Wydarzenia


Ekipa forum
Sypialnia Hectora
AutorWiadomość
Sypialnia Hectora [odnośnik]13.12.21 12:25
First topic message reminder :

Sypialnia Hectora


Większą sypialnię Hector odstąpił pani domu. W swojej, o wiele mniejszej i ulokowanej po zachodniej stronie domu, czuje się trochę samotnie, ale bezpiecznie. Łóżko pomieści dwie osoby, choć musiałyby spać bliżej niż w małżeńskim, a w pokoju zmieściła się jeszcze jedynie nieduża szafa. Do sypialni przylega niewielki gabinet (prywatne biuro Hectora).

Pułapki: Śmiechy-chichy, Zapach alihotsy, Somniamortem (na niezapowiedzianych gości)



We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.



Ostatnio zmieniony przez Hector Vale dnia 30.09.22 18:45, w całości zmieniany 3 razy
Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale

Re: Sypialnia Hectora [odnośnik]17.02.22 4:49
Tak długo myślał, że nie potrafi. Nie był nawet pewien, czy to on budował mury wokół siebie, czy same wznosiły się wokół niego - czy to była świadoma decyzja czy podświadoma chęć ochronienie się przed otoczeniem, przed łzami matki, kpinami otoczenia, wstydem, smutkiem i złamanym sercem. Radość wydawała się wtedy niewielką ceną za spokój, odczuwał ją zresztą czasem. W kontrolowanych, bezpiecznych warunkach. W bibliotece, z książką na kolanach. Przy Cassandrze, równie zagubionej w szkole jak on - osobie, przy której mógł być smutny bez wyrzutów sumienia, że pozwala sobie na słabość. Próbował z Valerie i przez moment naprawdę się udało, był przecież wtedy wygłodniały bliskości, czyjejkolwiek. Nie udało się z Beatrice. Na największą radość pozwolił sobie, trzymając w ramionach syna - ale on był maleńki, był jego, nie mógł zrobić mu krzywdy. (Chyba. W uszach wciąż dźwięczał mu dziwnie jadowity ton, wolałbym żebyś ty umarł, a potem pełen strachu - i przez to łatwiejszy do zrozumienia - krzyk o nienawiści. Ale to przecież była wina Hectora, wina Hectora, wina tamtego bezdusznego Hectora).
Jedynym, czego był pewien był fakt, że miesiąc temu naprawdę stracił wszystkie uczucia - z nieswojego wyboru, bez udziału własnej woli. Że n i g d y nie chciał (nie) czuć się podobnie, że bał się tamtego siebie, a jeszcze bardziej bał się nie tyle wersji bez uczuć, co tej ze snów, bez sumienia.
Czy miesiąc temu byłby zdolny pokochać Olivera? Nie wiedział, czy by się odważył. Jeśli to lęk przed pustką pozwolił mu wreszcie się otworzyć, to może kiedyś to zrozumie, może będzie wdzięczny. A może nie ma sensu roztrząsać takich spraw, bo wtedy musiałby myśleć też o chorobie Olivera, o dementorze, o człowieku bez duszy, o nieszczęściach - własnych i cudzych - które zbliżyły ich do siebie. A może wystarczyłoby poczekać. Wpaść na Olivera w Muzeum Brytyjskim albo podczas spaceru po lesie w poszukiwaniu ingrediencji. Może wtedy też krążyli by wokół siebie, może wolniej i spokojniej, aż zderzyliby się - tak jak teraz. Chciał w to wierzyć, że znalazłby go wszędzie. I teraz, gdy zaczyna wierzyć - czuje spokój. Może powinien uwierzyć w przeznaczenie.
Aż w ich bezpieczny świat wkrada się zdradziecka sobota. Dzień, który zostawiał wolny na wizyty w Dolinie Godryka, u siostry i teściów i na cmentarzu. Raz w miesiącu Deimos zostawał u dziadków na dłużej, stąd wolne niedziele. Stąd wizyty w Wenus w sobotnie wieczory, dokładnie raz w miesiącu (czasem częściej), gdy syn spał w Somerset. Rutyna, która skruszyła się w lutym - najpierw nie miał ochoty odwiedzać teściów (choć wysłał do nich syna dla świętego spokoju, a potem wysłał go znowu, gdy nie mógł spać przez dementora) ani siostry ani grobu żony, nie miał ochoty nawet iść do burdelu. Potem, gdy zaczął naprawiać rodzinne relacje i śnić koszmary, zaczął lękać się tego, kim w Wenus się stawał. Brutalnego i niepokojąco podobnego do osoby ze złych snów.
Mruga prędko, po twarzy przemyka cień, w jasne oczy na moment wkrada się smutek. Ale potem patrzy spod ciemnych rzęs na Castora, bierze głęboki wdech i uśmiecha się, oczy na powrót jaśnieją. Dla niego, dla ich małego świata. Nie może... nie chce myśleć przy nim o złych rzeczach.
-W soboty... bywam czasem w Somerset. - mówi cicho, w głosie dźwięczy pytanie - ale na tyle nienachalne, by Oliver mógł je zignorować. Nie wie zresztą, gdzie blondyn mieszka, czy już dawno nie wyprowadził się z hrabstwa, które podarowało mu adres.
I choć jakaś jego część pragnie mu wykrzyczeć to wszystko - Oliverze, działo się ze mną coś bardzo złego, w lutym, widzisz, ja nie byłem sobą, a zarazem byłem sobą, spełniło się moje marzenie i okazało się najgorszą klątwą i teraz boję się czasem do czego jestem zdolny, widzę w lustrze mojego brata i zastanawiam się kiedy mój brat zorientuje się, że lord Avery pewnie płaci teraz lepiej za łapanie mugolaków niż wilkołaków, zawsze byliśmy tacy różni ale podobni i może jednak podobni, widzisz Oliverze, jestem ze Shropshire i nauczyłem się udawać, że tam pasuję, a potem, że tam nie pasuję, ale może ono zostało we mnie, i nienawidziłem siebie tak długo i bolało tak bardzo, że nie bolało tylko wtedy, gdy sprawiałem ból innym i choć teraz tak mi ciepło, ale gdy wyjdziesz znowu zapadnie chłód, gościłem tutaj wychłodzonego chłopaka na początku marca, wiesz, mówił, że podpadł czymś rebelii, ale patrzyłem w oczy lordom Derbyshire i chyba mniej lękam się rebelii niż tamtych, teściowie nie wyprowadzą się zresztą nigdy z Somerset, czy ty bywasz jeszcze w Somerset, widziałem tam kogoś kogo nazywają teraz terrorystą i kto szukał w szkole mojej laski na drzewie w Zakazanym Lesie, wiesz, i chyba złożyłem mu obietnicę, która może zaważyć na wszystkim, może jednak jestem impulsywny, a może po prostu chciałem się przekonać, że mam sumienie i b o j ę się Oliverze, czy też tak się czasem czujesz, bo ja powinienem, powinniśmy, bać się tego, co między nami, wiem co robią z takimi jak my, to może przekreślić całą moją reputację i twoja przyszłość, ale bardziej boję się wojny i własnego sumienia, czy to nie dziwne? - to zdławił kłębiące się w duszy słowa, bo wczoraj i tak powiedział z a d u ż o. Klątwa, Beatrice, Hefajstos, ile ciężarów może znieść Oliver? Jeden z nich omal go nie złamał, tamte łzy w łazience, Hector nie może ryzykować. Powoli - mówi sobie i zmusza się do spokoju. Potrafi przecież zdławić te myśli - powrócą dopiero, gdy za Oliverem zatrzasną się drzwi.
-Ulubiona. - odpowiada równie cicho, bo Arachne i wszystkie mity blakną przy wojnie trojańskiej. -Kiedyś myślałem, że to tylko opowieść, ale... jest bliska rzeczywistości. - dodaje. Obyś nie żył w ciekawych czasach, a konflikt w Anglii jest teraz równie krwawy jak oblężenie Troi. Ale gdzieś pośrodku są dwie dusze, bliskość zdolna przetrwać stulecia w czyjejś pamięci (czyjej? Tylko jego, nikomu przecież nigdy nie powiedzą, nie mogli), Achilles i Patroklus, Castor-Oliver i Hector.
Oliver siedzi mu na kolanach, naga skóra przy skórze, i choć przez kilkanaście sekund Hector próbuje zachowywać się normalnie, to pocałunek przekracza kolejną granicę. Oliver czuje gwałtowną falę gorąca na policzkach kochanka i gdzie indziej, czuje jak mocno bije serce Hectora, a brunet żarliwie odwzajemnia pocałunek, to już nie są tylko muśnięcia, czułość i namiętność iskrzą między nimi jeszcze kilkanaście sekund.
Wreszcie łapie oddech, nosem muska jego policzek.
-Napijesz się kakao - albo... zostaniesz chwilę? - szepcze mu do ucha, dwukrotnie wodząc go na pokuszenie, oferując dwie równie grzeszne dla wczorajszego Castora Sprout'a alternatywy. Teraz jednak na kolanach Hectora siedzi Oliver Meadowes, ktoś nieporównywalnie bardziej... spontaniczny.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Sypialnia Hectora [odnośnik]18.02.22 16:31
A więc to lęk przed samotnością? To on odpowiedzialny był za to wszystko? To chyba nie do końca prawda — oczywiście, byli, próbowali być odcięci od świata. W pewnym sensie oboje zdecydowali, że lepiej, wygodniej będzie im kroczyć ścieżkami życia samotnie. Przed czym chcieli uciec? Czy to tylko kwestia spokoju? Chyba nie do końca. To zbyt duże uproszczenie, mruknąłby w zamyśleniu, gdyby tylko zastanowił się nad tym problemem. Gdyby chodziło o lęk przed samotnością, już dawno znaleźliby sobie kogoś, kto mógłby wypełnić tę pustkę. Zresztą, nigdy nie byli tak naprawdę sami. Hector miał syna i rodzeństwo, miał swoich pacjentów, o których martwił się szczerze i życzył jak najlepiej. Castor również odnalazł swoich ludzi i tak naprawdę bardzo rzadko kiedy był s a m. To chyba brak zrozumienia, kontynuowałby myśl, bojąc się zajrzeć w głąb siebie, ale mając wciąż tę samą, irytującą myśl, że byli do siebie tak nieznośnie podobni, że bez zrozumienia jednego nie dało się pojąć istoty drugiego. Zupełnie tak, jakby ich dusze już dawno temu zdążyły się splątać, utworzyć silny węzeł.
Kolejna myśl staje się wybawieniem, tym, czego Castor—Oliver szukał od samego początku. Tak miało być, myśli więc, a na wargach formuje się spokojny, łagodny uśmiech. Tak być musiało, mieli to po prostu zapisane w gwiazdach. Czy Hector czasami też zwracał się tęsknie w ich stronę, czy srebrne promienie księżyca gładziły go po jasnej twarzy, gdy nikt inny nie miał odwagi tego robić? Może już wcześniej spoglądali w to samo niebo, w te same gwiazdy, nie będąc tego świadomym? Widzieli już wcześniej te same rzeźby, powracali do wspomnień o nich samoistnie, bez impulsu z zewnątrz. Może to nie Castor odnalazł Hectora w jego gabinecie w najciemniejszych dniach swego życia. Może to przeznaczenie popchnęło go tutaj, może to Hector od zawsze miał być tym, który rozjaśni mroki jego życia, poda dłoń i nada kierunek. Nie był jeszcze pewien własnej roli w życiu tego człowieka — wiedział jednak, że jakakolwiek ona nie będzie, zrobi wszystko, by wywiązać się z niej, jak najlepiej potrafił. Brunet nie tylko tego potrzebował, ale przede wszystkim — zasługiwał.
Pytanie o sobotę otacza ich zimną ciszą. Castor widzi cień przemykający po twarzy mężczyzny, czuje, jak i jego serce zwalnia rytm, niebezpiecznie wolno, potem może przestaje bić wcale. Ile to trwa? Ułamki sekund? Kilkanaście całych? Minutę, dwie, godzinę? Blondyn gubi się w czasie, wydaje się być sparaliżowany, niezdolny nawet do przełknięcia śliny; tylko oczy pieką go nagle, bo nie może mrugać. Świat zamiera, zamiera (umiera) i on, do czasu... Do czasu aż klatka piersiowa Hectora unosi się wysoko i opada, głęboki wdech, smutek strącony z krańców ciemnych rzęs. Wtedy czuje już gorąco — łup, łup, łup — serce znów pompuje krew, jest cieplej, już nie zimno, on sam się przecież uśmiecha, może trochę przepraszająco, opuszcza głowę i wzrok, przepraszam, że pytałem.
A potem pada odpowiedź i kochane Somerset, i Castor nie umie powstrzymać rozczulonego uśmiechu. Przez moment bawi się swoimi palcami — nerwowy odruch, chyba jeszcze dużo czasu minie, nim zdoła się go pozbyć na dobre, ale Hector nie musi obawiać się, że zaraz znów usłyszy alarmujące szczęknięcia, teraz nie chce ich sobie wyłamwywać, teraz to nie preludium do czegoś złego, próba wyładowania emocji, przepraszam, nie powinienem się wtrącać.
— To dobre miejsce — odzywa się wreszcie, a z jego głosu płynie niewymuszone ciepło, podszyte własną nostalgią. Mówi szczerze i z przekonaniem, bo właśnie takie są j e g o okolice. — ... Somerset. Też tam czasem bywam. Ale chyba tęsknię zawsze, to zabawne uczucie... — gdy jeszcze raz spogląda mu prosto w oczy, spojrzenie znów ma jakieś zszarzałe, melancholią, wspomnieniami i nagłymi wyrzutami sumienia, ale pobladłe iskry sugerują, że cały jego umysł jest w tej chwili gdzieś indziej, może w Somerset właśnie? — Gdy byłem młodszy, zawsze upierałem się, że nigdy stamtąd nie wyjadę. A teraz potrafię być jednego dnia w Kumbrii, innego w Leicestershire, jest zima i ludzie są chorzy, potrzebują lekarstw, to nic nowego... — półprawdy same cisnęły mu się na język; mówił prędko i cicho, może odrobinę zbyt rozgorączkowany, ale czy Hector miał powody, by mu nie wierzyć? Nie powinien wiedzieć o wszystkim. Dla swego własnego bezpieczeństwa, spokojnego sumienia. Był czystokrwistym czarodziejem, uzdrowicielem świadomym swych słabych stron i choć te słabe strony jego Oliver ukochał, tak jak zresztą wszystko, co składało się w osobę Hectora Vale, Sprout wiedział, że inni nie będą równie łaskawi. Justine ostrzegała go, że po drugiej stronie konfliktu stoją ludzie inni od nich. Tacy, którzy nie roztrząsali w sercach motywów swych przeciwników, nie szukali w nich na siłę jakiegokolwiek punktu wspólnego. Nie chciał, by poświęcony misji ratowania innych Hector padł ich ofiarą. Nie teraz, nie jutro, n i g d y. — Zastanawiam się tylko czasem, ile jeszcze wytrzymam... Chyba jakbym był silniejszy, nie przyszedłbym do ciebie — rozbawienie dźwięczy w głosie i choć oczy dalej ma smutne, błękit zostaje tylko wspomnieniem, przynajmniej jeszcze przez kilka chwil, spogląda na niego spod półprzymkniętych powiek zupełnie s p o k o j n y. Pogodzony wręcz, bez cienia złości.
Książka ciąży w dłoniach, Castor mruga kilkukrotnie — powoli, z każdym mrugnięciem powracając do ich świata, do bezpiecznego porządku wyznaczonego przez antycznych herosów, świata, w którym nie muszą nic nikomu udowadniać, bezpiecznej przystani. Napięte mięśnie rozluźniają się momentalnie, a z racji zajmowanej przez nich pozycji Hector może to obserwować z najlepszej perspektywy. Wszyscy boją się wojny, zauważył wcześniej Vale, ale w ich przypadku boi się tylko Castor. Oddychający w spokoju sypialni, bardziej boi się rozłąki, bo to ona jest realniejsza, bliższa, ostrze przystawione do klatki piersiowej, naruszające jasną powłokę skóry. Wreszcie — jest na to tylko jedno rozwiązanie. I sięga po nie — raz za razem, wargi Hectora znowu smakują bezpieczeństwem bliskości, nic się nie zdarzy, gdy jesteś obok. Myśl ta jest pokrzepiająca, Castor uśmiecha się szeroko, to chyba ten gorąc z policzków kochanka (wodospad motylich pocałunków na obu, nie może się powstrzymać), gorąc, który oddaje mu równie ochoczo, z oczami otwartymi szeroko (nie rozumie, naprawdę nie rozumie, jak łatwo jest w stanie tracić nad sobą kontrolę, jak niewiele mu potrzeba, to chyba głód, parszywy głód) i charkliwym oddechem zatrzymanym na krawędzi warg.
Pąsowieje od razu, gdy ciepły oddech owiewa płatek ucha; ta propozycja powinna być tylko w połowie niemoralna, ale gorąca czekolada od wczoraj kojarzy się z ciepłem pięknie skrojonych warg uzdrowiciela i ledwie wyczuwalnym na krańcu języka smakiem, który próbował w niezliczonej ilości pocałunków. Powinien więc dać pocałunkom zdecydować raz jeszcze.
Nie odpowiada — książka na moment, z żalem, układa się nie w jego dłoni, a w pościeli obok, Castor musi bowiem zawisnąć nad Hectorem na chudych ramionach. Krótki całus w czubek nosa, kolejne, leniwe muśnięcie w usta, a potem znów — pulsujące nieco wargi i mokry język, trasa wyznaczona odkrywaną wciąż czułością, impulsem i instynktem, bo nie ma wiedzy, ma tylko wyobrażenia o tym, co sam chciałby czuć i tym — oraz reakcjami Hectora — kieruje się przede wszystkim, gdy schodzi w dół, gdy na wysokości mostka skórę przypadkiem znaczy wilczym kłem, wystającym zębem. W okolicy pępka skręca w lewo, do biodra, które w nocy poznaczył śladami swych palców, są tam jeszcze, prawie niezauważalne, uśmiecha się do siebie, bo to testament jego siły, marny, lecz słodki.
Zsuwa się wreszcie całym ciałem w dół łóżka, prawa ręka odpowiada za utrzymanie go nad ciałem mężczyzny, lewa układa się ostrożnie na jasnej skórze przeciętej blizną. Nie jest nieładna, Castor nie mógłby jej tak nazwać, widywał już zdecydowanie g o r s z e. To po prostu część Hectora. Jego Hectora, jego przystojnego, dobrego Hectora. Sam zniża się do niej, ręka zgięta w łokciu drży lekko, ale gorące powietrze owiewa udo, lewa ręka zsuwa się z niego, po omacku poszukuje dłoni bruneta, a gdy ją znajduje — znów łączy ich palce razem, mocny uścisk, tak właśnie jest, gdy się kogoś...
Wreszcie całuje nierówną powierzchnię, z namaszczeniem, z czułością, z olbrzymim zaangażowaniem jak na niewielki nacisk. Nie chce spłoszyć swego motyla, nie wybaczyłby tego sobie, ale wie, że gesty mówią więcej niż słowa. Nie brzydzi się go, nie martwi klątwą, u w i e l b i a całego, nie tylko piękne części. Nie tylko światło, którym emanuje. Kocha uwielbia także jego ciemność, nie ma dobrego, nie ma złego, jest tylko Hector, cudowna mieszanina, która czyni go właśnie tym, któremu Sprout chce obiecywać każde zawsze i w ogóle. Codziennie.
Wreszcie unosi powieki, niemal zupełnie błękitne spojrzenie szuka tego drugiego, jaśniejszego, uśmiech tańczy na wargach, jestem i nie zostawię cię bez słowa.
— Obiecałem, że wrócę na obiad, więc... Chodźmy na śniadanie. Musisz być bardzo głodny — chochliki iskier znów przebijają się przez zwierciadło oczu, tańczą w jasnych źrenicach. Usta wyginają się w delikatnie prowokacyjnym uśmiechu, dobór słów nie jest przypadkowy, ale Hector nie ma wyjścia.
To jego propozycja.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Sypialnia Hectora [odnośnik]18.02.22 20:07
Uśmiecha się prędko, przepraszająco. Widzi przecież, jak chwilowe rozproszenie przestraszyło Olivera, a nie chce, by przeszłość (tak, Wenus to przecież przeszłość - nie musi o tym myśleć, wie to intuicyjnie, choć wie też, że pewne żądze może nie opuszczą go od razu, ale to nic, tłumił jedne, może tłumić inne) stanęła pomiędzy nimi. Intuicyjnie przeczuwa, że nie tylko on ma sekrety, które wolałby potrzebać - oddzielający ich sweter jest tego namacalnym dowodem - ale równie intuicyjnie przypisuje Oliverowi mniejszy ich ciężar. Jego ktoś skrzywdził, a Hector wciąż nosi w sobie chłód Shropshire. Od zawsze w jego głowie pojawiają się te myśli - lodowate, analityczne, brutalne w swojej przenikliwości. Te szpile doskonale sprawdzają się na terapii, służyły za świetną tarczę przed złośliwościami w Hogwarcie (najlepszą obroną jest atak powtarzali wszyscy w Ludlow, aż drobny nastolatek w to prawie uwierzył), ale czasem myśli o nich, gdy wcale nie chce. Widzi siebie we własnych koszmarach - utkanego z tamtych myśli, okrutnych i pragmatycznych - i wie, że jest w stanie zrozumieć. Zbyt długo interesował się pychą i psychopatią, by nie wiedzieć, jak myślą obiekty jego zainteresowania, by nie zinternalizować ich logiki, by nie mieć posępnego przeczucia, że wie co robią niektórzy ludzie na tej wojnie. Że wie, i - co gorsza - gdyby odstawił na bok sumienie, byłby w stanie to zrozumieć.
A skoro wie i rozumie, to chyba tkwi w nim jakaś ciemność, prawda? Coś, czego nie rozgonią ani dobre uczynki ani uśmiech Olivera, z czym musiał żyć, co mógł czasem wykorzystywać dla własnej lub cudzej korzyści, czego ciężar może znów stanie się lżejszy. Oswoił się z nim przecież, dopiero wydarzenia z lutego rozdrapały dawne rany i wzmożyły lęk. Nie chciał, nie mógł być taki jak jego brat, jak jego ślizgońscy znajomi, których nienawistne słowa słyszał gdy przypadkiem wchodził z książka do ogrodu gdy Ulyssess zaprosił tam kolegów i których wyobrażał sobie teraz w ministerialnych brygadach.
Uspokajająco ściska palce Olivera, delikatnie (nie tak, jak potrafił), nie przepraszaj. Wygina usta w ciepłym uśmiechu, bo ciepłe są wizyty u siostry, przed śmiercią Beatrice ciepły był dom teściów, ciepłe jest słońce w Dolinie Godryka.
-Może kiedyś wybierzemy się tam razem? - rzuca cicho, choć nienachalnie. W tęsknocie wychwytuje nutę nostalgii, a nostalgia to przeszłość, to bliscy. Nie chce wpaść w Somerset na kogoś znajomego, wpraszać się z butami do życia Olivera, ich wspólne życie musi pozostać tajemnicą, jest nieobyczajne, jest niemoralne, jest przestępstwem, jest cudem. Mimo wszystko, Somerset jest bezpieczne, a on chciałby chyba zobaczyć je oczyma kogoś, kto jest stamtąd i nie jest Beatrice. Znaleźć tam to ciepło i słońce, których w Shropshire zawsze brakowało. I już jest dobrze, jest ciepło, gdy...
-Nie zima, wojna. - wyrywa mu się samo w impulsywnym proteście. Zima stulecia, tak, ale to nie dlatego ludzie potrzebują lekarstw, nie dlatego Hector powraca do uzdrawiania po kilkuletnim okresie skupienia się na magipsycohiatrii, nie dlatego na plaży w Rhyl pojawiają się zbłąkani wędrowcy, a w Kumbrii dementory. -Uważaj... uważaj na siebie, dobrze? - prosi łagodniej, a smutek Olivera odbija się w jego własnych oczach, nawet rozbawienie nic tu nie pomaga.
-Wytrzymaj. - prosi ledwo słyszalnie, znów wtulając nos w jego szyję. -I wróć do mnie. - mruczy, zaciskając oczy, by błagalna prośba w jasnych tęczówkach nie była nazbyt nachalna i nazbyt bolesna dla słuchacza. A potem uświadamia sobie własną hipokryzję, gorycz rozlewa się w gardle.
-Ja też wrócę. - dodaje pokornie, szczerze, bo tak trzeba, bo błądził w pajęczynie kłamstw wystarczająco długo. Zaciska palce wolnej dłoni na pościeli, zastanawiając się, jak nie zdradzić zbyt wiele. -Znaczy, zawsze tu będę, tylko obiecałem... komuś... pomoc. - mamrocze, myśląc o Greengrassach otoczonych wrogami, o Williamie Moore spoglądającym smutno z plakatów, o tamtej mogolskiej kobiecie. W przeciwieństwie do Olivera, Hector Vale nie brzmi spokojnie i nie podoba mu się chyba jego spokój, nie w połączeniu ze słowami o wytrzymałości, nie. Życie i zdrowie to dar, można je rzucać na szaniec, bo to wybór, ale... nie spokojnie, nigdy spokojnie. Wszyscy boją się wojny, Hector Vale też.
Ciepły pocałunek rozwiewa na moment obawy, znów są tylko we dwoje, w bezpiecznej i cichej sypialni. Ochoczo rozchyla usta, policzki stają się cieplejsze, mógłby go całować dalej, dłużej i jeszcze... ale Oliver przesuwa wargi niżej, Hector odruchowo odchyla głowę do tyłu, oddycha głębiej i płycej zarazem, nie przestawaj.
Traci czujność i nie spodziewa się tego, co nadejdzie, z początku wszystkie te szlaki są w końcu znajome. Gorący oddech na mostku, na żebrach, na biodrze, to unosi się ochoczo do góry, aż...
...czuje ciepło drugiego człowieka, tam gdzie nie dotykał go nikt, nigdy, oddech zamiera nagle i serce też zamiera, bo Hector Vale nigdy nie okazuje strachu głośno ani widowiskowo, po prostu wycofuje się z pokorą wgłąb siebie, nieruchomieje. Oliver jest jednak zbyt łagodny, by bać się go naprawdę, a gdy ciepłe palce splatają się z tymi Hectora - drżącymi i chłodnymi - to Vale budzi się wreszcie z odrętwienia, znów może się poruszyć, nabrać głęboki wdech. A potem nie czuje już tam dłoni, tylko usta.
-Nikt... - wyrywa mu się w ramach wyjaśnienia, cichutko, niemalże dziecięcym, pokornym szeptem, ale nie musi przecież wyjaśniać więcej, Oliver sam musi domyślać się, że nikt nigdy go tam nie dotykał, nie całował, nawet żona, szczególnie ona, Oliver wie doskonale, bo sam nie zdejmuje swetra i pielęgnuje własne zbroje.
Gdy podnosi wzrok, oczy Hectora iskrzą i są trochę szkliste - ale Oliver nie ma czasu spoglądać w nie zbyt długo, bo Vale delikatnie układa dłoń na jego potylicy, przyciąga go do siebie i całuje długo, namiętnie, ja ciebie też, dziękuję, nie przebił się jeszcze całkowicie przez zbroję samego Olivera, ale to nic, to nic, bo w tym pocałunku ma tkwić obietnica, że jeśli Oliver kiedykolwiek zdecyduje się ją zdjąć, to Hector Vale przyjmie go, c a ł e g o, z taką samą czułością.
Mruga, łapczywie chwyta oddech, Oliver coś mówi, słowa docierają do niego powoli. Oliver widział już to cielęce spojrzenie, jeszcze zanim spędzili wspólnie noc. Wreszcie składa zdanie w całość, odwzajemnia uśmiech, kiwa głową.
-Chodźmy. - sięga ponad głową Olivera po różdżkę, machnięciem otwiera szafę, rodzice zawsze czarowali w domu, a z powodu kalectwa przyzwyczaił się do tego, by większość spraw załatwiać magią. -Accio koszula. Pożyczysz ode mnie świeżą koszulę, Oliverze? Powinna pasować, najwyżej będzie za krótka. - za krótka i za luźna, ale przynajmniej zjedzą śniadanie, bo Hector Vale wie chyba, jak obejść brak apetytu swojego kochanka. -Oddasz przy okazji. - uśmiecha się, bo teraz jest już pewien, że okazji im nie braknie.
Już ubrani, przechodzą do kuchni, gdzie Hector robi sobie skromną kanapkę z twarogiem, a przed Oliverem kładzie jabłko (na drogę, mówi) i kubek z gorącym, świeżym kakao z cukrem. Takie samo, prawie takie samo, przygotował dla siebie. Odwrócony plecami do Olivera, wsypał do jego kubka więcej cukru, o wiele więcej cukru, nie jadł przecież nic od wczoraj, a to tylko picie, gorąca czekolada, smacznego. Taka sama pozostała w gabinecie, pewnie już wystygła, ale Hector pójdzie po nią już po południu - podgrzeje magią i dopije, szukając na tamtym kubku smaku jego ust.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Sypialnia Hectora [odnośnik]23.02.22 20:25
I ten uśmiech jego, prędki, przepraszający, uderza mocniej w delikatne serce, niemal naciska na łzy, by te napłynęły do oczu. Jedna z rąk drży, chce przylgnąć ponownie do szorstkiego już od zarostu policzka, głaskać go z największą czułością, to ja przepraszam, nie powinienem. Ale Castor powstrzymuje się, a może to siła jaka niebiańska każe mu powstrzymać się przed tym, może wstyd, który wypełzł mu znowu na poliki, choć wstydzić się prawie nie ma czego. Hector go widział, niemal całego, przed skupionym, czujnym spojrzeniem umykają tylko te fragmenty skóry, które wiecznie przykryte są ciepłym swetrem. Swetrem, który pragnął przez moment z siebie ściągnąć i zrzucić, a teraz wie, że to byłby pomysł głupi i porywczy, że bardzo by tego żałował. Obiecał sobie jednak, że kiedyś to zrobi. Może za miesiąc, może za rok, może za kilka lat. Hector nie ustaje przecież w próbach przebijania się przez wszystkie jego mury, tamy, przeszkody. Jeżeli w jego sercu pojawia się jakieś zwątpienie, to tylko przez to, że... wie, że nie poradziłby sobie z odrzuceniem. Myślą, że po dotarciu do samego źródła Vale uznałby, że więcej nie może zajmować się kimś tak podłym, jak Sprout.
Bestie przyzwyczajają się do czułości zdecydowanie zbyt prędko.
Chyba to ściśnięcie palców wyrywa go ze spirali własnych myśli, wznosi pytające spojrzenie na jego twarz, a gdy widzi uśmiech, odpowiada mu tym samym. Rozluźniają się napięte linie jego postury, kościste ramiona opadają swobodniej, nieco niżej, a on najpierw opuszcza głowę — miękkie loki po obu stronach twarzy — a potem posyła mu długie spojrzenie, teraz nie przepraszające, a po prostu wdzięczne. Wdzięczne za to, że jest tu obok, wdzięczne za czytanie jego emocji, za to, że nie musi sam ich nazywać, bo to nigdy nie jest wygodne i zawsze wiąże się z nadszarpniętą dumą.
— Pod koniec lata — odzywa się wreszcie, w odpowiedzi na propozycję wspólnej wyprawy. Termin wyznaczył długi, prawie tak, jakby chciał odłożyć niewygodną okoliczność jakoś daleko, jak najdalej tylko potrafił, ale wystarczy jedno spojrzenie, drżący uśmiech rozciągnięty na wargach, by wiedzieć, że to nie dlatego, że się wymiguje. Że nie chce wspólnej wyprawy, może marzy cicho, by Hector po prostu o niej zapomniał. W tej sypialni nie ma bowiem miejsca na przypadki, Castor wie o tym doskonale, proponując właśnie końcówkę sierpnia. Długo była to jego ulubiona pora w roku, gdy wrzosowiska dookoła Doliny pokrywały się wonnym kwieciem, gdy w jego własnym Wrzosowisku nie istniał żaden inny zapach. Chciałby pokazać to wszystko Hectorowi. Jego d o m własnymi oczyma. By zrozumiał, w jakim miejscu dorósł, dlaczego jest taki, a nie inny. Zawsze ciężko było mu mówić o poważnych emocjach, wolał przekazywać je w gestach. To jeden z nich.
Uśmiecha się lekko na wtrącenie Hectora. Wojna. Z ich dwójki to Castor wie, jaka potrafi być podła, choć nie zdarzyło mu się jeszcze wpaść w centrum magicznych pojedynków, choć nie zadał jeszcze ostatniego ciosu. Sumienie wciąż miał czyste, ale powoli gubi rachubę z tym, ile razy to ręce miał brudne. Uzdrowiciele, w s p a r c i e, nigdy nie mogli od tego uciec. Chcąc pomóc, musieli najpierw samemu zasmakować cierpienia. By docenić życie — zajrzeć śmierci w oczy.
I nie cofnąć wzroku.
Tak samo jak on nie cofał teraz. Znów jest tamtym Oliverem znad jezior, choć smutek rozdziera mu serce — ale nie własny, to ten odbijający się w jasnych oczach Hectora zdaje się ciąć go na kawałki, milimetr po milimetrze. Podbródek drży przez ułamek sekund, póki to brunet nie odciąga spojrzenia, nie wtula nosa w zagłębienie jego szyi. I tak samo jak wcześniej, dłonie Castora odnajdują jego włosy, głaszczą po tyle głowy, bawią się kosmykami. Jesteś bezpieczny, obiecuję. Tylko mnie słuchaj...
— Komu? — pyta wreszcie, a Hector czuje, jak całe wychudzone ciało napina się nagle, w nerwowym oczekiwaniu. Słowa też nie brzmią łagodnie, brzęczy w nich stalowa nuta, nie dam ci spokoju, jeżeli mi nie powiesz, to dużo, to narusza zaufanie, ale musi być p e w i e n, że Hector nie robi jakiejś głupoty, że jego Hector jest po tej samej stronie. Nie może przecież... Nawet jeżeli go ko... To nie może przyglądać się w spokoju ani odwracać wzroku, gdyby wiedział, że Vale pomaga tamtym.
Wreszcie czuje, że coś go drapie w gardle. Odchrząkuje więc, dwukrotnie, pragnie też złagodzić swoją wcześniejszą impertynencję, dłoń z potylicy Hectora trafia więc na jego podbródek, gdy odsuwa się od niego lekko, by móc spojrzeć mu w oczy.
— Przepraszam. Po prostu... martwię się o ciebie. Ludzie... lubią wykorzystywać łagodne serca, obiecaj mi, że będziesz na siebie uważał, dobrze? — i znów jest miękko i łagodnie, a spokój umyka z jego oczu, zwalnia miejsce dla żywego przejęcia. Castor nic nie mówi o własnych obietnicach, nigdy przecież nie składa takich, których nie może dotrzymać. Od ponad miesiąca wszystko się zmieniło, od ponad miesiąca musi być ostrożniejszy i nie myśleć wyłącznie o sobie. To innych stawia na pierwszym miejscu tak jak teraz stawia Hectora. Uważaj na siebie, nie szarżuj, bądź bezpieczny, bo o s z a l e j ę.
Zimny dreszcz nadchodzącej realizacji — jeżeli coś mu się stanie, rozszarpię cały świat — umyka wreszcie pocałunkom, gorąc bliskości zwycięża. Obecność Hectora działa na niego uspokajająco, delikatnie otumania, trochę jak ignominia, ale to dobre uczucie. Brunet nie ucieka przed dotykiem w tamtym miejscu, chyba chce coś powiedzieć...
— Już ja — odpowiada mu więc prędko, z gorącym przekonaniem, bo gotów jest całować jego udo przez cały poranek, przez wszystkie nadchodzące wspólne poranki, południa i wieczory. Aż Vale będzie miał tego dość, aż przyciągnie go do góry — jak teraz — do finalnego już pocałunku w skotłowanej pościeli, bo nie potrafią zatrzymać czasu, niezależnie od tego, jak bardzo by chcieli.
Castor chce ogromnie — jest coś w tym rozanielonym spojrzeniu Hectora, co łapie go za serce i nie chce puścić. Za jedną chwilę, w której spogląda na niego w ten właśnie sposób, oddałby wszystko, co ma. Również siebie.
Kiwa głową, zgadzając się na zmianę swetra na koszulę Hectora. Przygląda się mężczyźnie, gdy ten się ubiera, lecz sam ani drgnie. Siedzi więc przez długi moment na łóżku, palce rąk zaciśnięte na wystającej kostce, aż koszula ląduje obok niego, pachnie jak on, nie musi przyciskać jej do nosa, by to wyczuć. W zapachu tym jest coś kojącego, niemal bezpiecznego, ale blizny parzą, gdy sobie o nich przypomni, odruchowo próbuje stłumić impuls, tors przesuwa się lekko w prawo.
— Mógłbyś... mógłbyś wyjść? Zaraz się przebiorę i pójdziemy razem? — pyta cicho, niekoniecznie pewien, czy słowa te przecisnęły się przez ledwo otwarte wargi, czy może pomyślał tylko o nich, a myśli te nigdy nie zdążyły się zwerbalizować. Spojrzenie ma skrzące od łez, to bardzo ważne, jakkolwiek nie boli to ich obojga, Castor musi zostać sam. Na ten moment. I gdy tak się dzieje, zrzuca sweter na ziemię, na wewnętrznej jego stronie zostają zaschnięte ślady krwi w miejscu, w które tak bardzo chciał zajrzeć Hector, jeszcze w łazience. Nie widzi ich, bo prędko zapina guziki białej koszuli, za luźnej i ze śmiesznie krótkimi rękawami. Chwilę zastanawia się, co z nimi począć, gdy wciąga ciemne spodnie na chude patyki nóg i wciska ją w te spodnie właśnie. Ostatecznie decyduje się podwinąć je do łokci, może nie będzie wyglądać najgorzej.
A potem, już za drzwiami sypialni, oplata go raz jeszcze ramionami, podbródek kładzie na jego ramieniu. Ciepły oddech znów łaskocze skórę szyi, a jeżeli Hector mu na to pozwala, trwają w takim dziwnym złączeniu przez całą drogę do kuchni. Tam dopiero wyplątuje go z objęć i z mieszaniną wdzięczności i lęku spogląda na pozostawione na stole jabłko. Zabierze je i da któremuś z Tonksów, może Justine, potrzebowała teraz witamin. Wygląda przez kuchenne okno na zewnątrz, na szarobury krajobraz Walii, nie orientując się, że pada właśnie ofiarą cukrowego fortelu. Nie rozpoznałby różnicy między małą ilością cukru a dużą — nie jadł (tak cukru, jak i słodkich rzeczy ogółem) tak dawno, że gubił proporcje, wszystko wydawało mu się przesłodzone.
— Dziękuję — szepcze tylko, słaby uśmiech faluje na wargach, gdy obejmuje kubek dłońmi. Poczeka jeszcze chwilę. Popatrzy po prostu w gorącą, czekoladową toń, pobędzie blisko. Musi minąć trochę czasu, nim będzie czuł się z Hectorem na tyle swobodnie, by móc wypić — nie mówiąc o jedzeniu — cokolwiek bez obezwładniających nerwów.
Ale zrobi to.
Dla niego.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Sypialnia Hectora [odnośnik]24.02.22 7:57
To wszystko wydaje się zbyt piękne, zbyt naturalne dla dwóch dusz przywykłych do lęku, do sztucznych uśmiechów, do schylania pokornie głów w odpowiedzi na szorstkość świata. Jest zbyt miękko, zbyt czule i łagodnie, i choć to wszystko jest dobre to naturalne, że między dwóch zapatrzonych w siebie mężczyzn wkrada się strach, że oscylują pomiędzy pragnieniem, by chwila trwała i niepokojem, że to wszystko się skończy. Nie przywykli przecież do takiego stanu, na pewno nie Hector - człowiek, który całe życie zmuszał się do wszystkiego i wszystkim był zmęczony. Serce kołocze teraz w piersi i ma wrażenie, że mógłby przenosić góry, to stan dziwny, nieznany, nienaturalny, ma wrażenie, że zaraz coś zerwie tą pajęczynę. Nieśmiałe uśmiechy, mocniej ściśnięte dłonie, powłóczyste spojrzenia, to wszystko zakorzenia ich w rzeczywistości, to się zdarzyło naprawdę, Oliver tu jest. Pierwsza osoba, której Hector ani się nie boi ani nie ma ochoty uderzyć (już nie).
-Poczekam. - mruczy w odpowiedzi, bo może i bywa impulsywny, ale życie nauczyło go cierpliwości. Mógłby powiedzieć, że gdyby Oliver zmienił zdanie, to w każdą sobotę może go znaleźć w dwóch miejscach w Dolinie - ale jedno (dom teściów) nie jest odpowiednie, a drugie może sprawić przykrość samemu Oliverowi, Oliverowi, który jeszcze nie rozumie, że Hector chciałby uścisnąć jego dłoń dłoń nad grobem żony, że jakaś perwersyjna część jego natury chciałaby skraść mu tam pocałunek gdy skryje ich ciemna noc i na grobach będą tańczyć ich cienie w świetle księżyca, że chciałby zbezcześcić to miejsce, do którego do końca życia będzie musiał chodzić ze względu na teściów i syna, patrz, patrz, Bea, potrafię być szczęśliwy, potrafię być kimś i z kimś. Mruga powoli, zdając sobie sprawę z obecności pragnień i zadr, o których od sierpnia bał się myśleć i które skonfrontował dopiero pod koniec lutego, gdy obsesyjnie nazywał każdą odczuwaną przez siebie emocję, gdy po tamtym strasznym tygodniu próbował uczyć się czuć od nowa. Ulga nazwał wreszcie uczucie, które czuł od śmierci żony, a choć nie powinien, nie powinien tak myśleć ze względu na syna, to pora przestać się oszukiwać, że mógł coś na to poradzić. Wiedział przecież, że nie można kontrolować swoich uczuć, można jedynie kontrolować swoje czyny. Wybrał więc, że będzie chodził na jej grób, bo tak wypada.
A teraz wybiera, że będzie z Oliverem w ogóle, na zawsze, bo chce, bo pierwszy raz od dawna ma ochotę c h c i e ć.
I chce, żeby to zawsze trwają jak najdłużej, ale najpierw w ich wieczność wdziera się wojna i strach o Olivera, a potem - coś jeszcze gorszego.
Ukłucie sumienia, pierwsza realizacja, że w życiu nie ma nic za darmo. Pod koniec lutego podjął decyzję, która z pozoru jeszcze nie niosła za sobą ryzyka (pragnął wierzyć w słowa lorda Elroya, że w Derby nic mu nie grozi, może pragnął też wierzyć, że William Moore na siebie uważa, że nagłe wypadki go nie wezwą albo nie wyjdą na jaw - a może nie, może pragnął by coś się zmieniło, coś zrobić, coś czuć), ale mogła wywrócić wszystko do góry nogami.
Na przykład przestraszyć Olivera, oddzielić ich od siebie. Hector próbuje chwycić się myśli, że tego człowieka nie jest łatwo przerazić, że reagował tak, a nie inaczej nad człowiekiem pocałowanym przez dementora, ale co jeśli nie kierowały nim wtedy przemyślenia tylko adrenalina?
Co, jeśli wybierając coś, co miało zwrócić mu serce, straci kogoś, komu oddał swoje serce? Gdy całe życie człowiek lęka się odrzucenia, nie jest prosto się tego wyzbyć, nie pierwszego wspólnego poranka. Dlatego Hector Vale milczy dłuższą chwilę, zasycha mu w ustach, mruga kilkukrotnie, szybko, a potem przestaje. Wlepia w nieruchomy wzrok w Olivera i myśli sobie, że mógłby mu po prostu nic nie mówić. Tyle, że Oliver nie zachowuje się już jak Oliver, jego wyczekiwanie jest jakieś nerwowe, ton stalowy, i Hector nabiera przekonania, że ten zaskakujący młodzieniec nie pozwoli mu milczeć. A kłamać nie chciał.
Wzdycha ciężko, a jasne spojrzenie błądzi gdzieś po pościeli.
-Byłeś kiedyś w Shropshire? - pyta pozornie bez związku, to może doprowadzić do białej gorączki kogoś wyczekującego tak nerwowo na konkretną odpowiedź, ale nie potrafi inaczej, w niskim głosie dźwięczy lęk. -Nie chcę... nie chcę, by reszta Anglii, by cała wyspa, wyglądała tak samo. - zaciska mocno powieki, głos zamiera, jakby chciał na tym urwać temat. Rozumiesz już? - chciałby urwać na tym temat, ale nie zrozumiesz, jeśli tam nie byłeś, jeśli się tam nie wychowałeś. -Otrzymywałem kiedyś zlecenia od lordów Derbyshire... i Staffordshire, jeszcze przed wojną. - dodaje cicho, ledwo słyszalnie, mając świadomość, jaką wagę niesie w tych czasach wymienienie nazwy obydwu hrabstw. Nawet tego, które Walczący Maga uznał za domenę kogoś innego. -Jako magipsychiatra, ale teraz obiecałem im pomoc jako uzdrowiciel. R...rozumiesz? - otwiera oczy, zmusza się do podchwycenia spojrzenia Olivera, choć nie wie, co zrobi jeśli zobaczy w nim lęk lub zdziwienie. Nie zna jego poglądów i choć nigdy nie lękałby się jego, to jego strachu lub odrzucenia - już tak. Lub prośby, by przestał. Grdyka drży nerwowo. -Mógłbym ci powiedzieć, że jestem ignorantem i odwdzięczam się jedynie za dawny patronat. - kontynuuje, ledwo słyszalnie. -Ale to byłaby nieprawda. - stwierdza martwo, umykając wzrokiem, bo nigdy nikomu o tym nie mówił, bo synowie Shropshire nie mówią na głos takich rzeczy, bo choć Anselm Vale nie nazywał ich nigdy szlamami, to przehandlował życie pierworodnego syna w imię czystej krwi i zrobiłby to samo z pozostałymi dziećmi. Może i Oliver jest z Somerset, ale czasem cały świat wydaje się równie wrogi jak Shropshire, i choć Hector nie chce takiego świata, to dalsze słowa zamierają mu na ustach, nie mówi więc nic ani o leczonej mugolce ani o Williamie Moore, tylko rumieniec wpełza na policzki, a w głowie trochę mu się kręci, bo choć między sercem i rozsądkiem wybierał wielokrotnie, to jeszcze nigdy nie wybierał między sercem i sumieniem i nie wie, czy byłby na to gotowy. Usta drżą lekko, nie obiecuje, nie może mu niczego obiecać. -Już zdecydowałem, coś stało się w lutym i... - szepcze ledwo słyszalnie. -Uważam, Oliverze, mam syna. - w głosie pobrzmiewa rezygnacja, bo nie ma siły na irytację. Syna, który nie ma matki. -Ale leczyłem ostatnio matkę dziecka w tym samym wieku i... - gryzie się w język, jednak prawie o niej powiedział, kręci głową, ciemne loki rozsypują się na czole. -Przepraszam. - marszczy czoło, na wypadek gdyby Oliver nie rozumiał, bo choć zawsze był spostrzegawczy, to teraz lęk przed reakcją blondyna wręcz go paraliżuje i przez jego kurtynę nie dostrzega jeszcze, że Meadowes rozumie aż za dobrze.

Ulga, dotyk ciepłych warg, stwierdzenie dziwnie bezczelne. Już ja, a Hector Vale śmieje się nagle ciepło, z zaskoczeniem i radością.
-Rób tak częściej. - wyrywa mu się, najwyraźniej bezczelność się udziela, nigdy nie prosił nikogo o własną przyjemność, ale teraz czuje się bezpiecznie. Nachyla się do szyi Olivera, przeciąga po niej językiem, chce się odwdzięczyć dotykiem za dotyk, najchętniej zdarłby z niego ten sweter, ale Oliver też powinien czuć się bezpiecznie. Dlatego, gdy widzi w jasnych oczach pierwsze iskierki łez, rozchyla usta z gorącym przejęciem i pośpiesznie podnosi jego dłoń do swoich ust, muska wargami kostki palców, uśmiecha się uspokajająco. -Jasne, że bym mógł. Cokolwiek... cokolwiek sprawi, że będzie ci... dobrze, dobrze? Zawsze mnie o to proś. - słowa są nieskładne, ale spojrzenie przenikliwe i łagodne. Wśród gorących pocałunków łatwo zapomnieć, jak młodziutki jest Oliver, jak nieśmiały bywa, jak bardzo ktoś go skrzywdził (zabiłbym go, zatłukł choćby laską, obca myśl, podobna do Ulyssessa i Hectora z koszmarów, ale tej myśli Hector się nie lęka i przyjmuje ją z pokorą) i wie, że musi o tym pamiętać, zawsze. Ubiera się sam, szybko, a potem czeka za drzwiami. Laska dziwnie mu ciąży, w łóżku nie czuł się... wybrakowany. Kompleksy szybko mijają, wraz z gorącym oddechem Olivera na karku. Blisko, coraz bliżej, mają dom dla siebie, a Hector obmyśla już, jak pogodzić rolę ojca i kochanka, w głowie powoli krystalizuje się plan.
Oplata kubek dłońmi i upija kilka łyków, by nie zerkać zbyt natarczywie na Olivera. Mówi coś o pogodzie, sam nie wie co.
-Niedługo zakwitną krokusy. - ach, to. Kątem oka widzi, że Oliver nadal trzyma swój kubek w tym samym miejscu. Nie musi nawet patrzeć, by czuć stres. -Jest dobre. - wtrąca cicho. -Ale można je pić powolutku, próbować w swoim tempie. Lubię słodycze, pewnie piję za szybko. - żartuje, próbując go odprężyć. -Podgrzeję je znowu, jeśli wystygnie. - mruczy uspokajająco, nachylając się bliżej, a potem ich wargi znowu się stykają, słodycz czekolady na suchych ustach Olivera, język spleciony z językiem, Oliver nie smakuje jak cukier, ale smakuje jeszcze lepiej, a ten pocałunek to przecież wcale nie fortel (no, może troszkę), tylko czyste pożądanie. Odsuwa się, uśmiecha łobuzersko, bierze kolejny łyk.





We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Sypialnia Hectora [odnośnik]01.03.22 20:56
Castor nie jest świadomy, jak bardzo był wygłodniały. Jak pragnął tego, co w jedną noc otrzymał od Hectora — czułości, delikatności, uczucia, namiętności szarpiących za wrażliwe struny duszy, nawet piekącego od uderzenia policzka. Choć wzrósł w dobrym domu, otoczony miłością, jaką może otrzymać tylko najmłodsze, wyczekiwane dziecko, wraz z opuszczeniem jego progów wszystko zdawało się rozsypać. Starał się łapać te odłamki rzeczywistości, sklejać je uparcie w obraz, który pamiętał z domu, ale wszystko to było jakieś niewystarczające, wyblakłe, jakieś...
Z Hectorem świat nabiera barw. Castor czuje się tak, jak po dobrze rzuconym respiro, jak ktoś, kto przez kilka długich lat nie potrafił nabrać prawdziwie głębokiego oddechu. Teraz wydaje się, że może zrobić wszystko, bo świat jest niewielki i cichy, i mają miejsce tylko na siebie, ale to dobrze, to bardzo dobrze, nigdy nie było lepiej. Vale mruczy, on przygląda mu się z rozczuleniem i całym wachlarzem emocji, których nie potrafi jeszcze nazwać, ale wie, że są d o b r e. Że nie musi się bać, że znów zostanie sam, że już nigdy więcej nie posłyszy wibrujących w powietrzu zgłosek, że nigdy nikt nie dotknie jego zapadłego, obrzydliwego policzka z taką samą dobrocią, czułością i delikatnością, która na moment wlewa mu w duszę myśl, że może wcale nie był b e s t i ą, że może Michael miał rację i naprawdę mogą być przez kogoś kochani, że to nie koniec, nie koniec, jeszcze na niego za wcześnie, to dopiero początek, prześliczny, bajkowy początek, na który nie zasłużył, ale którego łapać się pragnie z całych sił, do ponownej utraty tchu.
Widzi, jak oczy Hectora zachodzą znaną już mu mgiełką, chyba nauczył się czytać z ruchu jego powiek i rzęs. Jego ciemnowłosy cud wydaje się być myślami gdzieś indziej, może również wyobraża sobie wczesnojesienne wrzosowiska wokół Doliny Godryka? Coś ściska jednak jego serce w obawie, że myśli kochanka mogą pognać gdzieś dalej, do okoliczności niezbyt przyjemnych, chyba nieco na wyrost, może w jasnej świadomości własnych tendencji do popadania w podobne stany melancholii. Hector zdołał już wytrącić go z marazmu i smutku, przychodziło mu to tak naturalnie, że sam pragnął spróbować. Nim udaje się mu o tym pomyśleć, ciało działa samo. Składa więc pocałunek w kąciku jego warg, powoli i z namaszczeniem. Później powtarza ten gest na obu policzkach, dłoń jakby sama gładzi ciemne loki, obudź się Hectorze i wróć do mnie; nie myśl o tym, co może być przykre, gdy jesteśmy we dwoje, bądźmy tylko szczęśliwi.
Do czasu aż wraz ze stalowymi tonami do sypialni wdziera się przeraźliwie zimny, wojenny wicher. Hector znów mruga, a potem zastyga, boi się — a Castor nie może już odsuwać tej myśli, bo chyba wreszcie rozumie korelację między mrugnięciami, spojrzeniami i zatrzymaną w czasie ekspresją. I nagle staje również jego serce, bo uświadamia sobie, że właśnie wystawił je na ostateczny cios. To od tej odpowiedzi zależy, czy zaraz nie naciągnie na tyłek spodni i nie opuści tego domu już naprawdę raz na zawsze, niezależnie od tego, że przecież tak bardzo pragnął tu zostać. Są bowiem rzeczy ważne i ważniejsze, a z dniem, w którym obiecał Ministrowi swe bezapelacyjne zaangażowanie w sprawę, podpisał również wyrok na siebie. Nie mógł, po prostu nie mógł przedłożyć uczuć ponad to, o co walczył. O co walczyli też Mike i Justine, Steff i Marcel, Herb i Billy i wujek Stevie, oni wszyscy. Justine mówiła, że była w tej wojnie narzędziem, że poświęci wszystko dla sprawy. On również przyjął na siebie tę konieczność, choć łatwiej było o niej mówić, gdy potrzeba była daleką iluzją, możliwością, nie, gdy ma się przed sobą człowieka, który jako pierwszy sprawia, że czuje się kimś dobrym, kimś wartym uwagi, kimś... kochanym?
Gorycz rozlała się w jego ustach, lecz wtedy Hector zaczął mówić.
Serce staje, gdy pyta o Shropshire. Castor kręci głową przecząco, nie miałem okazji, ale słyszałem. Potem jednak pada zdanie—klucz, a napięte mięśnie rozluźniają się natychmiastowo, Castor ma wrażenie, że zaraz upadnie na magipsychiatrę, zupełnie niekontrolowanie. Ale wypuszcza też z siebie głębokie, głośne westchnienie, westchnienie ulgi, bo to dobrze, to zdecydowanie lepiej, niż jakby podniósł swe rodzinne hrabstwo do rangi miejsca, które było idealne. Milczy w dalszym ciągu, choć na wspomnienie lordów Derbyshire i Staffordshire uśmiecha się szerzej. Lord Isaiah jest mądrym czarodziejem, skorym do wsparcia sprawy, to bardzo dobrze. A gdy Hector otwiera oczy i spogląda na niego, gdy krzyżują swe spojrzenia, ponownie, raz jeszcze, widzi w szarobłękitnych oczach coś, co zwiastuje poprawę. Iskry radości są jasne, spojrzenie Sprouta przestaje być matowe ze smutku, a on podnosi ich splecione dłonie do własnych ust, wierzch dłoni Vale całując po raz kolejny. Dziękuję, dziękuję, dziękuję, rozumiem lepiej, niż ci się wydaje.
Wolna dłoń przesuwa się powoli po poliku mężczyzny, aż wreszcie odgarnia ciemne loki z twarzy.
— Nie przepraszaj. To ja powinienem przeprosić, bo... — musi to wreszcie powiedzieć. Próbuje nabrać oddech, podbródek drży alarmująco i choć Castor w dalszym ciągu się uśmiecha, nie potrafi odgonić od siebie nerwowości. To trzeci co do wielkości sekret, którego musi strzec. Ale teraz, po tych wszystkich emocjach, które czuł Hector, jest mu winien prawdę. — Ja nie mogę ci obiecać, że będę uważał. I że zawsze wrócę. Nie dlatego, że jestem... choryto słowo brzmi dziwnie, jest niewygodne i niemal rani język, ale jest prawdą, szczerą prawdą i nawet gdyby się do tego nie przyznał, Hector ma tego świadomość — Ale przede wszystkim mam mugolską krew.
Nie może dalej tłumić tego w sobie, a najlepszym sposobem na powiedzenie niewygodnej prawdy było przekazanie jej wprost. I to właśnie robi Castor, choć opuszcza dłonie, oczy swe chowa za zasłoną rzęs, to coś, czego tamta strona nie może przeboleć, coś, o czym nie wolno rozmawiać, ale przecież mieszka w domu pod Fideliusem z przybraną rodziną, która również ma taką krew i radzą sobie wszyscy znakomicie i przyjęli go, gdy jeszcze był czystokrwisty, i to przecież nie koniec świata, tylko wzmianka w metryce Olivera Summersa, człowieka, którym nigdy nie miał szansy być.
— Pamiętasz jak... jak do ciebie przyszedłem i powiedziałem, że nie wiem, kim jestem? Moja mama... Ta, która nie żyje... Ona nie była moją mamą, a tata nie był tatą. Przygarnęli mnie, gdy miałem miesiąc, moja... prawdziwa mama i tata, oni byli podobno bardzo biedni i mieli już... chyba piątkę dzieci. To mama była tam czarownicą, wiesz? A tata był — może jest nadal, merlinie, żeby był... — zwykłym mugolem. Ale kochali się bardzo, mieli dużo dzieci, w domu się nie przelewało, a mamy się przyjaźniły i jak się urodziłem, to zaproponowała, ta pierwsza, znaczy... Znaczy druga mama, ta co mnie wychowała, że właśnie weźmie mnie do siebie i da mi dom i nazwisko i to imię. Bo od początku miałem być tylko Oliverem, ale całe życie byłem Castorem i to nie jest prosta sprawa, ani prosta sytuacja i ja naprawdę czasami nie rozumiem już, co się ze mną dzieje... — chaotyczne streszczenie dwudziestu czterech lat historii życia. Nie tego spodziewa się Hector, nie wśród miękkiej pościeli i powtarzanych co chwila upomnieniach, że nie byli na terapii, ale Castor wyrzuca to z siebie niemal na jednym wydechu. Po wszystkim wydaje się jeszcze drobniejszy, pomarniały przez te minuty, nad głową wisi burzowa chmura i pytanie, czy to coś między nami zmieni?

Prąd ekscytacji — język na szyi, głośne, zaskoczone jęknięcie wśród ciszy sypialni. Potem kolejna panika, już jeden sekret zdradził, nie może poruszyć drugiego. Nie teraz, nie teraz, najlepiej to może n i g d y? Ale Hector rozumie jego podejście, Hector nie nalega, składa tylko uspokajające pocałunki i prosi o sygnały, a Castor kiwa kilkukrotnie głową na "tak", mogą się tak umówić. Kolejnym przebłyskiem jest rozmowa o krokusach, która przywołuje go na powrót na ziemię, choć brwi ma wzniesione do góry i tym razem on mruga, zupełnie zdezorientowany.
— Co? Ach... Krokusy... — wodzi spojrzeniem do okna, aura faktycznie powoli zaczyna sprzyjać wiosennym kwiatom, to kwestia tygodnia, może nawet kilku dni. — Zima może je lekko opóźnić, ale myślę, że to już niedługo... — dodaje, uśmiechając się przy tym słabo. Kubek w dłoniach ciąży, ale gdy Hector zaczyna żartować, w całym pomieszczeniu robi się jakoś jaśniej i... cieplej.
Chyba tego potrzebuje. Drobnej zachęty, stwierdzenia, że nawet najmniejszy krok to zawsze krok w dobrym kierunku. Zaciska i prostuje palce, jakby zastanawiał się nad wartością podjętych kroków, ale nim zdaje się dojść do jakiejkolwiek konkluzji, z n ó w to mruknięcie, gorący prąd w dół kręgosłupa, intensywny zapach gorącej czekolady na chwilę przed złączeniem warg. Rozchyla je ochoczo, zaprasza do wspólnego tańca i nagle, w jaskrawym wspomnieniu zeszłej nocy robi mu się zdecydowanie zbyt ciepło, brakuje tchu, może tylko mruczeć i wzdychać w wargi Hectora, błagać się o to, by zapanować nad sobą, to nie czekolada jest tak słodka, a Hector.
Policzki pąsowieją prędzej, niż by tego pragnął, a czekolada jest obecnie jedynym wyjściem, by w jakikolwiek sposób je zakryć. Gdy Hector odsuwa się od niego, sięga więc po kubek i przytyka wargi do jego krawędzi. Ostrożny łyk smakuje przede wszystkim cukrem; chyba zapomniał, jak to jest cokolwiek słodzić. Płyn ledwo przechodzi przez gardło, ale zmusza się do przełknięcia i do utrzymania spokoju. Świat nie zatrzymał się, gdy niemal spletli się ze sobą wśród pościeli, nie zatrzyma się również, gdy wypije jeszcze jeden łyk.
— Twoje smakowało lepiej — zauważa jednak, trochę na przekór sobie, pragnąc odwrócić uwagę od zaczerwienionych policzków. Odbić pałeczkę, odpowiedzieć na fortel.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Sypialnia Hectora [odnośnik]03.03.22 5:01
Radość. - nazywa kolejną emocję, gdy czuje pocałunki na ustach i policzkach. Znikają resztki senności, rozpływa się wspomnienie cmentarza. Czytał kiedyś baśń o księżniczce uśpionej w szklanej trumnie, woli tą wersję od tamtej o kołowrotku. Oliver go całuje, Hector uśmiecha się błogo, szkło pęka, to nie sen, przeszłość znika i są razem, teraz. Wreszcie jest w stanie zakorzenić swoje myśli w teraźniejszości, ale wtem zostaje brutalnie wyrwany z własnego łóżka, z objęć kochanka - i gonitwa myśli gna dalej.
Groza. - próbuje uporządkować swe myśli, chaotyczną plątaninę skojarzeń. Groza w ponurym Shropshire, w pustym Londynie, w samotnym domu nad nowym wydaniem Walczącego Maga, bo czytał go przecież, czytał wszystko. Deimos, Deimos, Deimos, odpowiedzialność za syna i za Beatrice, milczenie w domu na wieść o Bezksiężycowej Nocy, zmarszczony nosek żony, "rodzice nigdy nie wyprowadzą się z Somerset" mówiła z cieniem niepokoju, ale o innych ofiarach nawet nie wspomniała. Dlaczego by miała? Teściów trzymały tam lojalność wobec Abbottów i rodzinny dom, jeśli mieli promugolskie sentymenty to nie przelali ich na córkę. Czysta krew, silna tarcza. Małżeństwo pod dyktando czystości. Tarcza, która nie ochroniła Beatrice przed wilkołakiem, nie zapewniła nawet zemsty, cienia prawa. Bezprawie, nie mogli - nie chcieli - go znaleźć, mieli na wojnie ważniejsze sprawy. Myśli pędzą dalej, z sierpnia do zimy. Wieści o Staffordshire, wyprostowany lord Greengrass, dzieci tamtej mugolki. Powiew mrozu we własnym domu, powinieneś zabijać mugoli i rebeliantów, bezczelność kruczowłosej kobiety, pustka, pustka, pustka. Koszmary, nadrabianie tygodniowych zaległości i zapełnianie nagłej dziury we własnym życiu, kreślony z determinacją list do lady Mare, nie-do-końca-spontaniczna oferta złożona Williamowi, młodziutka pacjentka w ciąży i o mugolskiej krwi, decyzja. Budził się powoli, zostawiając za sobą cień żony i odpowiedzialność, tłumacząc sobie, że Deimos zawsze będzie bezpieczny u dziadków - o ile nikt nie najedzie Doliny Godryka, wspomoże zatem po cichu tych, którzy dbali o jej bezpieczeństwo. Krok po kroku, w stronę przepaści, z dala od obojętności. Ile miał za to zapłacić? Kiedy poniesie cenę? Nie był naiwny. Nawet bez ostrzeżeń (a te ostatnio przychodziły z każdej strony) wiedział, że żaden gest oporu nie pozostanie bezkarny. Nawet najcichszy sprzeciw wyrażony przez kaleki cień.
Niech karą nie będzie tylko strach i rezerwa kogoś, przy kim przebudził się całkowicie. Ciemność. Przez moment Hector kryje się za zasłoną rzęs, aż...
Ulga. Widzi ją w spojrzeniu Olivera, czuje ją w sobie. Wystarczy rzut oka, by widzieć, że Oliver rozumie. Całowane dłonie drżą lekko, usta wyginają się w nieśmiałym uśmiechu, w geście blondyna jest coś ujmująco intymnego, a Hector nie przywykł do tego, by być w taki sposób chwalony. Nie za coś, czego nawet jeszcze nie zrobił, nie za nieśmiało kiełkująca decyzję, nie za miesiące bezczynności. Czy jako czystokrwisty kaleka nie mógł czy nie chciał wiele zdziałać? Na razie nie robił nic konkretnego, jedynie czekał na okazję, na wezwanie - w kolejnych tygodniach jeszcze wyrzuci sobie bezczynność i przemyśli priorytety, ale na razie liczyło się tylko roziskrzone spojrzenie Olivera. Przez moment daje się nieść tej radości... ale potem Oliver się odzywa i Hector spada. Boleśnie. Powinien być mądrzejszy, powinien pamiętać opowieść o Ikarze, nigdy nie wznosić się zbyt wysoko.
Strach. Na moment zapiera mu dech, a palce zaciskają się wokół dłoni Olivera, mocno, może trochę za mocno. Co innego wspólne poczucie niesprawiedliwości, a co innego mugolska krew, wyrok nad głową, nie tego się spodziewał. Oliver mówi dalej, a w serce Hectora wkrada się...
...wstyd, palący wstyd na myśl o własnych przywilejach i stabilności i bezpieczeństwie, oraz na myśl, że przecież wskazówki były wprost przed nim. "Mam papiery", powiedział tam w Kumbrii i zabrał tamtego mężczyznę gdzieś indziej niż do Munga - bo do Londynu mugolacy zbliżać się nie mogli. Kryzys tożsamości, "nie wiem już kim jestem", inne imię. Prawdziwe, w jakimś stopniu, ale Hector nabiera już podejrzeń, że Oliver Meadowes nigdy prawdziwy nie był, że chroni za tymi personaliami swoją biologiczną i przybraną rodzinę. Tamci też są przecież winni - tego, że go przygarnęli, że go kochali.
Jak ja.
Hector Vale wpatruje się w Olivera szeroko otwartymi oczyma i zamiera, starając się być zupełnie nieruchomo, nie spłoszyć motyla, samemu się nie rozsypać. Tylko policzek, na którym spoczywa dłoń blondyna drży lekko, jakby brunet wkładał całą siłę woli w opanowanie mięśni twarzy. Nie do końca skutecznie - usta też drżą, a choć Hector skutecznie próbuje hamować łzy, to oczy ma wyraźnie szkliste. Jak dwie tafle roztapiającego się lodu. Podnosi dłonie, by ująć w nie twarz Olivera, delikatnie, jakby bał się, że zniknie, że się rozpadnie, że ktoś zabierze go stąd za jego mugolską krew. Ale to Hector Vale się rozpada, rozpływa, a Castor widzi to w jego szklistych oczach - widzi, że ten ktoś, tak w niego wpatrzony, zdaje się być w tej chwili na jego łasce, że zawisł na cienkiej nici, a tą nicią jest życie i dobro Castora-Olivera.
-N...nie zostawiaj mnie... - wyrywa się cicho, trochę histerycznie. Hector kręci głową, nie teraz, nie teraz, gdy to wszystko się wydarzyło, gdy to zdawało się jedynie początkiem. Rzęsy trzepoczą prędko, Hector bierze głęboki wdech, bo nienawidzi się w tym momencie, nienawidzi się za słabość i za to, że rozkleja się tutaj zamiast być jego podporą, nienawidzi swojego przywileju i złudnego poczucia bezpieczeństwa (złuda, teraz rozumie już, że to iluzja), nienawidzi swojego kalectwa i faktu, że gdyby Oliver uciekł, to i tak by go nie dogonił.
Gdyby ktoś chciał go zgładzić, nie umiałby go obronić... ale czy na pewno? Jest Krukonem, zawsze myślał szybko, przez głowę przemykają mu dziesiątki rozwiązań i możliwości.
-Chyba... chyba, że planujesz wyjechać z tego cholernego kraju, wtedy... mógłbym pomóc. - dodaje cicho, usiłując okiełznać łamiący się głos. Tak, tylko taką rozłąkę by zniósł, taka niosłaby nadzieję. Kolejny wdech.
-Ja nie zostawię ciebie, z... tym wszystkim. - teraz brzmi już głęboko, głośniej, pewniej. Nie zostawi go, nie z mugolską krwią, nie z chorobą, nie z czymkolwiek innym. To nic nie zmienia, ale to wszystko zmienia. - ma tą świadomość, bo nawet jeśli Oliver łudzi się, że mogą przejść nad tym do porządku dziennego to nie, nie mogą, ryzyko jest zbyt wielkie, mugoli i mugolaków zabijają w tym kraju.
Dwaj obdarzający się tego rodzaju czułością mężczyźni zawsze byliby skazani na cienie, ich bliskość wzbudziłaby pogardę i naraziła na surową karę, do niedawna Hector się tego bał, ale to czyny, tylko czyny, coś, co mogli kontrolować. Nie krew, nie wojnę, na to nie mieli aż takiego wpływu.
-Mam ten dom, mam oszczędności, mam papiery... ty też, prawda? Ale nie szastaj nimi, bądź ostrożny, proszę. Mam dojście do Londynu, jakbyś czegoś potrzebował, mam eliksiry, mam nazwisko, jeśli coś się posypie mógłbym cię nawet przedstawiać jako kuzyna, mogę pomóc, chcę pomóc, tobie i twojej rodzinie. - wyrzuca z siebie, oferując mu wszystko co przychodzi mu do głowy, podchwytując kontakt wzrokowy i z typową dla siebie natarczywością nie pozwalając Oliverowi odwrócić wzroku. Spojrzenie ma stalowe, już wziął się w garść, już nie jest kałużą - próbuje być filarem, kolejnym, niespodziewanym filarem, postawić się obok tych podpór, o których nic nie wie: rodziny smutnych Sproutów, zapomnianych Summersów i opiekuńczych Tonksów.
-Castorze-Oliverze, będziesz na siebie uważał. - prosi, żąda? Zwraca się do niego z powagą, z naciskiem, bo może blondyn nie wie kim jest, ale Hector wie, jest jego Castorem-Oliverem. -Ja też, tam w Derby. I nie jesteś... - mruży lekko oczy, może Oliver był chory, ale to by dobiło każdego, może to przejściowe... -...nie jesteś słaby, Oliverze, nie tam gdy ratowałeś tego człowieka, i nie przy mnie, i nie w obliczu tego, czego dowiedziałeś się o sobie i swojej rodzinie. W świetle tego wszystkiego jesteś być może najsilniejszą osobą, jaką znam. -zniża głos do szeptu, opiera czoło o czoło (i na przyszłość właśnie od takich rewelacji powinieneś rozpoczynać terapię, to zmienia całą terapię, myśli, ale nie mówi na głos, bo nie są na terapii) a potem całuje go długo, najpierw delikatnie, a potem trochę rozpaczliwie, ale może Oliver skupi się na namiętności i nie zauważy w tym dotyku żalu, żalu do Anglii, żalu do świata.
Dopiero gdy wychodzi z sypialni, kolana znów na moment się pod nim uginają, mugolska krew, mugolska krew, to przecież wyrok śmierci. Przyciska drżącą dłoń do ust i przez moment nie potrafi określić, co właściwie czuje, aż bierze głęboki wdech i zaczyna rozumieć.
Miłość to nie tylko uczucie, to świadoma decyzja.
Hector Vale podejmuje tą decyzję, gdy Castor Oliver "Meadowes" (korci go spytać jeszcze raz o nazwisko, ale Oliver bywa zbyt delikatny, zbyt płochliwy, nie ma pośpiechu) zmienia koszulę. Bierze kilka głębokich wdechów, a za jedną decyzją idzie kolejna. Bał się całe życie, nie spędzi następnych chwil w strachu, nie przy nim. Przekuje lęk w determinację. W jakiś plan. Na spokojnie. A na razie zjedzą śniadanie.
Prostuje się i gdy Oliver wychodzi z sypialni, posyła mu radosny uśmiech, jakby faktycznie nic się nie zmieniło. Nadchodzi wiosna, kwitną krokusy, Hector żartuje i próbuje odprężyć Olivera. Gdyby faktycznie wojna miała ich dopaść, chce mieć w pamięci jego uśmiech, radosne wspomnienia. Jasną kuchnię, smak czekolady, smak jego ust. Pocałunek jest słodki, namiętniejszy niż wcześniej, Hector z satysfakcją nasłuchuje mruknięć i oddechu Olivera, a gdy odsuwa się lekko, na ustach maluje się figlarny uśmiech.
-Wypij jeszcze trochę i znowu się wymienimy. - zachęca równie przekornie, błyskając białymi zębami. Nonszalancko sięga po różdżkę, by przemyślanym i ostrożnym gestem upewnić się, że zasłony są szczelnie zasłonięte (były, sprawdzał to przecież kątem oka zanim okazali sobie czułość), a drzwi zamknięte.
Zasługują na chwilę dla siebie, na chwilę prywatności. Rozmawiają, nieważne o czym. Chyba znowu o krokusach, o wiośnie, o eliksirach. Łyk za łykiem, słodkie śniadanie, słodkie pocałunki, aż kubki (przynajmniej jeden) są opróżnione i słońce stoi wysoko na niebie i pewnie czas już na Olivera, ale to mało, wciąż mało. Hector myśli o tym, co widział na greckich wazach, o wrażliwych miejscach poznanych dzięki znajomości anatomii i nie do końca kanonicznych publikacji na temat magipsychiatrii (niektóre dzieła Freuda wciąż nie cieszyły się... zrozumieniem) i przede wszystkim o tym, że chciałby żeby Oliver o nim myślał. Jak najczęściej, jak najdłużej. Nachyla się do kolejnego pocałunku, przesuwając dłoń na udo, niby przypadkowo zaczepiając palce na rozporku, gotów do rozpięcia zamka spodni.
-Mogę? - szepcze, spoglądając mu w oczy, zsuwając się z własnego krzesła (przysunął je do Olivera, gdzieś w ferworze pocałunków) i uginając kolana. Odpoczął, dziś noga go nie boli - a nawet gdyby, wkrótce nie będzie miał czasu o tym myśleć, wyprawiając Oliverowi odpowiednie pożegnanie.
Carpe diem, bo choć serce rwie się do wielu takich chwil, to przewartościował sobie dziś rano kilka spraw i nie ma zamiaru wracać już do szklanego sarkofagu - ma zamiar żyć tak, jakby każda chwila mogła być ich ostatnią.

/zt x 2? :pwease:


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Sypialnia Hectora
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach