Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Stara kuźnia
AutorWiadomość
Stara kuźnia [odnośnik]17.07.17 1:53

Stara kuźnia

Nie od dziś wiadomo, że najstarsza część doków kryje wiele tajemnic. Podobnie rzecz się ma ze starą, oczywiście nieużywaną już kuźnią.
Budynek znajdował się na skraju portowej ulicy, jako jeden z niewielu wciąż będąc w stanie niezrujnowanym. Wielokrotnie można spotkać na jego terenie bezpańskie koty, czy panoszące się psy i szczury, a także... ludzi. Najczęściej w okolicach kryją się postaci o mniej lub bardziej marginesowych poglądach. Okazjonalnie pojawiają się tu patrolowe służby, ale ograniczają się raczej do mniej oficjalnych akcji.
Sama kuźnia, o dziwo, wciąż mieści w sobie większość starych, pordzewiałych narzędzi, które wyglądają, jakby ktoś jeszcze przed chwilą ich używał: jakby czeladnik przed momentem zajmował się kuciem tarcz czy podsycaniem ognia wielką dmuchawą. Jednak osmolone palenisko tętni chłodem, a czarne smugi w wielu miejscach pozostawiają drobiny popiołu.
Tajemnicą tak zachowanej przestrzeni, niemal wyrwanej z przeszłości, są duchy. Nikt nigdy nie widział kto i co zajmuje dawną kuźnię, ale niejednokrotnie słyszano świszczące wycie, dostrzegano lewitujące przedmioty, a nocą odgłosy, które sugerowały użytek narzędzi. Jaka jest prawda? Tego prawdopodobnie nie dane będzie się dowiedzieć, przynajmniej dopóki duchy same nie zechcą zdradzić tajemnicy.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stara kuźnia Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stara kuźnia [odnośnik]24.09.17 19:05
| 14 maja

Zapach krwi uderzał mdlącą falą i to było pierwsze wrażenie, które zaatakowało zamglone zmysły Samuela. Otworzył powieki, mając wrażenie, że te zlepione są magiczną substancją, rozmazując obraz i rzucając ciemne plamy, kryjące widzianą rzeczywistość. Chwiejnie poruszył się, odchylając od boleśnie wbijającej się w jego łopatkę...kolca? Zdusił jęk, czując jak ból atakuje jego plecy i rozlewa się cię falą gorąca, zdecydowanie zbyt realną, by mógł uznać za wewnętrzne wrażenia. Gdzie do stu bahanek był?...
Wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności i auror mógł dostrzec wąskie pomieszczenie, w którym się znajdował. Cela? Brudna podłoga, stęchły zapach błota, potu i krwi, a wszystko doprawione szlamowatą wilgocią. W rogu, w dziwnie rozciągniętej pozycji leżał obiekt - Foss - niemal wycharczał nazwisko partnera, którego okrwawioną twarz rozpoznał  - Foss powtórzył, czując jak w gardle zbiera mu sie na mdłości. Drugi auror przypominał trupa, ale gdy opuchnięta powieka drgnęła, Skamander wiedział, że mężczyzna żyje. Tylko jak długo?
Skrawki wspomnień zbierały się, dają obraz ich...porażki. Bo czym innym  mieli nazwać swoją aktualną pozycję? A zaczęło się niemal błahym donosem o domniemanym handlarzu przeklętymi przedmiotami, korzystającym z jednej z czarnomagicznych anomalii. Sprawdzić wszystko musieli, ale dopiero na miejscu okazało się, że sprawa, która miała się okazać jedną z prostszych, urosła do rangi tragedii. Ktokolwiek wysłał krótki liścik, musiał widzieć więcej, niż brzmiała notatka, ale wystarczająco wiele, by biuro aurorskie nie mogło zignorować. Tym bardziej, gdy czarodziejską społeczność dręczył szereg potężnych, magicznych zakłóceń, z którymi ciężko było sobie poradzić.
Na miejscu zostali zaatakowani w grupie, której dwóch aurorów nie było w stanie zatrzymać, ani tym bardziej obronić. Przeszkodzili w czymś, czego znamiona dostrzegł przez kraty celi. Na długim stole leżało ciało, rozwleczone członki opadały poza jego granice, kołysząc się się za każdym razem, gdy rozmazana sylwetka pochylała się z różdżką nad otwartymi ranami ofiary. Oni, mieli być następni. Dwóch aurorów, którzy dali się wciągnąć w pułapkę, albo trafili głupio na przypadkową akcję.
Chrzęst metali, który ciął kości, ponownie skupił uwagę na scenerii za grubymi kratami. Mężczyzna przypominał bardziej ducha, chudego, szalenie bladego, niemal łysy, patrzącego przez jasne denka okularów niemal bez wyrazu. Spojrzenie bielowych źrenic na krótką chwilę spoczęło na więźniach, ale niemal natychmiastowo wróciło do przerwanej czynności. Samuel zamarł, ale nie było to trudne. Nogi miał splątane rudnym, wiązanym sznurem. Prawa dłoń zamknięta w stalowej, obrośniętej w krwawą posokę obręczy i ciężkim, prymitywnym łańcuchem. Teoretycznie było to marne zabezpieczenie przed mocą czarodzieja, chyba...że odebrało się różdżkę, a tej ani Skamander, ani na wpółprzytomny Foss nie posiadali. Tyle, że Samuel potrafił użyć magii nie tylko z pomocą cisowego drewienka, tak niedawno uzyskanego. Czy znowu miał szukać nowej? Poruszył uwięzioną ręką czując, jak łańcuch napina się, ale dając wystarczające pole dla gestu, który wykonał. Ciche Diffindo rozerwało pętające go więzy. Odczekał chwilę, nim przesunął zdrętwiałe nogi, ostrożnie, czekając, aż obrzydliwa postać zajmie się jeszcze obrzydliwszym zajęciem. Dopiero w momencie, gdy usłyszał paskudny dźwięk łamanej kości u martwego nieszczęśnika, zbiegł się z jego formułą - Reducto - wykręcił dłoń pod dziwnym kątem, nie patrząc na cieknącą obficie krew z rozerwanego przedramienia. Był osłabiony, ale wciąż żywy, a to mogło nadawać mu znamiona niebezpiecznego. Dopiero powtórzone zaklęcie przyniosło efekt, a przyrdzewiały splot łańcucha pękł, opadając na kamienną posadzkę.
- O, zbudził się - głos był wysoki i zgrzytliwy i Samuel nie miał wątpliwości, że należał do stojącego przy stole oprawcy - Poczeka jeszcze. Chwila nastąpi - dziwny, twardy akcent i łamana lakonicznością wypowiedź sugerowała, że nie był rodowitym Brytyjczykiem. Gniewny odzew nie nastąpił, zamiast tego, czarnowłosy podsunął się bliżej ściany, wiedząc, że jest obserwowany. Nie robił gwałtownych gestów,w ciąż trzymając obie dłonie za sobą. Piekielny nieznajomy widział to co chciał i wierzył, a Skamander nie miał zamiaru wyprowadzać go z błędu. Musiał pozbyć się przerażającego chudzielca, najlepiej jednym zaklęciem. Ryzykował wiele, a w warunkach, które go obarczały, było więcej niż prawdopodobne, że coś pójdzie nie tak. Zerknął na towarzysza, który - chociaż z wciąż zamkniętymi oczami, wydawał się być już przytomny. Poruszenie zsiniałych dłoni świadczyło, że tak jak Samuel przed chwilą, sprawdzał własne możliwości i ograniczenia. Wyszeptane zaklęcie pozbawiło więzów także drugiego aurora, ale na próbę podniesienia, niemo pokręcił głową, wskazując gestem obecność za kratami. Musieli się go pozbyć, albo unieszkodliwić na tyle, by zdołali wydostać się z celi nim...no właśnie. Nim skończą, jak rozwleczone zwłoki na stole. Samuel nie wiedział, czy ktoś za chwilę nie pojawi się, pozbawiając jedynej szansy na wyzwolenie.
- Nie wyjdzie ci - ochrypły głos wydostał się zza rozdartych warg, a przy każdy słowie czuł słodko-metaliczny posmak krwi. Nie widział na jedno oko i nawet nie próbował sprawdzać rany na głowie, z której krew krzepła na jego twarzy. Potrzebował prowokacji, ale takiej, która nie zagrozi użyciem różdżki. Chudzielec musiał czuć się wystarczająco pewni, by zbliżyć się do nich bez używania magii - Już jest - bladolicy nawet nie odwrócił głowy, gdy umazane we krwi ręce, niemal po łokcie zanurzał w martwym ciele. I nawet jeśli Samuel widział wystarczająco wiele, by utrzymać opanowanie, czuł, że przy najbliższej okazji będzie musiał zwymiotować. Kilka razy, a żołądek wciąż zaciskał się nie tylko od wdzierającego się odoru krwi, ale i ran, które sam otrzymał. Co za piekielne miejsce i jakim chorym działaniom służyły? - Zaraz tu będą - uparcie ochrypły ton i wciąż uparte skupienie obrzydliwego chudzielca. Miał ochotę złapać żylaste ramiona i zgnieść. I zapewne ten gniew usłyszał w końcu adresat - Za dużo mówi. Potem już nie będzie. Tylko krzyk będzie. A moc będzie moja - blade oblicze, do tej pory pozbawione jakichkolwiek emocji tym razem zarysowało się ...ekstaza? Czy ich czarodziejski świat, rzeczywiście aż tak nisko upadał?
- Jedyne co dostanie, to porażka - prawie wypluł zdanie razem z rzeczywistym splunięciem. I czy to jego własne zachowanie, czy trącona niepewność, zmusiły bezwłosego do przerwania zajęcia. Różdżki nie odłożył - Nie przeszkadzać. Zawołać katów. Uciszą - czy było to pytanie, czy groźba, ciężko było stwierdzić - Rozumiem, że sam nie umie? - tym razem to Foss odezwał się, zmuszając ciało do uniesienia wyżej. I zapewne to całkiem wytrąciło ich kata z równowagi. Skrzywił się, dziwnie zaciskając wąskie wargi - Eliksir nie działa. Źle - i jak na tak wysoką, sztywną - wydawałoby sie - postać, błyskawicznie pojawił się tuż przy kratach, nachylając się w pełnym zgięci, zupełnie tak, jakby nie potrafił ugiąć kolan. Ale to wystarczyło. Musiało wystarczyć. Samuel zerwał się do przodu, ignorując paskudny, ogniskujący się pod żebrami ból, by dopaś do krat i uderzyć z impetem w nachyloną twarz. Pięść zahaczyła o zęby, rozdzierając wargi, a przyjemny chrzęst wieścił przynajmniej wyłamanie jednego. Bladolicy odgiął się gwałtownie, uderzając szarpniętą ręką o kraty - Łap różdżkę - krzyknął, ale Foss, na kolanach już znajdował się obok. Nim kat zebrał się, by wymówić w całości inkantację, drugi auror przygwoździł jego ramię, wybijając z dłoni jedyną (prawdopodobnie) broń, jaką ich przeciwnik posiadał. Samuel wychylił obie dłonie przez kraty, łapiąc za materiał długiego kitla, przyciągając do chrzęszczących krat. Musiał złapać za głowę, zaciskając przedramię na szyi szarpiącego się dziko obcego. Wierzgnął nogami, kopiąc nogę długiego stołu, ale auror był wystarczająco zawzięty i zdesperowany, by mimo wszystko go utrzymać - Drętowta - wycharczał Foss, doprowadzając cicho przeciwnika do całkowitego unieruchomienia, jeszcze zanim dopływ tlenu pozbawił go zmysłów.
Skamander wypuścił sztywne ciało, opierając się o kraty w rwącym boleśnie oddechu. Rozkaszlał się chrapliwie, opluwając dłonie krwią. Nie mieli wiele czasu. Kolejne zaklęcie otworzyło zardzewiałe kraty, a w następnej chwili, zblokowali wejście. Znajdowali się gdzieś...w dole. Piwnice? Katakumby? I Ile czasu minęło, odkąd zostali złapani?
Wysłany patronus, podwójnie, pomknął do aurorskiego biura i obaj, chociaż wyczerpani i ranni, mieli? pewność, że ktoś miał się niedługo pojawić. Huk dobijania do ciężkich, metalowych drzwi świadczył o alarmie, który musiał zostać rzucony. Ktokolwiek i po cokolwiek był na górze, prawdopodobnie w pośpiechu się ewakuował, albo planował. Ale to, co znajdowało się w piwnicznej pracowni, wystarczyło na bardzo długą listę oskarżeń i jeszcze dłuższy pobyt w Azkabanie. Musieli tylko wytrwać do czasu dotarcia posiłków. A jeśli nie było ich wystarczająco długo, ktoś musiał już ich szukać.
Opierając się o jedną ze ścian, ze znalezionymi w szkatule różdżkami - trwali. Teleportacja była wyłączona, ale każdy z aurorów wiedział, że w stanie, w jakim się znajdowali, prawdopodobnie i tak pojawili by się gdzieś w kilku miejscach. Rozszczepieni.
A najgorsze z całej akcji, miały być raporty.

| zt


Darkness brings evil things
the reckoning begins
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 54
UROKI : 31
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
Stara kuźnia 9l89Y7Y
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340
Re: Stara kuźnia [odnośnik]13.10.17 0:28
| 13 maja

Bezsenne noce stawały się dla niej czymś normalnym, chociaż jeszcze dosłownie przed chwilę potrafiła naturalnie złożyć głowę do snu i budzić się każdego ranka z przeczuciem, że może ze spokojem zacząć nowy dzień. Po dziewiątym maja wszystko zaczęło się zmieniać – chociaż zmiany już powoli wtoczyły się do jej życia razem z kwietniową misją Zakonu Feniksa – z mocą kuli śnieżnej, którą ktoś omyłkowo zepchnął ze stoku. Ogień w Hogwarcie był łagodnym płynięciem po białej pierzynie, spotkanie nieznajomego mężczyzny, który prawie ją zabił, kolejną warstwą przyklejającą się do pocisku. Wszystko zaczęło biec szybciej, gdy po pochowaniu Trzpielota pod jej powiekami narodziły się pierwsze koszmary. Makabryczne wizje, które nie była w stanie pozbierać, zatrzymać, wyzbyć się ich. Nie dawało nic ciepło koca, nie pomagała bliskość Herewarda, jego kojący dotyk. Nie wiedziała co robić, ale nie panikowała już. Mówiła sobie, że to minie, że jeszcze chwila i wszystko wróci do normy; że skończą się koszmary, w których rodzi martwego hipogryfa albo te, gdzie zagląda w samą głębię oczu oprawcy Rossy, oczu, które razem z twarzą tworzą czarną nicość przypominającą maskę dementora. Płakała w nocy, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy. Świadoma była za to krzyków. Swoich własnych wrzasków, które przetaczały się nie tylko przez Lord Street, ale też wcześniej przez kornwalijskie pola. I wstydziła się tego.
Zamrugała powoli, wpatrując się w niewielki skrawek pergaminu, który wyjęła z niewielkiego naszyjnika Rossy. Znalazła go w jej rzeczach, które wynieśli z Fredem z jej byłego mieszkania, był zawinięty w szal, dobrze skryty przed dłońmi nieproszonych gości. Zawiesiła go teraz sobie na szyi, upewniając się jednak wcześniej, czy nie jest obłożony klątwami. Nie był, na szczęście. I tym razem przykre konsekwencje majowego wybuchu ominęły ją szerokim łukiem.
Na razie nie miała odwagi wchodzić po schodach na górę, do niewielkiego pokoju, poniekąd kawalerki, izdebki, którą Rossa wynajmowała na swoje potrzeby. Nie wiedziała, czy teraz nie było tam już nowego właściciela, czy jej rzeczy nie zostały spakowana i pozostawione gdzieś albo najzwyczajniej w świecie zabrane, bo uznane zostały za drogocenne. Na Nokturnie na pewno można było dostać jakąś sumkę za zdatne do spożycia eliksiry, które wciąż miały swoją moc.
Wzięła głęboki wdech, po raz kolejny, i mocniej okryła się swoim płaszczem, żeby ochronić się przed mocniejszym powiewem wiatru. Pogoda znów szalała, chociaż teraz zdawała się okazywać swoje humory w nieco mniej… drastyczny sposób.
Czekała, zastanawiając się, czemu przyjdzie im stawić czoła w byłej pracowni jej siostry. Zabezpieczyła to miejsce? Jak mocno?
Niech cię szlag, Rossandro Wilde.


Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku

Eileen Bartius
Zawód : Magibotanik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
didn't i show i cared?
i do
oh, i do

OPCM : 11
UROKI : 4
ALCHEMIA : 13
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/45
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
Stara kuźnia 1hKUbRW
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f222-hogsmeade-134-dom-bartiusow https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
Re: Stara kuźnia [odnośnik]14.11.17 21:35
Coraz trudniej było odróżnić sen od rzeczywistości – nie tylko dlatego, że ten nie chciał przychodzić tak lekko jak kiedyś. Permanentny koszmar zdawał nigdy się nie kończyć, bez względu na to, jak mocno nie próbowałem zacisnąć powiek. Mówiłem o sobie, że niosę światło. Że rzucam wyzwanie burzowemu niebu, gdy nie podoba mi się jego kapryśna barwa. Tymczasem sam zostałem siewcą wiatru. Kataklizmem wysysającym życie. Krótkie chwile radości – jak moment, w którym wraz Benem udało nam się okiełznać chaos rozsadzający londyńską świątynię od środka – były zbyt ulotne, bym potrafił wykrzesać z nich iskrę dostatecznie mocną, by rozpaliła w moich żyłach dawny ogień.
Ogień, który zamieniał się w pogożelisko z każdym dniem, skrupulatnie zalewany przez obojętność Lovegood.
Myliła się co do tego, twierdząc, że tylko ona posiadała egoistyczne pobudki względem mojego towarzystwa – nie potrafiła jednak pojąć tego, jak olbrzymią siłę odnajdywałem w samym jej spojrzeniu, najdrobniejszym geście, a nawet w słowach przesączonych jadem. Ta cała butna postawa wobec świata, te nie, które znaczyły tak, irracjonalny strach przed własnymi emocjami i szaleństwo muśnięte goryczą – wszystko, wszystko to było zaprzeczeniem mojej wewnętrznej filozofii istnienia – i może właśnie dlatego odnajdywałem balans. Zmuszała mnie do walki, gdy nieustannie prosiłem się o pokój. Wyrzucała za drzwi, gdy je forsowałem. Była moim zdrowym rozsądkiem tak samo, jak ja jej.
Była moją największą siłą.
Bez niej czułem się zwyczajnie słaby.
Miała jednak rację, twierdząc, że z naszej dwójki to ja, z pozornie dobrym słowem na ustach, byłem niszczycielskim żywiołem. Jakby moja dwoista, lisia natura stroiła sobie ze mnie żarty, doprawiając mi niepochlebną łatę oszusta.
Przestałem szukać przebaczenia – choć kapitulacja nie była mi pisana. Postanowiłem skupić się na działaniu. Wiedziałem, że muszę coś robić, jeśli nie chcę wpaść w otchłań szaleństwa. Pozwolić pochłonąć się sprawom pracy i Zakonu. Sprzymierzeńcem okazała się dawna przyjaciółka.
Jak zwykle nie zawodziłaś, Rosso.
Było już ciemno, gdy wkraczałem do budynku. Instynktownie sześciokrotnie upewniłem się, czy nikt za mną nie podążął – kilka zaklęć (przy jednym poczułem dziwne zawroty głowy), po czym zniknąłem wewnątrz budynku, zgodnie z przypuszczeniami odnajdując młodszą Wilde.
- Cześć, Eileen. - Posyłam ci lekki uśmiech, który perfekcyjnie maskuje wszystkie moje upiory, które przywlekły się za mną aż z mieszkania. Z wiekiem coraz trudniej było upychać je w szafach, za zasłoną, czy pod łóżkiem. - Jak się czujesz? - Pytam miękkim głosem. Mam nadzieję, że lepiej niż ja. Kiedy widziałem cię ostatnio, przypominałaś raczej zjawę niż człowieka. - Powinienem wiedzieć jeszcze coś istotnego, zanim wejdziemy na górę? - Zanim zmierzymy się z przeszłoścą. Zanim na dobre poogrzebiemy obraz Rossy, którą znaliśmy.


Kundle, odmieńcy, śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci,
ej, duszy podpalacze,
Róbmy dym
Frederick Fox
Zawód : Rebeliant
Wiek : 33 (36)
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
fire is catching
and if we burn
you burn with us
OPCM : 51
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag
Stara kuźnia Giphy
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f413-devon-lisia-nora https://www.morsmordre.net/t3769-skrytka-bankowa-nr-605#69393 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
Re: Stara kuźnia [odnośnik]21.11.17 20:55
Każdy miał swoje tajemnice. A one miały to do siebie, że pragnęły wydostać się na światło dzienne. Nie wystarczało im żywienie się obawą swych właścicieli, wolały droczyć się, dręczyć oraz... przypominać o tym, iż przeszłość naprawdę się wydarzyła i nie można było uciec od tego, co ze sobą niosła.
Pandora miała wiele sekretów. Trzymała je blisko przy duszy, one dodawały jej otuchy, stanowiły część jej osobowości. Jednak w pewnym momencie coś się zaczęło psuć, dogoniły ją negatywne konsekwencje duszenia słów i emocji w sobie; nowa sytuacja zastała ją kompletnie nieprzygotowaną. Zagubiona, próbowała dopasować stare odłamki swojego życia w dostępne miejsca, lecz okazało się to niemożliwie trudne. Zaczęła więc udawać, utrzymywać pozory, jakby wszystko było w porządku. Wcale nie odliczała już dni, nie spoglądała z melancholią w stronę amuletów ochronnych, trzymanych na-wszelki-wypadek, nie wracała myślami do ostatniej spisanej na szybko instrukcji – obiecała, że ją spali, tylko z tym trochę zwlekała – ani do tego nieszczęsnego pudełka, oddalonego o kilkaset mil od serca Londynu. Wszystko było pod kontrolą, aż nadszedł maj. Nie chodziło o samą pamiętną noc, która pozostawiła trwałą rysę w historii czarodziejskiego świata, choć i ona miała w tym zapewne jakąś rolę. Wiązało się to raczej z jej przeprowadzką, przenoszeniem rzeczy oraz rozpakowywaniem wspomnień.
Ostatnim razem, gdy podejmowała podobną decyzję, ktoś kogo dawno nie widziała namawiał ją do tego i nie mogła się oprzeć pewnemu uczuciu déjà vu, nawet jeśli miejsce o s o b y zajmowała tym razem pusta przestrzeń. Próbowała je odegnać, ono jednak kręciło się wokół niej uparcie niczym przybłąkany kuguchar. Młoda wiedźma stanowczo mu odmawiała, nie chciała ulegać jego zachciankom, acz jej nastawienie powoli topniało, ustępując wymówkom, które nagle nabrały dla niej dużego znaczenia. Tylko sprawdzę. Przecież nic się nie stanie. Upewnię się. Rossa na pewno doceni taką zapobiegliwość. A może natrafię na jej ślad? Kto wie czy nie czeka na pomoc! Od jednej myśli do drugiej, wyprawa do doków wydała jej się całkiem uzasadniona, wręcz konieczna. Z tego, co słyszała, magia siała spustoszenie w najdalszych zakątkach Anglii, być może sięgnęła też ku dokom. To, co znajdowało się w pudełku, ukrytym pod deskami malutkiej izdebki na stryszku starej kuźni, miało nieoszacowaną wartość, a więc zasługiwało na jak najlepszą ochronę.
Przemierzając ciemne uliczki, prowadzące do jej dzisiejszego celu, panna Sheridan żałowała, że wybrała się tu tak późno. Co rusz przyspieszała kroku, oglądając się nerwowo za siebie i dmuchając w zziębnięte dłonie. Starała się poruszać jak najciszej, ale ten instynkt walczył z pragnieniem upewnienia się, iż nie zrujnowała powierzonego jej zadania. Skarciła się pod nosem, wtulając twarz w ciepły szal, skrywający nieco nieudolnie jej blade policzki. Nie musiała mieć kontaktów w półświatku, by domyślić się w jakiego rodzaju kłopoty mogłaby się tu wpakować, dlatego ściskała między palcami swą różdżkę, kryjąc jej dłuższą część w rękawie czarnego niczym noc płaszcza. Jej własny, przyspieszony oddech był jedynym dźwiękiem, docierającym do jej uszu, co budowało coraz większe napięcie. Nie pomagał fakt, że skręciła nie tu gdzie powinna i dotarcie do kuźni przeciągnęło się, budząc w niej kolejne, irracjonalne obawy. Nie była przesądna, mimo to data trzynastego, poplątane plany, niewyjaśnione przeczucie trzymające się kurczowo jej osoby, sprawiały, iż jej ruchy stawały się gwałtowne, nagłe, najmniejszy szmer wprawiał jej serce w szalony bieg. Powtarzała sobie po co się tu zjawiła i to pozwalało jej brnąć dalej aż dotarła do tylego wejścia, o którym dowiedziała się z notki na marginesie zeszytu, prowadzonego na potrzeby ich wspólnych lekcji. Miała wkraść się używając drabinki sznurkowej, przewieszonej przez niewielkie okienko na szczycie budynku. Prostym zaklęciem sprowadziła ją w dół i właśnie tak znalazła się w małej izdebce, przeglądając popakowane w pudła rzeczy Wilde.
Wydało jej się to dziwnie smutne. Wyglądało jakby ktoś chciał się ich pozbyć, jakby żegnał osobę, która nigdy już tu miała nie wrócić. Co za niedopatrzenie, przecież ubrania, książki, nawet te filiżanki należały do kogoś i podejrzewała, że właścicielka ucieszy się, gdy odkryje, iż nie zostaną zapomniane. Kilka przypadków, sentyment były kilkoma powodami, dla których Pandora znalazła się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze. Przeglądała jakiś album ze zdjęciami, zupełnie pogrążona w rozmyślaniach, kiedy usłyszała czyjeś kroki. Po nich wymiana kilku zdań i to wystarczyło, by zamarła w bezruchu. Chłód ogarnął jej ciało, a panika zaczęła się rozprzestrzeniać wraz z nim. Pierwsze, co przyszło jej na myśl to chwycić pudełko – to, po co przyszła – i schować się, o, na przykład pod łóżkiem! Niestety, przy tym nadepnęła na wyjątkowo starą deskę, która zaskrzypiała pod jej ciężarem. Nie czuła się na siłach, by wypowiadać inkantacje magiczne, musiała jednak działać. Spróbowała więc rzucić na siebie zaklęcie kameleona, chowając się przy tym w rogu pokoju, za półotwartymi drzwiami.


we all have our reasons.
Pandora Sheridan
Zawód : nikt
Wiek : 22.
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
you're a little late
i'm already torn
OPCM : 5
UROKI : 13
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
to form imaginary lines, forget your scars we’ll forget mine.
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t4892-pandora-a-sheridan https://www.morsmordre.net/t4914-poczta-pandory#107112 https://www.morsmordre.net/t4913-never-say-no-to-panda https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t5032-skrytka-bankowa-nr-259#108047 https://www.morsmordre.net/t4917-pandora-a-sheridan
Re: Stara kuźnia [odnośnik]21.11.17 20:55
The member 'Pandora Sheridan' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 54

--------------------------------

#2 'Anomalie - CZ' :
Stara kuźnia Ak2Kizx
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stara kuźnia Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stara kuźnia [odnośnik]16.12.17 12:10
Miała dość tajemnic. Wszystkich tych mrocznych sekretów, które Rossa chowała nie tylko przed nią, ale i też przed swoimi przyjaciółmi, sprawiając tym samym, że zamiast sojusznika, mieli w niej wroga. Nie mogła wybaczyć jej tych milczących dni, kiedy starsza siostra pokazywała jej, jak bardzo nie mogły sobie ufać, a z których istnienia dopiero teraz zdawała sobie sprawę. To było jak cios prosto w serce - umiejętnie wyprowadzony, przecinający za jednym zamachem wszystkie najważniejsze arterie gromadzące życiodajną krew. Zamiast więc żałować starszej Wilde, Eileen zwyczajnie odwracała się od niej, będąc nie bez powodu wściekła i rozdrażniona. Do tego dochodziły te cholerne koszmary. Nawet wetknięty na palec pierścionek zaręczynowy, do którego jeszcze nie mogła się przyzwyczaić, nie pomagał. Odetchnęa głęboko, czując, jak przy wdechu przyspiesza jej serce. Zimne powietrze wypełniło jej płuca orzeźwiającym strumieniem. Powoli odlatywała. Pojawiająca się obok sylwetka Fredericka pomogła jej stanąć z powrotem na ziemi. Zamrugała niemrawo, zmuszając duszę do natychmiastowego zwrotu. Była śpiąca.
- Hej, Fred - przywitała się, chrząkając cicho, bo prócz zastałego umysłu, zastało jej się również i gardło. - Kiepsko, ale to chyba już norma. Ostatnio kiepsko sypiam - nie musisz wiedzieć, że nie sypiam w ogóle. To nic wstydliwego, ale dla mnie to jednak zbyt osobiste. A chciałam grać w otwarte karty. - Ale taka chyba przypadłość maja. A ty? Jak źle w skali od 1 do Eileen, nie pytaj? - pokolorowała swoją bladą twarz uśmiechem. Za chwilę jednak ten zniknął, zastąpiony wyrazem skupienia. - Chyba nie... właściwie dostałam wiadomość od właściciela kuźni, że spakował niektóre z jej rzeczy do kartonów i tylko czekał na nas, żebyśmy je zabrali. Mam klucze. I... - a może dobra wiadomość? - Nie, nic, nieważne. Powiem ci później, może to poprawi ci humor.
Gdy ruszyli na górę, znów poczuła poruszające się za żebrami serce. Żadne z nich nie wiedziało, co ich spotka w pomieszczeniu nad kuźnią. Eileen miała tylko nadzieję, że Rossa nie okazała się nagle tak podłą istotą i nie przygotowała dla nich pułapek. Wyciągnęła różdżkę, przygotowując się jednak na najgorsze. Puściła Freda przodem, wiedząc, że gdyby cfokolwiek się stało, zareagowałby znacznie szybciej niż ona.
I nagle usłyszała niepokojący odgłos skrzypienia. Pamiętała tę jedną deskę, którą Rossa przeklinała za każdym razem, gdy się spotykały.
Mogłabym sobie różdżkę odebrać, że słyszeli mnie w całych dokach!
- Słyszałeś to? - szepnęła do niego, czując, jak serce, wybijające teraz wojenny hymn, podchodzi jej do gardła. Ktoś tam był. - Ostrożnie...
Ale kiedy weszli do środka, nie zastali nikogo.
- Lumos.
Musiała rozejrzeć się dookoła, a ciemności w tym nie pomagały.


Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku



Ostatnio zmieniony przez Eileen Wilde dnia 03.01.18 16:59, w całości zmieniany 1 raz
Eileen Bartius
Zawód : Magibotanik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
didn't i show i cared?
i do
oh, i do

OPCM : 11
UROKI : 4
ALCHEMIA : 13
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/45
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
Stara kuźnia 1hKUbRW
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f222-hogsmeade-134-dom-bartiusow https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
Re: Stara kuźnia [odnośnik]16.12.17 12:10
The member 'Eileen Wilde' has done the following action : Rzut kością


'Anomalie - CZ' :
Stara kuźnia Rsb7Clw
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stara kuźnia Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stara kuźnia [odnośnik]11.01.18 20:49
Maj ścielił się gęsto trupem, a choć śmierć stała się nieodłączną towarzyszką, nie potrafiłem przywyknąć do myśli, że niektórzy po prostu odchodzili – na zawsze, zatrzymani we wspomnieniach, przez które perspektywa ich niebytu nieustannie pozostawała irracjonalna. I choć Rossa najwyraźniej miała sporo na sumieniu, moja podświadomość wyparła wszystkie złe chwile z nią związane, pozostawiając tylko te, które czyniły jej obraz czystym, niezmąconym. Nie mogłem jednak zaznać spokoju trwając w niewiedzy, podczas gdy rozwikłanie zagadki jej śmierci zdawało się być tuż na wyciągnięcie ręki. W jakiś sposób czułem, że jestem jej to winien – i być może Eileen również.
Nie, nie wyglądała najlepiej – ale musiała nieść w sobie olbrzymią siłę, przecież niespełna dwa tygodnie temu otarła się o śmierć, a pomimo tego stała tutaj przede mną, nadal gotowa walczyć o prawdę.
- Skłamałbym, gdybym powiedział, że lepiej niż ty. - Przyznałem, dostrzegając znużone powieki Wilde, typową zgryźliwość odsuwając jednak na bardziej pogodne chwile. Nie odnalazłem w sobie fantastyczności, która na moment zaiskrzyła we mnie podczas spotkania w Gospodzie pod Świńskim Łbem. Nie chciałem jednak, aby Eileen była zmuszona do spoglądania na moje marsowe oblicze – powinienem był zmyć ten głupi wyraz twarzy, ale nawet metamorfomagia okazywała się bezskuteczna w walce z wisielczym natstrojem. Młodsza Wilde nie mogła jednak znać prawdziwej przyczyny, dla której pozostawałem słaby. Ja, Frederick Fox, który jeszcze przed miesiącem postawiłbym własny ogon na to, że nie dam się stłamsić żadnym czarnym humorom. A jednak marazm dopadł i mnie, wgryzając się w skórę niczym żądna krwi pijawka. - Nie mogę spać, ale poza tym dolega mi tylko ból istnienia. - Wzruszyłem ramionami, jakbym mówił o wczorajszym obiedzie, w gruncie rzeczy zarzucając Eileen obezwładniającą szczerością, na którą być może nie była gotowa. Kąciki moich ust nieznacznie zadrgały. Jeśli nie mogłem być fantastyczny, jeśli nie mogłem już podarować jej odrobiny uśmiechu, zostawało mi dzielić się tym, co leżało na sercu, ściskając je mocno. Jak cytrynę. - Martwię się o bliskich. - Bo kto, w obecnej sytuacji, nie trwał w tym strachu, skoro wokół zarówno czarodzieje jak i mugole padali jak muchy? A wszystkiemu byliśmy winni m y. Poza tym wszystko wskazywało na to, że rzuciła mnie dziewczyna, ale to hasło jakoś nie chciało przejść mi przez gardło. Jakby wypowiedzenie tych słów na głos miało powstrzymać je przez urealnieniem. - Ale w tym całym gównie robię to, co do mnie należy. I wierzę, że będzie lepiej. - Nadal, naiwnie, pomimo napotykanych trudów. Nie ma to jak pełna pokrzepienia przemowa aurora.
Choć nadprogramowy błysk chłodnego metalu na palcu Eileen nie umknął mojemu czujnemu wzrokowi, nie powiązałem go ze zmianem stanu – a szkoda, bo w ostatnim czasie deficyt dobrych wieści wydawał się przytłaczający.
Skinąłem głową na te enigmatyczne wyjaśnienia, z lekkiego podekscytowania wnioskując, że czekały na nas dobre wieści – różdżkę jednak cały czas obracałem w palcach, a wzrokiem badałem każdy cal klatki schodowej, gdy już znaleźliśmy się we wnętrzu. Drewniane stopnie uginały się pod nami zaskakująco cicho, pozwalając na bezszelestne wdrapanie się na górę. Krótki alarm podniesiony przez Eileen podniósł moją czujność, a czar, który rozświetlił pomieszczenie ciepłym światłem, błyskawiczie odkrył przede mną skrywaną tajemnicę.
Miała rację. Ktoś tu był. Rozpoznanie czarodzieja pozostającego pod wpływem zaklęcia kameleona nie stanowiło dla mnie większego wyzwania. Zanim jednak skierowałem różdżkę w stronę intruza, który najwyraźniej nie zdołał wyczuć, że został zdemaskowany, trzy razy upewniłem się, czy wewnątrz nie czekało na nas więcej nieproszonych gości. Wszystko wkazywało jednak na to, że była nas tylko trójka.
- Expelliarmus! - Rzuciłem gwałtownie, celując w ścianę – a przynajmniej tak mogło wyglądać to z perspektywy Wilde. Snop światła powirował w pustkę, po chwili dało się jednak usłyszeć stukot drewna, lądującego gdzieś na drugim końcu pomieszczenia. Żadne z nas się nie pomyliło, w kuźni przebywał jeszcze jeden czarodziej. - Finite incantatem! - Zainkantowałem tuż po tym, mierząc w tym samym kierunku, by na dobre zdemaskować intruza. Bo jak inaczej mogłem określić kogoś, komu najwyraźniej nie w smak było to nieplanowane spotkanie?


Kundle, odmieńcy, śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci,
ej, duszy podpalacze,
Róbmy dym
Frederick Fox
Zawód : Rebeliant
Wiek : 33 (36)
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
fire is catching
and if we burn
you burn with us
OPCM : 51
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag
Stara kuźnia Giphy
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f413-devon-lisia-nora https://www.morsmordre.net/t3769-skrytka-bankowa-nr-605#69393 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
Re: Stara kuźnia [odnośnik]11.01.18 20:49
The member 'Frederick Fox' has done the following action : Rzut kością


'Anomalie - CZ' :
Stara kuźnia HXm0sNX Stara kuźnia HXm0sNX
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stara kuźnia Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stara kuźnia [odnośnik]01.02.18 13:54
Zdolność adaptacji do zmian była bardzo przydatna umiejętnością, zwłaszcza w maju, który obfitował w niepokojące zdarzenia, które tych zmian przynosiły zbyt wiele. Frederick radził sobie z tym znacznie lepiej niż Eileen, jak sama sądziła. Nie potrafiła jeszcze pogodzić ze sobą tylu bodźców, jednocześnie negatywnych i pozytywnych; ale jednak potrafiła przyznać, że wszystko jest z nią w porządku, chociaż robiła to raczej z przyzwyczajenia, a nie woli powiedzenia prawdy.
Patrzyła na niego z podziwem, który plątał się w rysach twarzy, w szeroko rozchylonych powiekach, w uniesionych brwiach. Być może sam czuł się słaby, ale sposób, w jaki mówił o swojej sile, nie pozwalał nawet podejrzewać, że było znacznie gorzej. Każdy był teraz słaby, każdy czuł się przygnieciony doświadczeniami, każdy wytyczał dla siebie swoją granicę wytrzymałości. Eileen zaczynała być już coraz bliżej tej swojej, zakreślonej grubą kreską zaraz po obudzeniu się pierwszego maja w świętym Mungu. Kiedy mówiła, że przeżyje wszystko, ale teraz nie była tego taka pewna.
Bo zdawało jej się, że to wszystko już przeżyła; że po wszystkim można już tylko zniknąć.
Dobrze się trzymasz, Fred – uchwyciła go za ramię w troskliwym geście. – Obyś trzymał się tak dalej. Możemy być zmęczeni, wy możecie – wy, Gwardziści – ale musimy żyć dalej. Dla innych.
Mimo tak wielu strat i bólu, idea Zakonu Feniksa wciąż musiała się w nich tlić, choćby cały świat próbował ją zagłuszyć, przesłonić czernią i jaskrawymi ślepiami węża wysuwającego się z pustych oczodołów ludzkiej czaszki.
Wzięła głęboki wdech. To nie będzie lekki wieczór. Ale miała nadzieję, że szybko oderwą ten plaster i odkryją w końcu, co kryło się za niedopowiedzeniami, jakimi karmiła ich Rossa.
Już od progu dostali garść niespodzianek.
Nie miała pojęcia, jak Frederickowi udało się zareagować tak szybko na coś, co teoretycznie nie istniało. Zorientowała się, że tym niczym była dziewczyna, dopiero gdy auror zakończył działanie jej zaklęcia kamuflującego. Stała jak wryta – zresztą nie tylko Eileen.
Drobina nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat. Miała na sobie typowo mugolski sweter z grubej wełny, a pod nim czarodziejską szatę, dość charakterystyczną dla osób pracujących w Ministerstwie, zwłaszcza dla początkujących stażystów, którzy chcieli przypodobać się zwierzchnikom pod każdym względem. Sweter musiał być założony już po wyjściu. Albo tutaj? Wilde zauważyła wybrzuszenie pod nim na wysokości brzucha. Dziewczyna uniosła jedną rękę do góry, blednąc na twarzy jeszcze bardziej; drugą przytrzymała to coś. Jej różdżka upadła gdzieś obok starej, zniszczonej toaletki z mahoniowego drewna. Orzechowe, lśniące gdzieniegdzie blondem włosy spływały falującą kaskadą po plecach. Piwne, niemal miodowe tęczówki lśniły.
Ja nic nie zrobiłam! – bąknęła zdławionym głosem.
Fred, ona coś chyba trzyma pod ubraniem – szepnęła do niego, wciąż trzymając się nieco z tyłu.
To jemu wolała pozostawić starcie z tym potencjalnie groźnym dziewczęciem. Wyglądała niewinnie, ale Eileen miała nieprzyjemne wrażenie, że wszystko, co znajdowało się w tym pomieszczeniu, było otoczone aurą niebezpieczeństwa. Strumień światła z jej różdżki wciąż był skierowany na dziewczynę, ale sama zdecydowała się rozejrzeć dookoła, zamiast wlepiać spojrzenie w jej bladą twarz.
Wszystkie półki były puste, szuflady wyciągnięte z komody, również puste. Pościel na łóżku złożona w kostkę, kwiaty na parapecie zasuszone. Pękate walizki stały pod jedną z obdrapanych ścian. Nic dziwnego, ale kto ją spakował? Ta dziewczyna?


Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku

Eileen Bartius
Zawód : Magibotanik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
didn't i show i cared?
i do
oh, i do

OPCM : 11
UROKI : 4
ALCHEMIA : 13
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/45
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
Stara kuźnia 1hKUbRW
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f222-hogsmeade-134-dom-bartiusow https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
Re: Stara kuźnia [odnośnik]09.04.18 21:00
Dyspensa na zmęczenie wcale nie podniosła mnie na duchu. Wręcz przeciwnie – poczułem się, jak piętno odpowiedzialności za rozszalały chaos, przelewający się tam i z powrotem wzdłuż całej Anglii, ponownie pozostawia na mojej duszy głęboki ślad, wgryzając się w ranę niczym sól i nie pozwalając się jej zabliźnić. Eileen nie mogła wiedzieć – nie miała prawa, choć na jakiej mocy pozwoliłem, by to prawo związało mi język i ręce? Czy posiadałem jeszcze wolną wolę, czy może stałem się marionetką w rękach... no właśnie, kogo? Grindewalda?
Spokój Jamiego poniekąd udzielał się także i mnie, choć nie potrafiłem oddzielić się od emocji równie grubym murem, co on sam. Wydawało się to trochę niepodobne do Wrighta, choć ostatnie wydarzenia niewąrpliwie zahartowały jego gróboskórność. Może pasmo rozczarowań, które spotkało i mnie, powinno uczynić mnie silniejszym – z tym, że moja natura zwyczajnie nie pozwalała mi pogodzić się z porażką. Po prostu głupio idealistycznie chciałem wierzyć, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Że w swojej fantastyczności jestem w stanie przemienić czarę goryczy w sok malinowy.
Własna naiwność zaczynała mnie bawić.
Odpowiedziałem Eileen milczeniem, okraszając je jedynie wątłym uśmiechem, na siłę naciągniętym na twarz. Nie chciałem ciągnąć jej za sobą na dno, a żaden gest i żadne słowa nie były chyba w stanie uwolnić mnie od ciężaru myśli, od których głowa stawała się wielka i ciężka, pulsując rozrywającym bólem, jakby miała za chwilę pęknąć. Z tym, że wcale pękać nie chciała. Taki koniec byłby czymś prostym – a ja miałem jeszcze wiele spraw do uporządkowania. Jak choćby zbadanie rzeczywistych okoliczności śmierci Rossy.
Moje przypuszczenia okazały się słuszne, a dwa zaklęcia ze świstem przecięły pomieszczenie. Pierwszemu towarzyszył brzdęk upadającego kawałka drewna, a wraz z drugim, przed naszymi oczami zmaterializował się intruz, choć drobna, młoda dziewczyna nie do końca odpowiadała moim wyobrażeniom. Praca w biurze aurorów zdołała przyzwyczaić mnie do tego, jak bardzo mylący potrafił być wygląd – niemniej, pozbawiona różdżki i z odciętą drogą ucieczki nie miała zbyt szerokiego pola do popisu, a wypowiedziane po chwili słowa jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że musiała być płotką, niewątpliwie złapaną na gorącym uczynku. Pozostawało dowiedzieć się, czy jej obecność w tym niezbyt przytulnym miejscu miała jakikolwiek związek z naszą sprawą.
Szept Eileen sprawił, że trzymając różdżkę wymierzoną w wątłą kobietę (nastolatkę?) obejrzałem się przez ramię, odnajdując jej spojrzenie, by nawiązać nić porozumienia. To była przede wszystkim jej sprawa – a jeśli dziewczyna przypadkiem miała ze sobą rzeczy należące do starszej z sióstr Wilde, nie mogliśmy jej odpuścić. Skinąłem lekko głową, tym samym dając zielarce do zrozumienia, iż pojąłem jej myśli z lot.
- I nikt cię o nic nie oskarża. Przynajmniej na razie. - Łagodnym głosem zgodziłem się z intruzem. - W jakim celu tutaj przyszłaś? - W moim tonie było więcej ciekawości, niźli zarzutu – zawsze wolałem rozwiązywac konflikty pokojowo, tym bardziej, jeśli miałem przed sobą wątłą, pobladłą ze strachu, nieuzbrojoną czarownicę. Musiałbym posiadać naprawdę spore kompleksy, by sięgać po siłę perswazji. - I co jest tak cenne, że nieudolnie próbujesz schować to pod swetrem? - Dodałem, czując, jak za moimi plecami Eileen powoli zaczęła krążyć po pomieszczeniu.


Kundle, odmieńcy, śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci,
ej, duszy podpalacze,
Róbmy dym
Frederick Fox
Zawód : Rebeliant
Wiek : 33 (36)
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
fire is catching
and if we burn
you burn with us
OPCM : 51
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag
Stara kuźnia Giphy
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f413-devon-lisia-nora https://www.morsmordre.net/t3769-skrytka-bankowa-nr-605#69393 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
Re: Stara kuźnia [odnośnik]09.04.18 23:12
Mieli sprawę do rozwiązania – sprawę, która była kluczem do zamknięcie pewnego rozdziału w życiu, zrzucenia go do najgłębszych czeluści umysłu i jak najszybszego zapomnienia o nim. Miała już szczerze dość jej pośmiertnych gierek, które doprowadzały ją na skraj szaleństwa. Była zmęczona nieustannym myśleniem o niej, jak o tej, która mogła nie być tą winną; albo że ktoś ją zmusił do współpracy, może nawet zaklęciem niewybaczalnym, by na końcu, gdy Rossa wypełniła swoje zadanie, po prostu zabić i sfingować śmierć ze szponów hipogryfa. Najczarniejsze scenariusze przebiegały jej przed oczami za każdym razem, gdy powieki opadały, próbując zmusić Eileen do snu. Im dłużej się tego snu pozbawiała, tym wizje były wyraźniejsze.
Dziewczyna, która ich zaskoczyła (albo to oni zaskoczyli ją) była dla niej światełkiem w tunelu, które wyraźnie mówiło, że rozwiązanie sprawy jest na wyciągnięcie różdżki, że jeszcze chwila i cała tajemnica zostanie przed nimi wyłożona teraz, natychmiast. Sam Merlin wiedział, jak bardzo tego pragnęła, jak bardzo tego potrzebowała.
Uchwyciła spojrzenie Freda, świetnie się w tym wypadku zrozumieli. Jeśli miała coś, co do Rossy kiedyś należało, powinni to od niej wyciągnąć czym prędzej. Sądziła, że spakowała wszystkie jej rzeczy i że też wszystkie drobiazgi, jakie siostra mogła tylko posiadać, zostały przed nią odkryte. Przestało ją to już chyba dziwić. Obeszła go, nakierowując światło różdżki na spakowane rzeczy. Głównie książki. Na samym wierzchu stało kilka starych numerów Proroka Codziennego. Pomazanego kolorowym, rozmazanym przez wilgoć atramentem.
Ja… ja przyszłam po… – zacisnęła usta, wzrokiem skacząc od jednej sylwetki do drugiej. Była przerażona, dopóki nie dostrzegła niuansów na ich twarzach. Koloru oczu i włosów, które pasowały do przekazanego jej rysopisu. Zwłaszcza sylwetka Eileen, chociaż obca, teraz wydawała się być znajoma. – To wy. Ross mi o was opowiadała. Mieliście… mieliście przyjść wcześniej. Sądziłam, że nie zdążyła wam niczego przekazać. Proszę mi wybaczyć, teraz jest bardzo niebezpiecznie, a ta rzecz… - powoli wyjęła zza swetra niewielką, srebrną szkatułkę. Prostą, posiadającą charakterystyczne żłobienia tylko na wieczku. – Miałam wam ją dać. Mówiła mi, że przyjdziecie. Spodziewała się was kilka dni po swojej śmierci. To absolutnie zbieg okoliczności, że teraz znajdujemy się tu we trójkę.
Eileen podniosła głowę i od razu spojrzała na Freda, jakby bała się, że to, co usłyszała, było tylko świstem wiatru między nieszczelnymi framugami. Przełknęła ślinę. Chciała sprawdzić, co znajdowało się wewnątrz, ale z drugiej strony bała się, że puzderko może kryć w sobie coś podejrzanego, coś niebezpiecznego. Nie ufała Rossie. Już nie.
Fred, mógłbyś…? – światło różdżki nakierowała na tajemnicze pudełko.
Ona się bardzo bała. I bardzo było jej żal z… powodu tego wszystkiego. Tak o tym mówiła. Nie wiem zbyt wiele. I nie wiem też, czy jestem w stanie odpowiedzieć na wasze pytania. Pewnie wiele kręci się ich w waszych głowach. – dopowiedziała jeszcze wyraźnie niepewnym, delikatnie drżącym głosem.


Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku

Eileen Bartius
Zawód : Magibotanik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
didn't i show i cared?
i do
oh, i do

OPCM : 11
UROKI : 4
ALCHEMIA : 13
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/45
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
Stara kuźnia 1hKUbRW
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f222-hogsmeade-134-dom-bartiusow https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
Re: Stara kuźnia [odnośnik]11.04.18 20:57
Jak się okazało, nie musiałem się wysilać, by dziewczyna zaczęła mówić. Jej rozbiegane oczy, w których odbijało się blade światło ulatniające z końca różdżki Eileen, zdradzały nie tylko dezorientację, ale i strach – który szybko ustąpił miejsca ekscytacji.
I była to chyba ostatnia rzecz, jakiej się spodziewałem.
Martwi nie mieli bowiem prawa głosu. Zdążyłem przywyknąć już do tego, że w ostatnich miesiącach moi bliscy znikali bez pożegnania, a śmierć okrywała ich całunem milczenia. Cmentarze owiane były ciszą, a jednak Rossa w jakiś pokrętny i niezrozumiały jeszcze dla mnie sposób znalazła dorogę, by się z nami skontaktować. Z nami, bo dziewczyna najwyraźniej spodziewała się dwójki osób. Tylko... dlaczego akurat ze mną? Byliśmy przyjaciółmi, jednak to Eileen pozostawała najbliższą jej osobą, połączoną więzami krwi.
Jeśli dzisiejszy wieczór miał rzucić światło na tę sprawę, to póki co nic nie szło zgodnie z planem.
Ponownie skrzyżowałem spojrzenie z Wilde, która zamarła w bezruchu, po czym przeniosłem swoją uwagę na intruza, który dziewnym zbiegiem okoliczności okazał się być sojusznikiem. Albo oboje padliśmy właśnie ofiarami kiepskiego dowcipu.
- Teraz jest bardzo niebezpiecznie? Co masz na myśli? - miała na myśli anomalia, czy może inny rodzaj zagrożenia, którego jeszcze nie byliśmy świadomi? - Kim jesteś? Skąd znałaś Rossę? - ślina mimowolnie przyniosła mi na język pytania, intuicjia podpowiadała jednak, że jak zwykle odbiją się bez echa.
Opuściłem różdżkę, przyglądając się szkatułce z pewną dozą sceptycyzmu. Ostatnim razem, gdy zdecydowałem się podnieść wieko skrzynki nieznanego pochodzenia, spuściłem na Wyspy plagę koszmarów, rozpętując chaos, który zbierał krwawe żniwa. Czy sytuacja znów miała się powtórzyć? Czy Rossa w ogóle była osobą, za którą ją uważałem, zarówno ja, jak i Eileen? Odwróciłem się, ponownie szukając w jej oczach odpowiedzi. I dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak ogromną musiała nieść w sobie siłę, nawet, jeśli sama jej jeszcze nie dostrzegała. Znałem wielu, którzy na jej miejscu woleliby zatrzasnąć się w czeterech ścianach, skulić się w kącie i poddać kapitulacji, ona zaś parła do przodu, próbując odnaleźć przyczynę śmierci własnej siostry.
Choć w tej chwili – może bardziej próbować zrozumieć, co w ogóle działo się ze starszą Wilde przez ostatnie miesiące, być może nawet lata.
- Więc powiedz nam, co wiesz. Czym jest to wszystko, przez co było jej żal? Czym jest to, czego się bała? - Z lakonicznych, postrzepionych wypowiedzi dziewczyny nie byłem w stanie wydobyć żadnej przydatnej informacji i zdaje się, żee Eileen posiadała podobne odczucia na tym polu. Byliśmy niczym pijane dzieci we mgle, co znaczyło mniej więcej tyle, że nawet poza sprawami związanymi z Zakonem pozstawaliśmy całkowicie zagubieni. Nie ukrywałem zdziwienia, to jednak zostało odłożone na półkę w chwili, gdy koniec różdżki rozświetlił srebrzyste pudełko.
- Myślę, że to ty powinnaś to otworzyć. - Nie, nie tylko ze względu na to, że nie zamierzałem otwierać żadnych skrzynek już do końca życia. Jeśli faktycznie była to przesyłka od jej siostry, należała do Eileen, nie do mnie. Bez względu na to, jak blisko nie byliśmy. - Wiesz, co znajduje się w środku? - Podniosłem wzrok na dziewczynę, choć sądząc po jej skłonnościach do zdawkowego opowiadania, a także skłonnościach Rossy do komplikacji, zawartość pozostawała owiana tajemnicą.
Należało więc trzymać różdżkę w pogotowiu. I drugo raz nie dopuścić do katastrofalnego błędu.


Kundle, odmieńcy, śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci,
ej, duszy podpalacze,
Róbmy dym
Frederick Fox
Zawód : Rebeliant
Wiek : 33 (36)
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
fire is catching
and if we burn
you burn with us
OPCM : 51
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag
Stara kuźnia Giphy
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f413-devon-lisia-nora https://www.morsmordre.net/t3769-skrytka-bankowa-nr-605#69393 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
Re: Stara kuźnia [odnośnik]13.04.18 20:10
Nie mogła wyjść z podziwu nad jej organizacją. Rossandra nauczyła się tego od ojca, to było pewne. Nieważne, czy było to życie, czy stary sekretarzyk, przy którym załatwiała swoje sprawy – wszystko w nich musiało mieć swoje miejsce. Rossa była w tym prawdziwym mistrzem, zawsze tak uważała. Orle pióra, którymi pisała listy, zawsze były równo ułożone w szufladce – każde na inną okazję; wszystkie drobne ołówki leżały równo w kasetce, którą zrobiła jej matka; wszelkie dokumenty poukładane zawsze w porządku alfabetycznym, trzymały się sztywno wypisanych im pudeł lub papierowych, usztywnianych magią przegródek w szafie. Była żywym zegarkiem – wiecznie o umówionej porze, zawsze w odpowiednim czasie i miejscu. Dlatego tak świetnie szła jej nauka eliksirów, tam wszystko musiało być dobrze odmierzone, skomponowane. Eileen wpatrywała się w twarz dziewczyny, rozpatrując to wszystko właśnie pod tym kątem. Pozostawiła im mnóstwo znaków, drobnych dowodów, ułożonych w odpowiedniej chronologii, zabrakło tylko jednego elementu – mieliście przyjść wcześniej. Nie mogła w to uwierzyć. Ona to wszystko doskonale zaplanowała.
Cecilia Belby – głos dziewczyny nie zdradzał, by kłamała; nie drżał, był spokojny, opanowany, jakby faktycznie poczuła się przy nich bezpiecznie. – Mam na myśli całą sytuację na zewnątrz. Ja… moja matka… moja matka jest mugolką. Rossa ukrywała mnie tutaj, dopóki nie zmarła. Nie znałyśmy się długo, ale szybko znalazłyśmy wspólny język. Poznałyśmy się w Ministerstwie Magii. Jestem początkującą alchemiczką, wierzyła w mój talent, pomagała mi go rozwijać.
Wilde miała szeroko rozwarte oczy, a blednąca skóra podkreśliła cienie pod oczami. Zbłądziła. Rossa po prostu zbłądziła. Jak Nigra w legendzie, którą często na dobranoc opowiadała im matka – ku przestrodze. Nie bądźcie jak ona, nie zachłyśnijcie się swoją wiedzą, są inni ludzie obok was, potrzebujący, wy bądźcie dla nich, nigdy odwrotnie. Usta spierzchły. Pochwyciła w locie spojrzenie Foxa. Jak wiele jeszcze dostaniemy dowodów na to, że tak naprawdę jej nie znaliśmy?
Nie jestem do końca pewna, ale… - dziewczyna się zawahała, ale raczej w geście skupienia myśli na odpowiedziach, widać to było na jej twarzy. Nie było strachu czy szukania na szybkiego odpowiednich, płytkich kłamstw. Intensywnie myślała. – Cały czas mówiła o jednej, źle podjętej decyzji, która zaważyła na całym jej życiu. To chyba miało coś wspólnego z pogłębiającym się konfliktem… z osobami o gorszej krwi – spochmurniała wyraźnie. – Kiedy byłyśmy tutaj same, Ross wiele opowiadała mi o tym, że to wszystko kłamstwa, a pragnienie władzy i wiedzy nie jest tego warte. Chyba tak to określała. Że krew każdego człowieka na ziemi jest tak samo czerwona. – spojrzała na Fredericka, kiedy zapytał o tego człowieka. – Skupiała się na dwóch osobach. O jednej nigdy nie wspominała za dużo, jakby… bała się jeszcze bardziej. Dlatego więcej nie potrafię powiedzieć. O drugiej opowiadała chętniej. Zawsze mnie to zastanawiało… bo mówiła o nim najpierw z takim… dziwnym spokojem, może ulgą, a z drugiej… wyglądało na to, że go nienawidzi. Imię było jakieś zagraniczne. Nazwisko też. Mulc… Mulciber chyba. Tak mi się zdaje. Imię zawsze kojarzyło mi się z egipskimi legendami o bóstwach. Ale nie pamiętam, naprawdę, przepraszam.
Ramsey – podpowiedziała Eileen, już niemal zielona na twarzy. Miała ochotę zwymiotować wszystko, co jadła przez miniony tydzień. Elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsce. Eileen go znała. Bardziej z widzenia niż faktycznego poznania, ale znała go. Może raz, może dwa razy słyszała jego imię i nazwisko z ust siostry, może kilka razy widziała go z nią w Ministerstwie. Wydawał jej się taki niemoralnie zwyczajny. Obrośnięty w pozory, które nakazywały jednak ludziom odrzucić obawy i mówić o nim „kojarzę go, całkiem przyjemny typ”. Nie rozumiała tego.
Ale w śnie doznała dokładnie tego samego uczucia.
Chyba tak – Cecilia potwierdziła obawy szybko. – Zawsze dziwnie mi brzmiało. Nie wiem, co jest w pudełku. Rossa nigdy nie pozwalała mi tam zaglądać. Mówiła, że to jej badania, bardzo osobiste.
Eileen drżącą dłonią pochwyciła od dziewczyny szkatułkę i przyciągnęła ją do siebie niepewnie. Nie chciała zaglądać do środka, chciała tylko wyrwać ten cholerny, bolący od prawie roku ząb i mieć święty spokój. Mimo to zmusiła się do uchylenia wieczka. Widok nie pozostawiał złudzeń – fiolki z krwią. Każda podpisana imieniem, nazwiskiem i datą.
To krew – powiedziała słabo, od razu zdając sobie sprawę z tego, że jej gardło zwęziło się do rozmiarów słomki. – Krew – powtórzyła, tym razem już wyraźniej. – We fiolkach jest krew.
Była przerażona. Tak po ludzku, najzwyczajniej w świecie była przerażona.


Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku

Eileen Bartius
Zawód : Magibotanik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
didn't i show i cared?
i do
oh, i do

OPCM : 11
UROKI : 4
ALCHEMIA : 13
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/45
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
Stara kuźnia 1hKUbRW
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f222-hogsmeade-134-dom-bartiusow https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Stara kuźnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach