Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Salon wróżbity

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Salon wróżbity   16.07.16 18:23

First topic message reminder :

Salon wróżbity

Gdzieś w zaułku odchodzącym od ulicy Pokątnej znajdują się ciemnozielone drzwi, nad którymi wisi szyld przedstawiający fioletowe oko. Po przekroczeniu progu na śmiałka, który to uczynił, czekają smugi różowego dymu, wśród których kryje się czarny kot. Krok za krokiem prowadzi cię on do pokoju, które w ciemności rozświetlanej słabym blaskiem zielonych i białych płomieni świec skrywają stolik ze szklaną kulą i siedzącego za nim wróżbitę. Stara, pomarszczona twarz starca wpatruje się w przybysza bladoniebieskimi tęczówkami oczu. Mężczyzna wykonuje ręką gest, zachęcający cię do spoczęciu na fotelu naprzeciw niego. Odważysz się?


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
When I hear that trumpet sound I'm gonna rise right
out of the ground.
There ain't no grave can hold my body down.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon wróżbity   29.12.17 8:23

17 czerwca nocą

Noc już dawno zapadła, lecz księżyc nie oświetlał im drogi. Ukryty za gęstymi chmurami skazywał całe miasto na mrok, który przy gęstym i dusznym powietrzu był bardziej uciążliwy niż zwykle. Drogę rozjaśniał im tylko skrzypiący, biały śnieg gęsto pokrywający ulice i chodniki. Wszystko wskazywało na to, że zima zadomowiła się u nich w pełni, pogoda nieco się unormowała, znowu było po prostu zimno i nieprzyjemnie. Przed chłodem chroniła go nienaturalnie wysoka temperatura ciała, a przed dreszczami wywołanmi podmuchami lodowatego wiatru ciepły, czarny płaszcz utkany z króliczej wełny. Zaraz gdy opuścili szpital Świętego Munga postawił wysoki kołnierz, który przysłonił mu kark, szyję i policzki, ręce wsunął w kieszenie, choć raczej z przyzwyczajenia. Temperatura na dworze niewiele różniła się od tej w prosektorium.
Cassandra im nie towarzyszyła, rozdzielili się od razu. W lecznicy czekał na nią wygłodniały troll i równie wygłodniałe dziecko, o ile wybudziło się ze swego długiego snu, jej asysta była niepotrzebna — nie powinien mieć problemu z dwójką nieco starszych dzieciaków, były już odchowane, choć o wiele mniej rozsądne, co udowodniła decyzja o ataku zamiast odwrocie, kiedy się spotkali; a przede wszystkim były posłuszne. Wykluczał ewentualne problemy. Zatrzymał się przed drzwiami salonu wróżbity, zapukał trzy razy i odczekał. Znał tego człowieka; czas pogorszył mu wzrok, choć jego błękitnookie spojrzenie wciąż wydawało się tak samo przeszywające. Nie pierwszy raz korzystał z tego miejsca, wiedział, że może się tu czuć jak u siebie. Nim minęła chwila wszedł do środka, a jego uszu dobiegło ciche kocie prychanie. Musiał siedzieć gdzieś w kącie, ale nie widział bydlaka. Poza nim wokół panował spokój i bezwzględna cisza. Poczekał, aż wejdą do środka i zamkną za sobą drzwi, a gdy tak się stało spowiła ich całkowita ciemność. Wrażliwy nos Mulcibera poczuł zapach dawno palonego kadzidła, ruszył w jego kierunku, przystając w połowie drogi, przy szafce, by odpalić świecę, która dopiero rozjaśniła mrok. Dopiero wtedy, na końcu pomieszczenia ujrzał starca, wróżbitę, który podpierając się ściany, w brunatnych, wypłowiałych łachach, stał w przejściu. Nie powiedział nic — ani jeden ani drugi, ale Ramsey nie ruszył się, póki nie odszedł, nie zaszył się gdzieś w swoim kącie.
— Siadać — rozkazał sucho, odpinając guziki płaszcza. Przełożył świecznik na stół, na którym leżała kryształowa kula i ułożone w równy stosik karty do tarota. Nie dotykał ich, przeusnął je w bok zaśniedziałym metalem, robiąc sobie więcej miejsca. Jako wróżbita, jasnowidz wiedział, że to jedna z tych rzeczy, których robić nie wolno — skażać kart obcą, nieczystą energią. Wbrew pozorom nie chodziło wcale o pecha. — Porozmawiamy teraz — obwieścił, choć było to zupełnie zbędne, wszak nie musiał im się z niczego tłumaczyć. Uznał to jednak za miły wstęp do czegoś większego. Zajął miejsca na krześle i uniósł wzrok na Alexandra, a potem Josephine.




My haunted lungs, ghost in the sheets
I know if I'm haunting you
you must be haunting me
Powrót do góry Go down
Josephine Fenwick
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3390-josephine-fenwick#58313 http://www.morsmordre.net/t3429-laverne#59532 http://www.morsmordre.net/t3431-josephine#59578 http://www.morsmordre.net/f264-maxwell-lane-17 http://www.morsmordre.net/t3428-josie#59531
przyszła aurorka
22
Czysta
Panna
W całym magicznym świecie gasną światła. Nie ujrzymy ich już za naszego życia.
27
0
0
0
10
0
3
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Salon wróżbity   30.12.17 1:35

Było zimno. Chłód przeszywał jej ciało, osłonięte zaledwie nieprzystosowanym do nocnych spacerów płaszczem, co prawda uzdrowicielska szata stanowiła dodatkową warstwę izolującą. Wbiła dłonie głębiej w kiszenie, nos chowając w wełniany szalik. Szczęśliwie Alexander miał na dość rozwagi, by przywołać ich rzeczy z trzeciego piętra Munga. Szła więc, krok za krokiem, każdym wymagającym coraz to więcej silnej woli, by brnąć dalej przed siebie zaśnieżonymi chodnikami. Oczywiście, starała się osłonić przed lodowatym wiatrem, co więcej, zaraz po wyjściu pozwoliła Alexandrowi na magiczne podwyższenie temperatury jej ciała, jednak i tak nieustanie wstrząsały nią dreszcze. Cudowny czerwiec, nie ma co! Zima w środku lata. Wiele by dała, byleby tylko szybko znaleźć się w zamkniętym pomieszczeniu. Nie musiało być nawet ciepłe! W pełni zadowoliłaby się czterema ścianami i trupami w chłodni. Oj tak, mogliby wrócić do prosektorium, tam choć zimno, schroniliby się przed lodowatym wiatrem. Zimno uznawała za jedne z najdotkliwszych tortur, głęboko wdzierających się przez mięśnie aż do duszy. Bez słowa szła za śladami prowadzącego mężczyzny, podświadomie czując, że próba narzekania byłaby bardzo złym pomysłem, równie złym, co cała wyprawa do prosektorium. Nie potrafiła jednak stwierdzić, dlaczego. Zimno przeszywało każdą komórkę jej ciała i to może dlatego nie potrafiła skoncentrować się na niczym innym, jednak część jej umysłu zdawała się jakby potraktowana confundusem.
Pokątna nie znajdowała się tak daleko od Munga, nie na tyle by nabawiła się hipotermii, chociaż pod wpływem zimna czuła się jeszcze bardziej osłabiona niż przed ich małym, zimowym spacerkiem. Przez całą drogę pozwoliła Alexandrowi, by ją ciasno obejmował, tym samym redukując wychłodzenie ich ciał; dopiero wspinając się po kilku schodach, prowadzących do nieznanego jej budynku, uwolniła się z jego uścisku. Z westchnieniem ulgi wkroczyła do środka. Pomieszczenie było ciepłe, z wdzięcznością przywitała ogień trzaskający w kominku - może dzięki niemu uda się jej odtajać jej zmrożone ciało niczym zaklęciem Caeruleusio. Opadła na wolny fotel, nie rozpinając płaszcza. Dotarła do końca po to by... rozmawiać? Czuła się zmęczona, tylko uporczywe zimno nie pozwalało jej ulec osłabieniu. Naprawdę nie miała już ochoty na rozmowy, ani tym bardziej więcej nocnych spacerów, siecią fiu przeniosłaby się do domu; jej spojrzenie wędrowało tęsknie w kierunku trzaskającego ognia. - O czym chcesz rozmawiać? - zapytała trochę może zbyt butnie, by mogło być to uznane za grzeczne. Sięgnęła za pazuchę płaszcza, szukając różdżki. Bezskutecznie. Niech to psidwak pogryzie, gdzież ona ją podziała?! Jedna z poduszek nadałaby się idealnie do transmutacji w gruby koc. Spojrzała jeszcze raz na towarzyszącego im mężczyznę, napotykając jego zimne oczy. Nie potrafiła przypisać mu żadnej znanej sobie tożsamości. Kimże, na Merlina, jesteś i co z tobą robię? Pytania kotłowały jej się w głowie, a spojrzenie coraz to częściej uciekało w kierunku kominka. Niewiele wystarczyło, by do niego się dostać... By się stąd wydostać. Choć czuła, że to ważne, wciąż nie potrafiła stwierdzić, dlaczego.

| rzut na złamanie imperiusa (wciąż można?)





these violent delights have
violent ends...
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon wróżbity   30.12.17 1:35

The member 'Josephine Fenwick' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 59


Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 http://www.morsmordre.net/t999-fumea http://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 http://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu http://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
24
13
0
16
5
0
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon wróżbity   02.01.18 21:06

Wszystko zlewało się ze sobą w jedną bliżej nieokreśloną, nieostrą całość. Wejście do prosektorium, potyczka, prześlizgnięcie się korytarzami Munga - czy to wszystko aby na pewno miało miejsce? Musiało, bowiem pamiętałem jak w pewnej chwili przywołałem do siebie okrycia wierzchnie moje i Josephine, które teraz mieliśmy na sobie. Miałem awersję do chłodu, jawną i pielęgnowaną od dawien dawna, toteż wyjście na mroźne, nocne powietrze nie było dla mnie przyjemnym doznaniem. Zaraz poczerwieniał mi od mrozu czubek nosa, niczym u rasowego pijaczyny. Albo renifera Randolfa, o którym po sankach opowiadała mi Miriam. Choć pozbycie się szalika byłoby normalnie ostatnią rzeczą, na jaką w takiej sytuacji miałbym ochotę, zdjąłem z szyi ten pomarańczowy kawałek materiału i owinąłem nim dodatkowo szczękającą zębami Jo. Co dwa szaliki to w końcu nie jeden. Ledwo uszliśmy parę kroków od budynku szpitala zdecydowałem się na jeszcze jeden śmiały krok, przyciągając Josie do siebie i trzymając ją blisko, zmniejszając przy pomocy mojego własnego ciała powierzchnię drobnej sylwetki panny Fenwick, która wystawiona była na działanie chłodu.
Nie zauważyłem nawet chwili, w której towarzysząca Mulciberowi kobieta rozmyła się w mroku londyńskich uliczek, pozostawiając nas jedynie w towarzystwie Ramseya. Gdzie nas prowadził? Przycisnąłem Josephine mocniej do siebie, jakby to miało przegonić moje wszystkie obawy - notabene tak było, skupiając się na tym by nie wpakować jej w jeszcze większe tarapaty mój umysł jakby zyskał na chwilę większą jasność. Zimno, zimno. Zamrugałem kilkukrotnie, szybko, tak jakbym został nagle wystawiony na ostre światło mimo że właśnie wchodziliśmy do jakiegoś budynku. To przez to, że Josie zniknęła z moich objęć. Omiotły mnie blaknące w powietrzu zapachy kadzidła, różowawe kłęby dymu i wreszcie - ciepło. Atmosfera była usypiająca, zachęcająca do tego by się poddać i osunąć w słodkie chwile zapomnienia. Ja jednak wiedziałem, że chcę pamiętać. Siadając tuż obok panny Fenwick wziąłem głęboki wdech i wbiłem spojrzenie gdzieś w bok, w ścianę. Nie musiałem odpowiadać Mulciberowi, przecież sam zaraz powie, o co mu chodzi. Musiałem za to skupić się na tej chwili jasności, uczepić się jej usilnie palcami i nie puszczać. Serce waliło mi jak oszalałe, przejęte trwogą, co będzie dalej. Nie wiedziałem co mogę innego zrobić, gorączkowa gonitwa myśli w mojej głowie różniła się teraz od stanu z prosektorium, kiedy decyzje przychodziły mi szybko i łatwo. Dotarliśmy już do miejsca, do którego dotrzeć mieliśmy - a sądząc po wystroju musiał być to jakiś salon wróżbiarski - i nie wiedziałem, co dalej. Rozmawiać, ale o czym?
Czułem, jak mój umysł powoli zaczyna znów zwalniać, uspokojony obecnością Josephine przy moim boku. Była cała, ale... ale czy powinienem z tego powodu być spokojny? Wciąż wpatrywałem się w jeden punkt, w oczekiwaniu na to, co padnie z ust mężczyzny; a może na to, co zadzieje się w mojej głowie?

| rzut na przełamanie Imperio




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon wróżbity   02.01.18 21:06

The member 'Alexander Selwyn' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 62


Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
When I hear that trumpet sound I'm gonna rise right
out of the ground.
There ain't no grave can hold my body down.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon wróżbity   16.01.18 11:48

Ich widok był bardziej niż rozkoszny — dwie wtulone w siebie sylwetki ofiar niewybaczalnej klątwy, która sprawiła, że posłusznie, niczym zagubione szczeniaki za ojcem wędrowali aż do domu zaprzyjaźnionego wróżbity. Nawet nie zdawali sobie sprawy, jak te drobne gesty, ukradkowe spojrzenia, czułe i troskliwe reakcje są cenne dla wroga, jak silnym informacyjnie ładunkiem go uraczają, budując — a raczej sądząc, że budują w ten sposób siłę i odwagę w samych sobie. Nie było już miejsca ani na strach, ani wątpliwości, jedynie bezgraniczne posłuszeństwo. Nie okazywał tego, lecz poczucie kontroli nad tymi istotami wzmacniało go, budowało wizerunek samego siebie, napawało go zadowoleniem. Władza — miał ją w tej chwili, realną i zupełnie namacalną — nie niosła ze sobą na ten moment żadnych profitów, jeszcze nie przenosiła gór i nie zawracała nurtu rzeki. To posłuszeństwo budziło w nim skąpe poczucie tryumfu, nie rozbudzające radości i euforii, nie osadzające go na laurach, lecz zaspokajające jego ego. Sama świadomość, że mógł zrobić z nimi co tylko chciał, w najbardziej idiotyczny i banalny sposób pozbawić ich życia była satysfakcjonująca. A strach i śmierć podniecały go bardziej niż cokolwiek inne; dążenie do zaspokojenia odczuwanego głodu i odzywającej się potrzeby warunkowało wiele z jego działań.
Zapach kadzidła uspokajał — działał na niego tak samo, jak na nich, choć on sam był do niego przyzwyczajony. Potrafił rozpoznać w nim jałowiec i szałwię i coś, czego nazwy nie potrafił przywołać przez wzgląd na nikłą wiedzę o roślinach, wrażliwy nos wyczuł też ladanum i cybet. Aromat otulał ich, wnikał we włosy, ubrania, zastępując surowy, szpitalny odór medykamentów, którym przesiąkli w prosektorium. Stojący na stole pomiędzy nimi świecznik równomiernie oświetlał ich twarze. Przyglądał im się w milczeniu przez chwilę, zwlekając z odpowiedzią na pytanie.
— O was, o mnie, o tym co się stało — wyjaśnił w końcu, pochylając się do przodu. Ułożył przedramiona równo z brzegiem stolika i wsparł się nimi o blat, odciążając plecy. — Zrobiliście na mnie piorunujące wrażenie swoim przybyciem.— Choć wyraz twarzy przez dłuższą chwilę pozostawał niezmienny, w głosie rozbrzmiała kpina zmieszana z podziwem. Gdyby miejsce sprzyjało konwersacjom, odbyliby tę rozmowę już tam, w szpitalu. — Jestem ciekaw z kim mam do czynienia. Alexander Selwyn — podjął, spoglądając na młodego mężczyznę. — Młody uzdrowiciel, stażysta — poprawił się szybko, marszcząc brwi. — Przypomnij mi, kiedy masz egzamin? Muszę trzymać za ciebie kciuki. Wiele teraz ode mnie zależy. Chciałbym się czegoś dowiedzieć o tobie. Kim jesteś, jaki jesteś... Co umiesz, co lubisz i czego nie. Wyobraź sobie, że atmosfera nam sprzyja, jest miło, a ty chcesz mi się pokazać z jak najlepszej strony. Przedstaw mi swoją postać, Alexandrze.
Był miły, potrafił być, nawet uśmiechał się życzliwie. Nie było powodu do złości ani agresji względem siebie, toczyli miłą rozmowę. Brakowało im tylko gorącej herbaty, ale nie miał na nią ochoty, a brak wrażliwości nie pozwolił mu dostrzec, że dziewczyna drży z zimna.
— Josephine.— Przeniósł na nią powoli wzrok.— Josephine Fenwick. Niewiele mi to mówi, powinienem znać to nazwisko? — Skrzywił się lekko i przechylił głowę, zerkając na nią podejrzliwie. — Kim jesteś i czym się na co dzień zajmujesz? Kim są twoi rodzicie? Nie zerkaj na kominek, nigdzie się nie wybierasz na razie.




My haunted lungs, ghost in the sheets
I know if I'm haunting you
you must be haunting me
Powrót do góry Go down
 

Salon wróżbity

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Salon wróżbity
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18