Wydarzenia


Ekipa forum
Rodzinna Biblioteka
AutorWiadomość
Rodzinna Biblioteka [odnośnik]13.12.21 12:10

Biblioteka


Największe pomieszczenie w domu Hector przeznaczył (zamiast na salon) na kolekcję rodzinnych książek, odziedziczonych po ojcu i zbieranych przez lata. W rodzinnej bibliotece ustawił swoje biurko, kilka wygodnych foteli oraz magiczne drabiny - choć samemu zna rozkład książek na pamięć i woli korzystać z Accio.

Pułapki: Śmiechy-chichy, Zapach alihotsy, Somniamortem (na niezapowiedzianych gości)


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.



Ostatnio zmieniony przez Hector Vale dnia 30.09.22 18:41, w całości zmieniany 2 razy
Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]09.05.22 12:50
| 4 kwietnia

Nie potrafił wyrzucić z głowy skreślonych przez Hectora słów, w teorii nieprzeznaczonych wcale dla niego – a w jakiś paradoksalny sposób wgryzających się prosto w myśli; sprawiających, że po dotarciu do ostatniej linijki atramentowych znaków utrwalonych na pergaminie, przez dłuższą chwilę zwyczajnie siedział na brzegu łóżka, wpatrując się w nieistniejący wzór na ścianie sypialni – i zastanawiając się, raz po raz, co by było, gdyby to wszystko naprawdę się stało. Do tamtego momentu, do tych paru minut, w trakcie których mimowolnie zanurzył się w odmętach alternatywnej, zbudowanej z papieru rzeczywistości, podana przez Walczącego Maga wiadomość o jego własnej śmierci budziła w nim głównie dezorientację przemieszaną z niepokojem, związanym bardziej z pozbawionym odpowiedzi pytaniem: po co?, niż z czymkolwiek innym; list Hectora zmusił go jednak do sięgnięcia dalej – do wyobrażenia sobie wersji świata, w której wyssany z palca scenariusz naprawdę się ziścił. Czy byłoby to takie nieprawdopodobne? Wiedział, że nie; nieistotne, jak uparcie nie brnąłby do przodu, naiwnie przekonując samego siebie, że był niezniszczalny – że jeszcze nie teraz, jeszcze nie dzisiaj, przetrwał przecież już tak wiele: starcia w Londynie, utarczki ze szmalcownikami, Azkaban – to tak naprawdę wcale nie imały się go inne zasady. Mógł umrzeć w każdej chwili – w trakcie każdego przelotu, każdej misji, za każdym razem, gdy opuszczał dom; przypadkowe ofiary wojny ginęły przecież codziennie, łącznicy znikali na horyzoncie i już więcej się na nim nie pojawiali; co, jeśli kolejny list, który zostanie zaadresowany do Amelii, nie będzie już mógł trafić w jego ręce?
Tego nie przeczytała w całości, jeszcze nie tak biegła w składaniu liter, by poradzić sobie z drobnymi znakami, układającymi się w wiele linijek tekstu; zrozumiała zaledwie parę pierwszych, później odnajdując go z prośbą, by przeczytał jej resztę. Nie zrobił tego, rzecz jasna – gdy tylko zorientował się, co znajduje się w wiadomości, wyjaśnił jej, że to była pomyłka (miał wrażenie, że mu nie uwierzyła, ale posłusznie zostawiła pergamin w jego posiadaniu, musząc wyczytać z jego twarzy przynajmniej część zalewających go emocji, pomimo tego, że starał się je ukryć; ciche: tato, wszystko w porządku? do tej pory dzwoniło mu w uszach). Później został sam – wyobrażając sobie w niemym przerażeniu sytuację, w której rzeczywiście zorientowałby się, że to był koniec – i że nigdy więcej nie zobaczy już córki, braci, siostry, ojca, Hani; że nie będzie mu dane wyjaśnić, opowiedzieć swojej wersji historii – tej, w której wcale nie próbował uciec. Co stałoby się potem? Złożona w liście obietnica ścisnęła go za gardło niespodziewanym wzruszeniem, dlaczego Hector oferował im pomoc – mimo że nie widzieli się od lat, że nic nie był mu winny? Ukryta między wierszami propozycja wydawała mu się jasna, był gotów zaryzykować własnym bezpieczeństwem; poniekąd zrobił to już wtedy, na cmentarzu, podając mu swój adres.
Nie planował wykorzystać tej wiedzy, ani tym bardziej zjawiać się pod jego tylnymi drzwiami, kiedy jednak niesione z Plymouth rozkazy zabrały go w okolice Liverpoolu, nie mógł tak po prostu wrócić do Irlandii. Wystarczyło odbić nieco na zachód, przelecieć nad rozlaną szeroko rzeką Dee, i już był na walijskim wybrzeżu – jeszcze nie do końca wiedząc, co właściwie chciał powiedzieć, ani nawet czy miał zastać Hectora w domu. Pojawiał się bez zapowiedzi, popychany chyba przez potrzebę wyjaśnienia, że to wcale nie było tak – był mu to winien – nie wiedząc jednak, dlaczego zwyczajnie nie zawarł tego wszystkiego w liście. Próbował, zabierał się za nakreślenie odpowiedzi wielokrotnie, ale bez względu na to, ilu słów nie zostawiłby na pergaminie, zawsze wydawały się puste, płaskie, niewystarczające. Jak wytłumaczyć komuś, że pochował go za wcześnie? Że wszystkie te emocje, troska o los niespotkanej nigdy dziewczynki – były zbudowane na kłamstwie? Nie wiedział, i być może dlatego zatrzymywał się właśnie przed drewnianymi drzwiami, kompletnie nie przejmując się ulewnym deszczem; przemókł do suchej nitki na długo wcześniej, przy podobnej pogodzie latając od paru godzin; suche pozostawało jedynie wnętrze przewieszonej przez ramię torby, zaczarowanej tak, by wilgoć nie dostawała się do środka – chroniąc w ten sposób przenoszone koperty i zapieczętowane wiadomości. Już dostarczone, torba była niemal pusta – nie licząc sakiewki z paroma monetami, tkwiących w uchwytach fiolek z eliksirami na-wszelki-wypadek, i ciążącej nieco butelki z zielonkawym alkoholem, którą z wdzięczności wcisnął mu w ręce jeden z buntowników – krewny lotnika, którego parę dni wcześniej wyciągnął z trzęsawisk. Nie chciał jej przyjąć, ostatecznie jednak się poddał – od tamtego momentu przez większość czasu nie pamiętając o jej istnieniu.
Wypuścił chłodne powietrze z ust, po niekończącej się chwili wahania wyciągając rękę, żeby kilkakrotnie zastukać kołatką o drzwi – jeszcze nie myśląc o tym, co zrobi w przypadku, gdy otworzy je ktoś inny. Odczekał chwilę, stojąc w ciszy przerywanej jedynie szumem deszczu, wreszcie dochodząc do pochopnego wniosku, że nikogo nie było w środku; odwrócił się do wejścia plecami, decydując się na powrót do domu – nim jednak zdążyłby ponownie dosiąść miotły, gdzieś z tyłu skrzypnęły zawiasy, zmuszając go do obejrzenia się za siebie.




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością

William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]10.05.22 8:35
Zaczytany w teoriach Monsieur Piageta o rozwoju dziecięcym, w pierwszej chwili nie dosłyszał pukania do drzwi. Był wyczulony na odgłosy dobiegające zza drzwi frontowych albo sprzed wejścia do gabinetu, ale teoria, że Orestes nie pojmował jeszcze w pełni myślenia abstrakcyjnego była fascynująca (czy śmierć matki może być zbyt abstrakcyjna?), a nikt nigdy nie pukał do tylnych drzwi. Zaproponował to tylko jednej osobie, a...
To niemożliwe.
...tłumiąc niepokój i nie wiedząc, czego się spodziewać, podniósł się z fotela i przezornie zabrał ze sobą różdżkę. Nie, żeby mógł się obronić w razie napaści, ale mógł udawać i... grabieżcy chyba nie pukaliby do drzwi?
Otworzył je zaklęciem (nawyk przejęty od ojca, który z upodobaniem (nad)używał magii w zaciszu domowym, tutaj nie obowiązuje nas Kodeks Tajności, nawyk szczególnie użyteczny dla kogoś poruszającego się o lasce) i wyjrzał ostrożnie na zewnątrz.
Rozpoznał go od razu.
-Billy. - odruchowo użył młodzieńczego zdrobnienia i przez sekundę wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczyma, bezbrzeżnie zaskoczony. Potem rozciągnął usta w mimowolnym uśmiechu, tak jakby szczerze ucieszył się, że go widzi - ale zarazem już szukał w głowie wyjaśnienia, dlaczego akurat teraz i dlaczego na swoim progu.
Jeszcze kilka dni temu święcie wierzył, że nie zobaczy Williama Moore nigdy więcej. Artykuł w porannej gazecie był podobnie szokujący jak wiadomość o śmierci żony i wzbudził w Hectorze podobny żal jaki czuł w dniu pogrzebu matki, choć przecież nie miał logicznych podstaw by tak mocno przejąć się tak losem Williama. Tak, jakby był kimś bliskim, ale przecież nie mógł go tak nazywać. Już daremna próba opisania wspólnych wspomnień dla opiekunów Amelii dziwnie boleśnie przypomniała mu, jak niewiele ich łączyło.
Kiedyś stłumiłby podobnie irracjonalne emocje, ale tym razem wcale ich nie odpędzał. Od niedawna pozwalał sobie na przeżywanie uczuć zamiast próbować je kontrolować i, o dziwo, czuł się z nimi jakoś lżej. Akceptacja nie była jednak lekiem na melancholię. Przygnębienie po śmierci Williama jakoś nie znikało - ani gdy nazwał swoje emocje, ani gdy rozważył jak mógłby pomóc, ani wtedy gdy napisał list do Amelii, ani wtedy gdy wreszcie odpędził spod powiek widmo dementorów. Po nawiązaniu kontaktu z Archibaldem nabrał co prawda nieśmiałych wątpliwości na temat faktów przedstawionych w "Walczącym Magu", ale kwestionowanie różnych teorii to przecież nie to samo co empiryczna pewność - a na tą nie liczył, naukowcy muszą żyć z pewnymi... niewiadomymi. Nawet jeśli William Moore by przeżył, Hector Vale nie spodziewał się go ujrzeć na swoim progu.
Święcie wierzył, że żywy Billy ma lepsze rzeczy do roboty, że zajmuje się córką, albo pomaga tym, którzy naprawdę tej pomocy potrzebują.
Nasuwały się tylko trzy wyjaśnienia tej niespodziewanej wizyty. Albo potrzebował pomocy, albo to on dostał tamten list (Achilles długo nie wracał, a potem go podziobał, Hector nie był pewny czy sowa w ogóle dostarczyła przesyłkę), albo ktoś się pod niego podszywał. Hector instynktownie wybrał to pierwsze (podświadomie chroniąc się przed falą wstydu na myśl, że William przeczytałby tamte szczere, ale nieprzeznaczone dla niego słowa - i będąc chyba zbyt wielkim idealistą by, mimo ostrożności, naprawdę spodziewać się zasadzki).
Prędko, choć odruchowo patrząc pod nogi, pokonał trzy kroki dzielące go od Williama i zdecydowanym gestem chwycił go za połę płaszcza. Laikowi mogłoby wydawać, że po to, by go zatrzymać, ale nie taki był cel uzdrowiciela.
-Jesteś ranny? - spróbował lekko odchylić materiał, by nie spłoszyć niespodziewanego gościa (ten zresztą z łatwością mógłby mu się wyrwać). Przesunął bacznym spojrzeniem po całej jego sylwetce, tak jakby szukał śladów świeżego krwotoku. Czy ulewa mogła zmyć krew? -Musisz mi opowiedzieć, po kolei, nawet jeśli wydaje ci się, że to nic poważnego. Adrenalina blokuje ból, możesz nie myśleć trzeźwo. - już i tak nie zachowywał się racjonalnie, skoro najpierw zapukał do drzwi, a później najwyraźniej chciał odejść. -Chodź, przemokłeś. - zarządził poważnie, puszczając płaszcz gościa (najwyraźniej nie dostrzegł nic wymagającego natychmiastowej ingerencji albo samemu wstydził się szukać dalej, magipsychiatria weszła mu w krew, a wymagała pewnej delikatności i kooperacji z pacjentem, ostatnio na kursie uzdrowicielskim badał kogoś całkowicie bezpardonowo) by pośpiesznym, zapraszającym gestem wskazać drzwi domu. Jeśli Billy nie zdążył nic sprostować w ciągu kilku kroków jakie dzieliły ich do wejścia do niewielkiej kuchni, to Hector nadal wydawał się skupiony i niespokojny gdy zamknęły się za nimi drzwi.
W domu Vale od razu zaczął mówić dalej, nie dając już Williamowi dojść do słowa i przejmując kontrolę nad sytuacją. Tak, jak przy pacjentach. Pomimo tego, że był tym spotkaniem równie zaskoczony jak tamtym na cmentarzu, to dzisiaj zachowywał się zupełnie inaczej - rola gospodarza i uzdrowiciela dodała mu chyba pewności siebie, a choć ton miał jak zwykle łagodny to tym razem wydawał się panem sytuacji. Być może na pewno maskował tym zdecydowaniem własne przejęcie i zaskoczenie.
-Zdejmij płaszcz, odwieszę go do szafy w przedpokoju. - poprosił, kierowany dobrymi manierami, choć te były w tej sytuacji absurdalne. Szafa na płaszcze znajdowała się po drugiej stronie domu, praktyczniej byłoby rzucić okrycie wierzchnie na kuchenne krzesło. -Mogę...? - oparł laskę o ścianę i wyciągnął powoli różdżkę. Nie chciał spłoszyć do niedawna poszukiwanego i oficjalnie uznanego za martwego gościa. Nie widział ran na jego ciele, ale domyślał się tych na psychice.
-Evanesco. - zaklęcie powinno osuszyć włosy i koszulę Williama. Hector też zdążył trochę zmoknąć gdy po niego wyszedł, ale nie aż tak, więc nawet o tym nie myślał.
Odruchowo machnął jeszcze kilka razy różdżką, by zaryglować drzwi i zasłonić okna. Niegdyś nawet by mu to nie przyszło do głowy, a na pewno nie od razu, ale odkąd regularnie gościł w domu Olivera nabrał instynktownej przezorności.
-W bibliotece jest wygodniej. Jesteś głodny? Co się stało? Nikogo nie ma w domu, możesz... jesteś... możesz mówić swobodnie. - wskazał mu otwarte drzwi do salonu połączonego z biblioteką, William mógł dostrzec miękkie fotele, regały zastawione książkami, perski dywan po matce. Na jednej ze ścian było wyblakłe miejsce po ulubionej, kiczowatej martwej naturze Beatrice - parę miesięcy temu Hector z ulgą wrzucił ohydny obraz do kominka i postawił na jego miejscu gipsową imitację greckiego popiersia.
Zapadła chwilowa cisza. Hector, zdecydowany i zadaniowy, dopiero teraz stracił rezon - gdzieś w połowie nieśmiałej deklaracji, że Moore powinien być tu bezpieczny i że nikt nie dowie się o jego wizycie. Nie przyjmował pacjentów w prywatnych pokojach (i nie zrobi tego już nigdy odkąd jedyny, zrobiony w lutym wyjątek skończył się dla niego traumatyczne), ale dzisiaj nie było tu nawet Orestesa, nie wrócił jeszcze od dziadków. Nawet gdyby natknął się tutaj na Williama, mógłby go zresztą nie rozpoznać, w Walii nie było tak wiele listów gończych. A gdyby go rozpoznał, był bystrym dzieckiem, Hector wyjaśniłby mu, że ma nikomu nigdy o tym nie mówić. Nie martwił się o to, syn był (przesadnie) grzecznym i (niepokojąco) milczącym dzieckiem, ale wiedział, że sama jego obecność mogłaby zmartwić Billy'ego.
-Ja... - dopiero teraz uświadomił sobie, że to on, nie Billy, działał przed chwilą pod wpływem adrenaliny. -...cieszę się, że cię widzę. - wymamrotał nieśmiało i zamrugał, mimowolnie odwracając wzrok. A nie powinien przecież odrywać oczu od Williama, nie dopóki nie będzie stuprocentowo pewny, że jest cały i zdrowy.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]14.05.22 18:49
Nie wiedział, po co właściwie tu przyszedł.
Absurdalność tej wizyty uderzyła w niego nagle, gdzieś pomiędzy niemożliwym do zignorowania skrzypnięciem zawiasów a brzmieniem jego własnego imienia, wypowiedzianego tak, jak robili to jego najbliżsi przyjaciele; pomiędzy zaskoczeniem a uśmiechem; pomiędzy chwilą całkowitego bezruchu – a momentem, w którym stojący w progu Hector przekroczył ścianę ulewnego deszczu, nie bacząc na zimne krople wlewające mu się za koszulę ani długie, ciemne ślady, które zaczęły znaczyć zawilgocony materiał. Chciał zaprotestować, ale nie zdążył – wciąż szukając odpowiednich słów w chaosie własnych myśli, zdołał zaledwie obrócić się ponownie przodem do wejścia, nie reagując, gdy dłoń Hectora – ta niezaciśnięta na towarzyszącej mu stale lasce – chwyciła go za połę skórzanej kurtki, odciągając ją na bok, odsłaniając materiał ukrytego pod spodem swetra – w geście początkowo niezrozumiałym, nabierającym sensu wraz z kolejnymi wypowiadanymi przez mężczyznę słowami. – Nie, ja – odezwał się, nie jestem ranny, chciał powiedzieć, ale uzdrowiciel już mówił coś o adrenalinie i bólu, przyglądając mu się tak, jak gdyby spodziewał się, że za parę sekund padnie bez ruchu na ziemię. No tak, oczywiście; nieprzyjemna, kanciasta gula wyrzutów sumienia rozepchała się w jego wnętrznościach, gdy uświadomił sobie, co musiał pomyśleć sobie Hector – i kiedy zrozumiał, że nie tylko martwił go bez żadnego powodu, ale też zupełnie niepotrzebnie go narażał. – Nic mi n-nie jest – wyrzucił z siebie, szczękając zębami; z zimna czy z emocji – nie był pewien, ale nie tracił czasu na analizowanie własnych odruchów, na sugestię czarodzieja zwyczajnie kiwając głową i ruszając w stronę drzwi – głównie po to, żeby uchronić Hectora przed dalszym moknięciem na zimnym, wczesnowiosennym deszczu.
Zatrzymał się zaraz za progiem, sportową miotłę opierając o ścianę tuż obok drzwi, poniekąd odczuwając opór przed pójściem dalej; był przemoczony i ubłocony, a woda zlewała się z jego włosów i ubrań w postaci brzydkich strug, znaczących teraz jasną kuchenną posadzkę. Nie chciał przysporzyć Hectorowi większej ilości problemów niż te, które już zdążył przywlec za sobą (zupełnie jakby narobienie bałaganu w schludnym domu dało się porównać z perspektywą ściągnięcia mu na głowę ludzi Malfoya), dlatego po sekundowym zawahaniu zsunął ze stóp skórzane buty – zostając w samych, niemniej przemoczonych skarpetkach (czerwonych, w pomarańczowo-żółte, skrzydlate znicze). – P-p-przepraszam – mruknął, wyciągając różdżkę z wszytego po wewnętrznej stronie kurtki uchwytu, nawet nie dostrzegając, gdy Hector wyciągnął swoją. Machnął różdżką w stronę posadzki, prostym zaklęciem osuszając najpierw własne skarpetki i dolną część nogawek, a później to samo robiąc z wilgotnymi smugami na podłodze.
Wypowiedziane spokojnym (choć w jakiś trudny do uchwycenia sposób również stanowczym) tonem polecenie skłoniło go do podniesienia wzroku na Hectora, i dopiero wtedy zorientował się, że od dłuższej chwili tego unikał. Zgodnie z jego słowami zsunął jednak z ramion kurtkę, choć zamiast mu ją podać, ostrożnie przewiesił ją przez oparcie najbliższego krzesła. – Daj sp-p-pokój, nie chcę sprawiać kłopotu – powiedział; nie miał pojęcia, gdzie znajdował się przedpokój, ale podejrzewał, że gdzieś przy frontowych drzwiach – zerkając w stronę prowadzących (na korytarz?) drzwi, nigdzie nie dostrzegał szafy. – Zresztą – nie p-p-powinienem zostawać długo, pewnie ci przeszkadzam – dodał, po raz pierwszy rozglądając się dokładniej; czy w domu był ktoś jeszcze? Kiwnął głową w odpowiedzi na zawieszone w przestrzeni pytanie, nie do końca wiedząc, na co właściwie się zgadzał – dopóki ciepłe, osuszające powietrze nie uderzyło go w twarz, w jakiś przyjemny sposób wyciągając wodę z włosów i swetra, i sprawiając, że odetchnął swobodniej. Szczęknięcie zasuwających się rygli przywróciło go jednak do rzeczywistości, znów zalewając wnętrzności chłodnym poczuciem winy.
Potrząsnął głową w odpowiedzi na pytanie o to, czy był głodny, choć prawdę mówiąc minęło wiele godzin odkąd miał w ustach coś więcej niż kilka suszonych śliwek; przełknął ślinę, powoli chowając różdżkę do bocznej kieszeni wciąż przewieszonej przez ramię, skórzanej torby. Co się stało? Zawahał się, wymijające nic, wszystko w porządku zatańczyło na jego ustach, ale przecież nie była to prawda; chociaż on sam nie ucierpiał w trakcie zorganizowanej przez Ministerstwo Magii obławy, to wciąż nie wiedział, ile prawdy kryło się w ogłoszonych przez Walczącego Maga rewelacjach. List wysłany do Hannah pozostał bez odpowiedzi, podobnie jak ten, który posłał do Charlene; wieści przychodzące z różnych części kraju uspokoiły go tylko odrobinę, nie podnosząc jednak z barków ciążącego na nich ciężaru – związanego nie tylko z wgryzającą się w serce niepewnością, ale też przekazanymi mu przez lorda Longbottoma obowiązkami. Czuł się przytłoczony, jakby tonął – poruszając się do przodu tylko dlatego, że nie miał czasu się zatrzymać, boleśnie świadomy jednak zaciskającej się na jego klatce piersiowej metalowej obręczy. Brakowało mu Hannah, tęsknił za Josephem; potrzebował z nimi porozmawiać, i – choć przyznanie się do tego przed samym sobą budziło u niego zażenowanie – potrzebował kogoś, kto przypomni mu, że wszystko będzie w porządku. Czy mógł oczekiwać podobnego zapewnienia od Hectora? Wiedział, że nie; nie miał prawa żądać od niego czegokolwiek, a jednak – to do jego drzwi zapukał, tknięty być może przeczytanym wielokrotnie listem – a może czymś zupełnie innym.
Zerknął w stronę drzwi wskazanych przez mężczyznę, ale przez moment jeszcze nie ruszał się z miejsca – zastanawiając się, czy przypadkiem nie była to jego ostatnia szansa na taktyczny odwrót; sięgnął dłonią szyi, w bezwiednym geście pocierając kark, tuż pod miejscem, które znaczyła ukryta między włosami blizna. – Czytałeś Maga – odezwał się wreszcie, oscylując gdzieś pomiędzy stwierdzeniem a pytaniem, na które przecież znał odpowiedź; zerknął jednak na Hectora, starając się wyczytać potwierdzenie z jego twarzy – i dopiero później zdecydował się mówić dalej. – To niep-p-prawda, co o mnie napisali. To znaczy – nie tylko to, że mniezabili, próbował powiedzieć, ale nie przeszło mu to przez usta – aresztowali, ale też to, że p-p-próbowałem uciec. Nie wiem, co mieli na celu, może wyciągnąć nas z ukrycia – dodał, dopiero gdzieś w połowie tego zdania orientując się, jak zabrzmiało. – Nikt za mną dzisiaj nie leciał, sp-p-prawdzałem – zapewnił szybko, wreszcie ruszając w stronę salonu – odruchowo mocniej naciągając na nadgarstki rękawy ciepłego swetra, mimo że wcale nie było mu już zimno. Rozejrzał się z zainteresowaniem, na moment zatrzymując spojrzenie na czymś, co przypominało jasną rzeźbę zaczynającą się od klatki piersiowej – a później przesuwając wzrok wyżej, na wysokie regały, tknięty zupełnie losową myślą, że po raz ostatni tyle książek widział chyba w szkolnej bibliotece. – To wszystko t-t-twoje? – zapytał, po części naprawdę ciekawy – ale głównie starając się przerwać ciszę, która między nimi zapadła. Wydawała mu się inna od tej towarzyszącej im na cmentarzu, była jakby cięższa, bardziej niezręczna; czy powinien mu powiedzieć o tym, że przeczytał jego list?
Zanim zdołałby odnaleźć odpowiedź na to pytanie, jego uwagę ponownie odwrócił głos Hectora; otworzył usta, przez moment wyraźnie zaskoczony pojawiającym się znikąd wyznaniem, zaraz potem odzyskując rezon; uśmiechnął się. – Ja też. To znaczy – ciebie też dobrze w-w-widzieć – powiedział, zupełnie szczerze. – Wiem, że nie p-p-powinienem… przychodzić tutaj, nie planowałem, przysięgam, ale – ale co, Billy? – chyba po prostu – p-po-potrzebowałem przyjaznej twarzy – dokończył, z zaskoczeniem orientując się, że była to prawda – i że to nie słowa zawarte w wysłanej do Amelii wiadomości skłoniły go do zboczenia z kursu i przywleczenia się pod drzwi Hectora – a wspomnienie niedawnej rozmowy na starym cmentarzu, w jego pamięci tak żywe, jakby nie upłynął od niej nawet tydzień.




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością

William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]18.05.22 0:16
Podchwycił na moment spojrzenie Billy'ego, który zapewniał, że nic mu nie jest. Hector miał minę, jakby chciał mu wierzyć, ale w jasnych tęczówkach czaiło się powątpiewanie. Może i William stał prosto i samodzielnie, może Hector nie dostrzegł żadnych widocznych na pierwszy rzut oka obrażeń, ale niespodziewany gość jakoś nie wyglądał jakby nic się nie stało. Wyraźnie zmęczony i przemarznięty, lotnik mógł tylko sprawiał takie wrażenie... albo to magipsychiatra mógł podświadomie wychwycić w jego wzroku nadmiar emocji. Niekoniecznych zdrowych.
Nie spierał się dalej z potencjalnym pacjentem, nie zatrzymał się nawet nad jego emocjami ani tym bardziej nad swoimi własnymi. Śpieszył się. Był zadaniowy, odetchnie dopiero, gdy zagwarantuje gościowi spokój i bezpieczeństwo - od (mało realnej, sąsiedzi mieszkali daleko) groźby wścibskich oczu i od dokuczliwego deszczu.
Nie zrozumiał nawet, za co właściwie Billy go przeprasza - chyba uznał, że po prostu za najście. Nie myślał w tej chwili o podłodze, a nawet gdyby zwrócił uwagę na mokrą posadzkę, to w jego domu nigdy nie uznawano sprzątania za problem. Kiedyś, w lepszych czasach, ojciec zatrudniał służącą, a matka też potrafiła sprzątać czarami szybko i sprawnie. Hector podpatrywał ją z nudów (i nawet pomagał, gdy mógł już czarować poza Hogwartem), gdy brat z ojcem wyruszali na polowania. Sprzątanie pracowni i gabinetu było zaś doskonałą wymówką, by nie siedzieć w tym samym pokoju, co Beatrice. Z typowym dla siebie przywilejem, nie zatrzymał się nigdy nad faktem, że dla niektórych - zwłaszcza niewładających magią - podobne obowiązki to ciężka praca.
Przemknęło mu za to przez myśl, że William jednak zachowuje się racjonalnie skoro zaczął od suszenia się - choć samemu na jego miejscu zacząłby pewnie od góry. Mimowolnie uśmiechnął się blado, gdy prawie zdołali zsynchronizować ruchy i zaklęcia. Gdy Billy nie ociekał już strugami deszczu, a na jego policzki zaczął powoli wracać kolor, mniej przypominał już bladą zjawę. Bardziej chłopaka, którego Vale pamiętał jeszcze z Hogwartu, wysportowanego gracza ze zdjęć w gazetach (Jastrzębi z Fla...cośtam? Hector wolał nie pytać o to głośno, jeszcze niechcący przekręciłby nazwę drużyny) i zatroskanego ojca z cmentarza w Dolinie Godryka. Zamrugał, zdając sobie sprawę, że właśnie zatrzymał na jego twarzy nieco zbyt nieruchome i zbyt nachalne spojrzenie (potrafił to robić i wiedział, że to drażni ludzi, jeszcze zanim został magipsychiatrą) i że William od wejścia do domu unikał jego wzroku. A tym razem nie patrzył na niego przecież po to, by wyciągnąć z niego sekrety. I chyba nawet nie po to, by dostrzec jakieś obrażenia za fasadą zapewnień o dobrym zdrowiu. Uświadomił sobie, że podświadomie chciał się przekonać, że to żadna fantasmagoria, że William naprawdę żyje i że na cmentarzu wcale nie widzieli się po raz ostatni.
-Nie przeszkadzasz. - wyrzucił z siebie nieco zbyt pośpiesznie, zastanawiałem się, co się stało i co się dzieje z twoimi bliskimi, mógłby dodać, ale wtedy musiałby powiedzieć, że pisał do jego córki - a nie chciał. Czuł dziwną mieszankę radości, niepokoju i wstydu albo onieśmielenia, w tej chwili trudno było mu to określić, szczególnie gdy myśli galopowały po głowie chaotycznie, a on usiłował odnaleźć się w nowej sytuacji. Wdech-wydech - przypomniał sobie, wziął wdech i zauważył, że Billy ma oryginalne skarpetki i że uparcie stoi w jednym miejscu. Blisko drzwi wyjściowych. No tak. Może Hector powinien powiedzieć coś więcej niż jeden frazes.
-Orestes jest u dziadków i trudno mi... - nie myśleć o tym, że są w Dolinie Godryka, a mój p r z y j a c i e l widział dementora w Dolinie Godryka, a wcześniej ja też widziałem dementora, Billy, wierzę ci, miałeś rację, i już wiem co stało z tamtą pięciolatką, bo widziałem coś podobnego, i wiesz, chciałem odwołać tamto spotkanie i może już nigdy nie wypuścić syna z domu, ale skończyły mi się wymówki dla jego dziadków, bo jeszcze zauważą, że zachowuję się ekscentrycznie i Orestes chciał spędzić czas w Dolinie i to dobrzy ludzie w przeciwieństwie do ich córki i dziadek mojego syna potrafi wyczarować patronusa w przeciwieństwie do mnie i... - i trudno mi się wtedy na czymkolwiek skupić. - nie zdołał chyba uczynić tej pauzy całkowicie naturalną, ale zdołał przynajmniej zapanować nad myślami cisnącymi się do głowy, wiedząc już, że nie można było wspominać dementorów zbyt długo. Serce zaczynało wtedy bić szybciej, dłonie drżeć, kilkakrotnie już Orestes przyłapał Hectora na zbyt długim wpatrywaniu się w pustkę w okno, a nie miał zamiaru ryzykować teraz takiego nastroju. Nie przy kimś, kto samemu wyglądał bezbrzeżnie smutno. -Też... - zaczął zbyt pochopnie, by zmienić temat na weselszy, ale po pierwszej sylabie uświadomił sobie, że nie powinien porównywać ich sytuacji. Na miejscu Billy'ego zamknąłby Amelię w domu. I całą rodzinę. ...się tak czujesz gdy Amelii nie ma w pobliżu? - westchnął, nie umiejąc już cofnąć pytania, choć miał spytać jak się czujesz, gdy nie ma jej w domu?
Zastygł w bezruchu, gdy William spytał o Walczącego Maga. Czy to ty dostałeś mój list? - chciał spytać, zmieszany, to wyjaśniałoby wizytę, ale jak się wytłumaczy, jeśli William nie dostał żadnego listu? Czy w ogóle chciał o tym rozmawiać? Skinął więc tylko głową i obydwoje (nie)zgrabnie wyminęli temat.
-Nie brzmiało jakbyś próbował uciec. - przyznał cicho, choć pamiętał przecież, że właśnie to napisali, uciec. Wtedy, czytając w pośpiechu gazetę, zinterpretował to jednak inaczej. -Brzmiało jakbyś pomagał w tym innym. Dlatego to wydało się tak... wiarygodne. - w głosie wyraźnie zabrzmiała gorycz i tyle wyszło z udawania opanowanego profesjonalisty. Westchnął i przeczesał mokre włosy palcami, a potem uniósł brwi, słysząc, że William nadal się martwi. Obiecał, że go nie narazi - zapewnienia, że nie był śledzony wydawały się niepotrzebne.
-Listy gończe zniknęły. - zauważył powoli, przechylając głowę na bok, jakby zbierał myśli. -A w Walii nigdy nie było ich wiele. Nie martw się, Billy, przyjmuję tu różnych pacjentów, często pod fałszywymi personaliami. Jednego mogłem nie rozpoznać - zwłaszcza, jeśli nie żyje. - uświadomił sobie, wypowiadając słowa z logiczną, być może bolesną klarownością. "Śmierć" Williama przestała już boleć, skoro nigdy się nie wydarzyła - teraz była zwykłą diagnozą, jak histeria czy neurastenia. Minę miał poważną, ale w jasnych oczach zatańczyło coś na kształt uśmiechu, albo satysfakcji, albo nawet rozbawienia (!). Jesteśmy bezpieczni - uświadomił sobie. Nie już miał prawnego obowiązku mówić komukolwiek, że widział osobę podobną do Williama Moore'a, choć i tak by tego nie zrobił. Mogli... mogli odetchnąć!
-Wszystkie są moje, ale to kolekcja mojej rodziny. - nie zauważył, że Billy pyta o książki chyba tylko z grzeczności i wyraźnie poweselał. -I moja też. - dodał z dumą, bo wytrwale rozbudowywał kolekcję odziedziczoną po ojcu (brat nie był zainteresowany, ale nawet gdyby był, to Anselm zostawił bibliotekę jemu - starszemu i bardziej lubianemu synowi. Córki nigdy nie liczyły się w tym równaniu), choć ostatnio wolał przeznaczać oszczędności na mięso, a nie książki. Miał minę, jakby mógł mówić dłużej, ale obydwoje musieli jeszcze zrzucić kilka kamieni z serca - i gdy wymienili już kolejne słowa i szczere uśmiechy, Hector wreszcie zorientował się, że Billy wcale nie przyszedł tutaj jako pacjent.
Przez moment wydawał się szczerze zaskoczony tym, że przyszedł akurat do niego (ale nadal się uśmiechał, chyba nawet szerzej niż wcześniej). Potem uderzyła w niego przykra świadomość, że chyba we wszystkich widzi czasem pacjentów, bo od lat nie nawiązywał innych relacji (tej z Oliverem nie wliczał do kalkulacji, była zbyt inna) niż zawodowe. Praca, syn i znoszenie humorów Beatrice skutecznie pochłaniały jego czas, potem zwyczajnie nie miał ochoty i...
...zamrugał, orientując się, że czuje pewną tremę. Archibalda znał odkąd miał trzynaście lat, zresztą to lord Prewett przejął całą inicjatywę w ich przyjaźni. Billy tymczasem wydawał się tak speszony, że jeszcze kilka minut i po prostu stąd wyjdzie i...
-Zostań na obiad. - poprosił. -Jeszcze nie jadłem, a sąsiadka zrobiła dobry gulasz z ziemniakami, tylko go podgrzeję. - dodał zgodnie z prawdą. Pani Prince gotowała im czasem w zamian za zaklęcia, które łagodziły jej reumatyzm - a Hector doskonale wiedział, kiedy przyjść do niej z drobną pomocą. Deszcz, taki jak dziś, wpływał równie źle na jego nogę. Nie sądził, że przeprowadzka do Walii uczyni z niego nie tylko magipsychiatrę, co wiejskiego uzdrowiciela, ale nie narzekał - staruszka gotowała naprawdę dobrze, choć teraz to on dostarczał jej składniki.
-Nie mam nic poza herbatą i spirytusem, więc... herbaty? - dodał przepraszająco. Wreszcie skończyły się już uprzejmości, które mógł wymienić, więc wziął głębszy wdech. -I nie mów tak, Billy. Wbrew pozorom, bardziej się cieszę że wpadłeś cały i zdrowy niż gdybyś pojawił się tutaj z raną szarpaną. - spróbował zażartować i usiadł wreszcie w fotelu. Widział stąd kuchnię i kociołek przez otwarte drzwi, da radę podgrzać posiłek. Mogliby też przejść do jadalni, ale buntowniczo (chyba kurtka Billy'ego, wciąż przewieszona przez kuchenne krzesło ośmieliła Hectora do ignorowania wspomnienia własnej pani matki) pomyślał, że tutaj będzie milej i wygodniej. Machnął od niechcenia różdżką, podsycając ogień w kominku i znów utkwił w Bill'ym przenikliwe spojrzenie. Dlaczego ja? - mógłby spytać. Albo jak się czujesz? -Jakim cudem dajesz radę latać w tym deszczu? - rzucił ze szczerą ciekawością, najwyraźniej nieświadom, że mecze Quidditcha też odbywają się czasem w okropnych ulewach. Nie był na żadnym od skończenia Hogwartu i kiedyś chciał wziąć na jakiś syna, ale najpierw zaczęły się anomalie, potem zawirowania polityczne, a potem Orestes z zażartą upartością uznał, że nie lubi mioteł.






We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]04.06.22 18:35
Magiczne osuszenie przemoczonych ubrań dało mu wymówkę na zajęcie rąk zaledwie na chwilę; minutę, może dwie, w trakcie których zawieszona w powietrzu cisza sprawiała wrażenie nieco mniej niezręcznej, nie zmuszając go do zastanawiania się, co właściwie powinien powiedzieć. Zakłopotanie jednak do niego wróciło – uderzając w tył głowy jak uparty tłuczek, mimo że wykorzystał parę dodatkowych sekund na powolne schowanie różdżki za pazuchę i poprawienie zapiętego na nadgarstku zegarka ojca, nie przejmując się faktem, że skórzany pasek przez cały czas trzymał się dobrze i stabilnie (Aidan naprawił go naprawdę solidnie). W odpowiedzi na zapewnienie Hectora kiwnął głową; wydawało mu się, że było szczere – choć jakiś cichy głosik w dalekim kącie umysłu starał się go przekonać, że czarodziej mówił tak tylko z uprzejmości, której – co William zdążył zauważyć już od progu – zdecydowanie mu nie brakowało.
Bezwiednie przesunął dłonią po wilgotnych włosach, opuszczając jednak dłoń, gdy w ciepłej przestrzeni przedpokoju rozbrzmiało imię Orestesa. Uśmiechnął się – odruchowo, nieświadomie – przez pół sekundy rozglądając się, jakby spodziewał się dostrzec chłopca wychylającego się zza najbliższej framugi drzwi, zanim dotarł do niego sens słów Hectora. Powrócił do niego spojrzeniem, niemal od razu odnajdując tę nieuchwytną nić porozumienia, która połączyła ich tamtego wieczoru na cmentarzu w Dolinie Godryka; pamiętał, co mu wtedy powiedział – że mama Orestesa, jego żona, nie żyła – i wsłuchując się w trwającą o jedno uderzenie serca za długo ciszę, zaczął się zastanawiać, czy to dlatego Hector wydawał się taki rozkojarzony. Przyzwyczajenie się do milczenia dźwięczącego w czterech ścianach pustego domu musiało być niezwykle trudne, a druga część zdania wypadającego z ust mężczyzny tylko zdawała się to potwierdzać. – Mnie też jest ciężko zebrać myśli, jeśli d-d-dookoła jest za cicho – przyznał, nie precyzując jednak, że w jego przypadku strach przed dźwiękową próżnią był jedną z wyniesionych z Azkabanu pamiątek; że od tamtej pory – od tych strasznych paru godzin, kiedy był niemal pewien, że nigdy już nie zobaczy świata zewnętrznego – cisza nie kojarzyła mu się już ze spokojem i ukojeniem. Była przestrzenią – naczyniem, mogącym z przerażającą łatwością wypełnić się koszmarnymi wizjami, nieistniejącymi głosami i obrazami, które dostrzegał tylko on sam. Przez myśl przemknęło mu, że Hector prawdopodobnie byłby w stanie nadać temu zjawisku nazwę i jakoś je wytłumaczyć – ale William póki co nie chciał nawet wyobrażać sobie próby ubrania swoich paranoi w słowa. Za bardzo się bał: wyśmiania – albo potwierdzenia tego, czego sam powoli się domyślał – że tamta wyprawa zmieniła go już na zawsze; że bez względu na to, ile czasu by nie upłynęło, nic nie będzie już jak wcześniej.
Pytanie o Amelię niemal od razu rozproszyło ponure rozważania; uśmiechnął się szerzej, naturalniej; nagle oddychając swobodniej. – Czasami. Teraz rzadziej, niż k-k-kiedyś – odpowiedział, zastanawiając się nad tym przez chwilę. Gdy trafiła pod jego opiekę po raz pierwszy, nad Anglią szalały anomalie – sprawiając, że za każdym razem, gdy znikała mu z oczu, czuł się prawie sparaliżowany niepewnością. Tułaczka pomiędzy Francją a Wielką Brytanią również nie należała do najspokojniejszych okresów w jego życiu, ale odkąd mieszkali wszyscy w Irlandii, w domu ukrytym pod szczelną peleryną ochronnych zaklęć, niepokoił się znacznie mniej – wiedząc, że jego córka zawsze znajdowała się pod opieką rodziny. – Moja siostra i bracia m-m-mieszkają ze mną, mają na nią oko, kiedy mnie nie ma. No i – zawahał się, w ostatniej chwili zmieniając zdanie – jesteśmy w b-b-bezpiecznym miejscu – dodał, dusząc w zarodku rozpychające się w jego wnętrznościach wyrzuty sumienia, związane z faktem, że nie był w stanie zapewnić Amelii normalnego dzieciństwa – takiego, w którym mogłaby co weekend odwiedzać dziadków, albo swobodnie bawić się z dziećmi z sąsiedztwa.
Takiego, w którym nie musiałby pilnować, żeby w jej ręce nie wpadł egzemplarz gazety okrzykującej go niebezpiecznym przestępcą, albo obwieszczającej jego egzekucję.
Otworzył usta, chcąc powiedzieć jeszcze coś na temat jego rzekomej ucieczki, ale słowa Hectora go zaskoczyły; zamrugał szybko, unosząc dłoń i drapiąc się po nosie; chyba próbując ukryć w ten sposób swoją reakcję. Zdawał sobie sprawę z tego, że uzdrowiciel uwierzył w kłamstwa rozsiewane przez Walczącego Maga – jego list wysłany do Amelii stanowił wystarczający dowód – ale do tej pory nie wiedział, który dokładnie fragment fałszywego artykuły wydał mu się aż tak przekonujący. Naprawdę myślał o nim w ten sposób? Kącik ust drgnął mu w górę w pozornej zapowiedzi uśmiechu, ten jednak nie nadszedł; listy gończe zniknęły, nie martw się, Billy. Wypuścił powietrze z płuc. – Dziękuję – powiedział; na ostatnich głoskach zatańczyło zawahanie. Wargi mu drgnęły, milczał chyba o sekundę za długo, ale w końcu wyrzucił: – Że chciałeś jej p-p-pomóc. To znaczy – to ulga. Wiedzieć, że g-g-gdyby coś mi się stało... – dodał, nie do końca pewien, w którym dokładnie momencie jego głos ścisnęły emocje. Wciąż nie wiedział, dlaczego – dlaczego Hector był gotów zaryzykować własnym bezpieczeństwem, żeby udzielić wsparcia osieroconej dziewczynce, której nigdy nie spotkał – ale czuł zbyt dużą wdzięczność, żeby tak po prostu żądać odpowiedzi.
A może tak naprawdę wcale nie musiał tego robić – bo kiedy znaleźli się wśród ułożonych na regałach książek, przez moment znów zobaczył przed sobą tego drobnego chłopaka, którego poznał w Hogwarcie – i który jako jeden z nielicznych nie zwracał uwagi ani na jego jąkanie, ani na to, że niezbyt radził sobie z nauką. – P-p-przeczytałeś je? Każdą? – zapytał, przez chwilę jeszcze nadal przyglądając się grzbietom książek; wydawało mu się to nieprawdopodobne, ale z drugiej strony – wiedział, że uzdrowiciele uczyli się właściwie przez całe swoje życie; kiedy wracał wspomnieniami do czasu spędzonego z Camille, właśnie tak ją widział: pochyloną nad którymś z grubych tomiszczy, z pionową zmarszczką między brwiami i opuszkiem palca w skupieniu przesuwającym się wzdłuż kolejnych linijek drobnego tekstu.
Drgnął lekko, gdy niespodziewanie znów dotarł do niego głos Hectora, wyciągając go tym samym z plątaniny przeszłości. Spojrzał na niego, w pierwszej chwili instynktownie chcąc odmówić, powtórzyć – po raz kolejny – że nie chciał sprawiać kłopotu, ale coś w wyrazie twarzy czarodzieja sprawiło, że grzecznościowa formułka rozpierzchła się na języku. Właściwie to chciał zostać – i to nie tylko ze względu na to, że w żołądku czuł już nieprzyjemne ssanie, a myśl o zjedzeniu gorącego gulaszu po paru godzinach spędzonych na lodowatym deszczu, była więcej niż kusząca. – W p-p-porządku. To znaczy – bardzo chętnie – odpowiedział. – Pomóc ci w czymś? – zapytał, spoglądając w stronę kuchni – ale gdy dostrzegł, że Hector rozsiadł się w jednym z foteli, zrezygnował z ruszenia z powrotem w tamtym kierunku. Jego spojrzenie zamiast tego powędrowało w stronę kominka, najchętniej usiadłby tuż przy nim, na podłodze – ale nie był pewien, czy gospodarz nie uznałby tego za niegrzeczne; zamiast tego przysiadł więc na brzegu sąsiedniego fotela, zsuwając z ramion skórzaną torbę i odkładając ją na podłogę. Stuknęła cicho, przypominając o znajdującej się wewnątrz, zapomnianej butelce. – Herbata będzie idealna, dzięki – powiedział, nachylając się nad torbą. – Chciałbym się czymś odwdzięczyć, ale m-m-mam tylko to – dodał z zakłopotaniem zabarwionym rozbawieniem, odchylając górną klapę i wyciągając ze środka butelkę z ciemnozielonego szkła. – Nie mam p-p-pojęcia, co to jest – przyznał, choć wydawało się oczywiste, że jakiś alkohol. – Jeden stary czarodziej dał mi to jako zap-p-płatę zaprzemycenie zatańczyło mu na wargach, ale w porę ugryzł się w język – dostarczenie p-p-paczek. Mówił, żebym zostawił to sobie na specjalną okazję, ale właściwie – jeżeli w-w-własna śmierć nie jest specjalną okazją, to nie wiem, co nią jest – dodał żartobliwie, choć trochę niepewnie – jakby jeszcze nie do końca wiedział, czy było to coś, z czego wypadało mu żartować. Szkody poczynione przez Walczącego Maga były świeże, losy części członków Zakonu Feniksa – nieznane; z drugiej strony – miał wrażenie, że jeśli nie zrzuci z barków przynajmniej części tego ciężaru, to oszaleje.
Odstawił ostrożnie butelkę na blat stolika, początkowo chcąc powiedzieć coś jeszcze, ale pytanie Hectora zbiło go z tropu; zmarszczył brwi, nie do końca wiedząc, czy właściwie je zrozumiał. – No, trzeba trochę b-b-bardziej uważać, bo rączka się robi śliska – bez pasty i dobrych rękawiczek łatwo się zsunąć p-p-przy manewrach – przyznał; nie był tego świadomy, ale znajomy temat sprawił, że niemal od razu się rozluźnił – pochylając się niżej i opierając łokcie na kolanach. – Dostanie oryginalnego Fleetwooda t-t-teraz to koszmar, ale na szczęście w dolinie jest czarownica, która sama wytwarza całkiem d-d-dobry zamiennik. – Będzie musiał do niej zajrzeć następnym razem, kiedy tam będzie. – No i zaczarowane gogle to p-p-podstawa, inaczej trudno cokolwiek zobaczyć – dodał, stukając palcem w szkiełko pary lotniczych gogli, zawieszonych luźno na jego szyi. – Nigdy nie latałeś w d-d-deszczu? – zapytał, z niedowierzaniem dźwięczącym między głoskami; latanie wydawało mu się tak samo naturalne jak chodzenie czy oddychanie, i prawdopodobnie dlatego nie zorientował się, jaką gafę właśnie popełnił.




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością

William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]21.06.22 3:40
Próbował nie zwracać uwagi na zakłopotanie, ani Billy'ego, ani swoje własne. To uczucie nigdy nie było ani miłe ani wygodne, ale towarzyszyło Hectorowi i jego pacjentom odkąd pamiętał. Musiał przywyknąć - a w gabinecie przyjąć maskę pewności siebie, której nigdy nie potrafił utrzymać w życiu prywatnym.
Pamiętał też - na granicy świadomości - że chyba obydwoje czuli się podobnie, gdy poznał Billy'ego, a raczej gdy zamienili pierwsze słowa. Wstyd był wtedy nieznośny, poczucie niemocy dławiło, a Hector nie miał pojęcia jak odzyskać zawieszoną na gałęzi drzewa laskę. Gdy młodszy Gryfon się do niego odezwał, Vale w pierwszej chwili chciał spiorunować go wzrokiem - ale zamiast głupio zażartować, Billy zaproponował pomoc. Jąkając się. Hector pomyślał wtedy, że choć samemu nigdy nie miał problemów z wysławianiem się, to chyba rozumie upokarzające uczucie pomiędzy kolejnymi krokami po schodach zgłoskami i towarzystwo Moore'a momentalnie przestało go irytować.
Szkoda, że obecnie ich nastroju nie dało się wyjaśnić problemami, z którymi magiczna medycyna sobie nie radziła. Otarcia się o śmierć i o dementory nie dało się nawet ubrać w żadne zwięzłe ani mądre słowa. Przynajmniej cisza nie stała się jeszcze niezręczna, obydwoje starali się podtrzymać rozmowę - nawet jeśli czegoś nie rozumieli. Billy na przykład, nie rozumiał, że Hector przez całe małżeństwo tęsknił za ciszą - ale Vale na szczęście nawet nie wiedział, że w oczach Moore'a wygląda na zasmuconego wdowca. Zaczynał szczerze nienawidzić tej roli, którą pewnie przyjdzie mu odgrywać zawsze - przynajmniej przy teściach.
-Zawsze lubiłem ciszę. - przyznał cicho, z bladym uśmiechem. -Ale bardziej nie lubię, gdy nie ma go w domu. - nie lubił nawet, gdy Beatrice zabierała Orestesa gdziekolwiek bez niego. Nie pamiętał już, co było pierwsze - poczucie, że jest mniej odpowiedzialna (być może irracjonalne, to Hector bywał nadopiekuńczy - ale gdy znaleźli ją w lesie po pełni, pomyślał gorzko, że miał rację co do jej nieodpowiedzialności), czy jej zdrady i lęk, że kiedyś odejdzie, że kiedyś nie wrócą. Strach o dziecko zawsze splatał się w Hectorze z nieopisanym szczęściem, gdy tylko myślał o jedynaku, ale przynajmniej dla Billy'ego temat dzieci wydawał się radośniejszy. Magipsychiatra zauważył z satysfakcją, jak jego pacj gość trochę się rozluźnił - a potem poczuł szczerą ulgę, słysząc, że córka Billy'ego jest bezpieczna. Że wszyscy są.
-Cieszę się. - uśmiechnął się szerzej, zastanawiając się, czy Moore mieszka z rodzeństwem ze względów bezpieczeństwa. Billy wydawał się jednak mówić o całej sytuacji z radością, dla Hectora nieco niezrozumiałą - może miło byłoby mieć przy sobie siostry, ale na pewno nie brata.
Potem Billy zdobył się na odwagę, by wreszcie poruszyć tak starannie omijany temat, a Hector zamrugał.
-Dostałeś ten list. - westchnął, uśmiech spełzł z jego twarzy, a na policzki wpełzł rumieniec zakłopotania. I jesteś tu z jego powodu, czując się zobowiązany. - dopowiedział sobie, właściwie nie wiedząc, dlaczego ta myśl sprawiła mu jakąś przykrość. Przecież to logiczne, że William był tu z powodu listu, że innego powodu nie miał, a Hector powinien poczuć ulgę, że tamten anonim nie wpadł w niepowołane ręce. -Przecież nie musiałeś... jeśli to dla ciebie ryzyko... - dodał łagodnie, próbując w głowie nazwać, co właściwie czuje. Być może raziła go transakcyjność tej sytuacji, nie pisał przecież tego listu po to, by przyjmować osobiście wyrazy wdzięczności. Nie pomyślał nawet, że to, że Billy czuł się zobowiązany nie było niczym negatywnym. Myślał raczej o sieci interesów swojego Anselma Vale, opartej na przysługach i transakcjach. Przyjaźń w zamian za pochlebną recenzję naukową, małżeństwo w zamian za pieniądze i czystą krew, Hector nauczył się chyba od ojca zjednywać sobie ludzi i powoli budować reputację w świecie magipsychiatrii, ale coś wciąż raziło go w podobnej wymianie grzeczności.
-Nie miałem żadnych ukrytych... intencji. - wypalił nagle, na jednym wydechu, nie wiedząc czemu właściwie się tłumaczy i nie widząc, że nie ma ku temu żadnej potrzeby. Billy dziękował mu tak po prostu, szczerze - ale Hector się zestresował. Znów poczuł tak, jak wtedy gdy zaczynał kreślić tamte słowa i nie miał pojęcia jak wytłumaczyć nieznajomej rodzinie Williama kim jest i że naprawdę ma dobre intencje. -Po prostu - tego nie zamierzał już dodawać, ale słowa popłynęły same -jedyne o czym mogłem myśleć, to to co powiedziałeś mi o tamtej dziewczynce i dem... - urwał, pocierając dłonią czoło. Zrobiło się jakoś zimniej. -Gdyby coś ci się stało, pomogę. - zakończył, może nieco zbyt oficjalnie, ale ściana uprzejmości zawsze wydawała się bezpieczna ilekroć tracił grunt pod nogami.
Pytanie o książki przywróciło go do rzeczywistości, nie byli w Azkabanie, a w bezpiecznym salonie, Amelia była bezpieczna, Billy żył i chyba nie miał pretensji o tamten list, wszystko w porządku.
-Nie każdą. - w głosie zadźwięczało lekkie rozbawienie, Hector mimowolnie rozluźnił ramiona. -Wtedy bym się nudził i nie mógłbym się cieszyć na myśl o tych, które dopiero chcę przeczytać. - musnął palcami grzbiety kilku wydań "Iliady", zerknął przelotnie na popiersie greckiego młodzieńca i na kolekcję dzieł Freuda, a potem spojrzał wreszcie na Billy'ego. -Pożyczyć ci którąś? Albo podarować Amelii? Orestes przeczytał już niektóre swoje po kilka razy i się znudził, czas oddać je w lepsze ręce. - skrył propozycję za maską żartu, by nie onieśmielić gościa nagłą hojnością, ale mówił prawdę. Syn czytał szybko i miał dobrą pamięć, podobnie jak Hector, nie potrzebowali tych wszystkich książek - a wszystkie najlepsze (zdaniem Hectora) księgarnie znajdowały się w Londynie, gdzie Billy pewnie nie mógł się pokazać od zeszłego roku.
-Nie ma potrzeby, rozgość się. - uśmiechnął się, bo każdy gospodarz i wykwalifikowany alchemik potrafił podgrzać gulasz i wodę na herbatę. Lubił zresztą gotować, choć robił to o wiele gorzej niż jego sąsiadka i głównie odgrzewał dania za pomocą różdżki - zniknięcie w kuchni lub szopie pracowni z eliksirami lub gabinecie zawsze było idealną wymówką do unikania Beatrice. Miał już wychylić się z fotela, by ocenić czy zdoła stąd przywołać za pomocą Accio porcelanowe miski po matce i czy nie będzie to nadmiernym ryzykiem (mogli zjeść w czymś skromniejszym, ale jakoś nie wpadło mu to do głowy), ale Billy pokazał mu nagle coś... zaskakującego.
Brwi Hectora mimowolnie powędrowały wysoko do góry. Nigdy tego nie pił, ale od razu rozpoznał zielony kolor cieczy w butelce i przypomniał sobie łobuzerskie uśmiechy praktykantów chwalących się podobnymi butelkami na kursie alchemicznym w Ministerstwie. Hector był zbyt uprzejmy by donieść komukolwiek na ich wybryki, był też od nich kilka lat starszy - zaczął dodatkową specjalizację po skończeniu tej w Mungu. Chyba był zbyt odpowiedzialny, by z nimi tego spróbować, a poza tym - nawet gdyby chciał (a może czasem chciał) - w domu czekała już na niego żona i syn. No i nikt nigdy mu nie zaproponował.
-To alchemik? Ten czarodziej? - zapytał z niepokojem, zastanawiając się, czy można zaufać jakości tego alkoholu. Jego kolegom niby nic poza kacem po tym nie było, ale sami przyrządzali piołunówkę w ramach eksperymentów alchemicznych. Przypatrywał się flaszce tak intensywnie, że aż umknął mu dowcip Billy'ego o własnej śmierci.-To chyba - wychylił się w stronę stolika, wziął butelkę do ręki, przyjrzał się jej pod światło - -to na pewno zielona wróżka. Jest nielegalna. - wyjaśnił rzeczowo. Zapadła kilkusekundowa pauza, a Hector podniósł się z fotela.
-Przyniosę kieliszki i cukier. Nigdy tego nie piłem, ale słyszałem od kolegów jak. - właściwie nie mówili tego jemu, ale słyszał wiele rozmów gdy zapomnieli o tym, że jest w pomieszczeniu. Kieliszki, cukier, długie ażurowe łyżeczki - tych ostatnich nie miał. Mógł ryzykować z Accio przy porcelanie, ale nie zamierzał bawić się magią przy cukiernicy, cukier był teraz zbyt drogi. -Weźmiesz cukiernicę z tamtej szafki? I łyżeczki z szuflady pod nią? - wskazał Billy'emu szafkę w kuchni, a samemu ruszył do serwantki w jadalni by wyjąć stamtąd dwa smukłe kieliszki do szampana. Położył je na stoliku, który przesunął tak, by znajdował się teraz między fotelami - przed kominkiem wydawało się być jakoś przytulniej niż w kawiarni, miski na gulasz też się tu zmieszczą. Danie już się chyba podgrzało - poszedł za Billy'm do kuchni, by nalać im po szczodrej porcji do porcelanowych misek (zdążył je już zabrać z regału w salonie), zgarnął z otworzonej przez Moore'a szuflady większe łyżki, nakrył do prowizorycznego stołu i znów zasiadł w fotelu, słuchając cały czas Billy'ego i z wrażenia zapominając o herbacie. William Moore, gwiazda Jastrzębi z Folkestone (...? Z Falkouth?), całkiem poważnie dawał mu rady odnośnie latania w deszczu. Hector ledwo powstrzymał uśmiech, zauważając, że Billy wreszcie całkowicie się rozluźnił, rozgadał i rejestrując nawet, że chyba jąkał się trochę rzadziej.
Właśnie takie postępy uwielbiał we własnym gabinecie, choć nie był pewien jak je interpretować podczas przyjacielskiej rozmowy - i przez moment nie miał serca przerwać Billy'emu jego wywodu. Miał zamiar nie uświadamiać gościa wcale, ale niestety padło zbyt bezpośrednie pytanie.
-Nigdy nie latałem. - odpowiedział ze smutnym uśmiechem, bo nie miał jak skłamać. -Ale to... fascynujące. - sposób, w jaki Billy o tym mówił i to, jak zmieniał się wyraz jego twarzy i zapalały oczy. Nie samo latanie, Quidditch był przeraźliwie nudny - przynajmniej dla Krukona, któremu nikt nie wyjaśnił dobrze reguł i którego ojciec wypowiadał się o sporcie z nieskrywaną pogardą. -Nawet nie wiedziałem, że potrzebujesz tylu... akcesoriów. Jak długo wytrzymują takie gogle? - zagaił uprzejmie. -Smacznego. - zrobił ruch jakby chciał sięgnąć po łyżkę, ale zawahał się i najpierw chwycił za kieliszek. -Albo raczej - twoje zdrowie. Podobno bywa halucynogenna, więc pijmy ostrożnie. - najpierw powąchał alkohol z lekkim niepokojem, mając nadzieję, że alchemik nie zrobił z niego jeszcze większej trucizny, ale stężenie piołunu chyba nie wydawało się alarmujące. Zawahał się, ale przecież nawet pijany będzie potrafił rozpoznać objawy zatrucia i chyba miał w gabinecie antidota. -Wypijmy za życie i radość z życia. - zaproponował poważnie, chcąc uczcić zarówno powrót do życia Williama jak i to, że jeszcze miesiąc temu samemu nigdy nie wzniósłby takiego toastu. Dopiero od niedawna życie wydawało się... radośniejsze.
Nałożył na łyżeczkę trochę cukru, by pokazać Williamowi jak to się (w teorii) pije - a potem upił łyk i spróbował nie skrzywić. Stężenie było mocne, ale mogli sobie przecież pozwolić na toast, nie upiją się od jednego.
Na pewno nie będą mieli legendarnych halucynacji od jednego, prawda? - zracjonalizował sobie szybko Hector, słysząc za oknem (na pewno za oknem) łopot skrzydeł. Zerknął na ścianę, cień piór był spory - to pewnie kruki na parapecie.
-Gdzie byś poleciał - albo pojechał - gdybyś mógł odwiedzić każde miejsce na świecie? - zagaił, chcąc chyba podtrzymać temat mioteł, ale zarazem odwrócić uwagę od nieświadomej gafy Billy'ego. Nalał im jeszcze po kieliszku, niegrzecznie tak siedzieć z pustymi i to przecież na potem, nie upiją się przecież jeśli najpierw zjedzą obiad.



k3 - jak się upiję wróżką?
1. na smutno
2. na wesoło
3. tajemnica albo huśtawka nastrojów!






We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]21.06.22 3:40
The member 'Hector Vale' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 3
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Rodzinna Biblioteka Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]23.07.22 21:42
Martwisz się o niego – odezwał się, uśmiechając się lekko w odpowiedzi na wyznanie Hectora. Chyba chciał o to zapytać, ale słowa ostatecznie zabrzmiały bardziej jak stwierdzenie, pozbawione pogubionych po drodze nut wątpliwości. Chociaż (nie licząc przypadkowego spotkania na cmentarzu w Dolinie Godryka) minęły całe lata, odkąd widzieli się po raz ostatni, i właściwie nie miał bladego pojęcia o relacjach stojącego przed nim czarodzieja z synem, to wydawało mu się, że rozumiał. Znał to uczucie – ten niepokój ukrywający się gdzieś na krawędzi pola widzenia, zbyt nieuchwytny, by dało się go złapać w palce i nadać mu nazwę czy się z nim zmierzyć, a jednocześnie: niemożliwy do zignorowania, rozmywający się dopiero wraz ze skrzypnięciem wejściowych drzwi i tupotem drobnych stóp w przedpokoju. Bracia wytykali mu czasem, że bywał nadopiekuńczy, ale sam nazywał to przezornością (trwała przecież wojna; toczące się w całym kraju walki pozostawiały po sobie chaos, magiczne wyładowania ściągały burze i wichury, słyszał też o trzęsieniach ziemi – nie mówiąc już o zagrożeniu, jakie stanowili ludzie). Czasami zastanawiał się, czy ten lęk miał kiedyś, wraz z upływem lat, zniknąć – a potem przypominał sobie listy od ojca, regularnie upewniającego się, czy dbał o siebie i rodzeństwo.
Jakie w tym wszystkim było miejsce tego, który otrzymał od Hectora? – Właściwie to Amelia d-d-dostała – sprostował, marszcząc bezwiednie brwi na widok znikającego z twarzy mężczyzny uśmiechu, w ułamku sekundy zalany poczuciem winy; nie chciał wpędzić go w zakłopotanie. – Przeczytała tylko p-p-początek, nie martw się, zaraz potem… – zaczął tłumaczyć dalej, ale wtrącenie Hectora zbiło go z tropu. Nie musiał? Pokręcił głową, nie do końca wiedząc, czemu zaprzeczał – czy samemu stwierdzeniu, czy może całemu tokowi myśli, którym najwidoczniej poszedł czarodziej, a którego biegu William nie był w stanie prześledzić. Wyjaśnienie, że próbował się na pewien sposób odpłacić nie przyszłoby mu do głowy, jego obecność nie była przecież żadną formą odwdzięczenia się; to, owszem, przeszło mu przez myśl, póki co nie miał jednak nic, co mógłby Hectorowi zaoferować w podziękowaniu za troskę, jaką okazywał względem Amelii – Vale nie potrzebował schronienia, zdecydowanie nie wyglądał też, jakby brakowało mu pieniędzy czy czegokolwiek innego. – Zaczekaj, Hector – wtrącił się, instynktownie robiąc krok do przodu i wyciągając rękę, żeby położyć ją na ramieniu mężczyzny; starając się przerwać potok wytłumaczeń, niespodziewanie kończący się wspomnieniem o Azkabanie. Ledwie zauważalny cień przemknął przez jego rysy i jasne oczy, kiedy na sekundę pozwolił sobie wrócić pamięcią do nieruchomej twarzy dziewczynki, jej pustego spojrzenia, bezwładnego ciała – ale ciepło bijące od trzaskającego kominka wystarczyło, żeby przegnać duchy przeszłości. – Wiem, że nie m-m-miałeś, jesteś po prostu dobrym człowiekiem – powiedział; po krótkiej rozmowie na cmentarzu i wiadomości przyniesionej przez córkę nie miał już co do tego wątpliwości. – P-p-przyleciałem tu bo – wzruszył ramionami – no, chciałem. Coraz mniej jest osób, którym ufam, p-p-poza tym mówiłeś, że mogę i… – Urwał, niepewny, jak dokończyć to zdanie, ani kiedy właściwie to on zaczął się tłumaczyć. Zaśmiał się bezgłośnie, wydmuchując powietrze przez nos. – Gdybyś potrzebował, też ci p-p-pomogę. Wam. Chociaż mam nadzieję, że nie będę musiał – dodał szczerze, uśmiechając się – a potem w jakiś naturalny sposób przenosząc uwagę na bibliotekę, może podświadomie chcąc wyrwać ich oboje z tej niezręczności.
W reakcji na słowa Hectora uniósł brew, ale nie odezwał się; nie rozumiał, w jaki sposób myśl o przeczytaniu książki mogłaby budzić radość, chociaż w sposobie, w jaki czarodziej spoglądał na zadbane okładki, było coś znajomego. – Szczerze m-m-mówiąc, to nigdy nie potrafiłem za bardzo skupić się na czytaniu – przyznał. Kiedyś się tego wstydził; niemożliwość usiedzenia w miejscu dłużej niż kilka minut sprawiała, że nie radził sobie najlepiej ani w mugolskiej szkole ani później w Hogwarcie, ale o ile w zamku odnalazł przyjaciół, którzy akceptowali go takim, jakim był, o tyle przyklejona przez niemagiczne dzieciaki łatka dziwaka i głupiego Billy’ego ciągnęła się za nim przez całe dzieciństwo. – Mój brat jest p-p-pisarzem, żartowaliśmy zawsze, że czytał za nas wszystkich. Ale Amelia by się ucieszyła, gdyby Orestes jakieś jej p-p-pożyczył – odparł. – Skoro czytał je po kilka razy, to na p-p-pewno jest do nich przywiązany, oddałbym je w idealnym stanie – Amelka b-b-bardzo dba o rzeczy – dodał. Czułby się niezręcznie przyjmując taki prezent, książki, nawet używane, bywały cenne.
Cenniejsze, zapewne, niż zielonkawa butelka alkoholu; podał ją Hectorowi, obserwując przez moment, jak ogląda trunek. Pytanie o alchemika zbiło go z tropu – otworzył usta, w pierwszej chwili chcąc odpowiedzieć, że nie – po chwili orientując się, że właściwie nie był pewien; czarodziej był kupcem, zajmował się zaopatrzeniem dla „Niuchacza”, ale przecież każdy członek magicznego podziemia miał przed wojną jakieś życie. On też – choć im więcej mijało czasu, tym trudniej było mu uwierzyć, że istniało jakieś przed. – Nie jestem p-p-pewnien. To istotne? – zapytał, dopiero teraz dopuszczając myśl, że nalewka mogła być domowej roboty, ale to wzmianka o jej nielegalności sprawiła, że poczuł, jak zalewa go fala zażenowania. I niepewności; spojrzał na Hectora, przez parę niekończących się sekund tkwiąc w przedłużającej się ciszy, zastanawiając się, czy popełnił właśnie niewybaczalny błąd. Czy tylko potwierdził tym, że był przestępcą? Co prawda nie miał bladego pojęcia, czym była zielona wróżka, ani co takiego miała w sobie, co czyniło ją zakazaną, ale nie wiedział też, jak powinien teraz wytłumaczyć się z tego przed uzdrowicielem. Podążył za nim wzrokiem, gdy ten wstał z fotela – miał zamiar go wyrzucić? Przełknął ślinę, otwierając usta, żeby zacząć się usprawiedliwiać, ale Hector odezwał się pierwszy, znów go zaskakując. – Co? – wyrwało mu się, cukier? – Tak, tak – jasne – przytaknął, jeszcze nie do końca wiedząc, na co właściwie się zgadza. Wstał jednak z fotela, po drodze do kuchni starając się otrząsnąć z chwilowej dezorientacji; czyli Hector chyba nie był zły – i najwyraźniej planował mimo wszystko wspólne opróżnienie butelki (co go ucieszyło, mimo że póki co nie rozumiał, jaką rolę pełnił w tym cukier i łyżeczki).
Cukiernicę znalazł dokładnie w miejscu, które wskazał mu gospodarz, podobnie zresztą jak łyżeczki; niosąc to wszystko z powrotem do stolika, rzucił okiem w stronę wysokich kieliszków. – Muszę cię up-p-przedzić, Hector, że jeśli to wymaga znajomości alchemii, to może nie skończyć się dobrze – zdecydował się przyznać, pamiętając o wcześniejszym pytaniu o alchemiczne umiejętności pierwotnego właściciela butelki. Nie był pewien, czy Hector pamiętał jego szkolnej (nie)sławie zdobytej w pracowni eliksirów, ale czuł się zobowiązany o tym wspomnieć – mając na uwadze, co się stało, kiedy ostatni raz próbował uwarzyć prostą miksturę.
Przyjemny zapach parującego gulaszu i przeniesienie tematu rozmowy na latanie skuteczne odciągnęło jego myśli od tych zmartwień, zresztą – postanowił pozostawić wszelkie technikalia w rękach Hectora, który najwidoczniej wiedział doskonale, co robić. Przyglądał mu się nienachalnie, pomiędzy jednym zdaniem a drugim starając się wyłapać kolejne czynności, i być może dlatego nie zorientował się w porę, że zadane pytanie było kompletnie nie na miejscu. – Och – wyrwało mu się, kiedy Hector przyznał, że nigdy nie latał. – No tak – mruknął, sięgając dłonią karku, żeby bezwiednie podrapać się po szyi; jak mógł o tym nie pomyśleć? Pamiętał przecież Hogwart, laskę zawieszoną wysoko, poza zasięgiem dłoni szczupłego chłopca. – Wybacz, ja – nie p-p-pomyślałem – przeprosił, uciekając spojrzeniem i przypadkowo zatrzymując je na misce gulaszu; zaburczało mu w brzuchu, miał nadzieję – że niesłyszalnie. Miał ochotę sięgnąć po łyżkę, nie chciał jednak robić tego przed gospodarzem, poza tym – pytanie o gogle znów przyciągnęło jego uwagę. – Uhm, nie wiem. Chyba do p-p-pierwszego zderzenia z gałęzią – odpowiedział całkiem poważnie; w trakcie podróży po kraju zdarzyło mu się rozbić lotnicze gogle parę razy, proste zaklęcia na ogół radziły sobie jednak z prowizorycznymi naprawami. – Smacznego – odpowiedział, uśmiechając się. Sięgnął po łyżkę, ale zanim zdążyłby zanurzyć ją w gulaszu, znowu podniósł wzrok. – Czekaj – halucynogenne? – powtórzył niepewnie; odłożył łyżkę, po raz pierwszy spoglądając w stronę butelki nieco podejrzliwie. Jego dotychczasowe doświadczenia z halucynacjami nie należały do przyjemnych; szczęśliwie – od jakiegoś czasu nie widywał już snującej się za nim mary ciemnowłosej kobiety ani martwej dziewczynki, ale nie chciał, by pojawiły się znowu – zwłaszcza teraz; zwłaszcza tutaj. – To znaczy – co się p-p-po tym widzi? – zapytał, z zawahaniem biorąc do ręki kieliszek. Chciał zapytać o wcześniejsze widziadła, te, które dręczyły go po Azkabanie, ale nie miał pojęcia jak sformułować pytanie, żeby nie zabrzmieć, jakby był niespełna rozumu – więc na razie porzucił te próby. – To dobry toast – przyznał, uśmiechając się. – Za życie i radość z życia – powtórzył, starając się powtórzyć manewr z cukrem i łyżeczką, a później przechylając kieliszek – i krzywiąc się, gdy mocny alkohol spłynął mu do gardła. Kojarzył mu się z ziołami, z aptecznym posmakiem eliksiru na przeziębienie – i przełykając go, musiał powstrzymać się od zakasłania. – Ugh. Zaczynam rozumieć, d-d-dlaczego jest nielegalny – zażartował, odstawiając kieliszek i biorąc do ręki drugą, większą łyżkę, żeby spróbować wreszcie gulaszu. Nachylił się przy tym niżej, uważając, żeby nie rozchlapać potrawy na stolik ani fotel.
Gulasz parzył w język, był jednak pyszny; wyprostował się, chcąc skomplementować umiejętności kulinarne sąsiadki Hectora, ale zawieszone w powietrzu pytanie skierowało myśli zupełnie gdzieś indziej. – Do Francji – odparł bez zastanowienia, dopiero po chwili orientując się, jak nudna była to odpowiedź. Świat był ogromny – opowieści Lavinii o dalekich wyprawach przypominały mu o tym niemal za każdym razem, gdy z nią rozmawiał, ale prawdę mówiąc: sam wiedział o nim niewiele. Wielką Brytanię opuścił tylko raz, uciekając razem z córką przed anomaliami; wcześniej – inne kraje niezbyt go interesowały, ich nazwy kojarzyły mu się wyłącznie z zagranicznymi drużynami Quidditcha; nie czuł potrzeby pościgu za nieznanym i nie chciał nigdzie wyjeżdżać – marząc przede wszystkim o zbudowaniu bezpiecznego domu dla siebie i rodziny. – Jest tam ktoś b-b-bardzo mi bliski – wyjaśnił po krótkiej pauzie, argumentując swój wybór. Westchnął cicho, ogarnięty nagłą tęsknotą. – Do samego p-p-podróżowania nigdy mnie nie ciągnęło. A ty? Byłeś gdzieś d-daleko? Albo chciałbyś? – zagadnął zaciekawiony; nie miał pojęcia, co Hector robił w trakcie tych wszystkich lat, odkąd ukończyli Hogwart i ich drogi się rozeszły.

| to ja też!




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością

William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]23.07.22 21:42
The member 'William Moore' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Rodzinna Biblioteka Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]31.08.22 1:04
-Jasne, że się martwię. - spłynęło samo z ust Hectora, a zgłoski ułożyły się nie tyle we wstydliwe lub pełne wahania wyznanie, co w zgrabne przyznanie racji Billy'emu. Martwię się, zawsze to c z u ł, ale rzadko nazywał - tak, jakby bał się nazwać własne uczucia, jakby w nazywaniu trosk było coś niedobrego. Uważajmartwięsiębojęsię - mówiła często matka, a jej słowa do dziś rezonowały w Hectorze niezdrowym lękiem. Podświadomie założył chyba, że jego nadopiekuńczość mniej odbije się na Orestesie, jeśli nigdy jej nie zwerbalizuje, choć przecież okazywał zmartwienie ciągle: lekko zmarszczonymi brwiami ilekroć wybierał się do dziadków, pełnym ulgi uśmiechem gdy wracał do domu, wzrokiem nieufnie skierowanym na nieznajomych przechodniów i dłońmi nerwowo poprawiającymi sznurówki, czapkę i szalik.
W sposobie, w jaki wypowiedział te kilka słów Billy nie było jednak nic niepokojącego - tak, jakby zwerbalizowanie troski nie przyniosło lęku, a raczej ulgę i zrozumienie. Hector zamrugał, dopiero po chwili orientując się, z jaką łatwością przyszło mu własne wyznanie, czy raczej potwierdzenie (oczywistych) podejrzeń Moore'a.
-Przepraszam, ja... to musi brzmieć dziwnie w porównaniu z tym, jak pewnie martwisz się o Amelię. - zreflektował się. -Orestes... - nie ma mugolskiej krwi, ale choć Hector do niedawna nie przyjaźnił się z żadnym mugolakiem (wynik przypadku, nie uprzedzeń - tak próbował sobie wmawiać), to nie potrzebował doświadczenia by wiedzieć, że tego powiedzieć po prostu nie wypada. -...nie musi się ukrywać - wybrnął dyplomatycznie, dopiero w połowie zdania zdając sobie sprawę, jak absurdalne są te słowa. Widział mężczyznę pocałowanego przez dementora bez żadnego procesu (minęło już kilka tygodni, a Hectora do dziś szokowało to bezprawie) i od tamtej pory zwątpił we własne poczucie bezpieczeństwa. Co by mu zrobili za goszczenie w domu rebelianta? -ale mimo to się zamartwiam, właściwie odkąd się urodził, czy to dziwne? - pomimo posępnych myśli i fantomowego chłodu kontynuował myśl z łagodnym uśmiechem, bo w skrywaniu własnych uczuć był przecież ekspertem. Skupiony na odegnaniu wojennych trosk nie zauważył natomiast, jak machinalnie zdradził Billy'emu, że właściwie nie przyjaźni się ze zbyt wieloma rodzicami dzieci w podobnym wieku. Może rok temu mógłby zadawać podobne pytania Archibaldowi, ale dopiero co się pogodzili, a Prewett był podczas ostatniego spotkania wyraźnie przybity - dopóki nie zacznie wyglądać lepiej, Hector nie będzie miał odwagi mówić o swoich troskach.
I może nie powinien mówić nawet Williamowi - nie po tym, jak jego córka omal nie przeczytała tamtego listu. Hector spojrzał na niego ze zgrozą, po twarzy przebiegł rumieniec wyraźnego zakłopotania. Choć sam zaczął pisać od prośby, by Amelia nie czytała dalej, to chyba rozważył to tylko jako ewentualność - nie wyobrażał sobie, że dziewczynka będzie o włos od przeczytania o śmierci swojego taty, nie tak naprawdę. Może nawet zupełnie mu to umknęło między pierwszą a dwudziestą wersją listu, tą wysłaną ostatecznie.
-Przepraszam... - bąknął, że mało brakowało, a przeczytałaby całość, że się wmieszałem, wtrąciłem nieproszony, ale zanim zdążył oskarżać się dalej, Billy niespodziewanie położył mu rękę na ramieniu. Dotyk zakorzeniał w rzeczywistości, ale mocniej zrobiły to kolejne słowa.
Dość szokujące, Hector nie pamiętał kiedy ostatnio ktoś nazwał go dobrym człowiekiem, nie tymi konkretnymi słowami, nie tak wprost i nie po wmieszaniu się w nieswoje sprawy. Wtrącał się w cudze życia zawodowo, ale pacjenci przyjmowali to z konieczności, nigdy nie byli tym zachwyceni, a wdzięczni raczej dopiero po zakończeniu terapii.
Na pewno nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego od poszukiwanego rebelianta - człowieka, który naraża siebie i własną córkę w imię ideałów i walki o świat innych dzieci, bo przecież dla Amelii i siebie mógłby znaleźć skrawek bezpieczeństwa. Taki, jak Hector w Walii, dla Orestesa. Zawsze wydawało mu się, że ci naprawdę dobrzy ludzie, herosi i rycerze z opowieści, nie są tchórzliwi, że dobroć i odwaga idą w parze. Może Billy miał na ten temat inne zdanie, a może jeszcze dobrze go nie znał. Z wrażenia umknęło mu, że wysłanie listu i zaoferowanie gościny Zakonnikowi też są w jakiś sposób odważne - racjonalizował sobie, że pod listem się nie podpisał, a o tej wizycie nikt nie wiedział.
-Uhm. - zamrugał (do tej pory oczy miał szeroko otwarte, spłoszony), a ze zdziwienia nie znalazł lepszych słów. Ufać, dudniło mu w głowie, nawet pacjenci nie ufali mu po d r u g i m spotkaniu. -Możesz. Jasne, że możesz. - na szczęście nie musiał zmuszać ust do uśmiechu, bo Billy uśmiechał się bardzo zaraźliwie. -Ja... ulżyło mi, że cię widzę - i że nie masz za złe listu -dziękuję, że wpadłeś. - i nagle zrobiło się jakoś lżej, a Billy już oferował pomoc i oglądał książki. Wiadomość, że sam niewiele czytał go nie zaskoczyła - w Hogwarcie wydawał się lubianym chłopcem i miał szczęście; (kalekich) kujonów uważano za dziwaków. -Twój brat... Moore? Czy pisuje pod pseudonimem? Mogłem czytać coś jego? - zapytał z żywym zainteresowaniem, nieświadom, że te powieści mogły być nieco zbyt romantyczne jak na jego gust. -Nie spytamy dzisiaj Orestesa o zdanie, ale na pewno by się zgodził coś pożyczyć. - był grzeczny, aż za grzeczny. Hector postąpił kilka kroków w lewo, wskazując Billy'emu kilka najniższych półek, do których Orestes mógł sięgać sam. -Tutaj są książki dla dzieci, a tutaj te, które już przeczytał. Wybierz dla niej cokolwiek, co się jej spodoba. - o ile niektóre księgi z rodzinnej kolekcji były cenne, o tyle wszystkie książki dla dzieci Hector kupił już sam, a żadna nie była białym krukiem. Ojciec nie zbierał takich rzeczy, Vale wychował się raczej na Iliadzie i baśniach opowiadanych przez matkę. Wiele bajek poznawał teraz po raz pierwszy, z synem.
Najwyraźniej obydwoje mieli skłonność do peszenia się bez potrzeby - ledwo Hector otrząsnął się ze sparaliżowania listem, to Billy zastygł w bezruchu.
-Spokojnie, nawet jeśli nie jest alchemikiem, to raczej nie jest trująca. Znaczy, są w niej trujące ingrediencje, ale gdyby były niebezpieczne, płyn byłby bardziej mętny - a patrz, jaki jest przejrzysty. - uspokoił go Hector, choć niestety nie od razu. Założył, że Billy zmartwił się o toksyczność napoju (a nie o to, że Vale weźmie go za przestępcę) i najpierw bardzo dokładnie obejrzał butelkę, również pod światło. Ciecz lśniła na zielono, tak jak powinna. Wedle opowieści, których Hector nagle pozazdrościł młodszym kolegom. Może kiedyś zastanowiłby się dłużej nad tym, czy powinni to pić, ale ostatnio postanowił spróbować żyć pełnią życia - a innego alkoholu nie mieli, poza spirytusem. Z dwojga złego lepiej napić się tej wróżki, zresztą opowieści o jej działaniu halucynogennym na pewno są przesadzone - zracjonalizował sobie.
-Nie zrobimy z nią nic alchemicznego. - roześmiał się, szczerze. -Po prostu podaje się ją z cukrem. - wyjaśnił, gdy już usiedli. Humor poprawił mu się na tyle, że nawet kłopotliwe wspomnienie o lataniu przyjął z uśmiechem - a przykrość na myśl o lekcjach Quidditcha, które spędził na ławce, była jakoś mniejsza niż zwykle.
-Spokojnie, ja... - zawahał się jedynie na moment, albo może to atmosfera rozwiązała mu język. -...chyba nawet wolę, gdy ludzie o tym nie myślą. - przyznał cicho, zerkając wymownie na opartą o fotel laskę. Czasami zastanawiał się, jakim człowiekiem byłby, gdyby zawsze mógł robić to, co inne dzieci. Może takim samym, może zawsze wolałby samotność i książki. Może innym. Nigdy nie otrzyma odpowiedzi, ale jej przebłyski brzmiały w niewinnych uwagach Billy'ego i każdego, kto podchodził do niego normalnie.
-Wpadłeś kiedyś w drzewo? - zdziwił się z troską, ewidentnie nieświadom brutalności, jaką odznaczały się mecze Jastrzębi z Falmouth. Nawet bez drzew. Pamiętał tylko tamtą kontuzję Billy'ego ze szkoły, cień nieprzyjemnych podejrzeń wobec własnego brata - wspomnienia, które odpychał.
-Ma w sobie piołun. - wyjaśnił ochoczo w odpowiedzi na pytanie o halucynacje i po sekundzie przypomniał sobie, że Billy potrzebuje chyba więcej kontekstu. -Piołun może powodować albo bezsenność i nadpobudliwość, albo otumanienie, może dlatego ci, co wypili za dużo, twierdzili coś o halucynacjach. Moi koledzy normalnie warzyli mikstury po imprezach zakrapianych piołunówką, jest groźna jedynie w nadmiarze. - machnął lekceważąco ręką, nie wiedząc jeszcze, że za kilkadziesiąt minut będzie chciał odszczekać te słowa. -Pewnie każdy widzi co innego, prawda? Mam nadzieję, że my zobaczymy, a raczej poczujemy, radość z życia. - uznał niefrasobliwie, czując ziołowy smak na języku.
Zawiesił uważne spojrzenie na rozmówcy, bo słuchał przecież innych całym sobą - nie tylko w pracy.
-Francji! Tam są... - podobno piękne rzeźby w Luwrze, chciał powiedzieć z entuzjazmem, ale Billy nie mówił o Francji jak o zwykłym kraju i chyba nie interesował się sztuką antyczną, a tęsknota brzmiąca w słowach o kimś bliskim była wyraźna.
-Kto? - zapytał bez namysłu, nieświadom, że to dwie szklaneczki zielonej wróżki mogły ośmielić go do tak bezpośredniego pytania. Zazwyczaj krążył dookoła, subtelnie i niepewnie. Zamrugał. -Znaczy, jeśli to nie... jeśli mogę spytać. - dodał przepraszająco. Jeśli Billy odpowie, też był mu winien szczerość, zaczął więc opowiadać o własnych marzeniach. -Zawsze chciałem pojechać do Wiednia, po skończeniu kursu. Herr Freud już nie żyje, ale poznałbym innych magipsychiatrów, może nawet jego uczniów, albo po prostu pił kawę, nauczył się niemieckiego... może zwiedził inne europejskie stolice. - uśmiechnął się blado. -Ale nie podróżowałem dalej niż kilka domowych wizyt u pacjenta w Irlandii, moja... - praca była absorbująca, dorosłe życie też, potrzebowałem czasu i pieniędzy na rozwój gabinetu chciał powiedzieć i p o w i n i e n powiedzieć, ale to przecież nie była prawda, tylko ładna wersja prawdy. -...żona miała inne zainteresowania niż wyjazdy. - wzruszył ramionami, mówiąc o n i e j bez pretensji, ale bez śladu ciepła. -A potem urodził się Orestes. - dodał prędko, chyba chcąc zamaskować złe wrażenie, ale za późno. Nawet jeśli Billy nic nie wychwycił, Hector nie powinien myśleć o Beatrice, nie gdy chciał się dobrze bawić. Sięgnął po kolejny kieliszek, chcąc zapić gorzką satysfakcję i ukłucie sumienia na myśl o tym, że po jej śmierci zaprosił do domu człowieka, którego na pewno by nie polubiła - i wtedy zobaczył cień skrzydeł.
Na ścianie, ponad ramieniem Billy'ego. Przełknął słodko-gorzki łyk piołunówki i mimowolnie powiódł spojrzeniem za przesuwającymi się piórami, zawieszając wzrok w kącie pokoju, za regałem.
Szklaneczka zastygła w palcach, gdy przez upiorny moment myślał, że kobieca postać o twarzy skrytej w cieniu to Beatrice - ale po dwóch sekundach zdołał wreszcie nazwać to, co widział. Złożone skrzydła, włosy poskręcane jak węże.
-...widzisz...? - wyrwało mu się cicho, ale wtedy uświadomił sobie, że może przyszła po niego, jego gościa. Któremu do niedawna przeznaczone było zginąć, a który nadal żył.
-...nieważne, mówiłeś o... uhm, a po Anglii dużo podróżowałeś, z drużyną? - wypalił pośpiesznie, nie mając pojęcia, czy drużyny Quidditcha często są w rozjazdach, wcale nie interesował się przecież meczami. Serce zaczęło mu bić szybciej, a nie miał pojęcia jak ochronić Billy'ego przed spojrzeniem w oczy przeznaczenia by równocześnie jej nie urazić. Najlepiej będzie zająć go rozmową, improwizował.
Zawsze zakładałeś.
że to innymi się interesujemy
a nie tobą.
Zamrugał, próbując skupić wzrok na butelce, a uwagę na słowach Billy'ego.
Nie musiał przecież oglądać się przez ramię, by wiedzieć, że zawsze jest ich trzy.

podwójna trójeczka w tajemniczym nastroju powyżej i tutaj, czyli wróżka zadziałała mocno


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Rodzinna Biblioteka
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach