Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Rodzinna Biblioteka
AutorWiadomość
Rodzinna Biblioteka [odnośnik]13.12.21 12:10

Biblioteka


Największe pomieszczenie w domu Hector przeznaczył na kolekcję rodzinnych książek. W rodzinnej bibliotece ustawił swoje biurko, kilka wygodnych foteli oraz magiczne drabiny - choć samemu zna rozkład książek na pamięć i woli korzystać z Accio.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]09.05.22 12:50
| 4 kwietnia

Nie potrafił wyrzucić z głowy skreślonych przez Hectora słów, w teorii nieprzeznaczonych wcale dla niego – a w jakiś paradoksalny sposób wgryzających się prosto w myśli; sprawiających, że po dotarciu do ostatniej linijki atramentowych znaków utrwalonych na pergaminie, przez dłuższą chwilę zwyczajnie siedział na brzegu łóżka, wpatrując się w nieistniejący wzór na ścianie sypialni – i zastanawiając się, raz po raz, co by było, gdyby to wszystko naprawdę się stało. Do tamtego momentu, do tych paru minut, w trakcie których mimowolnie zanurzył się w odmętach alternatywnej, zbudowanej z papieru rzeczywistości, podana przez Walczącego Maga wiadomość o jego własnej śmierci budziła w nim głównie dezorientację przemieszaną z niepokojem, związanym bardziej z pozbawionym odpowiedzi pytaniem: po co?, niż z czymkolwiek innym; list Hectora zmusił go jednak do sięgnięcia dalej – do wyobrażenia sobie wersji świata, w której wyssany z palca scenariusz naprawdę się ziścił. Czy byłoby to takie nieprawdopodobne? Wiedział, że nie; nieistotne, jak uparcie nie brnąłby do przodu, naiwnie przekonując samego siebie, że był niezniszczalny – że jeszcze nie teraz, jeszcze nie dzisiaj, przetrwał przecież już tak wiele: starcia w Londynie, utarczki ze szmalcownikami, Azkaban – to tak naprawdę wcale nie imały się go inne zasady. Mógł umrzeć w każdej chwili – w trakcie każdego przelotu, każdej misji, za każdym razem, gdy opuszczał dom; przypadkowe ofiary wojny ginęły przecież codziennie, łącznicy znikali na horyzoncie i już więcej się na nim nie pojawiali; co, jeśli kolejny list, który zostanie zaadresowany do Amelii, nie będzie już mógł trafić w jego ręce?
Tego nie przeczytała w całości, jeszcze nie tak biegła w składaniu liter, by poradzić sobie z drobnymi znakami, układającymi się w wiele linijek tekstu; zrozumiała zaledwie parę pierwszych, później odnajdując go z prośbą, by przeczytał jej resztę. Nie zrobił tego, rzecz jasna – gdy tylko zorientował się, co znajduje się w wiadomości, wyjaśnił jej, że to była pomyłka (miał wrażenie, że mu nie uwierzyła, ale posłusznie zostawiła pergamin w jego posiadaniu, musząc wyczytać z jego twarzy przynajmniej część zalewających go emocji, pomimo tego, że starał się je ukryć; ciche: tato, wszystko w porządku? do tej pory dzwoniło mu w uszach). Później został sam – wyobrażając sobie w niemym przerażeniu sytuację, w której rzeczywiście zorientowałby się, że to był koniec – i że nigdy więcej nie zobaczy już córki, braci, siostry, ojca, Hani; że nie będzie mu dane wyjaśnić, opowiedzieć swojej wersji historii – tej, w której wcale nie próbował uciec. Co stałoby się potem? Złożona w liście obietnica ścisnęła go za gardło niespodziewanym wzruszeniem, dlaczego Hector oferował im pomoc – mimo że nie widzieli się od lat, że nic nie był mu winny? Ukryta między wierszami propozycja wydawała mu się jasna, był gotów zaryzykować własnym bezpieczeństwem; poniekąd zrobił to już wtedy, na cmentarzu, podając mu swój adres.
Nie planował wykorzystać tej wiedzy, ani tym bardziej zjawiać się pod jego tylnymi drzwiami, kiedy jednak niesione z Plymouth rozkazy zabrały go w okolice Liverpoolu, nie mógł tak po prostu wrócić do Irlandii. Wystarczyło odbić nieco na zachód, przelecieć nad rozlaną szeroko rzeką Dee, i już był na walijskim wybrzeżu – jeszcze nie do końca wiedząc, co właściwie chciał powiedzieć, ani nawet czy miał zastać Hectora w domu. Pojawiał się bez zapowiedzi, popychany chyba przez potrzebę wyjaśnienia, że to wcale nie było tak – był mu to winien – nie wiedząc jednak, dlaczego zwyczajnie nie zawarł tego wszystkiego w liście. Próbował, zabierał się za nakreślenie odpowiedzi wielokrotnie, ale bez względu na to, ilu słów nie zostawiłby na pergaminie, zawsze wydawały się puste, płaskie, niewystarczające. Jak wytłumaczyć komuś, że pochował go za wcześnie? Że wszystkie te emocje, troska o los niespotkanej nigdy dziewczynki – były zbudowane na kłamstwie? Nie wiedział, i być może dlatego zatrzymywał się właśnie przed drewnianymi drzwiami, kompletnie nie przejmując się ulewnym deszczem; przemókł do suchej nitki na długo wcześniej, przy podobnej pogodzie latając od paru godzin; suche pozostawało jedynie wnętrze przewieszonej przez ramię torby, zaczarowanej tak, by wilgoć nie dostawała się do środka – chroniąc w ten sposób przenoszone koperty i zapieczętowane wiadomości. Już dostarczone, torba była niemal pusta – nie licząc sakiewki z paroma monetami, tkwiących w uchwytach fiolek z eliksirami na-wszelki-wypadek, i ciążącej nieco butelki z zielonkawym alkoholem, którą z wdzięczności wcisnął mu w ręce jeden z buntowników – krewny lotnika, którego parę dni wcześniej wyciągnął z trzęsawisk. Nie chciał jej przyjąć, ostatecznie jednak się poddał – od tamtego momentu przez większość czasu nie pamiętając o jej istnieniu.
Wypuścił chłodne powietrze z ust, po niekończącej się chwili wahania wyciągając rękę, żeby kilkakrotnie zastukać kołatką o drzwi – jeszcze nie myśląc o tym, co zrobi w przypadku, gdy otworzy je ktoś inny. Odczekał chwilę, stojąc w ciszy przerywanej jedynie szumem deszczu, wreszcie dochodząc do pochopnego wniosku, że nikogo nie było w środku; odwrócił się do wejścia plecami, decydując się na powrót do domu – nim jednak zdążyłby ponownie dosiąść miotły, gdzieś z tyłu skrzypnęły zawiasy, zmuszając go do obejrzenia się za siebie.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]10.05.22 8:35
Zaczytany w teoriach Monsieur Piageta o rozwoju dziecięcym, w pierwszej chwili nie dosłyszał pukania do drzwi. Był wyczulony na odgłosy dobiegające zza drzwi frontowych albo sprzed wejścia do gabinetu, ale teoria, że Orestes nie pojmował jeszcze w pełni myślenia abstrakcyjnego była fascynująca (czy śmierć matki może być zbyt abstrakcyjna?), a nikt nigdy nie pukał do tylnych drzwi. Zaproponował to tylko jednej osobie, a...
To niemożliwe.
...tłumiąc niepokój i nie wiedząc, czego się spodziewać, podniósł się z fotela i przezornie zabrał ze sobą różdżkę. Nie, żeby mógł się obronić w razie napaści, ale mógł udawać i... grabieżcy chyba nie pukaliby do drzwi?
Otworzył je zaklęciem (nawyk przejęty od ojca, który z upodobaniem (nad)używał magii w zaciszu domowym, tutaj nie obowiązuje nas Kodeks Tajności, nawyk szczególnie użyteczny dla kogoś poruszającego się o lasce) i wyjrzał ostrożnie na zewnątrz.
Rozpoznał go od razu.
-Billy. - odruchowo użył młodzieńczego zdrobnienia i przez sekundę wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczyma, bezbrzeżnie zaskoczony. Potem rozciągnął usta w mimowolnym uśmiechu, tak jakby szczerze ucieszył się, że go widzi - ale zarazem już szukał w głowie wyjaśnienia, dlaczego akurat teraz i dlaczego na swoim progu.
Jeszcze kilka dni temu święcie wierzył, że nie zobaczy Williama Moore nigdy więcej. Artykuł w porannej gazecie był podobnie szokujący jak wiadomość o śmierci żony i wzbudził w Hectorze podobny żal jaki czuł w dniu pogrzebu matki, choć przecież nie miał logicznych podstaw by tak mocno przejąć się tak losem Williama. Tak, jakby był kimś bliskim, ale przecież nie mógł go tak nazywać. Już daremna próba opisania wspólnych wspomnień dla opiekunów Amelii dziwnie boleśnie przypomniała mu, jak niewiele ich łączyło.
Kiedyś stłumiłby podobnie irracjonalne emocje, ale tym razem wcale ich nie odpędzał. Od niedawna pozwalał sobie na przeżywanie uczuć zamiast próbować je kontrolować i, o dziwo, czuł się z nimi jakoś lżej. Akceptacja nie była jednak lekiem na melancholię. Przygnębienie po śmierci Williama jakoś nie znikało - ani gdy nazwał swoje emocje, ani gdy rozważył jak mógłby pomóc, ani wtedy gdy napisał list do Amelii, ani wtedy gdy wreszcie odpędził spod powiek widmo dementorów. Po nawiązaniu kontaktu z Archibaldem nabrał co prawda nieśmiałych wątpliwości na temat faktów przedstawionych w "Walczącym Magu", ale kwestionowanie różnych teorii to przecież nie to samo co empiryczna pewność - a na tą nie liczył, naukowcy muszą żyć z pewnymi... niewiadomymi. Nawet jeśli William Moore by przeżył, Hector Vale nie spodziewał się go ujrzeć na swoim progu.
Święcie wierzył, że żywy Billy ma lepsze rzeczy do roboty, że zajmuje się córką, albo pomaga tym, którzy naprawdę tej pomocy potrzebują.
Nasuwały się tylko trzy wyjaśnienia tej niespodziewanej wizyty. Albo potrzebował pomocy, albo to on dostał tamten list (Achilles długo nie wracał, a potem go podziobał, Hector nie był pewny czy sowa w ogóle dostarczyła przesyłkę), albo ktoś się pod niego podszywał. Hector instynktownie wybrał to pierwsze (podświadomie chroniąc się przed falą wstydu na myśl, że William przeczytałby tamte szczere, ale nieprzeznaczone dla niego słowa - i będąc chyba zbyt wielkim idealistą by, mimo ostrożności, naprawdę spodziewać się zasadzki).
Prędko, choć odruchowo patrząc pod nogi, pokonał trzy kroki dzielące go od Williama i zdecydowanym gestem chwycił go za połę płaszcza. Laikowi mogłoby wydawać, że po to, by go zatrzymać, ale nie taki był cel uzdrowiciela.
-Jesteś ranny? - spróbował lekko odchylić materiał, by nie spłoszyć niespodziewanego gościa (ten zresztą z łatwością mógłby mu się wyrwać). Przesunął bacznym spojrzeniem po całej jego sylwetce, tak jakby szukał śladów świeżego krwotoku. Czy ulewa mogła zmyć krew? -Musisz mi opowiedzieć, po kolei, nawet jeśli wydaje ci się, że to nic poważnego. Adrenalina blokuje ból, możesz nie myśleć trzeźwo. - już i tak nie zachowywał się racjonalnie, skoro najpierw zapukał do drzwi, a później najwyraźniej chciał odejść. -Chodź, przemokłeś. - zarządził poważnie, puszczając płaszcz gościa (najwyraźniej nie dostrzegł nic wymagającego natychmiastowej ingerencji albo samemu wstydził się szukać dalej, magipsychiatria weszła mu w krew, a wymagała pewnej delikatności i kooperacji z pacjentem, ostatnio na kursie uzdrowicielskim badał kogoś całkowicie bezpardonowo) by pośpiesznym, zapraszającym gestem wskazać drzwi domu. Jeśli Billy nie zdążył nic sprostować w ciągu kilku kroków jakie dzieliły ich do wejścia do niewielkiej kuchni, to Hector nadal wydawał się skupiony i niespokojny gdy zamknęły się za nimi drzwi.
W domu Vale od razu zaczął mówić dalej, nie dając już Williamowi dojść do słowa i przejmując kontrolę nad sytuacją. Tak, jak przy pacjentach. Pomimo tego, że był tym spotkaniem równie zaskoczony jak tamtym na cmentarzu, to dzisiaj zachowywał się zupełnie inaczej - rola gospodarza i uzdrowiciela dodała mu chyba pewności siebie, a choć ton miał jak zwykle łagodny to tym razem wydawał się panem sytuacji. Być może na pewno maskował tym zdecydowaniem własne przejęcie i zaskoczenie.
-Zdejmij płaszcz, odwieszę go do szafy w przedpokoju. - poprosił, kierowany dobrymi manierami, choć te były w tej sytuacji absurdalne. Szafa na płaszcze znajdowała się po drugiej stronie domu, praktyczniej byłoby rzucić okrycie wierzchnie na kuchenne krzesło. -Mogę...? - oparł laskę o ścianę i wyciągnął powoli różdżkę. Nie chciał spłoszyć do niedawna poszukiwanego i oficjalnie uznanego za martwego gościa. Nie widział ran na jego ciele, ale domyślał się tych na psychice.
-Evanesco. - zaklęcie powinno osuszyć włosy i koszulę Williama. Hector też zdążył trochę zmoknąć gdy po niego wyszedł, ale nie aż tak, więc nawet o tym nie myślał.
Odruchowo machnął jeszcze kilka razy różdżką, by zaryglować drzwi i zasłonić okna. Niegdyś nawet by mu to nie przyszło do głowy, a na pewno nie od razu, ale odkąd regularnie gościł w domu Olivera nabrał instynktownej przezorności.
-W bibliotece jest wygodniej. Jesteś głodny? Co się stało? Nikogo nie ma w domu, możesz... jesteś... możesz mówić swobodnie. - wskazał mu otwarte drzwi do salonu połączonego z biblioteką, William mógł dostrzec miękkie fotele, regały zastawione książkami, perski dywan po matce. Na jednej ze ścian było wyblakłe miejsce po ulubionej, kiczowatej martwej naturze Beatrice - parę miesięcy temu Hector z ulgą wrzucił ohydny obraz do kominka i postawił na jego miejscu gipsową imitację greckiego popiersia.
Zapadła chwilowa cisza. Hector, zdecydowany i zadaniowy, dopiero teraz stracił rezon - gdzieś w połowie nieśmiałej deklaracji, że Moore powinien być tu bezpieczny i że nikt nie dowie się o jego wizycie. Nie przyjmował pacjentów w prywatnych pokojach (i nie zrobi tego już nigdy odkąd jedyny, zrobiony w lutym wyjątek skończył się dla niego traumatyczne), ale dzisiaj nie było tu nawet Orestesa, nie wrócił jeszcze od dziadków. Nawet gdyby natknął się tutaj na Williama, mógłby go zresztą nie rozpoznać, w Walii nie było tak wiele listów gończych. A gdyby go rozpoznał, był bystrym dzieckiem, Hector wyjaśniłby mu, że ma nikomu nigdy o tym nie mówić. Nie martwił się o to, syn był (przesadnie) grzecznym i (niepokojąco) milczącym dzieckiem, ale wiedział, że sama jego obecność mogłaby zmartwić Billy'ego.
-Ja... - dopiero teraz uświadomił sobie, że to on, nie Billy, działał przed chwilą pod wpływem adrenaliny. -...cieszę się, że cię widzę. - wymamrotał nieśmiało i zamrugał, mimowolnie odwracając wzrok. A nie powinien przecież odrywać oczu od Williama, nie dopóki nie będzie stuprocentowo pewny, że jest cały i zdrowy.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]14.05.22 18:49
Nie wiedział, po co właściwie tu przyszedł.
Absurdalność tej wizyty uderzyła w niego nagle, gdzieś pomiędzy niemożliwym do zignorowania skrzypnięciem zawiasów a brzmieniem jego własnego imienia, wypowiedzianego tak, jak robili to jego najbliżsi przyjaciele; pomiędzy zaskoczeniem a uśmiechem; pomiędzy chwilą całkowitego bezruchu – a momentem, w którym stojący w progu Hector przekroczył ścianę ulewnego deszczu, nie bacząc na zimne krople wlewające mu się za koszulę ani długie, ciemne ślady, które zaczęły znaczyć zawilgocony materiał. Chciał zaprotestować, ale nie zdążył – wciąż szukając odpowiednich słów w chaosie własnych myśli, zdołał zaledwie obrócić się ponownie przodem do wejścia, nie reagując, gdy dłoń Hectora – ta niezaciśnięta na towarzyszącej mu stale lasce – chwyciła go za połę skórzanej kurtki, odciągając ją na bok, odsłaniając materiał ukrytego pod spodem swetra – w geście początkowo niezrozumiałym, nabierającym sensu wraz z kolejnymi wypowiadanymi przez mężczyznę słowami. – Nie, ja – odezwał się, nie jestem ranny, chciał powiedzieć, ale uzdrowiciel już mówił coś o adrenalinie i bólu, przyglądając mu się tak, jak gdyby spodziewał się, że za parę sekund padnie bez ruchu na ziemię. No tak, oczywiście; nieprzyjemna, kanciasta gula wyrzutów sumienia rozepchała się w jego wnętrznościach, gdy uświadomił sobie, co musiał pomyśleć sobie Hector – i kiedy zrozumiał, że nie tylko martwił go bez żadnego powodu, ale też zupełnie niepotrzebnie go narażał. – Nic mi n-nie jest – wyrzucił z siebie, szczękając zębami; z zimna czy z emocji – nie był pewien, ale nie tracił czasu na analizowanie własnych odruchów, na sugestię czarodzieja zwyczajnie kiwając głową i ruszając w stronę drzwi – głównie po to, żeby uchronić Hectora przed dalszym moknięciem na zimnym, wczesnowiosennym deszczu.
Zatrzymał się zaraz za progiem, sportową miotłę opierając o ścianę tuż obok drzwi, poniekąd odczuwając opór przed pójściem dalej; był przemoczony i ubłocony, a woda zlewała się z jego włosów i ubrań w postaci brzydkich strug, znaczących teraz jasną kuchenną posadzkę. Nie chciał przysporzyć Hectorowi większej ilości problemów niż te, które już zdążył przywlec za sobą (zupełnie jakby narobienie bałaganu w schludnym domu dało się porównać z perspektywą ściągnięcia mu na głowę ludzi Malfoya), dlatego po sekundowym zawahaniu zsunął ze stóp skórzane buty – zostając w samych, niemniej przemoczonych skarpetkach (czerwonych, w pomarańczowo-żółte, skrzydlate znicze). – P-p-przepraszam – mruknął, wyciągając różdżkę z wszytego po wewnętrznej stronie kurtki uchwytu, nawet nie dostrzegając, gdy Hector wyciągnął swoją. Machnął różdżką w stronę posadzki, prostym zaklęciem osuszając najpierw własne skarpetki i dolną część nogawek, a później to samo robiąc z wilgotnymi smugami na podłodze.
Wypowiedziane spokojnym (choć w jakiś trudny do uchwycenia sposób również stanowczym) tonem polecenie skłoniło go do podniesienia wzroku na Hectora, i dopiero wtedy zorientował się, że od dłuższej chwili tego unikał. Zgodnie z jego słowami zsunął jednak z ramion kurtkę, choć zamiast mu ją podać, ostrożnie przewiesił ją przez oparcie najbliższego krzesła. – Daj sp-p-pokój, nie chcę sprawiać kłopotu – powiedział; nie miał pojęcia, gdzie znajdował się przedpokój, ale podejrzewał, że gdzieś przy frontowych drzwiach – zerkając w stronę prowadzących (na korytarz?) drzwi, nigdzie nie dostrzegał szafy. – Zresztą – nie p-p-powinienem zostawać długo, pewnie ci przeszkadzam – dodał, po raz pierwszy rozglądając się dokładniej; czy w domu był ktoś jeszcze? Kiwnął głową w odpowiedzi na zawieszone w przestrzeni pytanie, nie do końca wiedząc, na co właściwie się zgadzał – dopóki ciepłe, osuszające powietrze nie uderzyło go w twarz, w jakiś przyjemny sposób wyciągając wodę z włosów i swetra, i sprawiając, że odetchnął swobodniej. Szczęknięcie zasuwających się rygli przywróciło go jednak do rzeczywistości, znów zalewając wnętrzności chłodnym poczuciem winy.
Potrząsnął głową w odpowiedzi na pytanie o to, czy był głodny, choć prawdę mówiąc minęło wiele godzin odkąd miał w ustach coś więcej niż kilka suszonych śliwek; przełknął ślinę, powoli chowając różdżkę do bocznej kieszeni wciąż przewieszonej przez ramię, skórzanej torby. Co się stało? Zawahał się, wymijające nic, wszystko w porządku zatańczyło na jego ustach, ale przecież nie była to prawda; chociaż on sam nie ucierpiał w trakcie zorganizowanej przez Ministerstwo Magii obławy, to wciąż nie wiedział, ile prawdy kryło się w ogłoszonych przez Walczącego Maga rewelacjach. List wysłany do Hannah pozostał bez odpowiedzi, podobnie jak ten, który posłał do Charlene; wieści przychodzące z różnych części kraju uspokoiły go tylko odrobinę, nie podnosząc jednak z barków ciążącego na nich ciężaru – związanego nie tylko z wgryzającą się w serce niepewnością, ale też przekazanymi mu przez lorda Longbottoma obowiązkami. Czuł się przytłoczony, jakby tonął – poruszając się do przodu tylko dlatego, że nie miał czasu się zatrzymać, boleśnie świadomy jednak zaciskającej się na jego klatce piersiowej metalowej obręczy. Brakowało mu Hannah, tęsknił za Josephem; potrzebował z nimi porozmawiać, i – choć przyznanie się do tego przed samym sobą budziło u niego zażenowanie – potrzebował kogoś, kto przypomni mu, że wszystko będzie w porządku. Czy mógł oczekiwać podobnego zapewnienia od Hectora? Wiedział, że nie; nie miał prawa żądać od niego czegokolwiek, a jednak – to do jego drzwi zapukał, tknięty być może przeczytanym wielokrotnie listem – a może czymś zupełnie innym.
Zerknął w stronę drzwi wskazanych przez mężczyznę, ale przez moment jeszcze nie ruszał się z miejsca – zastanawiając się, czy przypadkiem nie była to jego ostatnia szansa na taktyczny odwrót; sięgnął dłonią szyi, w bezwiednym geście pocierając kark, tuż pod miejscem, które znaczyła ukryta między włosami blizna. – Czytałeś Maga – odezwał się wreszcie, oscylując gdzieś pomiędzy stwierdzeniem a pytaniem, na które przecież znał odpowiedź; zerknął jednak na Hectora, starając się wyczytać potwierdzenie z jego twarzy – i dopiero później zdecydował się mówić dalej. – To niep-p-prawda, co o mnie napisali. To znaczy – nie tylko to, że mniezabili, próbował powiedzieć, ale nie przeszło mu to przez usta – aresztowali, ale też to, że p-p-próbowałem uciec. Nie wiem, co mieli na celu, może wyciągnąć nas z ukrycia – dodał, dopiero gdzieś w połowie tego zdania orientując się, jak zabrzmiało. – Nikt za mną dzisiaj nie leciał, sp-p-prawdzałem – zapewnił szybko, wreszcie ruszając w stronę salonu – odruchowo mocniej naciągając na nadgarstki rękawy ciepłego swetra, mimo że wcale nie było mu już zimno. Rozejrzał się z zainteresowaniem, na moment zatrzymując spojrzenie na czymś, co przypominało jasną rzeźbę zaczynającą się od klatki piersiowej – a później przesuwając wzrok wyżej, na wysokie regały, tknięty zupełnie losową myślą, że po raz ostatni tyle książek widział chyba w szkolnej bibliotece. – To wszystko t-t-twoje? – zapytał, po części naprawdę ciekawy – ale głównie starając się przerwać ciszę, która między nimi zapadła. Wydawała mu się inna od tej towarzyszącej im na cmentarzu, była jakby cięższa, bardziej niezręczna; czy powinien mu powiedzieć o tym, że przeczytał jego list?
Zanim zdołałby odnaleźć odpowiedź na to pytanie, jego uwagę ponownie odwrócił głos Hectora; otworzył usta, przez moment wyraźnie zaskoczony pojawiającym się znikąd wyznaniem, zaraz potem odzyskując rezon; uśmiechnął się. – Ja też. To znaczy – ciebie też dobrze w-w-widzieć – powiedział, zupełnie szczerze. – Wiem, że nie p-p-powinienem… przychodzić tutaj, nie planowałem, przysięgam, ale – ale co, Billy? – chyba po prostu – p-po-potrzebowałem przyjaznej twarzy – dokończył, z zaskoczeniem orientując się, że była to prawda – i że to nie słowa zawarte w wysłanej do Amelii wiadomości skłoniły go do zboczenia z kursu i przywleczenia się pod drzwi Hectora – a wspomnienie niedawnej rozmowy na starym cmentarzu, w jego pamięci tak żywe, jakby nie upłynął od niej nawet tydzień.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Rodzinna Biblioteka [odnośnik]18.05.22 0:16
Podchwycił na moment spojrzenie Billy'ego, który zapewniał, że nic mu nie jest. Hector miał minę, jakby chciał mu wierzyć, ale w jasnych tęczówkach czaiło się powątpiewanie. Może i William stał prosto i samodzielnie, może Hector nie dostrzegł żadnych widocznych na pierwszy rzut oka obrażeń, ale niespodziewany gość jakoś nie wyglądał jakby nic się nie stało. Wyraźnie zmęczony i przemarznięty, lotnik mógł tylko sprawiał takie wrażenie... albo to magipsychiatra mógł podświadomie wychwycić w jego wzroku nadmiar emocji. Niekoniecznych zdrowych.
Nie spierał się dalej z potencjalnym pacjentem, nie zatrzymał się nawet nad jego emocjami ani tym bardziej nad swoimi własnymi. Śpieszył się. Był zadaniowy, odetchnie dopiero, gdy zagwarantuje gościowi spokój i bezpieczeństwo - od (mało realnej, sąsiedzi mieszkali daleko) groźby wścibskich oczu i od dokuczliwego deszczu.
Nie zrozumiał nawet, za co właściwie Billy go przeprasza - chyba uznał, że po prostu za najście. Nie myślał w tej chwili o podłodze, a nawet gdyby zwrócił uwagę na mokrą posadzkę, to w jego domu nigdy nie uznawano sprzątania za problem. Kiedyś, w lepszych czasach, ojciec zatrudniał służącą, a matka też potrafiła sprzątać czarami szybko i sprawnie. Hector podpatrywał ją z nudów (i nawet pomagał, gdy mógł już czarować poza Hogwartem), gdy brat z ojcem wyruszali na polowania. Sprzątanie pracowni i gabinetu było zaś doskonałą wymówką, by nie siedzieć w tym samym pokoju, co Beatrice. Z typowym dla siebie przywilejem, nie zatrzymał się nigdy nad faktem, że dla niektórych - zwłaszcza niewładających magią - podobne obowiązki to ciężka praca.
Przemknęło mu za to przez myśl, że William jednak zachowuje się racjonalnie skoro zaczął od suszenia się - choć samemu na jego miejscu zacząłby pewnie od góry. Mimowolnie uśmiechnął się blado, gdy prawie zdołali zsynchronizować ruchy i zaklęcia. Gdy Billy nie ociekał już strugami deszczu, a na jego policzki zaczął powoli wracać kolor, mniej przypominał już bladą zjawę. Bardziej chłopaka, którego Vale pamiętał jeszcze z Hogwartu, wysportowanego gracza ze zdjęć w gazetach (Jastrzębi z Fla...cośtam? Hector wolał nie pytać o to głośno, jeszcze niechcący przekręciłby nazwę drużyny) i zatroskanego ojca z cmentarza w Dolinie Godryka. Zamrugał, zdając sobie sprawę, że właśnie zatrzymał na jego twarzy nieco zbyt nieruchome i zbyt nachalne spojrzenie (potrafił to robić i wiedział, że to drażni ludzi, jeszcze zanim został magipsychiatrą) i że William od wejścia do domu unikał jego wzroku. A tym razem nie patrzył na niego przecież po to, by wyciągnąć z niego sekrety. I chyba nawet nie po to, by dostrzec jakieś obrażenia za fasadą zapewnień o dobrym zdrowiu. Uświadomił sobie, że podświadomie chciał się przekonać, że to żadna fantasmagoria, że William naprawdę żyje i że na cmentarzu wcale nie widzieli się po raz ostatni.
-Nie przeszkadzasz. - wyrzucił z siebie nieco zbyt pośpiesznie, zastanawiałem się, co się stało i co się dzieje z twoimi bliskimi, mógłby dodać, ale wtedy musiałby powiedzieć, że pisał do jego córki - a nie chciał. Czuł dziwną mieszankę radości, niepokoju i wstydu albo onieśmielenia, w tej chwili trudno było mu to określić, szczególnie gdy myśli galopowały po głowie chaotycznie, a on usiłował odnaleźć się w nowej sytuacji. Wdech-wydech - przypomniał sobie, wziął wdech i zauważył, że Billy ma oryginalne skarpetki i że uparcie stoi w jednym miejscu. Blisko drzwi wyjściowych. No tak. Może Hector powinien powiedzieć coś więcej niż jeden frazes.
-Orestes jest u dziadków i trudno mi... - nie myśleć o tym, że są w Dolinie Godryka, a mój p r z y j a c i e l widział dementora w Dolinie Godryka, a wcześniej ja też widziałem dementora, Billy, wierzę ci, miałeś rację, i już wiem co stało z tamtą pięciolatką, bo widziałem coś podobnego, i wiesz, chciałem odwołać tamto spotkanie i może już nigdy nie wypuścić syna z domu, ale skończyły mi się wymówki dla jego dziadków, bo jeszcze zauważą, że zachowuję się ekscentrycznie i Orestes chciał spędzić czas w Dolinie i to dobrzy ludzie w przeciwieństwie do ich córki i dziadek mojego syna potrafi wyczarować patronusa w przeciwieństwie do mnie i... - i trudno mi się wtedy na czymkolwiek skupić. - nie zdołał chyba uczynić tej pauzy całkowicie naturalną, ale zdołał przynajmniej zapanować nad myślami cisnącymi się do głowy, wiedząc już, że nie można było wspominać dementorów zbyt długo. Serce zaczynało wtedy bić szybciej, dłonie drżeć, kilkakrotnie już Orestes przyłapał Hectora na zbyt długim wpatrywaniu się w pustkę w okno, a nie miał zamiaru ryzykować teraz takiego nastroju. Nie przy kimś, kto samemu wyglądał bezbrzeżnie smutno. -Też... - zaczął zbyt pochopnie, by zmienić temat na weselszy, ale po pierwszej sylabie uświadomił sobie, że nie powinien porównywać ich sytuacji. Na miejscu Billy'ego zamknąłby Amelię w domu. I całą rodzinę. ...się tak czujesz gdy Amelii nie ma w pobliżu? - westchnął, nie umiejąc już cofnąć pytania, choć miał spytać jak się czujesz, gdy nie ma jej w domu?
Zastygł w bezruchu, gdy William spytał o Walczącego Maga. Czy to ty dostałeś mój list? - chciał spytać, zmieszany, to wyjaśniałoby wizytę, ale jak się wytłumaczy, jeśli William nie dostał żadnego listu? Czy w ogóle chciał o tym rozmawiać? Skinął więc tylko głową i obydwoje (nie)zgrabnie wyminęli temat.
-Nie brzmiało jakbyś próbował uciec. - przyznał cicho, choć pamiętał przecież, że właśnie to napisali, uciec. Wtedy, czytając w pośpiechu gazetę, zinterpretował to jednak inaczej. -Brzmiało jakbyś pomagał w tym innym. Dlatego to wydało się tak... wiarygodne. - w głosie wyraźnie zabrzmiała gorycz i tyle wyszło z udawania opanowanego profesjonalisty. Westchnął i przeczesał mokre włosy palcami, a potem uniósł brwi, słysząc, że William nadal się martwi. Obiecał, że go nie narazi - zapewnienia, że nie był śledzony wydawały się niepotrzebne.
-Listy gończe zniknęły. - zauważył powoli, przechylając głowę na bok, jakby zbierał myśli. -A w Walii nigdy nie było ich wiele. Nie martw się, Billy, przyjmuję tu różnych pacjentów, często pod fałszywymi personaliami. Jednego mogłem nie rozpoznać - zwłaszcza, jeśli nie żyje. - uświadomił sobie, wypowiadając słowa z logiczną, być może bolesną klarownością. "Śmierć" Williama przestała już boleć, skoro nigdy się nie wydarzyła - teraz była zwykłą diagnozą, jak histeria czy neurastenia. Minę miał poważną, ale w jasnych oczach zatańczyło coś na kształt uśmiechu, albo satysfakcji, albo nawet rozbawienia (!). Jesteśmy bezpieczni - uświadomił sobie. Nie już miał prawnego obowiązku mówić komukolwiek, że widział osobę podobną do Williama Moore'a, choć i tak by tego nie zrobił. Mogli... mogli odetchnąć!
-Wszystkie są moje, ale to kolekcja mojej rodziny. - nie zauważył, że Billy pyta o książki chyba tylko z grzeczności i wyraźnie poweselał. -I moja też. - dodał z dumą, bo wytrwale rozbudowywał kolekcję odziedziczoną po ojcu (brat nie był zainteresowany, ale nawet gdyby był, to Anselm zostawił bibliotekę jemu - starszemu i bardziej lubianemu synowi. Córki nigdy nie liczyły się w tym równaniu), choć ostatnio wolał przeznaczać oszczędności na mięso, a nie książki. Miał minę, jakby mógł mówić dłużej, ale obydwoje musieli jeszcze zrzucić kilka kamieni z serca - i gdy wymienili już kolejne słowa i szczere uśmiechy, Hector wreszcie zorientował się, że Billy wcale nie przyszedł tutaj jako pacjent.
Przez moment wydawał się szczerze zaskoczony tym, że przyszedł akurat do niego (ale nadal się uśmiechał, chyba nawet szerzej niż wcześniej). Potem uderzyła w niego przykra świadomość, że chyba we wszystkich widzi czasem pacjentów, bo od lat nie nawiązywał innych relacji (tej z Oliverem nie wliczał do kalkulacji, była zbyt inna) niż zawodowe. Praca, syn i znoszenie humorów Beatrice skutecznie pochłaniały jego czas, potem zwyczajnie nie miał ochoty i...
...zamrugał, orientując się, że czuje pewną tremę. Archibalda znał odkąd miał trzynaście lat, zresztą to lord Prewett przejął całą inicjatywę w ich przyjaźni. Billy tymczasem wydawał się tak speszony, że jeszcze kilka minut i po prostu stąd wyjdzie i...
-Zostań na obiad. - poprosił. -Jeszcze nie jadłem, a sąsiadka zrobiła dobry gulasz z ziemniakami, tylko go podgrzeję. - dodał zgodnie z prawdą. Pani Prince gotowała im czasem w zamian za zaklęcia, które łagodziły jej reumatyzm - a Hector doskonale wiedział, kiedy przyjść do niej z drobną pomocą. Deszcz, taki jak dziś, wpływał równie źle na jego nogę. Nie sądził, że przeprowadzka do Walii uczyni z niego nie tylko magipsychiatrę, co wiejskiego uzdrowiciela, ale nie narzekał - staruszka gotowała naprawdę dobrze, choć teraz to on dostarczał jej składniki.
-Nie mam nic poza herbatą i spirytusem, więc... herbaty? - dodał przepraszająco. Wreszcie skończyły się już uprzejmości, które mógł wymienić, więc wziął głębszy wdech. -I nie mów tak, Billy. Wbrew pozorom, bardziej się cieszę że wpadłeś cały i zdrowy niż gdybyś pojawił się tutaj z raną szarpaną. - spróbował zażartować i usiadł wreszcie w fotelu. Widział stąd kuchnię i kociołek przez otwarte drzwi, da radę podgrzać posiłek. Mogliby też przejść do jadalni, ale buntowniczo (chyba kurtka Billy'ego, wciąż przewieszona przez kuchenne krzesło ośmieliła Hectora do ignorowania wspomnienia własnej pani matki) pomyślał, że tutaj będzie milej i wygodniej. Machnął od niechcenia różdżką, podsycając ogień w kominku i znów utkwił w Bill'ym przenikliwe spojrzenie. Dlaczego ja? - mógłby spytać. Albo jak się czujesz? -Jakim cudem dajesz radę latać w tym deszczu? - rzucił ze szczerą ciekawością, najwyraźniej nieświadom, że mecze Quidditcha też odbywają się czasem w okropnych ulewach. Nie był na żadnym od skończenia Hogwartu i kiedyś chciał wziąć na jakiś syna, ale najpierw zaczęły się anomalie, potem zawirowania polityczne, a potem Orestes z zażartą upartością uznał, że nie lubi mioteł.






We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Rodzinna Biblioteka
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach