Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Jezioro

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Jezioro   10.03.12 23:12

First topic message reminder :

Jezioro

Umiejscowione nieopodal zagajnika jezioro jest wielkie, ogromne, ale nie niebieskie. Szara tafla wskazuje na dużą głębokość zbiornika. Nad lśniącą, gładką linią wody wije się mgła. Brzeg jeziora zdążyły już zająć wodorosty i glony, nie widać tu śladu ryb. A może to jedynie złudzenie? Może jezioro jest tak głębokie, że zamieszkują je dziwne stworzenia? Z pewnością nie ma tu kaczek, a kiedy zawieje wiatr, tafla niemal wcale się nie porusza. W tym miejscu nie słychać nic prócz szumu wiatru i delikatnego bicia fal o brzeg jeziora. Jest ciche, spokojne, mgliste i przyprawiające o dreszcze - opuszczone, puste, gdyż rzadko kto odważa się tu przyjść. To z pewnością nie idealny zakątek na romantyczny piknik, ale o gustach się nie rozmawia.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jezioro   29.06.17 9:19

Był cholernym manipulantem. Wiedziała to od początku. Wiedziała to od dnia, w którym się poznali. Powinna pluć sobie w twarz, że w ogóle dopuściła do tego typu sytuacji, ale nie chciała kolejny raz winić się za to, że wyglądała czegoś więcej. Niczego innego nie robiła przez ostatnie miesiące. Lucinda nie była typem osoby, która użalała się nad sobą. Dlatego choć czuła już w kościach nadciągający koniec dalej w tym trwała. Choćby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobi będąc poszukiwaczem artefaktów. Ojciec nie powiedział jej nigdy o tym co dla niej planuje choć przecież wiadome było, że nie pozwoli by jego córka została starą panną. Selwyn podejrzewała, że to już dawno gdzieś tam zostało wypowiedziane i teraz żyła w oczekiwaniu, którego nienawidziła. Jej ojciec był kłamcą. Chociaż nigdy nie zraniłby, a już na pewno nie zrobiłby tego celowo to wiedziała, że nie da się zaprzeczyć temu co płynęło w żyłach. Czasami dziękowała Merlinowi, że nie potrafiła kłamać. Parsknęła śmiechem słysząc na jego słowa dotyczące przymierzaniu sukien. Naprawdę ją to rozbawiło. Przejechała wzrokiem po sukience, w którą właśnie była ubrana i pokręciła głową. - Z tego wszystkiego najlepsze są kapelusze… - mruknęła i to bardziej do siebie niż do niego. Postrzeganie szlachcianek w ich świecie zawsze ją bawiło. Nie dlatego, że odbiegały od tego obrazu, ale wręcz przeciwnie. Dlatego, że idealnie się w nie wpasowywały. Oczywiście były wyjątki czasem lepsze, a czasem o wiele gorsze. Ona właśnie dlatego raz po raz uciekała z Londynu. By uniknąć tych przebieranek i farsy. By być wystarczająco daleko i nie szukać kolejnych wymówek jej nieobecności. Nawet własne mieszkanie nie do końca jej w tym pomogło. Jej lekki śmiech ucichł, a ona przypomniała sobie o miejscu, w którym właśnie była. Fakt, że to on był przewodnikiem w tej wyprawie sprawiał, że zaczynała wątpić. Może powinna złapać go w środku dnia? A może popadała już w paranoje? Po tym wszystkim czego w ostatnim czasie była świadkiem… nie mogła już niczego wykluczyć. Jej ręka zacisnęła się mocniej na zimnym drewnie różdżki. - Jakbyś chował się pod moim łóżkiem przynajmniej nie musiałabym chodzić za tobą w egipskich ciemnościach. - mruknęła, a w jej głosie dało się usłyszeć urazę. - Nie traktuj tego jako zaproszenie. - dodała szybko po chwili znając już trochę jego wyczucie i wiedząc jak łatwo można wypowiedzieć coś czego tak naprawdę się wcale nie chce. Szła za nim odwracając się co chwile by dojrzeć coś w tej ciemności, ale to wcale nie było takie proste. Kiedy pociągnął ją za ramię przestraszona pisnęła. Obejrzała się by na niego spojrzeć i prawdopodobnie gdyby jej wzrok mógł zabijać Drew właśnie leżałby martwy. - Następnym razem wystarczy powiedzieć. - warknęła i podążyła wzrokiem za snopem jasnego światła. Zaraz znowu wróciła spojrzeniem do mężczyzny i słysząc wzmiankę o jego drugim imieniu pokręciła głową z rezygnacją. - Czego w ogóle tutaj szukasz? - zapytała wyrywając się z jego uścisku chociaż jej instynkt podpowiadał, że nie powinna bardziej się cofać. Nie wiedziała co dostrzegł tam mężczyzna, ale nie napawało ją to szczególnym spokojem. Chyba miała nadzieje naprawdę poznać odpowiedź na to pytanie. Nadzieja to chyba było jej drugie imię.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair http://www.morsmordre.net/t4416-avari http://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen http://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 http://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
2
4
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Jezioro   01.07.17 15:01

Kłamstwo było idealnym narzędziem, perfekcyjnym dowodem na to, że było o wiele logiczniejsze i prostsze w przekazie niżeli prawda. Władający nim najsprawniej osiągali wszystko, co sobie założyli i bez trudu unikali konsekwencji ,które w pewnym momencie musiały nadejść. Twierdzenie, iż takowe miało krótkie nogi było olbrzymim błędem, albowiem wielokrotnie wypowiadany fałsz, szlifowany w mniejszej ilości elementami prawdy, a w większej tym czego słuchacz oczekiwał, czyniło go rzadkim i trudnym do ujęcia w dłonie szafirem. Manipulanci kreowali rzeczywistość we własnych kolorach. Opowiadali o niej tworząc wyśnioną aurę, która swymi mackami miała za zadanie pochłonąć rozmówcę i siłą perswazji stworzyć utkany z nici kłamstwa obraz będący nieskazitelnym w oczach ofiary. Bezwzględność, zuchwałość i egoizm to tylko niektóre cechy opisujące ludzi takich, jakim był między innymi Macnair.
Rodzice byli mu obcy. Szkoda mu było nawet skrawka pamięci dla ich twarzy tudzież wiążących się z nimi wspomnień, więc niewiele pamiętał z młodzieńczych lat, kiedy to zmuszony był obcować w ich towarzystwie. Właściwie był skazany głównie na matkę; kobietę, która nie znała autodestrukcyjnych granic obłudy i zatracając w niej całą siebie porzuciła daleko w otchłań prawdziwą tożsamość. Kuzynostwo nigdy nie zostało mu przedstawione, właściwie podobnie było z resztą genealogicznych gałęzi, stąd wszelkie tradycje, więzy i konszachty były mu nieznane. Kiedyś jeszcze pragnął się w to wgłębić, aby poznać swą przynależność, jednak szybko zrezygnował zamykając się w ścianach własnego ‘ja’, w których czuł się zdecydowanie najlepiej.
Skupił na niej swój wzrok, gdy nie oszczędziła sobie kpiącego śmiechu przedzierającego się przez malinowe usta i choć nie chcąc pozostawać dłużnym pokiwał głową z kipiącą, pseudo litością i zażenowaniem, to ów komentarz go rozbawił. -Wiesz co Selwyn? Gdybym nie musiał na Ciebie patrzyć to nawet bym stwierdził, że jesteś zabawna. Taki kapelusz wydaje się kuszącą opcją, zakryjesz twarz i wszyscy będą szczęśliwi.- rzucił posyłając jej ironiczny uśmiech, który mogła dostrzec tylko w jego, błyszczących w mroku, oczach. -Zobacz, jak niewiele trzeba by twoja altruistyczna dusza czuła spełnienie.
Nigdy by jej tego nie powiedział, jednak w jakiś pokrętny sposób naprawdę ją szanował. Miała swoje zdanie, cele i aspiracje, które mimo korzeni starała się dosięgnąć. Wiele jej pokroju odpuszczało marzenia, nie dzierżyło żadnych wyższych ambicji z uwagi na stereotypowe, tradycjonalistyczne podejście do codzienności i często mimo talentu sprawdzały się tylko w jednym – tworzeniu rzekomo idealnych domostw. Miał swoje poglądy, pewne trafne – bądź mniej racje, jednakże ona kompletnie nie wpasowywała mu się w ogólnie przyjęte ramy. Była inna, przez to zapewne wyjątkowa, ale i tak samo cholernie irytująca.
Wygiął wargi w paskudnym wyrazie, jakoby właśnie w ten sposób to zrozumiał. Gdyby nie sytuacja w jakiej się znaleźli zapewne rozwinąłby ów dygresję dokładając parę ważnych, niestosownych uwag. -Bez tego kapelusza nawet nie musisz chować się pod łóżkiem, aby dostać miano potwora, Selwyn.- burknął półszeptem przez zaciśnięte usta. -Nie jestem tak zdesperowany, ale zachowam to w pamięci, bo czasem każdemu podwija się noga i takie koło ratunkowe staje się wygodne. Tonący brzytwy się chwyta.- westchnął przeciągle zachowując pozory poważnego tonu.
Wytrącała go z równowagi. Prowadził wewnętrzną walkę starając się skupić na miejscu i sytuacji, a nie złośliwych komentarzach i jej obecności. Poruszała się cicho, jak na poszukiwacza przystało, jednakże on miał wrażenie, że każdy najmniejszy ruch zdradzał ich pozycję. Intuicja mu podpowiadała, że coś czaiło się w gęstych zaroślach, ale póki samo nie chciało się ujawnić wolał nie wywoływać metaforycznego wilka z lasu. Bywał mało ostrożny, ale z pewnością zapobiegawczy, toteż nigdy nie pakował się w kłopoty bez jednoznacznego zamiaru lub czystego przypadku. -Zarazy.- rzucił krzywiąc się z niechęcią w oczach. -Jedna sama się znalazła.- zwieńczył mierząc ją krótkim, lodowatym spojrzeniem. Przykucnąwszy ruszył wolno przed siebie wskazując jej dłonią, aby pozostała w miejscu. Nie myślał o tym, czy go posłucha, ale zapewne tak się nie stanie. Rozglądając się za źródłem szelestu liczył chociaż na możliwość zorientowania się, z czym albo co gorsza z kim, mają do czynienia.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jezioro   09.07.17 15:31

Lucinda nie pamiętała już jak to jest być po prostu zabawnym. Zapomniała o istnieniu słowa zabawa i tego co za nią się kryło. Nie mogła narzekać. Nikomu ostatnimi czasy nie żyło się zbyt łatwo. Gdzieś zwyczajnie w świecie uciekł jej czas, w którym bawiło ją to co robiła. Mogła wracać wspomnieniami do tych chwil spędzonych daleko od Londynu i szlacheckich dram. Chwil zakrapianych alkoholem i dreszczem przygody. Lubiła swoje życie i brała je garściami. Ominęło ją do ciągłe parcie na szkło. Dążenie do doskonałości. Bycie idealną. Może właśnie dlatego teraz tutaj, w środku lasu, kiedy delikatna wiatr niósł za sobą zapach mułu czuła się dobrze. Czuła się tak jakby jej kolejny krok wcale miał nie oznaczać utonięcia w głębokim jeziorze lub pożarcia przez chowające się w cieniu szyszmorę. Czuła każdą kością czającą się za rogiem przygodę. Dlatego jeszcze nie odpuściła. Chyba część jej doskonale teraz wiedziała, że mężczyzna wcale nie ma przy sobie tego czego ona szuka. Może liczyła jeszcze na to, że w końcu ugnie się pod ciężarem jej obecności i stwierdzi, że woli oddać mapę niż słuchać jej jeszcze chwile dłużej. Mówią, że nadzieja jest matką głupich. Lucinda wierzyła, że naiwność jest w stanie zdziałać tyle samo złego co i dobrego. Może wcale nie wszystko było skazane na całkowitą porażkę? Nie miała pojęcia jak bardzo przyjdzie jej pożałować tych słów. Blondynka nie znała zbyt dobrze idącego obok niej mężczyzny. Wiedziała tylko, że był poszukiwaczem jak ona, że bardzo lubił uprzykrzać jej życie i jakimś cudem pojawiał się zawsze tam gdzie nikt go nie potrzebował. Szlachcianka nie miała żadnych informacji o tym jakim był człowiekiem, skąd pochodził i dlaczego zajął się akurat artefaktami. Zwykle za tego typu zajęciami kryła się historia z każdej strony okalana emocjami, w większości tymi negatywnymi. Nie chciała się nad tym jakość szczególnie zastanawiać, ale nie mogła przecież nic poradzić na ciekawość, która często stawała się pierwszym krokiem ku wiedzy, której posiadać tak naprawdę nie chcieliśmy. Na słowa mężczyzny parsknęła ni to śmiechem ni to irytacją. Co mogła mu powiedzieć? Nie był osobą, z której zdaniem w ogóle się liczyła więc postanowiła przemilczeć. - Moja altruistyczna dusza poczuje spełnienie kiedy dostanie to po co tu przyszła. - mruknęła posyłając mu uśmiech. Uśmiech, który pozornie mógł wyglądać na miły, a nawet uroczy, ale tak naprawdę przesycony był ironią, którą doskonale znał. - Nie mów tak, ranisz moje uczucia, Drew. - odparła przewracając przy tym oczami. Choćby obiecywała sobie, że nie wda się z nim więcej w dyskusje to i tak działo się coś co ją do tego prowokowało. Pomimo okropnego charakteru wiedziała, że jest dobry w tym co robi. Często zaskakiwał ją czujnością. To było tak jakby te wszystkie słowa, które wypływały z jego ust w ogóle nie wpływały na jego zachowanie. To precyzja, którą rzadko można spotkać, ale z drugiej strony kiedy się tego nie posiada to łatwo jest stracić… nogę, rękę, może życie. Nie komentując jego słów ruszyła za nim tak jak podejrzewał. Stąpała po ziemi najcichszej jak tylko potrafiła w dłoni zaciskając mocniej różdżkę. Kiedy coś owinęło się wokół jej kostki i pociągnęło w dół pisnęła. Oczywiście, że musiała być ona. - Drew… - warknęła jakby ten nie zauważył, że jednak jest coś nie tak. Blondynka walcząc uparcie z oplatającą jej nogę macką bądź rośliną starała się złapać czegokolwiek.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair http://www.morsmordre.net/t4416-avari http://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen http://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 http://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
2
4
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Jezioro   16.07.17 23:54

Grał z nią słowem, choć wiedział, iż była na takowe odporna- a przynajmniej sprawiała takie wrażenie. Ludziom brakowało dystansu, traktowali wszelaką krytykę jako atak, a przecież najczęściej była to forma ironii, podłego żartu owianego czarnym humorem, który nie znał zasad savoir vivre. Drew lubił manipulować i lawirować na granicy dobrego smaku, bo wtem testował swojego przeciwnika wyciągając wnioski w kwestii jego cierpliwości oraz podejścia. Wszem i wobec wiadomym było, iż psychiczne rany goiły się o wiele dłużej, niżeli te pokrywające ciało, toteż ta wiedza była dla niego niezwykle istotna. Lubił prowadzić. Lubił być krok przed innymi, aby w najmniej oczekiwanym momencie skręcić, bądź zatrzymać się pozornie oddając przewagę, która szybko wracała z jeszcze większą różnicą. Chełpił się triumfami zachowując obojętność względem porażek innych, jednak kiedy takowe dotykały jego wrogów, ludzi depczących mu po piętach wypełniała go nieopisana radość i satysfakcja. Był bezwzględny.
Ciekawość niebywale była pierwszym stopniem do piekła. Często informacje stanowiły o wiele wartościowszą walutę niżeli galeony i każdy inteligentny, cwany człowiek potrafił to wykorzystać kolekcjonując talię kart w niesamowicie staranny sposób. Asy zapewniały wygraną i choć nie zawsze była ona równa wypełnionej gotówką sakiewki to dawała kolejną garść wiadomości tylko i wyłącznie do dyspozycji oponenta. Spiski, zdrady, dyplomacje, tajemnice charakteryzowały ówczesne czasy czyniąc bogatego z tego, który najwięcej wiedział, a nie najwięcej posiadał.
Nie mogła tego wiedzieć, bo nigdy nie mówił o sobie. Drew unikał tematów, w których musiałby wracać wspomnieniami do swojej historii, aby szczerze odpowiedzieć na zadane mu pytania. Mało było osób, które wiedziały o nim coś więcej niżeli tylko niezbędne do podstawowego, płytkiego kontaktu fakty.  Zapewniały one szklankę ognistej, tudzież zlecenia, którymi trudził się na co dzień, więc nie mógł odmówić ich przedstawienia. Lubił towarzystwo, ale nie znosił ludzi. W zasadzie byli mu zupełnie obojętni. Wszyscy.  
W jego ciemnych, mieniących się oczach można było dostrzec ironię. Czasem miał wrażenie, iż to właśnie tęczówki wyrażały jego emocje, a nie słowa tudzież czyny. Był cholernie opanowany i posiadał niesamowicie wysoki próg cierpliwości, toteż wyprowadzenie go z równowagi było naprawdę ciężkim zadaniem. Odpowiedzialna za to nie była wyrozumiałość, a zapobiegawczość, która nie lubując się w brudzeniu rąk omijała szerokim łukiem problematyczne sytuacje niezwiązane z głównym celem. Przyodziewał w ten sposób maskę chowając za nią wszelkie emocje będące w jego mniemaniu dowodem słabości- nie siły. Gardził w sobie tym elementem, pragnął go za wszelką cenę stłamsić albowiem uważał, iż to właśnie on odpowiadał za jego nieudane decyzje i czyny. Właściwie był tego pewny.
-Zatem muszę ją zawieść, nie noszę śmieci przy sobie.- rozłożył bezradnie ramiona nie mając zamiaru oddać skradzionych zapisków, choć akurat prawdą było, iż nie miał ich przy sobie. Złość dziewczyny zapewniała mu satysfakcję, bo traktował to jako karę będącą wynikiem ciągłego wchodzenia mu w drogę. Nie obchodziło go czego szukała, jaki miała w tym cel i kto był zleceniodawcą – wszystko opierało się o deptanie po piętach, którego szczerze nienawidził. Nie skomentował jej podsumowania, które przelewało czarę goryczy i ruszywszy przed siebie liczył, że choć raz posłuchała się jego rady; a właściwie polecenia. Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle.
Ignorował jej obecność, a przenikliwa cisza doskonale mu w tym pomagała. Wiedział, że szła tuż za nim, ale perfekcja z jaką to robiła sprawiła, iż nie zamierzał wdawać się w zbędne dyskusje. Kolejna wymiana zdań nie przyniosłaby korzyści, a odsunęła od celu wyprawy toteż odpuścił sobie ustawianie blondynki w kącie, dla której rozumienie zaleceń w ojczystym języku wydawało się nader trudne. Można było stwierdzić, że właściwie już o niej zapomniał, kiedy nagle coś chrupnęło z głośnym łoskotem o ziemię, a zduszony jęk zadawał się prosić o litość. Zareagował instynktownie obracając się w kierunku dźwięku z uniesioną w gotowości do ataku różdżką  i oczami błądzącymi po ciemnej scenerii, która zdawała się tworzyć zasłonę dymną dla wroga. Smród wilgoci wypełnił jego nozdrza, kiedy wykonał kilka wolnych kroków w stronę dziewczyny i zatrzymawszy się praktycznie tuż nad nią poczuł jak miękkie podłoże zdaje się ruszać pod jego podeszwami. Zmrużył oczy zaciskając nieco mocniej wargi w złowieszczym wyrazie, bo od razu rozpoznał oponenta zakłócającego ich romantyczną przechadzkę późną porą. -Diabelskie sidła.- rzucił w kierunku dziewczyny, dla której zapewne nie było to wielkim odkryciem, bo liczyła na pomoc, a nie zielarskie porady. -Lumos- wypowiedział zaklęcie skierowawszy kraniec różdżki w stronę własnych stóp, albowiem macki zaczęły wspinać się po ich bocznych częściach. Zwlekał dłuższy moment nim zdecydował się potraktować pobliskie drzewo Incendio tym samym uwalniając blondynkę, bo jej wykrzywiona w bólu mina była całkiem dobrą pożywką pozytywnej energii.  -Nie wypłacisz się do końca swojego nudnego życia, Selwyn.- zakpił nie robiąc sobie żadnego zagrożenia ze śmiercionośnej rośliny, która okazała się nie przeszkodą, a strażnikiem… który pod wpływem dużej ilości światła momentalnie rozproszył swe macki zabierając dwójce przyjaciół grunt pod nogami.
Nie zdążył nawet krzyknąć gniewnie, a już jego dłoń rozmasowywała kark od pokaźnego upadku wprost w głębinę. Czuł woń stęchniętego powietrza, który w mieszance z ogromną wilgocią zdawał się zabijać samym zapachem. Podciągnął się ku górze opierając ciężar ciała na łokciach i rozejrzał się po obślizgłych, ceglanych ścianach mając wrażenie, że to jakiś kiepski żart faceta, którego żona okazała się jego kochanką. Metaliczny smak krwi wypełnił jego usta, kiedy rozcięta skroń dała wyraźnie o sobie znać przeszywając głowę tępym bólem. Musiał dostać i to z porządnym impetem.
Plan był prosty. Miało się odbyć bez ofiar. Plany jednak mają to do siebie, że często ulegają zmianie i tak było wówczas. Blond czupryna była na jego czarnej liście.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jezioro   23.07.17 11:47

Straciła orientacje. Dzisiejszego wieczoru poświęciła uwagę osobie, a nie całej sytuacji. Zapomniała, że to nie jest spotkanie towarzyskie w pięknej restauracji z białymi obrusami na stołach i delikatnymi dźwiękami muzyki rozchodzącymi się w tle. Zapomniała, że znajduje się na obcym terenie w środku poszukiwań. Artefakty nie byłby artefaktami gdyby ich znalezienie było proste. Gdyby każdy mógł przyjść, podnieść je z ziemi i zachować dla siebie. Nie miałby w sobie nic cennego i byłby po prostu nieopłacalne. Oboje jednak doskonale wiedzieli, że w ich świecie to funkcjonuje z grubsza inaczej i trzeba naprawdę się postarać; często by przy tym nie zginąć. Lucinda nie mogła przewidzieć, że mężczyzna wybiera się na poszukiwania, a jej irytacja przyćmiła rozsądek, który co chwile wołał do niej, że popełnia błąd. Nie liczyło się to jaki ten błąd był, liczyło się tylko to czy przyjdzie jej odzyskać to po co tutaj przyszła. Ktoś by powiedział, że to głupota. Obsesja. Przecież to tylko jakaś klątwa do złamania, jakaś mapa do odzyskania. Nie musiała tym zarabiać na życie więc czemu tak bardzo jej zależało? Szlachcianka zawsze doprowadzała rzeczy do końca. Nie szanowała ludzi, którzy rzucali słowa na wiatr. Nie rozumiała tych, którzy podejmowali się czegoś by zatrzymać się w połowie i po prostu zawrócić. Ona tak nie potrafiła. Kiedy już raz się czymś zajęła to zrobiła wszystko by znaleźć rozwiązanie nawet jeśli równało się to siedzeniu na ogonie doprowadzającemu ją do szewskiej pasji mężczyźnie. Mogła jednak na tę wyprawę zabrać ze sobą trochę rozumu. Wtedy prawdopodobnie zatrzymałaby go w miejscu i załatwiłaby wszystko bez potrzeby wchodzenia w konwersacje, a już na pewno bez potrzeby wplątywania się w diabelskie sidła. Była jednak chyba tak dumna z siebie, że udało jej się go wyśledzić iż nie pomyślała by zrobić z tego jakiś większy użytek. Historia stara jak i świat; dobra dziewczynka chcąc zbawić świat wpadła prosto w pułapkę. O ile prostsze by wszystko było gdyby zamiast jej uwięzionej w tych sidłach był on. Prawdą było, że ona nawet by nie zdążyła się dobrze zastanowić co tak właściwie zrobić, a już rzucałaby zaklęciami by mu pomóc. Była dobrym człowiekiem. Wiedziała o tym chociaż czasami tą dobroć powinna umieć usypiać. Nie wszyscy ludzie na to zasługiwali i to wbrew temu co myślała o istnieniu dobra w każdym człowieku. Chociaż chyba chciała wierzyć, że żyli w świecie, w którym dobro ma jakieś znaczenie. Oplątana w diabelskie sidła przestała się ruszać. W końcu każdy jej ruch powodował mocniejsze zaciskanie się pnączy na jej kończynach, a naprawdę nie uśmiechała jej się śmierć z rąk obślizgłych macek. Przez myśl jej przeszło, że mężczyzna mógł o nich wiedzieć dlatego kazał jej zaczekać doskonale zdając sobie sprawę, że zrobi dokładnie odwrotnie. Po nim mogła spodziewać się naprawdę wszystkiego. Był nieprzewidywalny, inteligentny, a przy tym bardzo niebezpieczny. Nie mogła go jeszcze do końca rozgryźć, ale nie miała zamiaru się poddawać. W końcu każdy popełnia jakiś błąd. W mniemaniu Drew błędem na pewno była pomoc blondynce. Kiedy diabelskie sidła zaczęły się cofać Lucinda poczuła jak jej nogi swobodnie wiszą nad przepaścią. Nie zdążyła nic krzyknąć bo oboje runęli w dół. Kiedy z impetem uderzyła o zimne podłoże w głowie jej zaszumiało, a w piersiach przez chwile zabrakło tchu. Podniosła się i zaczęła rozglądać w poszukiwaniu różdżki, która wyleciała jej z kieszeni płaszcza gdy tak swobodnie spadali sobie w dół. Widząc delikatnie tlące się lumos podeszła po nią chwiejnym krokiem co chwile kaszląc od unoszących się ciągle w powietrzu tumanów kurzu. - Brawo geniuszu – mruknęła kierując różdżkę w górę i wypowiadając ciche lumos maxima. - Mam nadzieje, że wiesz dokąd prowadzi ten tunel bo wiesz… ja, ty i jaskinie to złe połączenia. - dodała i dopiero teraz spojrzała na mężczyznę i jego krwawiącą skroń. Skrzywiła się. - Przeżyjesz? - zapytała bo przecież nie mogła się o niego martwić. Co jak co, ale na to nie zasłużył.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair http://www.morsmordre.net/t4416-avari http://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen http://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 http://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
2
4
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Jezioro   03.08.17 22:25

Zawziętość była najprawdopodobniej jedyną cechą, która ich łączyła, albowiem szatyn podobnie jak towarzyszka nie podejmował się wyzwań, aby niedługo potem, bądź kiedy coś poszło nie po jego myśli, pozostawić je niedokończone daleko za sobą. Dokładnie analizował cel misji – ważył swoje siły, moc argumentów i granice wiedzy odnośnie tematu jakiego pragnął się podjąć głównie po to, żeby nie szargać opinii, a przede wszystkim nie narażać nader mocno własnego zdrowia. Oczywiście nie było tutaj mowy o strachu przed oberwaniem w twarz, wszczęciem pojedynku tudzież walki z groźnymi, magicznymi stworzeniami, a o porywaniu się z motyką na słońce, gdzie jedyną możliwością powodzenia była garść szczęścia. Nie ufał przypadkowi, był racjonalistą.
Mogła wierzyć mu na słowo; nie był szczęśliwy w chwili, gdy ujrzał ją pośród pnących się wysoko ku górze drzew, których bujne korony szczelnie zakrywały najmniejszą smugę światła. Było mroczno, ponuro, ale względnie bezpiecznie, kiedy to w samotności miał dostać się na brzeg jeziora w celu dostrzeżenia najjaśniejszej gwiazdy – drogowskazu. Preferował indywidualizm, tolerował jedynie własne towarzystwo w trakcie pracy, ale właściwie nie chodziło tutaj tylko i wyłącznie o egoizm zalewający jego żyły, a nieposłuszeństwo wobec ustalonych zasad. Przekaz słowny był rzekomo najprostszą z metod komunikacji, jednak ludzie mieli z nim największy problem i wtem dochodziło do nieplanowanych zdarzeń, z których wyplątanie nie zawsze opierało się o zmianę kierunku. Nieustanne pragnienie przetrwania napędzało go do działań, ale także mocno pielęgnowało dyscyplinę i negowało zaufanie – jak widać słusznie.
Byli jak ogień i woda; ulepieni z zupełnie różnej gliny, wychowani w warunkach dzielących przepaść przez totalnie kontrastujące rodziny. Skrajne poglądy paliły mosty, zacierały granice dobrego wychowania i zmuszały do względnego braku agresji będącego bardziej wynikiem niechęci brudzenia rąk, jak miernej akceptacji. Mogli debatować na temat map, mogli udawać, że cała ta dyskusja w końcu przyniesie konsensus i mogli oszukiwać się, że zakopie ich wojenny topór. Abstrakcja nie prowadziła nigdzie o czym chłodno przekonali się w szkockiej dolinie, a brak wyciągniętych wniosków ponownie wystawił ich na próbę, w której musieli zdecydować się na najgorsze – współpracę.
Olałby ją. Potraktowałby jak powietrze, które kłębiło się gdzieś w otchłani z nadzieją, iż kolejny podmuch wiatru nie będzie ostatnim. Ludzkie cierpienie było mu obojętne, a fakt, iż pewne czyny wiązały się z karą tłumiły wszelakie wyrzuty sumienia, które i tak już dawno zaprzestały nękać jego myśli. Ona tu przyszła, ona zepsuła jego plan, więc zupełnym nietaktem było jeszcze prosić o pomoc – choć tego nie zrobiła. Mimo to uwolnił ją nie rozumiejąc własnych czynów; dopiero huknięcie o twardą posadzkę wytłumaczyło mu, że był zwykłym idiotą. Po jaką cholerę żeś to zrobił?
Masując wolną dłonią obolałą skroń starał się rozejrzeć po wnętrzu, którego obraz z trudem łapał ostrość w jego oczach. Rozmazane fragmenty starych cegieł, pejzaż ciemnych plam będących w rzeczywistości bujnie rosnącą roślinnością przejęły w całości jego uwagę, której nawet w minimalnym stopniu nie zamierzał poświęcić dziewczynie. Ignorancja zmieniła się w palącą w żyłach złość, bo nie tylko zepsuła mu wieczór, ale skazała na silny ból głowy i mocnego kaca po sporej dawce środka znieczulającego. Był totalnym amatorem w leczeniu ran, więc najczęściej stosował najpowszechniej znane metody służące ludziom od wieków i odsypiając okres rekonwalescencji doprawiał go odpowiednią ilością ognistej. Proste i skuteczne przy niewielkich urazach.
-Nie wiem czy to ból, czy twoja głupota tak pulsuje mi w skroni. Pewnie jedno i drugie.- rzucił ozięble niechętnie podnosząc się na nogach. Brakowało mu równowagi toteż chwyciwszy się ściany zirytował jeszcze bardziej. -Niestety tak, choć wizja nawiedzania cię jako duch jest iście kusząca.- rzucił jej pełne złośliwości spojrzenie, w którym nie było choć krzty pozytywnego żartu. Bijąca od niego suchość i beznamiętność wydawała się jeszcze gorsza jak ironia, albowiem nie każdy mógł tego doświadczyć. -Sprawiłbym, żeby władze myślały, iż po prostu targnęłaś się na moje życie podczas wspólnej misji i wsadziliby do Azkabanu. Szukaj plusów, bo przecież w końcu by się ktoś tobą zainteresował. Wystarczająco tam dementorów i nawet miałabyś tyle czasu, żeby z każdym z nim udać się na randkę. Iście porywająca atmosfera.- pochylił nieco czoło, aby ułatwić sobie starcie palcami krwi nieustannie malującej ścieżki wzdłuż jego twarzy. -Prowadź księżniczko. Na twoje szczęście jeszcze żyję, ale drugi raz nie zamierzam zgrywać bohatera, więc patrz pod nogi jeśli łaska.- rzucił głośniej pewnym siebie tonem, choć nie dało się ukryć, iż przenikniętym charakterystyczną ironią, a następnie wskazał teatralnie dłonią ciemny tunel, który zapewne prowadził zupełnie do niczego. Marnowali czas.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jezioro   07.08.17 20:54

Zasługiwał na najgorszą jej wersję z możliwych. Była przecież tylko szlachcianką, drobną blondynką chcącą robić to czego pragnie, a nie to czego od niej wymagają. Była tylko czarownicą w świecie zdominowanym przez mężczyzn, dla których nie liczyło się nic prócz władzy, a pewność siebie i przerośnięte ego często znajdowało się u nich na samym czubku ich zarozumiałego nosa. Chociaż naiwność już nie jeden raz kopała ją po szlacheckich czterech literach to nie było jej aż tak dużo w tym małym ciałku by wierzyć, że ktoś coś robi na tym świecie bezinteresownie. Nie miała tyle naiwności by wierzyć, że jest w tym świecie coś prostego. Dlatego naprawdę głowiła się nad tym czy ten w ostatniej chwili nie wpadnie na genialny pomysł by jej zostawić na pastwę diabelskich sideł. Z jednej strony wcale nie prosiła go o pomoc, a jednak oddała nadzieje w krótki brzmieniu jego imienia, że ten pomimo wszystkiego co ich dzieliło znajdzie w sobie choć tyle empatii by kobiecie pomóc. Co znów skłania się do naiwności bo przecież nic nie dzieje się bezinteresownie. Była typem kobiety, która zwykle wraca wspomnieniami do popełnianych błędów i stara się je bardzo dokładnie zapamiętać by finalnie nigdy więcej nie zrobić nic podobnego. To była właśnie taka sytuacja. Kiedy stała przyklejona ramieniem do chłodnej i wilgotnej ściany groty i zastanawiała się dlaczego pomyślała, że wybór jego osoby przyniesie jej lepszy scenariusz niż ten, w którym miałaby pozwolić swobodnie opleść się z każdej strony mackami. Słysząc jego słowa tylko utwierdzała się w przekonaniu, że to był największy błąd tego miesiąca, a przecież już trochę ich przez te osiemnaście dni popełniła. Piękna i cicha śmierć w jakiś sposób kusiła ją bardziej niż jeszcze chwila w jego głośnym towarzystwie. Bo ileż można mówić? Czy kiedy był mały dostawał nagrody za każde wypowiedziane słowo? Za mamusię pięć galeonów, a za „ty debilu” dwadzieścia? Brzmiało to prawie zabawnie, pewnie nawet takie by było gdyby znajdowała się daleko stąd, a jej mózg nie przypominałby gniazda os podburzających się wspólnie co chwile. Westchnęła. - Niestety tak. - powtórzyła za nim podzielając w pełni jego zdanie. Może miałaby jakieś chwilowe wyrzuty sumienia, może nawet i zrobiłoby jej się przykro gdyby stracił życie ratując jej szlachecką osobę, ale z drugiej strony prawdopodobnie dość szybko by się jej pozbyła mając w pamięci każde przepełnione jadem słowo kierowane w jej stronę. Nie, żeby pozostawała mu dłużna. Bardzo by chciała pozostawać. Ciągle miała wrażenie, że tylko go swoimi słowami napędzała. Jakby na jedno wypowiedziane przez nią zdanie ten miał dziesięć innych, bardziej sarkastycznych, dotykających rzeczy, które pozornie nie powinny ją obchodzić to finalnie trochę bolały. - Nie rozumiem jak możesz gadać. Krew leje ci się z ust, w głowie ci szumi, a ty ciągle gadasz. Myślę, że jakbyś zamilkł na dziesięć minut wszyscy na świecie byliby ci wdzięczni. - powiedziała wywracając oczami chociaż przez jej twarz przemknął cień uśmiechu. Musiała mu przyznać, że wyobrażenie sobie ślubu z dementorem było czymś godnym chociaż drgnięcia ust. Trzeba być szalonym by coś takiego wymyślić, a Drew Macnair był szalony bez dwóch zdań. - Oby to bohaterstwo nie weszło ci w krew. - mruknęła podejrzliwie i unosząc różdżkę na wysokość twarzy ruszyła ciemnym korytarzem. Jedyne co dało się słyszeć to ich kroki odbijające się echem od zimnych ścian i krople wody uderzające o ziemię. Cisza, która nigdy nie była bardziej obca.

z.t x2




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
 

Jezioro

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 8 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

 Similar topics

-
» Zwykłe Jezioro
» Rozłożyste drzewo nad jeziorem
» Pomost, na północnym krańcu jeziora
» Jezioro
» Jezioro Zmian

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest :: Las-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17