Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Åsbjørn Thorvald Ingisson

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Asbjorn Ingisson
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5694-asbjrn-thorvald-ingisson#133833 https://www.morsmordre.net/t5741-juhani#135532 https://www.morsmordre.net/t5740-norweskie-slowko-dnia-to#135522 https://www.morsmordre.net/f138-little-kingshill-hare-lane-end https://www.morsmordre.net/t5743-a-t-ingisson#135543
Alchemik, eks-truciciel
26
Półkrwi
Kawaler
Stworzyliśmy sobie nasz mały wszechświat
bez pojęcia nocy i dnia
4
0
29
0
0
1
4
7
Czarodziej

PisanieTemat: Åsbjørn Thorvald Ingisson   22.01.18 1:29


Åsbjørn Thorvald Ingisson

Data urodzenia: 26 X 1929
Nazwisko matki: Yngvarsdóttir (patronimik)
Miejsce zamieszkania: Little Kingshill
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: alchemik, eks-truciciel
Wzrost: 187 cm
Waga: 86 kg
Kolor włosów: rude
Kolor oczu: niebieskie
Znaki szczególne: wysoki; bujny rudy zarost; tatuaże na rękach o wikińskiej i celtyckiej symbolice; delikatne piegi na całej twarzy; leworęczny; ciągnący się za nim korzenno-ziołowy zapach


Prawo pierwsze:
nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.

Urodziłem się w miejscu, które dla większości mieszkańców Europy uchodzi za przedsionek krańca świata. W moich stronach popularnym jest żart, że jeżeli chce się dojść na rzeczony kraniec świata wystarczy wsiąść na łódkę i popłynąć prosto jak w ryj strzelił jakieś trzysta pięćdziesiąt kilometrów na północny wschód. Niestety, dowcip ten opowiadany poza granicami administracyjnymi Tromsø nie bawi nikogo.
Słyszeliście o trollach? A o elfach? To może o małych, przypominających czarne koty potworach wypełzających z lawy? Nie? Szkoda. Na Islandii, skąd pochodzi moja matka, bytność tych nietuzinkowych osobistości jest niezaprzeczalna i naturalnie udowodniona, istoty te są traktowane z nabożnym szacunkiem, niektórym stawia się ołtarzyki, na których z kolei składa się im dary. Oczywiście część z tych stworzeń istnieje, część zaś została stworzona przez niezwykle bujną i płodną niczym świnia mugolską wyobraźnię. Eivör Yngvarsdóttir należała jednak do tych, którzy w przeciwieństwie do mugoli doskonale potrafili rozróżnić klechdy i powiastki od szczerej, choć niezwykle magicznej, prawdy. Wywodziła się z czystej i silnej czarodziejskiej krwi, krwi jedynego islandzkiego jarla, którego potomkowie pokolenie za pokoleniem zasiadali na zgromadzeniach Allthingu - decydując o losach kraju. Z tego powodu więc jej ojciec, a mój dziad, zadecydował, że należy jej się coś więcej niż wiedźmie nauki w krainie pękającej ziemi i buchających pod niebo słupów ognia. Rudowłosa piękność została posłana na naukę do najprawdziwszej czarodziejskiej akademii, do Durmstrangu. To był moment, w którym Islandia straciła jedną ze swych dzikich, wiedźmich cór - Eivör poznała bowiem w Instytucie mężczyznę. Był nim Thorvald Ingisson, półkrwi czarodziej o sercu tak niepokornym, jak jej własne. Dlatego po skończeniu nauki wyjechała z nim do rodzinnej miejscowości Norwega, niewielkiej wsi Oldervik, położonej właśnie gdzieś w przedsionku krańca świata. Tam w rok później narodził się mój brat, zaś po nim ja.
Nie wyróżniałem się niczym szczególnym - ot, kolejne płaczące, różowe dziecko. I tak też miałem być od momentu narodzin traktowany - jak nikt wyjątkowy.



Prawo drugie:
nie sądź, że nam dorównujesz.

Nawet dla czarodziejów życie za kołem podbiegunowym nie jest lekkie. Reguły rządzące tym wrogim, ciemnym i zimnym światem trzeba przyswoić sobie dość szybko i na całe życie - w przeciwnym razie można nie dożyć starości, po drodze stając się obiadem dla niedźwiedzia lub na własnej skórze przekonując się, jak tak naprawdę głębokie są fiordy. Srogi klimat miał hartować ducha i ciało, ciosać charakter, budować mięśnie. Byliśmy w końcu potomkami wikingów, nieustraszonych odkrywców i mężnych wojów. Mój brat był uosobieniem tych wszystkich cech, a ojciec go za to uwielbiał. Ja zaś, jakby to powiedzieć... byłem inny. Nie ważne jak bardzo ojciec się prężył i tężył, nie mógł wepchnąć mnie w foremkę, do której tak bardzo pragnął, bym się mieścił. Ciągle zdawałem się z niej wypadać. Nie byłem w stanie przynieść tyle drewna, co inni chłopcy w wiosce - głównie dlatego, że po drodze błądziłem, podążając śladami czy to rudych wiewiórek, czy to znów małych, pasiastych lemingów. Nie byłem najznamienitszym pływakiem, bo od wyścigów wolałem nurkować, szukając w morskich toniach baśniowych stworów, o których opowiadała mi matka. To o jej wieczorne opowieści, które chłonąłem każdą cząstką mojego jestestwa najczęściej spierali się rodzice. Ojciec był surowy i konsekwentny w stosunku do naszego wychowania, miało przebiegać w z góry określony sposób, jego sposób. Matka natomiast, do której podobny byłem nie tylko z wyglądu ale i z ducha, walczyła z nim. Moje dzieciństwo pełne więc było niesamowitych baśni pochodzących z ojczyzny mojej kochanej matuli, zapachu palonych ziół i słodkich wypieków; jednocześnie tyle samo miejsca zajmowało w nim ośmieszenie i wytykanie palcami przez innych chłopców. Nawet fakt, że moja magia objawiła się szybciej niż u nich nie sprawił, że mogłem się z nimi równać. Siedziałem wtedy na skraju skalnej półki, nucąc staronordycką pieśń - wieczór w wieczór śpiewaną mi przez matkę do snu. Nie usłyszałem skradającego się do mnie Tora - jednego z druhów mojego idealnego brata. Miałem wtedy trzy lata, on prawie sześć. To jednak nie powstrzymało go przed zepchnięciem mnie z krawędzi. Po dziś dzień nie wiem, kto był mocniej zdziwiony faktem, że zamiast spadać coraz szybciej to w miarę tego jak zbliżałem się do granatowej tafli wody, zwalniałem coraz bardziej - ja, czy on. Zdziwiona natomiast nie była moja matka, która widziała wszystko z odległości. Nie pamiętam jakim urokiem oberwał wtedy Tor, ale nie zbliżał się do mnie przez kolejne kilka miesięcy.
Islandzkim wiedźmom nie należy się bowiem narażać.
Nie przysporzyło mi to jednak przyjaciół, a wręcz przeciwnie. Dobre intencje mojej matuli były tylko źródłem dodatkowego upokorzenia wśród pozostałych dzieci.



Prawo trzecie:
nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.

Choć ochrona mojej walecznej niczym niedźwiedzica matki zapewniła mi częściowo spokój, nie mogła przecież ochronić mnie przed wszystkim. Zwłaszcza, że gdy miałem cztery lata urodziła się moja siostra. To był piękny dzień - pierwszy dzień. Dzień, w którym skończyła się kolejna polarna noc. Dzień, który przynosił nadzieję na wiosnę. Dzień, gdy poznałem drugą połowę mojej duszy. Ojciec już zdążył postawić na mnie kreskę, pozostawiając opiece matki. Nadal starałem się zdobyć jego uznanie, lecz on już całkiem nie zwracał na mnie uwagi - liczył się tylko mój brat. Spełniał jego wymogi w każdym względzie, nie próbował się z tego powodu jednak wywyższać w ramach egalitarnej solidarności. Niestety w drugą stronę to nie działało. Chodziłem za nimi wszędzie, przepływałem każdy wyścig, przesiadywałem z wędką godziny na brzegu. Zawsze jednak byłem gorszy, niezmiennie ostatni. I nikt nie dawał mi o tym zapomnieć. Odnajdowały mnie uszczypliwe komentarze i obraźliwe żarty. Stanowiłem rozrywkę dla dzieciaków z Oldervik. Coraz częściej zostawałem więc w domu z matką i siostrą, zaczytując się w magicznych księgach i nordyckich sagach. Ciężko było nie ulec atmosferze panującej w izbie, a dla takiego ciekawskiego smyka jak ja możliwość wejścia w ten tajemniczy świat była fascynująca. Zioła wiszące pod powałą nagle zaczęły mieć imiona, czarne kruki wijące gniazdo na limbie stały się omenem, a kot który się do nas przypałętał przyjął rolę opiekuńczego ducha. W letnie dni zabierałem książki do lasu i tam czytałem. Nauczyłem się, co oferuje nam natura i jak od niej brać. Pokazano mi, w jaki sposób dawać jej i od siebie. Szukałem ziół, oswajałem zwierzęta, a wszystko to miało miejsce pod czujnym okiem mojej rodzicielki i w towarzystwie rosnącej jak na drożdżach Ronji. Już wcześniej umiałem współistnieć z naturą, ale dopiero teraz zrozumiałem w pełni, jak stać się jej częścią. Uczyłem się pisać prowadząc własny dziennik, w którym zapisywałem relację z każdego kolejnego dnia - niestrudzenie także próbowałem rysować. Wszystko, czego się uczyłem, dzieliłem z siostrą. Nawet, jeżeli nie rozumiała jeszcze tego tak, jak ja. Wieczorami próbowałem wtórować matce w śpiewie przy ogniu, lecz mój głos nie był nawet w dziesiątej części tak piękny jak jej. Edukacja domowa oszczędziła mi wątpliwej przyjemności uczęszczania do lokalnej szkółki dla czarodziejskich dzieci, miałem też więcej styczności z magią samą w sobie. Z dnia na dzień coraz bardziej rozumiałem procesy zachodzące w matczynym kociołku, kojarzyłem coraz większą liczbę faktów, a na niebie odnajdywałem kolejne konstelacje. W moich dziecięcych oczach nie istniała natomiast sztuka doskonalsza od ukochanej przez moją matkę alchemii - i tak miało pozostać już na zawsze.
Idyllę tę przerywały czasem drobne incydenty. Wracałem wieczorem to z podbitym okiem, to ze złamaną ręką. Milczałem jednak jak zaklęty - musiałem, żeby chronić skórę przed oberwaniem jeszcze bardziej. Matczyna interwencja nie była wyjściem. I tak byłem już uważany za maminsynka, chowanie się za jej spódnicą nie przyniosłoby mi żadnej chwały. Musiałem więc przeczekać, tłumiąc wszystko w sobie. Lecz owo wszystko ma w końcu swój kres - pewnego pięknego wrześniowego dnia moi oprawcy zniknęli w murach Instytutu. Wtedy w końcu mogłem przejść przez wieś bez potrzeby wypatrywania lecących w moją stronę kamieni lub owczych odchodów. Cały świat wydawał mi się domem, bezpiecznym miejscem.
Mój cienki lód złudzeń został rozbity, kiedy poszedłem do Durmstrangu. Tam moja wiedza okazała się warta tyle, co nic. Wcale nie dlatego, że była błędna albo przedawniona. Działo się to z innego, błahego powodu: krwi. Moja była gorsza. Nie miałem prawa być mądrzejszy, osiągać lepszych wyników w nauce, a koledzy dobitnie mi o tym na każdym kroku przypominali. Musiałem znaleźć moje miejsce w szeregu. Nie wychylać się. Wtopić w tłum.



Prawo czwarte:
nie sądź, że jesteś lepszy od nas.

Wszystko tu było całkowicie inne. Zaczynając od tego, że w Instytucie mieszkało mnóstwo osób. Czułem się przytłoczony rozmowami niosącymi się po kabinach, już kiedy miarowo kołysany falami statek sunął po Morzu Norweskim w bliżej nieokreślonym kierunku. Nie wiadomo było, gdzie tak dokładnie szkoła się znajduje. To była tajemnica. Większą część podróży spędziłem w ciasnej kajucie, rozmyślając o domu i raz po raz podciągając do góry prawy rękaw. Na przedramieniu widniały cienkie, posplatane ze sobą linie czarnego tuszu. To był mój pierwszy tatuaż - celtycki węzeł, który matka zrobiła mi abym zawsze pamiętał, że wszystko co robię powróci do mnie z potrójną siłą.
Kabinę dzieliłem z innym chłopakiem. Był nim Juhani Mäkelasaaläinen - którego fińskie nazwisko było równie skomplikowane, co jego fiński charakter. Juhani już wtedy był szeroki jak pień i wysoki niczym góra, przynajmniej jak na standardy przyjęte dla jedenastolatków. Nie odzywał się za to prawie w ogóle, za co niezwykle szybko zacząłem go cenić. Mogło to stanowić znaczące utrudnienie we wzajemnym poznawaniu się, ale udawało nam się komunikować za pomocą dosłownie pojedynczych słów i gestów. Rozumieliśmy się w jakiś nie do końca wyjaśniony sposób. Małomówny Fin nie był jednak w stanie zastąpić mi siostry, za którą z dnia na dzień tęskniłam coraz bardziej. Czułem się tak, jakbym zapomniał z domu połowy siebie.
Kiedy przybiliśmy do brzegu wśród sztormowego wiatru i szumu fal stawiałem stopy na suchym lądzie całkiem zielony. Dosłownie zielony. Szybko przyszło mi odkryć, że dalekomorskie podróże nie były tym, czego powinienem próbować. A niestety czekało mnie ich jeszcze przynajmniej trzynaście.
Szybko nauczyłem się, gdzie w Durmstrangu było moje miejsce. A mianowicie - na dnie. Dzieliłem ten półkrwiaczy los z Juhanim, toteż nie było mi aż tak źle. W końcu miałem kogoś, kogo mogłem nazywać przyjacielem. Znałem również na wylot los wyrzutka - zaoszczędziło mi to przykrego szoku. Pewnie na odwrót byłoby zupełnie inaczej. Gdyby okazało się że jestem lubiany to najprawdopodobniej nie wytrzymałbym społecznej presji i rzucił się z ostatniego piętra zamku. Na szczęście tak się nie stało. Popadałem dzień po dniu w milczącą rutynę, u swojego boku mając nieodłącznie Fina. Z czasem zaczęliśmy rozmawiać, lakonicznie, on z odczuwalnym szwedzkim akcentem, ja z niepewnością. Juhani był w końcu z Åbo, naprawdę dużego miasta. Ja chowałem się na wsi. On był wysportowany i jakby na łodzi urodzony, a ja po prostu starałem się trzymać formę. Był człowiekiem skorym do potyczek, pierwszy do wyciągnięcia różdżki i diabelnie dobry w magii niewerbalnej. A ja... cóż, nie byłem chlubą Instytutu. Marny w zaklęciach, nie wykazujący zapału do czarnej magii, nie do końca potrafiący się bronić. Wykorzystywałem po temu Juhaniego, czy też raczej on sam nadrabiał walecznością za nas dwóch. Ja za to miałem dar do eliksirów i wiedzy ścisłej, którymi dzieliłem się z druhem. Nie ważne jak bardzo knociłem inne przedmioty, eliksiry były tym, co miałem wręcz we krwi. Chłonąłem wiedzę alchemiczną w zawrotnym tempie. Uczyłem się z zapałem angielskiego chcąc czytać brytyjskich mistrzów eliksirów światowej sławy w oryginale. Ślęczałem nad księgami traktującymi o numerologii z zafascynowaniem wgłębiając się w tajniki magii liczb. Nocami przesiadywałem w obserwatorium śledząc ruchy ciał niebieskich, fenomenalnie widocznych na nocnym niebie. Czasem jednak przebywałem tam nie kreśląc żadnych gwiezdnych map. Nie każda noc była idealna na astronomiczne obserwacje, lecz czasem dawałem się po prostu oczarować pięknu północnych świateł. Wszystko to opisywałem w listach siostrze. Z niezbyt wielkiego, ale surowego zamku uczyniłem jednak w tej korespondencji miejsce bardziej tajemnicze i pociągające niźli straszne. Choć ja osobiście za tym budynkiem nie przepadałem i nie chodziło bynajmniej o zimno. Było w nim okropnie ciemno. Dusiłem się tą ciemnością, przyzwyczajony do przebywania cały dzień na świeżym powietrzu. Wakacje były więc wybawieniem, nawet jeżeli wiązały się z koniecznością konfrontacji z mieszkańcami Oldervik bez Juhaniego u boku. Wszystko tutaj nadal pozostawało takie samo - byłem największą porażką mojego ojca.



Prawo piąte:
nie sądź, że wiesz więcej niż my.

W czasie wakacji dziczałem. Matka wprowadzała mnie w coraz bardziej zaawansowaną magię rytualną. Polowałem na zwierzęta, uczyłem się jak najpełniej wykorzystywać ich części, uzyskiwać najlepsze ingrediencje oraz jak niczego nie marnować. Weszło mi to w krew, oszczędność i szacunek do tego, co mam. Kiedy przyszedł więc czas na to, aby do Durmstrangu poszła i Ronja miała po mnie komplety książek wyglądające na praktycznie nieużywane. Po każdym pobycie w domu wracałem do szkoły coraz bardziej odizolowany od świata i samodzielny - nie potrzebowałem nikogo, poza Juhanim. Nauczyłem się nazywać go prawdziwym przyjacielem, kiedy ten wypływał wraz z Akademią Morską zamek stawał się pusty i wrogi. Przesiadywałem wtedy w niewielkim wykuszu wieży północnej, zaczytując się w runicznych księgach czekając na jego powrót. Z latami przybywało mi wzrostu, a także tuszu na ramionach. Byłem z tego powodu wytykany palcami, jednak nie robiło mi to już jakiejkolwiek różnicy. Byłem dumny z dziedzictwa matki, pradawnych wzorów wijących się na moim ciele. Wzorów, które według wierzeń były magiczne. Stawałem się bogatszy o coś jeszcze - wiedzę mniej chlubną. Wiedzę o truciznach. Fascynowało mnie to, jak łatwo można było za ich pomocą skruszyć w kimś ducha, zmienić sytuację, zdobyć szacunek. Nie posuwałem się w szkole do brutalnego testowania na innych uczniach receptur - za to zostałbym wydalony. Robiłem za to sporadycznie małe, niewinne zemsty, kiedy ktoś zaszedł mi za skórę. A to można było osiągnąć tylko w jeden sposób - uprzykrzając życie Ronji. Jeżeli ktoś odważył się podnieść na nią rękę lub na nią złorzeczyć następnego dnia niespodziewanie nie mógł odejść na krok od łazienki, dręczyła go paskudna migrena albo inna niezbyt groźna - za to bardzo nieprzyjemna - dolegliwość. Nie byłem zbyt lubiany przez niektórych z uczniów, którzy byli zazdrośni o wyniki z eliksirów i astronomii. Nie rozumiałem tego do końca, dlaczego zamiast próbować ze mną współpracować i znaleźć pomoc woleli rzucanie kłód pod nogi. Konkurencja jest przecież w przyrodzie najbardziej wyniszczającą formą relacji.



Prawo szóste:
nie sądź, że jesteś czymś więcej niż my.

Ledwo pamiętam egzaminy - zarówno te w szkole, jak i wstępne na staż. Dostałem się jednak bez problemu na praktykę alchemiczną przy szpitalu w Oslo - opłaciły się lata dedykacji własnej pasji, żarliwie podtrzymywanej przez matkę. Wyjechałem do wielkiego miasta, do stolicy! Stałem u progu kariery, otrzymałem nowy początek w czasie gdy moi dawni prześladowcy zostali dokładnie tam, gdzie byli. Czyli nigdzie. Pierwszy rok minął mi na intensywnej nauce anatomii - poznałem wtedy tajniki ludzkiego ciała, jego mocne strony i słabości. Zwłaszcza te drugie wydały mi się interesujące, otwierały bowiem drogę dla zewnętrznych ingerencji. Wciąż byłem zainteresowany truciznami, ich teoretyczną stroną oraz praktyczną. Co bowiem dokładnie decydowało o tym, że eliksir szkodził zamiast pomagać? Błędy były często niewielkie, a zabójcze. Dnie i noce spędzałem nad książkami i kociołkiem, niezbyt często zaglądając w rodzinne strony. Pisałem za to listy, wiele listów. Do matki, do Ronji, do Juhaniego, który podróżował po całym świecie pływając na statkach. Sowy pojawiały się regularnie - dlatego zauważyłem, kiedy jedna przestała. Na początku myślałem, że Fin po prostu wsiąknął w życie marynarza, czasami mu się to już zdarzało. Sowa jednak nie nadlatywała, choć mijały kolejne tygodnie. Wszystko wyjaśniło się jednego dnia, kiedy nieznany ptak przysiadł na parapecie wynajmowanego przeze mnie pokoiku. Była od matki Juhaniego.
Jeszcze tego samego dnia byłem w Åbo. Patrzyłem na granitowy nagrobek z nazwiskiem przyjaciela nie mogąc pojąć dlaczego. Juhani stanął w obronie jakiejś kobiety w madryckim porcie. Podobno przeżyła, jednak nie można było powiedzieć tego samego o Finie, którego obrażenia były zbyt poważne. Wykrwawił się na ulicy zanim go znaleźli.
Kolejne dwa dni spędziłem w domu wśród znajomych gór. Siedziałem na tej samej krawędzi, z której wiele lat wcześniej zepchnął mnie Tor, rozmyślając, kiedy do moich uszu dobiegł dziwny dźwięk. Brzmiał całkiem jak krowa, ale nie do końca. Zresztą, gdzie też krowa na fiordzie. Przeszukałem teren i ku swojemu zaskoczeniu znalazłem ptaka. Nie był to gatunek naturalnie występujący w Norwegii, spotkać go można było natomiast w Szwecji i Finlandii. Ptasie bydło, czyli bąk zwyczajny. Ten był młody i zagubiony, a do tego miał zwichnięte skrzydło. Nie myślałem zbyt wiele, uznając to za znak. Przygarnąłem ptaszysko i zabrałem ze sobą do Oslo, po wyleczeniu szkoląc je do przenoszenia listów. Nie był to do końca najlepszy finansowo pomysł, bo nie byłem w stanie zliczyć pieniędzy wydanych na tresera, jednak ostatecznie zyskałem coś więcej. Zwierzę towarzyszyło mi noc i dzień zapewniając towarzystwo i szybko stając się maskotką wśród pracowników szpitala. A nazwałem tego ancymona Juhani. To nie mógł być w końcu przypadek, że znalazłem ptaka właśnie wtedy. Śmierć przyjaciela nie miała być jednak jedynym tragicznym wydarzeniem tego okresu w moim życiu. Ostatecznie nie byłem bogiem i musiało spotykać mnie coś złego. Zresztą, nawet bogowie nie mieli lekko - dlaczego więc miałbym mieć ja?



Prawo siódme:
nie sądź, że jesteś w czymś dobry.

Byłem na początku trzeciego roku stażu, kiedy to się stało. Diametralnie zmieniło priorytety w moim życiu. Chciałbym cofnąć się w czasie by temu zapobiec, jednak nie mogłem. Ronja przeżyła spotkanie z wilkołakiem, lecz nie w jednym kawałku. Okropne szramy na nodze były przypieczętowaniem jej losu jako ofiary likantropii. Gdzieś wtedy zacząłem popalać zioła, nie mogąc uspokoić się w konwencjonalne sposoby. Zamiast je parzyć wolałem zawinąć wysuszone liście w bibułę i snuć się po kątach ze zwieszoną głową i kręcącym w głowie ziołowo-korzennym zapachem. Nie chciałem już zostać w Oslo i pracować w szpitalu. Postawiłem sobie cel o wiele istotniejszy - poprzysiągłem sobie, że uleczę moją siostrę. Potroiłem więc wysiłki na kursie, wznowiłem też naukę angielskiego i numerologii. Na Wyspach widziałem szanse, wielki świat i potężną wiedzę. Norwegia przestała mi wystarczać, więc kiedy uzyskałem kwalifikacje alchemiczne we wrześniu pięćdziesiątego pierwszego wyjechałem do Londynu. Nie była to idealnie przemyślana decyzja. Szybko okazało się, że mój plan zatrudnienia się w Szpitalu Świętego Munga legł w gruzach. Nie mieli wolnego etatu. Spóźniłem się dosłownie o parę dni. Ostatnie oszczędności przeznaczyłem więc na wynajęcie niewielkiego mieszkania w najpodlejszej magicznej dzielnicy miasta. Zamieszkałem na Alei Śmiertelnego Nokturnu bez grosza przy duszy, jedynie z kociołkiem, walizką, torbą ingrediencji i moim pierzastym kompanem. Szybko zorientowałem się, że sytuacja na Nokturnie wcale nie różniła się od reszty mojego życia. Także i tu mogłem liczyć tylko na siebie. Nic nie było za darmo, każda informacja miała swoją cenę. Albo dosłowną, albo kredytu przysługi. Słowo od słowa udało mi się jednak załapać zlecenia - na trucizny. Okazały się być o wiele bardziej pożądane niż inne typy mikstur, choć i na te miałem również chętnych. W tamtych czasach przemieniłem się jednak z alchemika w truciciela. Ze znajomością tajników ludzkiego ciała potrafiłem robić trucizny ciężkie do wykrycia albo wyjątkowo brutalne - w zależności od tego, czego chcieli ode mnie klienci. W czasie mojego stażu mimo wszystko chyba nie chodziło o to, żebym wykorzystywał wiedzę anatomiczną właśnie w taki sposób, ja jednak o to nie dbałem. Nie myślałem o tym co dzieje się z zawartością fiolek po tym, kiedy wymieniałem je na brzęczące galeony. Powoli zaczynałem stawać na nogi i układać sobie życie. Nie zamierzałem przeprowadzić się z mojej klitki na poddaszu, bo wystarczała mi w zupełności. Potrzebowałem spać i pracować, od łóżka do kociołka. Pozwalało to na zaoszczędzenie kwot pozwalających mi na rozpoczęcie prac nad lekarstwem dla Ronji. Pożerały lwią część moich dochodów jednak z całej siły starałem się odkładać tak wiele złota, jak tylko mogłem. Przydało się, kiedy w rok po mnie do Londynu przeniosła się także i moja siostra. Na początku nie byłem przychylny jej decyzji, lecz ostatecznie doszedłem do wniosku, że powinienem ją mieć przy sobie. To wiązało się z koniecznością przeprowadzki do czegoś większego niż maleńka kawalerka na poddaszu. W tym czasie w Wielkiej Brytanii zaczęły dziać się niepokojące rzeczy. Nie było mi do tego zbyt wiele, w końcu nie pochodziłem stąd, jednak do przejścia obojętnie nad faktem, że Grindelwald został dyrektorem szkockiej szkoły magii nie byłem zdolny. Człowiek ten był zbyt wielkim wyzwaniem dla Durmstrangu, jako dyrektor nie mógł być dobrym wyborem. Minister Magii była chyba szalona, że na to przystała.
Ponadto Anglicy byli - i nadal zresztą są - strasznymi ignorantami niepotrafiącymi mówić. Przekręcali moje imię i nazwisko na miliony różnych sposobów - dlatego stałem się znany pod pseudonimem Wikinga. Pracowałem dniami i nocami, gdzieś po drodze spotykając Dolohov. Lara potrzebowała alchemika, a ja potrzebowałem pieniędzy. Kupowała nimi mój czas, w którym tworzyłem dla niej i z nią coraz doskonalsze bazy eliksiralne dla klątw. Powstała między nami nić zrozumienia - Lara była zainteresowana nie tylko naszą wspólną pracą, ale też mną. To była całkiem nowa sytuacja, kiedy ktoś zaczął zadawać pytania o symbole wytatuowane na moich rękach, palone zioła; kiedy uciekając na przedmieścia i w lasy w milczeniu szukałem spokoju nie sam, a w towarzystwie; kiedy ktoś w końcu potrafił poprawnie wymówić moje imię. Była inna, zupełnie inna niż wszystkie. Stopniałem dla niej. Gdy znikała na rosyjskiej ziemi pisywaliśmy listy, może i niezbyt często, ale jednak. Kiedy wracała była natomiast cała moja. Zawsze byłem bardzo ostrożny w emocjach, dlatego zrozumienie że ją kocham zajęło mi dość sporo czasu. Ale kochałem i ona o tym wiedziała. Mimo, że nie byłem stworzony do okazywania uczuć. Chyba żadne z nas tak do końca nie było.



Prawo ósme:
nie masz prawa śmiać się z nas.

Kiedy Lara wyjeżdżała brałem na siebie jeszcze więcej zleceń niż zwykle, mimo iż normalnie było już tego dużo. Zacząłem robić interesy z Valhakisami i z lordami Burke. Grałem ryzykownie, na wiele frontów. To jednak mnie nie interesowało, nikt nie wiedział o tym kto jest moimi klientami. Byłem tematem tabu, choć dałem radę wyrobić sobie własną markę. Moje badania jak na razie nie były zbyt owocne, postępy były zbyt powolne. Zaczynałem potrzebować sponsora, jednak byłem z tym niezwykle ostrożny. Nokturn nie był bowiem odpowiednim miejscem na to, aby zajmować się takimi odkryciami. Nikt nie mógł o tym wiedzieć, nie mogłem narażać Ronji na niebezpieczeństwo. Ukrywała się ze swoją dolegliwością, żyjąc całkiem normalnie. Przynajmniej starałem się jej to umożliwić, nawet kiedy ciemny półświatek się ożywił - nawet jeżeli paradoksalnie trupów na Nokturnie padało coraz więcej. Rozemocjonowane szepty niosły się po zaułkach - coś się działo. Moje problemy zaczęły się natomiast na przełomie pięćdziesiątego czwartego i piątego, kiedy stałem się niewygodny dla pewnych dwóch braci, pomniejszych klątwiarzy. Za bardzo wrosłem w biznes, pracowałem na usługach zbyt wielu ludzi parających się klątwami, a oni chcieli mieć mnie na wyłączność, żebym nie wspierał konkurencji. Odmówiłem. Ich oferta nie była wystarczająco interesująca; byłem w stanie wyciągać o wiele więcej pracując na kilka frontów. Najpierw zaczęli mi grozić, później przeszli do czynów. Trzech zbirów przesłało mi pozdrowienia od nich w ciemnym nokturnowym zaułku. Obudziłem się dopiero dwa dni później na wilkołaczej mecie. W ten sposób poznałem Lunarę, która już od dłuższego czasu pomagała mojej siostrze. Zresztą, nie tylko jej. Zacząłem wtedy rozumieć dlaczego Ronja darzyła wilkołaczą mamę takim szacunkiem - zobaczyłem, że nawet mając najgorsze utrapienia można sobie z nimi poradzić w inny sposób niż uciekanie się do nielegalnych interesów. Tkwiłem po szyję w bagnie, które z każdym kolejnym ruchem groziło wciągnięciem mnie jeszcze głębiej. Na moment w którym pochłonęło mnie całkowicie nie musiałem długo czekać. Wtedy jednak dojrzałem już do podjęcia decyzji - musiałem z tym skończyć. Chciałem ucieczki.
Pod koniec stycznia wracałem późnym wieczorem do domu. Kiedy wszedłem na klatkę schodową obskurnej kamienicy w której wynajmowałem mieszkanie na parterze otworzyły się drzwi. Stała w nich stara kobieta mieszkająca tam chyba już drugi wiek. Bez słowa wskazała krzywym palcem ku górze, gdzie mieszkałem, a następnie na mnie. Otworzyła pomarszczone usta i szeptem cichszym od śmierci powiedziała tylko jedno słowo: aurorzy. Teoretycznie powinienem był wtedy uciekać - postąpić zgodnie z instynktem i zostawiając wszystko za sobą zniknąć. Ale ja miałem już dosyć. Byłem za bardzo zmęczony. Rozgoryczony niepowodzeniami w badaniach. Przerażony każdym kolejnym dniem, w którym ktoś mógł uznać mnie za swojego wroga i zakończyć mój żywot dla własnej wygody. Chciałem uciec od grożącego mi braterskiego duetu - który to właśnie niechcący pokazał mi tylne wyjście, anonimowo nasyłając na mnie aurorów. Wchodząc do mieszkania cisnąłem różdżkę na podłogę i uniosłem ręce do góry nim zdążyli cokolwiek zrobić. Wiedziałem już, że na Nokturnie jestem skończony.



Prawo dziewiąte:
nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.

Błagałem ich na kolanach, zgodnie z prawdą zarzekając się, że nie mam nic wspólnego ze znalezionym w moim mieszkaniu przeklętym amuletem i drugim, jeszcze nieukończonym. Ktoś podrzucił je podczas mojej nieobecności. Można powiedzieć, że miałem szczęście - dwójka aurorów która przyszła mnie zgarnąć miała na tyle dobrej woli, by chociaż mnie wysłuchać. Powiedziałem im wszystko - to, że chcę się wydostać z Nokturnu, że potrzebuję nowego życia, nowego początku. Obiecałem im wydać kogo tylko będę w stanie sobie przypomnieć z moich ostatnich lat w Londynie. Chciałem współpracować. Kiedy osadzili mnie w Tower miałem tylko na wpół realną nadzieję na to, że moje informacje będą wystarczające, aby zapewnić mi wolność. Siedziałem w więzieniu ponad trzy miesiące. Długie trzy miesiące w czasie których pomogłem aurorom dwukrotnie zwiększyć ich statystyki złapanych czarnoksiężników. Wydałem im znaną mi większość - poza Larą. Wiedziałem, że będzie mną gardziła kiedy wróci, ale nie potrafiłem mimo tego jej zdradzić.
Przesłuchujący mnie aurorzy byli zawsze ci sami, Skamander i Fox. Ale drugi z nich podczas tych pogawędek zauważył to, co wielu innym przez te parę ostatnich lat umykało: tak naprawdę nie byłem kanalią. Pogubiłem się tylko, a teraz chciałem wrócić na dobrą drogę. Dałem mu się trochę poznać, a on mnie. Może nie ufał mi całkowicie, ale widziałem w jego oczach zrozumienie. Nie wiem na ile było w tym jego zasługi, ale wraz z początkiem maja po raz pierwszy od zimy opuściłem Tower. Jak się dużo później okazało, dzięki moim informacjom udało im się złapać Valhakisa, a jego córki odesłać do Grecji, tym samym pozbywając się jednego z dość istotnych czarnomagicznych problemów. Na Burke'ów jednak nie starczyło im dowodów - wszystko przez cholerną krew. Szlachta była nietykalna. To była kolejna rzecz, której nie lubiłem w Anglikach, ta ich arystokracja.
Dostałem drugą szansę od życia i nie zamierzałem jej zmarnować. Tak samo jak i pieniędzy, które pożyczył mi Fox. Na nowy start. Nadal mi nie ufał, ale tak samo jak los postanowił dać mi szansę. Tę także chciałem wykorzystać w pełni. Nie miałem w końcu nic, bo całe moje oszczędności zajął bank po tym, jak zostałem złapany. Ronja na szczęście była mądra i zdążyła umknąć do Lunary z niewielką częścią naszego dobytku. I z Juhanim. Jeszcze nigdy nie cieszyłem się tak na widok tego wrednego ptaszyska jak wtedy. Zatrzymaliśmy się na chwilę u Greyback, ostatecznie przeprowadziliśmy się do małego domu w Little Kingshill, kawałek za Londynem. Wziąłem się do pracy od razu, miałem dług do spłacenia - pieniężny i zaufania. Nie mogłem tego spartolić, nie było mnie stać na kolejne potknięcie. W Anglii za to działo się niespokojnie - Minister Magii naprawdę była chyba niespełna rozumu, zaczęły się otwarte prześladowania czarodziejów gorszej krwi. Wyspy stawały się coraz mniej przyjazna, za to ja z każdą kolejną pełnią utwierdzałem się tylko w przekonaniu, że muszę walczyć dalej i nie poddawać się. Na przekór niepokojom społecznym kontynuowałem pracę nad moimi badaniami nie zrażając się porażkami. Miałem wsparcie siostry, Lunary, Fredericka i Skamandera. Ostatni dwaj mieli mnie ciągle na oku, ale dokładałem wszelkich starań by ich nie zawieść. Parałem się tylko legalnymi zleceniami i wykazywałem się rozbrajającą wręcz szczerością, kiedy w końcu przestawałem milczeć i decydowałem się odezwać. W kwietniu niestety - a może i stety - w naukowym światku gruchnęła wiadomość, że ktoś mnie wyprzedził. Ministerstwo wzięło sprawy we własne ręce i odkryło sposób na to, jak okiełznać likantropię. Potrzebowałem zdobyć recepturę, jednak było to praktycznie niemożliwe. Nadaremnie szukałem dojścia do twórczyni wywaru, była poza moim zasięgiem, w wyższych sferach. Musiałem odnaleźć jakiś sposób na to by eliksir zdobyć oraz wyznaczyć sobie nowy kierunek naukowego rozwoju. Skupiłem się jednak na pracy zarobkowej, bo chociaż dzięki pożyczce od Fredericka mogłem żyć na naprawdę dobrym poziomie to ciągle musiałem go kiedyś spłacić.
Kiedy w rok po moim wyjściu na wolność w Little Kingshill pojawił się Fox myślałem, że będą to tylko rutynowe odwiedziny. Tym razem jednak nad naparem z melisy i pokrzywy przyszło nam rozmawiać o czymś znacznie innym. Majowe anomalie tylko pogłębiły naszą współpracę. Potrzebował dobrego alchemika, też już wcześniej robiłem dla niego różne eliksiry. Nie wiedziałem jednak, po co, skoro bojowe mikstury otrzymywał do pracy z Ministerstwa. Tamtego popołudnia wszystko się wyjaśniło. Dał mi jeszcze jeden kredyt zaufania, kolejną okazję do tego, żeby się wykazać. I po raz kolejny mi pomógł. Potrzebowali mnie w Zakonie Feniksa równie mocno, jak ja potrzebowałem ich.



Prawo dziesiąte:
nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.

... a właśnie, że jeszcze się wszyscy zdziwicie.



Patronus: nie wiem. Jak na razie nie udało mi się poprawnie rzucić zaklęcia patronusa, jednak próbuję; skupiam się wtedy na wspomnieniu z dnia, w którym urodziła się moja siostra.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 4 +2 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 0 Brak
Czarna magia: 1 +1 (różdżka)
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 29 +2 (różdżka)
Sprawność: 7 Brak
Zwinność: 4 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: norweskiII0
angielskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaII10
AstronomiaIV40
NumerologiaII10
ONMSI2
SpostrzegawczośćI2
Starożytne runyI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Brak-0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Brak-0
AktywnośćWartośćWydane punkty
PływanieI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (brak)-0
Reszta: 0

Wyposażenie

Różdżka, ptak pocztowy (bąk zwyczajny)

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Asbjorn Ingisson dnia 05.02.18 19:27, w całości zmieniany 10 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Åsbjørn Thorvald Ingisson   05.02.18 19:36

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Wywalczenie swojego miejsca w świecie nie zawsze jest proste - a na pewno nie było takie w przypadku Asbjorna, chłopca urodzonego na surowej północy i już od pierwszych dni życia uwięzionego w czyimś cieniu. Wiecznie porównywany do starszego brata i wytykany palcami przez rówieśników, bezpieczne schronienie odnalazł dopiero u boku najlepszego przyjaciela; gdy jednak i tę oazę zniszczył bezlitosny sztorm nieszczęśliwych przypadków, młodemu alchemikowi nie pozostało nic innego, jak podjęcie trudnej walki o uchronienie przed zgubą ostatniej bliskiej mu osoby. W odmęty londyńskiego półświatka wpadł jak kamień w morską toń, dosyć dosłownie lądując wprost na twardym dnie. Zapewne nie spodziewając się, że to właśnie tam - za kratami więzienia i w trakcie aurorskich przesłuchań - odnajdzie drogę na powierzchnię. Pomocna dłoń i darowana szansa były wszystkim, czego było mu potrzeba, żeby podnieść się z kolan; czy jednak wytrwa w swoim postanowieniu, alchemiczną wiedzą wzmacniając szeregi Zakonu Feniksa? I jak poradzi sobie z wrogami, jakich na pewno przysporzyła mu ta nagła zmiana stron?

OSIĄGNIĘCIA
Północny wędrowiec
Mały pędzibimber
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Percival Nott


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Åsbjørn Thorvald Ingisson   05.02.18 19:36

WYPOSAŻENIE
różdżka, ptak pocztowy (bąk zwyczajny)

ELIKSIRYWywar ze szczuroszczeta (5 porcji, stat. 29)
Wieczny płomień (3 porcje, stat. 29, moc +10)
Kameleon (4 porcje, stat. 29)
Eliksir lodowego płaszcza (4 porcje, stat. 29)
Smocza Łza (6 porcji, stat. 29, moc +5)
Czyścioszek (4 porcje, stat. 29)

INGREDIENCJEposiadane: sierść gryfa, włosie buchorożca

[09.06.18] Ingrediencje (lipiec/sierpień)
[23.06.18] Wykorzystano: czułki szczuroszczeta, strączki wnykopieńki, jaja popiełka, żądło mantykory, róg dwurożca, łuska smoka x2, korzeń ciemiernika

BIEGŁOŚCI -

HISTORIA ROZWOJU[05.02.18] Karta postaci, -75 PD
[19.06.18] Zdobycie osiągnięcia: Mały pędzibimber, +30PD


Powrót do góry Go down
 

Åsbjørn Thorvald Ingisson

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18