Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Rhennard Abbott
AutorWiadomość
Rhennard Abbott [odnośnik]03.04.22 18:14

Rhennard Phillip Abbott

Data urodzenia: 16 V 1927
Nazwisko matki: Longbottom
Miejsce zamieszkania: Norton Avenue, Dolina Godryka
Czystość krwi: czysta szlachetna
Status majątkowy: bogaty
Zawód: działacz na rzecz praw zwierząt, opiekun w rezerwacie znikaczy
Wzrost: sto osiemdziesiąt jeden centrymetrów
Waga: siedemdziesiąt dwa kilogramy
Kolor włosów: ciemny brąz
Kolor oczu: niebiesko-szare
Znaki szczególne: gęste, zawsze ułożone włosy; zadbany zarost, który wielce sobie ceni; zapach dobrze dobranych perfum ciągnący się za szatą


Srebro stojącej w Holu Dumy zbroi wyjątkowo odznaczało się swoim majestatem wśród marmurowych posągów stojących stosunkowo niedaleko. Wydawać by się mogło, że w nawie jej blask zostanie przyćmiony, że powinna zostać wystawiona przed przygaszający łuk wnęki, ale było to wrażenie zupełnie mylne. Rycerz, lub raczej sama jego powłoka, przyciągał wzrok i uwagę, za każdym razem zmuszając obserwatorów do choć słowa pochwały, lekkiego uśmiechu kwitnącego pod ostrym nosem damy. Godło i dewiza rodu Abbott dumnie rozpinały się na prawej piersi głosząc pierwszeństwo sprawiedliwości nade wszystkim innym, nie nadgryzione zębem czasu, zawsze troskliwie muskane jedwabnymi chustkami służby; karwasze i naramienniki proste, umiejętnie wygładzone zaklęciami rzucanymi tylko przez najstarszych członków rodu; fartuch i taszki nienaruszone, solidnie wspierane żelaznymi haczykami, niemal idealnie zlewające się z nagolennikami i dopasowane do ostrych czubków trzewików; jedynie na prawej rękawicy widniał znak, że zbroja kiedykolwiek była używana - brakowało jej palców, a legenda podpowiadała, że spalone zostały przez zaklęcie, które przyjął na siebie jej poprzedni właściciel chroniąc w ten sposób rodaka przed niechybną śmiercią. Chłopiec, który przyglądał się płatnerskiemu dziełu już niemal od godziny, powtórzył sobie po raz kolejny, że każda legenda ma w sobie ziarno prawdy.
- Ach, tu jesteś! - śmiech matki rozbrzmiał wśród bieli ścian, a obcasy jej skórzanych pantofelków nieco zwolnił. - Chodźmy, dzwonki już kilka razy zdążyły ogłosić porę obiadową, mój mały rycerzu.
Chłopiec skupił na niej swój wzrok, choć widać było, że wciąż jeszcze bujał w obłokach, wśród turniejów rycerskich i dumnych słów wygłaszanych przy blasku unoszonego w stronę słońca miecza. Pochwycił matkę za jej jasną dłoń i oddalili się razem w stronę sali jadalnianej, gdzie najprawdopodobniej zajęci rozmową byli już wszyscy domownicy. Zanim zniknęli za kolumną, chłopiec obrócił się w stronę zbroi po raz ostatni i kątem oka dostrzegł, jak złoto-czarny płaszcz lekko zafalował przy delikatnym podmuchu wznieconym ich krokami. Mógłby przysiąc, że lewa rękawica zacisnęła się mocniej na rękojeści błyszczącego się w słońcu miecza.




Curiositas

/dworność/

Uznanie wobec ojca i dziadka było pierwszą rzeczą, którą wpajano Rhennardowi od małego - ich słowo było świętością, było prawem w tym domu i każdy mu się podporządkowywał. Nie, nikt nie stosował tyranii ani despotyzmu, wszyscy traktowali się z ogromnym szacunkiem, każdy znał swoje miejsce, zarówno przy stole, jak i przy możliwości powiedzenia czegoś bez pytania. Dzieci uczyły się tego stopniowo, dorośli dbali o to, by patrzyły w oczy tego, kto akurat ich strofuje i rozumiały, dlaczego to robi. Ojciec był surowy, ale miał w sobie całe pokłady miłości, które z wielką chęcią przelewał na swoje dziatwy. Służba często organizowała latem pełne smakowitości pikniki - z polecenia lorda Abotta, oczywiście - i z zauroczeniem patrzyła, jak dzieci pokładają się na szlachcicu, rozciągają jego policzki i czochrają włosy w czasie, gdy ich ojciec opowiada im kolejne niestworzone historie. Dbano o relacje, ale i o dyscyplinę, wierząc, że to klucz do szczęśliwej, ale i rozsądnej rodziny. Rhett buntował się częściej niż jego młodsi bracia, co nie znaczy, że z racji starszeństwa ojciec mu pobłażał. Pokładał w nim swoje wielkie ambicje, chcąc, by chłopiec kiedyś stał się członkiem wielkiego Wizengamotu, który od pokoleń stawał się wydzieranym innym rodom skarbem, o który należało dbać. Ale młodemu Abbottowi nie w smak była nauka nudnych historycznych faktów, tytulatury wśród szlacheckich rodzin, barw i zdobień na poszczególnych herbach, nazwisk i imion członków tych wszystkich ogromnych linii genealogicznych, od których aż głowa pękała! Wolał trwonić dziecięcą energię w bardziej wyszukany sposób, szermierką - do tego stopnia, że gdy stary pan Diggory drzemał nad podręcznikiem, wykradał się po cichutku do piwnicznej sali ćwiczebnej, by tam w okrzykach chwały atakować zaciekle zaczarowanego manekina. Zbierano go stamtąd ciągnąc za uszy, mając za nic jego tłumaczenia, że skoro chce zostać rycerzem, to musi dużo ćwiczyć!

O ile lekcje historii i sztuki uważał za nudne i niezbyt rozwijające, o tyle nauka języków szła mu wręcz doskonale. Uczył się najwięcej ze słuchu, więc słuchał - najpierw nauczycielki języka francuskiego, która prędko przekazała rodzicom wieści o tym, że ich syn zdradza predyspozycje lingwistyczne; mówiła to tonem nerwowym i zirytowanym, bo chłopiec po wyjściu z sali pożegnał ją wspaniale zaakcentowaną rymowanką, której koniec taki wspaniały już nie był, bo zamiast „madame Sange” zwrócił się do niej „madame singe”, czyli madame małpo, co było wybitnie, wybitnie obraźliwe. Madame Sange nie miała zamiaru dalej się tak upokarzać, więc zniknęła. Ojciec przeprowadził wtedy z Rhettem bardzo długą rozmowę - oboje nie dotarli na obiad, ich miejsca ziały pustką, ale kiedy pojawili się na kolacji, chłopiec wydawał się przygaszony. Szacunek i miłość do ojca przerastały chęci do nadmiernego buntu, był pojętny i w końcu zaczął rozumieć, że słowa bywały ostrzejsze niż najlepiej zaostrzony miecz, a ból, który powodowały, zdawał się być o wiele większy i zdolny do utrzymywania się latami. Madame Sange zasłużyła na pełne elegancji przeprosiny, a Rhett doznał najgorszej z możliwych kar - przeprosił ją długą mową przy wszystkich domownikach i służbie, doznając osobistego upokorzenia, który całkiem zniechęcił go do ponownych wybryków. A jeśli już, to z dala od uszu zainteresowanych.
Prędko odkryto, że nie ma ręki do instrumentów, w przeciwieństwie do swojej młodszej i jedynej siostry, a w czasie lekcji tańca początkowo plątały mu się nogi. Co do pierwszych - zarzekł się, że jego dłoń nigdy więcej nie dotknie ani klawiatury fortepianu, ani skrzypiec! W tańcu jednak odnalazł przyjaciela - ciągle próby kroków, układów i dopasowywania się do melodii oraz rytmu sprawiały, że Rhett traktował to jak wyzwanie uwalniające nadmiar energii, który doskwierał mu z powodu wiecznego przesiadywania przy stole razem z pergaminami i piórami, kiedy z ogrodów dochodziły go świsty dziecięcych miotełek należących do braci. Przykładał się do swoich obowiązków, chociaż te nie stanowiły dla niego wybitnej przyjemności. Nie mógł i nie chciał zawieść ojca.

Jeśli jednak na horyzoncie rysowała się perspektywa spędzenia czasu w gabinecie dziadka albo wyprawa z nim do rezerwatu znikaczy, Rhennardowi zdarzało się z zapałem biec przed siebie, byleby nie spóźnić się na umówioną godzinę.
Tamtego dnia oprócz dwóch pokoleń Abbottów, znalazł się również niespodziewany gość.
Dziadek stał przy stole lekko pochylony, jakby coś uważnie zapisywał nie posiłkując się przy tym wygodnym krzesłem z ułożoną na niej aksamitną poduszką. Chłopiec podszedł bliżej niego i dopiero wtedy zobaczył, skąd ta nagła zmiana w postawie czarodzieja.
- Widzisz, Rhennardzie? One nie potrafią się bronić - wychrypiał w zadumie, zmartwiony losem ptasiego przyjaciela leżącego samotnie na biurku przed nimi. Jego jaskrawo-żółte, niemal złote skrzydełka ubrudzone były kroplami krwi i wyglądało to, jakby w ciele maleńkiego lotnika nie dało się zmieścić jej więcej. Oba skrzydła były nierówno wywinięte do wewnątrz, dzióbek rozwarty, jakby szukał wody, a koralikowe ślepia zamknięte. - Nieszczęśnik trafił na zastawione sieci. Nielegalnie, bezprawnie - dziadek uniósł szczupły palec, by za chwilę pochwycić jeden z leżących wyżej słoiczków z perłowymi płynami. Ten, który objął, chował w sobie jasno-fioletową, rzadką masę pełną magicznych składników. - Będą nam śpiewać najbardziej chwalebne z pieśni, ale kiedy przyjdzie im zawiadomić o swojej krzywdzie - zamilkną. Dlatego to my jesteśmy ich głosami. Ich obrońcami. Nieważne, czy to ptak, kudłoń, zwykły koń czy szlachetny aetonan. Każdy z nich potrzebuje kogoś, kto stanie w ich obronie.
Wtedy nie zdawał sobie sprawy, na jak żyzną ziemię padło zasiane przed starszego czarodzieja nasiono - wykiełkowało później, w duszy pragnącej sprawiedliwości dla wszystkich na równi, a już zwłaszcza dla tych, którzy o swoją sprawiedliwość nie mogli zawalczyć sami.




Virtus

/męstwo/

Sowa, która przyniosła list zaadresowany do niego zgrabną dłonią dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, wcale nie wywołała na jego twarzy uśmiechu. Musiał nawet ukryć przed bratem drżenie brody, kiedy pomyślał, jak wiele breterskich meczów Quidditcha go ominie, jak bardzo tęsknić będzie za spędzaniem czasu na wybiegu w czasie nauk jeździectwa, jak gorąco analizować będzie pod czekoladową czupryną korytarze ich dworu, których jeszcze nie udało mu się odkryć. Niewiele jednak miał do powiedzenia, a i wiele mówić nie chciał - został zaopatrzony we wszelkie najpotrzebniejsze rzeczy (podręczniki, najświeższe szaty wciąż pachnące krawieckimi specyfikami, a i nawet misternie ozdabianą klatkę z nową, małą wciąż sową - Remusem) i odprowadzony przez dziadka na dworzec, skąd zabrał go pociąg wprost do krainy szkockich wzgórz i lasów. Z dala od domu.
Przygnębienie i tęsknota za domem szybko zostały przytępione ogromem bodźców, jakich doświadczył po drodze do Wielkiej Sali, gdzie czekała na niego Tiara Przydziału. Wybrała dla niego grono Puchonów - uczniowie wstali, wiwatując na cześć nowego czarodzieja w swoich szeregach. Cała rodzina była z niego dumna, zwłaszcza rodzice. To podniosło go na duchu i pozwoliło powoli rozwinąć skrzydła w tym magicznym, nieznanym jeszcze tak dobrze świecie.

Nie spodziewał się, że nauka zaklęć okaże się dla niego tak ogromną frajdą. Nie pojmował wszystkiego w locie, właściwie nauka szła mu opornie, ale przyjmował ją z olbrzymią ekscytacją - nieudana próba oznaczała możliwość dalszego łączenia swojej magii z magią różdżki, współpracy z nią; oznaczała ten elektryzujący dreszcz, który szczypał jego kark i dłonie z każdym mignięciem magii rysującym się iskrami na końcu ciemnego drewna. Ćwiczenia, których tak chętnie się podejmował, wychodziły mu na dobre - ruch dłoni był opanowany, a proste inkantacje nie były już złożoną mową, nad którą należało zapanować w najwyższym stopniu, więc przychodziły z łatwością. Zaklęcia były celne, szybkie i zbierały pochwały, gdy nauczyciele mówili, że poszedł w ślady utalentowanego ojca. Uroki więc nigdy nie były dla niego problemem, nawet od strony teoretycznej, bo przecież w domu pracował z księgami i wciąż uczono go, jak przelewać swoje myśli na papier, jak konstruować z nich tezy i wnioski. Zaraz potem królowała obrona przed czarną magią, chociaż ta wydawała się o wiele bardziej skomplikowana, godziła w emocje, w tworzenie magii nie tylko z zamysłu, ale i samej woli - tworzenie tarcz chroniących przed klątwami, obrona przed nimi innych, tych, którzy sami obronić się nie mogą. Podobała mu się sama idea tej sztuki, bardzo pasowała do rodzinnych tradycji, do słów ojca, do jego zachowania, z którego czerpał pełnymi garściami. Starał się więc wkładać w to swoje serce, bo wierzył w szlachetność białej magii i jej piękno pod względem rozpościerania obronnych skrzydeł nad bezbronnymi. A już na pewno nad tymi, których miał tuż obok siebie - młodsze rodzeństwo i uczniów, którzy w jakikolwiek sposób byli dręczeni przez pazerne Węże. Ślizgoni. Zwłaszcza jeden Malfoy, z którym jego szlachetny ród nienawidził się od wieków. Teraz, gdy sobie to przypomina, nie wie, o co poszło dokładnie (prawdopodobnie stanął w obronie młodego Gryfona, nieważne, czy krwi mugolskiej czy czystej) i kto pierwszy pojawił się wśród gapiów (zauważył jej jasną twarz, ale czy była pierwsza?), ani kogo pierwszego od siebie odciągnęli. Oboje skończyli ze spuchniętymi twarzami, podbitymi oczami i całą masą siniaków na ramionach i barkach. Oboje też trafili do skrzydła szpitalnego, z którego oboje również ruszyli w stronę wieży północnej, gdzie odbywały się zajęcia z wróżbiarstwa. I razem - słodki Merlinie, co za ironia, Malfoy z Abbotem w jednym skończyli kominie - pucowali do czysta kryształowe kule, układali w równe kopczyki karty tarota i myli filiżanki po wróżeniu z fusów. To nie był jedyny szlaban Rhennarda. W czasie swojej edukacyjnej kariery miał ich jeszcze sporo. Łącznie z długimi i obszernymi listami ojca, które swoją dyskusyjną kontynuację miały zawsze w przerwach od szkolnych zajęć, gdy wracał do domu. Matka się martwiła - wyniki miał dobre, nawet wybitne z niektórych przedmiotów, ale charakter miał porywczy, choć zawsze ukierunkowany w stronę obrony maluczkich. Co oczywiście nigdy go nie usprawiedliwiało - jego silną stroną miał być język, a nie pięści i jakiekolwiek inne agresywne i niegodne lorda zachowania. Wymyślił więc sposób, w jaki mógłby się odegrać na Ślizgonach za to, co robili zupełnie niewinnym, jednocześnie mieszcząc się w swoich prawach i obowiązkach - Klub Pojedynków. Rękę do zaklęć miał sprawną, szło mu naprawdę dobrze, jeśli chodziło o praktyczną stronę uroków, nic nie stało na przeszkodzie, by piął się po zgniecionych godnościach swoich przeciwników w górę szkolnego rankingu. Zaszedł całkiem wysoko, ale w końcu musiał zrezygnować - nadmiar nauki i zbliżające się egzaminy skutecznie odwracały jego uwagę od urokliwych kuksańców rzucanych w stronę Ślizgonów.
Być może nie było to zaskoczenie dla najbliższych Rhennarda, ale dla niego samego owszem - nie rozumiał, dlaczego tak doskonale odnalazł się na błoniach i przy granicy z Zakazanym Lasem, kiedy zaczynały się lekcje opieki nad magicznymi stworzeniami. Przecież do tej pory odnajdywał szczęście w zupełnie innych dziedzinach magii, w czasie ruchu, w czasie akcji, gdzie było tylko miejsce na trzeźwy umysł i szybkie przywoływanie na język inkantacji znanych sobie zaklęć. Nie rozumiał spokoju, jaki czuł, kiedy po raz pierwszy dotykał szpiczaka, a potem, gdy po raz pierwszy kłaniał się przed hipogryfem, z zamkniętymi oczami oddając mu każdy skrawek honoru, jaki powinien otrzymać od każdego szanującego magiczne stworzenia czarodzieja. W każdej wolnej od nauki chwili decydował się odwiedzać gabinet profesora i proponować swoją pomoc przy oporządzaniu zwierząt po zajęciach, jeśli tylko będzie taka możliwość. Nie dbał już wtedy o swój cichy odwet prowadzony pokątnie na Ślizgonach w Klubie Pojedynków. Przy zwierzętach się uspokajał, a gdy wracał do domu wakacje, czas chciał spędzać tylko na spacerach z dziadkiem, chłonąc z ogromną pasją wszystko, co chciał mu przekazać. To głównie od niego nauczył się, jak czarodziej może strzec zwierzęta przed zgubnym wpływem myśliwych, kłusowników i pazernych łowców ingrediencji, jak zaznaczać terytorium, by zadowolić obie strony, odgradzając je od siebie. Ze smutkiem wysnuł wniosek, choć znany powszechnie, dla niego nie do końca w pełni do tej pory zrozumiany: od zawsze to człowiek był najgorszym ze zwierząt, krwiożerczym i bezlitosnym, a inne stworzenia należało przed nim chronić. Skupił się na tym bez reszty.
Choć oczywiście zdarzało się, że ktoś odwrócił jego uwagę od nauki.
Ona. Ona całkiem zajęła jego myśli.




Pietas

/pobożność/

Jaśniała. Wodził za nią wzrokiem, jak tylko zawitała w progach Hogwartu, jej obecność tutaj tłumacząc cudem - sądził, że tak świetliste istoty, tak nieuchwytne, spotkać można tylko we francuskiej szkole magii. Była od niego młodsza, ale to zupełnie nie przeszkadzało. Mógł patrzeć na jej pszeniczne włosy godzinami, na jej dłonie wywijające kosmyki za uszy, unoszące je w górę, by zaraz upiąć z nich jakąś fantazyjną fryzurę. Była tak lekka, tak zwiewna, że kiedy szła, zdawało mu się, że unosi się lekko nad ziemią. Pokochał ją całym sercem, zawsze z emfazą zapraszając na kolejne gorące czekolady w Hogsmeade albo wspólne spędzanie czasu w Wielkiej Sali. Po powrocie do domu, przed ostatnim rokiem w Hogwarcie, okazało się, że matka ją zna i to doskonale. Młoda panna Ollivander ledwo została okryta czułymi skrzydłami Margaret Abbott, która miała ją bezpiecznie przeprowadzić po zawiłych korytarzach szlacheckiego artyzmu, zawiązując tym samym cenną nić porozumienia między rodami. Rhennard postawił na swoim i oświadczył ojcu, że ma zamiar wziąć ją sobie za żonę. Decyzję odwleczono do momentu, aż skończy szkołę. Być może jedynie dlatego tak dobrze poradził sobie z egzaminami - nie chciał zawieść oczekiwań obu rodzin, nie chciał zawieść jej samej. Nie wiedział, nie mógł wiedzieć, że zastawili na niego pułapkę.

Choroba Ophelii w tym czasie zdążyła się rozwinąć w zastraszającym tempie. Choroba, którą uzdrowiciele od dawna próbowali zlokalizować, dokładnie nazwać, stworzyć antidotum. Zmieszana krew zbyt bliskich przodków buzowała w młodym ciele, ale jej skóra była blada jak talk, wiecznie chłodna, a powieki sine i ciężkie. Nie mógł w to uwierzyć, że tak go potraktowano. Że tak potraktowano ich - mieli zostać małżeństwem, tak to sobie wszystko wyobrażał, tak miało być.
Po skończeniu Hogwartu musiał dzielić swój czas między obowiązki w Ministerstwie, w którym rozpoczął pracę jako sekretarz Wydziału Zwierząt w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, a między nią - gdy tylko mógł, pojawiał się przy niej, zawsze w pobliżu osób, które ostatecznie mogły przypatrywać się ich zachowaniu, broniąc ich przed utratą przyzwoitości chwili; czytał poematy, które tak kochała, nawet próbował pisać własne chcąc w ten sposób skłonić kąciki jej ust do uniesienia się ku górze. Ophelia nie godziła się na ślubowanie, dopóki nie będzie w stanie wstać z łóżka i zrobić kilku kroków w stronę lustra, żeby tam służki mogły odziać ją w biel. Miesiące mijały - jasnowłosa dusza wciąż otoczona była warstwami miękkiego atłasu; Rhett wciąż przynosił jej białe frezje, jej ulubione, najpiękniejsze, dorastając przy niej, dojrzewając i opowiadając, co dzieje się tam, na zewnątrz. Starał się omijać najgorsze z wydarzeń, nie chcąc obniżać jej samopoczucia - nie mówił o zbliżającej się wojnie, o szaleństwach pętających się po Ministerstwie Magii. Zamiast tego mówił o nowych magicznych zwierzętach, którym udało mu się pomóc, o ich zachowaniach i ustawach, które zawsze można i trzeba było poprawić, ku spokojowi wszystkich, zarówno mugoli, jak i czarodziejów. Opowiadał jej, że zaczął uczyć się też języków, które mogły pomóc mu w przyszłości - trytoński i goblidegucki, ale wciąż były na tyle trudne, że nie zdołał opanować ich w pełni. Zawsze zasypiała pod koniec, ciężkie powieki opadały, a pierś unosiła się przykryta lawendową satyną. Wychodził wtedy i swoje kroki kierował w stronę ogrodów, gdzie spacerowała w ciszy jej siostra. Odnaleźli wspólny język, pocieszając się, gdy Ophelia nikła w oczach, rozmawiali o rzeczach trywialnych i tych ważnych, obciążających kruche ciała zmartwieniami, których liczba z roku na rok tylko się zwiększała.

A potem ten najpiękniejszy z motyli odszedł. W ciszy, we śnie, nie cierpiąc ani nie łkając. Nie trzymał jej jednak za dłoń, nie było go przy niej. Odeszła sama. Na pogrzebie Rhett trzymał za to dłoń Cecile. Młodszej siostry Ophelii, z którą później zawiązali małżeński węzeł za porozumieniem obu rodzin - nikt nie chciał ucinać tak ważnego sojuszu, które miało dać nadzieję na nowe, lepsze czasy. Wykorzystali okazję, stawiając oboje przed wyborem, który koniec końców był oczywisty.
Nie podobało mu się to, ale szedł w to na ślepo - zrzucał to na żałobę, na ciężar utraconej miłości, który parszywie ciągnął jego sylwetkę w dół, na kolana, a na przekór którego wciąż musiał trzymać plecy proste, a umysł bystry. Cecile była młoda, młodsza od Ophelii, i dla niej cała otoczka początków ich małżeństwa również musiała być wyjątkowo trudna do zaakceptowania.




Honorus

/uznanie innych/

W głębi duszy cieszył się, że niedługo po zaciśnięciu przez ich rodziny małżeńskiego węzła, wyjechał do Francji, gdzie przez cały następny rok zdobywał konieczne w swojej karierze uprawnienia i dyplomy magizoologiczne. To tam nauczono go, jak należy poruszać się w czasie obserwacji szlaków łownych kudłoni; jak rozpoznawać rytm nocny lunaballi po wysokości i fazie księżyca patrzącego na nich z góry; jak sprawdzić pola żerowania rzadkich abraksanów po ziołach, jakimi się żywiły. Mógł tego samego dowiedzieć się z licznych książek, ale nic nie zastępowało doświadczenia i praktyki pobieranych przy najznakomitszych umysłach. Cecile pojawiała się jedynie od czasu do czasu, gdy pozwalał jej na to stan zdrowia, by towarzyszyć mu w bankietach organizowanych przez tamtejsze Ministerstwo Magii, gdzie mógł zabłysnąć rozwijaną wiedzą i zdobyć znajomości, które później mogły okazać się wyjątkowo przydatne. Za każdym razem kruszyli ściany, które zbudowały wokół nich ich rodziny; rozbijali mury dystansu i braku poznania samych siebie, jednak wciąż jest przed nimi mnóstwo pracy. Po zakończonych kursach powrócił do Wielkiej Brytanii, by tam spędzić długie godziny w gabinecie ojca, omawiając z nim to, co działo się i co zadziać się miało w najbliższym czasie w ich ojczyźnie. Obaj zaciskali mocno szczęki, obaj tak samo mocno martwili się, nie tylko o swoich bliskich, ale i o ludzi, których trzymali pod skrzydłami swojego hrabstwa. Rozmawiali też o sobie, o zmianach, jakie zaszły w ich samych, o brakach, jakie należało wypełnić.
O rodzinie. Myśli Rhennarda pędziły wtedy w stronę Cecile. Wciąż nie powiła mu syna, a jej problemy ze zdrowiem wcale nie dawały nadziei na to, że prędko stanie się brzemienna. Nie chciał wywierać na niej presji, wciąż samemu nie będąc wobec niej pewien - czy naprawdę ją kochał, czy może czuł jakiś sentyment do odbicia Ophelii, które tkwiło w Cecile jak okruch lodowego kryształu? Lata jednak leciały, rodziny zaczęły upominać się o dziedzica. Wojna, która wybuchła niedługo później, pokrzyżowała wszystkie plany.
Został mimo wszystko na Wydziale Zwierząt nawet, gdy jego dobrzy znajomi pakowali swoje rzeczy do walizek, by zaraz wynieść je poza granice Ministerstwa Magii, kiedy zmiany w nim zaszły zdecydowanie za daleko, a polityka zmieniła się nie tak, jakby tego chcieli. Czystokrwistość była teraz przymusem, nie kwestią urodzenia - nie masz czystej krwi? Twoi przodkowie bratali się z mugolakami? Nie ma tu dla ciebie miejsca. Czuł, jak rośnie w nim wściekłość za każdym razem, gdy w windzie musiał wysłuchiwać kolejnych bredni na temat „tych gorszych”. Znał odpowiedź na to pytanie doskonale - nikt nie był gorszy, na pewno nie ze względu na krążącą w jego żyłach krew, nie ze względu na dom, w jakim przyszedł na świat. Czarodzieje powinni byli zostać na swojej ziemi, a tę należącą do mugoli zostawić im; oni mieli swoje prawa i monarchię, my nasz świat i Kodeks Tajności, który wszystko trzymał w ryzach. To wszystko runęło, zostały z tej misternej układanki tylko gruzy, kiedy na fotelu Ministra Magii zasiadł Cronus Malfoy. Rhett chciał zrezygnować, był już o krok, ale nie pozwalało mu na to sumienie, nie pozwalały mu na to rodowe tradycje - musiał wspierać ojca w służbie Wizengamotu, choć sam przecież tam nie zasiadał; musiał bronić tych, na istnieniu których tak bardzo mu zależało, a którzy sami obronić się nie mogli - na stworzeniach, zarówno tych niemagicznych, jak i posiadających w swoich ciałach prawdziwą magię.




Honestas

/uczciwość/

Nie chciał mieszać się w tę wojnę bezpośrednio, wciąż był obok, przekonany, że tak to powinno wyglądać od początku, kiedy jednak dotarły do jego uszu pierwsze informacje o płonących wioskach w Somerset, w których ginęły młode i starsze pokolenia magów, zaciskał zęby. Nie zgadzał się na to, by czarodzieje zabijali się wzajemnie. W walkę, której tak bardzo chciał uniknąć, wciągnął go jego przyjaciel, prowokując krótkim listem, w którym pytał dobitnie, czy wciąż chce tak trwać w tej katatonii, kiedy nad domami tuż pod jego nosem płoną mroczne znaki? Zacisnął palce na różdżce - poczuł znów dreszcz czystej magii buzującej mocno w żyłach, między kroplami błękitnej krwi. Razem dotarli do Axbridge, gdzie w świetle płomieni ukazał im się okrutny obraz wyrywanych z własnych domów czarodziejskich rodzin. Obaj rzucili się na agresorów, którzy potem okazali się być szmalcownikami, niedługo potem słychać było trzaski teleportacji - to mogli być kolejni, wezwani jakimś cudem na pomoc. Jednak czarodzieje, którzy stanęli przed nimi, przyłączyli się do ratunku. Wkrótce mgła walki rozmyła się w ciemności nocy. Obaj później lizali rany w Norton Avenue, gdzie Rhennard dowiedział się od niego o Zakonie Feniksa - lub raczej o wersji, która nie była propagowana przez fałszującego światopogląd Walecznego Maga. Przegrał wtedy wewnętrzną walkę i zdecydował, że dłużej nie będzie stał bezczynnie i czekał, aż wojenny kurz opadnie sam, pozostawiając po sobie tylko chaos. To zaszło jednak za daleko, nawet jak na niego - i cokolwiek się stanie, będzie bronił swoich bliskich do ostatniej kropli krwi.


Patronus: Długo szukał wspomnienia, które mogłoby uwolnić jego magię do tego stopnia, by pojawiła się przed nim zwierzęca forma patronusa. Wielokrotnie wspominał Ophelię, ale prędko okazywało się, że pamięć o niej naznaczona jest zbyt wielkim smutkiem, sentymentem i żałobą. Kiedy już miał dość prób i z kroplami potu skrzącymi się na skórze podchodził do ostatniej z nich, zobaczył twarz Cecile - jej jaśniejąca w blasku magii skóra, oczy, które pierwszy raz od ich ślubu były roześmiane, mocny uścisk dłoni na jego palcach, ciało przy ciele kołyszące się w tańcu na samym środku sali balowej. Przepełniła go dziwaczna, niepojmowalna ulga, z serca spadł jakiś ciężar, która na powrót miał pojawiać się i znikać, gdy tylko wypowiadał tajemne Expecto Patronum. Nic nie zastąpi dumy, jaką poczuł, gdy stanęła przed nim srebrzysta, utkana z najgłębszej białej magii sylwetka jelenia szlachetnego, tak charakterystycznego dla rodu Abbott.

Statystyki
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 155 (rożdżka)
Uroki:150
Czarna magia:00
Uzdrawianie:00
Transmutacja:00
Alchemia:00
Sprawność: 5 0
Zwinność: 10 0
Reszta: 0
Biegłości
JęzykWartośćWydane punkty
angielskiII0
francuskiII2
goblideguckiI1
trytońskiI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AstronomiaI2
Historia magiiII10
ONMSIII25
PerswazjaI2
SpostrzegawczośćI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Odporność magicznaI5
Savoir-vivreII0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Neutralny--
RozpoznawalnośćII-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I0.5
Sztuka (wiedza)I0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec balowyI0.5
Latanie na miotleI0.5
JeździectwoI0.5
PływanieI0.5
SzermierkaI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 14,5


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Rhennard Abbott dnia 19.04.22 21:53, w całości zmieniany 18 razy
Rhennard Abbott
Zawód : działacz na rzecz praw zwierząt
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
who hurt you?
my own
expactations
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle
Re: Rhennard Abbott [odnośnik]01.05.22 16:07

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Tristan Rosier

Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Rhennard Abbott Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Rhennard Abbott [odnośnik]01.05.22 16:09


KOMPONENTYlista komponentów

BIEGŁOŚCIbiegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości

HISTORIA ROZWOJU[09.04.21] Rozwój początkowy, -50 PD

Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Rhennard Abbott Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Rhennard Abbott
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach