Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Podwodna scena

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Podwodna scena   05.03.16 22:10

First topic message reminder :

Podwodna scena

To jedyne miejsce, w którym można zobaczyć trzy syreny będące gwiazdami i ozdobą tego miejsca: Partenopę, Ligeę i Keto. Partenopa jest najmłodsza i najsmuklejsza, ma delikatną, jeszcze nieco dziecięcą twarz okalaną przez miękkie srebrne włosy sięgające pasa, rozsypujące się w wodzie śnieżnym welonem. Jej ogon błyszczy srebrną łuską. Ligea zwykle wiąże włosy w kunsztowne upięcie, są krucze, nosi się w ciemnych odcieniach zgrywających się z jej granatową łuską. To siostry, Keto jest ich matką - najstarszą i o najbardziej kobiecych kształtach, wciąż piękna z racji długowieczności; jej złote, kręcone włosy wiązane są u dołu rzemieniem w bardzo luźny kuc. Ich pokazy odbywają się w przysłoniętym ciężką czarną kotarą akwarium, które daje doskonałą widoczność na ich ruchy pod wodą; tańczą Partenopa i Ligea, Keto zwykle wynurza się u szczytu akwarium i rozpoczyna śpiew - jej głos jest najsilniejszy, przeszywa pomieszczenie przejmującą, miękką melodią, która rządzi wodą; koi ją lub sprowadza sztorm. Widownia składa się z czarnych, stromo usytuowanych fotelach oraz trzech lóż usytuowanych dokładnie naprzeciwko akwarium. Samo akwarium połączone jest z Tamizą, ale ponoć trzy muzy Fantasmaogrii nieczęsto do niej wypływają - tutaj mają znacznie czystsze, chronione potężną magią wody.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   28.04.17 21:33

Obserwował gniewne iskry w jej pięknych oczach, z wolna gasnące pod potokiem jego słów, krystaliczna toń jej tęczówek zaszła nagle strachem – uzasadnionym, strachem, któremu się nie dziwił. Tylko głupiec nie lękał się mocy tak potężnych. Drżała, jej alabastrowa cera zdała się jeszcze bledszą; przez cienką skórę doskonale widział siatkę błękitnych jak jej krew połączeń. Niezmącona pewność siebie i królewska wyniosłość ustąpiły zaskoczeniu, dlaczego nie powiedział jej o tym wcześniej? Lękał się? Przed ślubem – nie chciał, dopiero teraz wiedział, że musiała go wspierać, niezależnie od tego, jak krętą ścieżką miał zamiar podążać. Wcześniej, mógłby ją objąć strach, w popłochu mogłaby wypowiedzieć zbyt wiele słów przed choćby własnym ojcem. Nie zamierzał jej stracić, a teraz, kiedy na jej palcu błyszczała złota obrączka z kwiecistym grawerem, łącząca ich dusze aż po śmierć, wreszcie mógł wyzbyć się tajemnic ciążących na sercu. I był jej to winien.
- Nie wypowiadamy jego imienia – wyjaśnił, nieco karcąco, bo przecież nikt już nie miał odwagi tego robić. Nie odkąd zamanifestował swoją siłę, jasno odróżniając siebie, pana, od nich, już nie przyjaciół. Kim właściwie byli, sunącymi się za nim cieniami. – Nazywamy go Czarnym Panem. Już niebawem będzie o nim głośno, a każdy czarodziej, nie tylko w Anglii, zadrży na dźwięk jego imienia. To ktoś bardzo potężny i bardzo mądry. Urodzony przywódca. On... sam zadecyduje, kiedy wyjdzie z cienia.
Jej szept, zmartwiony przecież, pełen – czyżby – troski wzruszył go. Z dotychczasowej pogardy rodził się obraz oddanej, wiernej żony, zmartwionej o jego los, przejętej ryzykiem, jakiego podejmował. Kochał ją – i tak długo zabiegał o wzajemność. Jakkolwiek naiwne nie były jej słowa, otuliło go ciepło jej frasunku. Zacisnął dłonie mocniej na eleganckiej, kutej w morskie motywy balustradzie loży, powracając wzrokiem ku wciąż całkiem pustej sali znajdującej się pod nimi, ku granatowej płachcie, wciąż subtelnie podwiewanej przez podmuchy wywołane przeciągiem.
- Nie zabił mnie – odpowiedział spokojnie, jeszcze mnie nie zabił; początkowo był inny, budował zaufanie. Teraz tylko rządził – wzbudzając strach – lecz mimo to Tristan nie chciał się od niego odwracać. Mamiły go wszystkie rysowane przez niego wizje, mamił go sen o żywej Marie. Siła, którą mu dawał, nie była tylko obietnicą; odczuwał ją. Posiadał ją. Mógł nią zabić.  – A co mnie nie zabije, może mnie jedynie wzmocnić. Nie lękaj się, chciałem tego. To był jedyny sposób. – Bym stał się potężniejszy; bym dotknął części jego niezwykłości.
Nie zabiłby mnie, bo jestem mu potrzebny, Evandro.
Poczuł jej dłoń na swoim policzku; subtelny dotyk delikatnej skóry jak muśnięcie skrzydeł rajskiego ptaka. Właściwie od razu odwrócił się w jej stronę, powoli, nie chcąc, by spłoszona wycofała rękę. Odnalazł wzrokiem wpierw jej oczy, później usta, poruszone, czerwone jak krew, nie przerywając słodkiego napięcia.
- Nie pozwolę – odparł również szeptem, równie powoli unosząc dłonie, by złożyć je na jej wcięciu w talii, subtelnym ruchem zachęcając, by podeszła bliżej, chcąc zamknąć w szczelnej, ciasnej klatce ramion. Swój skarb, swoją różę, najpiękniejszą ze wszystkich. Swój rubin, cenniejszy od wszystkich skarbów mieniących się pośród jego dziedzictwa. Nachylił się nad nią, przywierając brodą do jej skroni przykrytej jedwabiem jasnozłotych włosów. Musiała zrozumieć, że to wszystko robił również dla niej. Że dzięki temu – żadne wydarzenie z przeszłości już nigdy się nie powtórzy. Nigdy. Spotkał się przecież z wilkołakiem, który stanął na drodze jego siostrze; spotkał się i rozerwał go na strzępy. Dzięki niemu. Dzięki temu, czego go nauczył. – Chcę, byś żyła w świecie, który jest ci należny, Evandro. Spójrz, co się dzieje, szlam rozlewa się wszędzie. Nasza siła, nas, czarodziejów niosących najstarszą tradycję, maleje, a przecież to my daliśmy podwaliny wszystkiemu, co istnieje. Chcę, byś żyła w świecie, w której twój tytuł i twoja czystość są szanowane. Nie dam się stłamsić. Nie dam się zalać szlamem. I nie pozwolę, by ten szlam zbliżył się do ciebie. – Jestem przy tobie. I już zawsze będę. – Moja krew się nie poleje – oświadczył z przekonaniem, które zaskoczyło nawet jego samego. – Moja nie - O to się martwisz, moja słodka nimfo? Uniósł dłoń, by odsunąć z jej oczu kosmyk błyszczących, niemal srebrzystych włosów, który wypadł z perfekcyjnie upiętej fryzury; wyglądała dziś wyjątkowo. Zjawiskowo, choć zjawiskiem była sama w sobie, niepowtarzalnym doznaniem estetycznym, które najchętniej zachowałby tylko dla siebie. – Już nie – nie po tym, co przeszedłem. Nie teraz, kiedy tak wiele potrafię. Wreszcie jestem w stanie być ci tarczą.
- Przepraszam – szepnął, rozmiękczony jej dotykiem; nie powinien był zostawiać jej samej na tak długo. Powinien być silniejszy. Przejść przez to łatwiej, szybciej dojść do siebie. Uprzedzić ją.





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Evandra C. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange https://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 https://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 https://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 https://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   29.04.17 14:55

Wahała się, nie do końca wiedząc, co zrobić, na co mogła sobie pozwolić w tej niełatwej sytuacji. Powinna mówić czy milczeć? Milczeć i pozwolić mu dobrać w spokoju odpowiednie słowa? Dotykać czy nie drażnić, nie przekraczać pewnej granicy? Kimkolwiek był ten Czarny Pan, Tristan był w niego zapatrzony jak w obrazek – nie mogła więc próbować z tym otwarcie walczyć, by nie wzbudzić w małżonku złości i nie zerwać cienkiej nici porozumienia. Wszak w końcu zaczął coś mówić, coś tłumaczyć… Bała się jednak, że następnym razem nie wróci już do domu poturbowany, a zaginie bez wieści. Któż mógł wiedzieć, do czego zmusi ich następnym razem ten bezimienny, potężny czarodziej? Skrzywiła się lekko, gdy kontynuował swój wywód, gdy mówił o potędze, o mądrości i o tym, że jeszcze cały świat zadrży przez ich Panem. Czyż nie tak samo drżeli teraz przed Grindewaldem? Nie chodziło przecież o to, by zamienić jednego tyrana na drugiego; by zastąpić szaleńca kolejnym. Znała Tristana tyle długich lat, znała też jego wrażliwą duszę, jego młodzieńczy zapał i wiedziała, że ten potężny czarodziej również mógł go przejrzeć – poznać jego słabości, poznać zmartwienia i troski, a później obiecać wszystko, czego tylko pragnął, byle zyskać jego wierność, byle wypełniał jego rozkazy bez zastanowienia…
Na pewno nie tylko on został zwabiony w jego sidła. Jak wielu innych służyło Czarnemu Panu? Jak wielu innych zostało naznaczonych tatuażem? A wpierw ryzykowało życiem, by zasłużyć na tę ozdobę?
Walczyła ze łzami powoli napływającymi jej do oczu; nie tak miało to wyglądać, ich miesiąc miodowy, ich pierwsze dni wspólnej drogi. Mieli rozwiązywać swoje problemy, mieli pracować nad swoją relacją, nie myśleć o niczym poważniejszym – jednak nie było na to czasu. Były inne, znacznie poważniejsze zmartwienia. Czarny Pan ukradł jej małżonka, ukradł jej prawo do radości, prawo do walki o porozumienie. Nie mogli w spokoju cieszyć się sobą, kiedy nad ich głowami wisiało widmo przysięgi, którą złożył tamtemu czarnoksiężnikowi i tego, co ze sobą niosła. Czuła, że została rzucona na głęboką wodę, a tym samym prędko odarta ze wszelkich dziewczęcych, naiwnych złudzeń, które jeszcze nie zostały jej odebrane. Musiała stać się lwem i lisem, by nie zostawić go z tym samego, by nie zdradzić się przed nim z obawami o jego rolę w planie Czarnego Pana, a również by nie próbował uchronić ją przed prawdą. Wszak dopiero teraz postanowił jej coś, cokolwiek powiedzieć i to tylko dlatego, że inaczej niż prawdą trudno byłoby wytłumaczyć ostatnią z sytuacji. Jaką miała pewność, że będzie mówił jej o swych planach? O kolejnych spotkaniach i podejmowanych trudach?
Nie uciekała, gdy opierał dłonie na jej talii, gdy zamykał ją w klatce swych ramion; potrzebowała tego, tej bliskości, zwłaszcza kiedy pojedyncza łza spłynęła po jej bladym, bledszym niż zwykle, policzku. Próbowała być dzielna, lecz złość i bezradność brały górę, gdy Tristan, jej Tristan, mówił, że chciał tego, że był to jedyny sposób. Pokręciła krótko głową, wyginając usta w niezrozumiałym grymasie. Kiedy trwali tak, głowa przy głowie, policzek w policzek, nie przestawała błądzić dłonią po jego licu; nie musiała martwić się konwenansami, przynajmniej nie nimi.
- Już nie – powtórzyła za nim głucho, cicho, lecz przecież był na tyle blisko, z pewnością ją słyszał. – Jesteś potrzebny. Potrzebny swemu rodowi, swym siostrom, swym rodzicom… Ja Cię potrzebuję. Nie ryzykuj, proszę. – Próbowała mówić z rozwagą, ważąc kolejne słowa, lecz rozbudzone w niej emocje brały górę, doprowadzając do szału, do drżenia całego wiotkiego ciała; szeptała rozgorączkowana, bojąc się najgorszego. I choć chciała ślepo wierzyć w jego zapewnienia, to nie mogła, nie powinna; chciała być wsparciem, kompanem, partnerem. – Nie ryzykuj bardziej niż trzeba – poprawiła się szybko, doskonale wiedząc, że nie może wymagać od niego porzucenia swych planów, swej wielomiesięcznej, o ile nie wieloletniej, relacji z tym przeklętym czarnoksiężnikiem, jeśli nie chciała zostać odstawiona na bok, trzymana w niewiedzy. – Rozumiem, dlaczego to robisz, Tristanie. Wiem, widzę, że nasz świat dąży w złym kierunku, że szlam pnie się coraz wyżej, że zalewa nas ze wszech stron. Ja to naprawdę rozumiem. Lecz nie chcę żyć w tym lepszym świecie, o którym mówisz, jeśli Cię w nim zabraknie. – Serce trzepotało jej w piersi niczym szalone; bo czy nie oszalała, skoro otwarcie mówiła, co czuje? Skoro czuła takie rzeczy? Lecz przecież jego słowa sprawiały, że czuła się jak najdroższy skarb, jak delikatna porcelana, którą chciał za wszelką cenę chronić; czuła, że łączy ich coś wyjątkowego, choć już prawie przestała w to wierzyć.
Kiedy dosłyszała słowa przeprosin, próbowała uciszyć go kładąc na jego ustach kilka palców. Prędko jednak rezygnowała z tego pomysłu, dłonią skłaniając go, by pochylił się w jej kierunku, by w spokoju mogła odnaleźć jego usta swymi. Pocałowała go czule, tęsknie, ze smutkiem. Lecz kolejny pocałunek był już mocniejszy, odważniejszy i bardziej pożądliwy.
- Zabierz mnie do domu – wyszeptała między kolejnymi pocałunkami; wierzyła, że nie będzie musiała prosić dwa razy.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Podwodna scena   01.05.17 16:29

Nie rozumiał jej czerwieniejących się oczu; czyż nie powinna być dumna? Stanął jako jeden z pierwszych u boku najpotężniejszego, najmądrzejszego czarnoksiężnika nie tylko tych czasów, ale i być może kiedykolwiek stąpającego po ziemi i zapisanego na kartach czarodziejskich ksiąg. Stanął, naznaczony jego łaską, kąpiący się w jego chwale. Przyciągnął ją bliżej ku sobie, opierając o własne ciało; nie wypuszczając ze szczelnej klatki ramion, z czułością odnajdując jej ściśniętą gorsetem sztywną, kusząco wąską talię. Przyglądał się jej twarzy – nieskazitelnej, alabastrowej, błyszczącej wciąż tym niecodziennym blaskiem wilej urody, która przed laty porwała jego serce. Przyglądał się samotnej perlistej łzie, proroczo płynącej po białym jak kreda policzku. Zdjął ją szorstkim wierzchem dłoni, nim ucałował jej srebrzyste włosy, kryjąc ją we własnym cieniu, w objęciu, pod brodą, na szerokiej klatce piersiowej; należała do niego. Coraz mocniej pachniała różą, wciąż jaśminem i nieustannie – samą sobą, nie musiał widzieć jej sylwetki, by rozpoznać jej skórę: zapach, fakturę i ogniste dzikie ciepło nieposkromionych magicznych przodkiń.  
- Boisz się, Evandro?  - zapytał z czymś na wzór niedowierzania: bo on nigdy dotąd nie był równie pewien swojego. Dostrzegł grymas na jej twarzy, odezwał się od razu – chcąc go rozgromić, przywrócić uśmiech na te piękne, choć blade dziś usta. – Niepotrzebnie – odsunął głowę, by spojrzeć wprost w nieprzebrany błękit jej oczu. Zdawał się drżeć, tak eteryczny jako tło czarnych źrenic, krystalicznych zza wysiłkiem powstrzymywanych łez. – On nas chroni – Rozumiesz, Evandro? Jest po naszej stronie. Nic nam nie grozi, póki jesteśmy pod jego protekcją. A nie wyjdziemy z niej nigdy, bowiem on wart jest tego, żeby mu służyć. Daje mi siłę. Daje mi potęgę. Pozwala poznać tajniki magii obce prostym ludziom, znajdujące się poza zasięgiem śmiertelników. On - przywróci światu właściwy porządek. Dziś już nie było problemem obronić ciebie. Dziś już nie dopuściłbym do śmierci Marianne.
Przytaknął bez słowa, już nie. Drżała w jego ramionach  - jak motyl złapany w szczelny uścisk dłoni – lecz on był spokojny. Jego usta – same usta – uśmiechnęły się na jej słowa. Był jej potrzebny.
- Jestem nieprzerwanie oddany mojej rodzinie – zapewnił ją bez chwili zawahania; nie sądził, by interesy Rosierów były kiedykolwiek sprzeczne z wolą Czarnego Pana. A jeśli okażą się sprzeczne – okaże się również, że nestor jest już za stary na pełnienie swojej funkcji i powinno się go zastąpić nowym, takim o godniejszych poglądach. – Jako brat, jako syn – uchwycił jej dłoń, której palce jak pająk błądziły po jego policzku, muskając go przyjemnym chłodem. Zamknął ją w uścisku. – I jako mąż – Pewność w jego głosie nie ustępowała, wierzył, że dzięki temu ona – ostoja jego przyszłej rodziny – była lepiej chroniona. Musiała zrozumieć, łykał zapewnienia Czarnego Pana o wiecznej potędze z łatwością, ale nie naiwną: jego słowa nie były puste. Jego wpływ, wpływ na samego siebie, dostrzegał przecież już teraz. Mowa Evandry, słodka jak miód, pieściła jego uszy słodyczą ambrozji; opadła kurtyna obojętności. Martwiła się o niego. O to w tym wszystkim chodziło, najdroższa? – Nie będę – obiecał równie cicho, ciesząc się tak jej troską, jak i zrozumieniem, nie przejrzawszy podstępu, jaki zapowiadał powolną – i beznadziejną – walkę z jego nowym Panem. Nie mogła sprawić mu piękniejszego daru, niż przyznać się do słabości, jaką było żywione do niego uczucie. Stał dość blisko, by czuć trzepoczące w jej piersi serce; stał dość blisko, by czuć na sobie każdy jej oddech. I, wreszcie, również dość blisko, by usłyszeć dokładny kształt każdego szeptanego przez nią słowa. Już otwierał usta, już chciał odpowiedzieć, kiedy złożyła na jego ustach miękkie palce, ich dotyk był równie delikatny, co muśnięcie skrzydeł motyla; wiedziała, co czuł. Mówił jej to wiele razy.
Nie musiała prosić go nachalniej, nie musiała wyrazić swojej prośby sugestywniej; bez zawahania nachylił się ku jej ustom, rozsmakowując się w tym krótkim, nostalgicznym pocałunku, niosącym za sobą zapach pierwszych wzruszeń. I w drugim: już bardziej pożądliwym, bez zawahania dając porwać się tej pasji; zaborczo mocniej zaciskając palec na jej talii - i przyciągając ją ku sobie władczym gestem. Była drobna, krucha, delikatna; jak leśna nimfa, w której wciąż tkwił matczyny pierwiastek pierwotnej dzikości, której eteryczność zawładnął kolejno wszystkimi jego zmysłami. Jak róża - obwarowana ze wszystkich stron kolcami, skrząca najkrwistszą czerwienią. Jej głos brzmiał kuszącą rozkoszą i niedopowiedzianą obietnicą. Nazwała Dover domem. Była Evandrą Rosier, panią jego ogrodu, lady Kent, a jego dom był teraz jej domem. Odruchowo ścisnął palce dłoni, na którym nosił obrączkę; złoto pierścienia wbiło się znamiennie w jego skórę- namacalnie. Obrączka - była symbolem posiadania.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem - szepnął, delikatnie biorąc ją pod ramię; jeśli tylko tego chcesz, wracajmy do domu Evandro. Jej słowa, jej postawa, a nawet jej samotna łza - rozmiękczały jego czarne serce; rozwidlone ścieżki splatały się znów w jedną, przebywszy daleką drogę równolegle obok siebie. Wziął ją w ramiona, schował jej głowę pod brodę i usłużył ramieniem, kiedy wspinała się po niewysokich schodkach prowadzących do wyjścia z loży.
Nie pozwolę trwać światu, w którym nie ma ciebie.

/zt x2





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
 

Podwodna scena

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Magiczny port :: La Fantasmagorie-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18