Wydarzenia


Ekipa forum
Gabinet Hectora Vale II
AutorWiadomość
Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]13.12.21 12:03

Gabinet Hectora Vale


Do prywatnego gabinetu prowadzi osobne wejście niż do domu. Na drzwiach znajduje się mosiężna tabliczka z nazwiskiem i kwalifikacjami magipsychiatry. Na pierwszy rzut oka gabinet przypomina raczej bibliotekę niźli siedzibę medyka - Hector Vale nieświadomie odwzorował tutaj otoczenie najbardziej sobie znajome i najbardziej komfortowe, rodzinną bibliotekę Anselma. Matka zabrała z domu ojca ukochany perski dywan, który zdobi teraz drewnianą podłogę. Przy ścianach pokrytych boazerią piętrzą się regały z książkami. Na środku stoi mahoniowe biurko, a pacjent i magipsychiatra mogą zasiąść na wygodnych fotelach.

Pułapki: Śmiechy-chichy, Zapach alihtosy, Somniamortem (na niezapowiedzianych gości) na przejście z gabinetu do części domowej (nie w samym gabinecie)
Duplikat tematu gabinet Hectora Vale na potrzeby częstych wątków w gabinecie Hectora.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.



Ostatnio zmieniony przez Hector Vale dnia 30.09.22 18:39, w całości zmieniany 2 razy
Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]14.12.21 22:22
12 lutego 1958 roku
Zdawać by się mogło, że największe spadki temperatur Anglia ma już za sobą. Po zasypanych śniegiem grudniu i styczniu, miał nadejść czas powrotu do normalnego stanu wysp, lecz pogoda była nieubłagana, wciąż męcząc nieprzyzwyczajonych do tak skrajnych skoków mieszkańców. Tego dnia chmury wisiały na niebie nisko, zwiastując nadchodzące opady, lecz trzymały wszystkich w niepewności, nie roniąc ani jednego płatka śniegu.
Ostatnia wizyta w Londynie nie była bezowocna, spędzona wyłącznie na odwiedzinach na Arenie Carringtonów. Lady Rosier posłała służkę do Szpitala Świętego Munga z prośbą o informacje dotyczące choroby jej brata. Mogła zwrócić się po to do lorda Shafiq, wszak cieszył się tam niemałym szacunkiem, lecz pracował na innym oddziale i nie chciała sprawiać mu dodatkowych, zbędnych kłopotów. Otrzymane wieści nie były satysfakcjonujące. Suche wnioski, które niewiele jej mówiły, a już na pewno niewiele w kwestii rozpoznania samej przypadłości. Szczerze wątpiła, że uzdrowicielska oszczędność kierowana była dobrem zmarłego pacjenta, a zakazem, jaki wystosował nestor rodu Lestrange. Nie zdziwiłaby się, gdyby wszelką dokumentację nakazano spalić, pozbyć się, by nikt do nich nie sięgnął i nie skojarzył szaleńca z szanowanym, szlachetnym rodem. Zaistniały w głowie Evandry problem trwał jednak nadal i nie mogła ot tak przestać szukać odpowiedzi. Zasłyszane na oddziale nazwisko Hectora Vale’a, mającego prowadzić prywatny gabinet magipsychiatryczny, wprawiło lady Rosier w zastanowienie. Nie wątpiła w umiejętności uzdrowicieli pracujących w szpitalu, lecz kolejna wizyta w tym miejscu mogła ściągać niepotrzebne spojrzenia, wywoływać niepotrzebne plotki. Wizyta prywatna gwarantowała lepszą dyskrecję, tylko czy rzeczony uzdrowiciel okaże się być dobry w swoim fachu? W całym swoim krótkim życiu korzystała z pomocy wielu z nich, od dzieciństwa stawiając czoła serpentynie. Nauczyła się przy nich, że nie każdemu warto ufać, czy pan Hector Vale zdobędzie jej zaufanie?
Zapowiedziała się dzień wcześniej, bardziej informując o swoim przybyciu, niż pytając o dostępny termin. Po wysłaniu listu sama była zdziwiona swoim brakiem uprzejmości, skąd u niej ta nagła niecierpliwość? Była w stanie żyć z wątpliwościami przez długie miesiące, dlaczego właśnie teraz zdecydowała, że należy coś zmienić? Denerwowała się tym spotkaniem, wciąż jeszcze nie wiedząc w jaki sposób zamierza przeprowadzić rozmowę z uzdrowicielem. Czego tak naprawdę oczekiwała, jakich odpowiedzi szukała?
Dotarła na miejsce w godzinach przedpołudniowych, stawiając się przed parterowym domem pana Vale’a. Drobny śnieg zgrzytał cicho pod obcasami niskich trzewików wiązanych wokół kostki cienkim sznurowadłem. Długa, wystająca spod wełnianego płaszcza spódnica nie nosiła żadnych brudnych smug, zabezpieczona zaklęciem. Wysunęła z kieszeni dłonie obleczone w rękawiczki z cienkiej skórki i zapukała do drzwi.
- Dzień dobry, czy zastałam pana Hectora Vale’a? - spytała, unosząc kąciki muśniętych karminową szminką ust. Wprawny obserwator mógłby dostrzec, że mimo uśmiechu, w spojrzeniu lady Rosier przebija się cień niepewności, a może strachu? Lekko zaróżowione od chłodu policzki okalały pojedyncze kosmyki złotych włosów, które wysunęły się z upiętego nisko koka. Zdobiły go złote szpilki o główkach z pereł.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]15.12.21 11:46
12.02

Obudził go tępy ból w kalekiej nodze. Czasami powracał, chronicznie, od dzieciństwa, można było się przyzwyczaić. Nadzwyczajne spadki temperatur zdawały się jedynie nasilić tą przypadłość. Zacisnął zęby i z wysiłkiem dowlókł się do kominka. Machnął lekko różdżką, płomienie buchnęły mocniej i już po chwili w domu zrobiło się o wiele cieplej. Ból powoli ustępował.
Chmury za oknem były dziś równie posępne jak niebo nad Shropshire - myślał, pijąc czarną herbatę w gabinecie. Oszczędzał styczniowe zapasy, ale dziś chyba potrzebował drobnej przyjemności, a poza tym powinien poczęstować swojego gościa czymś więcej niż landrynkami.
Otrzymany wczoraj list wprawił Hectora w niemałe zdziwienie, choć mało co go w życiu zaskakiwało. Pracował z możnymi tego świata, oferował spokój, zrozumienie i dyskrecję, a w zamian jego nazwisko polecano kolejnym klientom... ale gdy wyprowadzał się z Londynu, obawiał się, że zostawia tamten świat za sobą. Stali pacjenci pozostali, ale z Walii trudniej dbać o rozgłos w kręgach elit. Tymczasem trzymał w dłoniach pismo od lady doyenne Rosier, a nazwisko budziło mieszankę niepokoju i ekscytacji. Co sprowadzało ją do jego skromnego gabinetu i czy jej mąż - którego przystojną twarz Hector pamiętał i z gazet i z Wenus - o tym wiedział?
Poprawił marynarkę, swoją najlepszą i upewnił się, że spinki do mankietów są na swoim miejscu. Przy spotkaniach z arystokracją starał się wyglądać jak od linijki, tak jakby eleganckie ubrania mogły zamaskować jego kalectwo i inteligenckie pochodzenie.
Gdy rozległo się pukanie do drzwi, wstał ostrożnie i otworzył je różdżką. Zdecydował się powitać Evandrę przy biurku - to mniej upokarzające niż kuśtykanie do przedpokoju. W lepszy dzień mógłby pokonać tą odległość całkiem sprężystym krokiem. Mógłby nawet stać przy biurku przez potrzeby podparcia, ale dzisiaj musiał sięgnąć po laskę. W najgorszy z możliwych dni, ale - próbując zachować spokój - powtórzył sobie, że z kalectwa może uczynić atut, może wydawać się skromniejszym i niegroźnym. A w prywatnych gabinetach pacjenci szukali przecież bezpieczeństwa. Pacjenci. Nie znał jeszcze powodów wizyty Evandry Rosier, ale w jego głowie została już potencjalną pacjentką, jak każdy, kto przestępował progi jego gabinetu.
-Hector Vale, do usług lady doyenne. - przedstawił się uprzejmie, przechodząc z laską przed biurko aby odsunąć (różdżką) dla Evandry wygodny fotel. Choć był starszy od jej męża, a w ciemnych włosach pobłyskiwały już pasma siwizny, to gładko ogolona twarz wydawała się należeć do kogoś młodszego.
Zawiesił na Evandrze spojrzenie na krótki moment - nazbyt długi jeszcze by ją speszył - i w pierwszej chwili pomyślał, że jest bardzo piękna. W drugiej przywołał się do porządku i skupił wzrok na jej oczach, nie na posągowej twarzy ani złotych włosach. Oczy są zwierciadłem duszy, a jej wydawały się zalęknione, niepewne.
-Herbaty? - zaproponował, czekając aż zajmie miejsce w fotelu. Swoją już dopił, dwie wyczyszczone filiżanki czekały na biurku, a jeden ruch różdżki mógł zaparzyć napój.
-Co lady sprowadza do mojego gabinetu? - zapytał, siadając naprzeciwko niej, by nie górować nad nią wzrostem. Uśmiechnął się delikatnie, wiedząc, że nigdy nie był i nie będzie ciepłym człowiekiem - że braki charakteru musiał nadrabiać dobrym wychowaniem, nienachalnym obyciem i łagodnością.





We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]20.12.21 21:01
Przestąpiła próg domu, zostawiając zarówno kapelusz, jak i płaszcz w sieni. Prezentując się już w pełni okazałości w dopasowanej w talii wełnianej spódnicy i wsuniętej weń koszuli zdobionej przy mankietach i dekolcie misternym haftem ze złotą nicią, ruszyła do wskazanego sobie gabinetu. Zastany widok wzbudził w Evandrze wątpliwości, lecz nie była to drewniana laska, dzierżona w dłoni magipsychiatry, a on sam. Elegancki, o przystojnej twarzy, górujący ponad nią ledwie kilka cali. Spodziewała się czarodzieja przynajmniej kilkanaście lat starszego, o włosach silnie zroszonych siwizną i naznaczonej zmarszczkami twarzy. Wyobrażenie wzięło się z tonu głosu służącej, która opowiadając o uzdrowicielu, mówiła o nim z najwyższym szacunkiem.
Podeszła bliżej, pozbywając się widocznych na swej posturze oznak wątpliwości, by zadarłszy lekko brodę ku górze, móc błękitnym spojrzeniem sięgnąć jego gładkiej twarzy. Komentarz odnośnie wieku byłby tu nie na miejscu, wszak sama wciąż borykała się z oceną ze względu na własny. Będąc najmłodszą wśród starszyzny doskonale zdawała sobie sprawę z czujnych spojrzeń, które obserwowały każdy jej krok w oczekiwaniu na potknięcie. Za punkt honoru postawiła sobie nie dopuścić do sytuacji, w której zawiodłaby czyjeś oczekiwania, plamiąc rodowe nazwisko.
Zawieszony nań wzrok nie peszył nigdy. Przywykła do licznych, wlepionych w nią oczu, do szeptów zazdrości, cichych westchnień czy pożądliwych spojrzeń. Nauczyła się je ignorować bez zbędnego poruszenia, albo wyłapywać i zapisywać w pamięci. Przyłapywanie innych na zachłannym wpatrywaniu było jedną z ulubionych gier towarzyskich Evandry, kiedy już zaczynała doskwierać jej nuda. Lubiła wdzierać się do ich umysłów, zastanawiając się z jakimi myślami przyszło im się mierzyć. Niektórzy odpowiadali uśmiechem, inni odwracali się speszeni, chcąc uciec przed konfrontacją, jednak wszyscy dostarczali jej rozrywki, zwłaszcza kiedy pozwalali złapać się w sidła niezobowiązującej konwersacji.
- Poproszę - przytaknęła, zajmując miejsce we wskazanym fotelu. Wyprostowana, siedząca na skraju, ze złączonymi ze sobą dłońmi ułożonymi na kolanach. - Dziękuję, że zgodził się pan ze mną pomówić. - Przecież nie miał wyboru. - Przychodzę po poradę w delikatnej kwestii. - Czy każda, związana z magipsychiatrią, nie była delikatna? - Miałam w swoim bliskim otoczeniu osobę, której stan umysłu daleki był od ideału. Przez długi czas byłam ślepa na zachodzące zmiany. Dostrzegałam je, ale nie wiedząc jak zareagować, puszczałam je w niepamięć. - Przed oczami wyobraźni pojawiła się zmartwiona twarz o szarej, zmęczonej skórze i nieco zapadniętych już policzkach. Utkwione w niej spojrzenie było przepełnione smutkiem, ale i desperacją. Evandra westchnęła cicho, nie potrafiąc już na powrót przybrać ciepłego uśmiechu. - Teraz, gdy jest już za późno, nachodzą mnie pytania, czy było coś, co mogłam zrobić, aby temu zapobiec. - Czy musiało dojść do tragedii, by wreszcie spojrzała nań szerzej? Pokiereszowane serce przestało już krwawić, wysychając i na powrót pokrywając się skorupą.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]21.12.21 19:07
Choć lady Rosier prezentowała się nienagannie, a jej gesty i mimika były powściągliwe, jak u większości ćwiczonych do podobnej roli od młodości arystokratek - uwadze Hectora nie umknęły początkowa niepewność i późniejsze zaskoczenie damy. Domyślał się, że nie pasuje do typowego wyobrażenia o magipsychiatrach, a nawet - że sama lady doyenne niekoniecznie przyszłaby do kogoś tak młodego. Większość uzdrowicieli w jego wieku podejmowała praktykę w szpitalu świętego Munga, Ronję zrekrutowano w Ministerstwie, powiązania z instytucjami gwarantowały stabilność zarobków. Otwarcie własnego gabinetu wiązało się z ryzykiem i było możliwe tylko dlatego, że Hector bardzo młodo otrzymał spadek po obojgu rodzicach, a posag pozwolił mu nie martwić się o rozkręcenie interesu. Na reputację ciężko zapracował i domyślał się, że to właśnie przychylne słowa szeptane wśród uzdrowicieli (a czasem nawet na salonach) przywiodły do gabinetu Evandrę.
W odpowiedzi na jej badawcze spojrzenie, uśmiechnął się łagodnie, bez śladu speszenia. Nauczył się czynić ze swojego wieku - a nawet kalectwa - atut, pomocny w rozmowach ze zbyt dumnymi pacjentami. Prywatnej praktyki szukali zazwyczaj zamożniejsi czarodzieje, kierowani potrzebą dyskrecji, a często nawet własną pychą. Gdy trudno było przyznać się do problemu, łatwiej było to uczynić, gdy rozmówca nie wydawał się nazbyt zadufany w sobie, gdy jego autorytet nie był zbyt onieśmielający.
Zauważył, że i jej nie peszyło jego spojrzenie. Dobrze - lubił obserwować pacjentów. Jedyne co go zaniepokoiło, to nieprofesjonalna uwaga z jaką początkowo zareagował na jej urodę - zwykle odstawianie na bok samego siebie przychodziło mu o wiele łatwiej. Jeśli dziś będzie trudno, zawsze będzie mógł utkwić wzrok w swoich notatkach. Na razie nie sięgnął jednak po pióro, uważnie słuchając swojej klientki.
Przywołał różdżką imbryk i dwie porcelanowe filiżanki, magicznie rozlewając czarną herbatę dla siebie i lady Evandry. Czasami bywał niezdarny, nie miał zamiaru ryzykować, a poza tym był świadom, że arystokracja (choć sama miała od tego skrzaty) pozytywnie odbiera nacisk kładziony na wykonywanie nawet najprostszych czynności za pomocą magii; odcinając się w ten sposób od niemagicznego świata.
-Cała przyjemność po mojej stronie. - odrzekł kurtuazyjnie. Wyboru nie miał, a nawet gdyby miał - byłby oczywisty. Rosierowie byli zbyt wpływowi i bogaci, by przepuścić taką okazję. -Domyślam się, że jeśli usłyszała o mnie lady doyenne z polecenia - to wspomniano zarówno o mojej delikatności, jak i o absolutnej dyskrecji. - ta ostatnia powinna być oczywista, ale przy tak rozpoznawalnej klientce wydawała się warta podkreślenia.
Słuchał z uwagą Evandry, nie zdradzając zaskoczenia na dźwięk słów o... żałobie? Za późno - czy oznaczało to, że stan tej osoby się pogorszył, czy że nie było jej już wśród żywych? Żałobę można było nosić także po żywych - Hector rozpoczął swoją, gdy znalazł pewnego artystę w małżeńskiej sypialni.
-Rozumiem. - zapewnił łagodnie, pozwalając sobie na chwilowe porzucenie profesjonalnej maski i blady uśmiech pełen prawdziwego zrozumienia. Wiele sytuacji o których słuchał było mu obcych, ale ten problem przeżył na własnej skórze. Gorączkowe rumieńce, bardziej chaotyczny tryb życia, niepodpisywana korespondencja - powinien był zorientować się, że jej ostatni romans był inny od poprzednich, zareagować zanim postąpiła tak idiotycznie i udała się na swój ostatni spacer po lesie. O tamtych rozterkach myślał jednak wielokrotnie - dziś jego całkowita uwaga była skupiona na Evandrze.
-Czasami trudno nam uporać się z myślą, że czasu nie da się cofnąć. Czasami nasze serca oskarżają nas o coś, co nigdy nie było naszą winą. - formy mnogiej używał świadomie, chcąc wesprzeć klientkę myślą, że jej pytania i rozterki nie są nienormalne. -Czy to o tym chce lady doyenne porozmawiać, o uporaniu się z wyrzutami sumienia? - upewnił się łagodnie, nieświadom nawet, że przyszła w cudzej sprawie. Nie pracował na oddziale zamkniętym w Mungu. Mógł pomóc tylko tym, którzy sami się na to zdecydowali, którzy siedzieli w jego gabinecie. Etyka zabraniała spekulować na temat innych, ale o tym Evandra jeszcze nie wiedziała - a on nie spodziewał się, że wzięła ze szpitala dokumenty dotyczące osoby trzeciej.




spostrzegawczość II


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]10.01.22 14:22
- Naturalnie - przytaknęła na zapewnienie o całkowitej dyskrecji. Zakładała, że skoro prowadził swoją prywatną praktykę i dostała na niego polecenie od osoby trzeciej, był czarodziejem godnym zaufania. Mimo to wciąż go nie znała, nie wiedziała czego się po nim spodziewać, jakim był człowiekiem, jakie miał poglądy i czego sam doświadczył w życiu. Słyszała już niejednokrotnie, że uzdrowiciele powinni kierować się wyłącznie profesjonalizmem, nie odnosząc się do pacjentów emocjonalnie, lecz sama wiedziała jak zachowują się ludzie, zawsze można było natrafić na coś, co dotknie ich osobiście.
Dostrzegając cieplejszy uśmiech na jego twarzy, sama lekko wygięła kąciki ust. Pan Vale sprawiał wrażenie sympatycznego czarodzieja, jego początkowy dystans mógł wynikać z nieśmiałości, w jaką czasem wprowadzała innych. Podchodziła do tego ze zrozumieniem, zbyt świadoma swojej niezwykłej krwi, by mieć komuś za złe, że jej ulega.
Na dźwięk o wyrzutach sumienia jeden z jasnych łuków brwiowych drgnął, ale tylko wprawne oko mogłoby próbować interpretować ten jest. Zdradzał, że mimo przygotowań, jakie lady Rosier poczyniła przed przybyciem do gabinetu pana Vale’a, nie była w stanie zaplanować każdej ze swych odpowiedzi. ”Czasem nasze serca nas oskarżają”, czy to właśnie uczucie, z którym próbowała walczyć? Wrażenie niesprawiedliwości, poczucie wewnętrznego rozdarcia i utknięcia w sprzeczności? Przecież nie zawsze tak było, tylko wtedy, gdy myśli uciekały do trapiących ją kwestii. Spojrzenie Evandry złagodniało, nie powstrzymała uciekającego w bok spojrzenia, podświadomie nie chcąc mierzyć się z kolejnym, pytającym spojrzeniem.
- Nie jestem tu, by mówić o wyrzutach sumienia - powiedziała zgodnie z prawdą, choć wątpliwościom zdarzało się trawić ją od środka, wydzierając kęs po kęsie pewność siebie i przekonanie, że zrobiła wszystko, by móc swemu bratu pomóc. Zamykała się z samą sobą, pozwalając aby wściekłość i żal mogły ją przepełnić, jakby miało jej to pomóc w odkupieniu win. - Zdążyłam się z nimi pogodzić, nie stanowią dla mnie problemu. - Połowiczne kłamstwo, skrzętnie ukrywany strach, że wątpliwości tyczą się jej samej. Minęły cztery miesiące od spotkania na plaży, od dnia, kiedy brat rozsypał się w proch, mieszając z białym piaskiem, niknąc w oddali wraz z dmącym wiatrem. Uświadomiła sobie, że mówiła o tym na głos po raz pierwszy, bo nikt dotąd nie pytał o samopoczucie związane ze śmiercią Francisa. Miał być dla niej nauką, boleśnie wbijającym się w serce kolcem, będącym przypomnieniem, że każda, nawet najbliższa jej osoba, może bezwzględnie wbić nóż w plecy. Evandra w swej logice, jak i wysokiej wyrozumiałości, nie chciała nikogo demonizować, zarzucając przewinienia, których nie popełnił. Szukała rozwiązań, wytłumaczenia, jakie mogłoby potwierdzić teorię, że każdy ma w sobie dobro, które wystarczy tylko dostrzec i wyciągnąć na światło dzienne.
- To, czego potrzebuję, to podpowiedzi w jaki sposób wyczulić się na niepokojące sygnały. Jest wysokie prawdopodobieństwo, że swoim otoczeniu mam więcej osób podatnych na podobne… schorzenia. - Od razu przeszła do konkretów, na których jej zależało, czując jak nieznacznie zaciska się jej gardło. Doskonale wiedziała, czego potrzebuje, szczegółowych wskazówek, wzorów zachowań, na jakie zwracać uwagę. Oby pan Vale udzielił jej wystarczających odpowiedzi. - Nikomu nie życzę takiej tragedii, a z pewnością są sposoby, by temu zapobiec. Podatność na sugestie, także te fałszywe. Nieumiejętność rozróżnienia tego, co dobre, a co złe, a więc i zapewne gubienie się we własnych myślach. Czy widzi pan szansę na ozdrowienie takiej osoby? - Widziała w jakim stanie był Francis, kiedy odwiedziła go w szpitalu. Wrak człowieka, ukochanego brata, w którego niemal każde słowo wierzyła bezgranicznie. Z przykrością obserwowała to, co z niego pozostało, zarówno wtedy, w Mungu, jak i tamtego dnia na plaży. O tym, że w ich rodzinie pojawiały się już wcześniej podobne przypadki szaleństwa wiedziała od zawsze, lecz przecież nie trafiały się w każdym pokoleniu. Istniała szansa, że jej własny umysł uniknie osłabienia, ale uświadomienie sobie niektórych symptomów, które u siebie dostrzegała, nie napawały radością. Pozostawała nadzieja, że jeśli zareaguje odpowiednio wcześnie, obejdzie się bez popadania w skrajności.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]19.01.22 2:20
Miała piękny uśmiech, przemknęło mu przez myśl, ale szybko odgonił od siebie nieprofesjonalne wrażenia estetyczne. Zwykle potrafił się całkowicie zdystansować od każdego pacjenta - miał nadzieję, że te... problemy to nie wynik tremy, zjadającej go przy samej lady doyenne. Gościł w swoim gabinecie wiele ważnych osobistości, ale nigdy nie spodziewał się żony Tristana Rosiera. Zwłaszcza w zacisznej Walii. Na podobne, ambitne marzenia pozwalał sobie w Londynie, zanim anomalie przerwały jego plany na spektakularną karierę. Elegancki gabinet na Pokątnej był odpowiednim miejscem do przyjmowania szlachcianek, niektóre mogły tam zajrzeć nawet z ciekawości, lub kierowane jakimś spontanicznym impulsem. Wizyta w Walii wymagała zaplanowania i fatygi.
Uśmiech lady Evandry nieco go ośmielił, a przynajmniej nie zniechęcił do czujnej obserwacji jej mowy ciała. Szlachcianka czy nie, Hector Vale lustrował gesty każdego pacjenta z taką samą przenikliwością, zwłaszcza, gdy odpowiadali na jego niespodziewane (ich zdaniem) pytania. Umykające spojrzenie, czy drżenie rąk, wielokrotnie zdradzało więcej, niż słowa.
-To wspaniale, że mogła lady doyenne się z nimi pogodzić i je przepracować. - odpowiedział ciepło, starannie ukrywając własną wątpliwość. -Niezwykle trudnym zadaniem, jeśli nie niemożliwym, jest wyeliminowanie podobnego problemu samemu. - celowo użył słowa, jakie padło z jej ust. Czy poczucie winy było problemem, a żałoba - niedogodnością? W jego rodzinie żal był nawet pożądany - udawał go, wcale go nie czując. Ubierał się na czarno przy rodzicach Beatrice, oszczędne dawkował uśmiechy i regularnie bywał na cmentarzu. Nie uśpiło to wcale poczucia winy, ale nie miał z nim o kim porozmawiać. -To dobrze, że ma lady system wsparcia. - dodał łagodnie, bo najwyraźniej ona miała. Albo okłamywała samą siebie.
Przechylił lekko głowę i splótł palce, słysząc prawdziwy powód jej wizyty. Zmartwienie o podobne schorzenia wśród rodziny, pewnie także i przyjaciół. Choroby genetyczne były wśród arystokracji powszechniejsze niż u reszty czarodziejów, choć Hector odnosił się sceptycznie do przypisywania szaleństwa genom. W przeciwieństwie do wielu tradycyjnych psychiatrów, zachłysnął się stosunkowo nowymi teoriami i wciąż kontrowersyjnymi badaniami szanowanego czarodzieja Freuda sprzed kilkudziesięciu lat. Wierzył, że normalność to spektrum, a wpływ na odchylenia ma nie tylko słabsza psychika danej jednostki, ale i jej doświadczenia i otoczenie.
-Rozumiem, że chciałaby być milady powierniczką dla swoich bliskich, wychwycić niepokojące sygnały w ich zachowaniu i liczyć, że sami podzielą się z milady swoimi wątpliwościami? - powtórzył, chcąc się upewnić, czy dobrze rozumie jej życzenie. -Każdy człowiek jest inny, nawet przede mną pacjenci otwierają się z ogromną trudnością. Czasem idzie im łatwiej niż przed bliskimi, czasem nie ufają nieznajomemu. Czasem okłamują samych siebie. - przelotne zerknięcie wgłąb źrenic Evandry. -Na miejscu milady dopasowałbym podejście do każdej bliskiej osoby, indywidualnie. Zastanowił się, czy podobna słabość wynika z pragnienia wydawania się silnym. Czy ktoś zamyka się w sobie z troski o bliskie osoby, w niechęci do sprawiania im kłopotu, czy też... - przełknął ślinę, pilnując, by jego głos wybrzmiał odpowiednio miękko, łagodząc wydźwięk dalszych słów: -...boi się, że i tak nie zostanie wycofany. Że jego zagubienie zostanie skorygowane jeszcze zanim samemu rozezna się w tym, co jest dobre, a co złe. - zauważył. Położył dłonie na stole i prędko uciekł się do dygresji, zanim zdążyła się zastanowić nad tym, czy te słowa powinny ją urazić.
-Pochodzę ze Shropshire. Surowy klimat, surowi ludzie. Niektóre rodziny wprost wyrastają w dewizach w stylu non est arbor solida nec fortis nisi in quam frequens ventus incursat, per aspera ad astra, drzewo niesmagane wiatrem rzadko wyrasta na silne, przez ciernie do gwiazd, i tak dalej. Nie każdy potrafi jednak chodzić po cierniach, a niektóre drzewa się łamią. Zwłaszcza w środowisku, w którym są... przerażająco samotne. - zabębnił lekko palcami w drewniany blat, zwalczając pokusę muśnięcia dłonią chromej, połamanej nogi.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]16.03.22 10:47
W opinii Evandry zaciszna Walia była idealnym miejscem na podobne spotkania. Zapewniała wszak prywatność z dala od wścibskich spojrzeń, czyhających na każdym kroku w centrum Londynu. Tam każdy wychylał się z nadzieją na soczystą plotkę, za którą mógłby zdobyć kilka knutów - tu, w obcym miejscu, czuła się bezpieczniej. Wizyta wymagała zaplanowania i fatygi, a lady Rosier w planowaniu nie miała sobie równych. A przynajmniej tak zakładała, część swego życia spędzając na snuciu misternej siatki kłamstw, którymi miała się usprawiedliwiać, zarówno przed bliskimi, jak i samą sobą.
”Niemożliwym, jest wyeliminowanie podobnego problemu samemu”, mówił czarodziej, na co Evandra nie bardzo chciała odpowiadać. Pomijając już kwestię, iż nic nie należało do rzeczy niemożliwych, to w tym przypadku nie była przecież sama. Najbliżsi wyjątkowo dobitnie zaznaczali swoje zdanie, choćby Giselle Lestrange, kochana matka przez słabo skrywane łzy powtarzająca złote rady - odnaleźć w sobie siłę, stać się niewzruszoną, tylko to miało przynieść ukojenie. Doyenne coraz mniej czasu spędzała na rozmyślaniu nad tamtymi dniami, przywołując przed oczy wyobraźni wizerunek brata. Wykrzywiona w przeraźliwym bólu twarz, drobno spękana niczym skorupka jajka, rozsypująca się na wietrze, niknąca wśród piasku i wzburzonych morskich fal. Powracała do niej niczym straszliwy koszmar, zwłaszcza w noce, gdy czuła się szczególnie samotna. Wspomnienie metaforycznych rad pomagało na dłuższą chwilę, wszak wielokrotnie powtarzane kłamstwa z czasem stawały się prawdą. Jeśli pan Vale nazywał to systemem wsparcia, to u Róży działał on bez żadnego zarzutu.
Poprawiła się w fotelu, w eleganckiej, wyćwiczonej pozie łącząc ze sobą dłonie i wsłuchując się w słowa mężczyzny, w którego radach pokładała wielkie nadzieje. Tymczasem wysypujące się z jego ust słowa wcale nie rozjaśniały sytuacji, nie przynosiły upragnionego ukojenia. ”Czasem okłamują samych siebie”, na krótki moment wstrzymała oddech, mrugając dwukrotnie, jakby gest ten miał pozwolić otrząsnąć się z chwilowego zaskoczenia. Skoro tak bardzo pragnęła wierzyć, że mówi o swoich bliskich, dlaczego uciekała właśnie wzrokiem, by wbić go we własne dłonie? Szczupłe palce nie stały się nagle bardziej interesujące, to tylko uporczywe wrażenie, iż pan Vale spojrzeniem bliźniaczych do jej błękitnych oczu wnika w głąb duszy, z łatwością wyczytując kolejne wersy. Czy tak miała wyglądać ich rozmowa? Oparta o fałszywe założenia, wedle których tylko pozornie rozprawiali o nieobecnych? Decydując się na wizytę u specjalisty zakładała, iż będzie on czarodziejem o nieprzeciętnej inteligencji, nic więc dziwnego, że prędko rozwikłał tę zagadkę.
Nie pozwolił jej na odpowiedź, od razu przechodząc ze swym wywodem dalej. Słysząc o surowym wychowaniu kobieta powróciła do niego wzrokiem, zbyt dobrze znając podobne historie z własnego otoczenia, choć sama tak nie utożsamiała się ze słowami czarodzieja. Łacina była jej na tyle obca, by nie zrozumieć wszystkich słów, jakie padały z ust magipsychiatry, lecz w fotelu siedziała wciąż pozując na niewzruszoną, wyciągając przekaz z kontekstu całej wypowiedzi pana Vale’a. W swoim życiu rzadko kiedy spotykała się z surowością innych osób, wszak każdy jej ulegał, poddając się niezwykłej, półwilej mocy. Przywykła do subtelnych nacisków, mamienia spojrzeniem i tonem głosu, zgrabnej i niewinnej manipulacji, pod którymi uginał się każdy, kto śmiał sprzeciwić się jej woli. Zapatrzony w złotowłosą ojciec chylił jej nieba, w czym wtórowała mu matka, przepełniona dumą i radością. Silne, niszczycielskie predyspozycje pognały jednak w innym kierunku, Evandra była z natury dobrą czarownicą, (niemal nigdy) nie wykorzystując swych mocy do złośliwych celów. To dorosłość okazała się być usypana cierniami, lecz nauczona miłości, wrosła w różany krzew, stając się z nim jednością, wypuszczając kwietny pąk. Przynajmniej we własnym odczuciu.
- Raz złamane drzewo zrasta się mocniejsze i silniejsze. - O ile zrasta się prawidłowo. - Nauczone doświadczeniem potrafi lepiej radzić sobie w trudnych warunkach, kiedy zna już swoje słabości. - Tchórzostwem było chować się za surowością wychowania oraz otoczenia, nie ponosząc za siebie odpowiedzialności. Zgadzała się z nim kwestii, iż każdego należało traktować indywidualnie, znaczyło to także, iż każdy miał szansę na rozwój i ozdrowienie.
Czując iż odchodzą zbytnio od interesującego ją tematu, podniosła się z miejsca, szybkim ruchem dłoni powstrzymując go, gdy kurtuazyjnie chciał opuścił własne. Z kieszeni spódnicy wyjęła kilka stron, wyniesionych z medycznej dokumentacji brata. Wystarczyło jedno krótkie spojrzenie na nakreślone słowa, by z łatwością wyczytać, iż w momencie terapii jasność jego umysłu pozostawiała wiele do życzenia. Półwila ułożyła kartki przed Hectorem, dając mu moment na pobieżne przejrzenie diagnozy. Powoli pochyliła się nad mahoniowym biurkiem, a na kobiecej twarzy malował się nieskrywany już dumą smutek.
- Boję się, panie Vale. - Ściszyła głos, jakby w obawie, iż wypowiedziane głośno słowa staną się namacalne i realne. Ton Evandry pozostawał miękki, łagodząc dramatyczny przekaz. - Nie reakcji bliskich, ich prób korygowania czy stania się czyimś utrapieniem. Boję się, że ta niszczycielska siła wcale nie przyjdzie z zewnątrz. Ona już tu jest. - Tętniący w jej żyłach ognisty temperament w połączeniu ze skłonnością do chwiejności nastrojów oraz rodzinne predyspozycje do popadania w szaleństwo stanowiły mieszankę, jakiej nie sposób opanować. Popychały do wciąż nowych, ryzykownych zachowań. Do przesuwania granic, o których dotychczas myślała wyłącznie w kontekście zabawy.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]24.05.22 8:04
Czy niektórzy rodzili się z upodobaniem do planowania, czy też to negatywne czynniki w otoczeniu wywoływały kompulsywne pragnienie kontroli - jeśli nie stresorów to przynajmniej własnego terminarza? Hector Vale nie wyczuł jeszcze w Evandrze Rosier tej samej tendencji, którą zaobserwował u samego siebie - był dobrym obserwatorem, ale minęło zbyt niewiele czasu i wciąż padło zbyt mało słów - i nie wiedział, że obydwoje byli mistrzami planowania. Lady doyenne potrafiła kontrolować siatkę kłamstw dopasowanych do jej bliskich i otoczenia. Hector Vale metodycznie kontrolował zdrady własnej żony, potrafiąc odnaleźć porządek w chaotycznych schadzkach, wpisać je do terminarza i w punktach nakreślić zasady rodzinnego dramatu. Niektóre problemy były niemożliwe do wyeliminowania, ale można było próbować nadać im pewne ramy, utrzymać złudne poczucie kontroli. Artykuł na ten temat byłby fascynującym tematem badań, ale po pierwsze Hector nie lubił tematów, które były zbyt podobne do jego własnych zmagań, a po drugie ostatnio nieustannie brakowało mu czasu na pisanie. W teorii miał go wiele, po przeprowadzce do Walii i wybuchu wojny stracił część pacjentów, ale po śmierci żony albo zamartwiał się w wolnym czasie synem albo nieobecnie spoglądał w ścianę i ze zdziwieniem orientował się, że czas przecieka mu przez palce. Powinien wychwycić niepokojące objawy melancholii lub nazwać ją bardziej fachowym pojęciem, ale trudno jest być swoim własnym lekarzem.
Najlepszą ucieczką od własnych problemów były te cudze. Dlatego kochał swoją pracę, dlatego cieszył się z niezapowiedzianej wizyty, dlatego przyglądał się lady doyenne uważnie. Nie umknęło mu jej spuszczone spojrzenie i wstrzymywany oddech. Nieprzeciętna uroda blondynki trochę go rozpraszała (dziwne, kobiety nie rozpraszały go przecież nigdy), ale nawet jeśli nie był stuprocentowo skupiony, to przecież wyrobił w sobie instynkt obserwatora. Nie tylko w pracy - kalecy chłopcy muszą mieć oczy dookoła głowy, nawet w Hogwarcie. Szczególnie na schodach w Hogwarcie, rówieśnicy bywają złośliwi.
-O ile zrasta się prawidłowo. - poprawił łagodnie Evandrę, choć chyba żadne z nich nie było specjalistą z zakresu dendrologii. Hector potrzebował jedynie tyle wiedzy, ile wykorzystywał do dobierania ingrediencji do eliksirów (bez wyrafinowania właściwego mistrzom alchemii, za to z dokładnym profesjonalizmem) i subtelnych metafor, takich jak ta. Po raz pierwszy od dłuższej chwili zamrugał, chyba chcąc pozbyć się wrażenia, że podświadomie mówi też o własnym kalectwie. Nie znosił sposobu, w jaki laska wkraczała czasem w jego terapie, w całe jego życie. W gabinecie najchętniej trzymałby ją ukrytą pod biurkiem - wszak tylko tutaj miał (przeważnie) całkowitą kontrolę nad sytuacją, tylko tutaj postrzegano go jako kogoś więcej niż... ogółem w życiu. Nawet teraz schlebiał mu sposób w jaki ta piękna kobieta, żona jednego z najważniejszych ludzi w kraju, żona człowieka, którego widział przelotnie - i lękał się - w Wenus, szukała jego ekspertyzy. Był świadom ryzyka - im ważniejszy klient, po tym cieńszym lodzie stąpał, nie chcąc narazić własnej reputacji i nie chcąc narazić się na niczyj gniew - ale mógł cieszyć się przez chwilę własnym ego, by ostatecznie podporządkować je zdrowemu rozsądkowi.
-A jeśli pień złamie się w pół, drzewo obumrze. Wbrew pozorom, odporniejsze na wichury są te o bardziej giętkim drewnie. - dokończył, kontynuując metaforę. Zdążył już zasypać Evandrę swoimi słowami, więc teraz mówił ciszej, wolniej i oszczędniej - właściwie nie zmierzając do konkretnego wniosku. Nie miał na celu mówić jej, że w życiu zawsze lepiej być elastycznym - był raczej ciekaw, jak blondynka zareaguje na taką hipotezę, tak jakby rozmowa była subtelną grą, a nie kategorycznym wykładem. Niektórzy szukali tutaj wykładów i jasnych odpowiedzi, ale Hector przeważnie okazywał się dla nich rozczarowaniem. Przywykł do tego, do prób wyciągnięcia z niego czegoś więcej - przeważnie scenariusz był podobny, natarczywe pytania, zaciśnięte usta, a potem moment decyzji. Pacjenci albo wahali się i dawali mu szansę, albo wychodzili. Kiedyś nie lubił tej drugiej ewentualności, ale miał lata na zrozumienie, że to naturalna kolej rzeczy - wbrew słowom o giętkich drzewach, wolał odpuścić dodatkowego klienta niż nagiąć własne metody.
Tyle, że Evandra Rosier wykroczyła poza scenariusz. Gdy wyjęła dokumentację, przez chwilę nie rozumiał, co się właśnie dzieje. Odruchowo zerknął na ułożone przed nim kartki, uniósł brwi i...
...pośpiesznie oderwał od nich wzrok, z zaskoczeniem spoglądając na zmartwioną damę. Wziął wdech, usiłując nie okazać jeszcze większego zdziwienia. Nie chciał jej spłoszyć, prawdopodobnie mogła w życiu wszystko i szczerze nie wiedziała, że...
-...milady, nie mogę czytać informacji na temat osób postronnych... bez ich obecności ani zgody. - zaczął cicho, ostrożnie, łagodnie. Pod koniec zdania to w jego głosie pobrzmiał cień smutku, szczerej empatii. Mówiła o swoim krewnym w czasie przeszłym, wspomniała, że już za późno - a choć Hector Vale nie interesował się szlacheckimi plotkami ani nie miał do nich dostępu, to sama chwila rozmowy z Evandrą pozwoliła mu wywnioskować, że uzyskanie zgody tamtego pacjenta jest już niemożliwe. Choć próbował nie myśleć w trakcie pracy o sprawach prywatnych, mimowolnie pomyślał o własnym ojcu - o tym, jak wraz z jego nagłą śmiercią umarła też cała nadzieja na poznanie prawdy o klątwie, której ofiarą padł w dzieciństwie, o wrogach tak zażartych, że przeklęli dziecko.
Wiedział, że dać za wygraną jest bardzo trudno. Nie dziwił się, że próbowała dociekać dalej - a zarazem niezdrowo byłoby podporządkować się jej ciekawości i rozpalać ją dalej. O tym też wiedział z własnego przykładu.
-Nie chodzi nawet o zasady świętego Munga - rozpoznał pieczątkę szpitala, zanim oderwał wzrok. -a o etykę. - dodał jeszcze ciszej, w ramach wyjaśnienia. Chciał wstać z miejsca już wtedy, gdy zrobiła to ona - ale kilka chwil temu powstrzymała go gestem. Teraz nie zwlekał już dłużej - niechętnie sięgnął po laskę i wstał, by podejść do okna, by zerknięcie na dokumenty nie kusiło. Był z natury ciekawski i współczuł jej z powodu własnych przejść, a magipsychiatria wyczuliła go na fakt, że silnej woli nie należało przeceniać.
Szczególnie, gdy w głosie kobiety pobrzmiewał tak doskonale słyszalny strach. W pierwszej chwili nie odpowiedział - chyba nie chcąc powiedzieć nic pochopnego. Inny rozmówca od razu podążyłby za empatią i pogrążyłby się za Evandrą Rosier w otchłani strachu. Hector Vale, człowiek, a nie magipsychiatra, pomyślałby o ciemności, której lękał się sam i której czasami nie potrafił kontrolować, klątwa może owocować problemami psychicznymi - czy już się zaczęły, a jeśli tak to ile czasu mu pozostało?
Ale lady doyenne nie przyszła ani do Hectora Vale ani nie chciała z nikim porozmawiać. Przyszła do profesjonalisty. Dlatego, gdy oderwał wzrok od okna i spojrzał prosto na Evandrę, nie wydawał się ani wstrząśnięty ani poruszony ani przerażony. Słyszał przecież gorsze rzeczy.
Co najwyżej, wydawał się trochę smutny (nie powinien, chciał zachować pokerową twarz - musi nad tym popracować).
-Czy jakakolwiek siła przychodzi z zewnątrz, tak naprawdę? - spytał z delikatnym uśmiechem, trochę pocieszającym, a trochę przepraszającym. -Jedne bodźce zdają się być spowodowane przez otoczenie, a inne wypływać z nas samych - ale nawet te z pozoru zewnętrzne muszą zostać zinternalizowane, by wpływać na ludzką psychikę. - wyjaśnił, spoglądając na nią uważnie - jakby chciał się przekonać, czy rozumie, czy dobrał odpowiednie słowa i terminologię do fachowych wniosków. -Jeśli byłoby inaczej, załamałby się każdy kto przeżył tragedię, a wszyscy szczęśliwi ludzie mieliby silną psychikę - a tak nie jest. To, że wewnątrz ludzi kryje się... jak to lady określiła, niszczycielska siła może przerażać - ale można też spojrzeć na to inaczej. Łatwiej okiełznać siłę, którą się rozumie, niż tą z zewnątrz. A fakt, że wbrew przeciwnościom losu i zmianom w życiu można pozostać... sobą, może dawać nadzieję. - czy po to tutaj przyszła, po nadzieję? Nie był pewien, czy odgadł dobrze - dlatego dobierał słowa ostrożnie, w każdym zdaniu wtrącając "może." Nie chciał prawić morałów - skoro płaciła za jego czas i nie mógł ani nie chciał wczytać się w przedstawione mu dokumenty, to chciał chociaż pomóc jej spojrzeć na problemy z nieco innej perspektywy. Wiedział, że niekoniecznie to doceni, nie wiedział nawet, czy go zrozumie - ale przynajmniej samemu będzie miał czyste sumienie.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]05.07.22 7:59
Dendrologia nie należała do evandrowych specjalności, zielarstwo dopiero przed paroma miesiącami zaczęło odkrywać przedeń swoje tajemnice, a i wśród poznawanych ciekawostek próżno szukać tych o drzewach. Choć to na róże kładziony był największy nacisk, wśród nich z łatwością można znaleźć odbicie ich dzisiejszych porównań. Krzewy, tak jak wiele innych tworów w naturze, dążyły do stałości i równowagi, bez nacisku na potrzebę dominacji, a dla symbiozy. Roślinność dobrze wie, że własnej siły nie zdobędzie kosztem innych, potrzebuje doń wsparcia.
- Widzę, że zwykł pan wątpić w determinację żywych istot - stwierdziła, nie spuszczając wzroku z czarodzieja. Mogła odpuścić w każdym momencie, zresztą zwykła sznurować usta, gdy jej rozmówca zamierzał posiadać ostatnie zdanie, jednak w przypadku magipsychiatry nie umiała postąpić inaczej. - Odwiedzał pan w ostatnim czasie lasy, zwrócił uwagę na drzewa, które mimo złamań rosną od lat, łącząc się z innymi pniami w jedno? - Uśmiechnęła się lekko, nie chcąc by te słowa wybrzmiały pouczająco czy oskarżycielsko. - Sądziłam, że pańskim zadaniem jest wesprzeć pacjentów, że z pomocą innych są oni w stanie wieść nadal pełne życie. - Dla siebie pozostawiła już komentarz, jakoby sam pan Vale zatracił już wiarę w uleczenie, niewiele wszak wiedziała o jego życiu prywatnym. Oparta o biurko laska wyraźnie wskazywała na wyboje, jakie musiał pokonać, a skupione spojrzenie Hectora i tylko połowicznie napawające optymizmem słowa dawały obraz mężczyzny, który starał się leczyć innych bez chęci czy motywacji do leczenia samego siebie. Gdzie ustawiało go to na skali przekonywania?
Wciągnęła gwałtownie powietrze i zatrzymała je w płucach, gdy ten podniósł się z miejsca, zwyczajnie ignorując jej starania. Odmowa nie była tym, do czego przyzwyczaiło ją życie, zawsze dostawała to, czego chce, najczęściej z pochyloną usłużnie głową lub uśmiechem wdzięczności za możliwość zrobienia czegoś dla lady doyenne, najpiękniejszej czarownicy na całych wyspach. Daleka była jednak od irytacji, zbyt mocno pogrążona w bólu, który teraz zamierzała wywlec na zewnątrz, w kierunku tego, który miał być specjalistą skorym do pomocy, który miał rozwiązać jej problemy. Odwróciła się ku niemu z malującym się na twarzy niezrozumieniem dla przepraszającego tonu. Czy nie lepiej, by zwyczajnie jej pomógł, zamiast zasłaniać się etyką? Dla lady Rosier to pojęcie z wolna zaczynało tracić na znaczeniu.
- Nie chcę pozostać sobą - przerwała mu zdecydowanym tonem, jeszcze nim zdążyła ugryźć się w język. Unikała porównań do samej siebie, od początku utrzymując, że chodzi wyłącznie o bliskich. Choć krótkim zdaniem zdążyła się już zdradzić, nie zamierzała się teraz wycofać. - Czy nie po to uczymy się całe życie, by na każdym kroku szlifować swój charakter, by zmieniać się i dostosowywać, szukając najlepszego rozwiązania? - Nerwowym odruchem przygryzła dolną wargę, skubiąc ją krótką chwilę, nim zorientowała się że przestaje się tak dobrze kontrolować. - Proszę wyjść poza swój utarty schemat, panie Vale, bo nie zda on tu egzaminu. - Dopiero wtedy uciekła od niego błękitem spojrzenia, osadzając wzrok w ułożonych na biurku dokumentach, które wydarła ze szpitalnych kartotek. To z nimi wiązała nadzieję na ratunek, cudowne ozdrowienie, które zatrzymać miało spiralę pogłębiających się z wolna objawów. Zawiesiła się we własnym umyśle, przywołując we wspomnieniach wizerunek tego, którego strata wstrząsnęła nią najmocniej.
-Mój brat nie żyje - wyznała wreszcie, nie widząc powodu dla którego miałaby dłużej utrzymywać to w tajemnicy. Ufała zapewnieniom magipsychiatry, jakoby żadna z padających tu dziś informacji miała nie wyjść poza ich spotkanie. - Nie wyda swojej zgody, ani tym bardziej nie potowarzyszy nam podczas rozmowy. Proszę potraktować to jako dyskusję akademicką, opierającą się o przykładowe, ćwiczebne dane. - Przestąpiła z jednej nogi na drugą, szukając dla Hectora rozwiązania, które pozwoliłoby mu podążać w zgodzie z własnym sumieniem, jednocześnie przynosząc rozwiązanie jej problemu. - Czasem podążanie za zamkniętą w nas siłą nie doprowadzi do niczego dobrego. Niczym fatum ciągnie nas ku tragedii, jakiej nie sposób stanąć na drodze, nie w pojedynkę. - Z cichym westchnieniem wróciła do niego wzrokiem, w którym próżno szukać już smutku za straconym bratem. Zamiast tego drzemało w nim widoczne rozdarcie, potrzeba popchnięcia w kierunku, który wyda się satysfakcjonujący, który da wspomnianą przez Hectora nadzieję.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]30.08.22 21:30
Odwiedzał pan ostatnio lasy? Maska profesjonalizmu, maska wyzuta z emocji leżała zbyt dobrze, by mimika zdradziła nieprzyjemne ukłucie, gdzieś w sercu. Nie odwiedzał często lasów, ani teraz ani w dzieciństwie. Wtedy, gdy oddałby wszystko, by móc uczestniczyć w polowaniach razem z ojcem i bratem, by zasłużyć na ich dumę i uśmiech. Gdy trochę podrósł, zrozumiał, że ojciec i tak zdaje się być z niego bardziej dumny niż z brata, właściwie z niezrozumiałych przyczyn - i że dopóki ten stan się utrzyma, dopóty uśmiech nie będzie sięgał oczu młodszego Vale'a.
Uśmiech nie sięgnął też oczu Hectora, gdy wygiął kąciki ust w geście uznania dla błyskotliwości rozmówczyni. Poruszała się w metaforach wprawnie, nadając im nowe znaczenia - bo nawet jeśli chodziło o zachowanie drzew, to nigdy nie rozmawiali o lesie, nie tak naprawdę.
-Ile drzew ma szczęście rosnąć w tak... wspierającym środowisku? - zapytał retorycznie, nie starając się ukryć smutku w łagodnym tonie. Odmalowała piękny obraz, pień łączący się z innymi aby nadal żyć, ludzie polegający na sobie nawzajem, czerpiący energię od siebie - ale tak nie wyglądała jego rodzina. Może wyglądała tak jej rodzina - raczej w to wątpił, patrząc na wiele innych zamożnych rodzin, ale wyjątki się przecież zdarzały.
-Giętkość nie oznacza, że nie pozostajemy sobą. Całe życie dostosowujemy się do zmieniających się warunków, elastyczność w tym pomaga. - przyznał, bardziej po to, by cokolwiek powiedzieć i grać na czas, obserwując jej żywą reakcję. Nie chciała pozostać sobą - a zatem była tu dla siebie, szukała czegoś, choć nie przyznała czego. Ani przed nim, ani przed sobą. Zasłaniała się papierami, które mogłyby być kluczem zarówno do jej duszy, jak i do lukratywnego zlecenia, ale...
-...ale są też sprawy, w których nie możemy się uginać, jeśli chcemy pozostać sobą. - dokończył cicho, w zamyśleniu, kierując te słowa zarówno do niej, jak i do siebie. Przed laty nakreślił wyraźne granice własnej etyki zawodowej, świadom, że potrzebuje ich podczas pracy na własną rękę - że bez zasad szpitala musi się trzymać tych ustalonych przez siebie. Znał samego siebie, znał swoje lęki. Gdyby nie sztywne ramy, kiedyś dałby się zgubić ciekawości i arogancji - albo czemuś jeszcze gorszemu, podszeptom szaleństwa i fatum klątwy, przed którymi uciekał całe życie. Tylko mając granice mógł wiedzieć, które decyzje naprawdę są jego.
A granicę raz przesuniętą łatwo przesunąć dalej. Przyjąć kolejne zlecenie wbrew woli pacjenta, powiedzieć komuś o słowo za dużo, by kiedyś zatrzeć granicę tak mocno, że cudze sekrety nie będą już przy nim bezpieczne, że staną się obiektem handlu albo beztroski.
Pozostawał też świadomy tego, z kim rozmawia - z lady doyenne, szczerze zrozpaczoną po utracie brata. Brata, o którego śmierci nigdy nie słyszał - choć pogrzeb Alpharda Blacka i uroczystości pożegnalne innych arystokratów odbijały się echem w mieście i w gazetach. Brata, który nie mógł umrzeć dwadzieścia lat temu, bo wtedy prośba w jej oczach nie byłaby tak gorączkowa. Nie wiedział, o co tu chodziło, chyba nie chciał wiedzieć, a tchórzostwo instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, by pewnych spraw nie roztrząsać. Jej pomógłby z dobrego serca, widząc sarnie oczy, wierząc w jej szczere intencje - ale co, jeśli podobna wieść dobiegnie do uszu innych arystokratów, takich, którzy zatroszczą się o bezpieczeństwo sekretów własnych krewnych (pamiętał groźbę lorda Rodachana Traversa wypowiedzianą na zimnej plaży, według porywczego arystokraty zapłaciłby głową za piśnięcie komuś o ich rozmowie - a co z jego rodziną, co gdyby dowiedzieli się o niekontynuowanej terapii po tym, jak Travers polegnie w boju) lub zapragną dowiedzieć się o słowo za dużo?
Zerknął na teczkę. Pokusa była mocna, a serca dawno nie miał tak ciężkiego, gdy odmawiał czegoś pacjentowi (nie połączył jeszcze tego poczucia winy z olśniewającą urodą Evandry, woląc widzieć smutek w jej oczach i słyszeć szczerość w tonie).
-Proszę wybaczyć, madame. Żywy czy nie, to wciąż konkretny człowiek i notatki sporządzone przez innego magipsychiatrę, a nie notatki teoretyczne. Niestety nie zajmuję się oceną pracy innych, zwłaszcza po fakcie. - co, jeśli znalazłby tam błędy? Co stałoby się z tamtym uzdrowicielem, tym, który leczył jej brata? Nawet jeśli popełnił błąd, życia mu to nie zwróci.-Zresztą - dodał, jakby próbując załagodzić własne słowa. -...greccy filozofowie mawiali, by zmarłych zostawić w spokoju, jakkolwiek to korci. Przyszła milady do mojego gabinetu, a ja mam czas - nawet jeśli nie mogę porozmawiać o pani bracie, z chęcią porozmawiam o tym, jak się pani czuje. Żałoba wymaga czasem rozmowy albo czasu. - zaproponował, ale coś podpowiadało mu, że za późno. Nie po to tu przyszła - albo nie była gotowa - a jego odmowa nie mogła budzić pozytywnych skojarzeń. Nie naciskał, pożegnał się uprzejmie, choć z żalem pomyślał o tym, że zasady kosztowały go tak prestiżową pacjentkę. Zarazem nie mógł pozbyć się uporczywej intuicji, która podpowiadała, że nie powinien postąpić inaczej.

/zt x 2 chlip



We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]01.09.22 2:12
dziewiętnasty maja

Pierwszą jego reakcją na propozycję Hectora było jedynie ostrzegawcze spojrzenie i warknięcie, które ugrzęzło gdzieś na wysokości krtani. Przecież nie potrzebował pomocy - wbrew wszelkiej logice zaprzeczał, jakoby miał problemy, z którymi sobie nie radził. Przecież nazwano już jego przypadłość. Przy pierwszym koszmarze, przy pierwszych nocach spędzonych na twardej posadzce, bo materac był za miękki, ojciec powiedział, że dopadło go coś, co przy pierwszej wielkiej wojnie nazwali męską histerią.
Jednakże od ich spotkania wydarzyło się wiele.
Demony coraz śmielej wychodziły z ukrycia i próbowały przejąć kontrolę nad jego ciałem. A wraz z pojawieniem się kolejnych osób, dla których miał stać się oparciem, musiał zapanować nad pewnymi niechcianymi reakcjami.
Szczególnie, że doskwierała mu bezsenność. Ta od kilku dni sprawiała, że może zmrużył oczy łącznie na kilka godzin, chociaż minęły już cztery niepełne doby od czasu, kiedy bezpiecznie odstawił młodego, do domu i kiedy sam dotarł do ciasnego pokoju na piętrze. Czuł, że z każdą nieprzespaną nocą traci kontrolę, a nie chciał wrócić do wydarzenia sprzed miesiąca, gdzie tarzał się na podłodze w konwulsjach naiwnie myląc przeszłość z teraźniejszością.
Kiedy więc stanął przed jego drzwiami w wypłowiałej marynarce i z nieco mętnym, zmęczonym spojrzeniem, prezentował sobą obraz iście tragiczny. Oznaki bezsenności były wręcz karykaturalnie widoczne i jeszcze bardziej uwidaczniały siwe pasma, które powoli zaczynały dominować nad pszenicznym złotem jego włosów. Nie do końca świadomie mrużone oczy ciągnęły za sobą ślady zmarszczek, coraz głębiej osadzających się w skórze Alfiego. I nawet jeżeli stoi wyprostowany, to sprawia wrażenie przygniecionego codziennością. Nim zaciśnięta w pięść dłoń spotkała się z drewnianą powierzchnią eleganckich drzwi wejściowych, Alfred wyrzucił gdzieś w bok wykałaczkę, która często znajdowała się teraz pomiędzy jego zębami, kiedy tytoń stał się towarem prawdziwie deficytowym. Wiedział, że nie było już odwrotu. Jeszcze wieczorem, siedemnastego maja, prędko nakreślił kilka słów na skrawku pergaminu. A może był to poranek dnia następnego? W każdym razie naprędce uszyta wiadomość z prośbą o spotkanie dotarła do Hectora i nawet jego zawahanie przed wejściem do środka niewiele miało tu pomóc. W końcu uderzył trzykrotnie w gładką powierzchnię drzwi. Hector przyjął go (jak oficjalnie) w swoim gabinecie. - Dziękuję za spotkanie w tak krótkim czasie - odparł nieco szorstkim głosem, w którym na próżno było szukać jakiejkolwiek emocji. Podobnie spojrzenie, mimo fizycznego zmęczenia, mało można było w nim wyczytać. - Wspominał pan, że w razie... problemów, możemy się spotkać - dodał. Alfreda cechowała bezpośredniość i raczej skąpość w słowach, to też nie miał zamiaru owijać celu swojej wizyty w miękką bawełnę. Łudził się, że uda mu się sprawę załatwić sprawnie, dlatego nawet nie kwapił się do zajęcia miejsca siedzącego. - Tak, jak wspominałem w liście, od pewnego czasu mam kłopot z zaśnięciem.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]01.09.22 4:32
19.05

Kluczem do tej pracy były cierpliwość i umiejętność odpuszczania w sytuacji, gdy pacjenci przedwcześnie znikali. Tej pierwszej Hectorowi nigdy nie brakowało - nawet kiedyś jeśli nie był cierpliwym dzieckiem to nie pamiętał już siebie z czasów sprzed. Pamiętał tylko samo złamanie i to, co po nim. Korowód uzdrowicieli, niekończący się ból, ponowne złamanie i nastawienie nogi, wieczność spędzona w łóżku, prośby matki, by wytrzymał, by był cierpliwy, jeszcze trochę. Nauczył się cierpliwości wtedy, z konieczności, ale był tak mały, że stała się drugą naturą. Pomagała przetrwać te nudne popołudnia, gdy ojciec i brat wyjeżdżali na polowanie, a siostry bawiły się na zewnątrz. Zacisnąć zęby w obliczu upokorzeń, uczyć się do trudnych egzaminów, wytrzymać nawet lata nieudanego małżeństwa.
W domu rodzinnym było niewiele ludzi, niewiele życia, ale w lasach Shropshire przewijała się dzika zwierzyna. To wtedy Hector nauczył się też, że cierpliwość może być środkiem do celu, niezależnie od tego, jak wyglądał ten cel. Ojciec zamierał z kuszą na długie godziny, by odebrać życie łani. Hector dniami pielęgnował zranione pisklę, zanim spłoszony ptak pozwolił się pogłaskać po łebku.
Wtedy nauczył się, że nie umie odpuszczać. Pisklęciu nie dało się pomóc, skrzydło było złamane zbyt poważnie, niektóre złamania się nie goją drwił brat, ale Hector nie potrafił odpuścić i skrócić cierpień stworzenia, więc to brat ukręcił ptaku głowę pod jego nieobecność.
Później próbował już o tym nie myśleć, ale wspomnienia wracały na oddziale magipsychiatrycznym w świętym Mungu, wśród pacjentów spisanych na straty. Młody i idealistyczny, postanowił wtedy, że on będzie innym magipsychiatrą, że on zdoła pomóc każdemu, wytrwale i cierpliwie.
A potem przekonał się, że niektórzy wcale tej pomocy nie chcą i musiał nauczyć się odpuszczać.
Musiał gryźć się w język, by odpuścić na tamtych schodach w kwietniu - jak rzadko kiedy był wtedy przekonany, że sparaliżowany strachem mężczyzna potrzebuje pomocy i to pilnej. Leczył zamożniejszych Londyńczyków z ich zachcianek i chandr, z chorób, których podłożem było nie tyle nieszczęście, co znudzenie. Może właśnie dlatego, że ostatnio miał kilka takich przypadków, wyjątkowo mocno uderzyło go zachowanie kogoś, kto naprawdę był w poważnym kryzysie, kto stracił oddech i kontakt z rzeczywistością na niewinny dźwięk rozsypujących się po ziemi zabawek.
Chyba były dwa powody, dla których szczerze pragnął, by nieznajomy zdecydował się na leczenie.
Po pierwsze, patrząc na mężczyznę gdy za sprawą Paxo z jego twarzy zniknęła złość - i pozostał tylko strach - nabrał wrażenia, że rozmawia z kimś spłoszonym i zamkniętym w sobie, ale przyzwoitym. Kimś, komu chyba chciałby pomóc, a to w jego fachu nie było przecież oczywiste. Wielokrotnie pomagał przecież ludziom, których w głębi duszy się brzydził, nie musiał chcieć nikomu pomóc (tak z głębi serca), by chcieć pomóc jako magipsychiatra. Ale teraz było inaczej - czasem poznawał przecież osoby, na których zdrowiu zaczynało naprawdę mu zależeć i może dlatego tak ciężko było przy nich odpuścić.
Po drugie, był profesjonalistą, właścicielem jednoosobowego biznesu i ciekawym wszystkiego związanego ze swoją specjalizacją Krukonem. A kogoś z tymi objawami nie leczył jeszcze nigdy, stykał się jedynie z podobnymi pacjentami w trakcie specjalizacji w Mungu. Choć nie znał historii tego konkretnego człowieka, domyślał się, z czym może być powiązany taki zestaw zachowań.
I że, choć do tej pory podobne reakcje były rzadkością wśród angielskich czarodziejów, to w najbliższym czasie się to zmieni. Trwała wojna, wszyscy przeżywali teraz stres i traumy, a te odezwą się po wojnie w tych, którzy przeżyją. I wtedy, jeśli on sam przetrwa to wszystko w dobrym zdrowiu, ci czarodzieje - gdy zadbają już o swój byt i jeśli będzie ich na to stać - będą potrzebować magipsychiatry. Może za kilka miesięcy, może za kilka lat, ale wzrośnie zapotrzebowanie na specjalistów. A on, lecząc podobne objawy już teraz, zrozumie je lepiej i będzie o krok przed konkurencją.
Dlatego poczuł ukłucie rozczarowania, gdy mężczyzna nigdy się nie odezwał, ale spróbował odpuścić. Cierpliwość jest kluczem - powtarzał sobie i w pewne majowe popołudnie jego cierpliwość została nagrodzona.
Najpierw zerknął na podpis pod listem i od razu rozpoznał nazwisko. Nie zapominał nazwisk. Ani twarzy. A zwłaszcza objawów. Rzęsy zadrżały niecierpliwie, gdy przebiegł wzrokiem oszczędny tekst - na moment pozwolił sobie na satysfakcję, że Alfred Summers sobie o nim przypomniał, że napisał, sam z siebie. Gdyby miał do czynienia z kobietą, pogratulowałby jej odwagi, ale dumnych mężczyzn takie komplementy wcale nie motywowały, wręcz przeciwnie. Odpisał zatem konkretnie i oszczędnie, natychmiast znajdując termin.
Otworzył drzwi machnięciem różdżki, siedząc za biurkiem, z laską opartą pod biurkiem, jak zwykle. Tak, jakby miał od nowa sprawić pierwsze wrażenie, choć pan Summers widział go już przecież, utykającego, upadającego, zdziwionego i tak dalej i tak dalej. Nie zamierzał jednak rezygnować z masek, na które pozwalał gabinet. Ani dla siebie, ani tym bardziej dla niego.
Nowy kontekst, nowa szansa. A pacjent, który padł ofiarą słabości przy nieznajomym, nagle i bez żadnej kontroli, już i tak musiał się bardzo wstydzić. Cud, że w ogóle tu przyszedł, zasługiwał na carte blanche. Przynajmniej z pozoru, bo Hector nie zapomni przecież o niczym, czego był świadkiem, chwytając się każdej wskazówki.
-Dzień dobry. - wstał, gdy pacjent przekroczył próg, witając go wciąż zza biurka (ale akurat stać mógł bez laski, chodzić zresztą też, choć z większym wysiłkiem). Zauważył, że blondyn pominął formułki grzecznościowe, zapewne chcąc przejść do sedna.
Proszę bardzo.
-Termin wizyty to żaden problem. - przechylił lekko głowę, ciekaw, o jakich problemach mówi za to jego pacjent, ale na razie nie dociekał. Jeszce chwila, nie może go spłoszyć.
Zawiesił przenikliwie błękitne spojrzenie na twarzy pacjenta, wiedząc, że w gabinecie może przyglądać mu się uważniej i bardziej bezkarnie niż podczas zwykłego spotkania. Co jakiś czas przypominał sobie o tym, by mrugać (inaczej wzrok miałby zupełnie nieporuszony), wychwytując kolejne detale. Zmęczenie widoczne gołym okiem, oczy podkrążone jak po wielu nocach bezsenności, włosy przedwcześnie posiwiałe (Hector też zaczął szybko siwieć, szczególnie po pierwszej małżeńskiej zdradzie), głos i spojrzenie pozbawione emocji - tak jakby pacjent gorączkowo pragnął je ukryć, albo robił to już machinalnie. Masek noszonych zbyt długo nie da się czasem zdjąć.
Gdyby nie ta maska, gdyby nie to, że pacjent był trochę starszy od niego, gdyby nie to, że Alfred trzymał się jakoś w ryzach - Hector odczułby deja vu. W marcu witał na progu tego gabinetu kogoś równie zamkniętego w sobie i jeszcze bardziej złamanego codziennością. Ale o tamtym nie myślał już - i nigdy nie pomyśli - jak o pacjencie, wszelkie podobieństwo było więc zbyt ulotne, by w ogóle dotarło do jego świadomości.
-Proszę usiąść. - wskazał gestem na fotel, ale zawahał się i przybrał na twarz łagodny, uprzejmy uśmiech. -Ale może pan też stać lub chodzić, jak panu wygodniej. Możemy przejść na "ty" lub zostać przy formach grzecznościowych, to również zależy od pana preferencji - proszę się czuć swobodnie. - zależało mu, by pacjenci czuli się tu swobodnie, a zarazem był na tyle obyty w tej grze, by ani razu nie użyć słowa pacjent.
Summers nadal stał - tak jakby chciał mieć możliwość natychmiastowego wyjścia, ucieczki, a Hector od razu zanotował te wnioski w głowie.
Było cicho, całkowicie cicho. Orestes bawił się u Yvette, nie u sąsiadki jak zwykle - Hector zaaranżował to specjalnie, tak by nawet z sąsiedniego podwórza nie dobiegały żadne hałasy.
-Kłopoty z zaśnięciem. - powtórzył za Alfredem jak echo, ale nie komentował, choć przez myśl od razu przemknęło z przekąsem ze wszystkich problemów, skupiłbym się na pana miejscu na tym z o d d y c h a n i e m. Zaakcentował za to lekko słowo "zaśnięcie", jakby chciał się upewnić, że właśnie z tym Summers szuka pomocy. -Od jak dawna? Kilku dni? Tygodni, miesięcy, lat? - w przypadku każdego innego pacjenta lata byłyby jedynie hiperbolą, ale tutaj intuicja podszeptywała coś innego. Hector zawiesił ciekawskie spojrzenie na twarzy Summersa, jakby chcąc wychwycić najdrobniejszą reakcję. -Opowie pan więcej o tym, jakiego rodzaju to problemy? Przykładowo, można leżeć godzinami i nie móc zasnąć, tak jakby człowieka rozsadzała od środka energia, której nie może na nic wykorzystać. Można też spać zbyt płytko, by obudzić się wypoczętym. Albo cierpieć na koszmary zniechęcające do zasypiania i przerywające sen w środku nocy. - wyliczał przykłady nawet nie po to, by wyjaśnić coś Alfredowi (choć wyglądał na małomównego i Hector chciał rzucić mu jakąś kotwicę, zawęzić pole wyboru zamiast zmuszać do samodzielnego zdefiniowania bezsenności), co po to, by sprawdzić, czy na któryś reaguje bardziej żywo niż na inne. Zwłaszcza, że wcale się nie wykluczały - mógł przecież na przestrzeni życia cierpieć na wszystkie te objawy, naprzemiennie, lub na wszystkie razem.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]01.09.22 20:20
Złamana kość zrastała się - potrzebowała mniej bądź więcej czasu, wsparcia mugolskich protez bądź magomedycznych mikstur, ale w końcu, zrastała się.
Czy w taki sam sposób scalało się złamanego człowieka? Człowieka, który był naocznym świadkiem okrucieństw tak bestialskich, że chciał pozbyć się własnych oczu, chociażby zaraz. Człowieka, którego pokonał ciężar jego własnych doświadczeń.
Niezaprzeczalnie Hector miał przed sobą człowieka złamanego, okaleczonego przez rzeczywistość. Przemielonego przez wojenną machiną, z którego wycisnęła całkowicie chęć życia. Ta sama wojna pozbawiła go marzeń, nadziei. Pozostawiła jedynie chwiejną podstawę, na której miał osadzić tę niechcianą wersję siebie. Na jak długo? Dzień? Rok? Dziesięciolecie? Każdego ranka powtarzał sobie, że musi wstać jeszcze tylko ten kolejny raz. A później - zasłaniając się za parawanem kłamstwa - pił z matką herbatę, szedł do pracy i starał się żyć nawet jeżeli żyć nie chciał. Był powłoką, z której wyciśnięto już życie, a teraz jedynie egzystowała, zawieszona w tym dziwnym stanie, jakby niezdolna do gwałtownego odczuwania. Znał jedynie obojętność, apatię, która stała się jego codziennym przebraniem. Nawet teraz, wpatrywał się w niego oczami, których nic już nie mogło zadziwić. A gdy podstawa się chwiała, zrzucając maskę, odkrywała niebotyczny strach i przerażający gniew. Nic więcej nie kryło się pod skorupą złamanego człowieka.
Co mogła zrobić z nim kolejna wojna? Co jeszcze mogła mu zabrać, skoro jego dusza, serce i marzenia pozostały na ziemiach europejskich, spływając w dół wraz z krwią poległych. Nie mogąc zadać mu zbyt wiele nowych ran, otwierała te stare. Posypywała je sobą i patrzyła jak ropieją.
Do tej pory stał - chwiejna konstrukcja jaką się stał, do tego momentu trzymała, jakoś, utrzymując się mimo nadchodzących wiatrów. Jednakże kolejne tygodnie przynosiły na jego barki istnienia, za które stał się odpowiedzialny, które miały znaleźć w nim swoje schronienie. Jak długo mógł jeszcze stać, ze świadomością, że kiedy on upadnie, nie będzie miał go kto złapać? Chociaż nie chciał przyznać tego przed nikim, ani przed samym sobą, ani tym bardziej przed Hectorem oraz Letą, to ich obecność sprawiła, że podniósł się szybciej. W sposób nieporadny, pokraczny, brzydki. A co w tym wszystkim było najgorsze? Że to nie był pierwszy i z pewnością najtragiczniejszy z jego upadków. Jeszcze nie widzieli, jak pada wieża ułożona z kart, jak rozsypuje się po podłodze, wije się w niezgrabnym, bolesnym tańcu.
Chociaż zamknięci byli w czterech ścianach gabinetu, czuł się nieswojo - jakby postawiono go na otwartym polu, bez broni w ręku. Stał się łatwym celem do namierzenia, obiektem tak transparentnym, że nagle zalała go fala świadomości każdego grama swojego ciała. Można było odnieść wrażenie, że są dwiema stronami tej samej monety. Siwizna oprószyła włosy, naznaczając ich niezaprzeczalnym symbolem mijającego czasu. Jeden - pozbawiony stabilnej, fizycznej podstawy; drugi - pozbawiony stabilności psychicznej. Hector prezentował się skromnie aczkolwiek elegancko, Alfred chociaż odziany skromnie i schludnie, nie mógł być określony mianem eleganta. A mimo to los sprowadził ich do tego jednego momentu. Spojrzał niepewnie w stronę fotela, po czym rzucił mu jeszcze kontrolne spojrzenie, jakby dał sobie kilka ostatnich oddechów na zastanowienie. Ostatecznie gadulstwo Hectora sprawiło, że odsunął już prawie fotel, ale nagle jakaś jasna myśl przebiegła przez jego myśli. - Nie mam tyle pieniędzy, aby zapłacić za godzinną wizytę - brutalna szczerość, płynąca z tego stwierdzenia ostro wbijała się w bębenki. Wyprostował się, ostatecznie nie siadając. Jedynie palce strudzone pracą wbijały się w jego oparcie. Jednocześnie zaznaczał, że zamierzał zapłacić i nie potrzebuje jałmużny, ale przyszedł tu w konkretnym celu.
Jego mięśnie i tak były ciągle spięte, jakby nie dawał sobie możliwości na złapanie oddechu nawet teraz, mimo iż otulała ich przyjemna cisza. Te jednak jeszcze wyraźniej zarysowały się pod materiałem marynarki. Zaśnięciem? Tak, kurwa, zaśnięciem. Dłoń nieco drgnęła, chociaż nie oderwała się od powierzchni fotela, mimo iż odruch kazał mi sięgnąć po papierośnicę. Spięcie, jakie pojawiło się w szczęce na dopiero co ogolonej - z wyjątkiem wąsa - twarzy, drgnięcie oczu, mogło sugerować, że znane były mu wszystkie rodzaje bezsenności. - Od... piętnastego maja, nie śpię praktycznie wcale - wychrypiał, przenosząc nieco niecierpliwie ciężar ciała z jednej nogi, na drugą. - Nigdy nie spałem długo, ale od tych kilku dni nie śpię wcale - a to sprawia, że nocne koszmary wychodzą na jawę. Powietrze niby zbędny balast wypadło z jego płuc przez rozszerzone nozdrza. - To jak, możecie mi coś na to zapisać? - formalna, żołnierska forma zdawała się lepsza, niż zwracanie na pan do kogoś, kto musiał być w jego wieku.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]14.09.22 6:14
Wiedział o t a m t e j wojnie tyle, co czarodzieje czystej krwi, czarodzieje skryci za murami szkockiego zamku lub odludnego domu. Miał dwanaście lat gdy wybuchła, kończył Hogwart gdy dogasała. Nie odczuł jej wtedy - był daleko, rodzice tego dopilnowali, rezygnując z wakacyjnych wycieczek do Londynu. Może dlatego stolica wydawała mu się potem zbyt wielka i zbyt niepokojąca - jako dziecko nie zdążył się z nią obyć, a na kurs w Mungu trafił, gdy Londyn podnosił się z wojennych zniszczeń. Miasto zdawało się wtedy równie złamane jak żołnierze, podobnie puste i poranione wydawało się też teraz. Dlatego z tak wielką niechęcią brał syna do stolicy, ominąwszy nawet jarmark zimowy. Dlatego, podświadomie powielając wzorce rodziców, zaszył się z Orestesem jak najdalej, przez kilka miesięcy próbując udawać, że ta wojna nie istnieje. Nie chciał, nie mógł już być ślepy - a nie doświadczywszy wojny nigdy na własnej skórze bez wątpienia rozumiał ją mniej niż stojący przed nim człowiek. Wywnioskował już, że pewnie coś przeżył, pamiętał huk zabawek i specyficzne, żołnierskie zwroty przerażonego mężczyzny, poddaj się, ręce do góry. Wiek by się zgadzał, a nazwisko... Hector nie śmiał pytać o nazwisko, chyba oficjalnie wolał nie wiedzieć, ale miał kolegę o tym samym nazwisku, o mugolskiej krwi. Czy to możliwe, że Laurie to krewny, może kuzyn tego człowieka? Poza hardym spojrzeniem wydawali się całkowicie różni (t e n mężczyzna nie wyglądał na Krukona...), ale Alfred uparcie kogoś Hectorowi przypominał.
Jeśli ten Summers walczył w mugolskiej armii, miałoby to sens. Vale'a fascynowało ciekawiło za to, że objawy stresu mogłyby się utrzymać aż latami - nie dość, że mężczyzna sam w sobie był intrygującym przypadkiem, to jeszcze rozmowa z nim znacząco poszerzy wiedzę i kompetencje samego Vale'a, który do tej pory nie miał na kim leczyć traum wojennych. To przecież młodzi, dumni mężczyźni uważali terapię za piętno, a chorobę za słabość - w prywatnym gabinecie już łatwiej było natknąć się na damę niż na aurora.
Cena naprawdę nie grała roli, obydwoje dziś zyskają - ale tego Hector nie mógł powiedzieć na głos. Wiedział, że nikt nie lubi być królikiem doświadczalnym ani przypadkiem charytatywnym.
-Proszę się nie martwić, zdążymy w pół godziny. - zaproponował, z łagodnym uśmiechem, choć w miękkim toniem wybrzmiała jakaś stalowa nuta. Alfred Summers wyszedł ze swojego okopu, był na cudzym terenie, w domenie Hectora Vale. We wnętrzu, które magipsychiatra urządził pod siebie i w którym czuł się pewny siebie. Udałby się do Summersa i każdego innego pacjenta również z wizytą domową, ale to te w swoim gabinecie wolał nieskończenie bardziej. Gabinet jest jak scena, a ja byłbym dyrygentem - wyjaśnił kiedyś Valerie, używając muzycznej metafory, by zrozumiała jego marzenia - i spełnił te marzenia. Scenografia była dopracowana do najdrobniejszego detalu, łącznie z tytułami książek na półkach (niektóre były fachowymi tomami o magipsychiatrii o nudnych tytułach - te kontrowersyjne schował w prywatnej części domu - ale inne były popularnymi książkami, albo po prostu grą słów, mającą zwrócić uwagę pacjenta na zew miłości albo pokutę i inne hasła-klucze) i brakiem widocznego dla pacjentów zegara. Alfred nie zauważy, czy pół godziny minęło - a jeśli zostaną tu dłużej, Hector weźmie opóźnienie na własne barki i nie policzy nic za dodatkowy czas. Sam Vale miał na biurku zegarek kieszonkowy, oparty o kałamarz, niewidoczny dla pacjentów - i gdyby wszystko zależało do niego, zostałby z tym mężczyzną pełną godzinę. Może uda mu się doliczyć niepostrzeżenie dodatkowy kwadrans? Im bardziej oporny pacjent, tym więcej czasu potrzebuje.
Obserwował każdy gest wystawionego na ostrzał Summersa, który wyraźnie czuł się tu nieswojo. Przypomniał sobie, żeby mrugać, ale przenikliwe spojrzenie i tak musiało przeszywać na wskroś kogoś, kto tyle energii wkładał w to, żeby zniknąć, żeby egzystować, żeby żyć nie czując i nie będąc widzianym.
Szkoda, że postępy będą wymagały poluzowania tej zbroi. Też zbudowałem wokół siebie mur, wiem jak bardzo boli, gdy kruszeje - powiedziałby Alfiemu gdyby byli przyjaciółmi, lecz nie byli. Uparcie odsuwał myśl o Lecie, chcąc podejść do niego jak do każdego innego pacjenta.
Widział, jak dłonie mocniej zacisnęły się na fotelu, jak mięśnie twarzy drgnęły z lekką irytacją. Zdawał sobie sprawę, że pewnie zadawał więcej pytań, niż mężczyzna sobie życzył - ale i tak się hamował.
Piętnasty maja - zanotował na razie w pamięci, nie chcąc rozpraszać pacjenta sięganiem po pióro. Miał dobrą pamięć, szczególnie, gdy coś go żywo interesowało - dzisiejszą terapię mogą przeprowadzić bez pomocy papieru. Przechylił lekko głowę, trochę jak ciekawski ptak. Z zainteresowaniem zauważył, że Alfred wybrał bezosobową formę, dziwne zawieszenie pomiędzy "ty" i "pan" (w pierwszej chwili nie skojarzył, że tak zwracają się do siebie żołnierze - ale to będzie cenne skojarzenie, gdy już na nie wpadnie). Nie zaskoczyło go za to wcale, że od razu poprosił o eliksir. Znał to podejście, z jednej strony niechętne, a z drugiej spodziewające się natychmiastowego rozwiązania. Wielu pacjentów, głównie mężczyzn, musiał wyprowadzać z tego błędu.
-Wcale. - powtórzył za nim, jakby dla wzmożenia efektu. -Przez cztery noce. - podkreślił jeszcze. -Musicie być bardzo zmęczeni. - dostosował się do wybranej przez Summersa formy. -Macie jeszcze jakieś objawy? Po dwóch dobach bez snu mogą się pojawić - zawiesił badawcze spojrzenie na Summersie, gryząc się w język. Po dwóch dobach dla kogoś n i e p r z y z w y c z a j o n e g o. Jak długo jego pacjent się przyzwyczajał? -ból głowy, dreszcze, zaburzenia widzenia, halucynacje. - wyliczył z podręcznika dla kursantów pierwszego roku. -Jak długo nie spaliście, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy? - spytał dosadnie, przypominając Alfredowi t a m t e n atak, płynnie zmieniając temat na bliższy sednu problemu. Mogliby wokół niego krążyć, udawać, że chodzi o bezsenność i o piętnastego maja, ale przecież kryzys zdarzył się już wcześniej - a Summers płacił za jego czas i nalegał na pośpiech. -Mogę pomóc - pomóc, nie zapisać. Zapisałby mu eliksir wzmacniający i słodkiego snu, ale najpierw muszą porozmawiać. -ale z czym konkretnie? Zmęczeniem? Zaśnięciem? Koszmarami? Czy - urywa, ważąc słowa. Jak sam pacjent określiłby swój stan, swoje ataki? -oddychaniem?



We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Gabinet Hectora Vale II
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach