Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Alejka nad brzegiem rzeki
AutorWiadomość
Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]02.05.15 12:32
First topic message reminder :

Alejka nad brzegiem rzeki

Wiecznie zamglony spacerniak nad brzegiem Tamizy to dość ponure, ale klimatyczne miejsce. Drogę rozświetlają wysokie, bogato zdobione latarnie, a szum wód zagłusza zgiełk miasta. Przy mostku unosi się przypięta do brzegu barka. Choć jest to samo serce miasta, wydaje się tu być nieco ciszej, niż w innych rejonach City of London. Przestrzeni nie ożywia żadna roślinność, alejka ułożona jest z nierównych, kocich łbów. Odpowiednie miejsce na samotne spacery i dekadenckie rozważania. Roztacza się stąd bardzo dobry widok na wieżę Big Bena majaczącą ponad innymi wysokimi budynkami.  

W tej lokacji obowiązuje bonus do rzutu kością w wysokości +5 dla Rycerzy Walpurgii i +10 dla Śmierciożerców.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 27.08.18 15:11, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Alejka nad brzegiem rzeki - Page 31 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]26.07.21 20:36
Och, ale w przypadku zrzucenia winy na cygańskiego chłopca o momentami zbyt długim języku byliby absolutnie usprawiedliwieni! Ale czy w tym wybryku losu, który zakwitł przed nimi dzięki ziarnu zasianemu przez pana Doe nie odnaleźli choć odrobiny balsamu na przełamane wojną (i nie tylko) serca? Sprout nie lubił ryzykować; nigdy nie leżało to w jego naturze, powtarzał przecież często i chętnie, że nie należał do ludzi, na których ramiona los zarzucił płaszcz odwagi. A jednak, dzięki nawet niezbyt intensywnemu przekonywaniu i przejściu do dzieła w miejsce zwyczajowego czekania, aż przyszły absztyfikant mógłby się namyślić nad zasadnością podjęcia próby spotkania się z tajemniczą wybranką, uległ wreszcie pod naporem wizji, które tłumił we własnym sercu. Wojna stanowiła przecież idealną wymówkę, by nie zwracać wzroku ku pannom. By zaszyć się w szopie, żyć życiem prawie pustelniczym, przyczyniając się do rozwoju nauki tak szerokiej, jak tylko pozwalał ją widzieć umysł. Jedna kobieta, jego własna siostra, przysłoniła mu już wystarczająco widoki na nowe odkrycia i ekscytację płynącą magiczną siłą od stóp aż po czubki palców rąk. Chcąc nie chcąc zamartwiał się o nią i patrzył przez pryzmat niepoprawnej marzycielki na wszystkie białogłowy, których nie znał zbyt dobrze. Lekkie jak puch, łagodne niczym łanie. Jeżeli nie potrafił jednak zadbać o własny dobrostan, jak mógł w ogóle zapewnić takowy komuś innemu?
Nie mógł pozbyć się wrażenia, że musiał być tym odpowiedzialnym. Może to natura męska przemawiała przez niego, zachłannie wstępującego w rolę opiekuna. Ale gdy panna Finnie zdecydowała się uczynić mu ten zaszczyt, nie mógł postąpić inaczej. Rozsiewała wokół siebie aurę, która wydawała się Castorowi dziwnie znajoma. Nie była przecież znowu o wiele od niego młodsza, przynajmniej tak nie wyglądała, więc poddał się Sprout prądowi myśli i wspomnień, próbując odnaleźć podobną twarzyczkę wśród setek, które do tej pory napotkał na swojej drodze. Ale cóż dorastanie robi z ludźmi. Chyba więcej zmian napotyka się wyłącznie w ludziach, którzy wojny posmakowali osobiście, ciało swe składając na jej ołtarzu. Wystarczyło przecież, by w trakcie nauki szkolnej była zamkniętą w sobie, małą Krukonką nastawioną na unikanie kłopotów i już mogła uciec spod czujnego spojrzenia szaro—błękitnych oczu. Uznał więc Castor, że tak właśnie musiało być, sprawy nie roztrząsał w myślach zbyt gorąco, zamiast tego decydując się przede wszystkim na dalsze miłe spędzanie czasu, choć i jemu z trudem przychodzi powstrzymanie dreszczy przed rozlaniem się na całe ciało.
— Może być panienka spokojna — zaczął tonem nieintencjonalnie niższym, spoglądając na nią z delikatnym rozczuleniem. Choć pokazywała pazurki, zadziornie demonstrowała własną niezależność na wzór kotki niemal uciekając przed jego afekcją, nie mógł powstrzymać tego delikatnego łaskotania pod sercem i w żołądku. Och, ile mógłby jej w tej chwili obiecać, na jakie wyżyny mógłby się wspiąć tylko dla jej rozrywki! Chwilo trwaj! — Należę do wyjątkowo słownych osób. Jeżeli los nam dopomoże, przekona się panienka o tym prędko.
I tak ciepły uśmiech rozjaśnił jego twarz ponownie, nie zliczy już chyba, który raz w ciągu tak krótkiego czasu. Pozwolił sobie na rozpoczęcie wspólnego marszu; nie za prędkiego, nie za wolnego, lecz z pewnością uważnego — połączenie kocich łbów z listopadową pogodą mogło owocować w śliskość, która potencjalnie zaszkodzić mogła delikatnym kostkom jego partnerki. Oferował więc nie tylko stabilność ramienia, ale też ewentualne wsparcie przed chichotem losu, nie wiedząc, że prawdopodobnie to on był tą częścią ich pary, która była zdecydowanie bardziej narażona na głupi wypadek.
— Opowiedziałabyś mi może o swym idealnym popołudniu? Nie śmiem prosić o uwzględnianie mnie w planach na takowy, ale chętnie usłyszałbym, co jest według ciebie bliskie perfekcji — chętnie usłyszałby cokolwiek, co wypadłoby ze zgrabnie skrojonych ust pokrytych szminką. Nawet gdyby powiedziała, że żadnych kwiatów nie lubi, od pyłków kręci jej się w nosie, a największą jej pasją jest transmutowanie partnerów z nieudanych randek w ropuchy. Wcześniej jednak zabrał się do odpowiedzi na dalsze pytania, bowiem uznał, iż niegrzecznie byłoby trzymać damę w niepewności; skoro tak chętnie podpytywała go o to i owo, nie miał serca ucinać pogawędki czy zatrzymywać ją w martwym punkcie. — Zielarstwo to jedna z moich pasji. Ostatnimi czasy przegrywa jednak z pracą, ale na tym chyba polega dorosłość — i choć wesołość wciąż tkwiła wymalowana na jego twarzy, westchnienie, które przyszło zaraz po wygłoszeniu tychże słów, było jakieś... Niekoniecznie smutne, aczkolwiek melancholijne. I łapał się Castor czasami w sidła melancholii, spoglądając wstecz, na mimo wszystko krótkie życie. Wciąż jeszcze trzymał się kurczowo progu dorosłości, a jednak czuł, że czas, podobny do ziarenek piasku, przemyka mu między palcami, zostawiając go wiecznie niepewnym słuszności podjętych wyborów. — Ale wracając do tematu, miłość do roślin to pierwsza rzecz, której się uczymy. Ja, moja siostra, kuzyni. Moja babcia zwykła mówić, że najwięcej o człowieku mówi sposób, w jaki obchodzi się z kwiatami.
Zaśmiał się krótko i dźwięcznie, raz jeszcze przysłaniając usta zaciśniętą pięścią. Jego wzrok jednak lawirował po płatkach kwiecia, które składało się na bukiet dzierżony dumnie przez jego... Partnerkę? Randkę? Lubą? Och, nie wiedział do końca, jak powinien się do niej zwracać... W myślach została już Finnie, choć Finley brzmiało odpowiednio dumnie, by poruszyć drżące z emocji serce. Mógł mieć tylko największą w świecie nadzieję, że własnego romantycznego skrępowania nie okazywał nader wyraźnie, tym samym nie wprowadzając panny Jones w niezbyt wygodne położenie.
— Po prawdzie od wakacji jestem tutaj pierwszy raz. Ale ostatnie kilka lat mijałem tę samą rzekę, przy której dziś spacerujemy, oddychałem tym samym powietrzem... Najpierw kurs alchemiczny w św. Mungu, a potem los chciał, bym terminował w sklepie jubilerskim na Pokątnej — może rozgadał się nieco, w swym naturalnym zamyśleniu nad ośmioma kwestiami jednocześnie, lecz nie mógł nic poradzić na to, że w towarzystwie tej młodej damy słowa same cisnęły mu się na język. Przekrzywił jednak głowę nieco w bok, skłaniając się ku jej stronie, by raz jeszcze obdarzyć ją czułym spojrzeniem. — Nasz swat wspominał, że jesteś ze Szkocji. Dlaczego więc Londyn?


słońce nadal jest tuż nad głową, deszcz dotyka jeszcze mnie. wiatr odbija się mi o dłonie, noc pozwala zbliżyć się. jeszcze mamy odwagę, siłę i oddechu starczy nam. Niebo wisi wciąż tuż nad głową, jeszcze mamy czas.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]27.07.21 14:50
Nie ryzykowała, zwykle nie. Stąpała tak, jakby każdy bezszelestny krok stawiany był na cienkiej tafli lodu, która pęknie przy źle dobranym słowie, nieodpowiedniej mimice, błędnie wykonanemu gestowi. I lodowata toń przeszłości pochłonie drobne ciało, kłamstwa na wzór alg morskich oplotą szczupłe kostki oraz pociągną ją na samo dno, gdzie nikt nie dosłyszy jej krzyku. Lęk zdawał się towarzyszyć jej mroźnym oddechem na karku, burząc młodzieńczą chęć rzucenia się w emocjonalne zawirowania, w beztroskę dziewczęcych uniesień, w życie, które pyłem jest wobec tego co świat zwykł oferować. Jak długo miała się jeszcze bać, ile jeszcze przyjdzie jej stać tak nieznośnie w miejscu? Trwała wojna, nie była odległym widmem, zawołaniem, które można zignorować, gdzieś na skraju świadomości. Była, odbijała się w pustych twarzach, oknach, półkach i wreszcie, ten brak ryzyka, płynięcia z prądem wydarzeń wywoływała ciasnotę w powłoce jasnej skóry. Jak kość rzucona przez zadziornego cygańskiego chłopca, oferta została pochwycona. Była inna, ciekawsza, nieobiecująca absolutnie niczego i niczego sama Finnie nie oczekiwała. Chciała, tylko żeby było miło, by kącik ust unosił się delikatnie na samo wspomnienie, nim popioły rzeczywistości ogarną ją całą. Lecz miast zadowolenia, odczuwała rozedrganie. Niewielkie, łaskoczące na wysokości brzucha, gotowe przywołać najbardziej zawstydzające wspomnienia, jakże szumnie zakopała w odmętach swego umysłu. Czy to chichot losu jakiś, że zamiast przypadkowego czarodzieja, napotkać musiała akurat tego, któremu sprzed laty długie spojrzenia posyłała spod brązowej grzywki? Przestań, upomina się, bo to, co było, nie jest ważne. On nie pamięta, bardzo słusznie zresztą, albowiem czas swoje zazwyczaj robi, a i ona pamiętać nie chce, także wszystko jest w porządku. To nowy początek, chyba początek, bo nawet jeśli się nie spotkają ponownie, to przynajmniej ma pewność, iż jest w stanie spojrzeć w te szaro-niebieskie tęczówki z figlem zaklętym w popiele własnych, miast z zawstydzeniem w drżenie język obierającym, rozbijającym każdy wyraz na części. Czy to znak, że dojrzała? Ciemne brwi zmarszczyły się delikatnie, acz ulga jakaś pozbawiła spięcia mięśni. A skąd, była nadal roztkliwiającym się nad sobą dzieckiem, ale dziecko to przynajmniej się nie jąkało, co więcej! Odzywało się, jak niemal poprawna magiczna jednostka, także nie było źle. A przynajmniej do czasu, aż nie rozchyli karminowych warg, poddając się nieświadomie niższym tonom jego głosu.
- Cóż za pewność - odpowiada więc, wesołość tańczy w kącikach ust, lecz wie, że podobna radość zaraz skończyć się może, jednak pewne rzeczy należało określić jasno, by żalu nie czuć żadnego, z niedopowiedzeniami się mierzyć - Do zdobycia bywają zwykle rzeczy materialne, jak jest jednak z obietnicami panie Sprout? Czy gotowy jest pan je złożyć? - pyta, acz to przecież śmieszne, wymagać czegokolwiek, tak przy pierwszym razie. Ale to nic, bo wbrew pozorom Finley nie jest okrutna, nie wymaga gór przenoszenia - Bo sprawiłbyś mi niesamowitą przyjemność, gdybyś mówił do mnie Finnie. Nie masz wrażenia, że kiedy zwracasz się do kogoś per pan, panienko, to tak, jakby ta osoba stała gdzieś obok, za szkłem jakimś, niby jest miło i to bardzo uprzejme, ale też niesamowicie odległe i samotne? Czy to dziwne o to prosić? - spod rzęs na niego patrzy, jakby trochę o sens się swej wypowiedzi obawiała, bo czy sama nie mówiła do niego po nazwisku? Ale to tylko gra, a na każdą grę przychodzi koniec. Mogła być panną Jones, ale nie była panienką, nawet jeśli jej dom był względnie dobry, chociaż odseparowany od reszty kraju. Och, wygłupiła się prawda? Jednak to nic, przecież wszelkie zażalenia to Thomas znosić będzie, a nie ona. Bo nawet jeśli dotąd sam Castor nie zdążył się zrazić, to zaraz do tego doprowadzi, tymi małymi rękoma, świergotem umykającym z gardła, pozbawionym wszelkich zaklęć spowalniających wszelki ruch. Ale krycie się nie miało sensu, dodatkowe udawanie przed kimś, przed kim już i tak się udaje - czy rzeczywiście? - kogoś innego, wymęczy ich całkowicie, a blondynka była tak bardzo zmęczona.
- Idealne popołudnie - zastanowiła się, wzrokiem nieba sięgając. Powinna powiedzieć, że spacer po plaży, nawet jeśli ziarna piasku drażnią podeszwy stóp. Albo w gwiazdy się wpatrywanie, odwiedzenie wesołego miasteczka i zmierzenie się ze wszystkimi atrakcjami, tańczenie do białego rana, póki siły wciąż w tkwią w pląsających członkach. Robiła to, uwielbiała to robić i pewnie nigdy nie przestanie, jednak jeśli to miało być coś perfekcyjnego, to istniała tylko jedna jedyna słuszna odpowiedź - To sen. W promieniach słońca, na miękkich poduszkach, albo twardej ziemi. Bez obowiązków, bez poczucia, że czas umyka między palcami niczym krople wody. Bez trosk i wrażenia, że zaraz trzeba biec, pędzić, byle dalej, byle dłużej. Szaleństwo - aż westchnęła urzeczona, bo naprawdę, naprawdę, chciała po prostu spać. I zapomnieć. W sennych marach odnaleźć ziemie utęsknione, dziecięcy śmiech oraz aromat wrzosów - Przepraszam, to nie brzmi sensownie, prawda? Ani ciekawie - potrząsa głową, a pojedyncze kosmyki różu pozbawione muskają buzie. Dobra, stało się, wyszła na głuptasa, gorzej oby nie było! - Albo przejaw rozsądku, a ten zawsze można czymś zagłuszyć - pozwoliła sobie wtrącić się w kwestię dorosłości, dziwnie wesoła, bo Castor nadal był Castorem. Kochającym rośliny, nieskończenie cierpliwym oraz łagodnym. Może czas nie był dla niego okrutny, a może i on nauczył się bardzo ładnie oszukiwać wszystkich, w tym siebie również - Twoja babcia brzmi, jak bardzo mądra kobieta. Och, moja wychodziła z założenia, iż podobna rzecz ma się ze zwierzętami. A dobro lubi wracać pokrętnymi ścieżkami, chociaż nie mam pojęcia, czy to faktycznie prawda, acz miło w coś takiego wierzyć - ożywiła się wyraźnie, śmiało rzucając bezpieczne okruchy przeszłości. To miła odmiana, cieszyć się, zamiast tęsknić, wspominać, lecz nie pogrążać się w smutku głębinie. I być rozluźnioną, ponieważ obok niej stąpał chłopiec sprzed lat, opiekun pokrzywdzonych, troskliwa dusza, a nie jakiś podejrzany typ, wobec którego powinna być ostrożna. Zawstydziła się, bo chociaż oskarżenie wewnątrz niej nie zdążyło się uformować, tak wciąż poczucie winy wywołało, bo blondyn ciężko przez lata pracował, walcząc o swoją przyszłość. A ty co robiłaś Fin?
- Och, to trochę odmienne kierunki, od alchemika po jubilera. Dalej tam zaglądasz, czy otworzyłeś coś swojego? - wyraźnie nie mieszkał tutaj, potwierdził to sam, ale to nic, zapytać przecież może. Tak, jak on ją. Thomas, pomyślała ze złością. Nie powinna, to nic złego, niewiele mówiło, a mimo to...ugh - Och, to nic szczególnego. Po prostu niewiele jest miejsc dla osób, z moimi umiejętnościami, a Londyn okazał się jednym z nich. Potem stał się domem i ciężko patrzeć nań inaczej, mimo wszystko... - pomimo wojny, cierpienia, najstraszliwszej nocy pozbawionej księżyca blasku. Gdzie biją, uciskają, gnębią oraz krzywdzą. To naprawdę miał być jej dom? Ta plątanina strachu i niekończących się okrucieństw? Nie, był środkiem do celu, miejscem dla zamknięcia powiek, niczym więcej. Dachem nad głową, niczym bliższym, ale on nie musiał o tym wiedzieć, ni zaznaczać, jak bardzo niebezpieczne jest podobne stwierdzenie.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Alejka nad brzegiem rzeki - Page 31 Cutie
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]27.07.21 19:05
Miała zdecydowanie więcej do stracenia. Nie mógł, oczywiście, wiedzieć, co skrywa się za szarością spojrzenia, jakie szramy kryją się w duszy, bo nie znalazły miejsca na powierzchni alabastrowej skóry. O ogromie cierpienia, które nosiła w sobie, na sobie, a przecież nie mogła liczyć na wzmocnienie z żelaznych konstrukcji; pozostawiona sama sobie, podobna była papierowej łódeczce puszczonej na przestwór oceanu, gotowej zniknąć pod naporem większej fali, lecz dziwnie opierającej się zatopieniu. Wszystkie te myśli mogłyby pojawić się w głowie Sprouta, gdyby tylko wśród okruchów przeszłości rzucanych przez Jones ostrożnie znalazłby się jakikolwiek, który mógłby naprowadzić go na dobry trop. Uruchomić mechanizm, który chronił wspomnienia przed wysypaniem się ze szkatułki, szaleńczym pędem szklanych kulek po świeżo wypolerowanej podłodze. Ale nic takiego nie miało miejsca i mógł stwierdzić tylko tyle — Finley, Finnie miała zdecydowanie więcej do stracenia. Była młodą, niezamężną kobietą w mieście, które równie chętnie daruje szansę, co zjada własne dzieci. Mogła być butną ponad wszelką zasadność, mogła skakać na trzeszczącym lodzie, zwinnie przeskakiwać z odcinających się co rusz kawałków kry, ale ostatecznie, nawet jeżeli dzień ten zakończyłby się nie po ich myśli, to na nią spadnie większa część ciężaru niepowodzenia. Żyli w świecie skrajnie patriarchalnym, oddychali zepsutym powietrzem stolicy; gdzieś w głowie zaświtała myśl, że mógłby ją przecież uchronić. Od tego wszystkiego. Nie sprawiała wrażenia osoby, która chętnie brała udział w rozrywkach zapewnianych przez włodarzy miasta, włodarzy o poglądach tak samo klarownych, jak skrajnych. Ale nie śmiał przecież proponować rzeczy równie poważnych przy okazji pierwszego ledwie spotkania. Thomas łatwo przebąkiwał o konieczności odnalezienia drugiej połówki, nie ważne, czy właśnie biją, nie ważne, że nocne niebo wcale nie wygląda na nocne, bo wiązki wystrzeliwanych zaklęć tworzą łunę, od której nie można oderwać wzroku, w jakimś cierpiętniczo—ciekawskim pokazie.
Ale był pewny; był pewny słów, które składał ufnie w jej drobne dłonie. Był pewny, że raz złożona obietnica musi skończyć się jej wypełnieniem, bo przecież innej drogi nie znał. Dlatego też na jej słowa, wesołą pieśń wytykającą pewność, odpowiedział dokładnie tym samym rodzajem emocji. Iskierki radości zatańczyły więc w momentalnie bardziej błękitnych, niż szarych tęczówkach, a on sam skinął głową na znak, że gotowy był na dopełnienie losu oraz spełnienie obietnicy. Jakakolwiek by ona nie była.
Słysząc zaś słowa jasnowłosej, uśmiechnął się raz jeszcze, wolną dłoń na moment zatapiając w miękkich kosmykach, tak łakomie łapiących skąpe promienie listopadowego słońca, które wyszło im naprzeciw. Wydech zbiegł się przy okazji z westchnieniem ulgi, nadając jego twarzy jakiś przyjemniejszy, bo pozbawiony wcześniejszego napięcia wyraz.
— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, Finnie — słowa wypłynęły z niego w sposób tak naturalny, że przez ułamek sekundy, ledwie tyle, co przepadało na mrugnięcie okiem, wydawał się sam zaskoczony podobnym przebiegiem zdarzeń. Tym, z jaką łatwością przychodziły mu słowa, nawet ta ostrożna bliskość, której spróbowali trochę impulsywnie, a jednak zgodnie z zasadami dobrego wychowania. Bo to po takich właśnie drobnostkach szło rozpoznać całą gamę cech, których obecność mogła być zagadką nawet dla obserwowanego. Co o nim sądziła? Że stanowił kolejnego chłopca gotowego rzucać słowa na wiatr, patrzącego, a nie widzącego, słyszącego, a nie słuchającego? Chciał zaprezentować się oczywiście ze strony jak najlepszej, jednakże nie sądził, by przesadne wybielanie charakteru mogło przynieść jakiekolwiek pozytywne skutki, jeżeli będą chcieli kontynuować tę znajomość. Ach, znów wybiegał w przyszłość, lecz dojrzałe przemyślenia jego towarzyszki ściągnęły go prędko i dosadnie z obłoków marzeń. Nie mógł mieć jej tego za złe.
— Nie sądzę, by proszenie o to było dziwne. Co więcej, niektórzy zdolni byliby uznać taką prośbę za dobrą monetę — może wśród niektórych znalazłoby się miejsce i dla mnie, kto wie? nie powiedział tego na głos, Merlinie broń, choć gdyby udało mu się zebrać w sobie więcej animuszu, zapewne tak właśnie by zrobił. Zamiast tego, wyplątał wreszcie palce spomiędzy kosmyków, zamiast tego wsuwając dłoń w jedną z kieszeni własnego płaszcza. — Nie chciałem urazić cię zbytnią bezpośredniością, Finnie. Ale masz rację i słusznie wytknęłaś mi chowanie się za wyćwiczonymi regułkami. Ale prosiłbym w zamian o to, byś i ty znalazła mi jakieś miano, które sprawi, że szkło jakieś nie będzie w stanie się między nami pojawić.
Och, musiał po prostu wykorzystać sytuację, by być nieco bardziej figlarnym. Finnie ze swymi jasnymi lokami muskającymi policzki, Finnie z karminowymi wargami, Finnie, z której słowa uciekały niemal same, która kroczyła niby po ziemi, a jakby latała centymetry nad kocimi łbami. Ideał przecież nigdy nie mógł sięgnąć bruku...
Słuchał więc jej; słuchał uważnie, poświęcał każdą uncję uwagi, poza tymi odmierzonymi dawkami, które po prostu musiał rezerwować dla zachowania dalszej pozycji pionowej i względnie mądrej miny. Bo to, co mówiła, kruszyło nieco obrazek delikatnej młodej damy, który zaprezentowała mu, gdy ledwo dotknęła jego ramienia dla zwrócenia na siebie uwagi. Ale nie było to złe — wręcz przeciwnie, dodawało jej uroku ludzkiego, podjudzało wrażenie dziwnie znajomej aury, którą emanowała. Nie dlatego, że mógłby ją skądś znać. Dlatego, że pomimo wszelkich różnic, które stawały między nimi, które widoczne były jak na dłoni, Castor odniósł wreszcie wrażenie, że wcale nie byli tacy różni. Ona, dziewczyna z talentami, szukająca szczęścia w Londynie, a nie dalekiej, rodzinnej chyba Szkocji. On, od alchemika do jubilera, tu Londyn, tu Dolina Godryka. Dusza porwana na pół między obowiązkiem a próbą odnalezienia siebie. Nie byli od siebie dalecy, oboje przecież byli przede wszystkim zmęczeni.
— Brzmi bardzo sensownie. I przede wszystkim odpowiedzialnie, więc nie masz powodów do wstydu. Świat pędzi, biegnie, nie czeka na nikogo. A kto nie podejmie biegu razem z nim, zginie stratowany pod ciężarem wszystkich tych, którym się udało. Sen to czasami jedyna ucieczka, więc nie jesteś w swoim marzeniu odosobniona — zatrzymał się na moment, nieco niechętnie uwalniając ramię z objęcia, które ofiarowała mu Finley. Przez chwilę przypatrywał się jej nieco, zafascynowany tym, jak uroczo wesoła była. W pewnym momencie wyciągnął jedną z dłoni przed siebie, by ostrożnie, z należytym szacunkiem zagarnąć kosmyk jasnych włosów za ucho dziewczęcia. Pukiel ten musiał oderwać się od reszty fryzury, gdy próbowała rozgonić strachy przed zrobieniem z siebie głuptaska. Zupełnie niepotrzebnie. Przecież nigdy by o niej tak nie pomyślał. — Babcie już takie są — przyznał, nie próbując nawet kryć rozbawienia. Jego babcie niestety nie były już obecne na tym świecie, lecz wciąż wspominał je nader gorąco i czule. Ciekawe, co by powiedziały na wieść o dzisiejszym przypadku. Tego, że polubiłyby Finnie od razu, był niemal pewien. Dobrego człowieka poznawały prędko. — Najważniejsze to nie tracić nadziei.
Dodał, po czym cofnął dłoń, opuszkami palców ledwo tylko przesuwając po dziewczęcym policzku w sposób, który sugerować mógł tylko to, że nie zrobił tego zupełnie specjalnie. A mimo to zatrzymał swe spojrzenie w szarości tęczówek panny Jones, jakby w ich odcieniu skrywały się odpowiedzi na wszystkie pytania tego świata. Ponownie zaoferowane ramię gotowe było do przyjęcia drobnej ręki, a on sam do kontynuowania spaceru.
— Niekoniecznie dalekie — wtrącił się, może nieco za szybko, przez co niemal od razu skarcił się w myślach. Nie powinien przecież przyjmować patronizującego tonu, bo to nie o to chodziło w miłej rozmowie, by stawiać się na siłę w pozycji autorytetu. — Gdy alchemia spotyka się z jubilerstwem, wychodzą bowiem talizmany. Małe dzieła sztuki, gdy ktoś ma do nich wystarczająco dużo serca i zmysłu artystycznego. Nad tym drugim muszę jeszcze popracować.
I czy to czubki uszu znów zaróżowiły się w nagłym porywie zawstydzenia? Czy wspomnienie nie tak dawnej rozmowy z Norą i wyartykułowaniu konieczności zajęcia się sztuką bardziej poważnie ciążyły w tej chwili na humorze Sprouta?
— Teraz tworzę w Dolinie. Ale nie wiem, czy będę się tym zajmował już... na zawsze. Jest na świecie tyle ciekawych profesji, sama, wydaje mi się, jesteś zdolna to przyznać, czyż nie? Londyn to miejsce wielkich szans, więc przy odrobinie szczęścia i dużym wysiłku jestem pewien, że odnajdziesz tu znacznie więcej, niż tylko dom. Mimo wszystko.jakaś niespodziewana melancholia przebijała spomiędzy spokojnych głosek płynącym tym samym, delikatnie niższym tonem castorowego głosu. Uniósł on nawet głowę nieco wyżej, zaglądając ciekawsko w szarość nieba i ciągnące się po niej obłoki.
Mimo wszystko. Cóż za trafne określenie.


słońce nadal jest tuż nad głową, deszcz dotyka jeszcze mnie. wiatr odbija się mi o dłonie, noc pozwala zbliżyć się. jeszcze mamy odwagę, siłę i oddechu starczy nam. Niebo wisi wciąż tuż nad głową, jeszcze mamy czas.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]31.07.21 14:32
I padną na nią oczy, łase, głodne, oceniające każdy pełen lekkości ruch, każdy błysk emocji na buzi widniejący oraz słowa, jakie wymkną się spomiędzy karminu ust, decydujące o przebiegu spotkania dwóch przypadkowych dusz. Osąd otuli sobą wąskie ramiona, surowość zdatność wyznaczy i wtedy, może wtedy pojmie, czy nadaje się do czegokolwiek. Ale jak to? Ma chęć spytać, wrażliwe powieki unieść wysoko, odsłaniając pełnię popielatego spojrzenia zdziwieniem przesyconego. Była wciąż młodziutka, ku gwiazdom rozpaczliwie sięgała mimo braku skrzydeł, w ramiona kariery oraz trudu ćwiczeń wpadając. Nie była najlepsza, człowiekiem też dobrym nie była, choć troska mierzyła się raz po raz z niemą potrzebą wycofania się, nieingerowania w niczyi bałagan zwany życiem, niemniej się starała. Starała gryźć się w język, półksiężyce paznokci w jasną skórę wbijać, byle nie wykonać jakiegoś gestu podłego, ważyła każde zdanie, starając się nie zranić nikogo celowo. Lecz nagle to wszystko nie miało być brane pod uwagę, tylko dlatego, iż pozostawała samotna w swym związkowym statusie? Przecież ledwo w dorosłość co weszła, a wejście to warto wspomnieć było, takie z prawdziwym przytupem morzem łez okraszonym. Wszystko to na znaczeniu traciło, jeśli dzisiejszego południa, partner przez przyjaciela wyznaczony, okaże się draniem? Czy w takim wypadku ciężar winy tej i tak na nią padnie? To nie fair, mogłaby zaprotestować, ale czy powinna? Tak wyglądało społeczeństwo, taki los był kobiet, które osiągnąwszy konkretny wiek były spod rzęs obserwowane srogo. Tutaj nie obowiązywały zasady wysp, samego parku przyrody, gdzie to partner miał przysłużyć się opiekunom Czarnych Hebrydzkich. Mogła być tylko wdzięczna, iż w cyrku tego wszystkiego tak na poważnie nie brano, utrata artysty zawsze ciosem była. Tylko nie musiała się teraz martwić, spędziwszy tak tych kilka chwil wspólnie - ani o swoje odejście, ani o podłości bijące od postaci młodzieńca obok. Bo nie był gburem, ni głupcem, całkowicie obcym i absolutnie znanym, Castor ze swoimi miodowymi włosami oraz uśmiechem pląsającym po twarzy całej, był najmilszą oraz najbardziej wyrozumiałą istotą, z którą miała ostatnio do czynienia. Nie traktował jej tak, jakby srebro języka zadać ostateczny cios miało, na poważnie brał jej prośbę, choć ta głupiutka była, nie przewracał oczami, kiedy chociażby wargi rozchylała. I to było inne, przyjemniejsze znacznie i Finnie znowu się śmieje, knykciami usta zasłaniając. Bo przestała być panienką, została na nowo przypisana do bycia li jedynie sobą.
- Nie uraziłeś, to było bardzo grzeczne z twojej strony - zaprotestowała, czując śmieszny w piersi ucisk. Naprawdę zwracanie się po imieniu było dobrą monetą? Nie była pewna, to wydawało się oczywiste, mówić do siebie bez zbędnych uprzejmości - Ale czasem za taką grzecznością, ostrożnym postępowaniem ciężko jest zobaczyć prawdziwie drugą osobę - czy mówiła z sensem? Pewnie nie, na gwiazdy, zbłaźniła się okrutnie, acz wycofać się nie chciała za nic. Bo wydumane gesty, płochość wyrazów nie była tym, czego od siebie oczekiwali. Oczekiwali czegoś od siebie? Mruga, kręci głową ostrożnie, zaraz robiąc zamyśloną minę, która mimo wszystko na zbyt mądrą nie wyglądała - To nie będzie zbyt wymyślne Castorze. Ale skoro ja mam być Finnie, ty po prostu bądź Casem - Cassie zapragnęła w pierwszym odruchu powiedzieć, ale naraz przypomniały się jej miny przyjaciół, szydercze i strasznie podłe, którzy uznaliby, że to bardzo dziewczęcy przydomek, a kobiecie z kobietą na innej stopie niż towarzyskiej spotykać się nie wypada. Banda bęcwałów, a przecież ich tu nie ma, nie zrobili nic też wcale. Ucieka więc od nich myślami, zdradzając się z najsekretniejszym marzeniem, acz nie najistotniejszym w tym jej krótkim żywocie. Nie śmiał się z niej, nie uznał za dziwaczkę, a może po prostu dobrze udawał? Ale sen był ważny, kiedy strachy i stres krążą dookoła, odbierając siły nawet na zamknięcie powiek. Móc zanurzyć się w krainę błogości, bez poczucia, że zaraz coś strasznego stać się może, było rozkoszą samą w sobie.
- Ucieczka przed odpowiedzialnością nie jest sensowna, ani odpowiedzialna. Dlatego jest tak kusząca - zauważa i chyba chce dodać coś więcej, ale chłopak odsuwa się, ciężar spojrzenia oczu jasnych przenosi na jej buzię. I coś zamiera, ona? Czas? Cały świat, pozwalając poruszać się tylko czarodziejowi? Kiedy zgarnia za jej ucho miękki pukiel, a skóra muska przypadkiem ucho dziewczęcia, to ma wrażenie, że część ta płonie. Czerwień zawstydzenia nie wybija się na bladości policzków szczęśliwie, ponieważ serce nie ufa, w drżenie nie pozwoli się tak łatwo wprawić - T-tak, masz racje - odpowiada, wzrok na bok kierując, bo opuszki palców nie odrywają się prędko od jej lic, sunąc kolejnym zbiegiem okoliczności po kościach policzkowych. Wpatrywali się w siebie stanowczo zbyt długo, emocje od zagubienia po zaaferowanie odbijały się w szarości tęczówek, więzione przez oprawę pierścieni czarnych. Płuca wołają o oddechu ulgę, o powietrza dostęp i wdech następuje dopiero wtedy, kiedy młodzieniec raz jeszcze proponuje jej ramię, by mogli kontynuować swój spacer.
- Zielarz, alchemik, twórca talizmanów, jubiler. Posiadasz w sobie wiele talentów i mimo podobnych pasji, wciąż masz czas na bywanie na mieście? Podziwiam - przyznała szczerze, być może zazdroszcząc trochę. Bo co ona sama potrafiła? Tańczyć, ale ten taniec nie był tańcem na parkiecie stosowanym, ni na salach balowych. Z ogniem igrać, ale po co, skoro to dalszego zastosowania nie ma? Bez cyrku była nikim, kolejną zagubioną duszą i to Finnie przerażało bardzo. Powinna czymś się zająć, czegoś nauczyć, Arena przecież nie była jej po wieki pisaną, a miejsce, które uznawała za swe przeznaczenie, pozostawało jak na razie poza zasięgiem jej rąk. A potem czuje wstyd, spowodowany zazdrością, własną bezradnością i tym, że tak miłego chłopca zaczęła podejrzewać o jakiekolwiek wstrętne motywy.
- Wszystko się zmienia, nie można być pewnym jutra. Co dziś Londyn ofiarował, za dni kilka odebrać może. Dolina brzmi milej, cieplej, mam nadzieję, że tam większą inspirację czerpiesz - i jesteś bezpieczniejszy niż tutaj, gdzie przemoc za każdym rogiem się czai - Być może, mimo wszystko - powtórzyła z jakimś rozczuleniem, zaraz to prostując się, brawurę na przód wypychając - Ale opowiedz mi o tych swoich małych dziełach sztuki, potrafisz grawerować jakieś wzory? Jak wygląda ich działanie? - pyta autentycznie zaciekawiona, Nailah sama próbowała zajmować się podobnym fachem i kto wie? Może kociej królowej będzie mogła kilka rad podrzucić, jednocześnie obserwując, jak błękit z szarością wymieszany jaśnieje w blasku omawianej pasji.

| zt x2 :pwease:


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Alejka nad brzegiem rzeki - Page 31 Cutie
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]19.08.21 23:23
4 stycznia 1958

Nienawidził wykonywać swoich obowiązków - naprawdę tego nienawidził i chociaż wielokrotnie próbował znaleźć pozytywne strony swojej jakże legalnej pracy, to wady zdecydowanie je przyćmiewały! Jak tutaj cieszyć się z możliwości zaczerpnięcia świeżego powietrza, gdy musisz - niezależnie od pogody - biegać po całym Londynie? No przecież nie mógł pozwolić sobie na stworzenie spotu w okolicach swojego domu - nie był głupi, nie chciał jakoś głupio wpaść i spędzić kolejnych lat w zimnej i brudnej celi, okrywając hańbą nie tylko siebie, ale i rodziców. Nie mógł nic na to poradzić! Nie mógł też nic poradzić na humorki klientów, którzy nabierali ochoty o najróżniejszych porach, często późnych, nawet kiedy Connor marzy już tylko o ciepłym łóżku. Przecież ich nie zignoruje! Pieniądze nie leżą na ulicy, trzeba się poświęcić i wszystko rzucić. A już na pewno nie mógł nic zrobić z podłym charakterem mężczyzny, od którego ten towar brał, któremu pomagał zarabiać, a który nie odpuszczał mu nawet hajsu za grama diablego ziela. No co jest? Same minusy, same minusy! W tej robocie nie zgadzał się nawet hajs, bo pomimo narażania swojego zdrowia, opinii i przyszłości, zarabiał marne grosze, ledwo wystarczające na prowadzenie życia na poziomie. Całą niechęć do dilerki zawsze potęgował jego charakter i podejście do świata - nigdy nie lubił nikomu usługiwać, a w tym małym londyńskim półświatku jasne było, że jest tylko wytresowanym pudelkiem, wyraźnie podporządkowanym komuś lepszemu. Bardzo tego nie lubił, bardzo, jednak znowu - nie mógł się postawić, bo to jedyne źródło zarobku. Do roboty motywował go jedynie zbliżający się nieubłaganie termin płatności za mieszkanie oraz fakt, że skrytka bankowa chwilowo świeciła pustkami. Niestety! Choć ciągle starał się nad tą swoją nieszczęsną rozrzutnością pracować, to zdecydowanie z marnym skutkiem - nic nigdy nie odkładał, wszystko przewalał na towar, alkohol i inne atrakcje, które w jakiś sposób pomagały mu uciec od problemów życia codziennego, ostatnio jeszcze bardziej skomplikowanego, bo wojenna zawierucha zaczęła niszczyć życia nie tylko mugolaków, ale i zwykłych chłopców pokroju Connora, który to po prostu chciał sobie żyć.
Ale - kurwa - nie mógł! W jednej chwili ćwiczył sobie spokojnie w ciepłym mieszkaniu, a w drugiej był już na zewnątrz, ciągle pociągając nosem, bo tak bardzo było mu zimno! Odziany w grubą ciemną kurtkę, czapkę, spodnie i wysłużone buty, Connor przemykał między uliczkami, przechodząc z jednej do drugiej, nieprzerwanie zmniejszając dystans do wyznaczonego celu. W kieszeni trzymał trójkę (nie zamierzał fatygować się o tej porze z mniejszą ilością) wróżkowego proszku, który miał dostarczyć oczekującemu klientowi. I tak wyjątkowo się poświęcał! Pierwotnie zamierzał wszystko ładnie i dokładnie popakować dopiero o poranku - tuż przed dniem pełnym roboty, ale z powodu dodatkowego wezwania postanowił zrobić to tuż przed wyjściem! Może i nie był to jakoś specjalnie żmudny proces, ale po wyczerpujących ćwiczeniach nie zabierał się do tego zbyt chętnie. W głowie miał tylko odpoczynek, a teraz się z tym babrał! No ale jak mus to mus! Spod łóżka wyciągnął trochę brudne i zardzewiałe pudełko, zaraz zaś umieszczając je przy stoliku, przy którym usiadł. W środku znajdował się cały potrzebny zestaw do pracy! Składał się nie tylko z małej i niezawodnej wagi, ale także samary i sporych ilości różnorakich narkotyków, choć przeważał wróżkowy pył i diable ziele - rzadko się zdarzało, żeby jego klienci brali coś innego. Do takich osób trafiał, z takimi handlował - z prostymi i zaprawionymi ćpunami, którzy pragnęli wprawić się w dobry stan po taniości, tradycyjnymi sposobami. Większość stawiała na wróżkowy pył, ale znajdowali się także tacy, głównie młodsi i mniej doświadczeni, którzy zamiast walić w nos woleli się najarać. Tym razem miał do czynienia z pierwszym typem klienta, więc sięgnął po torebkę z jasnym pyłkiem, rozwiązał węzeł i za pomocą niewielkiej łyżeczki wysypał go trochę na wagę, choć jak się zaraz okazało - trochę za dużo, bo pewną ilość ponownie schował do torebeczki, którą dokładnie zawiązał i wcisnął do metalowego pudełeczka. Teraz pozostało schować narkotyki do specjalnie przygotowanej samary - zrobił więc to i po raz kolejny położył narkotyk na wadze, przyglądając się nieznacznej zmianie widniejącej na niej liczby. Zauważył, że posypał trochę górą, ale postanowił to zignorować - tak nieznaczne ilości nie robiły mu specjalnej różnicy, a klient będzie miał więcej ćpania, co powinno zmotywować go do powrotu po następne działki. Westchnął głośno, wpakował resztę zestawu do pudełeczka i schował je pod łóżko. Wyjrzał jeszcze przez okno, chyba niesłusznie, bo nagle stracił resztkę chęci do wyjścia na zewnątrz. No ale cóż - przynajmniej cieszył się, że kiedy rano się obudzi, to nie będzie musiał się tym zajmować, że zamiast tego najzwyczajniej w świecie ogarnie się i ruszy w drogę. Tak jak teraz! Oby tylko było trochę cieplej.
I bardziej przejrzyście, bo teraz widział naprawdę niewiele, co napawało go pewnym niepokojem. Bardziej z przyzwyczajenia niż strachu oglądał przechadzające się obok pojedyncze osoby, zupełnie jakby zaraz miał znaleźć wśród nich jakiegoś pojebanego agenta, którego zadaniem było złapać kolejnego nieostrożnego młodzieńca z narkotykami. Ale nie tym razem! Zauważył jedynie kilka osób, a znaczną ich część stanowili bezdomni, do których nawet się nie zbliżał - nie wiedział czego się po nich spodziewać, bo chociaż czuł się raczej pewnie i bezpiecznie, to nie uśmiechało mu się dostać czymś w plecy. Dlatego szedł szybko - byle odbębnić sprawę i wrócić do ćwiczeń, potem do ciepłej herbatki i - na co czekał najbardziej - upragnionego snu. Bardzo zdenerwował go fakt, że typ postanowił przeszkodzić mu o tej porze, akurat w takiej sytuacji, ale co miał zrobić? Dla stałych klientów, a właśnie taki złożył zamówienie, trzeba było się poświęcać - wszystko, żeby zgadzał się hajs. I póki co się zgadzał, bo ten ćpun jeszcze nigdy go nie zawiódł. A Connor nigdy nie zawiódł niego! Wkrótce znalazł się na umówionym miejscu, a wzrokiem szybko odnalazł siedzącego na krawężniku mężczyznę, ledwie widocznego spod zmechaconych polarów, które na siebie nałożył. Multon przez chwilę mu się przypatrywał, z pewnym współczuciem zauważając, że najwidoczniej jest mu zimno, bo trzęsie się i otula ramiona. Cel w końcu uniósł głowę, podnosząc się natychmiast i ruszając żwawo w stronę Connora. Multon w tym czasie sięgnął do kieszeni, wyciągając z niej samarkę wypełnioną trzema gramami wróżkowego pyłu, oplątując ją szczelnie dłońmi w ten sposób, że nawet zbliżający się klient nie mógł jej zauważyć.
Słabe światło wreszcie oświetliło twarz mężczyzny, a Multon mógł przyjrzeć się mu bliżej. I był to przykry widok, bo choć wczoraj klient również nie prezentował się zbyt dobrze, to teraz wyglądał okropnie. Wcześniej jego twarz pokrywała sieć zmarszczek i bruzd, teraz zaś dołączyła do nich jedna wielka i wciąż świeża blizna, na której widok Connor zareagował krótkim uniesieniem brwi. Krótkim, bo przecież to nie jego sprawa, bo już dawno nauczył się, że nie powinno się wszędzie wciskać nosa. Miał krótkie zadanie, nic więcej nie powinno go interesować.
- Cześć. - rzucił Monty, wyciągając przy tym dłoń, którą Connor uścisnął. Uścisk trwał jednak dłużej niż przeciętny uścisk dłoni, który ludzie wymieniali na przywitanie. Dłoń Connora przestała oplatać wypełnioną trzema gramami samarkę, której miejsce zajęło nic innego jak różnorakie liczne monety, prawdopodobnie knuty, bo klienci zazwyczaj nie dysponowali większymi nominałami. - Jest tam też zaległy dług. Ten za Diabła... - dodał mężczyzna, dłonią mimowolnie wskazując na dłoń Connora.
Chłopak rozwarł dłoń, obejrzał dokładnie zebraną liczbę monet i kiwnął głową, następnie wpychając całą kwotę do kieszeni kurtki. Zapamiętał, żeby po powrocie wykreślić Monty'ego z zeszytu dłużników - nie chciał chaosu, a przy takiej liczbie klientów bardzo o takowy łatwo.
Sprawa załatwiona - można iść. Można? Connor już odwracał się na pięcie z zamiarem pozostawienia mężczyzny samemu sobie, gdy nagle w głowie zapaliła mu się jakaś lampka.
- Hej, Monty. - rzucił nagle do idącego już w sobie znanym kierunku mężczyzny. Wspomniany Monty odwrócił się gwałtownie, jakby zbity z tropu, i zbliżył do Connora, posyłając mu przy tym pytające spojrzenie.
Zapadła krótka cisza, w trakcie której Connor zdążył schować dłonie w kieszenie ciepłej kurtki.
- Co jest z Nedem? Wczoraj miał się odezwać, a na razie cisza. - rzucił w końcu, choć sam nie wiedział czemu interesował go los jakiegoś osiemnastolatka, któremu sprzedawał towar. Może to przez fakt, że zawsze widywał Monty'ego razem ze wspomnianym Nedem, a dzisiaj Monty przyszedł sam? Nie wiedzieć czemu wydało mu się to dziwne, jakby niemożliwe. Czemu jednak tak bardzo go to zainteresowało? To tylko kolejny klient - lojalny, bo lojalny, stały bo stały, ale tylko klient jakich wielu. A jednak jakoś szczególnie zapadł mu w pamięci! Co prawda zazwyczaj pamiętał twarze wszystkich klientów, często zapisując w pamięci także ich imiona i opowiedziane historie - większość z nich dobrze znał, a niektórych - jak Monty'ego i Neda - nawet lubił. Więc co z nim?
Monty uśmiechnął się słabo i przez chwilę wyglądał nie jak zniszczony latami ćpania człowiek, ale poczciwy starszy mężczyzna, któremu zwyczajnie nie powiodło się w życiu. Chyba nawet trochę tak było! Monty był bezdomny - żona uciekła z dziećmi po tym jak trafił do więzienia za pierwszą poważną kradzież, najwidoczniej chcąc chronić latorośle od podzielenia losu ojca. To był początek końca mężczyzny - wkrótce po wyjściu zrozumiał, że jest bezdomny, a potem uzależnił się od magicznego proszku, który po raz pierwszy kupił właśnie u Connora, gdy ten handlował jeszcze jedynie w dokach.
- Nedda już nie ma. Zrobiliśmy mu piękny pogrzeb. - odparł z wyraźnym smutkiem w głosie.
Co to znaczy, że Nedda już nie ma? Connor poczuł, że nogi wrastają mu w ziemię i chociaż bardzo chciał przerwać narastającą ciszę, to nie potrafił znaleźć odpowiedniego słowa. Nigdy nie przypuszczał, że usłyszy wieść o nagłej śmierci osiemnastoletniego Nedda... Tego Nedda, którego rodzice zginęli zaraz po tym jak ukończył szkołę, który przecież chciał się tylko bawić - zupełnie jak Connor. Nedd nie żył? Choć nie był z nim specjalnie blisko, ba - nawet nie nazywał go swoim kolegą, to coś w nim pękło.
Długo zajęło mu przetrawienie tej sytuacji, a gdy już to zrobił, wydusił tylko chłodne:
- O kurwa. Co się stało?
Liczył, że to nie przez przedawkowanie. Choć handlował już spory kawał czasu i zdążył przyzwyczaić się do tego, że klienci szybko umierają, to lubił wierzyć, że to nie jego towar doprowadził do ich ewentualnej śmierci. Wmawiał sobie, że nie robi nic złego, że to ich wybór... Skoro jednak nie robił nic złego, to dlaczego tak bardzo bał się, że młody Nedd przedawkował? A może skończył inaczej - może to nie narkotyki go zabiły? Może za wszystkim stała wojna. Może to jakiś bezdomny, a może czysty przypadek?
Posłał Monty'emu wyczekujące puste spojrzenie, bo chociaż w głowie krążyły mu różne obawy, to nie dawał tego po sobie poznać. Nedd był tylko klientem. Zwykłym klientem.
- W porcie się nad nim zlitowali i pozwolili trochę zarobić... był szczęśliwy, bo takiemu chłopakowi rzadko proponuje się robotę, a poza tym jeszcze płaci. Raz nic mu nie dali, a teraz dostał nawet górką... Chciał kupić nową zimową kurtkę, ale niepotrzebnie się tym chwalił... Ten wariat, Wade, go zabił. - wyjaśnił drżącym głosem.
Choć Connorowi ulżyło, że nie przyczynił się do śmierci Nedda, to wcale nie poczuł się lepiej. Zamordowany przez jakiegoś Wade'a? Najtragiczniejsza wydawała się próba sprawienia sobie przyjemności, którą - pewnie dla odmiany - nie był gram wróżkowego pyłu, a kurtka - najzwyklejsza w świecie kurtka jakich Connor miał wiele. Tak mało potrzebował do szczęścia.
Nagle zdał sobie sprawę z kolejnej chwili ciszy, więc posłał Monty'emu słaby uśmiech i zdecydował się zakończyć rozmowę.
- Szkoda go. Dobry chłopak, zawsze uśmiechnięty i w ogóle... - stwierdził, wspominając w głowie, że zawsze mówił "dzień dobry", zamiast "cześć". - Szkoda. Trzymaj się, Monty! Szczęśliwego nowego roku. - dopowiedział i oddalił się, starając się wyrzucić z głowy wyobrażenie podekscytowanego możliwością kupienia kurtki Nedda.
A jednak myślał o nim, gdy mijał kolejne uliczki, gdy znajdował się już na Pokątnej i kiedy otwierał drzwi prowadzę do mieszkania. Myślał też o nim, gdy sięgał po zeszyt, w którym zapisywał długi klientów, przez chwilę szukając Monty'ego i wykreślając znajdującą się przy nim dwójkę. Gdzieś pod imieniem Monty'ego rzuciło mu się kolejne imię - Nedd - i nagle zdał sobie sprawę, że tych pieniędzy już nie odzyska. Teoretycznie powinien obarczyć długiem Monty'ego, który przy nim wtedy się znajdował, ale pomijając fakt, że byłoby to niezwykle brutalne i naciągane, to nie pozwoliłoby mu na to jego sumienie. Dług i tak był mały - postanowił go po prostu zignorować.
Dlatego przekreślił imię Nedda, zaraz potem zamykając zeszyt i umieszczając go ponownie na półce.
Nedd.
|| z/t
Connor Multon
Zawód : diler
Wiek : 21
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Ze wszystkich rzeczy ja najbardziej pragnę życia
To dlatego, że je mogę skończyć nawet dzisiaj
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 25
Genetyka : Czarodziej
gdy patrzę na błędy - widzę mnie
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10363-connor-multon https://www.morsmordre.net/t10413-brawurka#314806 https://www.morsmordre.net/t10411-twoj-wattpadowy-bad-boy#314802 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10419-skrytka-bankowa-nr-2309#314881 https://www.morsmordre.net/t10415-connor-multon#314816

Strona 31 z 31 Previous  1 ... 17 ... 29, 30, 31

Alejka nad brzegiem rzeki
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach