Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Jarmark

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Jarmark   26.09.15 22:22

Jarmark

Na plaży ustawiono drewniane stragany z czarodziejskimi różnościami, ławy uginają się pod ciężarem różnokolorowych fiolek, szlachetnych kamieni, mis z kryształami oraz dzbanów wypełnionych ziołami, płatkami suszonych kwiatów lub owoców wykorzystywanych w alchemii. Wśród różności znajdują się zwoje, manuskrypty oraz inne czarodziejskie przedmioty - nie tylko dla zakochanych...


Przedmioty dostępne na jarmarku
PrzedmiotOpisCena
Amulet z jeleniego porożaWskazuje właściwą i bezpieczną drogę na łonie natury.50
Biała perłaChroni przed pożarem (+5 do zaklęć związanych z wodą). Jest talizmanem umożliwiającym bezpieczny powrót, informuje o chorobie - zmienia zabarwienie, pełnym zaś blaskiem połyskują, gdy ich właściciel jest zdrowy.100
Białe kryształyPara bliźniaczych kryształów, tradycyjnie jeden z nich ofiarowuje się ukochanej osobie. Kiedy jeden z nich zachodzi czerwienią, oznacza to, że właścicielowi drugiej dzieje się krzywda.50
Broszka z alabastrowym jednorożcemAmulet epatuje pozytywną energią (+10 przeciwko zaklęciom z zakresu czarnej magii).350
Chusta haftowana włosem jednorożcaPodkreśla urodę.10
Czarne jagodyDodane do gorącej kąpieli działają jak afrodyzjak.10
Czarna perłaTrzymana blisko ciała (może być w kieszeni, choć niektórzy wolą z nich robić wisiory, są często przerabiane na spinki do mankietu) dodaje męskiego wigoru (+3 do sprawności).100
Czerwone czekoladkiBombonierka pralinek z czerwonej czekolady, ponoć doskonały afrodyzjak.10
Czerwony kryształCzerwony kryształ pokryty runami oznaczającymi poświęcenie, przyłożony do rany tamuje krwotoki zewnętrzne i zasklepia rany (+3 do magii leczniczej, leczy powierzchowne rany). 200
Fioletowy kryształKryształ oprawiony w srebrze, wzmacnia siłę tworzonych eliksirów (+3 do eliksirów, kiedy postać nosi go na szyi).200
FluorytZwiększa intuicję (+1 do zaklęć obronnych).65
Kolorowe świeczkiZestaw trzech świec w dowolnym kolorze, ich wosk nigdy się nie topi. Wydzielają przyjemny, naturalny zapach różnych afrodyzjaków, od imbiru po morele i mleczko pszczele. Świecę zdmuchnąć może jedynie osoba, którą ją zapaliła, a jej światło rozjaśnia nawet najgłębsze ciemności – w tym zaczarowane.150
Magiczna uprzążSprawia, że jeździec nigdy nie spadnie. Szczególnie ceniona podczas polowań (+3 do sprawności).100
Medalion z pozytywkąZaczarowany medalion, który po otwarciu zaczyna grać kojącą magiczną muzykę. Łagodzi nastroje agresywnych zwierząt. 150
Odłamek spadającej gwiazdyMoże zastąpić dowolny składnik eliksiru.10
Onyks czarnyChroni przed zapadnięciem na ciężkie odmiany chorób oraz działaniem podstawowych trucizn.50
Samomieszający kociołekKociołek wspomagający tworzenie eliksirów (+5 do eliksirów).400
Suknia z włosem wiliDoda czaru każdej kobiecie, doda wdzięku czarownicy, wzmocni urok półwili; w niej oczarujesz każdego mężczyznę!100
Świąteczny bursztynKwiat paproci zatopiony w bursztynie, który można oprawić w wisior albo pierścień lub rozbić na bransoletę lub naszyjnik. Legenda głosi, że podarowana od ukochanej osoby zaklina w sobie miłość i ogrzewa (bije ciepłem, działa tylko na obdarowaną osobę) - chroni przed zimnem, a nawet zamarznięciem.50
Turmalin czarnyWycisza, sprowadza dobry, głęboki sen, chroni przed duchami - zmarły nie może dostać się do pomieszczenia, gdzie znajduje się ten kamień. Zwykle noszony w oprawie srebra lub platyny.50
Wisiorek z agatemAgat, kamień wierności, rzeźbiony w dowolny kształt, ponoć z nim na szyi czarodzieje rzadziej dokonują zdrad. Czy to prawda – nie wiadomo, tak mówi tradycja. Niewątpliwie chroni jednak przed zaklęciami zauroczającymi, ponoć nawet przed imperiusem (odporność na zaklęcia przeciągające postać na stronę przeciwnika, +10 przeciwko imperiusowi). 150
Woreczek z pyłem czarnej rozgwiazdyPrzystawiony do nosa natychmiast uspokaja, usypia. Większa dawka wzmacnia efekt działania.150
Zaczarowany czaprakZnacznie zmniejsza wagę jeźdźca (+5  do sprawności podczas jazdy konnej;  pomaga podczas wyścigów i polowań).150
Zaczarowane zwierzęPrzypomina ducha zwierzęcia, patronusa, ma srebrzystą, niecielesną formę, płynnie unosi się w powietrzu; zachowuje się jak żywe zwierzę, jest jednak tylko jego zaklętym cieniem. Zabawka, upominek, nie ma większego zastosowania. Na festiwalu sprzedawane są tego rodzaju małe leśne zwierzęta, np. zając, wiewiórka.25
Złoty sierpUłatwia zbieranie ingrediencji roślinnych (cena w sklepiku -15 pkt).250
Zwój z receptą na Rumieniec ZauroczeniaEliksir dodający uroku osobistego. Osoba, która go wypije „promienieje” jak podczas zauroczenia. Przy zbyt częstym stosowaniu twarz staje się czerwona na dwa dni.10
Zwój z receptą na Zniewalające Bańki Pierwszej MiłościBańki do kąpieli o różanym zapachu. Osoba, która zażyje takiej kąpieli, czuje się znów jak nastolatek przy pierwszym zauroczeniu wobec osoby, która podarowała płyn, wcześniej umieszczając w niej kroplę swojej krwi. Działa na wszystkich, niezależnie od wieku.10


Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jarmark   18.10.15 0:22

- Fakt, że mnie tu zaciągnęłaś nie jest dziełem przypadku, prawda? - spytał, starając się, by jego ton był poważny, zakrapiany odrobiną oskarżenia i wyrzutu. W praktyce wyszła mu mieszanina rozbawienia i udawanej powagi. Nie potrafił ukryć faktu, że był rozbawiony całą sytuacją. Szedł za Eileen, rozglądając się dookoła ale pilnując też, by przypadkiem jej nie zgubić. Zatrzymał się przy jednym ze straganów, ciągnąc ją lekko za materiał ubrania, by zwrócić jej uwagę i cicho przekazać, by ona również się zatrzymała. Na jego twarzy nieustannie gościł uśmieszek rozbawienia. Stanął przy straganie i popatrzył na niego, poprzez drapanie brody udając silne myślenie nad czymś.
- Co byś mogła chcieć? Może to? - wskazał palcem na białą perłę, ale zaraz zmienił zdanie i przesunął wzrok na świeczki. - Albo to? - spytał, zerkając to na Eileen, to na świeczki. Sprzedawca zerkał na nich niepewnie, nie wiedząc czy czegoś chcą, czy nie. - Wiem! - wykrzyknął nagle - Z pewnością chciałabyś tę suknię! - wskazał na piękne ubranie wiszące w przyciągającym wzrok miejscu. Zaśmiał się i odwrócił od stoiska, patrząc na przyjaciółkę z góry. Może i był młodszy od niej o te dwa lata, ale nadal był wyższy, więc miał ten luksus dominowania nad nią fizycznie, co czasem lubił wykorzystywać, głównie drocząc się z nią. Teraz wyciągnął palec w jej stronę, by sprzedać jej pstryczka w sam środek czoła. Na ustach gościł mu figlarny uśmiech, który Eileen z pewnością znała bardzo dobrze. Czyż to nie taki malował się na jego twarzy gdy się poznali?
- Nic z tego. Nici z Twoich niecnych planów, Eil. - powiedział z wyrzutem, krzyżując ręce na piersi i starając się nie roześmiać. Bardzo cenił sobie czas spędzany z nią. Zwłaszcza teraz, kiedy widywali się tak rzadko. Ubolewał nad tym bardzo, ale nic nie mógł na to poradzić. Zarówno ona, jak i on dużo pracowali i przez to nie mieli czasu. Ale Sulla dzielnie się spisywała, dostarczając Eileen listy od niego. Dzielne ptaszysko znosiło to dobrze, choć czasami przesadzał z częstotliwością ich nadawania. Musiał wykorzystać fakt, że Eil była jedną z niewielu kobiet, które Sulla tolerowała. No i tęsknił za nią, co tu dużo mówić. Z utęsknieniem wspominał czasy, gdy widywali się niemal codziennie. Z bólem zaś przyjmował fakt, że takie czasy już nie nadejdą. Dorosłość dorwała i ich, nie dając szans na ucieczkę. Praca, rachunki, mieszkanie, brak czasu, masa problemów. Musieli się z tym mierzyć każdego dnia. A gdzie miejsce na inne rzeczy, w tym przyjemności? Było go raczej bardzo mało, a przynajmniej w życiu Alana. Cieszył się więc z faktu, że zarówno jemu jak i Eil udało się znaleźć nieco czasu na to, by zjawić się dziś na jarmarku. Był wdzięczny przyjaciółce za wyjście z tą propozycją.





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Eileen Bartius
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Zamężna
your worst battle
is between what you know
and what you feel
12
4
10
3
16
0
5/37
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Jarmark   18.10.15 15:23

- Oczywiście, że nie! - odparła, odwracając się w jego stronę i próbując zawinąć za uszy porywane w pędzie włosy. - Ileż można siedzieć w tych sterylnych ścianach Munga? Muszę dbać o twoje płuca, coby od czasu do czasu zaznały trochę świeżego powietrza i o mózg, żeby doświadczył rozrywek zgoła innych od naprawiania ludzkich tkanek.
Strasznie cieszyła się, że Festiwal Lata zaczynał się akurat w sierpniu. Wtedy zawsze znajdowała chwilę wolnego, by móc pojawić się na nim i zawiesić oko na atrakcjach. Miała nadzieję, że i w tym roku zobaczy nieduży kram z sadzonkami przeróżnych roślin, których Eileen nie miała jeszcze w swojej kolekcji albo które ostatnimi czasy więdły lub były ofiarami czyichś ataków. Myślała nad dyptamem i walerianą, bo ostatnie doniczki zostały zniszczone przez dzieciaki mieszkające w kamienicy. Nie pogardziłaby także asfodelusem, ale to raczej opcjonalnie.
Co oczywiście nie znaczy, że przyszła tu podziwiać tylko i wyłącznie rośliny. Zainteresowała ją wystawa biżuterii, mieniąca się wszystkimi kolorami tęczy na bogatym kramiku. Uśmiechnęła się do siebie, słysząc błaznującego Alana. Pacnęła go dłonią w ramię, podśmiewając się pod nosem. Ona również ceniła sobie czas spędzony z nim. Odkąd Rossandra wyjechała zwiedzać świat, rzadko miała okazję z kimś porozmawiać, wyżalić się, obgadać trywialne życiowe kwestie. A Alanowi, choć był zapracowany, mogła zwalić się bez konsekwencji na głowę.
- Nie, nie, nie, żadnych sukienek, żadnej biżuterii. Spójrz tam! - aż podskoczyła w miejscu, kiedy zobaczyła doniczki dumnie wypinające się na wystawie kramu florystycznego. - Oh, Alan, no chodź!
Chwyciła go za rękę i pociągnęła w kierunku tego cudnego miejsca rozkoszy jej zielarskiej pasji. Dziwna była z niej kobieta. Nie była sroką, bo od tych wszystkich świecidełek wolała doniczki z sadzonkami, którymi mogła się zajmować.
- Spójrz - popatrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami, jakie widzi się u małych dzieciaków, zafascynowanych tym, co zobaczyły. - Jakie cuda... i ten agapant, oh...
Westchnęła cicho. Na pewno wiedział, że miała fioła na punkcie kwiatów!




The responsibility of love:
To keep another's heart safe

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jarmark   18.10.15 18:43

Oczywiście, przecież wiem - przeszło mu przez myśl, kiedy Eileen zaprotestowała. Tylko się z nią droczył. Znał ją bowiem zbyt dobrze, by rzeczywiście sądzić, że zaciągnęła go tu by go naciągnąć. Nie była tego typu osobą i był to jeden z wielu powodów, dla których darzył ją sympatią przez te wszystkie lata.
- Jeszcze niedawno ktoś mówił mi coś podobnego. Co was tak nagle naszło na ratowanie mnie od przepracowania? - spytał i parsknął śmiechem, kręcąc głową z rezygnacją. No tak... Wszyscy jego bliscy próbowali wyciągać go z Munga, szukać mu zajęcia i powodu, by przestał spędzać w pracy całe dnie i tygodnie. A on lubił swoją pracę. Uważał też, że w przypadku pracy w szpitalu jego chęć do ciągłej pracy była rzeczą lepszą niżeli lenistwo i zbyt częste powroty do domu. Był lekarzem, ludzie potrzebowali go. Podczas gdy on sobie robił przerwy i chodził na festiwale, ktoś mógł walczyć o życie i potrzebować jego pomocy. Nie potrafił o tym zapomnieć.
- Dobrze wiesz jak ważna jest moja praca. Ja się bawie, a ktoś może w tym czasie cierpieć. - mruknął, nieco poważniejąc i markotniejąc. Tyle razy już przerabiali ten temat... O ile bowiem Eileen jako nauczyciel miała czasu mało, o tyle Alan bił ją na głowę. Chłopak przepracowywał się i Eil była jedną z osób, które starały się go od tego ratować.
Dobry nastrój szybko do niego wrócił i objawił się wygłupami przy straganie. Chciał zobaczyć co powie, ale nie bał się ryzykować, nawet w żartach proponując jej kupno tych drogich świecideł. Wiedział po prostu, że Eileen i tak nie będzie ich chciała. Dobrze wiedział za to, co przyciągnie jej wzrok i stanie się obiektem jej westchnień. Już tylko czekał na chwilę, gdy zobaczy stoisko z sadzonkami. Nie zdziwił się więc, kiedy nagle usłyszał charakterystyczny okrzyk dziewczyny. Zaśmiał się i ruszył za nią, ciągnięty za rękę. Stanął przy straganie i przyglądał mu się bez większego zainteresowania. Eileen uwielbiała rośliny, on natomiast potrafił zabić nawet te najbardziej wytrwałe. On kochał medycynę, biologię i tego typu rzeczy, Eil już nie bardzo. Ale mówiło się przecież, że przeciwieństwa się przyciągają, prawda?
- Tak, tak. - Pokiwał głową, obserwując z rozbawieniem jej podekscytowanie. - Doprawdy cudne. - Kiwał głową dalej, potwierdzając jej słowa, choć zapewne doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że nie należało brać jego słów na serio. - To może teraz porozmawiamy o anatomii? Organy wewnętrzne człowieka są takie intrygujące. - zaproponował, zerkając na nią i ledwo powstrzymując się od wybuchnięcia śmiechem. Droczył się z nią. Musiał nadrobić zaległości spowodowane dużą przerwą między ich spotkaniami.


Powrót do góry Go down
Eileen Bartius
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Zamężna
your worst battle
is between what you know
and what you feel
12
4
10
3
16
0
5/37
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Jarmark   18.10.15 21:53

Przekomarzanie się było jakąś niepisaną zasadą przyjaźni. Dotyczyła ona każdego aspektu życia, w każdy kąt dało się wcisnąć prztyczka w nos albo zgryźliwą (ale w tym pozytywnym sensie) uwagę o ubiorze.
- Głupie pytanie, Alan - spojrzała na niego niczym wielce zdziwiona wydra. - Wiesz, że pracoholizm powoduje wyniszczenie organizmu? Moja matka zawsze powtarzała to ojcu, kiedy całymi dniami siedział w swojej piwnicznej pracowni próbując wytworzyć nowy eliksir. Albo kiedy przesiadywał nad papierami w jadalni.
Uśmiechnęła się pod nosem na to groteskowe wspomnienie z dzieciństwa. Szanowała swoich rodziców, bo w gruncie rzeczy byli jedynymi ludźmi, którzy pchali ją do przodu, miast zatrzymywać i wychowywać na grzeczną panienkę. Dlatego właśnie z tego powodu przy jej boku trwały rośliny, a nie mężczyźni.
Splotła dłonie z tyłu i z trudem oderwała wzrok od tych pięknych kwiatów, przenosząc go na twarz Alana. Uśmiech nie spływał z jej ust, które musnęła pomadką koloru dojrzałych brzoskwiń.
- O ile się nie mylę, to w Mungu lata jeszcze sporo innych magomedyków, a kitli to wam nie brakuje! - powiedziała i niespodziewanie dała mu prztyczka w nos. - Więc nie rzucaj mi takimi argumentami. Słabe są.
Wzruszyła lekko ramionami, chichocząc niedyskretnie. To za te wszystkie bez okazyjne prezenty, którym ją raczył.
Ostatnim był sweter z magicznie podmienionym wydzierganym rysunkiem królika jedzącego marchewkę. Mina Eileen była jednoznaczna... i najwyraźniej bardzo rozweseliła pana Bennetta, bo śmiał się jak szalony przez pół dnia!
Z rozkoszą wróciła wzrokiem do roślin. Zielarka uśmiechała się do nich, najwyraźniej mając nadzieję, że kupią coś z wystawionego na sprzedaż asortymentu. Ellie sięgnęła do swojej małej, skórzanej torebki, by sprawdzić, czy nadal ma w niej portmonetkę ze swoimi galeonami. Nie była dusigroszem, ale walutowo wylewna też nie była!
- Poproszę doniczkę z dyptamem... i jeszcze z frumokwiatem! Dziękuję - wysypała na dłoń kobiety odliczoną kwotę, po czym jedną doniczkę wzięła sama, a drugą dała Alanowi. - To tak dla urozmaicenia obowiązków, mój drogi. - znacznie wywróciła oczami i parsknęła śmiechem. - Dobrze, pociągnijmy ten temat! Co masz mi do powiedzenia o swojej wątrobie? Jak się czuje? Nie ubolewa?
Nigdy nie interesowała się anatomią, ani nawet zaklęciami magii leczniczej, ale kiedy ma się obok kogoś tak z tym zaznajomionego, to nie idzie uniknąć poznania choć cząstkowej wiedzy na ten temat.




The responsibility of love:
To keep another's heart safe

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jarmark   19.10.15 0:50

- Wiem, wiem. - westchnął. - Mówiłaś mi to wielokrotnie, ale ja naprawdę lubię moją pracę. Gdy mam za dużo wolnego czasu, często nie wiem co mam ze sobą zrobić. - wyjaśnił jej. Był pewien, że mówił jej to nie po raz pierwszy. Nic nie mógł na to poradzić. Odkąd rozpoczął pracę w Mungu, spędzał tam właściwie całe dnie. I choć lubił spacery, książki i fotografię, to czuł się dziwnie skołowany, gdy zbyt długo nie przebywał w pracy. Pracocholizm chyba zaczynał być u niego po prostu chorobą. Może Ci, którzy chcieli go od niego ratować rzeczywiście mieli rację? Szkoda tylko, że Alan nie był w stanie tego zrozumieć. A przynajmniej na razie. Może kiedyś Eileen uda się coś zmienić w tej sprawie. Tak samo jak kiedyś oduczyła go wybryków i psot w Hogwarcie. Widać było, że miała na niego dość spory wpływ.
- Ja uważam, że są całkiem mocne. Naprawdę mam wyrzuty sumienia, Eil. - mruknął marudnie. Był uparty, szczególnie w tej sprawie. Zazwyczaj był pełen energii, optymizmu i wesołości, ale także jemu zdarzały się chwile, gdy zaczynał marudzić. Nie licząc momentów, gdy po prostu padał z przepracowania. Ale sam sobie na to zasłużył, nieprawdaż? Momentami zachowywał się jakby ciągle był dzieckiem.
Jedno było pewne - prztyczka się nie spodziewał, toteż na jego twarzy początkowo wymalowało się zdziwienie, które następnie przerodziło się w rozbawienie. No dobra, byli kwita. Prztyczek za prztyczek. Co zaś tyczyło się prezentów... Nie było szans, by Alan nagle zaprzestał rytuału znoszenia Eileen wszelkich króliczych rzeczy. Kubek z króliczkiem? Okej! A może sweterek z króliczkiem? Jeszcze lepiej! Czasami musiał się sporo namęczyć, by znaleźć bądź wytworzyć coś takiego, ale opłacało się. Mina Eil zawsze była bezcenna i na długo sprawiała, że chciało mu się śmiać. To przecież nie jego wina, że gdy tylko zobaczył królika - od razu myślał o niej.
Rośliny nie interesowały Alana wcale. Poniekąd nie rozumiał też fascynacji Eileen nimi, ale w pełni to akceptował. Nie mogli być tacy sami nawet jeżeli tak dobrze dogadywali się w wielu kwestiach. Ona równie dobrze mogła nie rozumieć jego miłości do medycyny. Jedno było pewne - Alan nijak nie umiał się zajmować roślinami. Wszelkie roślinki, które znalazły się pod jego opieką nie żyły zbyt długo.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że to coś nie przetrwa u mnie nawet miesiąca, prawda? - mruknął, spoglądając niepewnie to na czarownicę, to na "chwasta", który od niej otrzymał. Niepewnie i ze zmrużonymi oczami oglądał roślinę dookoła. Aż w końcu w jego spojrzeniu coś się zmieniło. I mogło to sugerować tylko to, że chłopak najwyraźniej został oświecony. - To dyptam, ten dyptam? No dobra, to Ci się udało. Nawet ja wiem, że te rośliny są wykorzystywane w medycynie. - przyznał, zerkając na nią z uśmiechem. Poklepał ją po głowie, śmiejąc się po cichu. - Co nie zmienia faktu, że nie przeżyje u mnie zbyt długo. - dodał.
Kiedy natomiast wspomniał o rozmowie na temat anatomii, nie spodziewał się tego, że dziewczyna podłapie temat. Cóż... zapewne było tak głównie dlatego, że normalnie nie podłapałaby. Zrobiła to zapewne tylko po to, by go zaskoczyć. A tym samym odbić niewidzialną piłeczkę między nimi. Na twarzy Bennetta pojawił się zadziorny uśmieszek.
- Ma się bardzo dobrze. To jeden z plusów mojego ciągłego przebywania w Mungu - nie mam czasu, by ją uszkodzić. A jak tam u Ciebie, Eil? Trwa letnia przerwa więc masz więcej czasu ode mnie. - łypnął w jej kierunku, szczerząc się niczym głupi do sera. Nic nie potrafił poradzić na fakt, że w jej towarzystwie zawsze miał dobry humor. - Swoją drogą skoro dostałem od Ciebie prezent, musze dać też jakiś Tobie. Ostatnio dostajesz ode mnie stanowczo zbyt mało króliczych upominków. - dodał po chwili przerwy, zerkając na nią zadziornie. Droczył się z nią. Uwielbiał to, o czym Eileen wiedziała już od wielu lat.





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Eileen Bartius
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Zamężna
your worst battle
is between what you know
and what you feel
12
4
10
3
16
0
5/37
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Jarmark   19.10.15 21:20

- I to są właśnie pierwsze objawy pracoholizmu! - powiedziała do niego swoim nauczycielskim tonem, który sprawdzał się nie tylko w trakcie rozkazywania uczniom, ale także i przy potyczkach słownych z dorosłymi. - Sądzę, że powinieneś coś z tym zrobić. Źle mi się na ciebie patrzy, takiego przemęczonego.
Przyjrzała mu się, poprawiając uścisk dłoni na brązowej doniczce z rośliną. Jeśli już się sprzeczali, to praktycznie zawsze szło o to samo. Alan spędzał stanowczo za dużo czasu w Mungu. Eileen doskonale wiedziała, że właściwie na tym polegała jego pracę - na oddawaniu swojego cennego czasu tym, którzy cierpią - ale co z tego, skoro to on niedługo wyląduje na jednym ze szpitalnych łóżek?
Za każdym razem używała nowych argumentów, ale one nie przynosiły właściwych skutków. Nic nie przynosiło.
Spojrzała na sadzonkę dyptamu, którą trzymał w rękach i uśmiechnęła się.
- Oh, nie! Nie, Alan, nie. Rośliny w twoim domu skazuje się od razu na śmierć, dlatego te kwiaty kupiłam dla siebie. Muszę zająć się badaniami do mojej nowej książki. - kuksnęła go łokciem w rękę, chichocząc cicho i próbując odgonić jego dłoń od swojej głowy, jakby to była dręcząca ją mucha. - Ale mogę kupić ci agapant! To świetna roślina. Prosta w uprawie, w utrzymaniu jeszcze prostsza, a przecudnie pachnie. Co ty na to? Podlewasz ją tylko raz w tygodniu. Przyozdobi ci mieszkanie.
Obejrzała się na kram i wróciła się do niego. Jeśli Alan protestował, ona zbywała go prostym machnięciem dłoni. Niedługo potem stał już nie z jedną, a z dwoma doniczkami! Roześmiała się rozbawiona, zabierając od niego jedną z nich.
Ten śmiech został jednak brutalnie urwany. Jej mina jak zwykle była bezcenna. Wyrażała w tej chwili bezbrzeżne powątpiewanie w owy prezent, który miała od niego dostać.
- Nie mówisz chyba o... - westchnęła. - Co tym razem? Komplet obieraczek do marchewek? Zastawa stołowa? - przewróciła oczami, rechocząc.
Mimo wszystko ją też to bawiło, ale głównie z tego prostego względu, że widziała uśmiech na jego twarzy. Nieczęsto się ostatnio widywali, dlatego jego dobry humor tak pozytywnie na nią wpływał. I w związku z tym dobrym humorem coś jej się przypomniało.
- Miałam o czymś z tobą porozmawiać - mruknęła enigmatycznie.




The responsibility of love:
To keep another's heart safe

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jarmark   23.10.15 18:18

- Dobrze, już się nie sprzeczam. - przyznał ostatecznie, unosząc dłonie w poddańczym geście. Nie było sensu kontynuować tego tematu, skoro obydwoje byli równie uparci. Ona za wszelką cenę chciała mu uświadomić, że jest pracoholikiem i może się to dla niego źle skończyć. On natomiast powoli zaczynał zdawać sobie z tego sprawę, ale nie bardzo miał ochotę cokolwiek z tym robić. Różnica interesów. Alan nie lubił zmian w swoim życiu, choć zależało o jakie zmiany chodzi. - Dobrze, postaram się, Eileen. - dodał. Choć tak naprawdę była to chyba obietnica, która uleci wraz z wiatrem, który muskał ich lekko odkąd pojawili się na jarmarku. Nie wiadomo było co tu zrobić z tym uparciuchem, by podziałało. Może potrzebował kobiety, która czekałaby na niego w domu? Być może. Nie miał już 15 lat. Eileen też nie miała, ale była przynajmniej dużo rozsądniejsza jeżeli chodziło o jej pracę.
Nawet cieszył się z tego kwiatka. Może dlatego, że była to roślina przydatna także w medycynie? Gdy jednak usłyszał, że owa roślinka wcale nie jest dla niego, wygiął usta w podkuwkę niczym dziecko i popatrzył na nią z wyrzutem pięciolatka, któremu zabrano lizaka.
- No wiesz co. Tak dawać i odbierać. Nie ładnie z Twojej strony. - burknął, choć tak naprawdę mówił pół żartem, pół serio, co Eil powinna dobrze wiedzieć. Wszak znała go nie od dziś. A on nie był typem obrażającym się za takie rzeczy. Zwłaszcza, że chodziło o rośliny, nie o książki medyczne. Zaśmiał się więc, kiedy w odpowiedzi stwierdziła, że kupi mu agapant. Pokręcił głową z rozbawieniem i klepnął ją po jej głowie (o ile mu nie uciekła). - Nie, Eil, zgrywam się przecież. Nie chcę żadnego kwiatka, bo przecież dobrze wiemy, że masz rację i nieszczęśnik umrze po kilku tygodniach. - zaczął, ale nie przyniosło to żadnego skutku. Protestował jeszcze przez jakiś czas, ale ostatecznie dziewczyna i tak postawiła na swoim. W efekcie miał teraz w dłoniach nie jedną, a dwie doniczki. Westchnął przeciągle, zerkając to na jedną, to na drugą. Mimo wszystko w jego oczach igrała iskierka rozbawienia. Szybko uniósł ręce do góry, kiedy Eileen chciała mu zabrać jedną z nich.
- A, a, a, nie tak prędko! - odezwał się, nie opuszczając rąk. - Najpierw mnie nie słuchasz i mimo moich protestów kupujesz mi kwiatka, a teraz chcesz nieść dwie doniczki, kiedy ja niósłbym jedną. Nie rób ze mnie drania. Jestem facetem i ja niosę dwie - koniec kropka. - odezwał się, zerkając na nią. Parsknął cichym śmiechem i kiedy odpuściła, on opuścił ręce. Wygrał, tym razem postawił na swoim. I żeby się odegrać, wspomniał o upominku od siebie. Dobrze wiedział jaka będzie reakcja. Wybuchł śmiechem, widząc jej minę.
- Na Twoje szczęście jeszcze nic nie wymyśliłem. Ale dam znać jak tylko coś mi przyjdzie do głowy. Chociaż królicza zastawa stołowa brzmi kusząco. - odezwał się, robiąc niewinną minę i przenosząc wzrok gdzieś w bok. Był mocno rozbawiony i cudem powstrzymywał się od śmiechu. Ten stan jednak znikł, gdy usłyszał słowa Eileen. Nie znosił słyszeć tego typy tekstów. Wszelkie ,,muszę z Tobą porozmawiać", ,,muszę Ci coś powiedzieć" i tak dalej, działały na niego niczym alarm. Spojrzał na nią niepewnie i podejrzliwie. Tego typu słowa kojarzyły mu się z czymś negatywnym, z nieciekawymi wieściami. Miał nadzieję, że się myli.
- No już - mów. Nie trzymaj mnie w niepewności, bo wiesz, że nie lubię zaczynania od ,,muszę Ci coś powiedzieć". Źle mi się to kojarzy. - ponaglił ją. Niecierpliwił się.





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Eileen Bartius
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Zamężna
your worst battle
is between what you know
and what you feel
12
4
10
3
16
0
5/37
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Jarmark   24.10.15 11:44

Obróciła się w jego stronę ze zdziwioną miną rysującą się na jej twarzy, kiedy Alan wyraził swoją dezaprobatę względem utraconego kwiatka. Nie zrobiła tego po to, żeby go zirytować, tylko... no... żebyś uratować tę Bogu ducha winną roślinę! Dyptam miał zbyt duży potencjał, by umrzeć w samotności w mieszkaniu Alana! A Eileen była na tym punkcie bardzo wrażliwa.
Na szczęście sytuacja szybko została zażegnana i Alan pogodził się ze swym nowym losem.
- Tylko go podlewaj. Pamiętaj, raz w tygodniu. Najlepiej wtedy, kiedy masz wolne... o ile masz taki dzień  - zachichotała pod nosem, z ulgą oddając mu drugą doniczkę. - Męski obowiązek spełniony.
Uśmiechała się ciepło, patrząc na niego. Za każdym razem, kiedy się spotykali, przypominały jej się czasy Hogwartu, te kilka lat, w których temperowali własne charaktery i zwyczaje. Eileen nie akceptowała takich psotników jak Alan, Alan krzywo na nią patrzył, bo była zbyt spokojną duszą... ale jakoś to się w końcu stało, że zawiązała się między nimi nić przyjaźni.
- Masz jeszcze sporo czasu. Jeśli chcesz zrobić mi prezent, to najlepiej na urodziny. Piętnasty dzień sierpnia - poruszyła zabawnie brwiami w jego kierunku.
Wzrokiem spróbowała ogarnąć przestrzeń jarmarku, żeby znaleźć odpowiednie miejsce na rozmowę, którą chciała z nim przeprowadzić. Nie mieli przed sobą żadnych tajemnic... no, prawie, nie licząc tej jednej, którą Eileen schowała głęboko we własnym sercu, z dala od oczu i dotyku innych.
Wskazała mu ławkę znajdującą się z dala od zgiełku, a kiedy do niej dotarli, usiadła, odłożyła na bok swoją doniczkę i zaczęła temat:
- Ostatnio ojciec wziął mnie i Rossandrę na poważną rozmowę. Uwierz, byłam tak samo zestresowana jak ty, a może i nawet bardziej. Wiesz, jaki temat poruszył? - spojrzała na niego, zawijając za ucho kosmyki falujących włosów. - Temat swojego pochodzenia i rodziny. Wiesz, jak naprawdę ma na nazwisko? Weasley. Tak, Weasley. Mój ojciec był kiedyś szlachcicem, ale wydziedziczono go, gdy jego rodzice dowiedzieli się o romansie z moją matką. Alan... jestem w połowie szlachcianką! - szepnęła do niego głosem pełnym entuzjazmu. - Co prawda już nie taką z prawdziwego zdarzenia, no ale... no! Wcześniej rodzice utrzymywali nas w przeświadczeniu, że matka wzięła nazwisko po ojcu, bo przecież ja i Rossa wciąż jesteśmy Wilde. A tu proszę, taki psikus!




The responsibility of love:
To keep another's heart safe

Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Jarmark   24.10.15 15:30

Przedzieranie się przez zgromadzoną na festiwalu ciżbę było męczące i frustrujące. Dotykały go dziesiątki osób, setki otarć, dotknięć i muśnięć znaczyły jego ciało, a on sam czuł się jak manekin na wystawie, którego nie tyle się podziwia, co wtyka paluchy we wszystkie nieodpowiednie miejsca, aby sprawdzić, by na pewno nie jest to przypadkiem żywy model. Miał tego wszystkiego powyżej uszu; potrzebował odpoczynku, chwili oddechu i jedynie umówione spotkanie trzymało go jeszcze w stanie względnego spokoju, chociaż najchętniej już dawno teleportowałby się do domu, zaszył w gabinecie z dobrą książką, kieliszkiem szkockiej i miauczącym kotem na kolanach. Nie miał wielkich wymagań, za chwilę ciszy oddałby pół swojego majątku, ale najwyraźniej nikt z Prewettów nie doszedł do wniosku, by wydzielić dla gości sferę przestrzennego komfortu, chroniącą wrażliwe uszy specjalnymi zaklęciami wyciszającymi. Warknął na kilku gówniarzy zastawiających mu drogę i ruszył w kierunku rozłożonych kramów i straganów, przy których kręciło się kilkadziesiąt osób, ale na żadną z nich nie zwrócił większej uwagi. Nie zwrócił właściwie żadnej uwagi, zbyt zaaferowany tajemniczymi specyfikami, które sprzedawcy zachwalali donośnym tonem, niemożliwie frustrująco brzęczącym mu w uszach. Zastanawiał się między czarnymi jagodami a czerwonymi czekoladkami, ze złośliwością myśląc o tych wszystkich biednych niewiastach, które musiały sięgać po podobne wspomagacze, by usidlić swoich kochanków przynajmniej na kilka krótkich chwil. Czyż nie łatwiej byłoby ich po prostu upić, skoro damy te były aż tak bardzo niepewne swoich wdzięków i naturalnego czaru - tu nieco się skrzywił, wciąż pomny dziwnych nauk Samaela w tej kwestii, które zupełnie do Colina nie trafiały; wciąż hołdował swoim hedonistycznym zapędom, korzystając, owszem, z cielesnych uciech oferowanych przez kobiety, ale jednocześnie doceniając ich inne zalety, również niejako intelektualne - zamiast wydawać galeony na magiczne specyfiki o zapewne wątpliwym działaniu?
Pokręcił głową, sięgając dłonią po kolejną propozycję podsuniętą przez usłużnego sprzedawcę; zaskakujące, jak szybko te sprzedajne harpie potrafią wywęszyć bogatego klienta, który nie szczędziłby zawartości swojej sakiewki na zakup kolejnego badziewia. Z rozbawieniem przeczytał napis na etykiecie głoszący, że właśnie trzyma w ręku Zwój z receptą na Zniewalające Bańki Pierwszej Miłości. Doprawdy, osoba wymyślająca te urocze nazwy z pewnością marnowała się na swoim stanowisku; od dawna powinna pracować w Proroku albo w Czarownicy i pisać tytuły do idiotycznych artykułów, które co chwila pojawiały się w obu gazetach. Skoro te durne receptury sprzedawały się jak ciepłe bułeczki - a świadczyło za tym prawie puste pudełko - z pewnością jednak nie brakowało osób, które naiwnie wierzyły w siłę chwilowego zauroczenia. Jaką zabawę czerpało się z wiedzy, że adoracja partnera wynika nie z jego wewnętrznego przekonania, chęci i pragnienia, ale z wypowiedzianego zaklęcia, wypitej mikstury czy magicznych bąbelków? Sama myśl była śmieszna i absurdalna; Colin uśmiechnął się lekko, dziękując sprzedawcy powątpiewającym spojrzeniem i przeszedł do drugiego stoiska, wciąż niezbyt zainteresowany otaczającymi go ludźmi. Nerwowym warknięcie reagował dopiero wtedy, gdy ktoś zbyt mocno naruszył jego osobistą przestrzeń - co w festiwalowych warunkach zdarzało się nagminnie. Coraz bardziej żałował, że pojawił się tu tak wcześnie, skoro umówione spotkanie miało się odbyć dopiero wieczorem; późnym wieczorem, gdy większość uczestników zebrałaby się na konkursie alchemicznym, a mniejszość rozeszła do swoich namiotów. Lub cudzych namiotów, w końcu nie przez przypadek chodziło o festiwal miłości.


Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jarmark   24.10.15 15:34

Coroczny miłosny festiwal w Dorset nie należał do ulubionych wydarzeń lady Avery, nawet kiedy była zaledwie młódką, przechadzającą się po włościach Prewettów kilkanaście lat temu. Już wtedy szczerze gardziła dziką przyrodą, pomimo upływu czasu dalej atakującą jej wymuskaną nieskazitelność ze wszystkich stron w ten sam, irytujący sposób. Ostry wiatr psuł równo upięte loki, roztrzepując złote kosmyki w niepoukładane fale, igrając także z leciutką sukienką z koła, unoszącą się raz po raz do góry. Nadmorskie powietrze, przesycone solą, drażniło jej suchą skórę a uporczywe, letnie słońce prażyło niczym podgrzewające zaklęcie, przenikające morderczymi promieniami zarówno elegancki, ażurowy kapelusz jak i letnią sukienkę, mile muskającą chłodnym materiałem odkryte łydki. Przyzwoita długość stawała się jednak przekleństwem na tej wydeptanej w piachu ścieżce, poprzecinanej jakimiś chabaziami, niebezpiecznie zahaczającymi o dół ubrania.
Laidan akceptowała przyrodę tylko jako egzotyczną ciekawostkę – uwielbiała odwiedzać z ojcem londyńskie ZOO, oglądając niespotykane zwierzęta z mieszaniną zainteresowania i obrzydzenia – ewentualnie jako całkowicie martwą naturę, przedstawianą na obrazach. Żyjąca tkanka, kurz, pyłki, wiatr, nierówne podłoże, liście spadające z gnijących drzew i robactwo, pełzające, fruwające oraz po prostu egzystujące tuż obok niej, doprowadzały ją do skrajnej frustracji. Odcinała się więc od wypoczywania na łonie natury zdecydowanie, preferując raczej wystawne bankiety w chłodzie marmurów niż niemalże plebejskie rozrywki pod palącym słońcem. Kochała zimę, ten cudowny czas mrozu i śmierci dla całego plugastwa, wyłażącego z ziemi. Tylko wtedy pozwalała sobie na długie spacery, wdychając lodowate powietrze głęboko do płuc objętych Klątwą, dającą się jej coraz częściej we znaki.
Zwłaszcza w okresie upałów. Sierpniowe powietrze wcale nie łagodziło pojawiających się ostatnio duszności – które to skrzętnie ukrywała przed wszystkimi – a wręcz nieprzyjemnym żarem osiadało na jej klatce piersiowej, czyniąc towarzyskie obowiązki trudnymi do zniesienia.
Gdyby nie wsparcie Samaela, będącego tuż obok, pewnie musiałaby wytłumaczyć swoją nieobecność na tym szlacheckim wydarzeniu obłożną chorobą, co tylko wzmogłoby plotki o jej ostatniej niedyspozycji. Do tego dopuścić nie mogła, tak samo jak do opuszczenia prewettowskiego festiwalu oraz pozostawienia syna samego w tym upojonym afrodyzjakami gnieździe żmij. Uśmiechała się więc szeroko, łagodnie, spacerując pod ramię z najstarszym synem, jak przystało na lady Avery, ostatnią taką arystokratkę, zachowującą klasę nawet w trzydziestostopniowym upale. Ukrywała swój prawdziwy nastrój – do całego zdrowotnego dyskomfortu dochodziły również wspomnienia ostatniej nocy z Reaganem – tak samo  doskonale, witając się raz po raz z równymi sobie, ciągle jednak kurczowo trzymając się ramienia górującego nad sobą mężczyzny. Założenie ukochanych szpilek nie wchodziło w grę, przez co wyglądała przy Samaelu niezwykle filigranowo, czubkiem głowy sięgając zaledwie do jego barku.
-  Judith nie chciała się tu z tobą pojawić? Powinniście jak najczęściej pokazywać się razem – spytała lekko, wręcz z troską o nieskazitelny wizerunek narzeczonych, chociaż najchętniej widziałaby pannę Skamander przysypaną gorącym piaskiem, wyżerającym jej śliczne oczęta. Uśmiechnęła się przelotnie do swoich myśli, dając prowadzić się Samaelowi po nierównym terenie, wolną dłonią przytrzymując rondo kapelusza.


Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jarmark   24.10.15 16:05

- Przecież tylko żartuję, głuptasie. - odezwał się nagle, widząc zdziwienie malujące się na twarzy Eileen. Dodał do tego także pstryczek w środek nosa czarownicy. Widocznie dziewczyna wzięła jego słowa na poważnie. A nie powinna, wszakże znali się nie od dziś. Alan nigdy nie wykazywał większego zainteresowania roślinkami. No dobrze, w prawie nigdy. W Hogwarcie bowiem zielarstwo szło mu całkiem dobrze, a on sam nawet darzył ten przedmiot sympatią. Inaczej jednak sprawa wyglądała, gdy zajmowało się roślinami na zajęciach, a inaczej gdy trzeba było o nich pamiętać i dbać o nie we własnym mieszkaniu. To całkowicie nie wychodziło Alanowi, zwłaszcza od kiedy pracował w Mungu i nie miał czasu dla roślin. Te jednak nigdy nie żyły zbyt długo. Dlatego też sprzeciwił się, gdy Eileen zaproponowała kupienie mu rośliny. Nic to jednak nie dało i ostatecznie skończył z dwiema doniczkami w dłoni. Eil była równie uparta, co on.
- Dobrze wiesz, że albo będę podlewał ją zbyt rzadko z powodu pracy, albo po prostu nie będę o niej pamiętał. Skazujesz ją na pewną śmierć, Eileen. - mruknął. Rozpogodził się jednak, gdy udało mu się spełnić swój męski obowiązek i nie pozwolić dziewczynie na noszenie dwóch donic. Mężczyźni byli wiecznymi dziećmi, toteż cieszyły ich także takie pierdoły, jak ta. Jego duma także została ocalona. Z Eileen rozumieli się bez słów. Już dawno przestał zastanawiać się, jak to się właściwie stało, że się przyjaźnili. Początkowo byli przecież tak od siebie różni. On lubił psocić i wpadać w tarapaty, ona ratowała go i prawiła morały. Ostatecznie Bennett uspokoił się i wyciszył, co było zasługą właśnie Eil, ale również Quidditcha. Nie zmieniło się to jednak nawet wtedy, gdy przestał w niego grać.
- Pamiętam, Eileen, pamiętam. Nie musisz mi przypominać, nie mógłbym zapomnieć. - stwierdził, kiedy nagle padła data jej urodzin. No dobra, może nie do końca pamiętał. Albo raczej dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak mało czasu do nich mu pozostało. Musiał rozejrzeć się za prezentem. I gdy tak przeszło mu to przez myśl, wpadł na coś. Uśmiechnął się szeroko do Eileen, z widoczną w tym również złośliwością, albo raczej chęcią podroczenia się, podokuczania jej. - Dostaniesz ode mnie dużo kilogramów marchewek. - mruknął i parsknął śmiechem. Żarty o marchewkach i królikach nigdy mu się nie znudzą.
Podążył za Eileen, która chciała mu coś opowiedzieć. Przysiadł, kiedy już znalazła odpowiednie, nieco odosobnione miejsce. Miał obawy co do tego, co chciała mu powiedzieć. Czy stało się coś złego? Nie wiedział czemu, ale tylko negatywne myśli przychodziły mu w takich momentach do głowy. Odetchnął więc z ulgą, gdy dowiedział się o co chodzi. Na jego twarz ponownie wrócił uśmiech.
- A więc Weasley... - mruknął, poniekąd do niej, poniekąd sam do siebie, a poniekąd w przestrzeń. - Coś mi właśnie nie pasowało w tym wszystkim. Znam kilka Weasleyów. Przez długi czas jedna dziewczyna Weasleyów była moją pacjentką. Ciężki i nieprzyjemny przypadek, ale wyszła z tego. - mruknął. No właśnie, znowu wracał myślami do pracy, nawet w takich momentach. Pracoholizm jak nic. - Ale to świetnie, Eil. Już jest wszystko jasne i nie jesteście trzymane w niewiedzy. Okazuje się też, że masz szlacheckie pochodzenie, ale wiesz co... - Zatrzymał się, patrząc na nią. Przez chwilę milczał, aż w końcu westchnął, uśmiechając się lekko. - Cieszę się, że tak się to wszystko potoczyło, choć Twoim rodzicom musiało być ciężko. Gdybyś wychowywała się z Weasleyami, byłabyś pewnie teraz zupełnie inna. Nie mówię o nich źle, ale wiesz co myślę o czarodziejach szlachetnej krwi. Większość z nich jest zepsuta. - wyjaśnił. Tak... naprawdę cieszył sie, że tak się to wszystko potoczyło. Gdyby było inaczej, być może teraz nie miałby tak wspaniałej przyjaciółki.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Jarmark   24.10.15 22:51

Obowiązku przygniatające jego kark wykonywał niemalże instynktownie, nie zastanawiając się nad tym, czy są mu miłe, czy też nie. Rozumiał konieczność niektórych czynności, jak i obecności na spotkaniach, zaszczycenia swoją osobą bankietów tudzież plebejskiego święta Prewettów. Przypominającego nieco dawne saturnalia, kiedy to wszystkie obyczaje zostawały wywrócone do góry nogami, a kamienie węgielne zamieniane w pył. Również teraz, na wzór starorzymskich obrzędów, przez tydzień (zbieg okoliczności?) podziały społeczne przestawały istnieć i każdy był sobie równy. Piękna mrzonka stworzona na potrzeby festiwalu miłości, propagandowa bajka wymyślona przez żyjącego przed wiekami potomka Aenghusa ku uciesze gawiedzi spragnionej swobody. Kompletne szaleństwo, stwarzające jednak pospólstwu pozory takiego życia, jakiego parweniusze zapewne od zawsze pragnęli. Załagodzenie zwyczajowych norm, delikatne odejście od sztywnych konwenansów zwykle trzymających motłoch w ryzach nie mierziło wszakże Avery’ego w stopniu ogromnym. Dostrzegał bowiem w tym obrządku pewien sens, a także prawidłowość – zgodną z antyczną wymową święta rozpusty, swawoli i swobody. Puszczał się zatem w tany z panienkami z niższej warstwy społecznej, rozmawiał z mugolskimi pomiotami, jak z równymi sobie, folgował nadzwyczajnym zachowaniem, znacząco obniżając pułap standardowej powściągliwości. Czynił to zaś jedynie po to, aby po siedmiu dniach ponownie przywdziać kamienne oblicze i obdarzać każdego – czy to arystokratę, czy marnego pół-czarodzieja chłodną uprzejmością, narzuconą mu przez zawód, jakim się parał. Wbrew pozorom zabawa Prewettów umacniała wyraźną stratyfikację, wskazując niedorozwiniętym szumowinom, iż obalenie panującego ładu nie poskutkowałoby niczym innym od zapanowania totalnego chaosu – dlatego Samael chętnie pokazywał się w Dorest.
Zwłaszcza, jeśli za towarzyszkę miał kobietę, której złożyłby w ofierze cały znany mu świat. Wyruszyłby na jego podbój zupełnie jak Aleksander, aby rzucić matce do stóp bogactwa i zaszczyty, uczynić ją królową, cesarzową, założyć nowy kult, wielbiący Laidan jako boginię. Granatowe oczy Avery’ego łagodniały, kiedy napotykał pełne miłości spojrzenie identycznych tęczówek kroczącej przy nim matrony. Trzymał ją pod ramię, jak przystawało na wzorowego syna, całkowicie oddanego swojej familii oraz obowiązkowi opieki nad rodzicami. Spośród boskich praw respektował tylko czwarte przykazanie, w pełni się z niego wywiązując i pokazując ową cześć niemal na każdym kroku. W jego postępowaniu nikt nie doszukałby się niczego niewłaściwego, przeciwnie, Samael nie wątpił, iż każda stateczna kobieta pragnęłaby znaleźć się na miejscu Laidan. Przepełniało go to niesamowitą dumą oraz podbudowywało jego ego - i tak już przerośnięte do absolutnych granic. Nie wykonywał zbędnych, czy nieostrożnych gestów, zachowując stosowny dystans, choć w jego umyśle, niecierpliwe ręce właśnie wędrowały po rozpalonej skórze Lai. Torturował się tym obrazem, jakby był wytrwanym masochistą, aczkolwiek zdawał sobie sprawę, iż po powrocie do rezydencji, fantazje obrócą się w rzeczywistość. Wystarczy odrobina cierpliwości…
-Nie rozmawiajmy o niej – szepnął do matki, bezwiednie przesuwając dłonią po jej talii – ciebie pragnąłbym przedstawiać jako swą wybrankę – rzekł tak cicho, że choć stała tuż obok, słowa płynące z jego ust mogła jedynie odczytać z ruchu warg Avery’ego. Zdecydowanym krokiem zaprowadził Lai do jednego z kramów, gdzie handlarz głośno zachwalał swoje produkty – proszę, wybierz sobie cokolwiek zechcesz – powiedział, ignorując obleśny uśmiech sprzedawcy, węszącego spory zarobek. Samael nie zamierzał oszczędzać na swojej kobiecie… A także pragnął pokazać, że ma gest, kiedy zauważył stojącego opodal Fawley’a.
-Nie spodziewałem się, że się tu spotkamy – przywitał się (szaleńczo wylewnie), ściskając jego dłoń (choć wolałby, zobaczyć, jak ponownie zgina przed nim kark) – matko, pozwól, że ci przedstawię mojego przyjaciela, Colina Fawley’a – rzekł, zwracając się do Laidan, choć spojrzenie nadal miał utkwione w księgarzu. Przewiercał go niemal na wylot, wspominając ostatnie spotkanie i ostatnie słowa, jakimi go pożegnał. Pełne nadziei na powtórkę z rozrywki?






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.


Ostatnio zmieniony przez Samael Avery dnia 25.10.15 13:30, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Eileen Bartius
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Zamężna
your worst battle
is between what you know
and what you feel
12
4
10
3
16
0
5/37
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Jarmark   25.10.15 11:25

- Au! - mruknęła znów odganiając jego dłoń sprzed twojej twarzy. - Nie mamy już po siedemnaście lat, ale to wciąż boli tak samo! I jest tak samo denerwujące.
Wcisnęła mu ze śmiechem palec w pierś.
I on o tym wiedział, i ona, że Alan nie będzie dbał o podarowaną mu roślinę, ale coś powiedziało jej, że powinna spróbować. I tu nie chodziło o to, żeby obarczyć go jakąś olbrzymia odpowiedzialnością. Ot, przyjacielski prezent, taki rozjaśniający mieszkanie.
Urodziny. Właśnie. Była wdzięczna losowi za to, że podarował jej ten dzień akurat w sierpniu. Mogła pojechać do rodziców, uraczyć się cudowną szarlotką matki, porozmawiać z ojcem na przeróżne tematy, uścisnąć Rossandrę, bo i ona zazwyczaj wtedy przyjeżdżała. Gdyby urodziła się miesiąc później, musiałaby otrzymywać te wszystkie miłe chwile w listach, co absolutnie nie zastępowało tych prawdziwych doznań.
- Marchewki, no tak. Przyjmę w każdych ilościach, bo i tak jestem od nich uzależniona. To jedyne warzywo, które przyjmę w ramach prezentu urodzinowego - zachichotała.
Wyciągnęła ze swojej torebki małą puszeczkę. Otworzyła ją i poczęstowała Alana. W środku były malutkie landrynki o smaku owoców leśnych, które Eileen zawsze towarzyszyły. Dziwne, że nie miały smaku marchewek, co? Wsunęła sobie do ust jednego cukierka i spojrzała na Alana, zaskoczona jego słowami.
- Miałeś za pacjentkę jakąś dziewczynę od Weasleyów? Opowiesz mi o niej? Jak miała na imię? - spytała od razu.
Ojciec dał jej i Rossie pergamin z krewnymi, o których się dowiedział. Sam zaczął odnawiać swoje kontakty z rodziną, przepraszał, spowiadał się z grzechów, które wobec nich uczynił. Nikt nie wiedział tylko, czy rodzina przyjmie to z aprobatą.
- Tak, tak, wiem. - wzięła głęboki wdech. - I ja też się z tego cieszę, chociaż wiem, że po wydziedziczeniu ojciec na pewno by się nie zmienił. Rozumiesz, o co mi chodzi? Byłby tak samo biedny, jak jest teraz. Po prostu dowiedzieliśmy się o naszych korzeniach i rodzinie, z którą teraz możemy nawiązać kontakt. Z tego cieszę się najbardziej - na jej usta wkradł się uśmiech pełen ulgi. - I teraz będę mogła ją znaleźć. Właściwie mam już potrzebne namiary. Muszę tylko tam pójść, wręczyć im czekoladki i powiedzieć, że jestem ich kuzynką.




The responsibility of love:
To keep another's heart safe

Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Jarmark   25.10.15 14:52

Szalony czy pijany los rzucił go właśnie w to miejsce, w tym czasie, na to konkretne stoisko, które tylko pozornie nosiło ślady bezpiecznej przystani, dalekiej od porywczych prądów posłuszeństwa i uległości, którym na co dzień się poddawał? Czy to ironiczny chichot przeznaczenia kazał mu skierować swoje kroki w stronę jarmarku, by rzucić go na głęboką wodę nowego wyzwania, jakim było stawienie czoła już nie jednemu, ale dwojgu Averych? W dodatku zastali go w sytuacji nieco niezręcznej - jeśli można tak nazwać otoczenie saszetek z afrodyzjakami i miłosnymi wspomagaczami, które pasowały raczej do uroczych dziewczątek, a nie statecznego szlachcica - jeszcze bardziej wprawiającej go w zakłopotanie. Powiększane stokrotnie nagłym napływem wspomnień ze spotkania, w którym miał niezapomnianą przyjemność uczestniczyć; i choć spojrzenie Samaela niewiele różniło się teraz od tego, którym obdarzał go wtedy, to kryło dziś w głębi tęczówek drwiącą zapowiedź zabawy. Kosztem Colina, czy może mistrz wybierze sobie inną zabawkę, którą będzie mógł zaprezentować w swoim kukiełkowym teatrzyku, zabawiając przedstawieniem ukochaną matkę?
- Samaelu, pani Avery - nie mógł sobie odmówić drobnego nieposłuszeństwa, gdy zginał głowę w ukłonie najpierw przed nim, ledwie nią drgając, by chwilę później w potężnym kontraście schylić ją przed kobietą, której przyglądał się z niekrytym zainteresowaniem. Pozostającym jednak wciąż na granicy dobrego smaku, bez przekraczania wątłej linii ciekawskiej wścibskości, której wiele osób nie potrafiło opanować przy pierwszych spotkaniach. Darował sobie uwagi o istotnym podobieństwie między nimi; puste komplementy o kobiecej urodzie pozostawały niewypowiedziane jako zbyt oklepane i miałkie, by zaprezentować je tak niezwykłej kobiecie - niezwykłej już przez sam fakt zrodzenia syna, który odegrał w życiu Colina niepośrednią rolę. - Doprawdy, niesamowity zbieg okoliczności. Szukacie czegoś konkretnego? - zdołał jeszcze wykrztusić, zanim kolejna fala wspomnień opanowała jego myśli, wyrzucając na powierzchnię sekundowe urywki obrazów. Wirujący płomień kominka, schylone plecy, uginające się kolana i bezwarunkowa postawa posłuszeństwa. Bał się rozejrzeć, by nie napotkać zainteresowanych spojrzeń obserwatorów, którzy mogliby dostrzec jego niepewność i zagubienie. Całkiem niepotrzebnie, ponieważ trzymał się wręcz doskonale, nie tracąc nic ze swojego zaskoczonego, choć uprzejmego wyrazu twarzy; to kolejna nauka Samaela, umożliwiająca zachowanie się odpowiednio w każdej sytuacji. Emocje i uczucia trzymane na wodzy były jedną z domen prawdziwego szlachcica, a nie plebejusza żywo reagującego na każdą niespodziankę.
Skupił się ponownie na kobiecie, która mimo swojego wieku - nigdy nie pytał o to Avery'ego, ale nawet przy najpomyślniejszych wiatrach musiała mieć na karku co najmniej cztery i pół krzyżyka - prezentowała się o wiele lepiej od dziesiątek zniszczonych kobiet. Nie dziwił się temu zresztą, arystokratki nie były zmuszane do pracy, utrzymywania rodziny i obarczane milionem obowiązków, a podejmowane przez nie zawody raczej nie charakteryzowały się nadmierną fizycznością. Kolejna z cech, dla których szlachecki stan pociągał go coraz bardziej - świadomość, że wybranka jego serca nawet po wielu latach będzie wyglądała wystarczająco dobrze, by nie budzić w nim obrzydzenia.


Powrót do góry Go down
 

Jarmark

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 8Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

 Similar topics

-
» Jarmark - LOTERIA
» Jarmark - ŁAPANIE ŚWINIAKA
» Jarmark Walentynkowy - Budka z Całusami!

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset, Weymouth-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18