? - była również też córką Amaryllis. Ból mimo wszystko gdzieś pozostawał, nawet jeśli miał wielkość niewielkiej drzazgi wbitej w serce. Ostatnio okrutnie ktoś z niego zakpił, zaogniając tym samym jego smutek. Lub raczej wściekłość - na to, że nic nie mógł zrobić. Nie potrafił uratować żony, czy zatem mógł otoczyć opieką Arleen? Nie wyobrażał sobie tego. Wolał ją chować w Lyme Park, w otoczeniu nauczycieli oraz guwernantek, to na nich zrzucając odpowiedzialność. Czy było to dobrym pomysłem? Według wieloletnich tradycji owszem. Sam Lou miewał często wątpliwości odnośnie drogi, którą podążał. Nie mógł. Nie mógł nigdy zwątpić, zwątpienie prowadziło do nadmiernej eskalacji niegodziwego zachowania, na które nie mógł sobie pozwolić. Gdyby kiedykolwiek zwątpił w siłę pokoleń, rodziny, swojego rodu - dopadłyby go także wątpliwości odnośnie losu Maeve oraz tego czy powinna ginąć w niesławie. I chociaż wiedział, że wraz z Magnusem postąpili wtedy słusznie, że inna decyzja miałaby większe - wręcz katastrofalne - skutki, dużo bardziej negatywne nie tylko dla nich samych, lecz także dla całego rodu Rowle. Kimże był, żeby nadwyrężać jego reputację, dobre imię? Zwykłym mężczyzną, łącznikiem z duchami. Lord Salazar z pewnością nie mrugnąłby okiem wydając nań wyrok. Nie spłodził nawet dziedzica, dalej pozostawał bez żony, czyli bez perspektyw na pojawienie się takowego - na chwilę obecną nie był nikim wartościowym dla rodziny. Dlatego i dla wielu innych powodów nigdy nie sprzeniewierzyłby się swemu dziedzictwu. Wierzył, że jego córka kiedyś go zrozumie. Na razie była chyba na to zbyt młoda - zwyczajnie pragnęła kontaktu z rodzicami.
Skinął głową usłyszawszy potwierdzenie Arleen - dobrze. Powinna tak samo jak reszta familii znać wagę nauk prowadzonych od wieków w Cheshire. Powinna również znać swoje miejsce, tak jak każdy z nich. Takie były odwieczne prawa. Im szybciej dziewczynka to wszystko pojmie, tym lepiej dla niej. Zderzenie się ze światem dorosłych będzie wówczas mniej bolesne. Louvel bardzo chciałby, żeby okres dorastania jego latorośli był możliwie najłagodniejszy. Resztę pokaże czas.
Po śpiewaniu oraz całusie, przyszedł czas na dalszą część odprężenia. Rowle uśmiechnął się, rozpogadzając doszczętnie swoje oblicze. Dał sobie dzisiejszego popołudnia niewielką dyspensę.
- Tak, jesteś prawdziwą szczęściarą moja droga - przytaknął, czując, jak udziela mu się nastrój małej lady Rowle. Wyjątkowo nie zamierzał jej też ganić za zbytnią ekscytację, epatowanie emocjami, które winny być schowane głęboko - jak Magnus ostatnio zauważył, ich córki nadal pozostawały dziećmi. Lou pozwolił zatem Arleen na ten mały wybuch radości.
- Dziękuję, to wiele dla mnie znaczy - powiedział zamiast tego. Śmiały mu się oczy. - Czas na nas. Pożegnaj panią syrenę i wracamy do Lyme Park - zarządził chwilę później, zerkając na zegarek. Miał jeszcze mnóstwo pracy do zrobienia przed nocną akcją. Dlatego udali się do najbliższego kominka, którym wrócili do Cheshire.

zt x2




When you're standing on the crossroads that you cannot comprehend - just remember that death is not the end

Powrót do góry Go down
 

Skwerek

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5

 Similar topics

-
» Kolorowy skwerek

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Magiczny port-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17