Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Podwodna scena

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Podwodna scena   05.03.16 22:10

Podwodna scena

To jedyne miejsce, w którym można zobaczyć trzy syreny będące gwiazdami i ozdobą tego miejsca: Partenopę, Ligeę i Keto. Partenopa jest najmłodsza i najsmuklejsza, ma delikatną, jeszcze nieco dziecięcą twarz okalaną przez miękkie srebrne włosy sięgające pasa, rozsypujące się w wodzie śnieżnym welonem. Jej ogon błyszczy srebrną łuską. Ligea zwykle wiąże włosy w kunsztowne upięcie, są krucze, nosi się w ciemnych odcieniach zgrywających się z jej granatową łuską. To siostry, Keto jest ich matką - najstarszą i o najbardziej kobiecych kształtach, wciąż piękna z racji długowieczności; jej złote, kręcone włosy wiązane są u dołu rzemieniem w bardzo luźny kuc. Ich pokazy odbywają się w przysłoniętym ciężką czarną kotarą akwarium, które daje doskonałą widoczność na ich ruchy pod wodą; tańczą Partenopa i Ligea, Keto zwykle wynurza się u szczytu akwarium i rozpoczyna śpiew - jej głos jest najsilniejszy, przeszywa pomieszczenie przejmującą, miękką melodią, która rządzi wodą; koi ją lub sprowadza sztorm. Widownia składa się z czarnych, stromo usytuowanych fotelach oraz trzech lóż usytuowanych dokładnie naprzeciwko akwarium. Samo akwarium połączone jest z Tamizą, ale ponoć trzy muzy Fantasmaogrii nieczęsto do niej wypływają - tutaj mają znacznie czystsze, chronione potężną magią wody.


Powrót do góry Go down
Nemesis Valhakis
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t2547-nemesis-valhakis#40184 https://www.morsmordre.net/t2580-listy-do-nemesis#40905 https://www.morsmordre.net/t2582-grecka-entropia#40927 https://www.morsmordre.net/f256-durham-posiadlosc-rodziny-valhakis https://www.morsmordre.net/t2682-nemesis-valhakis#42922
pomaga ojcu w interesach, wytwarza amulety i wtyka nos w czarnomagiczne księgi
25
Czysta
Panna
Nothing is softer or more flexible than water, yet nothing can resist it.
5
10
0
0
0
5
0
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   10.04.16 0:49

1 grudnia

Usta mam dziś karminowe, między wargami ściskam tlącego się papierosa, bo to jest bardzo typowe dla Greków zajęcie. Szaty jednak zdobią mnie angielskie, eleganckie, choć wcale nie zachowawcze, bo materiał nie spowija ani moich łopatek, ani kręgów szyjnych, ani nawet piersiowych. Suknia pasuje do wina w moim kieliszku, choć na jej fakturze przeplatają się motywy florystyczne w odcieniach fioletów i granatów. Z każdym ruchem nadgarstka dźwięczy biżuteria: trochę złota, rubinów i ametystów, jedne na szczęście, inne dla równowagi. Na palcach pierścienie z oczkami, jeden o mocy szczególnej, bo choć z magią nie miał nic wspólnego, przywiódł mnie w to miejsce porą wieczorową. I miał też wkrótce zamienić wszystkie Dobry wieczór, panno Valhakis na Dobry wieczór, pani Carrington.
Lubiłam swoje nazwisko, nie marzył mi się ślub ani grecki, ani angielski, jednak walka z pragmatyzmem wydawała mi się co najmniej niepotrzebna. Mogłabym może szepnąć ojcu słowo, nie zgodzić się na taki los, zaprotestować, dlaczego chce, abym została tylko panią Carrington. Dlaczego nie Lady Malfoy, Lady Crouch, Lady Parkinson, Lady Selwyn albo Yaxley, taką rolę przyjęłabym z należytą godnością. Znałam jednak dobrze Arenę Carringtonów, choć ich samych już znacznie mniej. Kilka razy skradli mi to moje zimne serce, mieli w sobie coś takiego, co nie pozwalało zapomnieć na długo o ich sztuce, co sprawiało, że myśli mimowolnie wracały do tego spektaklu świateł i dźwięków, zupełnie oderwanego od rzeczywistości i jednocześnie tak mocno z nią związanego. Nino wydawał się właśnie taki, jak cała sztuka Carringtonów. Widywałam go już od dawna w naszym sklepie, podawałam kawę w pięknych filiżankach, ale on raczej wolał przesiadywać z ojcem na zapleczu. Kilka razy schodził w jego towarzystwie do piwnicy – wtedy już wiadomym było, iż pan Carrington jest kimś więcej, niż tylko klientem. Trudno było ignorować jego intrygującą powierzchowność, ale tak naprawdę nie zamieniliśmy zbyt wielu słów aż do czasu Halloween, kiedy zostałam prawdopodobnie elementem gwarancj istotnej umowy. Wojujące sufrażystki mogłyby poczuć się oburzone faktem, że nie było mi wcale przykro z tego powodu. Nie traktowałam narzeczeństwa ani jako kary, ani jako nagrody. Skoro planowane małżeństwo wykwitło na zrąbie interesów, dlaczego i ja nie miałabym odnaleźć w nim furtki do poszerzenia własnych horyzontów?
Jeden księżyc to jednak za mało, by poznać człowieka, ale świadomość tego, jaka magia interesowała Nino, pozwalała na swobodę w jego towarzystwie. Nadal pozostawał jeszcze dystans, błądzenie we mgle po omacku, badanie jego na pozór posępnej natury, przeplatane z jakąś niewyjaśnioną w swoim podłożu fascynacją. Dlatego też ubierałam się pięknie, bo w końcu kobieta u boku mężczyzny winna prezentować się zawsze zjawiskowo. Zwłaszcza w miejscach takich jak to, gdzie łatwo można było stracić głowę. Syreni śpiew miał w sobie coś przejmująco pięknego i złowieszczego, jego charakter zdawał się być w tym ze mną spójny – i może dlatego te stworzenia zawsze mnie intrygowały? Kręciłam więc głową, podążałam za nimi spojrzeniem, choć nie mogły równać się z widokiem syren żyjących na wolności u wybrzeży wyspy Wright, gdzie swego czasu spędzałam całe dnie, zupełnie nienaiwnie wierząc, iż zostanę Lady Lestrange. Teraz wiara ustąpiła przekonaniu. Będę panią Carrington, bo tak chce ojciec. Może ja chcę również, ale jeszcze o tym nie wiem.
Przekonaj mnie o tym, Nino.  
- Zdradź mi największy sekret waszego teatru. A może winnam nazywać to widowisko innym imieniem? - prowokuję, nadal trzymając między palcami tego jarzącego się papierosa. Patrzę na niego spojrzeniem pełnym ciekawości, przeszywam go na wskroś, choć oczy mam może trochę zmrużone, jakbym już chciała w każdym jego słowie doszukiwać się podstępu. W zasadzie tylko na to czekam, ludzie, którzy nie mieli nic do ukrycia, nie wydawali mi się wcale warci uwagi.







I'm drifting in deep water
No matter how far I drift deep waters won't scare me tonight
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   22.10.16 22:46

1 marca

Z zewnątrz budynek wyglądał ładnie – nie dostojnie, nie wyjątkowo, nie olśniewająco, ale dość ładnie, by zachęcić do odwiedzin. Szyld Syreny uwieszony na grubym łańcuchu skrzypiał smagany wiatrem – był raczej kiczowatym elementem, będzie go trzeba zamienić na coś bardziej gustownego. Pomyśli o tym przy okazji zmiany nazwy tego miejsca, na nową wciąż nie miał jeszcze pomysłu. A może – Evandra będzie miała? Taksował wzrokiem zewnętrzne ściany, kolumny przy drzwiach, zastanawiając się, jak będą wyglądać po planowej renowacji. Oczyma wyobraźni – widząc je, świeże, odmalowane, o poprawionej rzeźbie. Oczyma wyobraźni widział to miejsce jako wyjątkowe, odnowione i z renomą odpowiedniego towarzystwa.
Minął próg, skinąwszy głową czarodziejowi przyjmującemu gości, mężczyzna powinien go już kojarzyć. Tristan nie pojawił się tutaj po raz pierwszy, choć dotąd, przed nowym rokiem, bywał w tym miejscu w celach wyłącznie rozrywkowych. Czas najwyższy, by uległo to zmianie. Decyzja o zakupie syreniego baletu nie była ani nagła ani łatwa, głównym motorem zdała mu się konieczność obłaskawienia swojej małżonki, która podobnie jak on lubowała się w dystyngowanych rozrywkach artystycznych wysokiej klasy, a syreny – syreny przypominały przecież rodzinny dom lady Lestrange. Nie bardzo widział siebie w pertraktacjach z tymi absolutnie niecodziennymi artystkami, podczas gdy jego małżonce podobne rozmowy powinny nie tylko przyjść z łatwością, ale i – albo przede wszystkim – sprawić radość i wywołać uśmiech na twarzy, która od dawna chowała się w cieniu. On sam potrzebował czegoś swojego, poświęcił wszak życie rodzinnemu rezerwatowi, oddając tym samym cześć rodowym obowiązkom i pieczętując swoje oddanie Rosierom, ale czy mógł polegać wiecznie wyłącznie na ich łasce? Wszystkie pieniądze, które posiadał, posiadał od rodu – zadowoleni z  jego poczynań wręczali mu stałe, dość wysokie honorarium za pracę na rzecz smoków Rosierów. Był też jedynym synem, od dziecka chowanym na przejęcie całości rodzicielskiego majątku. I choć źródło, z którego płynęły jego pieniądze, wydawało się nieskończone, on pragnął wyjść poza nie – dla większego poczucia niezależności, a może dla udowodnienia samemu sobie, że potrafi. Miał przy sobie list, w którym poprzedni właściciel zgodził się na sprzedaż nieruchomości. Prowadzili rozmowy od grudnia, to nie aż tak długo w przypadku decyzji równie doniosłych, lecz Tristan nigdy nie słynął z nadmiernej cierpliwości. W końcu, otrzymał odpowiedź pozytywną – i zaproszenie na kieliszek czegoś mocniejszego dla upamiętnienia zawartej umowy.
Odpowiedział skinięciem głowy na powitalny gest kamerdynera, w głowie notując jego nienaganne maniery. Wiedział, że powinien poznać ludzi, którzy tutaj pracowali, upewnić się, czy byli kompetentni, zwracać uwagę na niedociągnięcia. Miał o tym miejscu dobre zdanie, lecz przecież nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej. A coś, co miał zamiar sygnować własnym nazwiskiem, powinno przedstawiać sobą najwyższy standard – bo wartość jego nazwiska była przeolbrzymia. Kamerdyner okazał się mężczyzną chudym, niewysokim i obdarzonym niecharyzmatyczną, ale za to kamienną twarzą, co niewątpliwie sprawiało, że świetnie odnajdywał się wśród najważniejszych brytyjskich gości. Każdy jego gest i każde słowo wydawało się starannie przemyślane, a wcześniej – starannie wyuczone, co Tristan dostrzegł dopiero teraz, przyglądając mu się mu już właściwie jako podwładnemu. Z zadowoleniem, tak skrupulatnych, oddanych pracy ludzi nie znajduje się łatwo, nawet ktoś taki jak Tristan zdawał sobie z tego sprawę.
Nie sądził, by człowiek, który wysłał mu list, miał chęć zmiany zdania. Wciąż był zbyt młody i zbyt mało doświadczony, by wiedzieć, że bezpiecznie mógł się poczuć dopiero wówczas, kiedy będzie miał podpisaną umowę.
- Zostałem poproszony, by odprowadzić pana do gabinetu, sir. – Słyszał jego głos, ale na niego nie patrzył, utkwiwszy wzrok na jednym z wystawnych akwariów w holu. Nie było w nim nic aż tak nadzwyczajnego, syreny miały ciekawsze zajęcia aniżeli wiszenie jako korytarzowa ozdoba, a przecież to one nadawały barw i magii wszystkiemu, co działo się wewnątrz budynku, lecz urzekła go kwiecistość podwodnej flory wypełniającej szklany pojemnik. Pomiędzy koralami wypatrzył maleńkie skrzące błękitem rybki, przepływające wokół nich niewielką gromadą.
Tak, powinno się jej tutaj spodobać.
- Sir, jeśli pan pozwoli…
- Pozwolę. Ale najpierw chciałbym się jeszcze raz przyjrzeć temu miejscu. Mogę liczyć na asystę?
Krótki moment wpatrywał się w wyraz jego twarzy, wyraźnie zagubiony; ktoś przerwał naturalny porządek wszechrzeczy i oczekiwał czegoś, co wyłamywało się poza schemat zaplanowanego dnia. To było naganne, ale wyraz oburzenia tylko na moment zmącił idealny spokój na twarzy kamerdynera.
- Nalegam, sir, żeby najpierw spotkał się pan z panem Rowsonem – odparł więc kategorycznie, niemal nie drgnąwszy. Tristan po chwili odjął spojrzenie od kolorowego akwarium, po czym skinął głową na znak zgody – i ruszył za mężczyzną, przez korytarze wyłożone lśniącym parkietem, o ścianach wymalowanych na morskie, kojące kolory. Takie kolory dobrze komponują się z różami. Będzie trzeba to i owo pozmieniać w wystroju, lecz duch wnętrza powinien pozostać ten sam, klasyczny, nienachalny, mało kiczowaty. Elegancki, z klasą, tak właśnie widział to miejsce. Dobrze byłoby kupić działkę obok i stworzyć urokliwy ogród, wychowano go bowiem w przeświadczeniu, że każde piękne miejsce powinno mieć jeszcze piękniejszy ogród.
Gabinet docelowy mieścił się na samym końcu owego korytarza, za ciężkimi, mahoniowymi drzwiami zdobionymi z zewnątrz urzekającymi florystycznymi drzeworytami. Mogłoby mu się tutaj nawet spodobać – może zachowa sobie ten gabinet?
Minął drzwi otwarte przed nim przez kamerdynera, słyszał, jak zostaje przedstawiony, po czym odnalazł wzrokiem oczy swojego kontrahenta. Prowadzili te rozmowy już tak długo i tak zaciekle, że Tristan miał wrażenie, jakby znali się już od dawna. Wydawał mu się podobny do jego ojca, w podobnym był wszak wieku, siwizna pojawiała się już we włosach, twarz niepogodna, nieprzychylna, a jednak teraz wykrzywiona w uśmiechu. Tristan i jemu skinął głową, po czym silnie uścisnął wyciągniętą dłoń.
- Umowa leży na biurku. – Przysunął ją sugestywnie bliżej Tristana, zerkając na kałamarz leżący tuż obok. Ustalenia były im już znane, balet przechodzi pod własność Tristana od dnia dzisiejszego, pierwszego dnia marca, lecz pan Rowson do końca miesiąca będzie miał czas na dokończenie swoich spraw, zebranie swoich rzeczy i opuszczenie gabinetu. Powiódł wzrokiem wzdłuż kolejnych punktów, upewniając się, że znajdzie wśród nich jedynie to, co zostało ustalone – to nie wrodzona przezorność, otrzymał ojcowską przestrogę – nim złożył pod nią swój podpis. Mało czytelny i brzydki, nigdy nie miał talentu kaligraficznego – ale bez wątpienia jego. Dokonało się i nie było już odwrotu.
Potrzebował dużo czasu, dużo szczęścia i jeszcze więcej pieniędzy, żeby zrobić z tego miejsca to, co widział oczami wyobraźni – a widział wiele.
Ale na wszystko miał czas.
Uniósł wzrok znad świstka papieru, jego kontrahent wyjmował już butelkę ognistej i dwie szklaneczki dla uczczenia umowy. Opłacalnej – czy dla nich obu? Tristan nie był zbyt pewny siebie w świecie interesów, nie miał w tym doświadczenia i zdawał sobie sprawę, że równie dobrze mógł utopić gotówkę w martwej inwestycji. Przecież – z jakiegoś powodu dawny już właściciel zgodził się sprzedać to miejsce.
- Świetny rocznik, będzie pan zachwycony smakiem. Ale, proszę pozwolić, możemy delektować się tym trunkiem na widowni. Zaraz rozpocznie się pokaz, proszę mi pozwolić ostatni raz obejrzeć go z honorowej loży. – Tak naprawdę nie pytał, już wstawał, a Tristan bez oporów podążył jego śladem. Odezwało się w nim nawet coś na wzór wdzięczności, że nie musiał jeszcze zajmować miejsca po drugiej stronie tego biurka – w głębi ducha jeszcze tego nie chciał. Nie był gotowy. Jeszcze nie poczuł ciężaru odpowiedzialności, a ten już zaczynał go przygniatać – wiedział, wydawało mu się oczywiste, że będzie potrzebował kogoś, kto pomoże mu go udźwignąć, a myśli te natrętnie zaprzątały mu głowę. Lekko otumaniony, wstał, wspierając się rękoma o zdobione, metalowe oparcia krzesła.
Loża, o której wspominał pan Rowson, w istocie wydawała się wyjątkowa. Miękkie, aksamitne siedzenia obite szkarłatem, drobne mahoniowe stoliki i delikatna, kuta w ornamenty balustrada, znad której rozciągał się doskonały widok na przeźroczyste, olśniewające feerią barw akwarium, sprawiały wrażenie wykwintnego przepychu. W wodzie błysnęły jasne łuski, syreni ogon, rozległ się dźwięk – śpiew, słodki, uwodzący śpiew syren, za który umarł już niejeden marynarz. I oczyma wyobraźni widział już donice czerwonych róż ustawione po bokach tego ustronnego balkonu.
I gdyby jeszcze miał wątpliwości, rozpierzchły się w jednej chwili jak popiół rzucony na wiatr. Bo niezależnie od tego, jak się to wszystko skończy – przecież warto spróbować. Ponosił pewne ryzyko, oczywiście, ale kto nie próbuje, ten nie ma – czyż nie?
I Evandra, Evandra będzie zachwycona.

/zt





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Darcy S. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t2082-darcy-rosier https://www.morsmordre.net/t2119-arcobaleno#31733 https://www.morsmordre.net/t2120-no-mercy#31734 https://www.morsmordre.net/f116-dover-dwor-rosierow https://www.morsmordre.net/t2125-darcy-s-rosier#31823
HIPNOTYZERKA
22 LATA
Szlachetna
Zaręczona
Ludzie są jak morze, czasem łagodni i przyjaźni, czasem burzliwi i zdradliwi. Przede wszystkim to jednak tylko woda.
8
17
0
0
0
7
0
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   21.01.17 22:53

9 kwietnia
Oddech miała płytki. Niewygodna suknia, spięta mocno w pasie, odbierała jej możliwość zaczerpnięcia głębokich wdechów.  Dla Darcy nie powinno się to wcale liczyć. Dłonią ulokowaną na przeponie kontrolowała rytm wciąganego do płuc powietrza. Ważne, że dobrze wyglądała. Marie dobrze ją nauczyła, aby nie okazywała wszelkich niedogodności, zwłaszcza tych, które narzucała sobie sama dla lepszej prezencji. Uwagę starała się przerzucić na rzeczy trzecie. Wystrój pomieszczenia, w którym się znajdowała. Obejmowała spojrzeniem każdy drobny szczegół obiektu, w który zostały zainwestowane pieniądze jej brata. Już teraz mogła stwierdzić, że lokacja wydawała jej się nietuzinkowa. Była przepełniona wartościami artystycznymi – tymi eterycznymi i wykraczającymi ponad normę powszechnego piękna – na które zwracał uwagę jej brat. Miał słabość do tego rodzaju specyficznego uroku, chociaż niewątpliwie wartego skupienia tych wszystkich zafascynowanych nim oczu. Tego, który potrafił zgubić niejednego mężczyznę, ale Darcy wierzyła, że Tristan nie jest zwykłym osobnikiem bezrefleksyjnie oddającym się pierwotnym instynktom i naiwnie poddającym się wszelkim zwodzeniom. Z pewnością,  miał więcej rozsądku i samokontroli w głowie. Jeśli wybrał tą instytucję za obiekt wart jego zainteresowania, nie mógł kierować się tylko pięknem. Musiał mieć na niego plan. Tak przynajmniej sądziła Darcy. Mimo aktualnej dobrej wizualizacji podwodnego baletu, spodziewała się, że inwestycja ta zostanie jeszcze rozwinięta, przeprojektowana pod wyrachowane gusta Tristana, dostosowana do potrzeb jego małżonki, dla której przejął tą podwodną konstrukcję.
Sama lady Rosier podziwiała wystrój w niemym skupieniu. Podwodny balet, o tej godzinie, stał jeszcze pusty. Darcy sądziła, że to nawet miły gest ze strony Tristana, ze zapewnił im prywatny występ. Miał ku temu możliwość, skoro był właścicielem tego miejsca. Darcy nie znalazła jeszcze okazji, żeby pogratulować mu i tego i długo obiecywanego awansu, który w końcu otrzymał. Według lady Rosier, zdecydowanie za późno.
Kiedy akurat wchodził do pomieszczenia, wzrok Darcy zwrócony był na wzburzoną przez syreny wodę. Obserwowała, jak te piękne, choć zwodnicze istoty odnajdują się w tej wodnej przestrzeni, jak zjawiskowo poruszają się, skupiając na sobie jej własne spojrzenie. Wtedy dopiero do jej nozdrzy dotarł znajomy zapach męskich perfum z mieszaniną woni, kojarzącej się jej z tylko jedną osobą. Odwracając się, doznała znacznie przyjemniejszego widoku. Tristan stał dokładnie za nią, nie usłyszała jak wchodził. Jej usta mimowolnie wygięły się w zgrabnym, kontrolowanym uśmiechu, mimo, że, jak rzadko, szczerym.
Tristanie…
Imię wypowiedziane z jej ust zabrzmialo tęsknie, ciepło. Jej wzrok skierował się jednak za jego plecy na pracowników tego miejsca. Odczekała aż opuszczą pomieszczenie i zostawią ich samych, zanim pokonała dzielącą ich odległość oplatając ręce wzdłuż jego szyi. Ciepło z wnętrza ust wypuściła wprost na jego skórę, kiedy odetchnęła, wiedząc, że dawno już nie mieli tak intymnych warunków do rozmowy.
Okłamałeś mnie — rzuciła już po momencie oskarżeniem, cofając się o krok, kiedy jej wzrok wyłapał jego spojrzenie. Gdyby ktoś jej nie znał, mógłby pomyśleć, że była zła. W jej silniejszym akcencie, mylnie postrzeganym jako złość, przebijała się troska.




And promise me this: you’ll wait for me only scared
of the lonely arms that surface, far below these birds.

Who am I, darling to you?
Who am I? I come alone here
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   30.01.17 1:36

Stał, nonszalancko wsparty o ścianę loży, obserwując Darcy w ciszy - doskonałą, jej perfekcyjnie harmonijna figura idealnie pasowała do tego miejsca; jak rzeźba, którą mógłby chcieć tutaj umieścić. Ozdoba - zapierająca dech w piersi i budząca w jego czarnym sercu niecodzienne ciepło. Obserwował ruch jej dłoni, znał jej ruchy na wylot - wiedział, że wciąż jeszcze nie przywykła do strojów właściwych damie, że spijając czujnie nauki z ust Marie gdzieś wewnątrz martwiła się niewygodą. Jeszcze niedorosła, a już miała ich opuścić - zupełnie jak jej starsza siostra. Miał nadzieję, że Darcy wyjdzie na tym lepiej niż ona. Wiedział o tym. Był już innym człowiekiem niż wtedy, znacznie potężniejszym. Znacznie bardziej wpływowym. Dzisiaj - nie pozwoliłby jej skrzywdzić. Przeniósł wzrok, przez jej ramię, na poruszające się z gracją syreny; ich łuski błyszczały w czystej wodzie jak najpiękniejsze diamenty, rubiny i szafiry. Ich długie włosy rozsypywały się w wodzie jak żywe wachlarze, a usta i oczy mamiły hipnotyzującym pięknem. Żałował, że tutaj nie można było usłyszeć ich śpiewu - ale już niedługo, miał przecież co do tego miejsca plany: poważne plany. Dopiero zaczynał dysponować rodzinnym majątkiem i nie miał zamiaru zawieźć pokładanych w nim oczekiwań; miał być dumą swojej rodziny - dziedzicem, pierworodnym - a taki ciężar ważył wiele. Musiał nauczyć się czegoś, przed czym uciekał całe życie - odpowiedzialności.
Dopiero wtedy się odwróciła. Usta Tristana drgnęły, skinięciem głowy odegnał pracowników, zupełnie niepotrzebnie krzątających się za nimi, po czym wziął siostrę w ramiona, oplatając dłońmi jej talię - w czułym, powitalnym uścisku; poczuł mrowienie na skórze, kiedy owiało go ciepło jej oddechu.
- Darcy - zawtórował jej, wypowiadając jej imię równie miękko. Nie mogła wiedzieć, że jego milczenie krótko po ślubie wcale nie było wywołane nadmiernym oddaniem się nowej rodzinie, nie mogła wiedzieć, co przez ostatnie dni przechodził: nie mogła wiedzieć, że zdążył w tym czasie zaprzedać duszę diabłu, który wyrył na jego przedramieniu mroczny znak, którego znaczenie niebawem stanie się dla czarodziejskiego świata całkowicie jasne. Nie mogła wiedzieć, że końcówkę marca, początek kwietnia, przeszedł bardzo źle, osłabiony mocą Czarnego Pana, która, wierzył w to, już wkrótce miała go wzmocnić.
I - dla własnego dobra  - nigdy nie powinna się o tym dowiedzieć.
Cofnęła się, ale nie wypuścił jej z rąk, przesunął dłonie z jej talii, chwytając nadgarstki, później - palce jej dłoni, nie dając im umknąć. Podszedł bliżej, w melodię pianina przygrywającego tańczącym syrenom okręcając ją wokół jak w tańcu, po czym wyminął ją, podchodząc do balustrady loży.
- Ależ skąd - zapewnił ją, choć nie wiedział, o czym mówiła; bał się, że przeczuwa - i miał nadzieję, że będzie to przeczucie nietrafione. Złożył dłonie razem, uginając łokcie i wsparł się o rzeźbioną barierkę, przenosząc wzrok na jedną ze złotowłosych podwodnych piękności. Przez wodę - nie słyszały ich słów, nie musiały czuć się speszone, a kameralny występ zapewne i tak traktowały jak ćwiczenia. - Mówiłem, że będziesz zachwycona i jesteś - stwierdził z przekonaniem, umyślnie odwracając rozmowę. Wciąż z uśmiechem błąkającym się na ustach obejrzał się na siostrę. - Ma na imię Adienne, musiała opuścić dom... choć wciąż nie wiem, z jakiego powodu - przedstawił syrenę przepływającą wprost naprzeciw nich, kiedyś pozna ten powód. Sam - lub od Evandry, która miała dużo większą szansę się z nimi porozumieć.





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Darcy S. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t2082-darcy-rosier https://www.morsmordre.net/t2119-arcobaleno#31733 https://www.morsmordre.net/t2120-no-mercy#31734 https://www.morsmordre.net/f116-dover-dwor-rosierow https://www.morsmordre.net/t2125-darcy-s-rosier#31823
HIPNOTYZERKA
22 LATA
Szlachetna
Zaręczona
Ludzie są jak morze, czasem łagodni i przyjaźni, czasem burzliwi i zdradliwi. Przede wszystkim to jednak tylko woda.
8
17
0
0
0
7
0
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   01.02.17 1:44

Uległa jego ruchom, tylko dlatego, ze były lekkie, tak nienachlane i naturalne, że poddała się im mechanicznie. Okręcając się według jego woli. Nawet dość sztywny materiał sukni nie mógł mu odmówić współpracy. Zafalował w powietrzu, w krótkim piruecie, a Darcy stanęła w miejscu, obracając się przez ramię za umykającą, zbyt gładko sylwetką brata. Wypełnił ją pobłażliwością i zasiał w niej sentyment, uniemożliwiający jej poruszenie dopiero, co wspomnianego tematu od razu, ale nie mógł się od niego całkiem wyłgać. Korzystając z okazji w jak intymno-przyjemną atmosferę Tristan ich wprowadził zaledwie wprowadzeniem jednej, niepełnej pozy tanecznej, podeszła do niego, stając za jego plecami. Opierał ręce na balustradzie przed sobą, dlatego ona, wiedząc, że jest stabilny, objęła go od tyłu, opierając podbródek na jego ramieniu. Chwilę milczała przenosząc jedną z dłoni na jego bark. Obserwowała to samo, co i on. Syreny, złotowłose, długowłose piękności. Zupełnie jak jego najdroższa Evandra. Chociaż z nią nawet te podwodne istoty nie mogły się najmniejszym nawet stopniu równać. Westchnęła, zdając sobie sprawę z tego, jak zręcznie Tristan zagrał na jej tęsknocie do niego i jej nadmiernej ufności do jego gestów i słów, które przyjęła za lekko. Powinna mu postawić opór. Jakoś jednak wcale nie miała na to ochoty. Nie przerywała tej ciszy sama. Miała wrażenie, że i jej własne słowa Tristan mógłby spróbować użyć przeciwko niej. Zamiast tego przymknęła powieki, zaciągając się zapachem jego perfum. Dlaczego tak mało się widzieli? Dlaczego musiała zapamiętywać tą woń na długo? Była to ta część dorosłości, która wcale jej się nie podobała. Coraz mniej czasu spędzanego z rodziną, a dzielenie go pomiędzy część obowiązkowych dziennych czynności, a tych wymuszanych przez pracę i nową rodzinę. Darcy na szczęście własnej jeszcze nie zdążyła zakładać, ale wolnymi krokami, niebezpiecznie, się do tego zbliżała. Uchyliła powieki kiedy się odezwał. Zamiast w muzykę panującą w pomieszczeniu, wsłuchiwała się w jego ton. Tym razem jednak jego ujmująca, przypominająca dzieciństwo i braterską troskę barwa, nie zdołała jej rozproszyć. Pozostała trzeźwa, chociaż nie zamierzała zaprzestać korzystania ze swojego wyjątkowo upragnionego towarzystwa. Dźgnęła go zaczepnie brodą mocniej w ramię i przechyliła głowę lekko w bok, patrząc w odbicie jego twarzy w szybie dzielącej ich od podmorskich stworzeń.
Och, nie bardziej zachwycona niż zawsze jak Cię widzę — odpowiedziała trzeźwo i wyprostowała się, stając obok niego. Nie opuszczała jednak dłoni z jego ciała. Jedynie przeniosła je z jego pasa i barku na ramię, obejmując je w uścisku, kiedy wyprostowała się dumnie, próbując nie tracić wątku, który pozostał niewypowiedziany jeszcze na jej ustach.
Wystarczy mi, że syreny ściągają mój wzrok, Tristan. W sposób, który karze mi twierdzić, ze widzę w nich zbyt wiele konkurencyjnego piękna. Nie muszę znać ich smutnych historii. Wolałabym poznać twoją.
Zawiesiła ton i obróciła się przodem do mężczyzny, dłonie opierając na tym samym rzeźbieniu co Tristan, choć obok niego. Wpatrywała się w jego twarz z ukosa.
Mieliśmy mówić sobie wszystko. Niepokoi mnie, że ostatnio w ogóle nie rozmawiamy. Gawędzimy. Przestańmy gawędzić. Porozmawiajmy… naprawdę.




And promise me this: you’ll wait for me only scared
of the lonely arms that surface, far below these birds.

Who am I, darling to you?
Who am I? I come alone here
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   03.02.17 3:25

Przyglądał się syreniemu tańcu, z zafascynowaniem zmieszanym ze szczerym zachwytem, uwielbiał nawet ekspresję ich twarzy: wyrazistą, przepełnioną emocją odbijaną w każdym pojedynczym ruchu specyficznego baletu. Uwielbiał iskry w ich rybich, a jednak niesamowitych oczach; przenikliwych, mądrych, wrażliwych. Czuł na sobie ciężar Darcy, lecz nawet nie drgnął, kiedy składała podbródek na jego ramieniu; brakowało mu tej bliskości. Tęsknił za jej dotykiem, głosem, tęsknił za jej twarzą, tęsknił za jej zapachem. W jego życiu ostatnimi czasy zmieniło się wiele, Darcy nawet nie przypuszczała jak bardzo wiele: ślub nie dokładał mu obowiązków, jego żona nie była psem, by musiał się nią całymi dniami zajmować, a zwierzchnictwo nad rezerwatem paradoksalnie sprawiało, że mógł cieszyć się autorytetem i więcej spraw zlecać niżej postawionym smokologom - nawet jeśli to na nim ciążyła teraz odpowiedzialność za ich największe rodowe dziedzictwo. Pozostawała jeszcze kwestia służby u Czarnego Pana, czarnoksiężnika, któremu zaprzedał duszę, i który był jedyną przyczyną jego ostatniej absencji. Nic innego nie odciągnęłoby go od siostry. I z tego jednego - nie mógł się jej wyspowiadać, a przynajmniej nie w pełni, nie ze szczegółami, nie mówiąc wszystkiego. A już na pewno nie opowiadając o próbie, którą przeszedł i która zabrała go światu, pozostawiając pod czułą opieką młodej żony. Kąciki jego ust wygięły się w usatysfakcjonowanym uśmiechu, kiedy usłyszał jej odpowiedź. Wciąż się nie ruszał, nie odejmując dłoni od rzeźbionej balustrady, czerpiąc z jej bliskości równie mocno, co ona z niego.
- Wszystko jest kwestią perspektywy - odparł w zamyśleniu, dotąd wpatrzony w syreny i on odnalazł jej spojrzenie, odbijające się w szkle wodnego zbiornika. - Spójrz na siebie, Darcy. Masz dużo gęstsze włosy niż one - zawyrokował, wciąż zamyślony. - Twoje rysy są szlachetne, twarz formują kości podobne do moich; rubiny, które nosisz podkreślają twoje nieprzeniknione modre oczy, spokojne i gwałtowne zarazem jak oceaniczna woda, nie ta, w której tańczą dziś one, ale jak ta prawdziwa, przepełniona żywiołem. Błyszczą iskrą, od której nie da się odjąć spojrzenia, nigdy nie musiałaś się uczyć hipnozy, urodziłaś się z nią. - Nawet, jeśli wydaje ci się, że było inaczej; znam cię dłużej, niż ty sama znasz siebie, bo pierwszych lat swojego życia pewnie nie pamiętasz. - Twoje pełne usta kuszą krwistym karminem, czerwień zresztą zawsze była twoją barwą. Martwi mnie, że wyblaknie. - Burke'owie obnosili się z szarością, nudną, cienistą, trzymającą się z boku, a przecież ty jesteś stworzona, by grać pierwsze skrzypce. - Naprawdę szukasz sobie konkurencji? - Zignorował jej prośbę o jego historię, przenosząc wzrok ku jej prawdziwej, już nie odbitej twarzy - obracając się lekko w bok tak, by mógł ją widzieć całą.
- Porozmawiajmy - przytaknął bez zawahania, utkwiwszy wzrok w jej źrenicach; w porządku, Darcy, choć przerwał te słowa dłuższą pauzą. - Odwiedził mnie lord Burke. Zgadniesz, który? - Albo, czego ode mnie chciał? Jego siostra nie była jedyną, która miała przy tym spotkaniu w ręce kilka przetargowych kart, nie rezygnował z prób odwrócenia tej rozmowy. Kwestia jej rychłego zamążpójścia, nieoczekiwanego, po sytuacji z Lornem zaczynała być dla niego drażliwa. Martwił się. I wciąż nie wysłał mu odpowiedzi, oczekując, aż będzie miał okazję pomówić o tym z nią. Naprawdę, Darcy? Zgodziłaś się? Nie zapytałaś?
Nie powiedziałaś?





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Darcy S. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t2082-darcy-rosier https://www.morsmordre.net/t2119-arcobaleno#31733 https://www.morsmordre.net/t2120-no-mercy#31734 https://www.morsmordre.net/f116-dover-dwor-rosierow https://www.morsmordre.net/t2125-darcy-s-rosier#31823
HIPNOTYZERKA
22 LATA
Szlachetna
Zaręczona
Ludzie są jak morze, czasem łagodni i przyjaźni, czasem burzliwi i zdradliwi. Przede wszystkim to jednak tylko woda.
8
17
0
0
0
7
0
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   17.02.17 1:38

Słuchała go w milczeniu. Nawet oddech dostosowany miała do rytmu jego słów. Zawsze był biegły w pięknych słowach. Darcy czytywała poezję, ale daleko jej było do czarownych, lirycznych wypowiedzi Tristana. Potrafiła dokonać podstawowej analizy, w takim stopniu, w jakim nauczono ją podstaw, ale po najbardziej epickie frazesy i górnolotne słowa śpieszyła do niego. Takie poetyczne porównania i metafory nigdy jej samej się nie imały. Mimo to, uwielbiała ich słuchać i odbierać je do siebie, próbując sobie czasem wmówić tą samą płynność w dokładnym zrozumieniu każdego najbardziej precyzyjnie dobranego przez niego słowa. Wpatrując się w jego twarz w odbiciu szkła, szukała spokoju w jego tonie i przyjemności w nim, jego cieple, jak i słowach, zagrzewających serce, jak żadne inne wypowiedzi. Nawet gdyby jego wielokrotnie złożonych zdań pozbawić ozdobników i wysublimowania – barwa głosu, intencja mężczyzny i więź między nimi pozostałyby tak samo silne.
Rozpieszczasz mnie — mruknęła z luźną pretensją, pozwalając sobie na ten marudny ton w jego obecności. Chociaż znając ją, musiał wyczuwać w jej głosie prócz zarzutu, przemycone w nim zadowolenie  oraz uwielbienie dla tego rodzaju zabiegów, nawet jeśli trwała uparcie w swoim osądzie.
Tak, że potem żaden nie może się z tobą równać.
A mnie, taką, niewielu mogłoby znosić.  Gdyby nie fakt, że rozpieszczanie jej miała przecież zarezerwowane specjalnie dla niego, tak, że w obecności innych osób mogła zachować powagę i dorosłość. Przy Tristanie była zaś częściej, niezmiennie, jego młodszą siostrą. Marudną, kapryśną, nieznośną, ale oddaną i pełną umilowania dla rodziny. Przy innych pozostawała kimś, kim każdy jednostkowo chciałby żeby była, jednocześnie tym próbując zdobywać sympatię. Sentymentu Tristana nie musiała się domagać. Go dostawała w cenie przynależenia do jednej rodziny. Zdając sobie sprawę z tego, że bezkarnie mogła się w jego obecności posuwać do zachowań, jakich w przypadku innych osób Tristan mógłby nie tolerować. Tak samo, jak i on wykorzystywał jej słabość do jego osoby tak i ona czerpała z jego troski i cierpliwości do najmłodszej róży.
Nie przestawaj tego robić. Lubię jak mnie rozpuszczasz. Przypominasz mi, czego mogę się domagać od innych, bo chociaż nikt nie może ci się równać, mogą przecież próbować, prawda?
Stojąc już przed nim, obejmowała jasnym spojrzeniem czujnych oczu jego twarz. Zgrabnie unikał rozmowy, a Darcy powoli poddawała się tokowi tej dyskusji. Uśmiechnęła się do brata. Ostatnio wszyscy mało mieli powodów do radości. Stan ojca, narastające między nimi powody do poróżnienia i dystans, spowodowany mniejszą ilością czasu przeznaczonego dla siebie nawzajem, sprawiały, że Darcy nie uśmiechała się tak często, jak robiła to za młodu. Tym razem jednak ten gest był łagodny w jej wykonaniu i całkiem szczery, przeznaczony tylko dla niego. Uwiódł ją swoimi słowami, a przecież nie musiał. Jak przystało na jego młodszą siostra, uwiedzenie to działało na nią niezależnie od jego działań, a po prostu wynikało z urodzenia i nawiązanego w dzieciństwie trwałego związku pomiędzy każdym członkiem rodu.
Mam ciebie. To czyni mnie bezkonkurencyjną.
Oczywiście, że była świadoma też innych swoich zalet, chociaż nie wykluczała, ze jedną z nich był jej brat (rosierowska logika). Niemniej, odpowiedziała mu na jego słowa w podobnym do jego, wychwalającym go tonie. Zaraz potem spoważniała. Uśmiech zastąpiło skupienie, kiedy poruszył nowy temat rozmowy. Mimo, że nie była przygotowana na przejście od razu do takiej rozmowy, naturalnie na jej twarzy panował spokój. Przysunęła się do Tristana, zadzierając głowę w górę, żeby spojrzeć mu w oczy, wyczytując z nich pytanie, które zupełnie nie padło. Jakby znała jego myśli, ale nie musiała po nie sięgać legilimencją. Wystarczyła znajomość brata.  Polubiłbyś go, Tristanie?.
Gdybyś wiedział, że ja go lubię? — wyrwała pytanie z kontekstu własnych myśli — Nie miałbyś nic przeciwko?  — doprecyzowała poruszoną kwestię, wyłapując jego wzrok, który mógłby ją naprowadzić na to, co teraz właśnie myślał.
Jeśli masz, nic z tego się nie odbędzie. To była nieoficjalna umowa pomiędzy nami, jeszcze nie całkiem potwierdzona…  
Słowa zawisły w powietrzu, jak i chwilowa cisza, kiedy Darcy podniosła dłoń aby niby niezobowiązująco poprawić kołnierzyk tristanowej koszuli, chociaż tak naprawdę chodzić mogło tylko o nadanie większej poufałości ich postawom. Dłonie, lekko przytrzymujące materiał przy jego szyi, wygładziły tkaninę, zanim znów opadły w dół. Dodała ciszej, z pełniejszym skupieniem.
Chociaż wolałabym, żebyś nie miał zastrzeżeń. Spytał mnie…
Lord Burke spytał. Ile Tristan znał szlachcianek, których pytano o zdanie w ramach narzeczeństwa? Darcy niestety wystarczająco dużo, aby móc stwierdzić, że mężczyzna który pytał, miał jakąś minimalną przewagę nad tymi, którzy tego nie robili, a jedynie ustalali rodowe powiązania z nestorami i rodzinami młodych dam.
I co myślisz?
Czekała. Nie na osąd ani decyzję. Na jego radę. Co myślał o tym ślubie, o Quentinie i o nich razem. Czekanie to na chwilę odwlekło rozmowę o nim, ale tylko moment. Zamierzała do tego jeszcze wrócić.




And promise me this: you’ll wait for me only scared
of the lonely arms that surface, far below these birds.

Who am I, darling to you?
Who am I? I come alone here
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   20.03.17 2:53

Rozpieszczał. Dlaczego miałby nie, od zawsze była jego oczkiem w głowie; najmłodszą siostrą nie tak dawno temu na dodatek brutalnie skrzywdzoną przez jego dawnego już przyjaciela. Gdyby tylko mógł złożyłby u jej stóp cały świat - bo nie istniało nic ważniejszego od niej i nie zaistnieje nikt, kto zasługiwałby na to bardziej. Łączyła ich krew i wspólne życie, dorosłość tej linii nie przerwie - wiedział o tym. Wciąż był na każde jej zawołanie, wciąż gotów wartować przy niej jak pies, nie dając zbliżyć się do niej już nikomu, kto popełniłby błąd Lorne'a. Miał jednak nadzieję, że ostrzeżenie, które zamierzał mu wysłać, przyćmi wszelkie pogłoski w tym względzie. Była jego małą, czerwoną perłą, różą: najpiękniejszą pośród krzewów, kapryśną kotką, której zachcianki były sprawą tak oczywistą, że obowiązek ich spełniania nie podlegał nawet dyskusji. Zasługiwała na wszystko, czego pragnęła, a czego pragnęła - to dostawała. Zawsze.
- Oczywiście, że tak - stwierdził bezwstydnie, bo to żadna tajemnica. - To celowe działanie. Wiesz, że jestem zaborczy i nie lubię się dzielić - dodał najzupełniej szczerze, bo mógł sobie na to pozwolić i ponieważ wiedział, że Darcy i tak doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jak i z tego - że on sam był wyjątkowy. Nigdzie nie znajdzie mężczyzny, który mógłby się z nim równać, bo krew Rosierów pozostawała unikalna, a łączącej ich więzi nigdy żadne z nich nie porówna do żadnej innej. Był jej bratem. Innego już mieć nie będzie. To nic, że Darcy bywała kapryśna; nie zauważał tego - lub sądził, że ma ku temu pełne prawo. Płynęła w nich ta sama krew a Tristan nie miał oporów przed rozlaniem cudzej by dostać to, mu się, w jego mniemaniu, należało. Nie miał łagodniejszego charakteru od siostry, wobec ludzi z zewnątrz pozostawał obojętnie nieobliczalny, dla Darcy: zawsze pozostanie troskliwym starszym bratem, który uchyli jej nieba. Ich wzajemne pasożytnictwo było całkowicie czyste, bo wzajemnie akceptowalne. Tak naprawdę przecież tylko nie chcieli widzieć swoich wad - lub wcale im one nie przeszkadzały.
Skinął głową, miała racje, jego zachowanie miało też aspekt wychowawczy: kierunkował ją od najmłodszych lat, upewniając w przekonaniu, że tupnięciem nogą może załatwić wszystko. I bardzo dobrze, bo ktokolwiek przejmie nad nią opiekę w przyszłości, powinien przed tym tupnięciem chylić czoła i pędzić co sił spełniać jej zachcianki. A jeśli nie - będzie miał do czynienia z nim.
- Darcy - odezwał się w odpowiedzi, jego dłonie powędrowały ku jej talii w czułym, delikatnym uścisku. - Nie zamierzam przestawać. Nie zamierzałbym nawet wtedy, gdybyś mi zabroniła. I mam nadzieję, że czerpiesz z tego najlepiej, jak potrafisz. - Uchwycił blask jej spojrzenia, spoglądając w toń jej niebieskich hipnotyzujących oczu. - Bałbym się, że zapomnisz, komu najpiękniej w koronie - Nam, moja droga; soczyste płatki róż najpiękniej komponują się ze złotem. Bez zawahania przeniósł prawą dłoń z jej talii ku podbródkowi, który uniósł ku górze delikatnym gestem. - Spójrz na mnie, Darcy. Co się dzieje? - Nie rozumiał, skąd ta zmiana, zmieniony uśmiech, mniej roziskrzone spojrzenie. Nic się nie zmieniło, rozumiesz, Darcy? Mam żonę, ale nie straciłaś brata, a zyskałaś siostrę.
- Absolutnie bezkonkurencyjną - przytaknął jej z rozbawieniem, odejmując dłonie, które oparł łokciami o balustradę loży, wspierając się na jej oparciu, odnajdując poważniejące rysy jej twarzy. Tak, Quentin Burke nie był powodem do żartów. Zdębiał, kiedy go odwiedził i teraz chciał się od niej dowiedzieć wszystkiego: gdzie i kiedy narodził się ten pomysł, dlaczego, a przede wszystkim - co mówiło jej serce. Nikt nigdy nie zmusiłby Darcy do uczynienia czegoś, co nie przyniosłoby jej przynajmniej wygody. Rodowe obowiązki wypełniła najstarsza z sióstr, Darcy mogła pozwolić sobie na więcej swobody. Zwłaszcza teraz, kiedy uwolniono ich od zobowiązań wobec Bulstrode'ów. Patrzył na nią z góry, zuchwale, kiedy zadzierała głowę czytając z jego rozszerzających się źrenic. Polubić to wielkie słowo, Darcy. Na początek: spróbujmy zaufać. To nie będzie łatwe po tym wszystkim, co minęło.
Spytał - i co z tego. Tristan też pytał Evandrę, ale odrzucony przez kobiece kaprysy ostatecznie i tak musiał załatwić tę kwestię z jej ojcem. Obrócił głowę w bok, uciekając od jej wzroku - gdzieś w dal, na zdobienia sąsiedniej loży. Chciał dać sobie chwilę do namysłu, w spokoju.
- A lubisz? - zapytał wprost, bo to konkretnej odpowiedzi potrzebował; konkretnej, choć tak naprawdę nic nie wnoszącej. Marianne też lubiła Ceasara, a trzy lata później leżała w jego sypialni martwa i rozszarpana przez ich toczącą z pyska pianę kuzynkę chorą na wściekliznę, Merlinie zadręcz w ogniu piekielnym jej cholerną duszę. Wybór Darcy niekoniecznie był tym właściwym, a pozwalając jej na niego, przejmował na siebie część odpowiedzialności. - Cóż - przeciągnął jeszcze chwilę - politycznie to doskonały wybór. Burke'owie budzą powszechny szacunek, cechują ich prawidłowe poglądy i zdrowy rozsądek, nie słyną ze skandali. To potężna familia, a nasze rodziny nie mają jeszcze wypracowanego sojuszu, który w obliczu nadchodzących czasów mógłby okazać się bardziej niż cenny. - Byli sobie dotąd obcy, dalecy. Być może - byłby to początek czegoś większego. Przeanalizował to dokładnie, nie chcąc popełnić błędu w sprawie tak istotnej. Rodzinne kroniki były w tej kwestii zgodne. - Towarzysko są drętwi i sztywni, ale jakoś to przełknę - mlasnął z niesmakiem jak lew nad ofiarą. - Personalnie zaś nie znam ich najlepiej. I to ostatnie martwi mnie najbardziej. Trudno mi dzisiaj przychodzi zaufanie. - Ale z tym problemem będę się zmagał niezależnie od tego, kto poprosi o twoją rękę.
- Od jak dawna - cię nachodzi, ugryzł się w język - to trwa? Chodź, Darcy; porozmawiajmy w domu - To mówiąc, z westchnieniem, wyprowadził ją z pomieszczenia.


/ztx2





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   24.04.17 21:26

1.04

Jeszcze tylko kilka kroków.
Delikatny materiał szkarłatnej chusty otulał ją miękko, przewiązany na oczach tak, by nie mogła nic widzieć; prowadził ją pewnie, stanowczo – mogła mu przecież zaufać – jedną dłoń trzymając na jej zewnętrznej talii, drugą – prowadząc jej dłoń jak w tańcu. Nic nie widziała, nalegał, miejsce, do którego wyszli ze szmaragdowych płomieni kominka miało być przecież niespodzianką, jej prezentem ślubnym, który przyobiecał jej ofiarować tuż przed pierwszą wspólnie spędzoną nocą. Przeprosinami i podziękowaniem zarazem, czymś, co zachwyci – wierzył, że wysublimowany artystyczny gust Evandry nie pozostanie obojętny na tę przestrzeń; że syreni śpiew, syreni taniec wzbudzi w niej podziw nie mniejszy, niż u niego, że zafascynuje ją piękno podwodnej perfekcji. Nie wspominał jej o tym wcześniej, nie chcąc psuć długo przygotowywanej niespodzianki, a poprosił ją jedynie o odpowiedni strój, tuż przed wyruszeniem drogi – równie niezapowiedzianie – przewiązując jej oczy jedwabną chustą haftowaną złotą nicią. Czerń jego eleganckiej czarnej szaty rozjaśniał jedynie miękki krwisty fular uwiązany wokół szyi i spięty charakterystyczną złotą broszą w kształcie róży. Miał za co przepraszać. I miał za co dziękować. Źle przeszedł przyszykowaną mu przez Czarnego Pana próbę, kiedy tamtej nocy pojawił się w domu – był ledwie cieniem siebie, a ona wcale nie musiała mu pomagać. Ledwie pamiętał kojącą melodię jej głosu przedzierającą się do wnętrza jego głowy przez okrutnie głośny szum krwi, ledwie czuł dotyk jej miękkich dłoni wędrujących po jego odrętwiałej skórze, ledwie rozpoznawał smak eliksirów, które mu podawała. Wyraźnie jednak pamiętał rysy jej twarzy w nocnych ciemnościach, kiedy otworzył oczy po raz pierwszy. Oddałem duszę diabłu, Evandro, ale zrobiłem to również dla ciebie. W ręku – trzymał czerwoną jak krew różę, oskubaną z kolców. Jedną – ale wyjątkową, jak każda z róż kwitnących w teraz już ich wspólnym ogrodzie. Teraz już – jej ogrodzie.
Pozbawiona zmysłu wzroku mogła czuć się zagubiona, ale przecież nie odstawał od niej na krok, cały czas służąc jej ramieniem jako wsparciem, trzymając ją mocno, ale i stanowczo; zaufaj mi, Evandro. Jestem teraz twoim mężem, a przez ciemność kroczę z zadziwiającą łatwością. Mijał z nią kolejne korytarze, ostrożniej zachowując się przy schodach, nie pozwalając jej na potknięcie – aż nie znaleźli się wewnątrz jednej z najwystawniejszych lóż głównej sceny. Ich stopy kroczyły po miękkim, czerwonym dywanie, eleganckie, obite atłasem siedzenia o rzeźbionych w morskie akcenty podłokietnikach, utrzymane w teatralnym tonie, zgrabnie wyminął, prowadząc swoją młodą żonę ku kutej w zimnym metalu balustradzie, na której pomógł jej położyć drobne, białe dłonie – mając oparcie, nie potrzebowała już jego ramienia.
- Jesteśmy – obwieścił, delikatnie rozwiązując chustę – i zsuwając materiał z jej błękitnych oczu. Sala była pusta, weszli do środka dużo przed czasem i choć rozpoczynający się spektakl przyciągnął widzów, to dla nich drzwi nie były jeszcze otwarte. Zbiornik pośrodku pozostawał otulony granatową kurtyną, a przestrzeń pustej sali niosła jego słowa głuchym echem. Nie potrafił sobie wyobrazić, czym mógłby uhonorować swoją lady spod herbu syreny mocniej: obserwował więc jej twarz uważnie, wychwytywał z niej drobne ekspresje, szukał – zachwytu, zrozumienia? Emocji. – Byłaś tu kiedyś, Evandro? – Nigdy wszak nie byli tutaj razem, nie sądził jednak, by wnętrze baletu było jej obce. Skłoniwszy się grzecznie, lekko, ledwie pochylając głowę, wręczył jej kwiat róży.





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Evandra C. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange https://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 https://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 https://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 https://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   25.04.17 0:56

Nie była pewna, co przekonało ją, żeby przystać na propozycję małżonka – wszak ostatnie dni świadczyły tylko i wyłącznie o jego skrajnej nieodpowiedzialności graniczącej z szaleństwem. Kiedy powrócił do Dover w tragicznym, graniczącym z agonią stanie, z jakimś dziwnym wzorem wyrysowanym na skórze, z początku nie mogła w to uwierzyć. Minęły ledwie dwa dni od ceremonii ich zaślubin, a on już okazywał jej lekceważenie, już stawiał swe prostackie rozrywki ponad jej towarzystwo. Była przecież pewna, że upił się w którejś z portowych tawern, że przez to pozwolił wyżłobić sobie w skórze tę paskudną czaszkę i pobił się tam z kimś, kimkolwiek. Dwa dni; w takim razie, czego mogła spodziewać się dalej? Wypowiadane gorączkowym szeptem słowa okazały się niczym więcej jak pięknym kłamstwem – kłamstwem, na które pozwoliła się złapać. Na które chciała się złapać. Jednak mimo odczuwanej goryczy i złości, nie potrafiła zostawić go samemu sobie. Nie mogła patrzeć na jego rany, na ubrudzoną krwią szlachetną twarz, na pogłębiającą się z każdą kolejną chwilą bladość. Wiedziała, że za nic nie chciałby pokazać się w takim stanie w Mungu, dlatego nie próbowała go tam nawet transportować i po raz pierwszy – a pewnie nie ostatni, choć zaklinała się w myślach, że nigdy więcej – wykorzystała swe uzdrowicielskie przeszkolenie do opatrzenia ran czcigodnego małżonka. Później przygotowała również niezbędne medykamenty, a także napisała do rezerwatu, by zawiadomić o nieobecności panicza Rosiera.
Nie mogła i nie chciała wierzyć, że będzie to już tak wyglądać; że z walczącej o swą niezależność arystokratki przemieniła się w zniewoloną przez piękne słówka i zwodnicze uczucia służącą, której przyszło zajmować się swym panem, kiedy ten postanowi zabawić się w wolnego od rodowych obowiązków głupca.
Chyba dlatego zgodziła się na jego propozycję. By sprawdzić, jak się zachowa – i wyśmiać jego udawaną dworskość, wytknąć każde, choćby najmniejsze kłamstwo. Po ich nocy poślubnej miał jej pokazać prawdziwy prezent – lecz nie nastąpiło to ani dzień po, ani tym bardziej dwa. Domyślała się, że to właśnie teraz, by ujarzmić jej złość, spróbuje przekupić ją tymże podarunkiem.
Zgodnie z jego prośbą wybrała na tę okazję odpowiedni strój; również po to, by dotkliwiej cierpiał mając ją przy sobie tak piękną, a jednocześnie tak niedostępną. Sięgająca ziemi, zwiewna suknia, którą przecież dostała od niego, dobrany do niej makijaż, starannie ułożona fryzura – nie musiał jej komplementować, by wiedziała, że wygląda dobrze. Nie czuła się komfortowo z przewiązanymi chustą oczyma, lecz Tristan zadbał o to, by nie zostawić jej takiej choćby na chwilę. Poddawała się więc jego niespodziance w milczeniu, wyraźnie nie będąc w nastroju na powtórzenie ich poślubnych uniesień, choć przecież mogła się założyć, że o to mu właśnie chodziło, że tak wyobrażał sobie nadchodzącą noc.
Miała ochotę, by zapytać go, gdzie idą, czy to jeszcze długo potrwa, dlaczego musi mieć przewiązane oczy – lecz nie zadała żadnego z tych pytań, uparcie podtrzymując swe milczenie. Minęła chyba wieczność, nim poczuła, że zaczynają stąpać po miękkim dywanie, a w końcu – że jej dłonie napotykają chłodny metal balustrady.
Nie spodziewała się, że ujrzy to, co ujrzała. Czy była tu kiedyś? A czy Lestrange’owie mogli powstrzymać się przed bywaniem w miejscu, gdzie ujrzeć mogli spełniające się artystycznie syreny? Zamrugała kilka razy, próbując na nowo przyzwyczaić się do światła, do braku ciemności i ulokowała wzrok na twarzy – będącego już w dużo lepszym stanie – Tristana.
- Byłam – przyznała cicho, nieco lakonicznie, powracając do wodzenia wzrokiem po rozciągającym się przed nią widoku sali. – Ojciec zwykł mnie tu zabierać – dodała po chwili, dla uzupełnienia swej wcześniejszej wypowiedzi. Mogła być zła na Tristana, lecz nie mogła ukryć nostalgii, która ogarniała ją, gdy widziała wnętrze teatru syren, gdy wspominała te wszystkie chwile, które spędziła tu wraz z najbliższymi. Skinęła mu krótko głową, gdy podawał jej różę; była piękna i pięknie pachniała, jak wszystkie kwiaty rodu Rosierów. Uniosła ją ku swej twarzy na dłuższą chwilę, delektując się jej nęcącą, kojącą zmysły wonią. Nie wierzyła jednak, by mógł wierzyć, że udobrucha ją w ten sposób. Bywała już w wielu teatrach, trzymała już w dłoniach wiele kwiatów… Czy naprawdę na tyle wyceniał wyrządzone jej od dnia ślubu krzywdy?


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   25.04.17 9:30

Badał spojrzeniem ekspresje jej twarzy, usiłując odczytać z niej emocje, obserwował – jej długie, czarne rzęsy – kiedy mrugała oczyma, z dziewczęcą gracją usiłując odnaleźć się w jasności. W jej błękitnych oczach wciąż błyszczał smutek, nostalgiczny czy rozżalony, nie potrafił odróżnić. Evandra była trudną i wymagającą panią, wychowaną na damę, absolutnie tego tytułu godną. I choć chciał ją ku sobie przekonać – wszystko dotąd szło zupełnie nie po jego myśli. Miał zabrać ją tutaj wcześniej, tuż po ceremonii, lecz wydarzenia związane z wolą Czarnego Pana wyłączyły go z rodzinnych obowiązków… na dłuższy czas.
Nie musiała tego robić, nie musiała mu pomagać – ale zrobiła to, mimo, wiedział o tym doskonale, niezrozumienia. Nie mógł jej jednak powiedzieć prawdy, nie tak po prostu – czy to nie naraziłoby jej na niebezpieczeństwo? Sięgał po moc, jaka miała zapewnić dostatek i jemu i jej, ogromnym kosztem – kosztem, którego ona wcale nie musiała ponosić. Którego nie powinna ponosić, a jednak zbierała jego żniwa. Być może kierowało nią jedynie poczucie obowiązku wynikające z perfekcyjnego wychowania, w końcu był to jej obowiązek – obowiązek żony, którego wcale nie musiała wykonywać – być może kierowało nią coś więcej, chciał w to wierzyć. Niezależnie od prawdy, winien jej był wdzięczność, wzajemność i lojalność. Zajęła się nie tylko nim, ale i sprawami wagi najwyższej, usprawiedliwiając go przed rodziną, w rezerwacie, w którym dopiero co objął najwyższe stanowisko, zrobiła o wiele więcej, niż mógłby od niej wymagać. Powoli, nieśpiesznym ruchem złożył w dłoniach miękką chustę, odkładając ją na wierzch balustrady, wciąż milcząc, kiedy przyglądał się subtelnym ruchom jej dłoni, unoszącej kwiat róży ku twarzy. Jej jedwabne płatki przypominały równie jedwabistą fakturę jej skóry, wyglądała pięknie. Pięknie jak zawsze.
Cieszę się, że spodobał ci się ich zapach, róż, naszych róż.
- Teraz ty będziesz mogła zaprosić tutaj jego – odparł, zamykając uścisk dłoni na balustradzie loży w stosownym dystansie. Wiedział, że nie powinien ciągnąć tej rozmowy w ten sposób, wiedział, że powinien poruszyć wreszcie przemilczany temat, ale nie potrafił tego uczynić, nie znajdując odpowiednich słów. – Kupiłem to miejsce – dodał – dla ciebie. – Na krótko utkwił spojrzenie na jej twarzy, po chwili przenosząc go na salę, wciąż zakryty kurtyną zbiornik wodny, loże wokół. Nie próbował wcale zachwycić ją fortuną, nie robiła wrażenia ani na nim, ani na niej, wychowanych w pałacach i otoczonych blichtrem, należną im od dnia urodzenia; chciał ją jedynie oswoić gestem. Wierzył, że lady Lestrange dostrzeże subtelną magię tego miejsca, piękno podwodnego tańca, misterność ich gestów i łagodność ich fizjonomii. Wierzył, że da się zaczarować ich niecodziennemu, powabnemu urokowi – urokowi istot, którymi sama, wiedział o tym przecież, była zafascynowana.
- Chciałbym też kupić okoliczne ziemie – mówił dalej, nie bacząc na jej reakcję, upewniając być może ją, być może samego siebie, że to był dobry pomysł. Ledwie zyskał dostęp do rodzinnego majątku, nie mógł szafować nim lekkomyślnie.– Stworzyć tu różany ogród, w którym będzie można delektować się winem po doskonałym spektaklu.  – Chciałabyś, Evandro? Czuć tutaj zapach najpiękniejszych róż? – Zmienić aranżację. Być może otworzyć mniejszą scenę, kameralną, koncertową. – Mogłabyś, cieszyć się tutaj harmonią melodii śpiewanych przez wielkich artystów? – Chciałbym, żeby to miejsce przyniosło ci radość i stało się tym, co ujrzysz w swoich marzeniach. – Urwał, dopiero teraz odnajdując spojrzenie jej oczu, w jej źrenicach odbijał się blask płonących świec. Chciałbym, Evandro, żeby było twoje.
- Ale najpierw – dodał, wyciągając ku niej dłoń, chwytając jej wierzch w delikatnym, subtelnym uścisku – i nachylił się, by musnąć ją ustami – chciałbym, byś nadała temu miejscu nową nazwę. Powinna być twoja, od samego początku.





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Evandra C. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange https://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 https://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 https://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 https://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   26.04.17 1:24

W pierwszej chwili nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Oderwała wzrok od ciężkiej, granatowej kurtyny i przeniosła go na twarz małżonka, szukając tam potwierdzenia lub zaprzeczenia, czegokolwiek, co mogłoby jej pomóc odnaleźć się w tej sytuacji. Kupił to miejsce…? Dla niej? Może zwyczajnie się przesłyszała, może wyobraźnia spłatała jej figla, wszak była spięta i zdenerwowana; nietrudno w takim stanie o omamy. Jednak kolejne słowa Tristana tylko utwierdzały ją w przekonaniu, że wszedł w posiadanie syreniego baletu i miał wobec niego dalekosiężne plany.
Na tę myśl serce zabiło jej mocniej, szybciej, lecz próbowała zachować kamienną twarz, powtarzając sobie w kółko, że przecież właśnie tego od niej chciał – emocji, radości, wdzięczności. Chciał stopić lód, który pokrył jej serce, odwołując się do miłości do sztuki; chciał przemienić alabastrową rzeźbę w ciepłą, wdzięczną kochankę. Gdyby powiedział jej o tym w innych okolicznościach, gdyby zabrał ją tutaj ledwie dzień po ślubie, zaraz po ich wspólnej nocy…! Lecz tego wieczoru wyglądało to już boleśnie jednoznacznie. Zamiast przeprosin – prezent. Drogi, trafiający w jej gusta prezent, wręczany w atmosferze gniewu i uwierającego dystansu. Czy naprawdę sądził, że bogactwo jego rodu – ich rodu – robiło na niej jakiekolwiek wrażenie? Nie była pierwszą lepszą trzpiotką, której kolana miękły na widok garści galeonów, nie była jedną z mamionych za czasów nauki we Francji panien, nie była też w końcu swoją kuzynką. Wychowała się w luksusie, wśród pereł i złota, i to nie o nich marzyła po nocach, a o czymś prawdziwym i szczerym, o czymś, co będzie w stanie dotknąć ją do głębi. O czymś, co miała nadzieję odnaleźć u jego boku.
Nie był to jednak czas na sceny gniewu, na dawanie upustu całej swej złości; bo silniejsze od gniewu okazało się rozczarowanie.
Złożyła obie dłonie na przyjemnie chłodnej balustradzie, wodząc wzrokiem po rozciągającej się w dole scenie. Kochała to miejsce, kochała je od wielu długich lat, odkąd ojciec zabrał ją tutaj po raz pierwszy; czy naprawdę należało teraz do niej? Czy raczej – do niego, do jej pana i władcy. Dlatego też targały nią sprzeczne uczucia. Zaskoczenie i radość mieszały się z obawą, gniewem i sięgającą serca urazą. Jeśli Tristan naprawdę wszedł w posiadanie podwodnego baletu, mógł go wynieść na piedestał, ale i zamienić w ruinę. Co zaś powstrzyma go przed tym drugim, jeśli nie okaże mu stosownej w jego mniemaniu wdzięczności?
- Dziękuję – zwróciła się doń krótko, po dłuższej chwili ciszy. Nie chciała jednak i nie mogła poprzestać na tej lakonicznej odpowiedzi. – To niezwykle miłe z Twojej strony, Tristanie. Rozumiem, że jest to ten prezent, o którym wspominałeś w dniu naszego ślubu? – Zawiesiła głos niby to w pozornie niewinnym pytaniu, choć oboje doskonale znali na nie odpowiedź. Przelotnie spojrzała ku jego licu, wyginając przy tym usta w trudnym do rozszyfrowania, kurtuazyjnym uśmiechu; miała nadzieję, że pamiętał swe słowa, że nie musiała mu ich niedelikatnie wypominać. Później skierowała swój wzrok ku górze, ku zdobionemu kunsztownie sklepieniu baletu, prostując się przy tym jak struna, zachowując wyniosły wyraz twarzy. Niech podziwia jej profil, niech widzi, co mógł mieć – a czego nie dostanie. Dlaczego tak prędko mu było do wzgardzenia jej względami? – Nawet miejsce tak idealne jak to potrzebuje czasem zmian. Zmiany te nie powinny jednak naruszyć dotychczasowego charakteru baletu – podjęła znowu, nieśpiesznie, z rozwagą dobierając słowa. – Zarówno stworzenie ogrodu różanego, jak i otwarcie mniejszej sali koncertowej zdają się być dobrymi pomysłami, które mogą jedynie przysporzyć baletowi większej liczby gości. – Przerwała na krótką chwilę, jak gdyby rozważając wszelkie za i przeciw, myśląc nad czymś niezwykle ważnym. - Lecz pamiętaj, proszę, że nie posiadam odpowiedniej wiedzy na ten temat, nie powinnam się więc w ogóle wypowiadać. Poznałam już przecież swoje miejsce na świecie – odpowiedziała spokojnie, choć doskonale wiedziała, że spokój ten zaraz zniknie; zaraz po tym, jak małżonek dosłyszy jej słowa i zrozumie, do czego się odnosi. Zwiększała tylko dzielący ich dystans, lecz przecież jak mogła tego nie robić, gdy on sam – on, ten, który zawinił – nie próbował nawet temu zapobiec.
Nie spuszczała z niego wzroku, gdy składał pocałunek na wierzchu jej bladej, drobnej dłoni; miała nadzieję, że dotknęła go do żywego, by w końcu poruszył ten temat, odniósł się do swej przeklętej niedyspozycji… i przeprosił, przeprosił za wszystko.
- Fantasmagoria – powiedziała cicho, z francuskim akcentem, zarówno odnosząc się w ten sposób do wyboru nowej nazwy, jak i komentując zawód, który ją spotkał. Bo właśnie tym była wizja ich wspólnej i szczęśliwej przyszłości; fantastyczną wizją nadwrażliwej wyobraźni.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   27.04.17 11:31

Szukał na jej twarzy emocji. Zrobił to wszak dla niej – chciał ją uszczęśliwić, choć jej błyszczące źrenice iskrzyły tylko monotonnym smutkiem, tak pięknie tonącym w morskich odcieniach jej oczu. Powiódł spojrzeniem za jej wzrokiem, na ciemną kurtynę, delikatnie poruszającą się pod wpływem wiosennego wiatru wdzierających się do wnętrza przez odchylone strzeliste okna. Nie wypuścił jej dłoni z ręki, unosząc ją nieco wyżej, ku sobie i zakrywając wnętrzem drugiej. Rozumiał przyczynę tego smutku, pojmując, że nie mógł od niej dłużej uciekać – po wszystkim, co zrobiła, czy nie należały jej się wyjaśnienia?  
Lecz – cóż mógł jej powiedzieć, nie narażając przy tym jej samej? Pragnął potęgi, również po to, by móc ją ochronić przed tym wszystkim, co dotąd spotykało jego rodzinę. Spadał w czarną przepaść, otchłań bez dna, balansując na granicy życia i śmierci i choć wierzył, że zdoła się na tej krawędzi utrzymać, nie chciał podejmować zbędnego ryzyka, ani pociągnąć tam za sobą samej Evandry. Ale – czy już tego nie uczynił? Połączeni węzłem małżeńskim, dzielili swoje życia, troski i zmartwienia, nie mógł udawać, że było inaczej. Nie mógł udawać, że przepaści nie ma – bo tańcząc razem obok, mogli się opacznie ześlizgnąć w nią razem.
To nie tak jak myślisz, Evandro.
Oszczędnie skinął głową na potwierdzenie jej słów, których potwierdzać nie musiał. Była tak piękna, jej wyniosły profil – królewski. Ona, dama jego serca, królowa życia, biały łabędź na czarnym niebie. Milczał, wsłuchując się w jej słowa – gorzkie i mądre zarazem, dumny, że jego małżonka nie błyszczy jedynie urodą, ale i intelektem. Miała rację, zmiany miały odświeżyć te miejsce, ale nie sprawić, by stało się czymś innym. Wtrącenie o jej miejscu w świecie go nie obeszło, była jego żoną – jej pozycja na świecie była u jego boku, nie przed nim. Wymagała tego tradycja i wymagał tego ród, jeśli nie potrafiłby tego dopilnować – nie byłby wart nazwiska. I choć nie chciał jej ranić, nie mógł sobie też pozwolić, by zrobiła z niego pośmiewisko – czy tego pragnęła? Dziś jednak chodziło o coś więcej, Evandra mylnie odczytywała jego zachowanie jako brak szacunku do niej samej. A przecież obiecywał: że da jej szczęście. Że da jej wszystko, czego zapragnie. Że będzie jej oddany. Ani pieniądze, ani żadne inne skarby tego świata nie były tym, co w istocie mogłaby chcieć otrzymać, ale przecież jego czarne serce zawłaszczyła sobie już dawno temu. Władała nim bezlitośnie, nakazując po omacku, w ciemnym krętym labiryncie, szukać drogi do własnego.
- Winien ci jestem przeprosiny – zaczął, ostrożnie, jakby wyrzekł te słowa bardziej sam do siebie, niż do niej. – Nasza wspólna droga... rozpoczęła się niefortunnie, a ja żałuję, że nie mogłem nacieszyć się twoją bliskością. – Splótł dłonie na jej dłoni, zginając jej palce tak, by móc je zamknąć w uścisku, dopiero teraz wzniósł wzrok ku jej oczom – pierwszy raz jak sięga pamięć mógł spojrzeć w nie tak intymnie. Ponad wszystkie skarby świata, to ona była mu najcenniejsza. Zachowała się najlepiej, jak mogła – jak powinna zachować się jego żona – dając mu nie tylko uprzejmość, pomoc i wsparcie, ale też nie zadając pytań, których nie chciał słyszeć. Nawet jej dzisiejsze milczenie przepełnione było wyniosłą elegancją, ujmowała go tym doskonałym wychowaniem. – Ale jestem wdzięczny, że przy mnie trwałaś. Wiedz, że nic nie dzieje się bez przyczyny – dodał, odruchowo niemal oglądając się za siebie, na nieruchomą kurtynę prowadząca na korytarz, upewniając się, że byli tutaj sami: tylko oni dwoje. – Tatuaż na moim przed ramieniu, widziałaś ten znak, jest symbolem mojego zniewolenia – wypowiedział te słowa powoli i bez wstydu, choć z refleksją – być może w istocie dopiero teraz zdając sobie sprawę z powagi swojego uczynku. On, miłujący wolność mocniej niż rodzinny obowiązek, przyznawał te słowa bez zażenowania. Czarny Pan był tego godzien, a wkrótce, mógł mieć pewnosć, uklęknie przed nim i sam nestor. W jego głosie pobrzmiewała melancholia, przerażenie tliło się jedynie wewnątrz, zbyt głęboko, by mogła je usłyszeć. – Zniewolenia, któremu oddałem się z własnej woli, w dniu, w którym osłabły pojawiłem się na naszych włościach. Zniewolenia wobec kogoś, kto jest znacznie potężniejszy, niż ktokolwiek, kogo znasz i wobec kogoś, kto uczyni potężnym mnie, a bezpieczną ciebie. Kogoś, kto ma szansę odbudować nasz świat: zbudować nowe na zgliszczach starego, wyplewiając zalęgły w nim szlam. – Czy potrafisz zrozumieć? Musisz: dzielimy teraz wspólne życie. – Nadchodzi wojna, Evandro. A we mnie płynie błękitna krew, więc wezmę w niej udział – zakończył, nie bez obawy. Dni, które spędził, wracając do zdrowia, nie pozwalały mu dogłębnie przemyśleć powziętej decyzji, robił to w tym momencie, mocniej ściskając jej dłoń. Jestem silny, Evandro, to będzie zwycięska walka.
- Fantasmagoria – powtórzył za nią twardym szeptem. Fantasmagoria, zwid, urojenie; rzeczywistość rzeczywiście rzadko była tym, na co wyglądała na pierwszy rzut oka.





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Evandra C. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange https://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 https://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 https://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 https://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   28.04.17 2:15

Miała wielką ochotę zaśmiać mu się prosto w twarz, gdy powiedział, że ich wspólna droga rozpoczęła się niefortunnie. Niefortunnie! Odebrał jej wszelką nadzieję na wypracowanie trwałego porozumienia, kiedy – wpierw zabrawszy od niej to, o czym marzył od dawien dawna – pozostawił ją samą w tym przeklętym Dover; samą jak palec, kwestionującą każdą podjętą do tej pory decyzję oraz tak szybkie ulegnięcie jego namowom. Kiedy zaś powrócił do ich posiadłości w opłakanym stanie, była już pewna, że znalazła się w potrzasku; nie mogła go jednak pozostawić samemu sobie, nie mogła odmówić pomocy lub wezwać do niego innego uzdrowiciela. Była jego żoną, była zapatrzoną w niego młódką, której serce pękało na dwoje i która nie mogła pozwolić sobie na zemstę. Jednak nazywanie tego niefortunnym
Nie odpowiedziała mu nawet słowem, czekając na to, co powie dalej, jak spróbuje wytłumaczyć tamten wieczór i następującą po nim rekonwalescencję. Nie wyrywała mu swej dłoni, nie uciekała przed nim również wzrokiem; Tristan mógł dostrzec pobłyskującą w jej oczach złość, której nie zamierzała ukrywać. Jednak ten przypływ silnych, porywających emocji prędko został zastąpiony przez dojmujące rozgoryczenie, przez chłodny zawód. Była alabastrowym posągiem, była wyniosłą królową i to on musiał postarać się ją poruszyć, poruszyć do głębi, jeśli chciał, by ich małżeństwo było czymś więcej, niż spisaną przez ich rody umową. Żałował, że nie mógł nacieszyć się jej bliskością? Dobre sobie. Była to tylko i wyłącznie jego wina, wszak ona przez cały ten warowała przy nim niczym jego chart, niczym wierny pies. Pilnowała go dniami i nocami, rezygnując z kolejnych dyżurów w pracy, rezygnując z tego, na co pracowała tyle długich lat i co tyle dla niej znaczyło. Więc niech teraz nie mówi jej, że…
Spojrzała na niego zdziwiona, gdy powiedział, że nic nie dzieje się bez przyczyny i obejrzał się za siebie, jak gdyby upewniając się, że są tu sami, całkiem sami. Spięła się jeszcze bardziej, będąc ciekawą, a jednocześnie podejrzliwą i nieco przestraszoną jego kolejnych słów. Nie wyobrażała sobie nawet, co mógłby jej powiedzieć, jak mógłby kontynuować rozpoczęty temat; znała go jednak na tyle długo, by wiedzieć, że nie będzie to nic dobrego. Ta ozdoba na jego przedramieniu, ten stan, w którym wrócił do Dover… Nic nie dzieje się bez przyczyny? Mimowolnie ściągnęła brwi, pojawiła się między nimi niewielka zmarszczka, kiedy niecierpliwie próbowała przewidzieć dalszą część rozmowy. Gdyby tylko mogła poznać jego myśli, odkryć każdą skwapliwie skrywaną przed nią tajemnicę…!
Symbolem zniewolenia? O czym on mówił? Pokręciła lekko głową, jednakże nie oderwała od niego wzroku na dłużej; nie chciała przecież ominąć żadnego z jego grymasów, z jego gestów. Wpierw myślała, że oprócz skłonności do alkoholu, jej małżonek wpadł również w szpony innego uzależnienia, dużo groźniejszego i mocniej mieszającego w głowie uzależnienia. Wszak o czym on plótł, jakiego zniewolenia; symbol, który szpecił jego ramię, był niczym innym, jak tylko ozdobą odpowiednią niemagicznemu recydywiście. W jego oczach nie dostrzegała jednak szaleństwa; był trzeźwy, był przytomny, lecz wcale nie była pewna, czy świadczyło to na jego korzyść.
Już otwierała usta, by coś wtrącić, by uraczyć go niezbyt miłym komentarzem, kiedy postanowił kontynuować. A z każdym kolejnym słowem jej niechęć, złość i rozgoryczenie zastępowane były przez strach. Zadrżała i pobladła, nie rozumiejąc, kogo Tristan może mieć na myśli. Przecież nie Grindewalda, nie tego, który odebrał na ostatnim sabacie życie kilku spośród arystokratów… A może, może znalazł się ktoś na tyle lekkomyślny, by próbować zawrzeć z nim pakt, kto próbował sprzedać mu swą duszę za obietnicę potęgi i bezpieczeństwa bliskich? Pokręciła głową, tym razem wyraźniej, silniej, próbując odgonić od siebie te myśli.
- O kim Ty mówisz, Tristanie? – próbowała brzmieć stanowczo, próbowała nie poddawać się strachowi, który zaczął się zwiększać z każdą kolejną chwilą, lecz przecież nie tego się spodziewała. Zaskoczył ją, odebrał pewność siebie i zaszczepił w niej kolejny lęk; tym razem lęk, który był blisko, naprawdę blisko, tuż obok nich. – I czy to ten, przez którego jesteś zniewolony, potraktował Cię w ten sposób? Czy w ten sposób gwarantuje Ci potęgę i bezpieczeństwo? Niemal Cię zabijając? – mówiła szeptem, jednak z zapalczywością i gniewem godnymi krzyku. Nie wierzyła, że Tristan, jej Tristan, mógł naprawdę zaufać komuś takiemu. Komuś, go traktował go w taki sposób. Zniewoleniu oddał się tamtego przeklętego wieczoru, lecz jak długo trwała już ich znajomość? I ile innych krzywd zadano mu do tej pory? Bała się o niego. Bała się, że zaufał niewłaściwej osobie. I że nie miała już na to najmniejszego wpływu.
- Płynie w Tobie błękitna krew, nie pozwól rozlewać jej na próżno – dodała, przenosząc dłoń na jego policzek, próbując obrócić jego twarz w swoją stronę. Potrzebuję Cię.


Powrót do góry Go down
 

Podwodna scena

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Magiczny port :: La Fantasmagorie-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18