Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Gabinet Karmazynowy
AutorWiadomość
Gabinet Karmazynowy [odnośnik]25.07.22 21:18

Gabinet Karmazynowy

★★★★
Gabinet Lwic, Karmazynowy Gabinet, Gabinet Koralowy - wyróżniajace się na tle chłodniejszych barw La Fantasmagorii pomieszczenie ma wiele nazw, lecz ostatnio funkcjonuje (przynajmniej oficjalnie) pod innym mianem - Gabinetu madame Mericourt. Pokój ma w sobie ognistą, krwawą, różaną iskrę, ciemny dębowy parkiet i boazeria z dębowego drewna stanowią ramę dla imponujących fresków i obrazów, głównie o tematyce egzotycznych polowań i piękna dzikiej natury. Główną uwagę skupia jednak wielkie malowidło naścienne utworzone za biurkiem madame Mericourt, to na nim zaczarowane lwice prężą lśniące złotem ciała, czając się do skoku. Namalowano je z zaskakującą precyzją, momentami wydają się niemalże żywe, gotowe, by wybiec z drewnianej ramy wprost na wygodny fotel skryty za blatem biurka.
Nieprzypominającego typowych, dyrektorskich biurek, zbudowanych po to, by przytłoczyć gościa. To należące do Deirdre stoi na smukłych nóżkach, przypomina raczej wariację na temat toaletki lub ręcznie wyciosanego ozdobnego stolika. Na blacie zawsze stoi bukiet czerwonych róż lub lilii, w powietrzu jednak czuć wyłącznie woń opium. Duże okna wychodzące na ogrody La Fantasmagorii przesłonięte są prawie zawsze ciężkimi kurtynami, lecz złote elementy wykończenia i ozdoby błyszczą nawet w półmroku. W kącie pomieszczenia stoi magiczny gramofon, wygrywający najczęściej klasyczne utwory Czajkowskiego, Beethovena, Wagnera i Dvoraka. Tuż obok niego znajduje się wygodny komplet sof, szezlongu i foteli, idealny na dyskusje w nieco większym gronie.
Dopiero wprawny obserwator dostrzeże szklaną gablotę przy bocznej ścianie - to w niej znajduje się Order Merlina Pierwszej Klasy wraz z innymi odznaczeniami.
[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Gabinet Karmazynowy Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Gabinet Karmazynowy [odnośnik]27.07.22 22:58
| 15 IV

Po raz pierwszy od dawna czuła się w La Fantasmagorii obco. Pozornie niewiele się zmieniło, wciąż prawie nie opuszczała budynku, który znajdował się pod jej troskliwą pieczą - ot, przesunęła się tylko na bardziej reprezentacyjne piętro, a oprócz przemykania za kulisami i sporadycznego zajmowania bocznego sekretarzyka w gabinecie towarzyskim, otrzymała własny kąt - lecz choć lokalizacja pozostała ta sama, odczucia z nią związane okazały się skrajnie odmienne. Trochę ciągle nie wierzyła w to, co stało się w ciągu ostatnich dwóch tygodni: nieco wstydliwie przyznawała to przed samą sobą, miała za sobą wiele rozmów, decyzji i planowania, powinna już okrzepnąć w nowej roli i przywyknąć do pojawiających się na biurku listów z gratulacjami, ale...
Ale, no właśnie. Nie przywykła ani do listów kierowanych do namiestniczki Londynu, ani nawet do finezyjnie wyrzeźbionego z drewna biurka, za którym siedziała tego zadziwiająco deszczowego, choć ciepłego, późnego wieczoru, kreśląc ostatnie odpowiedzi na nowej papeterii. Odpisywała każdemu, podtrzymanie - lub nawiązanie - dobrych relacji z wpływowymi czarodziejami stało się teraz jeszcze ważniejsze niż kiedykolwiek, lubiła to nawet, lecz zmęczenie dawało się we znaki. Oprócz obowiązków służbowych i reprezentacyjnych, nasilających się od uroczystości pod pomnikiem Cronusa Malfoya, na jej barkach ciążyło także wychowanie bliźniąt: ostatnio chyba przechodziły coś, co Agatha nazywała skokiem rozwojowym, choć Deirdre uznawała to za oznakę diabelskiego pochodzenia. Myssleine i Marcus przechodzili samych siebie, a rozpaczom, kaprysom i niszczycielskim zabawom nie było końca; doprawdy, nie wiedziała, jak radziły sobie normalne matki, zamknięte w domach ze swym potomstwem przez całą dobę. Nawet ona, wyposażona w niańkę i opiekunkę, była przekonana, że od szaleństwa - albo uspokojenia dzieci czarnomagiczną klątwą - dzieli ją dosłownie jeden atak histerii Myssie, wściekłej, że matka nie odczyta jej dzisiaj kolejnego rozdziału baśni.
Wspomnienie ostatniej potyczki z córką przywołało na twarzy Deirdre machinalny łagodny uśmiech; jednak gdy tylko zdała sobie sprawę z tego rozrzewnienia, nieprzystającego do pozy madame Mericourt, spoważniała, mocno stawiając kropkę pod listem do lordów Parkinsonów. Była przede wszystkim Śmierciożerczynią, sługą Czarnego Pana, zaledwie krok później należała do Tristana, matką - uznawała się za nią w ostatniej kolejności, przynajmniej oficjalnie. Świadomość, że coraz częściej jej myśli kierują się ku bliźniętom, irytowała ją. Sięgnęła zamaszystym gestem po kieliszek czerwonego wina, upiła kilka łyków i przełożyła korespondencję z jednego brzegu blatu na drugi - niezbyt zaskoczona akompaniamentem tego gestu. Krótkie stuknięcie do drzwi anonsowało kolejnego gościa; wątpiła, by o tej porze pojawiał się ktoś z szlachty, nie miała też zapisanego w kalendarzu ważnego spotkania, a pracownicy opuścili w większości La Fantasmagorię. Uniosła wzrok znad stery równo ułożonej korespondencji, już od progu rozpoznając sylwetkę gościa. Dziwne, że pojawił się dopiero teraz, nie miała jednak pretensji, nie czuła się zawiedziona; ich relacja należała do tych postrzępionych, budujących się powoli, ale nieustępliwie, na zaskakująco mocnym fundamencie. Wysoki wzrost, barczysta sylwetka, młodzieńczy, żywy, źrebięcy w pewny sposób chód - nawet kątem oka była w stanie dostrzec w tłumie swojego - czyż nie mogła już go tak nazywać? - podwładnego. Chłopca na posyłki, który mile przerósł oczekiwania, stając się kilka miesięcy temu jednym z milszych zaskoczeń. Zarówno na stopie oficjalnej, jak i prywatnej; przeskoczył ustawioną wysoko poprzeczkę z gracją - i arogancją, która jednak dodawała mu chłopięcego jeszcze uroku. Bawił ją - gdy próbował bawić się nią. Intrygował. Lubiła mu się przyglądać, badać błękitne oczy i blask, który się w nich krył; lubiła zastanawiać się, kim brunet będzie za kilkanaście lat, czy życie utemperuje chmurny charakter, czy też pozwoli mu rozkwitnąć w najgorszych, megalomańskich barwach. Te obecne, wojenne, pełne nastoletniego niemal wigoru, odmalowywały aktualnie miłą odskocznię od pracy. Rozrywkę, mogącą przynieść jej także kilka wartych przeanalizowania opinii. Odłożyła papiery, odłożyła pióro i rozparła się w fotelu, przyglądając się czarodziejowi spod półprzymkniętych powiek. Oceniająco, pytająco, surowo - i w pewien dziwny, niepokojący sposób, z sympatią. Wsparła dłonie o podłokietniki, jedwabna sukienka stylizowana na quipao, oblekająca jej ciało od łydek do szyi, stanowiła czarną plamę na tle karmazynowej aury pomieszczenia. Włosy zlałyby się z ubraniem, ale miała je spięte wysoko, jak zwykle, w ścisłym koku, z wetkniętą w niego szylkretową ozdobą.
- Czy to coś pilnego? - spytała zamiast powitania, porzucili już taniec tytulatury; była zajęta, jednak nie aż tak, by go odprawić: znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że gdyby naprawdę nie miała dla niego czasu, pocałowałby klamkę, a drzwi gabinetu madame Mericourt pozostałyby zamknięte. - Jeśli przyniosłeś kwiaty, zostaw je na zewnątrz, na końcu korytarza - idąc do gabinetu, którego jeszcze nigdy nie widział, pokierowany przez odźwiernego, musiał widzieć bukiety zaściełające stolik na półokrągłym zakończeniu małego korytarzyka. Wątpiła, by przybył po to, by obsypać ją bukietami i gratulacjami, ale może się myliła. Czasem udawalo mu się ją zaskoczyć. - Co myślisz? - dodała tym samym tonem pozornie uprzejmego zainteresowania, nie doszczegółowiając krótkiego pytania. Co myślał o tym, że otrzymała Order Merlina? Londyn? A może co myślał o tym gabinecie, w jakim jeszcze nigdy się nie spotkali?


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet Karmazynowy [odnośnik]28.07.22 8:20
Przypuszczam, że o oficjalną audiencję u namiestniczki Londynu musiałbym ubiegać się korespondencyjnie z wyprzedzeniem. Mylę się? — powściągliwe skinienie głowy poprzedziło zamiar przekroczenia progu sali tronowej, prywatnego gabinetu madame Mericourt w gmachu świątyni sztuki La Fantasmagorie. Nie dałem po sobie poznać, jakobym gościł w obcych progach, godząc uprzejme maniery z naturalną (ciut arogancką, lecz w oczach Azjatki postrzeganą przez pryzmat przymiotu) swobodą zachowania. Skąpana kwietniową mżawką fedora, wespół z eleganckim, szytym na miarę czarnym płaszczem, spoczęła na haczyku szatni u odźwiernego; teraz wizerunkową butność podkreślałem podwiniętymi mankietami śnieżnobiałej koszuli, które odkrywały subtelnie umięśnione przedramiona, gdy resztę tułowia zdobiła grafitowa kamizelka w paski z czerwonym krawatem pod szyją. Błyszcząca w mych oczach filuteria zdradzała odpowiedź na dominacyjny przytyk, nim jeszcze z ust padły jakiekolwiek słowa. — Uznałem, że francuskie róże będą wybornie komponować się na tle mniej okazałego bukietu od Pana Kruegera — tryumf własnej inicjatywy zadźwięczał zmanierowaną barwą głosu. Pominąwszy, że gest wynikał z pewnej przekory, miałem świadomość, że kwiaty były najmniej interesującym aspektem tego spotkania; podobnych bukietów musiała dostawać na pęczki przez ostatnie dwa tygodnie, które odmieniły wszak jej życie — a na tę okazję miałem prezent specjalniejszy, niż więdnące rośliny.
Każdy jej sukces przybliżał mnie do moich własnych; w specyfice tej trudnej do deskrypcji relacji pewne były wyłącznie dwie cechy — obustronna lojalność i korzyść. Ale po kolei, bo historia tego zwycięstwa sięga, o ironio, pierwszego kwietnia — święta, które wyjątkowo nie imało się tradycji słynnego Prima Aprillis, drwiąc sobie wyłącznie z daty. Obchody tegorocznego zwycięstwa Malfoya i sług Czarnego Pana miały wyjątkowo podniosły charakter; w gazetach dzień ten ochrzczono wszak dniem "końca Zakonu Feniksa", a ceremonia rozdania Orderów Merlina dla najbardziej zasłużonych wsławiła imiona wielu reprezentantów naszej sprawy. Nie będę ukrywać, z początku zżerała mnie zazdrość — i motywujące poczucie błędu, że nie starałem się wystarczająco, aby to moje imię brylowało wówczas na piedestale. Wciąż byłem młody, wciąż miałem szansę sprawić, że świat pewnego dnia padnie mi do stóp, ale dotychczasowe starania to za mało, aby choć liznąć przysługującej mi władzy. Mimo to nie zostałem całkowicie pominięty; otrzymałem przecież zaproszenie na zamkniętą celebrację sukcesu, która miała miejsce po zakończeniu oficjalnych obchodów. Dzięki temu miałem okazję zademonstrować się przed najwybitniejszymi czarodziejami Wielkiej Brytanii, o których legendy pisać będą za życia — a to przybliżało mnie do tego elitarnego grona, bynajmniej nie jedynie za sprawą koneksji ze Śmierciożerczynią, którą dziś odwiedziłem.
Choć zapewne Deirdre miała w tym swój udział, nawet jeśli nieświadomy. Nie wiedziałem, jak wiele osób zdaje sobie sprawę z naszej relacji, zakrawającej zarówno o biznesowe, jak i prywatne stosunki, lecz przypuszczałem, że grono zainteresowanych zdołało już usłyszeć podszepty na mój temat. Te drugie (stosunki), choć formalnie niereprezentatywne, otwierały wiele zamkniętych przede mną drzwi. Nie tylko dlatego, że mogłem poszczycić się zainteresowaniem samej madame Mericourt; pragnąłem niezależności, wsławienia się własnym nazwiskiem. Większą korzyść dawały mi jej lekcje, z których mogłem wyciągać rozwijające wnioski. Deirdre była kimś więcej niż znajomą, do której pałałem podziwem i fascynacją. Była moją przyjaciółką; kusicielką, niedostępną kochanką, obiektem pożądania. Moją mentorką i największym autorytetem, mistrzynią, którą pewnego dnia przerosnę, aby role mogły się odwrócić. Z wicewersą zaskarbiłem jej zaufanie i uzmysłowiłem sobie, że w niespełna rok Azjatka stała się jedną z najważniejszych kobiet — nie, nie kobiet, w ogóle osób — w moim życiu. Właśnie dlatego z pieczołowitością pielęgnowałem tę relację: zawdzięczałem jej wiele więcej niż karierę.
Delektowałem się widokiem karmazynu i lśniącego złota w blasku rozpalonych kandelabrów, które w półmroku zasłoniętych kotar nadawały miejscu intymnej nastrojowości. Nie spieszyłem się z odpowiedzią; łowiłem wzrokiem detale kunsztu, z jakim wykonano drewniane biurko, wystroju wnętrza i — co mogło wydawać się oczywiste — obrazów, które pasjonowały mnie najbardziej. Egzotyczna, niemalże orientalna tematyka budziła skojarzenia z drapieżnym charakterem rezydentki gabinetu, pozbawiając wszelkich złudzeń polemistów podważających jej silną osobowość. Można było poczuć, że mimo przepychu, jest w tym miejscu cząstka jej duszy. Najbardziej oddawał to chyba naczelny obraz, tuż zza jej fotela, który odzwierciedlał akt polowania złotych lwic na tyle realnie, że z pewnej perspektywy można było odnieść wrażenie, jakby zamieszkałe na płótnie drapieżniki były żywe, zaczarowane. W samym wystroju dostrzegałem jednak pewne braki, które zamierzałem uzupełnić, choć jeszcze nie dziś.
W końcu bowiem udało mi się odkryć to, co rzucać się w oczy nie miało — szklaną gablotę z odznaczeniami Deirdre Mericourt. Nie miałem wątpliwości, że najbardziej liczyła się dla niej własna satysfakcja i duma z osiągnięć, których dokonała; Order Merlina Pierwszej Klasy miał jej tylko przypominać, do czego w życiu doszła, pokonując wszak niełatwą (kobiecą) drogę do celu. To jedna z cech, która imponowała mi w jej charakterze. Zacmokałem z uznaniem, przyglądając się bliżej Orderowi z dłońmi splecionymi za plecami. — Myślę, że to w pełni zasłużona nagroda, którą dawno winnaś była otrzymać — przyznałem z nieposkromioną pewnością w głosie. Nie znałem całych dziejów jej historii, ale dzieliłem z nią wiele sekretów — a ona dzieliła je ze mną; słyszałem o rzeczach, które świadczyły nie tylko o jej dokonaniach, ale i głębokim zaufaniu do mojej osoby. Dzięki temu potrafiłem orzec, że czarownica stopniowo doszła do wszystkiego, co posiada dzięki prawdziwej potędze, którą trzeba było docenić. — Wystrój nie jest kompletny - to niedopuszczalne, aby w gabinecie namiestniczki Londynu brakowało jej własnego portretu. Pozwól mi to zmienić; jeśli zgodzisz się dla mnie zapozować, przeleję na płótno całą swoją pasję i talent, aby uwiecznić Twój majestat — rzekłem, raczej niespodziewanie. Ktoś tak potężny zasługiwał na taki prezent. Choć w Wielkiej Brytanii było wielu bardziej uzdolnionych artystów ode mnie, przypuszczałem, że dla Deirdre bardziej niż kunszt wykonania, będzie miał znaczenie gest i sentyment. A skoro już błądzę w gdybaniach, ciekawiło mnie, jak się czuła ze swoim awansem. — Jak odnajdujesz się w nowej roli? — spytałem z zainteresowaniem. I pewną troską, skrytą gdzieś za fasadą chłodu, gdyż jawne okazywanie uczuć i emocji nam nie przystawało. Wyglądała na przemęczoną; uważałem, że należał jej się odpoczynek. — Powinniśmy uczcić Twój awans — zaproponowałem, wyjawiając też intencje wizyty.
Maximillian Crabbe
Zawód : rachmistrz w filharmonii
Wiek : 21
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15 +2
CZARNA MAGIA : 5 +3
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11298-maximillian-crabbe#347377 https://www.morsmordre.net/t11304-fortuna#347642 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f430-borough-of-bexley-braidwood-passage-13-8 https://www.morsmordre.net/t11306-skrytka-bankowa-nr-2469#347644 https://www.morsmordre.net/t11305-m-crabbe#347643
Re: Gabinet Karmazynowy [odnośnik]30.07.22 9:16
- Przynajmniej pięciodniowym, niestety, ostatnio mój harmonogram jest jeszcze bardziej napięty, nie pozwalając na bezowocne spotkania stricte towarzyskie - odparła swobodnie, tak miękko, jakby wcale nie próbowała w dość subtelny sposób przekazać mu, że uważa jego nonszalanckie najście za bezproduktywne. Tak naprawdę wcale tak nie myślała, spodziewała się go, Maximilian mógł też posługiwać się niewidoczną, nieoficjalną przepustką: nigdy nie wykorzystywał immunitetu, pozwalającego mu na odwiedziny u madame Mericourt o niemal każdej porze, a jeśli już zjawiał się w nieprzepisowych ramach czasowych, zawsze przynosił ze sobą ważne wieści. Nie tylko dotyczące umów i rozliczeń z wypożyczonymi z filharmonii muzykami; umiejętnie zbierał plotki, a nawet kiedy na jej biurku nie lądowały pergaminy zapisane rzędami cyfr, oferował jej coś więcej - chwilę relaksu, rozluźnienia, rozrywki, tak innej od tych, w których lubowała się w nieco dojrzalszym towarzystwie. - Francuskie róże, doskonale. Wiesz, jak mnie zadowolić - uśmiechnęła się chwilę później, uroczo, słodko; w policzkach pojawiły się dołeczki, mogące nadać jej wyglądu kokietującej niewinnością dzierlatki, nieświadomej dwuznaczności słów, ale w obramowaniu ostrych, egzotycznych rysów oraz surowego, lodowato drapieżnego spojrzenia kocich oczów, wydawały się nieprzyjemnym elementem, psującym całość układanki. Uśmiech był wiarygodny, Crabbe mógłby się na niego nabrać, uznając, że kryje się pod nim nieskrępowana radość z wyboru kwiatów, uszczęśliwiająca madame Mericourt niemal do łez - mógłby, ale znał ją już zbyt dobrze. Nie interesowały ją bukiety, prezenty i wyrazy uznania; nie, jeśli pochodziły od ludzi, którzy nie stanowili dla niej autorytetu. Gest Maximiliana był jednak miły, nieco ironiczny; może kiedyś dowie się, dlaczego francuskie róże są szczególnie miłe sercu Dei. Sam fakt, że w ogóle rozważała podzielenie ciężaru tajemnicy na jeszcze jeden urywek, stawiał młodzieńca w niewielkim gronie bliskich znajomych - nie próbowała go jednak nazywać ani umieszczać w żadnej z szufladek. Na razie określała Crabbe'a mianem przydatnego. Miłego dla oka. W figlarny i odważny sposób zabawnego. Pełnego pacholęcej jeszcze werwy i nieposkromionej jeszcze męskiej megalomanii. W oczach Mericourt był głównie potencjałem, a przecież lubiła obserwować rozwój czarodziejów, zwłaszcza, gdy mogła mieć na nich tak wielki wpływ. W wielu aspektach.
Zdawała sobie sprawę z zainteresowania, jakie wywoływała w mężczyźnie, zauważała jego dłuże, nieco lepkie spojrzenia, zaciśnięcia warg, zmrużenie powiek nad jasnymi tęczówkami; nie strofowała go jednak, udawała, że nie dostrzega intensywności intencji ani gęstości aury między nimi. Budowała na niej, być może naiwnie; wykorzystywała go tak, jak wykorzystywała innych czarodziejów, lecz w przypadku Maximiliana natężenie dwuznaczności nie przynosiło obrzydzenia. Być może wykazywała się okrucieństwem, pozwalając mu śnić - bawiła się jednak doskonale, tak, jakby w chwilach nudy wyciągała z szuflady puchatego kota, by z uśmiechem obserwować jego podskoki, ściganinę za nieosiągalnym piórkiem i szczerzenie zębów. Nie przypuszczała, że ta zabawa może okazać się mieczem obusiecznym, nie doceniała Crabbe'a, ale o tym miała się dopiero przekonać, tkwiąc w błogiej nieświadomości - szczerze zadowolona z tej wizyty, potrzebowała przerwy. Odsunęła się nieco od biurka i przeciągnęła, przekręciła głowę, uniosła na moment ramiona, tak, jakby była tu zupełnie sama, w mgnieniu oka powróciła jednak do eleganckiej pozycji na fotelu, tym razem podniesieniem brwi komentując szczodrą, malarską ofertę.
- Nie jestem mężczyzną, nie potrzebuje połechtania wrażliwego ego i codziennego zaspokajania miłości własnej spoglądając znad biurka na swą majestatyczną podobiznę - skontrowała powolnym, nonszalanckim tonem; nie czuła potrzeby, by w pomieszczeniu znajdowała się jej podobizna. - Jeśli po prostu chcesz, żebym ci zapozowała, wystarczy poprosić. Nie musisz szukać wymówek - spoważniała, uśmiechając się lekko, odrobinę kpiąco, acz bez wrogości czy ostrej ironii. Czym była chęć uwiecznienia jej na płótnie? Co skrywała pod zwykłą uprzejmą ofertą, typową dla artystów? - Ale nie wiem, czy wiesz, na co się piszesz. Ostatni człowiek, który mnie namalował, zginął w Tower - poinformowała lojalnie, z cichym, teatralnym westchnięciem; nie wracała myślami do Bojczuka, nie przejmowała się jego losem; najpewniej zgnił w celi, pożarty żywcem przez szczury, świeć Merlinie nad jego pokręconą, chaotyczną acz utalentowaną duszą. Szkoda, że był brudny, cóż jednak zrobić? Było, minęło, akt, który namalował Johnatan nie dotarł jeszcze do nadawcy; może powinna to zmienić, wykorzystać obraz w inny sposób - zwłaszcza w świetle ostatnich namiętnych wydarzeń - ale na razie o tym nie myślała, powoli przechodząc z trybu pracoholiczki do trybu...opiekunki, mentorki, przewodniczki? Powierniczki? - Podobno malując kogoś odbierasz mu kawałek duszy. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem? - uniosła lekko brwi, przyglądając się jego sylwetce, poruszającej się po jej gabinecie z niemalże oburzającą swobodą. Zmniejszył dzielący ich dystans, skierował się jednak ku gablocie z namacalnym dowodem na społeczny, magiczny i zawodowy awans. Spełnienie marzeń zamknięte za szkłem; ostateczna nagroda, ucieleśnienie pragnień czarownicy o szalonej ambicji - dlaczego więc nie czuła się w pełni szczęśliwa? Sięgnęła po wieczne pióro i obróciła je kilkukrotnie w dłoniach, z wprawą, z jaką posługiwała się różdżką. - Jesteś zdecydowanie zbyt łaskawy. Tego typu nagrodę otrzymywali czarodzieje i czarownice po latach, ba, dekadach udowadniania swych zasług. Osiągnęłam wiele, to prawda, ale kilka lat temu... - zawiesiła na moment głos, ni to zdezorientowana, ni zirytowana, że ciągle porównywała się z Miu; z dziewczyną, która przecież umarła, przepadła bezpowrotnie - na pewno na ten order nie zasługiwałam - dokończyła, prostując komplement Maximilliana. Chciał dobrze, jego słowa wiele dla niej znaczyły, ale w jej oczach był tylko - albo raczej , biorąc pod uwagę, jak niewielu ludzi dopuszczała do siebie - chłopcem. Zabawne, dzieliło ich zaledwie kilka lat, specyficzna orientalna uroda mogłaby wręcz stawiać Deirdre w roli jego równolatki, ale to też od siebie odsuwała, woląc spoglądać na Crabbe'a z piedestału seniorki i mentorki.
- Nie wiem - odpowiedziała zaskakująco szczerze, ciszej. Dawno nikt nie zapytał jej o to z tak jasnymi intencjami, nie po to, by wychwycić jej słabe strony, ale z prawdziwej...troski? Chęci oceny ryzyka? Potencjalnych korzyści? Wiedziała, że jej protekcja nad Maximillianem stanie się teraz dla niego złotym biletem. Nowa rola miała przynieść i jemu nowe wyzwania oraz szanse. - Na razie niewiele się zmieniło. Nowy gabinet, nowy podpis, nowy rodzaj spojrzeń, plotek i komentarzy na mój temat; do tego wysyp gratulacji, listów z przypomnieniem o fałszywych przyjaźniach oraz zaproszeń na w większości nudne bankiety. Prawdziwy początek namiestnictwa nadejdzie pewnie za kilkanaście dni, gdy oficjalnie podejmę się nowych obowiązków, porozumiem się z dotychczasowymi zarządcami i wpływowymi londyńczykami - przesunęła wzrok gdzieś w dalej, za roziskrzone promieniami zachodzącego słońca okno. Czuła ekscytację, dumę i...lęk, ciągle nie wiedziała, jak poradzi sobie na tej zupełnie nowej ścieżce, ale nie chciała okazywać niepewności. Nie przy Maximillianie, choć i tak znał ją na tyle dobrze, by wyczuć pewne...wahanie. Trwające zaledwie sekundę, zamyślenie minęło, na twarzy Deirdre powrócił nieco sardoniczny, koci uśmiech. - W jaki sposób? - zapytała szybko, odkładając pióro, którym do tej pory się bawiła. Nie podniosła się z krzesła, założyła tylko nogę na nogę, z spojrzeniem wciąż utkwionym w stojącym nieopodal gabloty mężczyźnie.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet Karmazynowy [odnośnik]03.08.22 10:04
Może to objaw egocentrycznej arogancji, skrzętnie pielęgnowanej sukcesami, zbliżającymi mnie ku manii własnej wielkości, a może znałem tę kobietę już zbyt dobrze, by łudzić się, że wyrażała szczere zdegustowanie moim najściem. Deirdre była kobietą pełną sprzeczności; odrzucała od siebie myśl, że komukolwiek pozwoliłaby się do siebie zbliżyć choćby na krok, lecz nie dostrzegała, że ta pewność zgubnie ją zaślepia. Nie robiłem sobie niczego z jej odgórnego traktowania, grałem w tę grę, respektowałem protekcjonalizm i dominującą pozycję silnego charakteru — tylko na pozór uchodząc za uległą stronę. Madame Mericourt nie zdawała sobie nawet sprawy, że każde spotkanie tylko umacniało nasze więzi, budując napięcie zależności, które umacniało moją pozycję. Było bronią obosieczną, grało także na moich emocjach, ale co ważniejsze — przedzierało się przez luki w jej defensywie, nieświadomie czyniąc ją podatną na mój wpływ. Idąc tym tokiem, nie obchodziło mnie czy uważała mnie wyłącznie za chłopca, czy zabawkę; oszukiwała samą siebie, a ja zamierzałem jej to niespiesznie udowodnić. — Przemęczenie prowadzi do bezproduktywności, a w swojej nowej roli zdajesz się nie mieć miejsca na pomyłki. Określiłbym swoje najście raczej odsieczą — subtelne wygięcie kącików ust jakby odzwierciedlało wypowiedziane intencje. Tylko obleciałem wzrokiem osobliwie kobiece biurko, na którym widniała cała sterta korespondencji; o zgrozo, tak teraz wygląda jej praca? — Spędzanie wieczorów do późnych godzin na papierkowej robocie jest do Ciebie zupełnie niepodobne — skomentowałem zaczepliwie. — Zawsze wydawałaś mi się kobietą czynu, która nie pozwoliłaby usadzić się za biurkiem — czyżby ktoś tym awansem starał się jej przekazać jakieś ukryte przesłanie? Nie od dziś wiadomo, jakie mężczyźni mają zdanie na temat kobiet wprawnie posługujących się magią, stających obok nich na pierwszej linii frontu. Pamiętna dysputa na podobny temat odbyła się wszak tuż po wręczeniu Orderów Merlina w gronie dżentelmenów odznaczonych za bohaterstwo, którzy zgodnie przyznali, że miejsce kobiety jest w domu przy dzieciach, tudzież na scenie, nie w boju. Tylko komu w jej przypadku by na tym zależało?
Mogłem spodziewać się podobnej reakcji na swoją propozycję, ale nie spodziewałem. Przyznam, że drgnęła mi powieka, zdradzając zbicie z pantałyku, ale tylko przez moment — w głowie już zrodziła się riposta, której nie omieszkałem wyrazić na głos. — Przyjmuję, że do łechtania kobiecego ego wystarczą godziny spędzone przed lustrem na upiększaniu zmysłowego lica — odgryzłem się, ujawniając małą hipokryzję rozmówczyni, wyraziście dając przy tym znać, że wdałbym się w polemikę na poruszony temat. — Respektuję Twoje zdanie, lecz podtrzymuję wysnutą ofertę - jeśli tylko znajdziesz w harmonogramie lukę na bezowocne spotkanie towarzyskie, to byłby dla mnie zaszczyt — za jej propozycją nie krył się bezinteresowny gest, ceniła swój ograniczony czas. Wyszedłem z założenia, że ochocze przyzwolenie na wykonanie jej portretu wynikało z ukrytej intencji, której bynajmniej nie zamierzała wyrażać na głos. — Zaryzykuję, to już postanowione, aczkolwiek intryguje mnie ta przestroga. Zechciałabyś podzielić się ze mną tą historią? — Deirdre bardzo łatwo się było narazić, wcale mnie to nie dziwiło. Aczkolwiek, jeśli portrecista trafił do tego przeklętego więzienia, to w dalszym ciągu czekał go los znacznie przychylniejszy niż bezpośrednia konfrontacja z kobietą, która niewysłowionym gestem potrafiłaby wprowadzić dowolną istotę w kompulsję plucia własnymi wnętrznościami. Tym bardziej ciekawiło mnie, w jaki sposób ów malarz jej podpadł i dlaczego była dla niego tak łaskawa. — Jeśli portret jest dla Ciebie tylko skrawkiem płótna pokrytego farbą o ładnych konturach, nie da się w nim zawrzeć esencji wewnętrznego piękna — odparłem na egzystencjalne zagadnienie, robiąc krótką pauzę, by ubrać myśl w słowa. — Kiedy jednak artysta i model zawrą symbiotyczną więź, której przyświeca szczera idea tchnięcia w ten obraz życia, uważam, że oboje dobrowolnie oddają mu kawałek duszy; tak powstaje arcydzieło — czyli owoc starań pasjonatów niepozbawionych talentu, których zamiłowanie sięga znacznie dalej, niż kreślenie beznamiętnych kształtów wyzbytych tej duszy. Prawdziwej sztuki nie da się bowiem wyrazić, ni odebrać zmysłami cielesnej powłoki. Do tego potrzebna jest wrażliwość, skryta nawet gdzieś głęboko tak zatwardziałych istot, jak madame Mericourt.
Wkrótce, lawirując między tematami rozmów, powróciliśmy do wątku jej awansu, kiedy miałem przyjemność zachwycać się widokiem najwyższego z odznaczeń, jakie można było otrzymać w czarodziejskim świecie. — Czy nie czyni Cię to najpotężniejszą z nich? Marzenie, którym wielu czarodziejów bezskutecznie dedykowało swoje marne życia, spełniłaś u boku Czarnego Pana w zaledwie kilka lat w niepowtarzalnym stylu. Ukształtowaliście nową, brytyjską rzeczywistość, a to przecież dopiero początek. Dziś jest Londyn; jutro - cała Anglia, wyspy i cała Europa. Na świecie istnieje tylko kilku czarodziejów zdolnych Ci dorównać i wszystkich miałem okazję podziwiać u Twojego boku przez ostatni rok. Pewnego dnia cały świat padnie nam do stóp — nie dało się ukryć, że już teraz dość śmiało zakładałem, że zasługuję, by stać obok najlepszych — Właśnie dlatego uważam, że jesteś dla siebie zbyt surowa. Patrz w przyszłość, nie przeszłość — zakończyłem z determinacją, nie wnikając w intymną historię jej sprostowania. Naciskanie na takie tematy było nie tylko nieuprzejme, ale i ryzykowne — często odnosiło odwrotny od zamierzonego skutek; wolałem zaczekać, aż sama zechce podzielić się, dlaczego lata temu nie czułaby się tym orderem wyróżniona. Najważniejszym pozostawał fakt, że tu i teraz — była jedną z najpotężniejszych czarownic wszech czasów, a historia znała ich naprawdę wiele.
Byłem usatysfakcjonowany, że wreszcie porzuciła gardę i na moment zlikwidowała między nami jakiekolwiek bariery stale podkreślanej wyższości, aby się przede mną uzewnętrznić. Może to pokrętne, ale na swój sposób naprawdę mi na niej zależało i potrafiłem docenić te gesty nie tylko przez pryzmat wiążących się z nimi korzyści. Sygnalizowała mi w ten sposób, że czuje się przy mnie bezpiecznie i nie da się ukryć, że łechtało to moje męskie ego. — Sprawiasz wrażenie nieprzygotowanej na objęcie tej posady. Popraw mnie, jeśli się mylę. Jaka wizja przyszłości Londynu rysuje się w Twojej głowie? Jakie będą Twoje pierwsze dążenia w nowej roli? — nie wypowiedziałem pytania, które nurtowało mnie najbardziej; czym tak naprawdę różnić się będzie jej zakres obowiązków od dotychczasowych, Śmierciożerczych? Czy nie była to wyłącznie funkcja reprezentatywna, która tylko iluzorycznie otwierała przed nią nową ścieżkę? Być może osiągnęła już taką potęgę i wpływy, że tylko wśród najwierniejszych sług Czarnego Pana miała sobie równych?
Obszedłem wokół pomieszczenie, nie racząc jej werbalną odpowiedzią, gdy zainteresowała się propozycją uczczenia awansu. Zacząłem od włączenia cichej muzyki na gramofonie, puszczając kompozycję najznamienitszych artystów klasycyzmu, aby nadać chwili stosownej nastrojowości. Zatrzymałem się za jej plecami, pozwalając by dotyk dłoni, ostałych ciepłem pomimo dzwoniącej za zasłoniętymi oknami ulewy, rozpłynął się po smukłych, umęczonych barkach. Masaż nie trwał długo; zastąpił go dźwięk rozlewanego do szkła eleganckiego alkoholu. — Za relaks i ciągłość w pasmie wiecznej pomyślności — zaproponowałem toast, który nie bez kozery nawoływał do odpoczynku; tymże w mojej wizji miał się skończyć ten wieczór.
Maximillian Crabbe
Zawód : rachmistrz w filharmonii
Wiek : 21
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15 +2
CZARNA MAGIA : 5 +3
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11298-maximillian-crabbe#347377 https://www.morsmordre.net/t11304-fortuna#347642 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f430-borough-of-bexley-braidwood-passage-13-8 https://www.morsmordre.net/t11306-skrytka-bankowa-nr-2469#347644 https://www.morsmordre.net/t11305-m-crabbe#347643
Re: Gabinet Karmazynowy [odnośnik]08.08.22 19:02
Zmarszczyła starannie wypielęgnowane brwi, zwinnie podążając za nim w tym werbalnym tańcu drobnych kuksańców, niedopowiedzeń i metafor. - Z odsieczą? Sugerujesz, że potrzebuję ratunku? - zdziwiła się teatralnie, jakby nie do końca rozumiejąc jego aż nazbyt jasną sugestię, stawiającą go w roli wybawcy, bohatersko zjawiającego się w La Fantasmagorii, by uratować z opałów przemęczenia biedną niewiastę, nieświadomą natłoku obowiązków. Wcale aż tak nie różniących się od tego, czym zajmowała się dotychczas. Maximillian mógł być tego nieświadomy, rzadko kiedy widywał ją w takiej biernej roli: zazwyczaj brylowała na salonach, prowadziła wernisaże, tworzyła wokół siebie kółeczko artystycznej adoracji, ugrywając kokieterią swe towarzyszkie - i nie tylko - zwycięstwa. Westchnęła ciężko, na moment przykładając palce do swej skroni, w geście przedramatyzowanej troski lub dyskomfortu. - Gdy byłam w twoim wieku też wydawało mi się, że praca za biurkiem jest przeciwieństwem działania i aktywnego parcia ku zwycięstwom; że nie można się nią cieszyć... - zawiesiła głos; głos modulowany tak, że mógłby należeć do posiwiałej seniorki rodu. Ostatnia głoska wybrzmiała do końca, szybko zastąpiona zupełnie inną melodią, szczerą, ostrą, pogodną, pomimo oczywistego przytyku. - Nie, to nieprawda, nigdy nie byłam tak naiwna - uśmiechnęła się ujmująco, śmiało spoglądając w jasne oczy mężczyzny - Od zawsze wiedziałam, że to w księgach i rzetelnym przygotowaniu kryje się prawdziwa słodycz triumfu - splotła na moment dłonie na podołku, właściwie rada, że bawili się w ten sposób. Mogła udzielić mu cennej lekcji. Serwowanej mniej lub bardziej wprost, lubili się przecież w niedookreśleniu, zawsze gdzieś pomiędzy, zawsze w ulotnym napięciu, wymykając się szufladkom i kategoriom, które sama Deirdre tak ukochała. - Ale nie martw się, kiedyś to zrozumiesz. Zresztą, dziwi mnie, że mag zakochany w liczbach nie docenia spędzania namiętnych wieczorów ze stertami pergaminów. Masz może inne rozrywki ostatniego czasu? - zagadnęła uprzejmie, ciekawa odpowiedzi Maximilliana. Bynajmniej z powodu zazdrości, nie rościła sobie do podwładnego żadnych praw, wzywała go wtedy, kiedy go potrzebowała, nie przyjmując odmowy, a on do tej pory nie odmawiał - miała nadzieję, że przeszkodziła mu kiedyś w romantycznym wieczorze z jakąś młódką. Psucie szyków wywoływało w Dei złośliwą wesołość, a tej ostatnio miała w życiu zbyt mało, by odmawiać sobie choćby jej liźnięcia. Czyż nie taką funkcję, poniekąd, pełnił w jej codzienności Crabbe? Namiastki kieliszka dobrego wina, zaciągnięcia się diablim zielem, zdjęcia z ciała sztywnego gorsetu, zrzucenia ze stóp wysokich obcasów, wyjęcia z ciasnego koka szylkretowej szpili? Niósł ze sobą świeżość; świeżość zgorszoną, bezpardonową i zarazem pełną szacunku.
Podejrzewała, że podejrzewał, że ona podejrzewała - że ta jego uniżoność jest udawana. Piętra czujnych metafor nawarstwiały się, redundacja rozbudowywała napięcie, a Deirdre podobała się ta gierka.
- Być może znajdę lukę, o ile dowiem się, czym dokładnie planujesz ją wypełnić - przekrzywiła głowę w prawo, kosmyk włosów opadł przez czoło, nadając jej twarzy filuternego, prawie niewinnego wyrazu. Wierzyła, że nie zbyje jej krótkim opisem malowania, sięgania po pędzel, namaczania go, pielęgnowania, pieszczenia nim wrażliwej tkanki płótna; że zamiast tego wyzna, jak naprawdę chce spędzić ten z trudem wyrwany z harmonogramu namiestniczki Londynu czas. Chciał się czegoś nauczyć? Chciał spróbować swych sił w ich nierównym tańcu? A może - chciał ją poznać, tak, jak teraz, gdy delikatnie wyjmował z jej ust nienadgryzione jeszcze konteksty?
Przez kilka chwil, w milczeniu, zastanawiała się nad tym, czy zbyć jego pytanie o historię poprzedniego obrazu, zadecydowała jednak inaczej, znów kierując się nie rozsądkiem, a rozrywką. I wartościami manipulacyjnymi. - Namalował mój akt. Chciałam podarować go jako prezent, na razie - niedostarczony. Finalnie ów malarz zakończył swój żywot w Tower. Dołączając do większości osób, które widziały mnie nago - odpowiedziała nonszalancko, tak, jakby informowała go o jakimś nudnym kontrakcie. Była ciekawa, czy uwierzy w jej słowa, czy potraktuje je jako niezbyt śmieszny żart, mający zniechęcić go do zadawania kolejnych pytań. Nie mówiła przecież całej prawdy - a przynajmniej nie prawdy sprawdzonej - ale tym także się nie przejmowała; potrafiła kłamać z taką wprawą i finezją, że każda historia spływająca z jej ust nabierała głębokiego znaczenia. Być może nawet go ostrzegała, by za dużo sobie nie wyobrażał. I nie próbował przekroczyć niejasno wytyczonej granicy.
Westchnęła ponownie, słysząc umiejętne wyjaśnienie kwestii pożerania duszy przez obraz. - Cóż, tym bardziej się cieszę, że moja dusza jest ponownie w jednym kawałku - uśmiechnęła się szerzej. Z Bojczukiem nie łączyło ją nic więcej oprócz transakcji; wiedziała, że może się go łatwo pozbyć, uzyskując to, czego potrzebowała. Wystawienie się na podobne ryzyko z Maximillianem nie byłoby już tak łatwe. Bynajmniej z powodu komplementów, którymi obsypywał ją właśnie hojnie, niczym złotem lub magicznym brokatem; potrafił mówić, potrafił docierać do właściwych emocji, wspomnień, błędów. Gdyby była mniej doświadczona, uwiódłby ją swym uznaniem i pochlebstwami, była jednak sobą . - Chcesz, żebym się zarumieniła, rozłożyła przed tobą nogi czy zaczęła bić brawo? - skomentowała retorycznie pochwalną przemowę, ostro, protekcjonalnie, teatralnie znudzonym tonem. Za starania oraz umiejętność posługiwania się słowem Crabbe otrzymałby wybitny, lecz Deirdre była zbyt zgorzkniała - a jej potrzeba uznania mogła zostać zaspokojona przez zaledwie kilku ludzi na ziemi - by potraktować je z należytą wdzięcznością. Zwłaszcza, gdy usłyszała liczbę mnogą. Znów zaśmiała się cicho, perliście, choć ujmująco. - Padnie nam do stóp - powtórzyła, pieszcząc językiem każde słowo, słodząc je melodią głosu. - Nam, czyli czarodziejom o czystej krwi, nie mylę się? - zawiesiła głos, dając mu szansę na sprecyzowanie swej wypowiedzi. Strofowała go, stawiała do pionu, alergicznie reagując na próby przypodobania się - nawet te podyktowane rozsądkiem czy szczerym szacunkiem. Broniła siebie - czy jego? Nieistotne, zamilkła na dłuższą chwilę, nie tylko ważąc kolejne słowa, ale przede wszystkim obserwując męską sylwetkę. Kanty ciała, fale włosów, nieco ostre ruchy, cienie rysowane na twarzy karmazynowym półmrokiem. Mógł się podobać. Mógł naprawdę wiele. Mógł ją nawet zrozumieć. Mógł, ale czy powinien? - Maximillianie, zadziwiają mnie twoje komplementy. Najpierw męski szowinizm, potem więcej niż aluzja, sugerująca, iż nie jestem przygotowana do roli namiestniczki - wywróciła oczami. Przeinaczała jego słowa, nadawała im cięższego znaczenia, lecz była to część sztuki, wystawianej w utalentowanym duecie. - Kolejna sugestia będzie dotyczyła tego, że jestem skośnooką zdzirą z dzikiego kraju? - zapytała z autentyczną ciekawością i rozbawieniem. Pomimo wręcz szermierczej wymiany zdań, czuła się w końcu dobrze. Rozluźniona. Nawet wtedy, gdy zatoczyli koło, powracając do sedna spotkania - do jej społecznego awansu.
- Nie dzielę się planami. Jeszcze nie teraz. Jeśli jednak będziesz grzeczny, pozwolę ci uczestniczyć w ich realizacji - ściszyła głos, składając łaskawą, prawie mruczącą propozycję. Spoglądała na niego bez mrugnięcia, jakby odmierzając dzielącą ich odległość, zmniejszającą się z każdym jego krokiem. Stracił zainteresowanie orderem, uzyskał: nią samą, rozpostartą w fotelu. - To będzie miasto dumne, pełne piękna, śmiało celebrujące swe dziedzictwo. W pełni czarodziejskie. W pełni silne. Niewzruszone w swej chwale, świadome skarbów kultury, które będą w nim gromadzone - pociągnęła jednak temat dalej, mimowolnie. Tak naprawdę chciała podzielić się z nim tą wizją, pozwolić sobie na chwilę marzeń i planów, osłodzić triumf, który do tej pory miał raczej słony posmak. Posmak wyrzeczeń, lęku, odpowiedzialności, ryzyka. - Wyobraź sobie miasto, nad którym płonie łuna magicznego piękna. Miejsce pielgrzymek magów z całego świata, skrywające w sobie skarby świadczące o naszej przewadze nad szlamem. Kumulację artefaktów, obrazów, rzeźb, czarodziejskich sztuk - i polityki, rzecz jasna - mimo początkowej niechęci odmalowywała tę wizję, wyraźnie rozluźniona, prawie zadowolona, choć właściwie nie były to plany a marzenia. Nie zdradzała mu przecież konkretów umów, detali współpracy z muzeami, operami, filharmoniami, dyplomatami; nie martwiła się o finanse. Śniła na jawie rozkoszny sen, w którym brakowało jednego, istotnego elementu. Niemożliwego do zastąpienia, nawet, gdy odruchowo przymykała oczy z zadowoleniem, czując na barkach ciepły ciężar męskich dłoni. Zbyt delikatnych, niepachnących smoczym popiołem, nieobciążonych obrączką, nie skrytych za skórzanymi rękawicami. Zbyt dużo zaprzeczeń, by mogła pogrążyć się w ułudzie głębiej, wejść w kolejną fazę snu. Przekręciła głowę, gdy Maximillian przestał masować kark, oczy pozostawały przymknięte, na twarzy błąkał się uśmiech: ni to melancholijny, ni kpiący, ni wystudiowany. - Zazwyczaj za dotknięcie mnie bez pozwolenia odcinam głowę, ale powiedzmy, że mam za dobry humor na zalanie nowego gabinetu krwią - wymruczła spod półprzymkniętych powiek, wsłuchana w muzykę, którą wybrał, przerywaną stukotem kieliszków oraz dźwiękiem rozlewanego płynu. - Za relaks i za przyszłość - dołączyła do toastu, powoli przyjmując od mężczyzny naczynie, upiła od razu kilka łyków. Mile rozlewały się po języku. - Jak myślisz, co odsłoni przed tobą? - zagadnęła swobodnie, wyciągając przed siebie długie nogi. Powinni przenieść się na sofy i szezlongi, ale w dynamice jej samej siedzącej za biurkiem i jego, stojącego obok w roli asystenta - sługi? podwładnego? adoratora? - było coś słodkiego, coś z czego nie chciała jeszcze rezygnować.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet Karmazynowy [odnośnik]Wczoraj o 0:59
Leniwie słuchałem improwizowanego spektaklu Deirdre, korzystając z czasu, by swobodnie rozgościć się w jej nowym biurze. Błękit wielkich tęczówek spoczął na mej mentorce, dopiero gdy z psotliwą pewnością w głosie odparłem na wieńczące wypowiedź pytanie. — Ja już dawno pojąłem tę prostą prawdę. Choć nie mam wątpliwości, że nasz światopogląd pokrywa się na wielu warstwach, nie posądzałbym Cię o podobny entuzjazm do tak nużącego zajęcia — przyznałem zadziwiająco szczerze, przyzwyczajając kobietę do swej bezpośredniości. Domniemywałem, że w pradawnych manuskryptach kryła się wiedza, z której czerpała swą moc, i że świadoma jest wartości skrupulatnie ułożonego planu, ale nie przypuszczałbym, że madame Mericourt może lubić takie prozaiczne zajęcia. Widocznie myliłem się, myśląc, że nowa funkcja mogła być dla niej czymś nowym, przytłaczającym, nieciekawym. — Ważniejsza droga do celu, niż on sam? — spytałem, zaintrygowany twierdzeniem, że to właśnie w niej tkwi prawdziwa słodycz sukcesu. Moja rozmówczyni sięgała po swoje z subtelną metodyką, sadystycznie delektując się każdym kamieniem milowym, który przybliżał ją do najdrobniejszych sukcesów. Niepokoiło mnie to równie mocno, co podniecało; jeśli tak potężna kobieta upatrywała w takim zajęciu źródło swego zwycięstwa, to byłem na dobrej drodze, by je podzielić. Byliśmy do siebie bardziej podobni, niż mogłoby się zdawać. — Być może nie podzielam Twojej pasji, lecz doceniam skuteczność pracy za biurkiem i nigdy nie określiłbym jej przeciwieństwem realnych działań — zastanowiłem się przez chwilę. Mag zakochany w liczbach? Stwierdzenie na wyrost, choć może lepiej było, żeby tak myślała. Moje wykształcenie ekonomiczne i pozycja w filharmonii były wyłącznie środkiem do celu, bynajmniej nie rozrywką, choć rzeczywiście potrafiłem być zakochany w liczbach — tych w skrytce bankowej, które mnożyłem dzięki wiedzy, którą posiadłem. — Owszem, mam — przyznałem. — Każdy czystokrwisty czarodziej miał ostatnimi czasy powód do świętowania, a ja potraktowałem zwycięstwo nad terroryzmem wyjątkowo osobiście — zapewniłem, podkreślając subtelnie swoje oddanie najwyższym ideom nowego porządku. W pewnym sensie spotkanie z Rycerzami Walpurgii uświadomiło mi, że z tej ideologii pojmuję dość niewiele; naiwnie zakładałem dotychczas, że eksterminacja mugolskiej rasy to jedyne, co można uczynić, by polepszyć brytyjski dobrobyt. I choć wciąż uważałem, że stanowią tak wielkie zagrożenie, iż próba ich zniewolenia to bardzo niebezpieczna decyzja — to musiałem przyznać, że było coś ekonomicznego w wykorzystaniu ich marnych żyć. — Aczkolwiek nie próżnuję — podjąłem, kontynuując po krótkiej pauzie. — Pracuję nad tym, by niegdyś zatracone skarby brytyjskiej kultury trafiły w prawowite dłonie — skończyłem enigmatycznie, choć jeśli Deirdre uważnie badała moje postępy, mogła być świadoma, że od pewnego czasu udzielam się na rynku kradzionych dzieł sztuki, a te, co bardziej istotne dla propagandy i historii naszego kraju, odsprzedaję do galerii i muzeów narodowych po uprzednim ich odzyskaniu.
Poczułem się zaintrygowany opowiedziana historią malarza, który namalował jej akt; być może przeciwnie do zamiaru czułem się niemal zachęcony do zadawania kolejnych pytań. — Byliście ze sobą blisko? — pytałem bez ogródek, będąc ciekaw, czy decyzja o osadzeniu go miała osobiste podłoże, czy może był jedynie narzędziem, które z jakiegoś powodu nie spełniło swej roli. Pozostawało zagadką, na ile to szczera, personalna przestroga, a na ile igranie z — według niej — drzemiącą we mnie chłopięcą naiwnością; chyba niewiele sobie z niej zrobiłem. Niemal płynnie odparłem na pytanie, co chcę osiągnąć poprzez propozycję malowania jej portretu. — Chcę, żebyśmy oboje obnażyli skrawki swoich dusz na tym płótnie — metaforycznie przyznałem, że pragnę ją lepiej poznać, obnażyć z powierzchowności i ujrzeć na moment prawdziwe oblicze. Byliśmy już na takim etapie relacji, że podobne wyznanie nie powinno dziwić; w taki sposób chciałem celebrować jej piękno.
Nie spodobało mi się, że szczerą przemowę skwitowała bardzo niepochlebnym założeniem. Odwróciłem wzrok, udając, że przyglądam się elementom wystroju wnętrz, odpowiadając teatralnie znudzonym głosem. — Przyjęcie szczerych słów uznania powinno wystarczyć — odwróciłem się wówczas, nie spełniając jej oczekiwań sprostowania, co miałem na myśli, mówiąc nas. Owiałem to woalem tajemniczego niedopowiedzenia, z którego mogła wysnuć niejednoznaczną sugestię. — Mhm, skośnooka zdzira z dzikiego kraju to bardzo niepochlebne określenie dla atrakcyjnej damy o egzotycznej urodzie, a ja nie zostawiłem grzeczności za drzwiami. Powinienem? — ostatnie słowo wybrzmiało zadziornie, zgodnie z intencją, jakbym sprawdzał, gdzie leżą granice. — Wiedziałaś, że filharmonia gościła pierwszych delegatów z Chin? Koncert orientalnej orkiestry został ciepło przyjęty przez brytyjską publikę — podzieliłem się już czysto anegdotycznie. Madame Mericourt mogła przypuszczać, że była inspiracją przy sprowadzaniu podobnych gości do występu, lecz nie przyznałem tego na głos.
Za to ona przyznała na głos, jak rysuje się jej wizja stolicy i nie było w tym nic zaskakującego; słyszałem to, czego się spodziewałem. To, co chciałem usłyszeć. — Czeka nas wiele pracy, by osiągnąć taki postęp — nie kryłem się z tym, że planuję pomóc jej w tym przedsięwzięciu i jestem świadom, że owej pomocy ode mnie wymaga. Nie było w tym żadnej niewymownej sugestii, ot — rzeczowy fakt; odkąd się znaliśmy, taka była kolejność rzeczy. Ona mnie wzywała, ja odpowiadałem na wezwanie — oboje czerpaliśmy z tego korzyść. Szczególnie że z moich poprzednich słów wynikało, że już poczyniłem odpowiednie przygotowania, by pomóc jej w realizacji tej misji. W tej intymnej chwili, niezburzonej żadną kąśliwą uwaga, ni przestrogą przed dotykiem, starałem się nieść jej otuchę; wybawienie i oparcie, które zapowiedziałem u progu jej gabinetu. Doczekałem się ich, dopiero gdy przestałem masować jej umęczone ramiona, choć nie mogłem potraktować tej łaski poważnie. Za relaks i za przyszłość, wybrzmiał toast, a chwilę później pytanie — o moją przyszłość. No właśnie, co odsłoni przede mną? — Wierzę, że kiedyś zasłużę, by stanąć obok Ciebie na podium — zdradziłem, nie mając wątpliwości, że od dawna znała moją nieposkromioną ambicję, którą teraz zwyczajnie nazwałem.
Maximillian Crabbe
Zawód : rachmistrz w filharmonii
Wiek : 21
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15 +2
CZARNA MAGIA : 5 +3
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11298-maximillian-crabbe#347377 https://www.morsmordre.net/t11304-fortuna#347642 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f430-borough-of-bexley-braidwood-passage-13-8 https://www.morsmordre.net/t11306-skrytka-bankowa-nr-2469#347644 https://www.morsmordre.net/t11305-m-crabbe#347643
Gabinet Karmazynowy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach