Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Wyniuchaj Troski

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Wyniuchaj Troski   17.07.17 1:37

First topic message reminder :

Wyniuchaj Troski

Lokal został otworzony wiosną 1956 roku. Wcześniej w tym miejscu była piekarnia, niektórzy czarodzieje wchodzą tu przypadkiem, szukając wypieków, inni z ciekawości - jedno jest pewne, nie ma w Londynie drugiego takiego miejsca. Wyniuchaj Troski prowadzone jest przez Timulandę Baline, która przez większość swoje życia podróżowała, by na koniec zawitać do rodzimego Londynu i tu otworzyć własny interes. W lokalu znajdują się małe stoliczki, wokół których ustawione są wielobarwne pufy różnych rozmiarów. Pośród standardowych trunków pani Baline poleca i praktykuje terapie naparową. W małych pięknie zdobionych, metalowych naczynkach podgrzewane są różnego rodzaju, specjalnie sprowadzane zza granicy, napary. Czarodzieje najchętniej sięgają po napar relaksujący i rozweselający. Jest też napar oczyszczenia myśli, niekontrolowanego śmiechu, ale też i działający dopiero później - napar na szczęśliwe sny.
Przy wyjściu należy zapłacić złotą monetą Troskliwemu Niuchaczowi wylegującemu się na jedwabnych poduszkach, który cieszy się z każdego nowego skarbu. Jeśli nie posiadasz biegłości ONMS stracisz znacznie więcej, niż powinieneś zapłacić.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Josephine Fenwick
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3390-josephine-fenwick#58313 https://www.morsmordre.net/t3429-poczta-josephine#59532 https://www.morsmordre.net/t3431-josephine#59578 https://www.morsmordre.net/f129-enfield-lavender-hill-145-8 https://www.morsmordre.net/t3519-skrytka-bankowa-nr-855#61428 https://www.morsmordre.net/t3428-josie#59531
Zawód : przyszła aurorka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
W całym magicznym świecie gasną światła. Nie ujrzymy ich już za naszego życia.
OPCM : 28
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Wyniuchaj Troski   07.01.18 15:56

Zwierzenie Selwyna nie było niczym zaskakującym. Właściwie to wprost doskonale składało się na obraz Bertiego, którego znała od długich lat: nic mającego sobie z panujących zasad i zbyt kontrowersyjnego, nawet jak na magiczne standardy, jednak przy tym wszystkim zarażającego optymizmem na każdym kroku. Po morderstwie rodziny odcięła się także od niego, dopiero po przeboleniu smutków zdała sobie sprawę, jak bardzo za nim tęskniła, a jego pozytywne podejście byłoby zbawcze w skutkach. Wtedy jednak nie wiedziała dla siebie tej drogi, nie potrafiła się cieszyć zbyt zaślepiona żalem i żądzą zemsty. - Jaki miał ku temu powód? Czy dwory szlacheckie nie są lepiej chronione przed niechcianymi gośćmi? Że też niepozornemu Bertiemu udało się włamać do twojej prywatnej sypialni! - zaśmiała się na myśl o osobliwej historii, którą się z nią podzielił.
Miał racje, wnętrze herbaciarni było niezwykłe - magiczne w rzadko spotykany sposób. Już sam niuchacz spoczywający na wygodnej poduszce był na dość ciekawym elementem wnętrza. Czasami miała ochotę porwać stworzonko w ramiona i wytulić - jednak powstrzymywała się, wiedząc, że na pewno nie przyjął by tego entuzjastycznie, a ze swoją delikatną, ledwie widoczną biżuterią mogłaby się pożegnać! - Wróżbiarstwo? W Hogwarcie była jedna dość osobliwa sala, do której wchodziło się przez klapę w suficie. Jednak osobiście wolałam starożytne runy, o wiele bardziej przydatne przy historycznych tekstach - dość znacząco przykładała się do tego przedmiotu, wiedząc, że na obranej ścieżce kariery okaże się niezbędny. W okresie szkolnym nie przypuszczała, że porzuci wszystko to, co kochała na rzecz niebezpiecznego zawodu, w którym wiódł prym jej zmarły brat.
Zanim zdążyła skomentować, pojawiła się kobieta z obsługi, przyjmując od niej zamówienie na napar relaksujący. W obecności Alexandra i w obliczu zdarzenia, o którym dopiero co było jej dane sobie przypomnieć, wciąż czuła się skrępowana. Niewinne pytanie Selwyna sprawiło, że spięła się jeszcze bardziej. Odchrząknęła i poruszyła się lekko na fotelu, uciekając spojrzeniem w bok. Podróże należały do jej innego życia, które gwałtownie się skończyło, bez cienia zapowiedzi. - Kiedyś, dawno temu. Ojciec prowadził własną hodowlę orłów, więc dość często sprowadzał z zagranicy różne gatunki ptaków, od czasu do czasu zabierając nas ze sobą. Matka, tak jak większość z jej rodu, kochała ptaki, więc zwykle podczas każdej podróży zabierała nas do rezerwatów. - opowieść dość okrojona, nierozwodząca się w liczne szczegóły, opowiedziana z przerwami, jakby przywołane wspomnienia były zbyt bolesne. Uśmiechnęła się nawet, ale liczyła, że da spokój jej przeszłości i nie będzie wypytywał o więcej. - A ty? Przetrwałeś osiem lat we Francji, a poza tym jak spędza się wakacje będąc szlachetnie urodzonym?





these violent delights have
violent ends...


Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Zawód : Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
OPCM : 33
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 16
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Wyniuchaj Troski   07.01.18 18:49

Spojrzałem na Josephine swoimi oczami o szarej barwie w ten sposób, jakby jej pytanie było czymś całkiem zabawnym.
- Zaklęcia zostały zdjęte, bowiem ktoś je niepoprawnie nałożył, a Bott z Ollivanderem wstrzelili się akurat w lukę, kiedy nie mieliśmy ochrony. Bertie miał cel jedyny w swoim rodzaju. Włamał się do mnie pierwszego kwietnia, kiedy odsypiałem dyżur i spotkanie. Data powinna ci wszystko wyjaśnić - uśmiechnąłem się do niej promiennie, rozpierając się odrobinę wygodniej w fotelu. Oparłem przy tym prawą kostkę na lewym kolenie, podpierając policzek na opartej o podłokietnik fotela ręce. - Podrzucił mi wtedy niuchacza. Bestia się zadomowiła, a ja aktualnie niezbyt mam jak się pozbyć tego małego rozrabiaki zwłaszcza, że ukradł mi kilka rzeczy - przesunąłem przy tym w zamyśleniu kciukiem po grzbiecie pozostałych palców - na jednym z nich brakowało zakonnego pierścienia. Futrzak tego pożałuje, już ja o to zadbam. Nie skrzywdzę go, oczywiście że nie, nie byłem złym człowiekiem wyżywającym się na zwierzętach - nie wątpiłem jednak w swoją wyobraźnię, która na pewno pomoże mi w jakiś sposób uknuć zemstę na niuchaczu.
Odrywając wzrok od wnętrza skupiłem go na Josie, chłonąc z ciekawością godną dziesięciolatka jej słowa o Hogwarcie. Niezmiernie ciekawiła mnie ta szkoła, wiedziałem o niej co nieco jednakże nadal słuchanie o starym zamczysku było dla mnie fascynujące. - Klapa w suficie? I nie wiedziałem, że interesują cię starożytne runy i historia - powiedziałem z uznaniem, przekrzywiając lekko głowę. - Mnie od zawsze najbardziej interesowała w szkole obrona przed czarną magią, transmutacja zaś była dziedziną, z którą najbardziej się utożsamiałem, trafiłem też na świetnych nauczycieli w Beauxbatons, jednak mimo tego moja chęć do zostania uzdrowicielem wygrała z naturalnymi predyspozycjami - wzruszyłem ramionami, zanim nagle nie wzdrygnąłem się z obrzydzeniem na wspomnienie innego przedmiotu. - Z eliksirami za to miałem drogę przez mękę. Nie zliczę godzin spędzonych nad kociołkiem, które poświęciłem dla dostania się na staż do Munga - westchnąłem, posyłając Jo spojrzenie cierpiętnika. Mój związek z alchemią był niezwykle burzliwy, co do tego nie było ani cienia wątpliwości.
Moja próba kontynuacji rozmowy po przerwaniu jej przez kobietę zbierającą zamówienie okazała się fiaskiem - wybrany niby niezobowiązujący temat sprawił, że panna Fenwick jeszcze bardziej się spięła, jej mowa ciała krzyczała wręcz do mnie, że popełniłem błąd. Moje działania przynosiły efekt odwrotny od planowanego, a pewność siebie zaczynała z lekka podupadać, co objawiło się lekkim opuszczeniem uniesionych do tej pory w uśmiechu kącików ust. Wszystko źle, po prostu wszystko. Skupiłem się jednak zamiast na sobie to na odpowiedzi Josie, dowiadując się kolejnych rzeczy o niej, takich o których do tej pory nie miałem pojęcia.
- Twoja matka była szlachcianką? - zapytałem prostując się w fotelu, bowiem wcześniej nie rozmawiałem z nią na ten temat. Wiedziałem, że jej rodzice nie żyli, dlatego nigdy nie wchodziłem za bardzo na ten temat, nie chcąc zaczynać trudnych rozmów nie w czas. - Abbott - powiedziałem jeszcze, kiedy rozpracowałem, którzy szlachcice najbardziej dbali o ptactwo. Zaraz jednak zreflektowałem się, rozumiejąc swoje faux pas. - Przepraszam, nie powinienem drążyć. Naprawdę przepraszam - powiedziałem i, pochylając się ponad dzielącym nas stolikiem, sięgnąłem by na krótką chwilę chwycić ją za dłoń, którą lekko ścisnąłem w geście dodania pannie Fenwick otuchy. W myślach doszedłem zaś do wniosku, że napar relaksujący zdecydowanie jej się przyda. Odbiła jednak piłeczkę po mistrzowsku sprawiając, że teraz to ja się ciut zasępiłem.
- Jak spędzałem wakacje? Głównie w otoczeniu guwernerów, ucząc się etykiety, tańca balowego, języków obcych, jazdy konnej, krasomówstwa i innych rzeczy w tym tonie. W późniejszych latach doszły przygotowania do stażu w szpitalu, jednak mając wielu dyplomatów w rodzinie zawsze gdzieś pojechałem w odwiedziny z kuzynkami czy ciotką. Włochy, Indie, Norwegia, kraje Europy Wschodniej, orientu, Bliski Wschód... dużo tego było, jednak nie były to przeważnie długie podróże - wymieniłem, rozpogadzając się z lekka na wspomnienia odbytych podróży, poznanych kultur. - I zawsze w wakacje dziadek wtajemniczał mnie w tajniki wytwarzania fajerwerków - oczy mi zabłyszczały, a palce lekko drgnęły na obraz jawiący mi się przed oczami wyobraźni.
I w tej chwili właśnie na nasz stolik przyleciały dwie czarki na podstawkach i dwa kolorowe dzbanuszki, każdy w inny wzór i o niepasujących pokrywkach. Nie mogłem jednak przestać zerkać na Josephine z uwagą, walcząc ze sobą i z pytaniem, które cisnęło mi się na usta. Ostatecznie poddałem się.
- Chyba, że chciałabyś porozmawiać o rodzicach? - zapytałem ostrożnie, lekko wiercąc się na fotelu. Nie rozmawialiśmy wcześniej o tym na spokojnie, a teraz mieliśmy po temu niepowtarzalną okazję.
[bylobrzydkobedzieladnie]




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Josephine Fenwick
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3390-josephine-fenwick#58313 https://www.morsmordre.net/t3429-poczta-josephine#59532 https://www.morsmordre.net/t3431-josephine#59578 https://www.morsmordre.net/f129-enfield-lavender-hill-145-8 https://www.morsmordre.net/t3519-skrytka-bankowa-nr-855#61428 https://www.morsmordre.net/t3428-josie#59531
Zawód : przyszła aurorka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
W całym magicznym świecie gasną światła. Nie ujrzymy ich już za naszego życia.
OPCM : 28
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Wyniuchaj Troski   18.01.18 22:22

- Powinieneś poprosić kogoś o pomoc. Jeśli ten niuchacz pochodzi od chłopaków, może naprawdę zaleźć ci za skórę – zaśmiała się, Bertie nie przyznał się jej do drobnego figla, ani do tego, że praktycznie włamał się na szlachecki dwór. Jednak była skłonna uwierzyć w tę historię, w końcu po Bottcie można było spodziewać się wszystkiego, a szczególnie wtedy, kiedy znajdował się w towarzystwie Ollivandera. - Hogwart jest niezwykłym miejscem, ale równie niesamowite historie słyszy się o francuskiej szkole. Jest o wiele bardziej elegancka i mniej surowa od Hogwartu, prawda? Musiała przypominać ci dom, nic w tym dziwnego, że wielu arystokratów jest posyłanych właśnie tam, pomimo że Hogwart znajduje się znacznie bliżej. Opowiesz mi coś więcej o Beauxbaton? Tam domy dzielą się pod kątem artystycznym, prawda? Córka przyjaciółki mojej matki, z którą bawiłam się za młodu właśnie tam została odesłana, malowała pięknie, bardzo realistycznie już nawet jako dziecko… – zalała go słowami sformułowanymi w pytania; Alex mógł jej tak wiele powiedzieć i nie chciała przegapić ku temu okazji. Pod sam koniec zadumała się na chwilę, uciekając myślami ku pucułowatej dziewczynce, którą można było poskromić tylko przy użyciu pędzli lub kredek. - Starożytne runy są przydatne do odczytywania tekstów, więc nauka ich była całkowicie uzasadniona, a historia magii… Pochłaniała mnie, nawet wcale nie dlatego, że wymagali jej, by dostać się na staż do ministerstwa. W końcu, trzeba robić to, co się kocha, czyż nie? – zapytała, choć nie chciała uzyskać odpowiedzi. Sama stanowiła doskonały przykład twierdzący, że wcale tak nie jest. Poświęcała się kursowi aurorskiemu, z uporem maniaka doskonaliła zdolności obrony, jednak, czasami nawet w najbardziej niespodziewanych momentach przyłapywała się na tęsknocie za grubymi tomiszczami, skrupulatnie posegregowanymi aktami. Szybko nauczyła się ignorować te momenty słabości, karmiąc się w wolnych chwilach historiami napisanymi przez czas, choć podczas kursu aurorskiego nie miała zbyt wiele czasu dla siebie. - Gideon uwielbiał obronę przed czarną magią i uczył także mnie. Czasami miałam tego dość, szczególnie, kiedy nie potrafiłam zablokować jego uroków. Był do tego wszystkiego wprost stworzony, a ja… – urwała gwałtownie, zdając sobie sprawę, że powiedziała już zbyt wiele. Posłała Alexandrowi krótki uśmiech pełen speszenia i ponownie skupiła się na karcie wywarów, mając nadzieję, że nie będzie drążył tematu. Opowiedział jej za to o krajach, do których podróżował. Z wdzięcznością chłonęła jego słowa, uciekając w niezobowiązującą rozmowę. Wyglądało to, jak zwykłe szlacheckie życie – trochę podróży, ale mnóstwo obowiązków narzucanych na młodych czarodziejów, których wychowanie przejmowały guwernantki. - To przykre, że rodzice mieli dla ciebie tak mało czasu… – zaczęła niepewnie, pod tym względem była uprzywilejowana – Amelia i Victor poświęcali swojej jedynej córce każdą wolną chwilę, sprawiając, że miała magiczne dzieciństwo, którego niejeden mógł jej pozazdrościć. Zdawać by się mogło, że w okresie dorastania wyczerpała cały limit życiowego szczęścia i w końcu musiało coś zakłócić rodzinną sielankę. - Opowiedz mi coś więcej o swoim dziadku. Wasze fajerwerki są niesamowite, jak się je produkuje? O ile możesz mi zdradzić odrobinę z rodzinnych sekretów? – zeszła na bezpieczniejszy temat, widząc iskierki podniecenia w jego oczach. O wiele łatwiej prowadziło się rozmowy, gdy wiązały się z nimi radosne wspomnienia.
Zdawało się, że nie odpowie, że nie chce o nich rozmawiać, jednak już tak długo unikała tego tematu. Zbyt długo była z tym wszystkim sama. Poprawiła się lekko na wygodnym fotelu, zastanawiając się, co dokładnie powiedzieć, by słowa nieokazały się zbyt ciężkie, by spłynąć z języka. - Tak, moja matka wywodziła się z Abbottów i porzuciła to wszystko dla mojego ojca – odpowiedziała na wcześniejsze pytanie Alexandra. Lubiła tak o nich myśleć, jako o wielkiej miłości pełnej poświęceń, oddalenia się od rodu, w którym się wychowała, a ich gwałtowna śmierć tylko spotęgowała ten obraz w jej wspomnieniach. Tak ich widziała jako mała dziewczynka, taki stworzyła obraz, gdy odwiedzała pałac zamieszkały przez dziadków, zwykle poważnych, ale dażących wnuków sympatią. Związek ich rodziców nie był przecież zakazany, a wręcz wskazany. - A przynajmniej lubię tak na to wciąż patrzeć. Ojciec był od niej znacząco starszy i cóż… Zadurzył lady Abbott w hodowli, którą prowadził, a potem w sobie – wzruszyła ramionami, jakby mówienie o rodzicach nie było niczym szczególnym, jednak z ulgą przyjęła fakt, że Alexander nie drążył znacząco tematu. Odeszli gwałtownie, więc równie gwałtownie przestała o nich myśleć, znajdując w tym sposób, by nie pogłębiać rany powstałej na sercu. Zanużyła usta w płynie, a w nozdrza uderzył ją subtelny zapach melisy, witani i różeńca. Naprawdę rozmawiała z nim o rodzicach, niebezpiecznie ocierając się o temat straty, której doznała. Magiczna herbatka na pewno musiała mieć wpływ na to, że tak swobodnie podeszła do tematu. Zamilkła ponownie, obracając czarkę w dłoniach, odpłynęła myślami, a gdy wydawało się, że już nic więcej nie doda, w końcu się odezwała: - Jestem tchórzem, wiesz? – mówiła, wciąż patrząc na czarkę z płynem, który wprawiła w lekkie wirowanie. - Rzuciłam wszystko, co kochałam, by odnaleźć winnych, by stawić im czoła, by osobiście zaprowadzić przed wizengamot. Wierzyłam, że tak trzeba, w końcu nikt nie zadbał, by ich znaleźć, by chociaż spróbować ścigać, a przecież zabili aurora! I jego rodzinę, jego żonę i małą córeczkę. Na Merlina, a oni nie zrobili z tym nic. Wpisali do akt, przeciągali i z czasem zamknęli sprawę – jej podniesiony ton przyciągnął spojrzenia, więc urwała, zaciskając wargi, jakby dzięki temu mogła powstrzymać ich drżenie. Nie dodała, że pragnęła ich cierpienia równie mocnego, jak to, które ona przeżywała. Chciała sprawiedliwości dla siebie i Jamiego, lecz wyrównanie rachunków stanowiło równie istotny element jej planu. Zwilżyła gardło kolejnym łykiem wywaru, przytrzymując czarkę w obu dłoniach – ręce drżały jej na tyle mocno, że mogła wylać na siebie zawartość prawie że pełnego naczynia. Straciła rezon. To wszystko jednak było zbyt ciężkie, zbyt kłopotliwie i pokazało, że nie potrafiła panować nad sobą. Gdy unormowała oddech, wyciszyła się na tyle, by zapanować nad tonem swojego głosu, powróciła do przerwanego tematu. Potrzebowała, by ktoś jej wysłuchał, a Alexander udowodnił już wcześniej, że nadaje się do tego idealnie. Na kursie aurorskim nie mogła okazać słabości, musiała być twarda, choćby dlatego, że nikt rozchwiany emocjonalnie i kierujący się zemstą nie powinien zostać aurorem. - Jako aurorka mam dostęp do archiwum, lecz dopiero dwa tygodnie temu znalazłam w sobie dość odwagi, by sprawdzić akta – jej twarz wykrzywił grymas pełen złości na samą siebie i wstydu. Coraz to częściej zastanawiała się, co robi ze swoim życiem, a Alexander jako jedyny mógł spojrzeć na nią taką, jaką była – zranioną, nieszczęśliwą, zawstydzoną. Zdawało się, że trwa w tym koszmarze już od zawsze, a jej dawne życie było tylko krótkim marzeniem sennym.





these violent delights have
violent ends...


Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Zawód : Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
OPCM : 33
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 16
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Wyniuchaj Troski   19.01.18 15:47

Jej śmiech brzmiał bardzo ładnie, kiedy zapominała na chwilę o przejmującej ją krępacji i niepewności - stawała się wtedy zupełnie inną Josie, nie tą przestraszoną i zagubioną, którą po raz pierwszy ujrzałem na mungowskim łóżku. Wydawało mi się w takich chwilach, które zliczyłbym dosłownie na palcach jednej dłoni, że mam przed sobą całkowicie nieznaną osobę.
- Już o to zadbałem, nie martw się. Umówiłem się w dniu jutrzejszym na wizytę u mojej kuzynki, która zajmuje się zwierzętami. Pomoże mi wszystko odzyskać - uśmiechnąłem się, całkiem pewnie informując moją towarzyszkę, że trzymam rękę na pulsie. Nie wątpiłem bowiem w umiejętności Julii, toteż zwrot moich własności pozostawał tylko kwestią czasu. Doceniałem jednakże jej troskę, nad którą mimo wszystko nie miałem czasu dłużej się zastanowić, ponieważ zostałem zalany potokiem słów i zasypany lawiną pytań. Teraz była więc moja kolej, żeby zaśmiać się pod nosem i pokręcić głową, zanim zdecydowałem się w końcu odezwać.
- Twoja koleżanka na pewno trafiła w takim razie do Harpii tworzących nie tylko wspaniałe obrazy, ale również najpiękniejsze, najbardziej realistyczne rzeźby - odparłem swobodnie, na chwilę zatapiając się we wspomnieniach - tak wyraźnych, jakbym szkołę ukończył ledwie przed paroma dniami. Lecz o zgrozo, minęły już od tej chwili trzy lata. - Nie mam za bardzo porównania z Hogwartem, ponieważ jeszcze nigdy nie widziałem zamku na własne oczy. Z tego co mi jednak wiadomo, co słyszałem, rzeczywiście jest mniej surowa i bardziej, jak to ujęłaś, elegancka. Francja w końcu rządzi się swoimi prawami, tam wszystko wydaje się być jakby bardziej nadęte i o nosie zadartym o cal wyżej - zażartowałem, zaraz mimo wszystko się poprawiając. - Nadęte to raczej złe słowo, choć zdarzało się tam wiele takich elementów. Sam zamek był bardzo jasny, otaczały go liczne zielone dziedzińce, nie zapominajmy też o górach. Rok w rok mieliśmy porządne, długie zimy. Zaś atmosfera była jedyna w swoim rodzaju, bo w końcu artyści, nawet ci najmniejsi, są niezwykle specyficzni, a zebranie takiej ich ilości w  jednym miejscu sprawiało, że w szkole cały czas coś się działo. Sztuki teatralne, koncerty, pokazy taneczne... Quidditch też był zróżnicowany, drużyny wyraźnie różniły się między sobą kładąc nacisk na inne aspekty gry. Niezwykle przyjemnie oglądało się te gry, były bardzo dynamiczne - wbiłem spojrzenie gdzieś na lewo od Jo, podrapałem się po policzku i wróciłem do snucia opowiastki. - Smoki zajmowały się głównie słowem, zarówno pisanym jak i mówionym, a my - Gryfy znaczy się - stawialiśmy na muzykę, taniec i teatr - uśmiechnąłem się szeroko, obdarzając Josie wesołym spojrzeniem. Lubiłem wspominać szkołę, to było piękne osiem lat. Nawet, jeżeli wliczać w nie ostatnie miesiące. - Sam podział na domy nie jest ścisły, poza quidditchem tak naprawdę nie było między nami rywalizacji jako takiej. Tam nie zwraca się uwagi na status społeczny, urodzenie, nazwiska. Tam liczy się to, co potrafisz - skwitowałem, ostatni raz przelotnie zerkając na kartę. Byłem już zdecydowany co do mojego zamówienia.
Spojrzałem badawczo na Josie, nie do końca wierząc w szczerość jej kolejnych słów. Brzmiała odrobinę tak, jakby próbowała przekonać samą siebie, że rozpoczęcie stażu aurorskiego było jej własną, nieprzymuszoną decyzją. zbyt wiele rzeczy było tu sprzecznych - miłość do historii i starożytnych run a gonienie za czarnoksiężnikami? To były przecież całkowicie różne rzeczy, nie leżące nigdzie blisko siebie. Odchrząknąłem i spojrzałem się na nią znacząco, kiedy próbowała ukryć to, co przede mną niechcący odkryła. Uśmiech i speszenie to było zbyt wiele - wiedziałem, że coś jest na rzeczy.
Wziąłem dzbanuszek należący do Josie i napełniłem jej czarkę, a następnie to samo zrobiłem z moim naparem. Ująłem moją nietypową filiżankę w dłonie i zaciągnąłem się aromatem. Wyczułem nuty lawendy i waleriany, jednak najbardziej rzucająca się w nos była woń marakui. Upiłem niewielki łyk - napar mnie nie zawiódł, smakował równie wspaniale, jak pachniał. Ale niestety, panna Fenwick poruszyła temat bardzo delikatny, który zaburzył moment rozkoszowania się kojącym ciepłem rozlewającym się po moim ciele. Odstawiłem czarkę i zaplatając palce ze sobą wbiłem spojrzenie w chyboczący się nadal napar.
- Moja matka umarła kiedy miałem pięć lat - powiedziałem powoli, nie podnosząc wzroku. - Ojciec nigdy się po tym nie pozbierał - dodałem, w końcu unosząc głowę i uśmiechając się dość smutno. - Mam jednak wspaniałe kuzynostwo, oczywiście nie zapominając też o dziadku. Obawiam się tylko, że więcej o fajerwerkach nie mogę ci opowiedzieć, nie bez powodu są najpilniej strzeżoną tajemnicą naszego rodu - teraz mój uśmiech stał się bardziej przepraszający. - Mój dziadek nie jest zbyt towarzyskim typem, to raczej mruk. Ożywia się tylko i wyłącznie w warsztacie, gdzie wciąż opracowuje nowe formuły i testuje coraz to nowsze, bardziej wymyślne zaklęcia - w końcu mój uśmiech wytracił resztki smutku, rozszerzając się w autentycznej, choć nadal dość powściągliwej radości. Choć na ogół z dziadkiem nie dało się za bardzo porozmawiać, przy fajerwerkach przepoczwarzał się w zapaleńca nie do przegadania.
Z minuty na minutę dostrzegałem coraz więcej podobieństw między mną a Josie: oboje byliśmy dwoma osobami, z którymi los nie obchodził się delikatnie. Panna Fenwick miała w sobie wiele bólu i smutku, z którymi mierzyła się samotnie. Potrzebowała tej rozmowy, a ja chciałem jej pomóc najlepiej jak umiałem. Słuchałem jej bardzo uważnie, zauważając to drgnięcie ust, to lekki napięcie mięśni, to znów sposób, w jaki jej oczy stawały się dosłownie smutne, kiedy ich światło z lekka przygasało. - Podjęła niezwykle trudną decyzję. Ale dzięki niej chyba stała się szczęśliwsza, nie sądzisz? - zapytałem, uśmiechając się do Jo. Porzucenie rodziny było tematem tabu wśród szlachty, nie oznaczało to jednak, że teoretyczny problem nie istniał. Ja jednak wzbraniałem się przed nazywaniem tego problemem - wolałem określenie świadoma decyzja. W ostatecznym rozrachunku wierzyłem w końcu w wolność i niepodległość jednostki, które nie zawsze mogły stać w zgodzie ze szlacheckimi wytycznymi życia. Następne wyznanie było dla mnie zaskoczeniem - uniosłem brwi, przyglądając się Josie - o ile było to w ogóle możliwie - jeszcze bardziej uważnie, z lekkim zdziwieniem, z odrobiną niedowierzania. Przez moment byłem całkiem skołowany i nie wiedziałem, co o tym myśleć, a co dopiero powiedzieć.
- Nie okłamuj mnie, Josephine, a tym bardziej nie okłamuj samej siebie - powiedziałem spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. - Nie jesteś tchórzem, podjęcie decyzji zaważającej na całej twojej przyszłości było niezwykle odważne. Nie wiem jednak, czy słuszne - zawiesiłem głos, przypatrując się jej twarzy. Wiedziała to, wiedziała doskonale. Tylko nie chciała przyznać się sama przed sobą, nie otwarcie. - To co wcześniej powiedziałaś o Gideonie... nosisz w sobie zbyt wiele emocji, z którymi nie potrafisz sobie poradzić, Josie. Próbujesz się z nimi uporać zatracając się w szkoleniu, w ogóle podejmując je w pierwszej kolejności. To może zabrzmieć brutalnie - ostrzegłem, ale nie zaprzestałem mówienia. - Lecz uważam, że zrobiłaś błąd, pozwalając temu zdarzeniu przejąć kontrolę nad swoim życiem - dokończyłem ostrożnie, nie spuszczając z niej wzroku. - Moja matka powiesiła się na moich oczach, Josephine. Nie potrafiła poradzić sobie z tym, że moja siostra urodziła się martwa - przerwałem, biorąc głębszy oddech by utrzymać kontrolę nad moim głosem. - Utrata ukochanej osoby nigdy nie jest czymś, nad czym da się przejść ot tak do dziennego porządku. Nie możemy jednak pozwolić na to, by zmieniała resztę naszego życia w tortury - powiedziałem z wyczuwalnym przejęciem i troską. Bałem się o nią, bałem się że może zatracić się w ślepej gonitwie za zemstą. Przecież po to właśnie postanowiłem zająć się magipsychiatrią, to była moja misja - uratować jak najwięcej osób przed zniszczeniem samych siebie.




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Josephine Fenwick
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3390-josephine-fenwick#58313 https://www.morsmordre.net/t3429-poczta-josephine#59532 https://www.morsmordre.net/t3431-josephine#59578 https://www.morsmordre.net/f129-enfield-lavender-hill-145-8 https://www.morsmordre.net/t3519-skrytka-bankowa-nr-855#61428 https://www.morsmordre.net/t3428-josie#59531
Zawód : przyszła aurorka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
W całym magicznym świecie gasną światła. Nie ujrzymy ich już za naszego życia.
OPCM : 28
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Wyniuchaj Troski   21.01.18 16:46

Powoli się rozluźniała i to bez użycia specjalnych naparów. Alexander działał tak na nią ze swoją opowieścią o Akademii. Wydawać by się mogło, że nie ominęło go wiele - francuska szkoła wydawała się o wiele bardziej magiczna, choć jak to mówią: zawsze lepiej tam, gdzie nas nie ma. - Ewentualnie o siedem cali wyżej - nie mogła powstrzymać się od drobnego przytyku w szlachecką dumę, która miała idealnie odpowiadać francuskim standardom. - Z tego co mówisz, musi być tam magicznie. Hogwart ma swój urok, choć już sama rywalizacja między domami, znacząco nas różni. I jego wystrój jest o wiele bardziej surowy. Dopiero w dormitoriach domów można odczuć więcej przytulności. Puchoni mieli pokój wspólny tuż przy kuchni, do którego prowadziły drzwiczki od beczki. Ileż to razy zdarzało się, że pierwszacy zapominali hasła i zostali zalani przez beczkę octem jako potencjalni intruzi - uśmiechnęła się do swoich wspomnień, choć jako prefekt miała prawdziwe utrapienie z takimi przypadkami. - W Hogwarcie funkcjonował głównie chór, do którego często zapisywały się osoby obdarzone nikłym talentem. Poza tym klub gargulkowy i cieszące się niezwykłą popularnością pojedynki. Można by pomyśleć, że waleczność leży o wiele bardziej wychowankom Hogwartu niżeli twórczość artystyczna. A szkoda! Z chęcią nauczyłabym się tworzyć magiczne obrazy - nieznacznie wzruszyła ramionami z lekkim uśmiechem, nie chcąc wyjść na marudę. Gdyby tylko mogła, wróciła by do szkolnych czasów, które były takie spokojne, praktycznie niczym niezmącone, a jeśli pojawiały się jakieś zawirowania, z perspektywy czasu zdawały się być całkowicie błahe.
Odetchnęła z ulgą, gdy Alexander nie pociągnął kolejnego niewygodnego dla niej tematu. Zamiast tego, jak przystało na chłopca z dobrego domu, napełnił jej czarkę wywarem. Fala ciepła zalała jej twarz, gdy Alex odpowiedział - nie musiał jej tego zdradzać, jednak mimo to poruszył niedogodny, bolesny temat; widziała po jego minie, że właśnie tak musiało być, że pomimo upływu lat, rany nie do końca się zaleczyły. - Tak wiele przeszedłeś... Żadne dziecko nie powinno wychowywać się bez matki - zanim zorientowała się, co robi, w geście otuchy nakryła jego dłoń swoją. Nie do końca świadomym kontaktem chciała uwolnić go od wspomnień, sprowadzić na powrót do rzeczywistości. Jaka matka skazuje swoje dziecko na taki los po stracie drugiego? O to już nie zapytała, nie jej było oceniać decyzje lady Selwyn. - Szlachta to praktycznie jedna, wielka rodzina, więc na brak towarzystwa na pewno nie mogłeś narzekać - uśmiechnęła się delikatnie, jakby obecność ciotek i kuzynostwa mogła zastąpić mu stratę lub chociaż uczynić ją mniej dotkliwą. Pobożne życzenia – wątpiła, czy nawet w momencie usilnych starań, było to możliwe. Ile to razy przyłapywała się, że chciała podzielić się czymś z matką w momencie, gdy już jej nie było. Dla niej, jako dorosłej było to ciężkie, a co dopiero dla małego dziecka, któremu z dnia na dzień nakazali pogodzić się odejściem rodzica. - Wasze fajerwerki często pojawiają się na festiwalu lata, prawda? Mama dość często zabierała nas na otwarte świętowanie, pamiętam, jak Jamiemu lśniły oczy na widok rozświetlonego nieba – uśmiechnęła się do swoich wspomnień z czasów przepełnionych beztroską. Festiwal był ważnym, corocznym elementem – głównie dla waty cukrowej i licznych zabaw, w których brała udział jako mała, zachwycona wszystkim dziewczynka; musiała przyznać, że uplinowanie jej w tłumie czarodziejów stanowiło nielada wyczyn.
- Miała nas i była najwspanialszą matką, jaką moglibyśmy mieć – minęły lata, a wciąż nie pogodziła się z żałobą, która była niczym ossełka, szlifująca wszystkie dobre wspomnienia, czyniąc je bolesnymi, w sposób, który długo nie mogła znieść. Wraz z ich śmiercią zostało z niej wyrwane coś, kawałek duszy, a powstała ranna nie do końca się zasklepiła. „Czas leczy rany” – cóż to za bzdura! Z czasem można co najwyżej przywyknąć do bólu, pogodzić się z nowymi bliznami, zapomnieć jak wyglądało się bez nich… - Byli prawie absuradlnie szczęśliwi. Kochała nas wszystkich i nigdy nie żałowała swojej decyzcji, na którą pozwolili jej rodzice. Chociaż oni przecież widzieli w ich związku także możliwe zyski, dobrze się więc złożyło, że tata kochał ptaki… Inaczej nigdy by jej nie oddali – szepnęła ledwo dosłyszanie, wyrywając się z własnych wspomnień. Uśmiechnęła się niepewnie do Alexandra. Miała wielkie szczęście, tylko dzięki przychylnemu zrządzeniu losu ona i jej bracia zaistnieli na tym świecie – w końcu szlacheckie realia wymagają odpowiedniej kalkulacji i zysków. - Chociaż myślę, że ona i tak znalazłaby drogę, ku temu czego pragnęła. Była silna i niezłomna, może trochę roztrzepana, jeśli chodziło o sprawy codzienne… Ale potrafiła być uparta i miała do zaoferowania światu więcej niż jakakolwiek znana mi osoba – zakończyła równie cicho. Miała matkę, zbyt krótko, ale jednak ją miała… Pamiętała jej obraz, miała wspomnienia, do których mogła wracać, a Alexandrowi odebrali nawet te najbardziej podstawowe przywileje. Nie cofnęła swojej dłoni z jego ręki, tylko ścisnęła ją lekko w geście zrozumienia i współczucia.
- Czasami kłamstwo, to jedyne na co nas stać, Alexandrze – skrzywiła się, a na policzki wystąpiły rumieńce wstydu. Zbyt łatwo przejrzał jej fasadę. Swoim sprawnym wzrokiem magipsychiatry patrzył wprost na nią, na tą newralgiczną część, którą rozpaczliwie chciała ukryć przed światem... O której chciała zapomnieć. - Nie przejęło kontroli nad moim życiem. Oni muszą za to zapłacić. Po prostu muszą, inaczej ja… – zacisnęła gwałtownie usta, dalsze słowa przychodziły jej zbyt trudno. Nie musiała ich wypowiadać, by Selwyn o nich wiedział – musiała działać, tylko dzięki temu utrzymywała się w we względnej całości… nie rozpadała się na tysiąc kawałków. Zemsta ją napędzała, zmieniła jej życie, ale także sprawiła, że, pomimo całego bólu, wciąż istniała. Nie powiedziała już nic więcej, w obawie, że się rozklei. Spojrzała gdzieś w podłogę, pomiędzy puste stoliki, za wachlarzem rzęs maskując smutek i wilgoć oczu. Czuła na sobie jego wzrok, jednak nie odważyła się już na niego spojrzeć. Na Merlina, miał rację. Miał rację... Jednak cóż z tego? Jak powinna zacząć sobie z tym wszystkim radzić?





these violent delights have
violent ends...


Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Zawód : Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
OPCM : 33
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 16
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Wyniuchaj Troski   07.02.18 11:08

Na jej komentarz zadarłem nos do góry tak bardzo, że ledwo byłem w stanie ją widzieć.
- Nie rozumiem w ogóle o czym mówisz - powiedziałem ni to niewinnym, ni to nadąsanym tonem, zaraz jednak uśmiechając się łobuzersko i zaprzestając tworzenia żywej karykatury - po części również i samego siebie, choć daleko mi było do norm wyznaczonych dla każdego porządnego, nudnie standardowego szlachcica. Milczałem, uważnie przysłuchując się temu, co opowiadała mi o Hogwarcie. Niezwykle żałowałem tego, że nigdy nie miałem okazji zobaczyć zamku na własne oczy - dlatego pewnie tak łapczywie spijałem każde słowo wypowiadane do mnie przez kogokolwiek, kto miał okazję uczyć się sztuki magicznej w Szkocji. Obserwowałem przy tym drobne gesty wykonywane przez Josephine kiedy mówiła ze spojrzeniem zagubionym gdzieś pomiędzy wspomnieniami. Zaśmiałem się, gdy wspomniała o beczce oblewającej octem - uświadamiając sobie, że właśnie takich rzeczy brakowało mi we Francji.
- Widzisz, my nie mieliśmy takich atrakcji. Czego niezmiernie żałuję, ponieważ nauka w Hogwarcie brzmi jak o wiele bardziej interesująca przygoda. I też, wiele razy zastanawiałem się, do jakiego domu przydzieliłaby mnie tiara - powiedziałem w zamyśleniu, ponieważ naprawdę chciałbym się tego dowiedzieć. Potrafiłem kłamać i oszukiwać jak rasowy Ślizgon, byłem naiwnie odważny i prawie że lekkomyślny jak co niektórzy Gryfoni, potrafiłem być powiernikiem sekretów i kompanem na zabój jak Puchoni i ostatecznie jednak posiadałem jakiś olej w głowie niczym Krukon, bo w końcu dostałem się na staż do świętego Munga. Prawdopodobnie przydział był w rzeczywistości o wiele bardziej skomplikowanym procesem, a ja bazowałem jedynie na powtarzanych w kółko stereotypach - chciałem jednak wierzyć, że tiara nie miałaby ze mną tak łatwo. Miałem chyba jakiś kompleks związany z tym, że nie uczyłem się na Wyspach i próbowałem to sobie w ten sposób wynagrodzić. Spróbowałem jednak, pomimo mojego wewnętrznego przejęcia tematem czarodziejskiej edukacji, skupić się na rozmowie.
- Wiesz, wydaje mi się, że dzięki podziałowi na domy byliście bardziej zżyci w ich obrębie. U nas każdy trzymał się z każdym i z nikim zarazem. Doliczmy jeszcze to, że artyści to dość często zawistne istoty i mamy w efekcie nie najprzyjemniejszą mieszankę. Mimo że wolę pamiętać to jako idyllę to nie mogę serwować ci tu baśniowej, wyidealizowanej wizji - przejechałem palcem po krawędzi blatu stojącego pomiędzy nami stolika lekko mrużąc oczy. - A co do tworzenia magicznych obrazów to wiesz, nigdy nie jest za późno by spróbować czegoś nowego - uniosłem wzrok i posłałem jej jeden z tych uśmiechów, dzięki którym można góry przenosić. Miała we mnie wsparcie, niech będzie tego świadoma - nie byłem tylko po to, żeby chadzać z nią na herbaty ale i po to, aby mogła się komuś zwierzyć, wyżalić, powiedzieć skrywane w sercu marzenia. Ta relacja nie miała dla mnie jeszcze jasnego charakteru, była jakby hybrydą podejścia stricte uzdrowicielskiego i przyjacielskiego. Teoretycznie powinienem był się tego wystrzegać, kontaktów z pacjentami poza szpitalem. To prowadziło do zbytniego spoufalenia, ryzykowałem przywiązaniem się i zatraceniem obiektywnego spojrzenia - ta znajomość jednak wydawała się mieć szanse na przerodzenie się w coś więcej niż utrzymywanie stopy magomedyk-pacjentka. Już wcześniej tak w końcu robiłem i kończyło się to dobrze, dlaczego więc nie miałoby i teraz? Spokój który ogarniał mnie w czasie sączenia naparu tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu i nie ustępował tak do końca nawet wtedy, gdy rozmowa zeszła na mniej kojące tory. Jej dotyk był czymś całkiem niespodziewanym, toteż spojrzałem an nią najpierw z zaskoczeniem, które jednak szybko przerodziło się we wdzięczność. Wychodzi na to, że nie tylko ona mogła tutaj liczyć na wsparcie. Uśmiechnąłem się w rewanżu, starając znów zdystansować się od niezbyt przyjemnych wspomnień. To było w przeszłości, a przecież należało skupiać się na tym, co jeszcze mamy przed nami. Jak najbliższe lato, które choć nie malowało się w najjaśniejszych barwach biorąc pod uwagę aktualną sytuację polityczną wciąż mogło w jakiś sposób przynieść choć trochę radości.
- Dokładnie, to te same fajerwerki. Jesteśmy bardzo blisko spokrewnieni z Prewettami, tylko przez przypadek nie jestem rudy - zdobyłem się na żart i przewróciłem oczami, jednocześnie skupiając się na tym, by moje włosy przybrały miedzianą barwę. - Nie prezentuję się najlepiej w tym kolorze - westchnąłem niby cierpiętniczo, wracając do mojego naturalnego, ciemnego blondu. W sumie to robiłem to wszystko po to tylko, aby ją rozbawić. Wolałem ją o wiele bardziej wtedy, kiedy w jej oczach tańczyły wesołe iskierki niż błyszczał smutek. Nie było mi jednak dane zbyt długo napawać się radością na jej obliczu. Nastroje w rozmowie zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Utrata bliskich nie była łatwym tematem, nigdy. Mimo wszystko byłem w stanie dojrzeć powstający z jej opowieści obraz kobiety - do której wydawała się być niezwykle podobna z charakteru. Żal ścisnął moje serce, że tak łatwo zamknęła na to oczy nie mogąc spuścić wzroku z krzywdy, która ją dotknęła.
- Wiesz, wydaje mi się, że przy tylu pięknych wspomnieniach jakie z nimi posiadasz wielką stratą jest myśleć tylko o tym, że nie stworzysz już kolejnych zamiast pielęgnować ich pamięć. Możesz oczywiście poświęcić się zemście... ale jest tyle innych pięknych emocji, na których mogłabyś się w tym czasie skupić - odparłem dość smutno, patrząc się na nią prawie że prosząco. - Kłamstwo jest tylko kłamstwem, nigdy nie zastąpi prawdy. Żyjąc w iluzji traci się zbyt wiele, ono nie jest tego warte - powiedziałem, zaklinając ja w duchu, aby nie podążała tą drogą. Zasługiwała na zdecydowanie więcej.




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Josephine Fenwick
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3390-josephine-fenwick#58313 https://www.morsmordre.net/t3429-poczta-josephine#59532 https://www.morsmordre.net/t3431-josephine#59578 https://www.morsmordre.net/f129-enfield-lavender-hill-145-8 https://www.morsmordre.net/t3519-skrytka-bankowa-nr-855#61428 https://www.morsmordre.net/t3428-josie#59531
Zawód : przyszła aurorka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
W całym magicznym świecie gasną światła. Nie ujrzymy ich już za naszego życia.
OPCM : 28
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Wyniuchaj Troski   02.03.18 0:59

Widzę, że podoba mu się żywa relacja osoby, która dorastała w Hogwarcie, przyjmowała jego wartości, kształtowała swoją osobowość ścierając zęby na murach zamku. Opowiadam więc bez tchu o Hogsmeade, Miodowym Królestwie, Trzech Miotłach, obiecując, że kiedyś zabiorę go do wioski, tak bardzo związanej z Hogwartem. Snuję opowieści o historiach przeżytych na wieży astronomicznej i na błoniach, zadziwiam wizją jeziora z wielką kałamarnicą godną prawdziwych morskich stworów, a gdy opowiadam o Zakazanym Lesie, w którym na pewno można byłoby napotkać przedziwne stworzenia, mam pewność, że gdyby tylko był wychowankiem Hogwartu spróbowałaby splądrować jego ścieżki. Widzę w nim gryfońską odwagę, ambicję godną ślizgona, mądrość kruokonów i lojalność własnego domu, wszystkie te cechy się ze sobą mieszają, stąd jestem pewna, że Tiara miałaby nad nim niemałą zagwostkę. Opowiadam o swoich pierwszych chwilach w Hogwarcie, zamku widzianym oczami dziecka - o nauce magii, wciąż niezwykłej, choć przecież wychowałam się w domu nią przesiąkniętym. Alexander może poczuć jakby gubił się wraz ze mną na licznych piętrach, wprowadzony nie na ten poziom przez schody obracające się w nieznanym kierunku. Urzekam go wizją dormitorów, pokoju wspólnego, bibliotecznych ścieżek stworzonych przez regały. Nie wydaje mu się przeszkadzać, że mówię za dużo, praktycznie bezwytchnienia - opowiadam więc o rywalizacji między domami, o meczach Quidditcha. O świętach spędzonych w zamku, o feriach, o przyjaciołach, których miałam wtedy i mam do teraz. Napar podziałał na mnie świetnie, rozwiązał język, odegnał stres, sprawił, że mówię o rzeczach błahych, a także tych ciężkich. Pozwalam mu się poznać. Pragnę by mnie poznał. I odwdzięczył się tym samym. Zadaję więc niezliczone pytania na temat francuskiej szkoły, nawet na tematy, o których mam już nikłe pojęcie. Stopniowo, kwadrans za kwadransem tworzymy namacalny obraz własnej młodości - wystarczyłoby po prostu wyciągnąć rękę, by znów zaznać tego wszystkiego w spokojniejszych czasach, za którymi wciąż mi tęskno. Choć zawsze bliżej było mi do transmutacji, a z zaklęć jestem dość kiepska, to przyznaję mu rację, w tej chwili nie widzę sensu w ograniczaniu samej siebie. Pozwalam mu oddziaływać na siebie w przedziwny sposób - gdyby tylko chciał, mógłby przekonać mnie do wielu rzeczy. Tworzymy subtelną nić porozumienia, zadziwiającą, biorąc pod uwagę, że jeszcze przed godziną uciekłabym od niego czym prędzej. Tak niewiele było trzeba bym zobaczyła w nim kogoś więcej niż uzdrowiciela, który nieraz mi pomógł, Zakonnika, z którego powinnam brać przykład, teraz był... Po prostu Alexandrem, którego stopniowo zaczęłam poznawać. Jego marzenia i bolesne wspomnienia, będące na wyciągnięcie ręki... Czuję ciepło jego dłoni, promieniujące do wnętrza mojej i... tylko eliksir sprawia, że nie cofam się zmieszana, widząc jego chwilowe zawahanie. Uciekam po prostu wzrokiem w bok, maczam usta w naparze, ot tak, dla odwagi. On jednak nie ma nic przeciwko tej trosce. - Geny cię oszczędziły, możesz być rudy albo jakikolwiek chcesz i kiedykolwiek chcesz. Dokładnie tak jak Gideon - rozbawia mnie tą małą zmianą wyglądu, otwiera mi tym samym oczy; widzę już dokładnie, skąd bierze się ta subtelna, przyciągająca aura - Alexander ma z nim tak wiele wspólnego i to nie tylko ta niezwykła zdolność zmiany wyglądu. Troszczy się, staje się opiekunem, przed którym stopniowo odkrywam głęboko skrywane myśli. Zajmuje miejsce, które od dłuższego czasu nie jest obsadzone. - Nasza babka była metamorfomagiem, jednak tylko on był niezwykły - tłumaczę cicho, mając nadzieję, że nie zauważy różnicy w moim zachowaniu. Marne szanse - praktycznie tracę oddech, słysząc jego dalsze słowa. Wystarczyła mu chwila, by zobaczyć wszystko, czego się boję, co skrzętnie ukrywam. Widzi moje motywy, dostrzega, co mną kieruje i nie przyznaje mi racji... W końcu mało kto by mi ją przyznał; wiem, że ci, którzy nagle zniknęli z mojego życia, też by tego nie pochwalili. Dlatego kłamię, okłamuję ich i samą siebie. - Cóż jest złego w tym, że chcę, by za to zapłacili? Zarzucasz mi kłamstwo, ale nie możesz besztać mnie za to, że szukam w życiu choćby cienia sprawiedliwości. Potrafiłbyś żyć z myślą, że ci, którzy odebrali ci wszystko, co kochałeś, wciąż są wolni? Zmusili mnie do życia, którego nie potrafię zaakceptować. Choć się staram, nieustannie kogoś zawodzę. Odebrali mi spokój, wywrócili mój świat i, jeśli nic nie zrobię, nigdy nie przeżyją tego, co ja. Mój świat już dawno obrócił się w proch, teraz ważna jest tylko zadość sprawiedliwości - kończę praktycznie, że szeptem. Moje przyszłość obciążają kajdany przeszłości i dopóki nie znajdę odpowiedniego klucza, dopóki nie znajdę winnych swojego cierpienia, żadna inna ścieżka na mnie nie czeka.





these violent delights have
violent ends...


Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Zawód : Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
OPCM : 33
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 16
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Wyniuchaj Troski   06.03.18 19:14

Patrzenie na to, jak dławi się własnymi nieposkromionymi emocjami było dla mnie ciężkie. Nie do końca wiedziałem, co powinienem teraz zrobić - czy moje działania, słowa nie wywołają tylko pogorszenia sytuacji? Może i miałem w sobie to coś, empatię, drug do rozgryzania ludzi, lecz nie byłem w końcu jeszcze magipsychiatrą. Nauki u Samaela dały mi wiele, lecz wciąż było to za mało. Zrozumiałem to teraz, siedząc przed Josephine, wystawiony na bezpośrednie oddziaływanie jej smutku, żalu, złości, nienawiści. Emocje przemawiały przez nią wyraźnie, łapały mnie w swój krąg i nie chciały wypuścić, tańcząc wkoło i powodując u mnie zawroty głowy. Co powiedzieć?
W końcu udało się komuś sprawić, żebym zamilkł bez jakichkolwiek słów w zanadrzu, które mogłyby okazać się właściwe. Nie zgadzałem się z nią, nie przyjmowałem do wiadomości faktu, że może pragnąć tylko zemsty. Sam walczyłem o wiele spraw, które w moim mniemaniu wydawały się słuszne, lecz wiedziałem przecież, że nie każdy musi je tak postrzegać. Jak ja bym się wtedy czuł, gdybym postawiony został w jej sytuacji? Oczywiście, byłbym wściekły, nie chciałbym przyjąć tego do wiadomości, szukałbym zemsty. Jednak nie byłem przecież człowiekiem mściwym i prędzej czy później - choć raczej prędzej - znalazłbym jakoś sposób by ukoić serce, nauczyć się żałoby, pokornie przetrwać aby w końcu wrócić do życia. Chyba. Zamyśliłem się bardzo głęboko, bo gdzieś we mnie płonął w końcu ten niepowstrzymany ogień, raz wypuszczony spod kontroli nie pozwalał się okiełznać, siejąc zamęt i zniszczenie. Może byłbym w stanie wziąć wodze w swoje ręce i samemu zacząć wymierzać sprawiedliwość? Właściwie... to czy ja już tego nie robiłem, chcąc podejść do Próby Gwardzisty?
Przełknąłem ślinę i sięgnąłem po filiżankę. Na jej dnie został już ostatni łyk naparu. Powoli wysączyłem stygnący już napój i z brzękiem porcelany odstawiłem czarkę na spodek. Uniosłem spojrzenie na Josephine, uśmiechając się delikatnie.
- Przepraszam. Wydaje mi się, że jeszcze życie nie postawiło mnie w takiej sytuacji i nie powinienem Cię oceniać. Może oboje możemy się czegoś od siebie nauczyć - odparłem, zerkając przelotnie na jej dłonie. Filiżanka trzymana w delikatnych palcach była już pusta.
Nadszedł czas na to, aby wrócić do rzeczywistości.

| zt x2




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
 

Wyniuchaj Troski

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18