Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ferrels Wood, Northamptonshire

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Ferrels Wood, Northamptonshire   16.07.16 18:09

First topic message reminder :

Ferrels Wood

Znajdujące się na pograniczu hrabstwa lasy Northamptonshire określane są mianem angielskiego trójkąta bermudzkiego, coraz liczniej odwiedzanego przez żądnych wrażeń mugoli. Swoje niezwykle miano bor zawdzięcza licznym zniknięciom, zarówno niemagicznych gości jak i doświadczonych w podróżach czarodziejów. Stare, skrzypiące przy każdym podmuchu wiatru drzewa nie tylko stwarzają nastrój grozy, lecz przez swój jednakowy wygląd skutecznie osłabiają umiejętności rozeznania w otoczeniu. Im głębiej wejdzie się w las tym silniejsze powstaje wrażenie szybko upływającego czasu i oddalania się od jego skraju. Każdej nocy drzewa spowija gęsta mgła, która opada późnym wieczorem i utrzymuje się na poziomie ściółki jeszcze kilka godzin po wschodzie słońca, którego promienie praktycznie nie docierają do głębi lasu. Podróżnicy, którzy przebrnęli szczęśliwie wspominają o pojawiających się w ciemności twarzach, rzekomo należących do zbłądzonych przed wieloma laty dusz, które utknęły tu na zawsze.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Marianna Goshawk
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3736-marianna-goshawk https://www.morsmordre.net/t3750-odynka https://www.morsmordre.net/t3752-zielona-uzdrowicielka-zaprasza#69938 https://www.morsmordre.net/f283-pokatna-27-4 https://www.morsmordre.net/t4637-skrytka-bankowa-nr-940#99756 https://www.morsmordre.net/t3753-mari-goshawk
Zawód : Uzdrowicielka rodziny Burke, pomocnica Cassandry
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
OPCM : 3
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 13
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   05.04.18 19:23

Obserwowała go uważnie. Można było odnieść wrażenie, że nie ufała jego poczynaniom ale było wręcz odwrotnie. Znała go, wiedziała jak pracuje, był po ich stronie więc nic złego, przynajmniej z jego strony, nie mogło się wydarzyć. Bardziej obawiała się o anomalie, które mogły zaszkodzić im lub samemu Lupusowi. Na szczęście przez większość czasu nic się nie działo, oprócz tego incydentu, kiedy mężczyźnie nagle z nosa pociekła krew. Jednakże jego krew przy ich obrażeniach były niczym dlatego sama Marianna, oprócz krótkiego zmartwionego spojrzenia, nie powiedziała nic. W tej chwili była podobnie milcząca co jej towarzysz, lord Crouch, co zresztą nie było niczym dziwnym. Oboje byli przemęczeni używaniem magii, walczeniem z anomaliami, z potworami, z własnymi słabościami. To musiało się na nich odbić. W dodatku te obrażenia, które dopóki nie zostały wyleczone przez Lupusa bardzo dawały o sobie znać. Samo leczenie, można powiedzieć, że było wręcz przyjemne. Zabierało ból, osłabienie, jakby dodawało sił. No, może poza tym jednym gdy uzdrawiał połamaną rękę Marianny. Składanie i zrastanie kości nie było najprzyjemniejsze i na twarzy kobiety pojawił się w tym momencie grymas. Ale lepsze to niż picie Szkiele-Wzro, na które zdecydowanie nie mieli teraz czasu.
Kobieta zaczęła zastanawiać się gdzie mogliby się przenieść i w jaki sposób, aby zminimalizować kolejne ewentualne problemy. Już sama teleportacja mogła przynieść sporo niekorzyści. Ale nawet jeśli im się uda, to gdzie powinni się udać? Co powinni teraz zrobić? Może wrócić po pozostałych? Czy mieli ich teraz tak zostawić? Marianna była rozdarta pomiędzy wieloma drogami, wieloma możliwościami, które miała do wyboru i wręcz nie mogła się zdecydować. Z drugiej strony pojawienie się spowrotem w rejonie, jak sądziła, całkowicie zburzonej fabryki kominków mogło być bardzo, ale to bardzo nierozsądne. Uderzenie magii na pewno zwróciło już uwagę odpowiednich służb, tak przynajmniej sądziła Goshawk i niestety wracając tam sami by się podłożyli, a tego absolutnie nie chcieli. Ona nie chciała.
Jest wszystko dobrze - powtórzyła za mężczyzną.
Czuła się jeszcze obolała. Pozostały jej stłuczenia, jakieś siniaki, ale czuła się zdecydowanie lepiej niż jeszcze paręnaście minut wcześniej, gdzie miała wręcz wrażenie, że zaraz zejdzie z tego świata. Spojrzała na Rhysanda, on również wyglądał o niebo lepiej, dlatego Marianna w końcu podjęła decyzję, aby się stąd wynosić. I tak zdecydowanie zbyt długo już tutaj pozostawali.
- Nie wiem gdzie będzie bezpiecznie. Nie mogę pojawiać się w publicznych miejscach, czy Pan dał ci również wskazówki gdzie moglibyśmy się w tym momencie skryć? - zapytała. - Może być nawet twoja posiadłość. Byle daleko stąd i w bezpiecznym miejscu. Dostosuję się.
Była gotowa do tego, aby wstać i aby spróbować przenieść się w odpowiednie miejsce. Czekała jeszcze na potwierdzenie od Lupusa, że jest to możliwe i nic nie stoi na przeszkodzie. Miała już dość tego lasu.


-50 (stłuczenia), 155/205




A ty? Czy ty? Już rozumiesz też
Czy chcemy czy nie, czeka na nas śmierć
Po tym co się tu stało każdy chyba wie
Pod drzewem dziś to wszystko zacznie się

Powrót do góry Go down
Rhysand Crouch
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5204-rhysand-crouch https://www.morsmordre.net/t5250-lyonesse#117101 https://www.morsmordre.net/t5254-aut-vincere-aut-mori#117405 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5251-skrytka-bankowa-nr-1307#117104 https://www.morsmordre.net/t5312-rhysand-crouch
Zawód : Służby administracyjne Wizengamotu, znawca prawa
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Meet the time as it seeks us

OPCM : 5
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
 aut vincere aut mori

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   07.04.18 17:21

Cała ta sytuacja wydaje się tak abstrakcyjna, że niemal niemożliwa – przegraliśmy. Na dodatek wylądowaliśmy w środku dziwnego lasu i zrządzeniem losu spotkaliśmy uzdrowiciela. Nie ma już nawet znaczenia, że to Black: jest w służbie Czarnego Pana. To zobowiązuje. To wypełnia szacunkiem i strachem. Nie znam bliżej Lupusa, ale wydaje się być kompetentnym uzdrowicielem. I nie traci nerwów. Z pewnością z naszego grona jest osobą w tym momencie najbardziej zorganizowaną – choc dochodzi do tego fakt, że przecież to nie on przeżył magiczny wybuch, labirynt szaleńca udającego kanapę i to nie on zgubił połowę swoich towarzyszy w drodze. Percy. Im szybciej mija ból, tym bardziej bolesne staje się myślenie. Yvette. Kasjusz. Gdzie są? Co się z nimi stało? Czy jeszcze w ogóle ich zobaczymy?
Sam nie wiem do końca kiedy ból ustaje. Nie wiem też jak to się dzieje, że nie mamy wielkich problemów z anomaliami. Może nawet same anomalie boją się gniewu Czarnego Pana – bo zaklęcia lecznicze dosięgają celu. W połączeniu z pastą na oparzenia i wysoką wiedzą medyczną, wszystko idzie względnie sprawnie. Niemal jak na złość. Teraz, gdy przegraliśmy już walkę z czasem, wszystko idzie sprawnie. Oczywiście nie mnie na to narzekać – każdy wolałby szybciej pozbyć się obrażeń.
Wciąż odczuwam tępy ból, ale wydaje mi się, że powoli odzyskuję zdolność trzeźwego myślenia. Ból wciąż jest obecny, to niezaprzeczalne, ale nie jest już mdlący i rozmazujący rzeczywistość. Wciąż z pewnością jestem potłuczony i choć, z tego co zrozumiałem, Lupus skutecznie zajął się moim złamaniem, moja noga wciąż nie jest do końca w porządku. Być może tylko czas będzie potrafił to wyleczyć. Być może nie. Naprawdę mnie to nie obchodzi, nie w tym momencie. Rzucam porozumiewawcze spojrzenie Marie, kiwam mężczyźnie głową, składając nieme podziękowanie. Wciąż jestem w szoku. Wciąż nie wiem do końca co mamy robić.
Percy – przypominam cicho Mariannie. – Może być gdzieś w pobliżu...
Zaczynam, choć po chwili mój głos załamuje się, zupełnie zawiedzony.
Albo na drugim końcu świata – wzdycham krótko, wbijając wzrok w podłogę.
Czy naprawdę musimy ich zostawiać? Czy powinniśmy? Nie, napewno nie powinniśmy. Pytanie tylko jaki mamy wybór. Po raz kolejny obracam głowę w stronę uzdrowicielki. Ona dowodzi. Ona będzie musiała podjąć decyzję. Zresztą wygląda na to, że może już ją podjęła.
Co zdecydujesz – rzucam tylko krótko, wtrącając swoje trzy grosze.
Wciąż była dowódcą. Nawet jeśli zostałem tylko ja i ona. I drzewa. Bardzo, bardzo dużo drzew.
124/217 chyba


Powrót do góry Go down
Lupus Black
avatar

Jednostka badawcza (Rycerze Walpurgii)
Jednostka badawcza (Rycerze Walpurgii)
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : 5
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 28
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   07.04.18 21:41

Całkowicie zatopiłem się w szale uzdrowicielstwa. Nie zważałem za bardzo na dolegliwości czy pomruki moich pacjentów, bo wiedziałem, że musieli po prostu zacisnąć zęby. Nic nie przychodziło nagle, nic nie działo się bez przyczyny i przede wszystkim bez wysiłku. To dlatego nie mogłem wyleczyć ich jednym machnięciem różdżki i musieli przyjąć to za pewnik. Ogólnie robiło się coraz ciszej i coraz bardziej przerażająco w tym ponurym lesie. I przede wszystkim coraz zimniej. Uznałem, że zanim dokończę proces uzdrawiania, musieliśmy się stąd czym prędzej zabrać. W dziczy istniały magiczne zwierzęta, które mogły zostać zwabione odgłosami, a być może nawet niepowołani ludzie mogli się tu kręcić. Uważałem, że odejście stąd będzie najlepszym wyjściem.
Nie chciałem jednak nikogo do niczego zmuszać i z tego powodu zerknąłem wyczekująco to na Mariannę, to na Rhysanda. Powinni zdecydować się szybko. Bez względu na ich ostateczne zdanie, podniosłem się z kucania przy nich i otrzepałem szatę, rozglądając się uważnie dookoła. Nasłuchiwałem kroków lub szelestu w krzakach, ale wszystko zamarło. Włącznie ze mną. Dopiero odpowiedź Goshawk sprowadziła mnie na ziemię.
- Zapadły pewne decyzje, ale już o nich wiesz – odpowiedziałem na jej pytanie. – Ponad godzinę temu skryłem Yaxleya i Dolohova, myślę więc, że wy również możecie iść ze mną – stwierdziłem neutralnie. W tej chwili to był najlepszy pomysł. Zjawianie się w Mungu było bardzo nieostrożne, a nie wiedziałem gdzie indziej moglibyśmy pójść. Cassandry na pewno nie było w domu; najprawdopodobniej tak jak ja była zajęta leczeniem pozostałych Rycerzy.
- Szukanie ich w dzikiej głuszy po ciemku też nie byłoby rozsądne – zwróciłem się tym razem do mężczyzny. – Doleczę was do końca, ugoszczę i wtedy możecie sobie iść gdzie chcecie – dodałem, dając im zielone światło do przeszukiwania terenów jeśli takie mieli życzenie. Czarny Pan wyraźnie nakazał mi zająć się tą dwójką, nie zamierzałem więc biegać po lesie szukając pozostałych. Bezpieczeństwo przede wszystkim. – Niedaleko stąd jest karczma z kominkiem – rzuciłem na koniec, pomagając czarownicy i czarodziejowi wstać. Temu drugiemu pomagałem iść, bo jego noga, choć już poskładana, potrzebowała jeszcze chwili do pewnej sprawności.
Spraszałem Croucha na Grimmauld Place, świat się kończył.

/nie, masz 167/217 <3 i z/t wszyscy




It caress the serpentthat devours us, until it has eaten away our heart.
Powrót do góry Go down
Sigrun Rookwood
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5310-sigrun-rookwood https://www.morsmordre.net/t5379-astrid#121534 https://www.morsmordre.net/t5378-sigrun https://www.morsmordre.net/f100-harrogate-skala https://www.morsmordre.net/t5380-skrytka-bankowa-nr-1330#121543 https://www.morsmordre.net/t5381-sigrun-n-rookwood#121544
Zawód : łowczyni wilkołaków
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa


She wears the smell of blood
and death like a perfume


OPCM : 16
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 24
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Metamorfomag
I am insane

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   20.05.18 23:26

1-3 lipca

Obudziła się z krzykiem na ustach. Blade czoło zrosiły krople zimnego potu, koszulę nocną miała wilgotną, przykleiła się do skóry. Rozejrzała się wkoło szeroko otwartymi oczyma, rozchylonymi ustami, upewniając się, że leży we własnym łóżku, a nie na więziennej pryczy w ciasnej celi Azkabanu. Przed okno sączyło się blade światło księżyca, padało na pokryte gęstym futrem ciało owczarka niemieckiego, spokojnie drzemiącego na obok łóżka. Zerknęła na zegar na ścianie; wskazówki wskazywały pierwszą, było więc stanowczo za wcześnie, by zrywać się z łóżka. Wiedziała jednak, że już nie zaśnie. Nie miała eliksiru słodkiego snu, nie chciała więc poddawać się lepkim, przerażającym koszmarom, w których błądziła po więziennych korytarzach. To minie z czasem, przekonywała samą siebie, zaciskając mocniej zęby i wstając z łóżka. Przez następny kwadrans może, może dwa snuła się po domu jak cień, sącząc mocną kawę i ćmiąc papierosa za papierosem; czuła się podenerwowana, nie tylko snem, który nawiedzał ją każdej nocy po opuszczeniu Azkabanu, lecz przede wszystkim czekającym ją zadaniu – była pewna siebie, wierzyła, że nie zawiedzie. Przede wszystkim miała pewność, że tego chce, lecz jednocześnie gdzieś w piersi serce łopotało z niepokoju. Mogła przekroczyć granicę, zza której nie będzie już odwrotu. Chciała tego, chciała sprawie i Czarnemu Panu oddać się w pełni, lecz tylko głupiec nie czułby lęku przed taką magią i tak potężnym czarnoksiężnikiem. Ciemne moce były przewrotne, przekonała się o tym już nie raz; mogły obrócić się przeciwko człekowi w najmniej spodziewanym momencie; cena, jaką należało za nie zapłacić, była wielka. Czarna magia to kapryśna i przerażając kochanka, lecz lgnęła do niej niczym ćma do ognia, spragniona autodestrukcji i mocy jaką dawała. Tego ranka zamierzała oddać się jej w pełni.
Wciągnęła na siebie szatę, do jej kieszeni wetknęła różdżkę, założyła pas, który pozwalał jej nosić czarodziejską kuszę na plecach; Anglia wciąż pogrążona był w mroku, kiedy wzbijała się na miotle w powietrze, pośród chłodne mgły. Leciała długo, lecz słońce nie zdążyło jeszcze wzejść, gdy lądowała na niewielkiej polanie. Noc był zimna, lecz rześka, zmyła senność z powiek i otrzeźwiła Sigrun mocniej od kawy. Ruszyła w gęsty las, trzymając przed sobą uniesioną różdżkę, której koniec jaśniał światłem zaklęcia Lumos. Stąpała cicho, lecz pewnie, uważnie rozglądając się wokół; wiedziała, że w tych lasach można odnaleźć stworzenia, których krwi pożądał Czarny Pan. Leciała długo nad koronami drzew, aby znaleźć się w głębokiej gęstwinie, gdzie nie docierało wielu czarodziejów, a zwierzyna czuła się bezpiecznie. Wiedziała jak wypatrywać śladów, na co zwracać uwagę; ojciec uczył ją tego odkąd tylko nauczyła się chodzić. Polowania były ich rodzinną rozrywką, często także i profesją; na swoim sumieniu Sigrun miała życia wielu istot, w tym magicznych, lecz nigdy jeszcze jej ofiarą nie padł jednorożec. Brakowało ich w lasach dystryktu Harrogate, a i ojciec nigdy ich szukał, choć włosie i róg były bardzo cenne. Czasami jedynie, gdy wędrowali po gęstwinach w innych częściach kraju, odnajdywali długie, srebrne włosy na gałęziach, które potem wykorzystywali jako sznur – były niesłychanie mocne. Teraz także je znalazła: na krzewach i niskich drzewach, połyskliwe i srebrne, jakby utkane z czystego szkła, bądź diamentów. To znaczy, że były blisko, że wędrowały po tych okolicach.
Blade światło poranka zaczęło sączyć się spomiędzy koron drzew, słońce wschodziło, a las pozostawał tak cichy, jakby wciąż był pogrążony we śnie; ciszę mąciło jedynie pohukiwanie sowy w oddali i szelest liści poruszanych wiatrem. To tylko ułuda, wiedziała to, większość leśnych zwierząt najłatwiej było odnaleźć właśnie na granicy dna i nocy. W oddali usłyszała szum strumienia, podążyła w tamtą stronę, lecz zamarła w bezruchu, gdy jej uszu dotarło jakby końskie prychnięcie. Ostrożnym ruchem ściągnęła kuszę z pleców; stąpała cicho i ostrożnie, nie chcąc zostać przez zwierzę usłyszaną – czy jednak zdoła ją wyczuć? Strumień szumiał coraz głośniej, a pośród kor drzew i zieleni liści wyraźnie dostrzegła srebrny blask. Najpiękniejsza z magicznych istot pochylała łeb nad wartką rzeczką, aby zaspokoić pragnienie. Sigrun zaparło dech w piersi. Widywała jednorożce już wcześniej, lecz teraz… W chwili, gdy miała odebrać mu życie – zdawał się jeszcze piękniejszy i niewinny.
Czy powinna…?
Nie pozwoliła sobie na tę myśl. Wstrzymała oddech i wypuściła bełt z kuszy, którą upuściła; samą strzałą nie zatrzyma jednorożca, choć wbiła się w długa, srebrzystą szyję. Sierść splamiła krew, zwierzę zawyło z wściekłości i bólu, ptaki poderwały się do lotu. Jednorożec zachwiał się, zaczął krztusić; bełt trafił w szyję, lecz jeszcze go nie dobił. Zerwał się do biegu, lecz Rookwood nie mogła pozwolić mu się oddać. Szybkim, pewnym gestem uniosła różdżkę i posłała ku magicznej istocie okrutną klątwę. Corescident, wyszeptała, koncentrując się na inkantacji i skupieniu całej swej mocy na tym zaklęciu; było trudne, lecz skupienie, siła woli i niezwykła determinacja sprawiły, ze z różdżki Rookwood pomknął czerwony promień.
Zapłaciła za to, z jej własnego nosa pociekła strużka krwi. Po Azkabanie wciąż czuła się osłabiona, nie w pełni sił, lecz pragnienie wypełnienia rozkazu zmuszały ciało do kolejnych ruchów. Jednorożec próbował się oddalić, lecz trafiony zaklęciem, które przerwało jego rdzeń kręgowy – ciężko upadł na ziemię, na prawy bok. Strużka krwi ciekła z szyi, zwierzę wyło z bólu, jeśli gdzieś w gęstwinie czaiły się inne zwierzęta, z pewnością czmychnęły dalej przerażone. Rookwood oddychała ciężko, gdy uniosła różdżkę, aby przy pomocy zaklęcia dostać się na drugi brzeg strumienia. Podeszła do nieruchomego ciała powoli, jakby niepewnie; jednorożec wciąż żył, oddychał, jeszcze mogła z tego zrezygnować – nie uczyniła tego jednak. Uklęknęła przy nim, urzeczona jego pięknem. Niemal czułym gestem pogładziła go szyi, srebrzystej sierści brzucha; nie mógł jej kopnąć, nie miał już władzy nad własnymi kończynami. Zza pasa, ze skórzanej pochwy, wyciągnęła nóż, którym pewnym gestem przecięła skórę na brzuchu. Z rany pociekła krew – nie czerwona, lecz srebrzysta, jakby perłowa. W lewej dłoni Sigrun znalazła się fiolka, do której pieczołowicie nabrała posoki magicznej istoty; zamknęła ją dokładnie i owinęła w miękki materiał, nim ukryła ją w wewnętrznej kieszeni szaty na piersi, aby uchronić ją przed stłuczeniem. Przeniosła spojrzenie na oczy jednorożca, były jasne i pełne bólu, niemego pytania dlaczego? Każdy na jej miejscu poczułby poczucie winy tak wielkie, że nocą nie zaznałby już snu; lecz struny człowieczeństwa w duszy Sigrun przegniły już przed laty, kiedy wstąpiła na ścieżkę mroku. Teraz brnęła w tę lepką i złowrogą ciemność jeszcze głębiej. Cordcordis, wyrzekła cicho, przykładając koniec nowej, cisowej różdżki do ciała jednorożca.
Westchnął ciężko – i był to jego ostatni oddech.
W tym samym momencie Rookwood skazała swą duszę na wieczne potępienia. Nie było na świecie istoty bardziej niewinnej i dobrej, niż ta, która leżała u jej stóp – a ona odebrała jej życie. Wyprostowała się, wyciągnęła z kieszeni papierosa, wetknęła go sobie do ust. Ćmiła go chwilę, zrobiło się jej nagle dziwnie niedobrze. Rzuciła go na ziemię i zgasiła butem. Spojrzała jeszcze raz na truchło, zakręciło się jej w głowie. Odwróciła się i zaczęła iść, po chwili – rzuciła się biegiem, jakby sam Merlin ją gnał. Za pomocą zaklęcia dostała się na drugi brzeg rzeki, a potem biegła dalej – dopóki nie znalazła miotły zostawionej gdzieś pod paprociami.

Czekała cierpliwie.
Nie mogła przedrzeć się przez zaklęcia ochronne, choć znała adres. To było niewielkie miasteczko na południu Anglii, niemal wiejskie jego przedmieścia. Znalazła dom numer dwanaście i piętnaście, lecz numer trzynasty pozostawał ukryty. Łamanie ich uznała jednak za zbędne; miała inny sposób. Na St. Helen pojawiła się pod postacią dziesięcioletniej dziewczynki – z lalką w dłoniach tkwiła pod drzewem. Para staruszków zatrzymała się przy niej, kobieta z dobrotliwym uśmiechem pytała, czy nie zgubiła się czasem; Sigrun pokręciła jedynie przecząco głową, starając się przy tym nie skrzywić z obrzydzenia. Przebywanie wśród mugoli napawało ją wstrętem, lecz musiała nad sobą zapanować – czekała. W domu pod numerem trzynastym mieszkał czarodziej, który poślubił mugolkę – i to na nią właśnie czekała. Zdrajcy krwi zasługiwali na karę, takie było polecenie Czarnego Pana, a Sigrun zamierzała wypełnić je z należytą starannością. Tkwiła na miękkiej trawie tak długo, że niemal zesztywniały jej wszystkie kończyny, lecz w końcu dostrzegła kobiecą sylwetkę, którą wcześniej widziała na zdjęciu. Podniosła się z klęczek i podeszła bliżej, uważnie przypatrując się twarzy – to była ona. Podbiegła do niej, złapała za rękę, choć w duchu targnął nią odruch wymiotny. Kłamstwa spływały z ust Sigrun pewnie i gładko. Historyjka o potrzebie pomocy w odnalezieniu zwierzęcia okazała się na tyle przekonująca, by kobieta, chwyciwszy ją za rękę, podążyła  z nią w stronę zagajnika po drugiej stronie ulicy. Na obcej, dziecięcej twarzy jawił się fałszywy uśmiech, gdy oddalały się od domów i ulicy. Szły tak dwa kwadranse. Różdżka w kieszeni sukienki zdawała się Sigrun dziwnie ciężka. O tam, mówiła, wskazując dłonią na wysokie drzewo, zmuszając tym samym kobietę, aby odwróciła od niej spojrzenie. Stanęła plecami do dziewczynki, w której dłoni nagle znalazła się różdżka.  Drętwota, powiedziała Sigrun; mugolka spojrzała na nią przez ramię, jej oczy były pełne przerażenia, lecz nim zdążyła krzyknąć – czerwony promień zaklęcia trafił ją prosto w plecy. Kilka chwil później w miejscu dziesięcioletniej, jasnowłosej dziewczynki stała już dorosła kobieta.
Sigrun rozejrzała się czujnie wkoło; nie sądziła, aby ktokolwiek za nimi szedł, co jakiś czas oglądała się za siebie. Znalazły się na niewielkiej polanie, blisko brzegu płytkiej rzeki, o tej porze nikt nie powinien się tu pojawić – lecz jaką miała pewność? Salvio Hexia, wyszeptała unosząc różdżkę i kierując ją w stronę rzeki; po chwili posłała to samo zaklęcie w drugą stronę, otaczając ją i nieruchome ciało mugolki barierą, za którą pozostawały niewidzialne, ukryte przed ludzkimi spojrzeniami. Dopiero, gdy były bezpiecne powróciła do kobiety pełnym wstrętu spojrzeniem. Mugolka zesztywniała cała, upadła na miękką trawę z rękoma wzdłuż tułowia; jedynie oczy pozostawały żywe i pełne strachu. Czy mąż nie powtarzał ci, aby nie ufać obcym?, zakpiła Rookwood, wiedząc, ze ją słyszy i rozumie. Trwała chwilę w bezruchu, ćmiąc papierosa i przyglądając się kobiecie z ciekawością; nie miała wątpliwości, nie czuła zawahania, serce nie stanęło na ułamek sekundy jak w chwili, gdy rzucała mordercze zaklęcie na niewinnego jednorożca – magiczne istoty były piękne dzięki swym czarom. U jej stóp leżało jedynie brudne robactwo. Nawet jeśli Czarny Pan nie życzyłby sobie ukarania zdrajców krwi, to i tak zasługiwała na śmierć. Zastanawiała się co z nią zrobić.
Lubiła zabawić się ze swą ofiarą, lecz czuła jednocześnie, ze to nie jest na to czas.
Czuła się spięta i poddenerwowana zadaniem, której powierzono; czy zdoła zadowolić Czarnego Pana? Czy przyniesione przez nią przedmioty okażą się wystarczające? Lękała się wizji chwili, w której okazałoby się, ze jednak nie. Zgasiła papierosa butem, zaschło jej w gardle. Przyklęknęła przy kobiecie. Ciszę mącił jedynie szum rzeki i śpiew drozda, skrytego gdzieś w koronie rzeki. Vulnerario, powiedziała z mocą, nie chcąc tracić energii i sił; igranie z czarną magią było niebezpieczne, zwłaszcza teraz, gdy anomalie wciąż panoszyły się po Wyspach. Światło w oczach mugolki zgasło, wokół niej rozlała się kałuża krwi. Jedynie kości chrupnęły, gdy niewidzialny miecz pozbawiał tułów głowy. Sigrun skrzywiła się na widok wnętrzności; odrywanie tkanek od kości budziło w niej obrzydzenie, choć robiła to nie raz – od lat polowała na zwierzęta, potrafiła oprawić je już jako dziecko, przywykła do tego. Nie zabiła mugola po raz pierwszy, lecz mimo wszystko serce biło jej dziwnie niespokojnie. Tkanki pod jej palcami był miękkie, ciepłe i lepkie. Starała się, aby jej ruchy były pewne i zdecydowanie, lecz dłonie drżały, gdy palce dotknęły mózgu. Żołądkiem targnęła dziwna niestrawność. W Azkabanie mocno ucierpiała, czarna magią ją zatruła, co czasami jeszcze dawało o sobie znać; odwróciła spojrzenie, gdy pozbywała się z czaszki zbędnych wnętrzności. Gdy to uczyniła, wstała z kolan, zakrwawioną i lepką czaszkę, wciąż oblepioną w tkankach, których nie zdołała się pozbyć, wsunęła do skórzanej torby, którą cały czas miała przewieszoną przez ramię. Wstała z kolan; sukienkę miała całą we krwi, podobnie jak i ręce. Teleportacja nie działała, drogę powrotną musiała odbyć na miotle. Zbliżyła się do rzeki, aby obmyć ręce i twarz, zmywając z niech zaschłą juchę. Plam z sukienki pozbyła się zaklęciem. Odwróciła się w stronę zakrwawionego, pozbawionego głowy ciała. Nie mogła go tutaj tak zostawić. Uniosła różdżkę i posłała ku niemu kulę ognia, sucha część sukienki mugolki natychmiast zajęła się płomieniem. W ten sposób pozbyła się ciała.
Miotłę znalazła tam, gdzie ją zostawiła, pod drzewem. Oddychała ciężko, z przejęciem i czując jak w skroniach pulsuje ból. Była już blisko.

Gwiazdy Wielkiego Wozu błąkały się gdzieś ponad dachami kamienic. Noc była bezchmurna, lecz próżno było szukać na ciemnym niebie srebrnego łuku księżyca. Jedynie dziwna, lepka mgła trzymała się blisko ziemi, oblepiała człowieka swym nienaturalnym zimnem, choć mieli już lipiec. Okolica zdawała się być pogrążona we śnie, jedynie w pubie na rogu rozbrzmiewała muzyka i głośne rozmowy, a w okna jaśniały od blasku świec wewnątrz. Sigrun siedziała przy stoliku, naprzeciwko mężczyzny o nazwisku Davies; nietrudno jej było go znaleźć, przez ostatnie dwa dni zdążyła dowiedzieć się gdzie go szukać i tego, że zwykł pijać szklaneczkę, a raczej kilka ognistej whisky, nim wróci do domu. Wystarczyło, że udawała zainteresowaną, podjęła temat pożaru Ministerstwa Magii; z udawaną, przerażoną miną kiwała głową i kłamała gładko, przyznając Daviesowi rację. To potwory, to prawda, powtarzała, w teatralnym geście łapiąc się za serce. Siedząc naprzeciwko niego miała blond warkocz i łagodne rysy twarzy, której nie szpecił dziś naburmuszony wyraz.
Uszy więdły jej od jego paplaniny, której musiała słuchać. O równości czarodziejów i mugoli, o potrzebie zwalczenia czarnej magii, o konieczności likwidacji Policji Antymugolskiej, o złapaniu winnych zamachu na Ministerstwo Magii. Mówił i mówił, z pewnością nie tylko jej, nie tylko w tym barze. Davies działał społecznie na rzecz mugolaków, miał wsparcie rodów szlacheckim wyraźnie opowiadających się za polityką promugolską; nie dziwiła się, że Czarny Pan życzył sobie go martwego. Im bardziej udawała przejętą, tym Davies mówił więcej i chętniej. Nie omieszkała dolewać mu ognistej wciąż i wciąż, nawet gdy mówił, że już nie trzeba; stał się bełkotliwy i dziwnie radosny, a ona pod stołem pogładziła go po łydce stopą. Nachyliła się ku niemu i zaczęła szeptać, wpierw dość niewinne,  o tym jak jej imponował. W końcu zaprosił ją do siebie, ponoć mieszkał nieopodal. Pub opuścił w towarzystwie nikomu nieznanej, ładnej dziewczyny i nigdy więcej nie zawitał już w jego progi. Szli ulicą, Davies obejmował ją ramieniem; pachniał alkoholem i tytoniem, czuła to doskonale, gdy nachylił się, by skraść jej pocałunek. Cofnęła głowę, śmiejąc się i mówiąc, że nie tutaj, tu może ktoś ich zobaczyć; złapała go za rękę i pociągnęła w najbliższy zaułek. Przejęła inicjatywę, pchnęła go, aby oparł się o ścianę; Davies zaśmiał się, wybełkotał, że nie spodziewał się tego po niej. Nie zdążył nawet zareagować, gdy  prędkim gestem sięgnęła po różdżkę do kieszeni; machnęła nią, a zaklęcie Petrificus Totalus unieruchomiło go skutecznie i uwięziło w gardle krzyk. W zaułku nie było nikogo prócz nich i tłustego szczura, który wychynął zza kubła na śmieci. Spojrzała w stronę ulicy i wycelowała tam różdżką: Salvio Hexia, wyszeptała, ukrywając ich za zasłoną. Każdy kto przejdzie obok ujrzy wyłącznie ciemną, pustą uliczkę, w którą nie warto zaglądać.
Zacisnęła usta wąską kreskę. Davies krew miał czystą, szkoda było ją przelewać; lecz jednocześnie zdradzał ją, opowiadając się głośno za polityką promugolską i równością pomiędzy czarodziejami, a szlamem. Serce biło jej mocno, gdy zwróciła się ku niemu. Był ostatni. Czuła dziwne… Podekscytowanie i strach jednocześnie. Oddychała ciężko, gdy zbliżała kraniec cisowej różdżki do jego piersiowej; błysnęło zaklęcie, a serce zaczęło zwalniać. Davies patrzył na nią przerażony , tylko to mu pozostało; nie odezwała się jednak ani słowem, wszystkie ruchy wykonywała w ciszy. Znów zza pasa dobyła sztyletu, którego ostrze przysunęła do jego szyi. Było tak ostre, że przecięło skórę z dziecinną łatwością; wbiła je głębiej, przecinając aortę. Krew trysnęła jej na twarz, zmrużyła wściekle oczy; dłoń jej zadrżała, zrobiła to zbyt nerwowo i prędko. Lewą dłonią wyjęła z kieszeni fiolkę, podobną do tej, w której miała już krew jednorożca. Napełniła ją juchą zdrajcy i zapieczętowała, po czym wsunęła do kieszeni szaty. Uczyniła kilka kroków w tył, cofnęła zaklęcie petryfikujące; Davies padł na kolana, jedną ręką łapiąc się za serce, drugą próbując zatamować krwotok z szyi. Patrzyła na niego paląc papierosa, choć prawa dłoń jej drżała.
Uczyniła wszystko, czego żądał Czarny Pan; zdobyła krew jednorożca, czaszkę zamordowanego mugola i krew zabitego czarodzieja. Skazała swą duszę na wieczne potępienie, wkroczyła na ścieżkę, z której nie było już odwrotu; czarnej magii, niebezpiecznej i kapryśnej, pragnęła oddać się w pełni, a raczej swemu Panu, któremu coraz bardziej fanatycznie zdawała się być oddana.
Z Daviesa uleciało życie, a ona skończyła palić. Tym razem nie spaliła jego ciała, nie było takiej potrzeby – niech wiedzą jak kończą zdrajcy krwi. W pubie pojawiła się jako obca dziewczyna, której nikt nigdy więcej już nie ujrzy. Nie było sprawcy, nie było kogo sądzić. Opuściła zaułek, wcześniej zaklęciem pozbywając się krwi. Zaklęcia Salvio Hexia nie cofnęła – niech tam gnije.

| zt





A witch ought never to be frightened in the darkest forest, because she should be sure in her soul thatthe most terrifying thing in the forest was her

Powrót do góry Go down
 

Ferrels Wood, Northamptonshire

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5

 Similar topics

-
» Ferrels Wood, Northamptonshire

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia-
Styl: Caelan + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18