Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Gabinet Hectora Vale II
AutorWiadomość
Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]13.12.21 12:03

Gabinet Hectora Vale


Do prywatnego gabinetu prowadzi osobne wejście niż do domu. Na drzwiach znajduje się mosiężna tabliczka z nazwiskiem i kwalifikacjami magipsychiatry. Na pierwszy rzut oka gabinet przypomina raczej bibliotekę niźli siedzibę medyka - Hector Vale nieświadomie odwzorował tutaj otoczenie najbardziej sobie znajome i najbardziej komfortowe, rodzinną bibliotekę Anselma. Matka zabrała z domu ojca ukochany perski dywan, który zdobi teraz drewnianą podłogę. Przy ścianach pokrytych boazerią piętrzą się regały z książkami. Na środku stoi mahoniowe biurko, a pacjent i magipsychiatra mogą zasiąść na wygodnych fotelach.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]14.12.21 22:22
12 lutego 1958 roku
Zdawać by się mogło, że największe spadki temperatur Anglia ma już za sobą. Po zasypanych śniegiem grudniu i styczniu, miał nadejść czas powrotu do normalnego stanu wysp, lecz pogoda była nieubłagana, wciąż męcząc nieprzyzwyczajonych do tak skrajnych skoków mieszkańców. Tego dnia chmury wisiały na niebie nisko, zwiastując nadchodzące opady, lecz trzymały wszystkich w niepewności, nie roniąc ani jednego płatka śniegu.
Ostatnia wizyta w Londynie nie była bezowocna, spędzona wyłącznie na odwiedzinach na Arenie Carringtonów. Lady Rosier posłała służkę do Szpitala Świętego Munga z prośbą o informacje dotyczące choroby jej brata. Mogła zwrócić się po to do lorda Shafiq, wszak cieszył się tam niemałym szacunkiem, lecz pracował na innym oddziale i nie chciała sprawiać mu dodatkowych, zbędnych kłopotów. Otrzymane wieści nie były satysfakcjonujące. Suche wnioski, które niewiele jej mówiły, a już na pewno niewiele w kwestii rozpoznania samej przypadłości. Szczerze wątpiła, że uzdrowicielska oszczędność kierowana była dobrem zmarłego pacjenta, a zakazem, jaki wystosował nestor rodu Lestrange. Nie zdziwiłaby się, gdyby wszelką dokumentację nakazano spalić, pozbyć się, by nikt do nich nie sięgnął i nie skojarzył szaleńca z szanowanym, szlachetnym rodem. Zaistniały w głowie Evandry problem trwał jednak nadal i nie mogła ot tak przestać szukać odpowiedzi. Zasłyszane na oddziale nazwisko Hectora Vale’a, mającego prowadzić prywatny gabinet magipsychiatryczny, wprawiło lady Rosier w zastanowienie. Nie wątpiła w umiejętności uzdrowicieli pracujących w szpitalu, lecz kolejna wizyta w tym miejscu mogła ściągać niepotrzebne spojrzenia, wywoływać niepotrzebne plotki. Wizyta prywatna gwarantowała lepszą dyskrecję, tylko czy rzeczony uzdrowiciel okaże się być dobry w swoim fachu? W całym swoim krótkim życiu korzystała z pomocy wielu z nich, od dzieciństwa stawiając czoła serpentynie. Nauczyła się przy nich, że nie każdemu warto ufać, czy pan Hector Vale zdobędzie jej zaufanie?
Zapowiedziała się dzień wcześniej, bardziej informując o swoim przybyciu, niż pytając o dostępny termin. Po wysłaniu listu sama była zdziwiona swoim brakiem uprzejmości, skąd u niej ta nagła niecierpliwość? Była w stanie żyć z wątpliwościami przez długie miesiące, dlaczego właśnie teraz zdecydowała, że należy coś zmienić? Denerwowała się tym spotkaniem, wciąż jeszcze nie wiedząc w jaki sposób zamierza przeprowadzić rozmowę z uzdrowicielem. Czego tak naprawdę oczekiwała, jakich odpowiedzi szukała?
Dotarła na miejsce w godzinach przedpołudniowych, stawiając się przed parterowym domem pana Vale’a. Drobny śnieg zgrzytał cicho pod obcasami niskich trzewików wiązanych wokół kostki cienkim sznurowadłem. Długa, wystająca spod wełnianego płaszcza spódnica nie nosiła żadnych brudnych smug, zabezpieczona zaklęciem. Wysunęła z kieszeni dłonie obleczone w rękawiczki z cienkiej skórki i zapukała do drzwi.
- Dzień dobry, czy zastałam pana Hectora Vale’a? - spytała, unosząc kąciki muśniętych karminową szminką ust. Wprawny obserwator mógłby dostrzec, że mimo uśmiechu, w spojrzeniu lady Rosier przebija się cień niepewności, a może strachu? Lekko zaróżowione od chłodu policzki okalały pojedyncze kosmyki złotych włosów, które wysunęły się z upiętego nisko koka. Zdobiły go złote szpilki o główkach z pereł.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]15.12.21 11:46
12.02

Obudził go tępy ból w kalekiej nodze. Czasami powracał, chronicznie, od dzieciństwa, można było się przyzwyczaić. Nadzwyczajne spadki temperatur zdawały się jedynie nasilić tą przypadłość. Zacisnął zęby i z wysiłkiem dowlókł się do kominka. Machnął lekko różdżką, płomienie buchnęły mocniej i już po chwili w domu zrobiło się o wiele cieplej. Ból powoli ustępował.
Chmury za oknem były dziś równie posępne jak niebo nad Shropshire - myślał, pijąc czarną herbatę w gabinecie. Oszczędzał styczniowe zapasy, ale dziś chyba potrzebował drobnej przyjemności, a poza tym powinien poczęstować swojego gościa czymś więcej niż landrynkami.
Otrzymany wczoraj list wprawił Hectora w niemałe zdziwienie, choć mało co go w życiu zaskakiwało. Pracował z możnymi tego świata, oferował spokój, zrozumienie i dyskrecję, a w zamian jego nazwisko polecano kolejnym klientom... ale gdy wyprowadzał się z Londynu, obawiał się, że zostawia tamten świat za sobą. Stali pacjenci pozostali, ale z Walii trudniej dbać o rozgłos w kręgach elit. Tymczasem trzymał w dłoniach pismo od lady doyenne Rosier, a nazwisko budziło mieszankę niepokoju i ekscytacji. Co sprowadzało ją do jego skromnego gabinetu i czy jej mąż - którego przystojną twarz Hector pamiętał i z gazet i z Wenus - o tym wiedział?
Poprawił marynarkę, swoją najlepszą i upewnił się, że spinki do mankietów są na swoim miejscu. Przy spotkaniach z arystokracją starał się wyglądać jak od linijki, tak jakby eleganckie ubrania mogły zamaskować jego kalectwo i inteligenckie pochodzenie.
Gdy rozległo się pukanie do drzwi, wstał ostrożnie i otworzył je różdżką. Zdecydował się powitać Evandrę przy biurku - to mniej upokarzające niż kuśtykanie do przedpokoju. W lepszy dzień mógłby pokonać tą odległość całkiem sprężystym krokiem. Mógłby nawet stać przy biurku przez potrzeby podparcia, ale dzisiaj musiał sięgnąć po laskę. W najgorszy z możliwych dni, ale - próbując zachować spokój - powtórzył sobie, że z kalectwa może uczynić atut, może wydawać się skromniejszym i niegroźnym. A w prywatnych gabinetach pacjenci szukali przecież bezpieczeństwa. Pacjenci. Nie znał jeszcze powodów wizyty Evandry Rosier, ale w jego głowie została już potencjalną pacjentką, jak każdy, kto przestępował progi jego gabinetu.
-Hector Vale, do usług lady doyenne. - przedstawił się uprzejmie, przechodząc z laską przed biurko aby odsunąć (różdżką) dla Evandry wygodny fotel. Choć był starszy od jej męża, a w ciemnych włosach pobłyskiwały już pasma siwizny, to gładko ogolona twarz wydawała się należeć do kogoś młodszego.
Zawiesił na Evandrze spojrzenie na krótki moment - nazbyt długi jeszcze by ją speszył - i w pierwszej chwili pomyślał, że jest bardzo piękna. W drugiej przywołał się do porządku i skupił wzrok na jej oczach, nie na posągowej twarzy ani złotych włosach. Oczy są zwierciadłem duszy, a jej wydawały się zalęknione, niepewne.
-Herbaty? - zaproponował, czekając aż zajmie miejsce w fotelu. Swoją już dopił, dwie wyczyszczone filiżanki czekały na biurku, a jeden ruch różdżki mógł zaparzyć napój.
-Co lady sprowadza do mojego gabinetu? - zapytał, siadając naprzeciwko niej, by nie górować nad nią wzrostem. Uśmiechnął się delikatnie, wiedząc, że nigdy nie był i nie będzie ciepłym człowiekiem - że braki charakteru musiał nadrabiać dobrym wychowaniem, nienachalnym obyciem i łagodnością.





We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]20.12.21 21:01
Przestąpiła próg domu, zostawiając zarówno kapelusz, jak i płaszcz w sieni. Prezentując się już w pełni okazałości w dopasowanej w talii wełnianej spódnicy i wsuniętej weń koszuli zdobionej przy mankietach i dekolcie misternym haftem ze złotą nicią, ruszyła do wskazanego sobie gabinetu. Zastany widok wzbudził w Evandrze wątpliwości, lecz nie była to drewniana laska, dzierżona w dłoni magipsychiatry, a on sam. Elegancki, o przystojnej twarzy, górujący ponad nią ledwie kilka cali. Spodziewała się czarodzieja przynajmniej kilkanaście lat starszego, o włosach silnie zroszonych siwizną i naznaczonej zmarszczkami twarzy. Wyobrażenie wzięło się z tonu głosu służącej, która opowiadając o uzdrowicielu, mówiła o nim z najwyższym szacunkiem.
Podeszła bliżej, pozbywając się widocznych na swej posturze oznak wątpliwości, by zadarłszy lekko brodę ku górze, móc błękitnym spojrzeniem sięgnąć jego gładkiej twarzy. Komentarz odnośnie wieku byłby tu nie na miejscu, wszak sama wciąż borykała się z oceną ze względu na własny. Będąc najmłodszą wśród starszyzny doskonale zdawała sobie sprawę z czujnych spojrzeń, które obserwowały każdy jej krok w oczekiwaniu na potknięcie. Za punkt honoru postawiła sobie nie dopuścić do sytuacji, w której zawiodłaby czyjeś oczekiwania, plamiąc rodowe nazwisko.
Zawieszony nań wzrok nie peszył nigdy. Przywykła do licznych, wlepionych w nią oczu, do szeptów zazdrości, cichych westchnień czy pożądliwych spojrzeń. Nauczyła się je ignorować bez zbędnego poruszenia, albo wyłapywać i zapisywać w pamięci. Przyłapywanie innych na zachłannym wpatrywaniu było jedną z ulubionych gier towarzyskich Evandry, kiedy już zaczynała doskwierać jej nuda. Lubiła wdzierać się do ich umysłów, zastanawiając się z jakimi myślami przyszło im się mierzyć. Niektórzy odpowiadali uśmiechem, inni odwracali się speszeni, chcąc uciec przed konfrontacją, jednak wszyscy dostarczali jej rozrywki, zwłaszcza kiedy pozwalali złapać się w sidła niezobowiązującej konwersacji.
- Poproszę - przytaknęła, zajmując miejsce we wskazanym fotelu. Wyprostowana, siedząca na skraju, ze złączonymi ze sobą dłońmi ułożonymi na kolanach. - Dziękuję, że zgodził się pan ze mną pomówić. - Przecież nie miał wyboru. - Przychodzę po poradę w delikatnej kwestii. - Czy każda, związana z magipsychiatrią, nie była delikatna? - Miałam w swoim bliskim otoczeniu osobę, której stan umysłu daleki był od ideału. Przez długi czas byłam ślepa na zachodzące zmiany. Dostrzegałam je, ale nie wiedząc jak zareagować, puszczałam je w niepamięć. - Przed oczami wyobraźni pojawiła się zmartwiona twarz o szarej, zmęczonej skórze i nieco zapadniętych już policzkach. Utkwione w niej spojrzenie było przepełnione smutkiem, ale i desperacją. Evandra westchnęła cicho, nie potrafiąc już na powrót przybrać ciepłego uśmiechu. - Teraz, gdy jest już za późno, nachodzą mnie pytania, czy było coś, co mogłam zrobić, aby temu zapobiec. - Czy musiało dojść do tragedii, by wreszcie spojrzała nań szerzej? Pokiereszowane serce przestało już krwawić, wysychając i na powrót pokrywając się skorupą.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]21.12.21 19:07
Choć lady Rosier prezentowała się nienagannie, a jej gesty i mimika były powściągliwe, jak u większości ćwiczonych do podobnej roli od młodości arystokratek - uwadze Hectora nie umknęły początkowa niepewność i późniejsze zaskoczenie damy. Domyślał się, że nie pasuje do typowego wyobrażenia o magipsychiatrach, a nawet - że sama lady doyenne niekoniecznie przyszłaby do kogoś tak młodego. Większość uzdrowicieli w jego wieku podejmowała praktykę w szpitalu świętego Munga, Ronję zrekrutowano w Ministerstwie, powiązania z instytucjami gwarantowały stabilność zarobków. Otwarcie własnego gabinetu wiązało się z ryzykiem i było możliwe tylko dlatego, że Hector bardzo młodo otrzymał spadek po obojgu rodzicach, a posag pozwolił mu nie martwić się o rozkręcenie interesu. Na reputację ciężko zapracował i domyślał się, że to właśnie przychylne słowa szeptane wśród uzdrowicieli (a czasem nawet na salonach) przywiodły do gabinetu Evandrę.
W odpowiedzi na jej badawcze spojrzenie, uśmiechnął się łagodnie, bez śladu speszenia. Nauczył się czynić ze swojego wieku - a nawet kalectwa - atut, pomocny w rozmowach ze zbyt dumnymi pacjentami. Prywatnej praktyki szukali zazwyczaj zamożniejsi czarodzieje, kierowani potrzebą dyskrecji, a często nawet własną pychą. Gdy trudno było przyznać się do problemu, łatwiej było to uczynić, gdy rozmówca nie wydawał się nazbyt zadufany w sobie, gdy jego autorytet nie był zbyt onieśmielający.
Zauważył, że i jej nie peszyło jego spojrzenie. Dobrze - lubił obserwować pacjentów. Jedyne co go zaniepokoiło, to nieprofesjonalna uwaga z jaką początkowo zareagował na jej urodę - zwykle odstawianie na bok samego siebie przychodziło mu o wiele łatwiej. Jeśli dziś będzie trudno, zawsze będzie mógł utkwić wzrok w swoich notatkach. Na razie nie sięgnął jednak po pióro, uważnie słuchając swojej klientki.
Przywołał różdżką imbryk i dwie porcelanowe filiżanki, magicznie rozlewając czarną herbatę dla siebie i lady Evandry. Czasami bywał niezdarny, nie miał zamiaru ryzykować, a poza tym był świadom, że arystokracja (choć sama miała od tego skrzaty) pozytywnie odbiera nacisk kładziony na wykonywanie nawet najprostszych czynności za pomocą magii; odcinając się w ten sposób od niemagicznego świata.
-Cała przyjemność po mojej stronie. - odrzekł kurtuazyjnie. Wyboru nie miał, a nawet gdyby miał - byłby oczywisty. Rosierowie byli zbyt wpływowi i bogaci, by przepuścić taką okazję. -Domyślam się, że jeśli usłyszała o mnie lady doyenne z polecenia - to wspomniano zarówno o mojej delikatności, jak i o absolutnej dyskrecji. - ta ostatnia powinna być oczywista, ale przy tak rozpoznawalnej klientce wydawała się warta podkreślenia.
Słuchał z uwagą Evandry, nie zdradzając zaskoczenia na dźwięk słów o... żałobie? Za późno - czy oznaczało to, że stan tej osoby się pogorszył, czy że nie było jej już wśród żywych? Żałobę można było nosić także po żywych - Hector rozpoczął swoją, gdy znalazł pewnego artystę w małżeńskiej sypialni.
-Rozumiem. - zapewnił łagodnie, pozwalając sobie na chwilowe porzucenie profesjonalnej maski i blady uśmiech pełen prawdziwego zrozumienia. Wiele sytuacji o których słuchał było mu obcych, ale ten problem przeżył na własnej skórze. Gorączkowe rumieńce, bardziej chaotyczny tryb życia, niepodpisywana korespondencja - powinien był zorientować się, że jej ostatni romans był inny od poprzednich, zareagować zanim postąpiła tak idiotycznie i udała się na swój ostatni spacer po lesie. O tamtych rozterkach myślał jednak wielokrotnie - dziś jego całkowita uwaga była skupiona na Evandrze.
-Czasami trudno nam uporać się z myślą, że czasu nie da się cofnąć. Czasami nasze serca oskarżają nas o coś, co nigdy nie było naszą winą. - formy mnogiej używał świadomie, chcąc wesprzeć klientkę myślą, że jej pytania i rozterki nie są nienormalne. -Czy to o tym chce lady doyenne porozmawiać, o uporaniu się z wyrzutami sumienia? - upewnił się łagodnie, nieświadom nawet, że przyszła w cudzej sprawie. Nie pracował na oddziale zamkniętym w Mungu. Mógł pomóc tylko tym, którzy sami się na to zdecydowali, którzy siedzieli w jego gabinecie. Etyka zabraniała spekulować na temat innych, ale o tym Evandra jeszcze nie wiedziała - a on nie spodziewał się, że wzięła ze szpitala dokumenty dotyczące osoby trzeciej.




spostrzegawczość II


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]10.01.22 14:22
- Naturalnie - przytaknęła na zapewnienie o całkowitej dyskrecji. Zakładała, że skoro prowadził swoją prywatną praktykę i dostała na niego polecenie od osoby trzeciej, był czarodziejem godnym zaufania. Mimo to wciąż go nie znała, nie wiedziała czego się po nim spodziewać, jakim był człowiekiem, jakie miał poglądy i czego sam doświadczył w życiu. Słyszała już niejednokrotnie, że uzdrowiciele powinni kierować się wyłącznie profesjonalizmem, nie odnosząc się do pacjentów emocjonalnie, lecz sama wiedziała jak zachowują się ludzie, zawsze można było natrafić na coś, co dotknie ich osobiście.
Dostrzegając cieplejszy uśmiech na jego twarzy, sama lekko wygięła kąciki ust. Pan Vale sprawiał wrażenie sympatycznego czarodzieja, jego początkowy dystans mógł wynikać z nieśmiałości, w jaką czasem wprowadzała innych. Podchodziła do tego ze zrozumieniem, zbyt świadoma swojej niezwykłej krwi, by mieć komuś za złe, że jej ulega.
Na dźwięk o wyrzutach sumienia jeden z jasnych łuków brwiowych drgnął, ale tylko wprawne oko mogłoby próbować interpretować ten jest. Zdradzał, że mimo przygotowań, jakie lady Rosier poczyniła przed przybyciem do gabinetu pana Vale’a, nie była w stanie zaplanować każdej ze swych odpowiedzi. ”Czasem nasze serca nas oskarżają”, czy to właśnie uczucie, z którym próbowała walczyć? Wrażenie niesprawiedliwości, poczucie wewnętrznego rozdarcia i utknięcia w sprzeczności? Przecież nie zawsze tak było, tylko wtedy, gdy myśli uciekały do trapiących ją kwestii. Spojrzenie Evandry złagodniało, nie powstrzymała uciekającego w bok spojrzenia, podświadomie nie chcąc mierzyć się z kolejnym, pytającym spojrzeniem.
- Nie jestem tu, by mówić o wyrzutach sumienia - powiedziała zgodnie z prawdą, choć wątpliwościom zdarzało się trawić ją od środka, wydzierając kęs po kęsie pewność siebie i przekonanie, że zrobiła wszystko, by móc swemu bratu pomóc. Zamykała się z samą sobą, pozwalając aby wściekłość i żal mogły ją przepełnić, jakby miało jej to pomóc w odkupieniu win. - Zdążyłam się z nimi pogodzić, nie stanowią dla mnie problemu. - Połowiczne kłamstwo, skrzętnie ukrywany strach, że wątpliwości tyczą się jej samej. Minęły cztery miesiące od spotkania na plaży, od dnia, kiedy brat rozsypał się w proch, mieszając z białym piaskiem, niknąc w oddali wraz z dmącym wiatrem. Uświadomiła sobie, że mówiła o tym na głos po raz pierwszy, bo nikt dotąd nie pytał o samopoczucie związane ze śmiercią Francisa. Miał być dla niej nauką, boleśnie wbijającym się w serce kolcem, będącym przypomnieniem, że każda, nawet najbliższa jej osoba, może bezwzględnie wbić nóż w plecy. Evandra w swej logice, jak i wysokiej wyrozumiałości, nie chciała nikogo demonizować, zarzucając przewinienia, których nie popełnił. Szukała rozwiązań, wytłumaczenia, jakie mogłoby potwierdzić teorię, że każdy ma w sobie dobro, które wystarczy tylko dostrzec i wyciągnąć na światło dzienne.
- To, czego potrzebuję, to podpowiedzi w jaki sposób wyczulić się na niepokojące sygnały. Jest wysokie prawdopodobieństwo, że swoim otoczeniu mam więcej osób podatnych na podobne… schorzenia. - Od razu przeszła do konkretów, na których jej zależało, czując jak nieznacznie zaciska się jej gardło. Doskonale wiedziała, czego potrzebuje, szczegółowych wskazówek, wzorów zachowań, na jakie zwracać uwagę. Oby pan Vale udzielił jej wystarczających odpowiedzi. - Nikomu nie życzę takiej tragedii, a z pewnością są sposoby, by temu zapobiec. Podatność na sugestie, także te fałszywe. Nieumiejętność rozróżnienia tego, co dobre, a co złe, a więc i zapewne gubienie się we własnych myślach. Czy widzi pan szansę na ozdrowienie takiej osoby? - Widziała w jakim stanie był Francis, kiedy odwiedziła go w szpitalu. Wrak człowieka, ukochanego brata, w którego niemal każde słowo wierzyła bezgranicznie. Z przykrością obserwowała to, co z niego pozostało, zarówno wtedy, w Mungu, jak i tamtego dnia na plaży. O tym, że w ich rodzinie pojawiały się już wcześniej podobne przypadki szaleństwa wiedziała od zawsze, lecz przecież nie trafiały się w każdym pokoleniu. Istniała szansa, że jej własny umysł uniknie osłabienia, ale uświadomienie sobie niektórych symptomów, które u siebie dostrzegała, nie napawały radością. Pozostawała nadzieja, że jeśli zareaguje odpowiednio wcześnie, obejdzie się bez popadania w skrajności.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]19.01.22 2:20
Miała piękny uśmiech, przemknęło mu przez myśl, ale szybko odgonił od siebie nieprofesjonalne wrażenia estetyczne. Zwykle potrafił się całkowicie zdystansować od każdego pacjenta - miał nadzieję, że te... problemy to nie wynik tremy, zjadającej go przy samej lady doyenne. Gościł w swoim gabinecie wiele ważnych osobistości, ale nigdy nie spodziewał się żony Tristana Rosiera. Zwłaszcza w zacisznej Walii. Na podobne, ambitne marzenia pozwalał sobie w Londynie, zanim anomalie przerwały jego plany na spektakularną karierę. Elegancki gabinet na Pokątnej był odpowiednim miejscem do przyjmowania szlachcianek, niektóre mogły tam zajrzeć nawet z ciekawości, lub kierowane jakimś spontanicznym impulsem. Wizyta w Walii wymagała zaplanowania i fatygi.
Uśmiech lady Evandry nieco go ośmielił, a przynajmniej nie zniechęcił do czujnej obserwacji jej mowy ciała. Szlachcianka czy nie, Hector Vale lustrował gesty każdego pacjenta z taką samą przenikliwością, zwłaszcza, gdy odpowiadali na jego niespodziewane (ich zdaniem) pytania. Umykające spojrzenie, czy drżenie rąk, wielokrotnie zdradzało więcej, niż słowa.
-To wspaniale, że mogła lady doyenne się z nimi pogodzić i je przepracować. - odpowiedział ciepło, starannie ukrywając własną wątpliwość. -Niezwykle trudnym zadaniem, jeśli nie niemożliwym, jest wyeliminowanie podobnego problemu samemu. - celowo użył słowa, jakie padło z jej ust. Czy poczucie winy było problemem, a żałoba - niedogodnością? W jego rodzinie żal był nawet pożądany - udawał go, wcale go nie czując. Ubierał się na czarno przy rodzicach Beatrice, oszczędne dawkował uśmiechy i regularnie bywał na cmentarzu. Nie uśpiło to wcale poczucia winy, ale nie miał z nim o kim porozmawiać. -To dobrze, że ma lady system wsparcia. - dodał łagodnie, bo najwyraźniej ona miała. Albo okłamywała samą siebie.
Przechylił lekko głowę i splótł palce, słysząc prawdziwy powód jej wizyty. Zmartwienie o podobne schorzenia wśród rodziny, pewnie także i przyjaciół. Choroby genetyczne były wśród arystokracji powszechniejsze niż u reszty czarodziejów, choć Hector odnosił się sceptycznie do przypisywania szaleństwa genom. W przeciwieństwie do wielu tradycyjnych psychiatrów, zachłysnął się stosunkowo nowymi teoriami i wciąż kontrowersyjnymi badaniami szanowanego czarodzieja Freuda sprzed kilkudziesięciu lat. Wierzył, że normalność to spektrum, a wpływ na odchylenia ma nie tylko słabsza psychika danej jednostki, ale i jej doświadczenia i otoczenie.
-Rozumiem, że chciałaby być milady powierniczką dla swoich bliskich, wychwycić niepokojące sygnały w ich zachowaniu i liczyć, że sami podzielą się z milady swoimi wątpliwościami? - powtórzył, chcąc się upewnić, czy dobrze rozumie jej życzenie. -Każdy człowiek jest inny, nawet przede mną pacjenci otwierają się z ogromną trudnością. Czasem idzie im łatwiej niż przed bliskimi, czasem nie ufają nieznajomemu. Czasem okłamują samych siebie. - przelotne zerknięcie wgłąb źrenic Evandry. -Na miejscu milady dopasowałbym podejście do każdej bliskiej osoby, indywidualnie. Zastanowił się, czy podobna słabość wynika z pragnienia wydawania się silnym. Czy ktoś zamyka się w sobie z troski o bliskie osoby, w niechęci do sprawiania im kłopotu, czy też... - przełknął ślinę, pilnując, by jego głos wybrzmiał odpowiednio miękko, łagodząc wydźwięk dalszych słów: -...boi się, że i tak nie zostanie wycofany. Że jego zagubienie zostanie skorygowane jeszcze zanim samemu rozezna się w tym, co jest dobre, a co złe. - zauważył. Położył dłonie na stole i prędko uciekł się do dygresji, zanim zdążyła się zastanowić nad tym, czy te słowa powinny ją urazić.
-Pochodzę ze Shropshire. Surowy klimat, surowi ludzie. Niektóre rodziny wprost wyrastają w dewizach w stylu non est arbor solida nec fortis nisi in quam frequens ventus incursat, per aspera ad astra, drzewo niesmagane wiatrem rzadko wyrasta na silne, przez ciernie do gwiazd, i tak dalej. Nie każdy potrafi jednak chodzić po cierniach, a niektóre drzewa się łamią. Zwłaszcza w środowisku, w którym są... przerażająco samotne. - zabębnił lekko palcami w drewniany blat, zwalczając pokusę muśnięcia dłonią chromej, połamanej nogi.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]16.03.22 10:47
W opinii Evandry zaciszna Walia była idealnym miejscem na podobne spotkania. Zapewniała wszak prywatność z dala od wścibskich spojrzeń, czyhających na każdym kroku w centrum Londynu. Tam każdy wychylał się z nadzieją na soczystą plotkę, za którą mógłby zdobyć kilka knutów - tu, w obcym miejscu, czuła się bezpieczniej. Wizyta wymagała zaplanowania i fatygi, a lady Rosier w planowaniu nie miała sobie równych. A przynajmniej tak zakładała, część swego życia spędzając na snuciu misternej siatki kłamstw, którymi miała się usprawiedliwiać, zarówno przed bliskimi, jak i samą sobą.
”Niemożliwym, jest wyeliminowanie podobnego problemu samemu”, mówił czarodziej, na co Evandra nie bardzo chciała odpowiadać. Pomijając już kwestię, iż nic nie należało do rzeczy niemożliwych, to w tym przypadku nie była przecież sama. Najbliżsi wyjątkowo dobitnie zaznaczali swoje zdanie, choćby Giselle Lestrange, kochana matka przez słabo skrywane łzy powtarzająca złote rady - odnaleźć w sobie siłę, stać się niewzruszoną, tylko to miało przynieść ukojenie. Doyenne coraz mniej czasu spędzała na rozmyślaniu nad tamtymi dniami, przywołując przed oczy wyobraźni wizerunek brata. Wykrzywiona w przeraźliwym bólu twarz, drobno spękana niczym skorupka jajka, rozsypująca się na wietrze, niknąca wśród piasku i wzburzonych morskich fal. Powracała do niej niczym straszliwy koszmar, zwłaszcza w noce, gdy czuła się szczególnie samotna. Wspomnienie metaforycznych rad pomagało na dłuższą chwilę, wszak wielokrotnie powtarzane kłamstwa z czasem stawały się prawdą. Jeśli pan Vale nazywał to systemem wsparcia, to u Róży działał on bez żadnego zarzutu.
Poprawiła się w fotelu, w eleganckiej, wyćwiczonej pozie łącząc ze sobą dłonie i wsłuchując się w słowa mężczyzny, w którego radach pokładała wielkie nadzieje. Tymczasem wysypujące się z jego ust słowa wcale nie rozjaśniały sytuacji, nie przynosiły upragnionego ukojenia. ”Czasem okłamują samych siebie”, na krótki moment wstrzymała oddech, mrugając dwukrotnie, jakby gest ten miał pozwolić otrząsnąć się z chwilowego zaskoczenia. Skoro tak bardzo pragnęła wierzyć, że mówi o swoich bliskich, dlaczego uciekała właśnie wzrokiem, by wbić go we własne dłonie? Szczupłe palce nie stały się nagle bardziej interesujące, to tylko uporczywe wrażenie, iż pan Vale spojrzeniem bliźniaczych do jej błękitnych oczu wnika w głąb duszy, z łatwością wyczytując kolejne wersy. Czy tak miała wyglądać ich rozmowa? Oparta o fałszywe założenia, wedle których tylko pozornie rozprawiali o nieobecnych? Decydując się na wizytę u specjalisty zakładała, iż będzie on czarodziejem o nieprzeciętnej inteligencji, nic więc dziwnego, że prędko rozwikłał tę zagadkę.
Nie pozwolił jej na odpowiedź, od razu przechodząc ze swym wywodem dalej. Słysząc o surowym wychowaniu kobieta powróciła do niego wzrokiem, zbyt dobrze znając podobne historie z własnego otoczenia, choć sama tak nie utożsamiała się ze słowami czarodzieja. Łacina była jej na tyle obca, by nie zrozumieć wszystkich słów, jakie padały z ust magipsychiatry, lecz w fotelu siedziała wciąż pozując na niewzruszoną, wyciągając przekaz z kontekstu całej wypowiedzi pana Vale’a. W swoim życiu rzadko kiedy spotykała się z surowością innych osób, wszak każdy jej ulegał, poddając się niezwykłej, półwilej mocy. Przywykła do subtelnych nacisków, mamienia spojrzeniem i tonem głosu, zgrabnej i niewinnej manipulacji, pod którymi uginał się każdy, kto śmiał sprzeciwić się jej woli. Zapatrzony w złotowłosą ojciec chylił jej nieba, w czym wtórowała mu matka, przepełniona dumą i radością. Silne, niszczycielskie predyspozycje pognały jednak w innym kierunku, Evandra była z natury dobrą czarownicą, (niemal nigdy) nie wykorzystując swych mocy do złośliwych celów. To dorosłość okazała się być usypana cierniami, lecz nauczona miłości, wrosła w różany krzew, stając się z nim jednością, wypuszczając kwietny pąk. Przynajmniej we własnym odczuciu.
- Raz złamane drzewo zrasta się mocniejsze i silniejsze. - O ile zrasta się prawidłowo. - Nauczone doświadczeniem potrafi lepiej radzić sobie w trudnych warunkach, kiedy zna już swoje słabości. - Tchórzostwem było chować się za surowością wychowania oraz otoczenia, nie ponosząc za siebie odpowiedzialności. Zgadzała się z nim kwestii, iż każdego należało traktować indywidualnie, znaczyło to także, iż każdy miał szansę na rozwój i ozdrowienie.
Czując iż odchodzą zbytnio od interesującego ją tematu, podniosła się z miejsca, szybkim ruchem dłoni powstrzymując go, gdy kurtuazyjnie chciał opuścił własne. Z kieszeni spódnicy wyjęła kilka stron, wyniesionych z medycznej dokumentacji brata. Wystarczyło jedno krótkie spojrzenie na nakreślone słowa, by z łatwością wyczytać, iż w momencie terapii jasność jego umysłu pozostawiała wiele do życzenia. Półwila ułożyła kartki przed Hectorem, dając mu moment na pobieżne przejrzenie diagnozy. Powoli pochyliła się nad mahoniowym biurkiem, a na kobiecej twarzy malował się nieskrywany już dumą smutek.
- Boję się, panie Vale. - Ściszyła głos, jakby w obawie, iż wypowiedziane głośno słowa staną się namacalne i realne. Ton Evandry pozostawał miękki, łagodząc dramatyczny przekaz. - Nie reakcji bliskich, ich prób korygowania czy stania się czyimś utrapieniem. Boję się, że ta niszczycielska siła wcale nie przyjdzie z zewnątrz. Ona już tu jest. - Tętniący w jej żyłach ognisty temperament w połączeniu ze skłonnością do chwiejności nastrojów oraz rodzinne predyspozycje do popadania w szaleństwo stanowiły mieszankę, jakiej nie sposób opanować. Popychały do wciąż nowych, ryzykownych zachowań. Do przesuwania granic, o których dotychczas myślała wyłącznie w kontekście zabawy.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet Hectora Vale II [odnośnik]24.05.22 8:04
Czy niektórzy rodzili się z upodobaniem do planowania, czy też to negatywne czynniki w otoczeniu wywoływały kompulsywne pragnienie kontroli - jeśli nie stresorów to przynajmniej własnego terminarza? Hector Vale nie wyczuł jeszcze w Evandrze Rosier tej samej tendencji, którą zaobserwował u samego siebie - był dobrym obserwatorem, ale minęło zbyt niewiele czasu i wciąż padło zbyt mało słów - i nie wiedział, że obydwoje byli mistrzami planowania. Lady doyenne potrafiła kontrolować siatkę kłamstw dopasowanych do jej bliskich i otoczenia. Hector Vale metodycznie kontrolował zdrady własnej żony, potrafiąc odnaleźć porządek w chaotycznych schadzkach, wpisać je do terminarza i w punktach nakreślić zasady rodzinnego dramatu. Niektóre problemy były niemożliwe do wyeliminowania, ale można było próbować nadać im pewne ramy, utrzymać złudne poczucie kontroli. Artykuł na ten temat byłby fascynującym tematem badań, ale po pierwsze Hector nie lubił tematów, które były zbyt podobne do jego własnych zmagań, a po drugie ostatnio nieustannie brakowało mu czasu na pisanie. W teorii miał go wiele, po przeprowadzce do Walii i wybuchu wojny stracił część pacjentów, ale po śmierci żony albo zamartwiał się w wolnym czasie synem albo nieobecnie spoglądał w ścianę i ze zdziwieniem orientował się, że czas przecieka mu przez palce. Powinien wychwycić niepokojące objawy melancholii lub nazwać ją bardziej fachowym pojęciem, ale trudno jest być swoim własnym lekarzem.
Najlepszą ucieczką od własnych problemów były te cudze. Dlatego kochał swoją pracę, dlatego cieszył się z niezapowiedzianej wizyty, dlatego przyglądał się lady doyenne uważnie. Nie umknęło mu jej spuszczone spojrzenie i wstrzymywany oddech. Nieprzeciętna uroda blondynki trochę go rozpraszała (dziwne, kobiety nie rozpraszały go przecież nigdy), ale nawet jeśli nie był stuprocentowo skupiony, to przecież wyrobił w sobie instynkt obserwatora. Nie tylko w pracy - kalecy chłopcy muszą mieć oczy dookoła głowy, nawet w Hogwarcie. Szczególnie na schodach w Hogwarcie, rówieśnicy bywają złośliwi.
-O ile zrasta się prawidłowo. - poprawił łagodnie Evandrę, choć chyba żadne z nich nie było specjalistą z zakresu dendrologii. Hector potrzebował jedynie tyle wiedzy, ile wykorzystywał do dobierania ingrediencji do eliksirów (bez wyrafinowania właściwego mistrzom alchemii, za to z dokładnym profesjonalizmem) i subtelnych metafor, takich jak ta. Po raz pierwszy od dłuższej chwili zamrugał, chyba chcąc pozbyć się wrażenia, że podświadomie mówi też o własnym kalectwie. Nie znosił sposobu, w jaki laska wkraczała czasem w jego terapie, w całe jego życie. W gabinecie najchętniej trzymałby ją ukrytą pod biurkiem - wszak tylko tutaj miał (przeważnie) całkowitą kontrolę nad sytuacją, tylko tutaj postrzegano go jako kogoś więcej niż... ogółem w życiu. Nawet teraz schlebiał mu sposób w jaki ta piękna kobieta, żona jednego z najważniejszych ludzi w kraju, żona człowieka, którego widział przelotnie - i lękał się - w Wenus, szukała jego ekspertyzy. Był świadom ryzyka - im ważniejszy klient, po tym cieńszym lodzie stąpał, nie chcąc narazić własnej reputacji i nie chcąc narazić się na niczyj gniew - ale mógł cieszyć się przez chwilę własnym ego, by ostatecznie podporządkować je zdrowemu rozsądkowi.
-A jeśli pień złamie się w pół, drzewo obumrze. Wbrew pozorom, odporniejsze na wichury są te o bardziej giętkim drewnie. - dokończył, kontynuując metaforę. Zdążył już zasypać Evandrę swoimi słowami, więc teraz mówił ciszej, wolniej i oszczędniej - właściwie nie zmierzając do konkretnego wniosku. Nie miał na celu mówić jej, że w życiu zawsze lepiej być elastycznym - był raczej ciekaw, jak blondynka zareaguje na taką hipotezę, tak jakby rozmowa była subtelną grą, a nie kategorycznym wykładem. Niektórzy szukali tutaj wykładów i jasnych odpowiedzi, ale Hector przeważnie okazywał się dla nich rozczarowaniem. Przywykł do tego, do prób wyciągnięcia z niego czegoś więcej - przeważnie scenariusz był podobny, natarczywe pytania, zaciśnięte usta, a potem moment decyzji. Pacjenci albo wahali się i dawali mu szansę, albo wychodzili. Kiedyś nie lubił tej drugiej ewentualności, ale miał lata na zrozumienie, że to naturalna kolej rzeczy - wbrew słowom o giętkich drzewach, wolał odpuścić dodatkowego klienta niż nagiąć własne metody.
Tyle, że Evandra Rosier wykroczyła poza scenariusz. Gdy wyjęła dokumentację, przez chwilę nie rozumiał, co się właśnie dzieje. Odruchowo zerknął na ułożone przed nim kartki, uniósł brwi i...
...pośpiesznie oderwał od nich wzrok, z zaskoczeniem spoglądając na zmartwioną damę. Wziął wdech, usiłując nie okazać jeszcze większego zdziwienia. Nie chciał jej spłoszyć, prawdopodobnie mogła w życiu wszystko i szczerze nie wiedziała, że...
-...milady, nie mogę czytać informacji na temat osób postronnych... bez ich obecności ani zgody. - zaczął cicho, ostrożnie, łagodnie. Pod koniec zdania to w jego głosie pobrzmiał cień smutku, szczerej empatii. Mówiła o swoim krewnym w czasie przeszłym, wspomniała, że już za późno - a choć Hector Vale nie interesował się szlacheckimi plotkami ani nie miał do nich dostępu, to sama chwila rozmowy z Evandrą pozwoliła mu wywnioskować, że uzyskanie zgody tamtego pacjenta jest już niemożliwe. Choć próbował nie myśleć w trakcie pracy o sprawach prywatnych, mimowolnie pomyślał o własnym ojcu - o tym, jak wraz z jego nagłą śmiercią umarła też cała nadzieja na poznanie prawdy o klątwie, której ofiarą padł w dzieciństwie, o wrogach tak zażartych, że przeklęli dziecko.
Wiedział, że dać za wygraną jest bardzo trudno. Nie dziwił się, że próbowała dociekać dalej - a zarazem niezdrowo byłoby podporządkować się jej ciekawości i rozpalać ją dalej. O tym też wiedział z własnego przykładu.
-Nie chodzi nawet o zasady świętego Munga - rozpoznał pieczątkę szpitala, zanim oderwał wzrok. -a o etykę. - dodał jeszcze ciszej, w ramach wyjaśnienia. Chciał wstać z miejsca już wtedy, gdy zrobiła to ona - ale kilka chwil temu powstrzymała go gestem. Teraz nie zwlekał już dłużej - niechętnie sięgnął po laskę i wstał, by podejść do okna, by zerknięcie na dokumenty nie kusiło. Był z natury ciekawski i współczuł jej z powodu własnych przejść, a magipsychiatria wyczuliła go na fakt, że silnej woli nie należało przeceniać.
Szczególnie, gdy w głosie kobiety pobrzmiewał tak doskonale słyszalny strach. W pierwszej chwili nie odpowiedział - chyba nie chcąc powiedzieć nic pochopnego. Inny rozmówca od razu podążyłby za empatią i pogrążyłby się za Evandrą Rosier w otchłani strachu. Hector Vale, człowiek, a nie magipsychiatra, pomyślałby o ciemności, której lękał się sam i której czasami nie potrafił kontrolować, klątwa może owocować problemami psychicznymi - czy już się zaczęły, a jeśli tak to ile czasu mu pozostało?
Ale lady doyenne nie przyszła ani do Hectora Vale ani nie chciała z nikim porozmawiać. Przyszła do profesjonalisty. Dlatego, gdy oderwał wzrok od okna i spojrzał prosto na Evandrę, nie wydawał się ani wstrząśnięty ani poruszony ani przerażony. Słyszał przecież gorsze rzeczy.
Co najwyżej, wydawał się trochę smutny (nie powinien, chciał zachować pokerową twarz - musi nad tym popracować).
-Czy jakakolwiek siła przychodzi z zewnątrz, tak naprawdę? - spytał z delikatnym uśmiechem, trochę pocieszającym, a trochę przepraszającym. -Jedne bodźce zdają się być spowodowane przez otoczenie, a inne wypływać z nas samych - ale nawet te z pozoru zewnętrzne muszą zostać zinternalizowane, by wpływać na ludzką psychikę. - wyjaśnił, spoglądając na nią uważnie - jakby chciał się przekonać, czy rozumie, czy dobrał odpowiednie słowa i terminologię do fachowych wniosków. -Jeśli byłoby inaczej, załamałby się każdy kto przeżył tragedię, a wszyscy szczęśliwi ludzie mieliby silną psychikę - a tak nie jest. To, że wewnątrz ludzi kryje się... jak to lady określiła, niszczycielska siła może przerażać - ale można też spojrzeć na to inaczej. Łatwiej okiełznać siłę, którą się rozumie, niż tą z zewnątrz. A fakt, że wbrew przeciwnościom losu i zmianom w życiu można pozostać... sobą, może dawać nadzieję. - czy po to tutaj przyszła, po nadzieję? Nie był pewien, czy odgadł dobrze - dlatego dobierał słowa ostrożnie, w każdym zdaniu wtrącając "może." Nie chciał prawić morałów - skoro płaciła za jego czas i nie mógł ani nie chciał wczytać się w przedstawione mu dokumenty, to chciał chociaż pomóc jej spojrzeć na problemy z nieco innej perspektywy. Wiedział, że niekoniecznie to doceni, nie wiedział nawet, czy go zrozumie - ale przynajmniej samemu będzie miał czyste sumienie.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Gabinet Hectora Vale II
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach