Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Brzeg Tamizy
AutorWiadomość
Brzeg Tamizy [odnośnik]10.03.12 23:13
First topic message reminder :

Brzeg Tamizy

Olbrzymie i rozległe połacie szmaragdowej trawy okalające rwący nurt rzeki przyciągają zarówno mugoli, jak i czarodziejów, którzy zwykli w ciepłe dni rozkładać koce, wyjmować kosze piknikowe, by zanurzyć stopy w orzeźwiającej, chłodnej wodzie. Odpoczynek na łonie natury, jest wszakże wskazany, chociażby raz za czas.
Teren nie jest w żaden sposób strzeżony przez mugolskie służby, a czy czyni to czarodziejska policja, tego nie sposób zauważyć gołym okiem. W jedną z pierwszych niedziel tej wiosny miał tutaj miejsce zamach przeprowadzony przez zwolenników Grindelwalda, w którym zginęło kilkudziesięciu mugoli. Od tego czasu miejsce uchodzi za opustoszałe. Dużo mniej osób odpoczywa tutaj w wolne dni, a urwana tabliczka zakaz wprowadzania psów! dopełnia ponurego obrazka. Gdzieniegdzie leżą pogubione koce w szkocką kratę gdzie indziej - stare butelki, śmieci pozostawione przez nierozsądnych turystów.
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Brzeg Tamizy - Page 14 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Brzeg Tamizy [odnośnik]12.06.21 1:17
Dziwne to były czasy. Trudne i nieprzewidywalne. Ciężko patrzyło się na opustoszałe miasto, zwłaszcza gdy w pamięci wciąż tkwił obraz tłumów beztroskiego społeczeństwa. Ciężko myśleć było o zabójczej aurze głodu i rasowych nierówności. Nigdy nie potrafił zrozumieć konstrukcji tego świata, nawet jeśli jakiś przemądrzały intelektualista wyjaśniał to w ramach (nie)nazwanej filozofii. Może po prostu był głupcem. Albo krył większe serce, niżby komukolwiek się wydawało. Niemniej dobrze wiedział, że nie serce, a spryt uratuje mu w tej rzeczywistości tyłek. Jak i zresztą w każdej innej, wszak pogrążony w wojnie Londyn nie zmienił toku jego funkcjonowania, co najwyżej odebrał pewne wygody. Poznał biedę z innej strony i wcale nie na własne życzenie. Poza tym było jak dawniej. Tak samo chujowo. Z tym samym nastawieniem na przetrwanie. Tylko to się liczyło. Kiedyś, dziś i jutro pewnie też będzie. A cel uświęca środki. Ponure, ale prawdziwe. Wierząc w to szedł przez życie, z nadzieją na to, że zyskuje więcej, niż traci. Dzisiejszość go z tego rozliczała. Przykładem jest choćby ta ich dziwna relacja. Ni to przyjaciele, ni wrogowie. Widok drugiego ni grzeje, ni ziębi. Tak bliscy, a jednocześnie cholernie dalecy. Wiedzieli o sobie wszystko i nic. Ujawniał się ten dystans w byle pogawędce, ale też dziś, gdy poważnym pytaniem poczyniła wstęp do własnego odkupienia. On jednak nie zdradził konkretów, rzucił bowiem ponurym ogólnikiem, trochę przesadzonym, acz nadal szczerym. Moss także nie podała na tacy żadnych bezpośrednich spostrzeżeń. Co najwyżej zaalarmowała, że takowe drzemią jej w duszy. Z kolei Scaletta pewnie nie będzie nachalny. Nie spyta, nie domyśli się. Gdzie zatem znajdował się rdzeń ich wzajemnego porozumienia? Zdawałoby się, że jego cień tkwił gdzieś w formie przyzwyczajenia. Tylko do czego?
- Ta, bezsprzecznie toczy się dalej, bez względu na podejmowane decyzje - przyznał, kiwając głową w twierdzącym geście. Mówił to z jakąś zadumą i zamyśleniem, choć bynajmniej nie rozliczał teraz w myślach własnych grzechów. W końcu nie warto było żałować. Co najwyżej zastanawiał się - z uczucia zwykłej ciekawości - co istotnie najmocniej splamiło wyznawane przez niego cnoty. Nie chciał tego przemyśleć, by potem rozważać o własnej kondycji; po prostu chciał wiedzieć, co w życiu spieprzył najbardziej. Coby to wystrzec się tego w przyszłości i nie płacić drugi raz za tę samą przewinę. I tak główkował przez chwilę, zakończywszy moment zadumy wewnętrzną satysfakcją. Doszedł do wniosku, że nie było karygodnych win, nie było zatem także goryczy ciążącego żalu. Miał po prostu wszystko gdzieś i na dobre mu to wychodziło.
Albo tak bezwstydnie oszukiwał nawet samego siebie.
- Tylko brzmi - odpowiedział jakby od niechcenia, z twarzą beznamiętną, pozbawioną patosu. Nie dało też się dostrzec smutku. Dopiero gadka o bimbrze rozświetliła mu spojrzenie. A potem już tylko cierpliwie oczekiwał odpowiedzi. Spodziewał się bodaj enigmatycznej frazy, portowa towarzyszka zebrała się tylko na nijakie półsłówko. Rozczarowujące. Ale chyba nie zamierzał drążyć. Przecież popełniła ignorancję z pełną premedytacją. Jemu też się to zdarzało; stąd pewnie ta wyrozumiałość i brak obruszenia.
- To, co zawsze - odparł, wyciągając z torby skradzioną wcześniej gazetkę. Niechże spojrzy choćby na głośne nagłówki, będzie wiedziała już wszystko. Wcisnął jej prasę w ręce, odpakował własną kanapkę.
Niech wróci normalność.


they've tortured and scared you for twenty-odd years
they hate you if you're clever and they despise a fool
till you're so fucking crazy you can't followtheir rules

Michael Scaletta
Zawód : kradnie, co popadnie
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
surely goodness and mercy will follow me all the days of my life
and I will dwell on this earth forevermore
said I walk beside the still waters and they restore my soul
but I can't walk on the path of the right because I'm wrong
OPCM : 6
UROKI : 10
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7515-michael-anthony-scaletta#207763 https://www.morsmordre.net/t7521-volare#208020 https://www.morsmordre.net/t7520-michael-the-thief#208017 https://www.morsmordre.net/f293-crimson-street-11-2 https://www.morsmordre.net/t7660-skrytka-bankowa-nr-1828#211185 https://www.morsmordre.net/t7522-m-a-scaletta#208023
Re: Brzeg Tamizy [odnośnik]22.06.21 14:25
W tych dniach kwestia przetrwania nabierała zupełnie nowego koloru, głębszej toni, z której nie każdy potrafił się wydostać, lecz przede wszystkim nie każdy potrafił tam wejść. Znaleźć sobie moc, odważnie wysunąć stopę do przodu i przekrzyczeć ten żenujący, bury świat. Rzeczywistość w dokach zwykle bowiem była ponura, ale tym razem Philippa nie mogła wygasić przeczucia, że będzie tylko gorzej, że gromadzi się nad nimi jakaś groźba. Zawsze była uparta i dumna, zawsze odważnie sięgała po swoje. Tym razem zasiadała nad Tamizą trochę obca, inna, słabsza, choć nie rozkładała jeszcze bezradnie ramion. Chciała się sprawdzić w tej społeczności, chciała mieć jakiś cel. Ten obecny, o ile można było nim nazwać kręcące się w rutynie dni w Parszywym, przestał ją zadowalać. Bezczynność zaczynała kąsać, kiedy niedawno wyszła z więzienia, kiedy dopiero co faktycznie odczuła mrok przelewający się przez ulubione miasto. Londyn z niej kpił czy wyzywał ją na pojedynek? Te najgorsze misje jednak musiała przejść dla samej siebie i sama z sobą. Jak tylko zagoją się rany. Scaletta jej takiej nie znał, powinien spodziewać się gadania i pociągania za język, prowokacji i szturmowania jego złodziejskiej duszy. Dostawał jakąś gorzką ciszę i uciekanie od konkretów. Poddawał w myśli wątpliwość fundamenty ich nietypowej relacji. Philippa o tym nie myślała. Nie rozwiązywała dialogu w ten sposób. Właściwie nawet od niego uciekała i wcale nie próbowała się z tym kryć. Przyszła po cos, a jednak odsuwała to od siebie, poddając się po prostu temu, że siedzieli tu we dwoje.
– Czuję się tutaj coraz gorzej, Scaletta. Chcę działać, ale nie wiem jak. To wielkie bagno, które wciąga nas wszystkich. Duszę się w tym – wyznała w końcu kawałek z wielowątkowej opowieści. Prawdziwy aż nazbyt, dobitny do przesady. Że Londyn tracił jej oddanie. – Pierwszy raz od ośmiu lat – wyjawiła, czując, że te słowa smakują jak cholerna zgnilizna wybierana przez bezdomnych ze śmietników za Parszywym. – No ale idziemy dalej, no nie? Nie ma opcji, by nas to pokonało. Przynajmniej mnie – mruknęła, przekręcając powoli głowę w jego stronę. Poszukała jego oczu, reakcji. Komunikat wydała dość jasny, że… – Muszę coś ze sobą zrobić – dodała, jakby mało mu było jeszcze treści. Czuła się pokonywana przez dom, azyl, jedyne rodzinne miejsce, jakie miała. Obrywała jednak nie od samego portu, ale od pieprzonego ministerstwa, które trzymało na smyczy całe miasto. Patrole się mnożyły, bezduszni służbiści włazili wszędzie. Niedługo obudzą ją, kiedy będzie spała we własnym łóżku. – To nie może być tak, jak mówisz, Scaletta – zareagowała, odwołując się nie nawet do życia po prostu, ale do obecnej sytuacji. Jej własnego losu, który jawił się ostatnio w dość nieciekawej formie. W powietrzu wisiał smród, niby ten sam co zawsze, niby stara ryba i wilgotne ścieżki. A jednak przedzimie wydawało się jakimś cholernym wstępem. Tylko do czego? Przecież wojna już trwała. Powiadali, że to miasto stanowiło ziemski raj. Poszurała lekko butami po betonowym schodku i stłumiła złośliwy jęk.
Ona nie mogła mieć wszystkiego gdzieś. Ona była z tym miejscem związana. Z ludźmi, ze specyfiką panujących tutaj nastrojów, z tradycją i morskim zapachem.  Zamiast zajadania się kanapką wybrała jego gazetę. Pochwyciła ją i otworzyła szeroko. Duże skrzydła zafalowały przy mocniejszym porywie wiatru. Gdzie te duże nagłówki? Co tam było? Zerknęła na niego znad tej codziennej, ruchomej prasy. – I jak? Wyglądam jak jakiś inteligent? Albo człowiek obyty? Jak mnie widzisz, Scaletta? – spytała trochę rozbawiona, trochę w tej głębokiej pozie. Rozdmuchajmy ponurość. Spróbujmy. Tylko dziś wcale nie była w tym dobra. -Popatrzmy… – zamruczała, piwne oczy zanurzając w literkach. – Może znajdę tu jakaś dobrą wieść dla portu… No proszę, zapowiadają zimowy jarmark – odczytała wielki, krzyczący nagłówek. A o grozie nic. A o ofiarach jeszcze mniej. A o głodzie, że to wina buntowników. Taka to była okoliczna propaganda. – Gdyby nie było mi szkoda i tej już zasyfionej do bólu Tamizy, to cisnąłbym tym w rzekę – wyraziła dobitnie szczerze. – Smakuje ci? Jak ci w ogóle leci teraz robota? Masz jakiś plan? Czy po staremu? – podpytała nagle i uniosła wyżej brew. Kryzys mógł przecież i podziurawić nawet te złodziejskie sakiewki.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Brzeg Tamizy [odnośnik]25.06.21 21:58
Brzeg Tamizy szumiał pustką. Po centrum snuły się dusze odważne, albo te obdarzone przywilejem bezpieczeństwa. Obrzeża skrzętnie skrywały oblicza zlęknionych pośród ogromu identycznie wyglądających domów. Port już nie tętnił życiem, jedynie zagubieni w odmętach słonej wody marynarze kręcili się tam od czasu do czasu. Tacy jak Scaletta szwendali się wszędzie, rozrysowując w swoich chytrych umysłach mapę obecnego Londynu. Tego ponurego, gdzie rzeczywistość rządziła się teraz innymi prawami. On dość szybko je przyswoił, przyjmując reguły za konieczność w pokonywanej przez siebie drodze. Cel nie był szczytny, nosił bowiem imię niechlubnego przetrwania. Nazwawszy tak niemoralność, można było pozwolić sobie na wszystko, bo przecież w obliczu kryzysu nic już nikogo nie dziwiło. Teraz nie był już wyrzutkiem normalności przynależącym do mrocznego półświatka; teraz po prostu walczył. Nikt już tego nie egzekwował, bynajmniej nie ci głodni i przestraszeni. Krzywdę zdefiniowały na nowo masowo popełniane zbrodnie, w obliczu których kradzież paru drobniaków czy czerstwej bułki już nic nie znaczyła. Nie męczył go wszakże żaden wyrzut. Czuł się wolny od grzechów, wierzył także w swoiste wyzwolenie od spoczywającego na barkach ciężaru. Paradoksalnie, tak może było mu nawet lepiej. W końcu dostrzegł, że wielu było na tym dziwacznym świecie skurwysynów znacznie podlejszych od niego. Głupie, lecz prawdziwe usprawiedliwienie. Właśnie ono trzymało go nadal przy życiu. Ale ona była inna. Ze smutkiem spoglądała na opustoszałe uliczki, jakby parszywy kontur krwawej pożogi dopiero odkrył przed nią brzydotę tego miasta. Chyba była tym wszystkim rozczarowana. To prawie jak znalezienie błyszczących pereł, które okazały się być kiepską podróbką. Głęboko w zarodku tli się nadzieja i entuzjazm, zaraz jednak zduszone zostają przez uderzające fakty. U niej oliwy do ognia dolała decyzja sprzed dwóch tygodni. Na pewno nie było jej łatwo. Sama zresztą przyznała po krótkiej chwili, gdy zatopiła już tamto puste nic.
- No to działaj - wydusił od razu, jakby w niedowierzaniu na zasłyszane słowa. Nie znał jej takiej. Nie rozpoznawał w niej tej bierności i przygnębienia. - Tylko nie daj się zabić - dodał zaraz z powagą, spojrzawszy na Moss z jakoś nienormalnie empatycznie. Coby to ukryć szybko swoje emocjonalne obnażenie dopowiedział jeszcze: - Przecież muszę gdzieś przychodzić na rum, jak już skończy się ten cały pierdolnik. - Pół żartem, pół serio. Dość miał swojej zabiedzonej sakwy, w której często nie było bodaj grosza na kieliszek sikacza w paskudnej knajpie. Dość miał też tego ciśnienia. Nie obawiał się, ale atmosfera niepewności czasami nie dawała mu spać.
- Ale jest, Moss. Tylko śmierć, albo jakaś choroba może powstrzymać bieg życia. Ale i one zazwyczaj nie są świadomą decyzją, tylko kolejami losu - odparł na jej interpretacje, w myślach kształtując wyraźną iluzję własnej matki. Matki, którą do dziś dręczyła depresja po śmierci ojca; matki, którą to wiecznie musiał się opiekować, nawet jako dziecko. Dobrze pamiętał te dni sprzed niemalże piętnastu lat, kiedy nie wstawała całymi dniami z łóżka. Równie dobrze pamiętał wszystkie kolejne miesiące, kiedy nie poświęcała mu uwagi. Miał ją za egoistkę. Błędnie uważał też, że jej metafizyczne istnienie dawno się skończyło; że jej życie nie toczy się już bezsprzecznie dalej, bez względu na podejmowane wybory. Sądził, że zależna jest od tamtego jednego wydarzenia. Czasami wydawało mu się, że pozostało z niej tylko ciało pozbawione ducha; że podobna jest co niektórym więźniom z Azkabanu, skazanym na pocałunek dementora. Nie rozumiał wagi jej problemu wtedy, częściowo nie rozumiał także dziś. Tak kisił się w nim wieloletni żal. I choć zdolny był wybaczyć, do tej pory tego nie zrobił.
Z zamyślenia wyciągnął go głos Philippy. Zerknął na nią, wystawiającą nos zza kawałka gazetki, potem uśmiechnął się jakoś blado. Chyba próbowała dolać do tej ponurej konwersacji trochę optymizmu. Zupełnie niepotrzebnie, obydwoje nie mieli humoru. Przed nim nie musiała udawać.
- Człowiek obyty raczej nie czyta takiego ścierwa - uznał, przyglądając się zakłamanym rubryczkom. Nie żeby mówił z doświadczenia, raczej nie miał okazji (czy też ochoty) obcować z inteligentami; zgadywał jednak, że fatalna propaganda do takich samoświadomych odbiorców raczej nie trafia. Sam Scaletta nie był nadętym mądralą, a nawet do niego ta manipulacja nie trafiała. Zdrowy rozsądek nakazywał kilkukrotnie przefiltrowywać tę sieczkę. Oni zbyt dobrze znali rzeczywistość, by bezrefleksyjnie wierzyć w upolitycznione nagłówki. - Tak, dzięki. Z robotą jest różnie. Nie mam żadnego planu, więc jest po staremu. Z tym że trochę skromniej - odpowiedział natłokiem na natłok. - A ty jak sobie radzisz?


they've tortured and scared you for twenty-odd years
they hate you if you're clever and they despise a fool
till you're so fucking crazy you can't followtheir rules

Michael Scaletta
Zawód : kradnie, co popadnie
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
surely goodness and mercy will follow me all the days of my life
and I will dwell on this earth forevermore
said I walk beside the still waters and they restore my soul
but I can't walk on the path of the right because I'm wrong
OPCM : 6
UROKI : 10
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7515-michael-anthony-scaletta#207763 https://www.morsmordre.net/t7521-volare#208020 https://www.morsmordre.net/t7520-michael-the-thief#208017 https://www.morsmordre.net/f293-crimson-street-11-2 https://www.morsmordre.net/t7660-skrytka-bankowa-nr-1828#211185 https://www.morsmordre.net/t7522-m-a-scaletta#208023
Re: Brzeg Tamizy [odnośnik]09.07.21 16:45
To były proste słowa. Konkretne, nieowinięte w wielką perswazję. Przekaz widny i na pierwszy rzut oka leżący w jej mocy. Bo przecież nie od dziś potrafiła zmieniać myśli w czyny, przeobrażać pomysł w realizację. Rzadko kiedy dawała się zatopić w bierności. Tym razem jednak żadna dyktowana troską przestroga nie mogła jej uchronić przed śmiercią. Rozmawiała z ludźmi, mieszkała tu, dość dobrze pojmowała przeklęte położenie takich jak oni. Idee umierały jeszcze szybciej niż nieułożeni mieszkańcy portu. Buntownicy powiadali, by rozbić to zło od zupełnie innej strony. Spoza portu, który wrzucony w samo centrum opanowanego Londynu mógł skończyć jak ministerialna przekąska. Albo już dawno nią się stał. Biedne obdartusy. Brak czystej koszuli, brak manier, brak grosza przy duszy. Nic, tylko ten szczerbaty uśmiech i marzenie o skarbach z morza. Tak łatwo wpychali ich wszystkich do jednego wora. Tak łatwo można było stać się kimś, kto topił się w tej burej masie. Ona też mogła po prostu kręcić zaplamioną spódnicą między rozbitymi kuflami. A jednak dojrzewające w niej uczucie było zaraźliwe, prędko rozchodziło się po skórze, haczyło o myśli i łaskotało pięty, by wreszcie zmusić je do ruchu.
Czy zadziała? Tego nie wiedziała, ale jeśli chodziło o to, co zaproponował dalej, to zdecydowanie zamierzała się zastosować. Do rady, do obietnicy, do czegokolwiek, czym było to patetyczne nie daj się zabić. Brzmiało jak wielkość, do której nie były stworzone takie dziewczyny jak ona. Pozornie. Nie dziwił jej już fakt, że nie doceniano jej. Proste chłopiska z Parszywego ustawiały się grzecznie już po pierwszym podskoku, który kończył się dla nich bardzo nieprzyjemnie. Kto by się spodziewał, prawda? Zawsze, ale to zawsze pilnowała swego. Wytresowała samą siebie. Albo to los wyrzeźbił ją. Pod czarującym uśmiechem ukryć potrafiła się nieoczywista intencja. Tym razem napędzał ją gniew, rosnące poczucie niesprawiedliwości, które… które zdawało się nie robić na Michaelu żadnego wrażenia. Poza tym dziwnie miękkim zaklęciem. Niech tylko nie da się zabić. – Nie dam. Jestem zła, ale jeszcze nie stałam się samobójczynią – wyraziła, spoglądając jedynie przed siebie. Ponad linią kamiennych stopni nad Tamizą, ponad taflą cuchnącej wody, ponad pierwszymi i drugimi piętrami tych starych kamienic. – A ty co? Martwisz się o mnie? – zapytała, tym razem już obracając ku niemu spojrzenie. Brew uniosła się, a oczy otworzyły szerzej. – Mam tylko nadzieję, że jeszcze nie skazałeś mnie na porażkę… - wyrzuciła nieco kąśliwie. Mógł już upatrywać jej upadek, ale właściwie wydawało się pytanie, czy naprawdę w niego uwierzył. Poza słowami zdarzało jej się o tym myśleć. O poddaniu się, o załamaniu, o zaakceptowaniu niewiarygodnego kryzysu. Nigdy. – Choćby cały  Londyn się posypał, zawsze znajdziesz miejsce, by się nawalić, Scaletta. Dobrze o tym wiesz. A to? Nie licz, że skończy się tak szybko. Oby chociaż za naszego życia – skwitowała gorzkawo i jeszcze raz poszukała widoków godnych pocztówki z doków. To dopiero kilka miesięcy, dopiero zapowiedź, a mimo to było coraz gorzej. Nie poznawała miejsca, które śmiało nazywała ulubionym domem – z całym tym gnojem, który niczym paskudny żywopłot porastał wokoło.
Zdejmowała klątwę dziwaczną pozą, teatralnie wysuwającymi się zza gazecianych brzegów tęczówkami, nosem, który transmutować się miał w jego wyobraźni w bardziej profesorski. Mimo wszystko i tak to nie miało być ratunkowym kołem. Przecież pośrodku rozległych wód szalał sztorm. Co mogło zrobić jedno optymistyczne wejrzenie? – Nie umiesz się bawić. Sztywniak – wymówiła z rozczarowaniem i pokręciła głową. Chwilę przedłużyła, by jeszcze zacmokać trzy razy. Potem odrzuciła gazetę i tak mogli wrócić do tego, co było. Ściskając w palcach tamten pergamin, wcale nie myślała o krzykliwej, bezwstydnej propagandzie. Chciała ich wydostać. Choćby na krótką chwilę.
Lekko się zakołysała, odrywając plecy od stopnia wyżej, który robił jej przez chwilę za twarde oparcie. Zaczepiła dłonie o kolano i napięła ciało. Więc i on nie mógł stać się królem tutejszych złodziejaszków. – Wymyśl jakiś wielki skok. Wiesz… dowal im! W końcu jesteś bystry, znasz się na tym, wiesz, jak to działa. Zbierz ludzi. Zaskocz ich. Tylko nie daj się zabić zaproponowała, kończąc słowami, które doskonale znał. Ofiarowała mu swój cwany uśmiech. Dobrą minę do tej złej gry. – Nie ma skromniej. Przecież jesteś… To ty. Wokoło jest wielu bogatych. Zrób z tym coś – zasugerowała z błyszczącymi oczami. Po staremu było nudne, po staremu brzmiało jak bierne zgadzanie się na ten burdel, jaki proponowało im teraz ministerstwo. Sprytni ludzie radzili sobie przecież całkiem nieźle. Był jednym z nich? – Jest Parszywy i jak zwykle kupa roboty. Wieczny Parszywy… moja nadzieja i moje przekleństwo. Chodź, zmywamy się stąd. Zjadłeś do końca? – powiedziała, podnosząc tyłek z chłodnych murów. – Przejdziemy się kawałek dalej…
I wreszcie wzięła się za tę nieczęsną kanapkę z kurczakiem. Tak trzeba.
Bo jestem wciąż głodna, ale nie umiem już jeść. Nie tak.


zt

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Philippa Moss dnia 08.08.21 15:59, w całości zmieniany 1 raz
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Brzeg Tamizy [odnośnik]29.07.21 0:09
Dwie zbłąkane dusze nad śmierdzącą Tamizą. Zachodzące słońce. Stary koc i wilgotna, spalona po lecie trawa. Posępna gadka o życiu i śmierci, czynie i letargu, bezpiecznym azylu i groźnym koszmarze, sytości i głodzie. W takiej kolejności zapisywał w pamięci wspomnienia - swoistą, niezakłamaną wizję aktualnej rzeczywistości. Gdyby Stwórca obdarzył go talentem, rozrysowałby granice tej chwili na czystym skrawku propagandowej gazety. Los chciał, że dobrze potrafił jedynie kraść i musiała wystarczyć mu zaledwie pamięć. Tak właśnie rył w umyśle wiązkę każdego momentu, dzień w dzień wskrzeszając szczegóły niewarte upamiętniania. Robił to, bo żył iluzją powrotu do dawnej świetności. Robił to, bo wybrał bierne przyzwalanie. Nie miał chęci walczyć, rozsądek zresztą odradzał mu takich pobudek, bo oni byli znacznie silniejsi. Przestał już egzystować w obłudzie. Rozwiązania nie było. Odpowiedzią było bezwzględne przetrwanie, czy tego chciała, czy nie. Mogła mamić sobie oczy marzeniami o rewolucji, ale jego bajki nie przekonywały. Przemawiała do niego jednak polityczna neutralność. Po prostu chyba wierzył, że milczących rząd nie tykał. Naiwniak. Podobno dopadali wszystkich, tyle że w różnym stylu. Hałaśliwych pozbywali się na głośno, a tych cichych eliminowali jako bezkształtne cienie. Nie było już sprawiedliwości, nie było już jednoznacznej definicji grzechu. Człowieczeństwa też już nie było. Nic dziwnego, że zwątpił. Nie tyle w nią, co w pomysł przywrócenia poprzedniego ładu. W jego opinii pozostało już tylko się zdystansować - próbować zapomnieć o drażniącym nozdrza zapachu powszechnego mordu i zacząć myśleć wyłącznie o sobie. Pewnie tego nie pochwalała. Pewnie oczekiwała więcej, od niego, od ogółu całej społeczności. Nie umiał temu podołać. Był tchórzem? Zapewne. Poddał się? Właściwie to nawet nie zaczął. Lecz ona ciągnęła za sobą niewidzialną nić nadziei i bajecznych idei; najwyraźniej port i tamtejsi ludzie byli dla niej ważniejsi, najwyraźniej sprzęgała pojęcie szczęścia z tym miejscem. Szanował to, ale chyba nie potrafił zrozumieć. Stąd zresztą wzięło się jedynie blade nie daj się zabić. Bo szczerze nie wyobrażał sobie sukcesu w odratowywaniu jej cichej przystani. Nie w pojedynkę, nawet jeśli posiadała silną broń siejącą spustoszenie - podobny zwierzęcym instynktom gniew.
- Nie martwię, bo wiem, że jesteś sprytna - przyznał po chwili namysłu, choć zaraz dodał dziwnie stroskanym tonem: - Nie chciałbym tylko usłyszeć, że dałaś się ponieść. - Marzeniom, zemście, furii, czemukolwiek. Pragmatyzm podobno zapewniał stabilność. Tyle że na jak długo? Dobrze skwitowała jego gorzkie stwierdzenie. Nikt nie znał daty końca tych absurdów. Wojna była jedna, bitew było wiele. Zbyt wiele, by oszacować straty i określić finał narastającej tragedii. Czym zresztą byłoby zamknięcie dla apokalipsy, która zburzyła podwaliny istnienia oraz funkcjonowania ludzkości?
- Ja? Sztywny? - Jeszcze nie, Moss. - Na pewno nie bardziej od tych wszystkich Bogu ducha winnych mugoli. - To sobie wybrał temat do żartów. Wyjątkowo ponure miał to poczucie humoru. Wyszedł na strasznego skurwiela, ale o tym chyba już wiedziała? - Tak zrobię. Dojebię im. Tym bogatym skurwysynom - obiecał, tonem pewnym i zdecydowanym. W spojrzeniu kryła się jednak bezsilność. - Ogołocę ich tak, że aż ich dupa zapiecze. Tylko że to wcale nie jest takie proste, a ja chyba nie mam do tego głowy. Potrzebuję motywacji - przyznał w końcu, patrząc na przeciwległy brzeg brudnej rzeki. Jakby nie miał odwagi spojrzeć jej w oczy i wyznać, jak bardzo jest niepewny. Potem już tylko przytakiwał jej niemo, jakby ze wstydu przed własnym zwierzeniem nie miał siły dalej mówić. Dużo wcześniej dokończył już kanapkę. A teraz wstawał z wychłodzonej ziemi, by przejść się z nią po mieście pełnym cieni śmierci i marionetek zagłady.
Parszywe to było życie.

ztx2


they've tortured and scared you for twenty-odd years
they hate you if you're clever and they despise a fool
till you're so fucking crazy you can't followtheir rules

Michael Scaletta
Zawód : kradnie, co popadnie
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
surely goodness and mercy will follow me all the days of my life
and I will dwell on this earth forevermore
said I walk beside the still waters and they restore my soul
but I can't walk on the path of the right because I'm wrong
OPCM : 6
UROKI : 10
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7515-michael-anthony-scaletta#207763 https://www.morsmordre.net/t7521-volare#208020 https://www.morsmordre.net/t7520-michael-the-thief#208017 https://www.morsmordre.net/f293-crimson-street-11-2 https://www.morsmordre.net/t7660-skrytka-bankowa-nr-1828#211185 https://www.morsmordre.net/t7522-m-a-scaletta#208023

Strona 14 z 14 Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14

Brzeg Tamizy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach