Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Madame Tussaudus
AutorWiadomość
Madame Tussaudus [odnośnik]04.12.16 0:40
First topic message reminder :

Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds

★★★
Już od dawien dawna słynne muzeum Madame Tussauds przyciąga tłumy turystów. Wewnątrz dziwacznego budynku z charakterystyczną zieloną kopułą i czerwonymi ścianami, które prawie bezustannie oklejone są plakatami, zwiedzający mają okazję przejść przez kilka sal wypełnionych pełnowymiarowymi woskowymi figurami stworzonymi na wzór wszelkiego rodzaju sław. To wyjątkowe miejsce umożliwia spędzenie niezapomnianych chwil w towarzystwie popularnych obecnie lub sławnych przed laty pisarzy, aktorów, muzyków, naukowców oraz polityków, w ofercie znajduje się również wykonanie zdjęcia pamiątkowego. Ponadto muzeum raz na jakiś czas, w dniach nieczynnych dla mugoli, organizuje wydarzenia, w trakcie których figury woskowe za sprawą zaklęć ożywają. Goście mają wtedy okazję porozmawiać ze swoimi idolami, lecz figury przypominają pierwowzory w sposób właściwy ruchomym portretom - chociaż postaci posiadają wspomnienia i osobowość, nie są duchami sław, nie są również w stanie wyjawiać ich nieznanych szerszej publiczności sekretów.

W tej lokacji obowiązuje bonus do rzutu kością w wysokości +5 dla Rycerzy Walpurgii i +10 dla Śmierciożerców.


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:16, w całości zmieniany 3 razy
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Madame Tussaudus - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Madame Tussaudus [odnośnik]20.03.22 21:38
Figury woskowe miały odzwierciedlać rzeczywistość. Wodzy fantazji pozornie artyści mogli ponieść się wyłącznie w pozach, czy emocjach wymalowanych na licach swych dzieł. Mieli opis i historię, a ich zadaniem było je jak najlepiej odwzorować. Ukazać odbiorcy, który i tak mógł zobaczyć w ich pracy to co chciał zobaczyć. Choćby Fulbert ze swoją przerażoną twarzą, życiem, które wydawać by się mogło wyłącznie egzystencją... co jeśli w swym życiu odnalazł krztę szczęścia, bądź jej pozory? Nie mogli tego wiedzieć, ale mogli tak zakładać. Może jego oczy miały skryty błysk, może to było przerażenie odwzorowane w jego ostatniej chwili życia? To oni dziełu sztuki nadawali życia. Kreowali go tak samo jak i sam twórca.
Nie, nie musiała. Chciała. Okazała jej dobroć, która może nie była wielkim gestem, ale wystarczającym zapamiętania i jej wdzięczności. Nie miała wiele. Gdy przeprowadziła się do Anglii pracowała w Świętym Mungu i miała posiadłość na własność. Zostawiła jednak to wszystko, a cały swój majątek umieściła w porcie i tamtejszych ludziach. Nie było łatwo odzwyczaić się od wygód, nigdy też do końca nie wpasowała się w portowe towarzystwo, bo choć ubierała się teraz dużo skromniej, to wciąż przykładała dużą wagę do ubioru, do bycia schludną, do manier, tego co mówiła. Jej wychowanie było częścią niej. Nawet przebywając w tak skrajnie innym towarzystwie niż to pośród, którego dorastała i żyła przez lata, nie było w stanie ją aż tak zmienić. Przed wojną żyła jeszcze na jakimś poziomie, teraz nie miała serca prosić kogokolwiek o zapłatę za swe usługi, przez co ciężko było jej związać koniec z końcem. Nie weszłaby tu, gdyby musiała za to zapłacić, gdyby nie Valerie, a to naprawdę wiele dla niej znaczyło. Mogło się to wydawać idiotyczne, ale życie było teraz tak bardzo nieprzewidywalne, na każdym kroku czaiło się tak wiele niebezpieczeństw, a ona chciała, choć na chwilę, zaznać swego dawnego życia. Tego, które wspomina z bólem serca i łzami w oczach, ale też tego, które przecież było jej wciąż tak drogie, tak ważne.
- To przyjemność i zaszczyt panią poznać osobiście. Słyszałam o pani talencie, choć niestety nie miałam okazji być na jakimkolwiek z pani koncertów. - Była dobrze zaznajomiona ze światem sztuki. Mogła to zaniedbać, ale zawsze starała się śledzić wszelkie informacje na temat artystów, ich umiejętności i dzieł. Imię kobiety było dość charakterystyczne, a nazwisko znane, choć bardziej kojarzyła ją pod tym panieńskim, kiedy kobieta dopiero debiutowała. U Yvette wybór formy przedstawienia się był jasny i prosty, choć i ona nosiła status wdowy. Panią Delacour nie była zbyt długo, a wszelkie prawo do używania tegoż nazwiska utraciła. Zresztą, nie chciała mieć z tą rodziną nic wspólnego z wdzięcznością i dumą mogąc przestawiać się swym panieńskim nazwiskiem. Żałować mogła tego, że godnie nie może reprezentować swej rodziny, ale na pewno nie tergo, że wybrała taką, a nie inną drogę w życiu. Nie po tym co się jej przydarzyło.
Uśmiechnęła się lekko słuchając słów kobiety odwracając się w jej stronę. - Lepiej nie mogłabym tego ująć. - Przyznała całkowicie się z nią zgadzając. To strach uwięził go w jego własnym domu. Ci co się nim kierują również stają się jego więźniami wcale nie musząc zamykać się w fizycznych czterech ścianach. Może być to przecież choćby duchowe więzienie. Dając strachu przejąć nad sobą władze, kierować się, człowiek nie jest w stanie racjonalnie myśleć i decydować. Teraz nie ciężko było o uczucie strachu, ale nie mogli jemu ulegać jeśli chcieli przeżyć, walczyć.
- Nie wątpię, choć śmiem twierdzić iż Beauxbatons w wyciąganiu pełni potencjału w uczniach może okazać się lepszym wyborem. Naukę tam zaczyna się rok wcześniej, a prócz normalnych zajęć prowadzone są również te w kierunkach artystycznych. Trudno jest jednak oceniać bez porównania, a i każdy ma inne potrzeby. - Nie chciała wyjść na osobę, ale nieco jej to nie wyszło. Trudno było jej jednak nie zachwalać miejsca tak bliskiemu jej sercu. Nie powiedziałaby jednak, że było lepsze, bądź gorsze od Hogwartu. Obie placówki na pewno miały swoje plusy i minusy, a wszystko zawsze można poprawić, zmodernizować. Ważne było, że oba miejsca dążyły do tego samego - do rozwoju i edukacji młodych czarodziejów, do otwarcia przed nimi nowych drzwi. - Zgadza się. - Odpowiedziała z nieskrywaną dumą. Czasy szkolne wspominała bardzo dobrze. Były to na pewno jedne z lepszych lat jej życia. Akademia dała jej wiele, nie tylko edukacje. Ukształtowała również ją i jej charakter. - Ja zaś mam do czynienia z absolwentką Hogwartu? - Zapytała, bo tego właśnie się domyślała. Nie kojarzyła kobiety z Akademii, a była przekonana, że by ją zapamiętała, tym bardziej biorąc pod uwagę, że były zbliżone do siebie wiekiem. Była jednak przekonana, że druga blondynka bez problemu odnalazłaby się we francuskiej szkole magii i czarodziejstwa.
- Zgadzasz się z tą decyzją? Czemu cała grupa ma płacić za poczynania jednostki? Nic nie ma to wspólnego ze sprawiedliwością. To co jej się przydarzyło musiało być okropne, ale eksterminacja całego gatunku w poszukiwaniu zemsty, a może z troski o to by nikogo innego nie spotkał ten sam los? Bez względu na to jakie były jej motywy wydaje mi się, że zaprawa to jednak o przesadę. - Skomentowała oburzona pomysłem panny Furmage, choć wpatrując się w twarz wykrzywioną w zaniepokojeniu czuć mogła względem niej wyłącznie żal. Eksterminacja całego, niewinnego gatunku. Brzmiało to znajomo. To poglądy jednak definiowały znaczenie tego istnienia. Faktyczną winę, bądź jej brak.
Wraz z kobietą ruszyły w dalszą drogę stając naprzeciw zjawiskowo pięknej kobiety. - Clodine. - Odziana była w ubrania ewidentnie nie z nich epoki. W dłoni trzymała fiolkę, zapewne eliksiru, na jej ramionach siedziały trzy ptaki. Jej włosy skryte były pod obszernym kapturem, a ona spoglądała na nich ze skrywaną mądrością w swych oczach. - Irlandzka driada, żyjąca w średniowieczu. Była animagiem zmieniającym się w morskiego ptaka. Wspomagały ją trzy magiczne ptaszki. Leczyła chorych, śpiewając im do snu, ponadto mówiono, że może się zamienić w morską falę. - Brzmiało to pięknie, wręcz bajecznie. Jej dar musiał być ogromny, umiejętności niesamowite, a serce dobre. - Śpiew, który leczył...


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Madame Tussaudus [odnośnik]27.03.22 10:49
Nie były znowu takie różne — paralele rysujące się pomiędzy paniami Baudelaire i Vanity miały potencjał zaskoczyć obie blondynki, oczywiście pod warunkiem, że byłyby ich świadome. Każda z nich miała za sobą rozpoczęcie życia w obcym kraju — Yvette w Wielkiej Brytanii, Valerie w Niemczech. Zostawiały za sobą całe życie, robiły to z powodu mężczyzny, ale tak był skonstruowany ten świat i przez to właśnie nie miały innego wyjścia. Mogły robić natomiast wszystko, by zachować swą godność. Mogły nosić się czysto i schludnie, choć skromnie, albo darowywać nieznajomej w opałach możliwość odpoczynku od atmosfery, którą przesiąkły londyńskie chodniki, chwilę uczty dla oka i umysłu.
I choć spodziewała się, że ktoś wreszcie ją rozpozna (jeżeli nie Yvette, to może ten mężczyzna, który przyglądał się im z przeciwległego końca sali, a którego Valerie wyłapała kątem oka, gdy zjawiały się obok Lavrene de Montmorency i któremu posłała nawet krótkie spojrzenie przez ramię — krótkie, bo mężczyzna ten zaraz opuścił wzrok i udawał, że wcale się im nie przyglądał!), podobna reakcja zawsze wywoływała u niej przyjemne motylki w brzuchu. Była próżna i lubiła słuchać komplementów — przez lata małżeństwa, które sprowadziły ją do rangi żony niechcianej, żony zupełnie niepotrzebnej, takie nawet kurtuazyjne komplementy działały niczym plaster, w pewnym sensie wypełniały te dziury, które pozostawił jej w spadku Franz.
— Och, przyjemnością byłoby gościć panią na widowni, pani Baudelaire. Nie grywałam nigdy we Francji, ale wnioskując po pani akcencie, chyba minęło już trochę czasu od pani przeprowadzki, nie mylę się? Chyba że jest pani w istocie turystką, wtedy winszuję idealnego opanowania języka — skromnie pochylona głowa i dłonie splecione przed sobą pozwoliły Vanity na krótkie przybranie jeszcze mniejszej, jeszcze bardziej eterycznej sylwetki. Valerie nigdy nie była wysoka, zawsze była drobnej budowy, ale lata codziennych treningów gimnastycznych sprawiły, że mogła pochwalić się relatywnie przyjemną dla oka budową ciała oraz relatywnie młodą prezencją. Tak uposażona mogła wykorzystywać ją do swych celów, często grając bardziej kruchą, niż była w rzeczywistości. Działało to przede wszystkim na mężczyzn, przekonanych o swej sile i przewadze nad czarownicą dopóty, dopóki im na to pozwalała.
W przypadku Yvette miało to jednak inne podłoże. Chciała pokazać, że po pierwsze — wdzięczna była za tak miłe słowa. Kto inny z dzisiejszych gości Muzeum Figur Woskowych mógł mieć większe pojęcie o tym, jak kapryśną panią była łaska publiczności? Po drugie jednak chodziło jej też o wytworzenie pewnej więzi. Yvette wydawała się być naprawdę urokliwą kobietą. Nie dzieliła ich spora przepaść wiekowa, Valerie zakładała, że mogły być nawet rówieśniczkami. Nie chciała, by Baudelaire poczuła się w jakikolwiek sposób przytłoczona jej obecnością. Miały dziś spędzić przyjemne, choć przypadkowe popołudnie w iście doborowym towarzystwie.
Uśmiechnęła się — najpierw lekko, kiwając głową w zgodzie, zadowolona, gdy uzdrowicielka przyznała jej rację. Później uśmiech poszerzył się, gdy posłyszała, jak dumna absolwentka Beauxbatons staje w obronie swojej alma mater. Czyż to nie urocze? Dwie dorosłe kobiety wciąż powracające do chwil młodości, broniące wyboru swych rodziców, bo przecież nie swojego, co do słuszności posłania je do tej lub innej szkoły. Drobnostki, niezbyt istotne w wielkim planie wszechrzeczy. A budziły w nich ogień rywalizacji, ogień wspomnień lepszych dni. Dla nich samych warto było go kultywować.
— Jeżeli tak stawiasz sprawę, Yvette, muszę pochylić się nad ofertą Beauxbatons — przyznała rozbawiona, choć iskry w błękitnych oczach, których spojrzenie znów zawiesiła pewnie w oczach swej rozmówczyni, wskazywały wyraźnie, że w słowach tych nie było ani grama fałszu, ani krzty ironii. — Moja córka ma co prawda jeszcze kilka lat na skompletowanie szkolnej wyprawki, ale jeżeli miałabyś rekomendacje, w szczególności płynące od serca, chętnie wezmę je pod uwagę.
Hogwart, jakkolwiek jej serce krwawiło wobec tego twierdzenia, znacząco podupadł w ciągu ostatnich lat. Może podniesie się z kolan, może minister i odpowiedni urzędnicy przyjrzą się jego działaniu, doprowadzą do dobrze znanego porządku. Jeżeli nie, wybór zagraniczny będzie jedyną możliwą opcją. Pireneje nie wydawały się być takie złe, prezentowały się znacznie przyjemniej niż zimne i wilgotne mury Durmstrangu, o których słyszała z ust swych berlińskich przyjaciół.
Na moment z rozważań szkolnych wyrwało ją pytanie o odpowiedzialność zbiorową. Uśmiech powoli zmniejszył się — nie był to bowiem temat do żartów i chichotów, był zbyt r e a l n y, na wyciągnięcie ręki.
Ręki, której opuszki palców dotknęły jasnoróżowych warg, gdy pani Vanity pogrążała się w zamyśleniu.
— Trudno jest mi wypowiadać się na tematy, co do których nie jestem wykształcona — przyznała szczerze, choć zniżyła głos do szeptu tak, by wszelkie jej słowa pozostały wyłącznie między nimi. — Ale przede wszystkim, czy nie powinnyśmy być za sprawiedliwością, droga Yvette? Zostawię ją tym, którzy znają prawo i wiedzą, jaką karę wymierzać. Jestem tylko kobietą, śpiewaczką, wiele rzeczy mogę po prostu nie rozumieć. Ale póki na świecie panuje sprawiedliwość, powinnyśmy być szczęśliwe, prawda?
Szczęśliwe, dobre i piękne, jak Clodine, której historię przybliżała im Yvette. Valerie słyszała o tej czarownicy, jeszcze jako mała dziewczynka. Szczególnie element kojącego, leczącego śpiewu wydawał jej się być czymś, co stanowić mogło przykład pewnej pradawnej, teraz niemal utraconej magii. Połączenia naturalnego potencjału czarodzieja z czystą mocą.
— Animagia, ptaszki, fala, uzdrawianie i śpiew... — wyliczyła cicho, nabierając powoli oddechu. Dużo. Ale to tylko świadczyło o potędze tej czarownicy. — Słyszałam o jej dokonaniach jeszcze będąc dzieckiem. Co prawda z mojego hrabstwa do Irlandii jest kawałek drogi, nasze kultury nie zwykły się przenikać, ale... Och, sama rozumiesz, że mój zawód zobowiązuje do znajomości i takich ciekawostek.
Miała nadzieję, że rozumiała. Wydawała się być naprawdę pojętną i absolutnie przemiłą kobietą.
— Portret tej czarownicy — mówiła dalej Valerie, gdy stanęły przed figurą rudowłosej czarownicy, wyraźnie smutnej, trzymającej w swych dłoniach dość sporą rybę. Valerie nie była pewna, jaki był to gatunek, nie znała się na nich szczególnie poza kwestiami kulinarnymi. Nawet te ograniczały się co prawda do uznania, czy dana ryba przypadła jej do gustu lub nie. — Wisi na jednym z korytarzy w Hogwarcie. To Mirabella Plunkett. I znów, w trakcie wakacji nad jeziorem Loch Lomond w Szkocji zakochała się w trytonie. Gdy rodzice zabronili jej wyjść za niego, transmutowała się w rybę i dalszy słuch o niej zaginął. Och... Ileż to kobiety są w stanie poświęcić dla miłości...
Często ponosiły najwyższą cenę.
W jej imię poświęcały życie.
W przypadku Valerie, niekoniecznie tylko swoje.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Madame Tussaudus [odnośnik]31.03.22 20:11
Łączyło je tyle samo ile dzieliło. W nieco innej rzeczywistości, gdyby ich losy potoczyły się inaczej, a ich drogi w końcu by się skrzyżowały może mogłyby się nawet zaprzyjaźnić? Teraz u boku madame Vanity widziałaby bardziej swoją siostrę aniżeli samą siebie, choć wątpiłaby, że można by było nazwać ich relację szczerą biorąc pod uwagę jak Estelle chowała się za otoczką kłamstw. Co z Valerie? Też skrywała swą prawdziwą twarz za maską? Jak każdy na salonach... Zbyt wiele je różniło bez względu na łączące je podobieństwa. Między nimi znajdowała się przepaść nie do przekroczenia. Yvette spaliła za sobą wszystkie mosty i nie miała zamiaru ich odbudowywać. Nie zmieniało to jednak faktu, że rozmowa była miła, a Valerie przesympatyczna. Na pewno znalazłyby wiele wspólnych tematów, które połączyć by je mogły w niezliczonej ilości pasjonujących konwersacji. Było to jednak czymś o czym starsza kobieta wątpiła, że dane będzie jej się przekonać czując w duchu, że to raczej ich pierwsze i ostatnie spotkanie, a doprawdy szkoda. - Byłby to zaszczyt i jestem przekonana, że niezwykła przyjemność dla ucha, duszy i umysłu. - Skomplementowała kobietę ponownie mając z tyłu głowy zasłyszane słowa o talencie blondynki. Żałowała w istocie, że nigdy nie dane było jej usłyszeć jej śpiewu, gdyż głos jej był melodyjny i przyjemny dla ucha.
- Nie, nie myli się pani. W Anglii mieszkam od niemal dziesięciu lat, a i wcześniej byłam częstym bywalcem wysp. - Wyjaśniła po krótce nie wdając się w szersze, zanudzające wyjaśnienia. Rodzina Baudelaire uznawała więzy krwi za niezwykle istotne, z tego też powodu kładli oni duży nacisk na pielęgnowanie relacji rodzinnych. Większa jej część mieszkała w swej Francuskiej ojczyźnie, ale  od wielu lat spory jej odnóg na stałe przebywał na wyspach. Wizytowali u nich przy każdej nadarzającej się okazji szlifując język, którego od najmłodszych lat uczyli się pod okiem angielskich nauczycieli. Późniejsze stosowanie języka na początku dziennym tylko dopracowało jej wcześniej nabyte umiejętności.
Była dumna ze swojego pochodzenia i z tego, że była absolwentką Beauxbatons. Podobnie było i z Valerie na co wskazywały jej słowa i ton głosu z jakim opowiadała o Hogwarcie. - Innych bym dała. Jeśli myślisz o szkole za granicą, miejscu gdzie mogłaby się kształcić na wysokim poziomie oraz szlifować swój talent artystyczny, który zapewne musiała po tobie odziedziczyć, nie ma lepszego wyboru.- Raz Harpia, zawsze Harpia. Choć nie nosiła już mundurka, tak jego błękit zawsze będzie nosić w swym sercu.
- Zawsze. - Czy sprawiedliwość nie była najważniejszą z cnót? - Nie ma na świecie człowieka, który byłby we wszystkim dobry, który byłby posiadaczem wiedzy absolutnej. Wciąż jednak możemy mieć swoje zdanie, nawet błędne. - Byli tylko ludźmi. Mieli prawo się mylić. W tym przypadku wiedza to jedno, bo czy sprawiedliwość nie była też kwestią moralności? Ślepe podążanie za prawem, które ustanowiły jednostki nie miało nic wspólnego z intelektem. Światem nie mogło rządzić bezprawie, to oczywiste, ale to co działo się teraz, nowe Ministerialne dekrety, niewiele miały wspólnego z pojęciem sprawiedliwości, z człowieczeństwem. - Życie, ani świat nie są jednak sprawiedliwe. Nie dla wielu i zapewne nigdy takimi nie będą. Nawet rodzimy się nie mając równych szans. - Jedni mieli pochodzić z czystokrwistych, szlachetnych rodzin, drudzy zaś urodzić mieli się bękartami. Jedni bogaci, drudzy ubodzy, z perspektywami na życie, albo z ich brakiem. Mogli dożyć późnej starości, albo umrzeć przy swym własnym porodzie. Mogli walczyć z losem, ale ten z góry był przesądzony. Wyrok zapadł nim wzięli pierwszy swój wdech. Dlatego nie oceniała. Nigdy. Jakie prawo ku temu miała? Nie chciała również, aby ktokolwiek potraktował ją w taki sposób. Życie było gorzką rzeczywistością przeplecioną nicią chwil, dla których warto było żyć. Czy to znaczyło, że mieli już nigdy nie być szczęśliwi? Ze względu na brak sprawiedliwości na świecie? Nie, ale na pewno byłoby to wtedy łatwiejsze.
- Doprawdy imponująca kobieta. - Wpatrywała się w jej woskową twarz z czystym podziwem w oczach. Dałaby wiele za choćby krótką szansę rozmowy z Clodine, a jeszcze więcej, aby mieć okazję czegokolwiek się od niej nauczyć. - Podobnie jak i mój. Pierwszy raz musiałam jednak słyszeć o niej od matki. Pradawna magia uzdrawiania, pierwotna. Teraz nie mamy już takiej mocy. - A nawet jeśli, to wiedza o tym jak z niej korzystać została dawno zapomniana. Będąc uzdrowicielką historia Clodine była jej równie bliska co dla Valerie jako śpiewaczki.
Obie kobiety przeszły dalej tym razem stając przed rudowłosą figurą czarownicy. - Wiele. - Niemal wyszeptała przyglądając się smutnej ekspresji na woskowej twarzy. Miłość bywa zwodnicza. Nie byli w stanie przewidzieć w kim ulokują swe uczucia. - Ile jednak bólu i rozczarowania sprawiła swojej rodzinie? - Yvette znała swój obowiązek jako młoda panna. Wiedziała, że pisane jej jest aranżowane małżeństwo z kawalerem o równym, bądź wyższym statusie niż ten jej. Choć wzięła sprawy w swoje ręce upierając się, że nie wyjdzie za mąż za nieznajomego szlachcica, wciąż nie było to małżeństwo z miłości. Nie takiej. Jej serce nie biło szybciej, nie wyrywało się z piersi na myśl o swym przyszłym małżonku. Ten, w którym ulokowała swe uczucia był nieosiągalny. Ten, za którym wodziła wzrokiem obserwując jak wiatr rozwiewa jego ciemne włosy, wsłuchiwała się w przyjemną barwę głosu, gdy otwierał się przed nią w rozmowie, wodziła palcami po jego ustach na portrecie w szkicowniku, który narysowała, gdy ten akurat nie patrzył w jej kierunku. Nie zrobiła z tym nic. Kompletnie nic. Mirabelle mogła podziwiać za jej odwagę, której Yvette zawsze brakowało. Czy postąpiła dobrze? Na to rudowłosa musiała odpowiedzieć sobie sama, podobnie jak i ona sama. - Goliat. Olbrzym, którego pokonał chłopiec. - Zadarła głowę do góry by móc spojrzeć na twarz olbrzyma wykrzywioną w okrzyku bojowym. Na niewiele mu się to zdało. - Idealny przykład by nie lekceważyć swego przeciwnika. - Błąd, który popełniany był po dziś dzień, tak jakby postaci takie jak Goliat nie były wystarczającym świadectwem i nauką.- Brak pokory potrafi być doprawdy zgubny. - Mówiła to z własnego doświadczenia wielokrotnie unosząc się dumą za co później gorzko płaciła.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Madame Tussaudus [odnośnik]31.03.22 21:10
Ale czy to nie te różnice właśnie sprawiały, że spotkania takie jak to dzisiejsze, stające się właśnie ich udziałem, były tak ciekawe? Gdyby Yvette i Valerie obie okazałyby się być mieszkankami portu, gdyby obie zorganizowały lecznice, tylko na dwóch przeciwległych jego krańcach, czy odnalazłyby w dzisiejszej wizycie w Muzeum coś zupełnie niezwykłego? Czy może zanurzyłyby się we wspólnych doświadczeniach zmęczenia towarzyszącego tak specyficznej i ciężkiej drodze życiowej, którą obrała sobie Baudelaire? A gdyby obie były śpiewaczkami robiącymi karierę w Londynie, czy byłyby w stanie spojrzeć na siebie przynajmniej z jednym błyskiem przychylności, nie mówiąc już o zamienieniu nawet słowa? Konkurencja w mieście była ogromna, z tego również powodu Vanity starała się unikać nadmiernego z nią spoufalania. Natomiast możliwości, które otwierały się przed nimi, możliwość obcowania z nowym, stanowiła pokusę — jak widać — nie do odrzucenia. Gdyby były zbyt od siebie różne, już po pierwszym postoju przy woskowej figurze stwierdziłyby, że nie ma potrzeby marnowania sobie wzajemnie tak cennego czasu. Zamiast tego, mniej lub bardziej świadomie zdecydowały się kontynuować tę specyficzną podróż po salach, personach i historiach, które doń przylegały, jednocześnie dając sobie przestrzeń na podobne wyznania, o sobie samych. Nigdy nie można było przeceniać sztuki oraz jej roli w zbliżaniu do siebie dwóch potencjalnie skrajnych jednostek.
— Dziesięć lat i wcześniejsze wizyty — z grzeczności milczeniem pominęła wcześniej otrzymany komplement, chcąc dla odmiany skupić się właśnie na pani Baudelaire. Tak było o wiele prościej, zwłaszcza że ich zagraniczne linie czasowe pokrywały się zbyt mocno, niż Valerie zechciałaby to przyznać. Tak. Skupmy się na niej. — Są tacy, którym nauka języków nie przychodzi wcale prosto i nawet po takim czasie zwykli jeno dukać. Może być pani z siebie dumna, gdyby nie porozrzucane wskazówki i pani imię, mogłabym myśleć, że jest pani naszą obywatelką — choć akcent położony został na podział między anglikami oraz całą resztą, cała wypowiedź była niezaprzeczalnym komplementem. Potwierdzeniem, że ciężka praca przynosiła odpowiednie efekty i Yvette miała czym się chwalić.
W milczeniu przysłuchiwała się jej słowom o Beauxbatons. Może naprawdę należało rozważyć tę możliwość? Znajomość kolejnego języka od najmłodszych lat stanowiła naprawdę duży atut. Valerie co prawda, kierując się swym zawodowym pragmatyzmem, pewnie wolałaby, by jej córka opanowała najpierw podstawy włoskiego, bowiem to włoskie opery ostatnimi czasy towarzyszyły jej w wolnych chwilach, wypełniały dotychczasową ciszę czterech ścian, a mała podłapywała niektóre słowa, czasami poczynając śpiewać także z matką, jednakże francuski był językiem elit i kultury wysokiej, a sama Valerie czuła, że powinna również poważnie podejść do pomysłu jego nauki. Póki co miała jednak na głowie zdecydowanie za dużo zmartwień. Niedawna przeprowadzka, wzięcie pod swe skrzydła panny Multon i próba zrobienia z niej przynajmniej połowicznie wychowanej kobiety, wieczna potrzeba poświęcenia się karierze tak, by sięgnąć szczytu... Gdzie tu czas na naukę języka!
— Nie ma, dlatego też i nasze osądy mogą być błędne — kiwnęła głową ze zrozumieniem, powoli przesuwając swe dłonie za plecy. Gdy się tam znalazły, szczupłe palce prawej dłoni zacisnęły się wokół nadgarstka dłoni lewej. Valerie przystanęła na moment przy figurze woskowej Clodine. Wyprostowana, z głową zadartą lekko do góry prezentowała się w sposób zupełnie poważny, niemalże posągowy. Gdyby nie wznosząca się we wdechach i opadająca w wydechach klatka piersiowa, zbyt zdrowa skóra i błyszczące spojrzenie, mogłaby z powodzeniem odnaleźć się wśród figur, na kilka zamkniętych w bezruchu chwil. — Może to nasze spojrzenie jest spaczone. Może w swym przestrachu pani Furmage miała rację, a nieprzychylenie się do jej prośby było błędem? — teoretyzowała dalej, posyłając Yvette jedno, krótkie spojrzenie kątem oka, nim westchnęła z wyraźną ulgą i ponownie złączyła swe dłonie, raz jeszcze na wysokości brzucha. — Nie dowiemy się tego nigdy. Nie ma co roztrząsać spraw sprzed setek lat — przynajmniej gdy dotyczą byle chochlików, niczego istotnego.
Dlatego przyjemnie było zejść na temat śpiewającej uzdrowicielki. Kolejny punkt wspólny pomiędzy kobietami, który sprawił, że na twarzy śpiewaczki rozmalował się wyraz przedziwnej błogości, podszyty skrywaną skrzętnie ekscytacją.
— Była twoją inspiracją? Och, nie mów tylko, droga Yvette, że mam przyjemność spędzić dzisiejszy dzień z prawdziwą uzdrowicielką? — zachwyt w jej głosie był nie do przeoczenia. W ostatnim tygodniu co prawda rozmawiała z Elvirą, lecz ta nie była już wyłącznie uzdrowicielką. Praca w kostnicy kojarzyła jej się niespotykanie groteskowo i brudno, jakby była antytezą tego, kim powinien być uzdrowiciel. Z postaci Yvette spływał jakiś dziwny spokój i ciepło, atrybuty, które chciała widzieć w osobach wykonujących jej zawód. Może to dlatego czuła się w jej towarzystwie tak swobodnie, tak... spokojnie?
— Do historii rzadko trafiają szczęśliwe historie miłosne — przyznała wreszcie ze smutkiem, bo taki był kobiecy los. Od samego początku tej wizyty umyślnie przesuwała swe myśli na inne tory, byle tylko nie poszukiwać we wszystkich współdzielonych z Yvette historiach cząstki swych własnych dziejów. Tak stało się też i tym razem. Miast myśleć o tym, jak jej własne młodzieńcze porywy sprowadziły ją do bólu i upokorzenia, których doznawała codziennie z rąk swego — już — szczęśliwie zmarłego męża, szukała w pamięci przykładów piosenek o rozdzielonych kochankach i słynnych literackich dzieł o niespełnionej lub tragicznej miłości. Przykładów było na pęczki.
Goliat górował nad nimi nie tylko posturą, ale i przesłaniem, które niosła za sobą jego porażka. Valerie zdecydowała, że dobrze będzie zatrzymać się przy nim jeszcze na trochę. Nie chcąc jednak powtarzać błędu Yvette, cofnęła się o dwa kroki, dopiero wtedy próbując zadrzeć główkę do góry i spojrzeć olbrzymowi w oczy, jednocześnie nie mogąc zdecydować, czy należało pochwalić autora figury za odpowiednie i dosadne przedstawienie wizerunku Goliata, czy zganić za jego okropną brzydotę.
— Cóż za ironia, stać się sławnym, bo się przegrało... Czy to nie zwycięzcy powinni zapełniać karty historii?


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Madame Tussaudus [odnośnik]03.04.22 11:10
Mogły gdybać na temat tego jak wyglądałyby ich życia w alternatywnych rzeczywistościach do woli. Rzeczywistość jednak wskazywała na tym, że należały do dwóch skrajnie różnych światów. Yvette znała bardzo dobrze ten Valerie, od samej podszewki. Świadomie go opuściła, tej decyzji akurat nigdy nie żałując. Pani Vanity jednak nie znała tego świata, do którego teraz należała ona. Nie tak. Nie widziała go z bliska, nie doświadczyła go na własnej skórze. Jak bardzo zmieniłaby się mając ku temu okazję? Jej osobowość, poglądy, spojrzenie na świat... tego nigdy się nie dowiedzą.
- To tylko dwa języki. Daleko mi do bycia poliglotką, a jeśli się nie mylę ty również znasz co najmniej tyle. - Pochyliła głowę w geście uznania, który czuła względem kobiety. - Ale dziękuję. Twoje słowa niezwykle mi schlebiają. - Bo czyż nie miło było od czasu do czasu usłyszeć takowe pod swoim adresem? Co do bycia obywatelką, cóż była nią, również się nią czuła. Anglia była teraz jej domem i miała prawdopodobnie nim pozostać do końca jej dni, a przynajmniej taką właśnie nadzieję trzymała w sercu. Nie chciała znów uciekać. Chować się. - Albo jej osąd był czysto subiektywny, a przez traumę, której doświadczyła, przez rządze sprawiedliwości, której pragnęła, kompletnie nie zważała na to o jaki akt okrucieństwa prosiła. - Czy odnalazłaby sprawiedliwość w niesprawiedliwości? Możliwe. Poczułaby ulgę? Dumę? Może była przeświadczona o tym, że swym czynem dokonała przysługi dla magicznej społeczności. Grupy nie mogły płacić za czyny jednostki. Dla Yvette było to jasne, ale potrafiła też kobiecie przedstawionej w swej woskowej figurze również współczuć.
- Jedną z wielu. - Niektóre były zaklęte w księgach, które czytała, inne w opowieściach matki, tą najważniejszą była właśnie ona. Uzdrowicielka w szpitalu, szefowa oddziału, pracoholiczka, ale również oddana i troskliwa matka. Potrafiła odnaleźć balast, równowagę, między obowiązkiem, a swą misją. Yvette się to niestety nie udało.- Jesteś nadto uprzejma, ale tak się składa, że masz rację. - Przyznała dość nieśmiało, bo była daleka od tego co Valerie mogłaby sobie wyobrażać. Nie gdy pracowała w porcie, parając się praktycznie wszystkim, nie lękając się ubrudzić sobie dłoni, pracując w warunkach... trudnych. Nie był to ładny obraz, nie taki, który przychodził na myśl, gdy dyskutowały o postaci Clodine. Nie było niczego pięknego w chorobie i śmierci. W krwi na dłoniach, w płaczu matek, w porozdzieranych ciałach i duszach. A jednak było w tym i światło. Nowe życie, kolejna szansa. Dlatego wybrała taki, a nie inny zawód. Właśnie dla tej nadziei.
- Dobrałyśmy się. - Posłała w jej stronę krótki uśmiech, aby znów pełen podziwu wzrok utkwić w kobiecie przed nimi. - Ale nawet wspólnymi siłami nie potrafiłybyśmy tego co ona. - Marzenie. Umieć takie rzeczy... wykorzystywać własną energię i magię do leczenia bez żadnych zaklęć, czy różdżki. Samym głosem. Niesamowite. Pomyśleć, że kiedyś brzmiała w nich taka magia. Pradawna. Potężna. Na pewno czarodzieje i ich umiejętności nie były sobie równie, tak jak i zresztą miało to miejsce teraz, ale samo to, że tego typu rzeczy były osiągalne. Była człowiekiem nauki, ale może był to odpowiedni czas, aby sięgnąć po naukę leczenia alternatywnego, która z pierwotną magią była przecież powiązana. Otwarcie kanału i poświęcenie własnej energii do ratowania innych. Brzmiało to jak poświęcenie, na które byłaby gotowa.
- Tragiczne lepiej się zapamiętuje. Wzbudzają więcej emocji. - Szczęśliwe historie romantyczne słyszały jako dziewczynki. Słodka obietnica tego co je czekało. Wraz z odkryciem literatury dowiedzieć się mogły o tych mniej szczęśliwych, ale wielkich, romantycznych, ofiarnych, ale zawsze tegoż poświęcenia wartych. Życie wyglądało jednak nieco inaczej. Zupełnie inaczej, a na tak tragiczne historie "miłosne" nie przygotował ich nikt. Co jeśli rudowłosa kobieta, która przemieniła się w rybę, poświęciła wszystko w imię miłości, wcale nie miała swojego szczęśliwego zakończenia z trytonem? Co jeśli oddała wszystko w imię czegoś co nie było tego warte? To co dla jednych było aktem odwagi, inni nazwaliby po prostu głupotą. Yvette wiedziała co zrobiłaby na miejscu kobiety, w końcu stanęła przed podobnym wyborem. Co jednak zrobiłaby teraz? Ponad dziesięć lat potrafi zmienić perspektywę, ludzi. Gdyby miała tą wiedzę, którą posiada teraz te wszystkie lata wstecz jej życie wyglądałoby teraz inaczej. A może wcale nie?
- Możliwe. Zależy o co walczyli, ale z tego co pamiętam w tej historii to Dawid był tym "dobrym". - Historię pisali zwycięzcy, więc naprawdę zastanawiające było to dlaczego postanowiono postawić rzeźbę olbrzymowi zamiast dzielnemu młodzieńcowi. Może była to przestroga? Dawida było im łatwiej sobie wyobrazić, aniżeli olbrzyma, z którym walczył. Zobaczenie go w skali jeden do jeden dawało im obraz tego z czym chłopak musiał się zmierzyć, z czym wygrał. - Jest jednak wiele takich, w których to przegrany był prawdziwym bohaterem. - Dobro niestety nie zawsze zwycięża, ale to nie znaczyło, że nie warto było o nie walczyć. Problem w tym, że ile ludzi na świecie tyle poglądów. To co dla jednego było moralnie niepoprawne, dla innego było normą. Wybicie miliona niewinnych istnień wydawało się być czymś karygodnym, okrutną, niezrozumiałą zbrodnią. Co jednak gdy istnienia te uznawano za nic niewarte? Za szkodliwe, niebezpieczne nawet. Czyż nie tak samo wyglądał przypadek z chochlikami? Sprawiedliwość i moralność miały wiele twarzy.
Ruszyły dalej przystając przed wyeksponowaną figurą, która przyciągała wzrok praktycznie od samego wejścia. - Sam Salazar Slytherin. - Godny, monumentalny wręcz. Górował nad obiema kobietami, a jego mimika, jak i postura świadczyły wyłącznie o jego potędze.- Do jakiego domu należałaś? - Zapytała zaciekawiona przenosząc wzrok na kobietę. Jeśli miałaby zgadywać to w jej odczuciu musiał być to albo Slytherin właśnie, albo Ravenclaw. Do jakiego domu należałaby Yvette? Nigdy nie dane będzie jej się dowiedzieć, tym bardziej, iż w Akademii Magii Beauxbatons istniał podział na umiejętności, aniżeli na cechy charakteru.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Madame Tussaudus [odnośnik]03.04.22 16:02
— Póki co dwa — przyznała, uśmiechając się delikatnie, ze wzrokiem spuszczonym w okolice stóp Goliata, przy którym przystanęły. Jej twarz przybrała na moment wyraz melancholii, której woal przylgnął do niej przez cały okres wdowieński. To już ostatnie tygodnie, w których musiała dbać o to, by wypadać jak najpiękniej, by wszyscy, których spotykała, myśleli, że wciąż żyła wspomnieniem swego małżonka, że była poniekąd westalką jego pamięci, zdolną do poświęcenia swego życia w jej imię i dołączenia do Franza tam, dokąd trafił.
Ale nie było jej po drodze do piekła.
— Aber eine unbenutzte Zunge ist wie ein Schwert und verliert ihre Schärfe — ale nieużywany język jest jak miecz, który traci ostrość. Niemieckie głoski wybrzmiały w całej swej gardłowej surowości, stanowiąc idealną kontrę do miękkiej maniery, którą posługiwała się Valerie przy rozmowie w swym ojczystym języku. Jednocześnie zaprosiła Yvette do pokazania jej próbki języka francuskiego. Zawsze była ciekawa jego brzmienia, w szczególności tego w mowie. Ze śpiewanym francuskim była już wystarczająco osłuchana — jednym z etapów kształcenia śpiewaczek były bowiem zajęcia z wokalizacji, a do jej opanowania nie trzeba było znać gramatyki ani konkretnych słów. Znajomość ich przychodziła dopiero przy konieczności opanowania repertuaru. Ale cóż to byłaby za radość, prowadzić z kimś rozmowę w obcym języku tylko przy pomocy wyśpiewywanych wersów tej czy innej opery?
— Ewentualnie Ministerstwo nie podjęło kroków koniecznych do ochrony swoich obywateli — powiedziała, wznosząc spojrzenie w górę, na kilka chwil zawieszając je na wygiętej w podłym grymasie twarzy Goliata. Dopiero po tym czasie zwróciła twarz ku Yvette, posyłając jej smutny uśmiech. — Ale nie znam się zupełnie na polityce. Mogę się tylko domyślać, że mieli problem z ocenieniem, co jest ważniejsze. Życie i dobro czarodziejów, kontra złośliwe stworzenia. Postaw się w jej butach, Yvette. Albo pomyśl sobie, że takie okropieństwo spotkało twoje dziecko. Nie byłabyś zła? Nie chciałabyś dla niej sprawiedliwości? Uchronić kogoś innego przed takim losem?
Każde pytanie było podobne do igły, którą Valerie wbijała w Yvette, jednakże niekoniecznie specjalnie. Może tylko odrobinę. Celowała na oślep, próbując trafiać w punkty, które były szczególnie wrażliwe u kobiet ich wieku, które powinny mieć przecież dzieci niemalże w wieku szkolnym. Dzieci, dla których bezpieczeństwa zrobiłyby wszystko, których strata n i g d y nie zostałaby przez nie zaakceptowana.
— Ależ to zupełnie fantastycznie! — zachwycona Valerie klasnęła nawet w dłonie, zupełnie rozpromieniona przesuwając całość swojej uwagi na Yvette. Może nie potrafiła leczyć śpiewem, ale jej magia potrafiła występować przeciwko śmierci i bólowi. Czy to nie było prawdziwie piękną okolicznością? Valerie nigdy nie odnalazła powołania w mimo wszystko kobiecej sztuce uzdrawiania, zbyt wrażliwa na brzydotę, by móc oglądać ją na co dzień, ze zbyt delikatnym sercem, by wystawiać je co chwilę na cierpienia. Jako artystka odczuwała przecież wszystko wielokrotnie mocniej niż przeciętny obywatel. Wystarczyłby pewnie tydzień ciężkiej pracy, by zupełnie ją znienawidziła i potrzebowała przynajmniej trzech miesięcy odpoczynku dla odzyskania spokoju duszy. — Nie boisz się krwi? I tego wszystkiego... To nie może być piękne, prawda? Zwłaszcza w wojnę... Nie wysłali cię nigdy na front? Och, jaka byłaby to wielka szkoda, gdyby posyłali tam kogoś tak delikatnego. Ale chyba nie miałabyś wtedy wyboru? — dopytała szczerze ciekawa, gdy poruszyły się dalej. Do postaci, której niezwykły, niezaprzeczalny magnetyzm, powaga i moc emanowały nawet z woskowej figury.
Wargi Valerie wygięły się w uśmiechu równie pysznym, a pierś sama wypięła się do przodu. Lecz póki co ich myśli wirowały wokół innych tematów. Innej rangi niż sam Salazar Slytherin.
— Oby wygrywali tylko ci, którzy walczą w imię dobra i sprawiedliwości — to, że postrzegały oba te pojęcia inaczej, było kwestią zupełnie drugorzędną. Kiedyś, może nie tak prędko, ale kiedyś na pewno, spojrzą sobie w oczy raz jeszcze. Yvette Baudelaire, portowa uzdrowicielka i Valerie Vanity, wschodząca gwiazda czarodziejskiej piosenki. Obie o ustalonych, choć póki co niewypowiadanych na głos poglądach, w Muzeum Figur Woskowych lawirujących sprawnie pomiędzy tym, co ważne, co konieczne, co mogło raz na zawsze zmienić oblicze znanego im świata. — A każda miłość była szczęśliwa — dodała po chwili, znacznie już ciszej. Chyba nie widziała na palcu pani Baudelaire obrączki, czy nawet zaręczynowego pierścionka.
— Sam Salazar Slytherin — powtórzyła po niej, jednakże ze zdecydowanie większym entuzjazmem. — Słyszałaś niegdyś o nim? Potężny, czystokrwisty czarodziej, potrafił rozmawiać z wężami i wchodzić do ludzkich umysłów — wężousty i legilimenta, żeby pojąć dwie tak trudne sztuki, trzeba było urodzić się niezwykle zdolnym, przepełnionym magicznym potencjałem. — Dlatego do jego domu trafiają czarodzieje ambitni, zdolni, zaradni i samodzielni — ciągnęła dalej, nie odrywając wzroku od czerni szat, w które odziany był patron i założyciel Domu Węża. — I miałam szczęście trafić pośród nich.
Chwilę później pozwoliła sobie na krótki, zduszony przez przytkniętą do ust dłoń śmiech.
— Ale chodźmy dalej, Yvette. Zobacz, tutaj jest nawet Thaddeus Thurkell... Słyszałaś, że urodziło mu się siedmiu charłaczych synów? Był tak upokorzony, że transmutował ich wszystkich w jeże... Skandal!

| z/tx2[bylobrzydkobedzieladnie]


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Madame Tussaudus
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach