Wydarzenia


Ekipa forum
Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]20.02.18 16:31
First topic message reminder :

Salon

W odróżnieniu od pokoju dziennego, salon jest przeznaczony dla spotkań z gośćmi (przede wszystkim przedstawicielami rodów, z którymi Macmillanowie nie utrzymują szczególnie bliskich więzi) i z tego powodu ma chłodniejszą kolorystykę. Ma charakter reprezentacyjny.
Na ścianie, nad kominkiem, znajduje się obraz nestora rodu, Sorphona Macmillana, a nad nim herb rodu. Przy wejściu do salonu znajdują się jedynie dwie stare miotły, które należały do poprzednich nestorów. Nad drzwiami znajduje się dewiza: Per aspera ad astra. Na jednej ze ścian znajdują się szable, a pod nimi najwspanialsze puchary zdobyte przez Macmillanów w Quidditchu.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Salon [odnośnik]09.07.21 21:17
Zmieszał się, czym tylko usłyszał, że wydawał się „odklejony od myśli”. Naprawdę tak wyglądał? Podrapał się po czole, jak gdyby rozmyślając czy rzeczywiście tak było. Nie wiedział jak zareagować na takie słowa. Czy on się martwił, czy może sobie z niego żartował? Ostatecznie jednak pokręcił głową, udając że wszystko jest w porządku.
Wciąż trzymał się swojego odrobinę chłodnego podejścia. Chciał być szczery. Nie było sensu udawać, że wszystko było mu obojętne… albo że wszystko było w porządku, bo nie było. Jasno wyjaśnił dlaczego nie zamierzał być milszym, choć również nie zamierzał być totalnym chamem. Chciałby, tak właściwie, móc inaczej porozmawiać z Weasleyem, ale duma nie pozwalała mu, żeby zrobił to natychmiast i żeby pierwszy wyciągnął dłoń na zgodę. Obserwował szwagra przez chwilę w ciszy. Dym papierosa sprawiał, że wyglądał na nadzwyczajnie niezadowolonego, bo zwyczajnie drażnił mu oczy.
Nie spodziewał się usłyszeć przeprosin. Te wyraźnie go zaskoczyły. Natychmiast przechylił głowę i zmarszczył czoło. Czy on dobrze słyszał? Rudzielec naprawdę go przeprosił? Tak po prostu? Nie wiedzieć dlaczego oczekiwał zwlekania, a nawet tego, że nigdy do czegoś podobnego nie dojdzie. Nagły ciąg tłumaczeń sprawił, że Macmillan poprawił się na siedzeniu i wyszczerzył oczy. Wciąż nie dowierzał własnym uszom. Zaczął machać dłonią, żeby szwagier choć trochę się uspokoił i zatrzymał swój słowotok.
Czekaj, czekaj, czekaj, zwolnij – próbował go zatrzymać, bo nie był pewien czy w ogóle nadążał za tym, co ten mówił. To jest rozumiał, ale wszystko szło tak szybko, że zwyczajnie nie potrafił uwierzyć. – Zdarza się. Po prostu nie wytrzymałeś, całkiem to rozumiem – odpowiedział mu w końcu.
Owszem, nie podobało mu się to, że wymierzył pięścią akurat w niego i to podczas pierwszego od lat spotkania… ale pewnie zachowałby się podobnie, gdyby był na jego miejscu. Najwyraźniej oboje mieli wyjątkowo słabe nerwy i za bardzo martwili się o swoich bliskich. Nie zamierzał go jednak skreślać, ani nic w tym stylu. Potrzebował po prostu czasu.
Z kolejnymi słowami rozumiał, że choć Ria była głównym powodem dla którego Weasley postanowił przybyć do Puddlemere, to był jeszcze drugi. Ponownie wejrzał zaskoczony na rudzielca. Nie oczekiwał, że ten chciałby porozmawiać akurat z nim. O czym? No, chyba że chciał tylko przeprosić.
Ze mną? – Ponowił za nim wciąż nie rozumiejąc o czym mieliby rozmawiać. – Bez owijania w bawełnę – mruknął, kiedy Urien ponownie zaczął przepraszać. – Nie będę cię lał po twarzy. Nie jestem psychopatą, żeby się mścić – odpowiedział, nie rozumiejąc o co mu chodziło. – O czym chcesz ze mną porozmawiać? – Ponowił, chcąc w końcu dowiedzieć się o co chodziło. Bo o co mogło chodzić? Coś musiało się stać…


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Na zdrowie i do grobu
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 5 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Salon [odnośnik]22.08.21 23:03
Znowu nie wytrzymywał presji rodzinnej, bo zgorszona mina, która wydawała się powodem jego obecności, a nie papierosowego dymu sprawiała, że zdecydowanie próbował jakoś to wszystko naprawić. Nigdy nie sądził, aby Anthony był głupkiem, przecież miał siebie samego z takiego jegomościa, a Macmillana za dżentelmena! Nie miał pojęcia, jakie były jego grzeszki, nieszczególnie też interesował się całą tą otoczką związaną z rodami, wiedział jedynie o antypatii, jaką szerzył ród, w który została wżeniona jego siostra, a Wuja Lorda Romulusa Abbotta. Rozumiał kwestię dumy i wszystkiego, ale... dlaczego w tak trudnym czasie nie byli sobie w stanie podać ręki? Być może wartości przyjmowane przez ogół rodziny były ważniejsze? Chyba nie mógł się bardziej cieszyć z tak wspaniałych dziadków, którzy trzymali się tego, co najważniejsze, czyli indywidualności tkwiącej w każdym z nich, pozwalali im rozwijać się wedle własnych zasad, tak jak wyznaczyli to rodzice. Niestety jego myśli zaprzątały kobiety, odbierając wszelką możliwość przejrzystego myślenia.
Zamilkł niemal momentalnie, kiedy tamten zaczął go uciszać. Nie zwykł słuchać się tak od razu, ale teraz był dość przybity i mało oponował, szczególnie kiedy przypominał sobie o tych minionych dniach. Zdecydowanie powinien się gdzieś wynieść, ochłonąć, nie pozwolić, aby to wszystko przejęło nad nim kontrolę. Czekał na werdykt, a ten sprawił, że jego uszy zapłonęły na chwilę. Wychodził na jakiegoś bałwana, który nie panuje nad emocjami! Przecież potrafił się powstrzymywać wtedy, kiedy należało! Choć faktycznie nie był w stanie zaprzestać tej rozpędzonej pięści, którą przywalił Macmillanowi, to nie potrafił samemu przyznać się do tego, że czegoś nie wytrzymał. Był mężczyzną przecież! Musiał wytrzymywać nieważne co!
Ewidentnie atmosfera nieco zelżała, a przynajmniej w taki sposób interpretował sytuację rudzielec, któremu para zeszła nieco z głowy. Myślał o tej całej Celine i Philippie, ale przecież teraz miał przed sobą jasnowłosego szwagra, który nie wyglądał jakby był w sosie. Chyba był w stanie go trochę zrozumieć, szkoda tylko, że nie przystał na jego jakże kuszącą propozycję! Nie było to przecież nic złego, ale nie miał już siły próbować go przekonać za wszelką cenę.
- Wiesz... ja chyba... - zająknął się trochę, próbując jakoś nie dawać po sobie znać, że jest to temat świeży i nowy i NIKT nie może się dowiedzieć. - Mam jakiś problem z pamięcią. - zamilkł na chwilę, zaciągając się głęboko papierosem, który ponownie zaszczypał w gardło. Tym razem nie kaszlał, przetrzymał wszystko, wolał, żeby kisiło się gdzieś tam w środku... powinien woleć. - W sumie to nie z pamięcią, tylko... tylko... Anthony jak ja mam Ci to powiedzieć? - spytał zdezorientowany całym tym zajściem, bo nie spodziewał się, że będzie mu, aż tak ciężko! - Po prostu... po prostu piję i nie pamiętam większości. Mam jakieś przebłyski, jak na przyk... - urwał w połowie, przypominając sobie straszliwe obrazy, kiedy to jego własna rozkosz doprowadziła kogoś do tak olbrzymiego strachu, a potem... potem kiedy niemalże zrobił krzywdę... - Myślałem tak sobie, czy może coś o tym wiesz... to jakaś choroba? - był przecież specjalistom od alkoholi mocnych, musiał coś o tym słyszeć. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że mógłby uznawać się za uzależnionego.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Salon [odnośnik]21.10.22 14:03
| tu będzie data bo nie pamiętam jaka

Dnie mijały za szybko zawsze prawda? Zwłaszcza, kiedy wypełnione były planami i zadaniami. Ja wypełnione miałam dnie całe. A nawet kiedy ich coś konkretnie nie brało nie wypełniało sama sobie to wypełnienie znajdowałam. Sporo pomagałam w stajni. W jakiś sposób stało się to moją rutyną, przyzwyczajeniem może, lubiłam w niej być. A może z nim. Ciocia nie miała problemu, bo sama w moim wieku pomagała już przy koniach, a ja lubiłam coś robić. Ale robić nic też było całkiem przyjemne. Zasiąść na moim ulubionym drzewie albo obok, ze szkicownikiem rozłożonym na kolanach. Znaczy, dziennikiem, który był też szkicownikiem, spoglądając przed siebie. Na padok, na którym pasły się konie, po którym czasem przemykała sylwetka. Ale patrzeć można było też nie tylko oczami. Czasem lubiłam tak wziąć i przymknąć powieki. Poczuć dotyk wiatru na dłoniach, oddać się niczemu i nikomu nia chwil kilka, póki rzeczywistość nie burzyła tego stanu. Na takie chwile czasu miałam najmniej. Łapałam oddechy w czasie nauki. Było na tyle ciepło już że z kubkiem herbaty mogłam rozłożyć koc i rozłożyć się zaczytując w kolejnych przyswajanych informacjach. Czasem wybierałam ogród za domem, czasem jabłoń przed nią. A kiedy nauka się kończyła był jeszcze staż. Co prawda tylko kilka dni, bo nie mogłam - nie chciałam - rezygnować ze stajni. A może nie zamierzałam. Pozostawały jeszcze wizyty, które nie były już cykliczne i nadawały życiu przyjemny powiew świeżości który nie pozwolił rozejść się rutynie za mocno.
Z kuzynem Anthonym musiałam porozmawiać poważnie całkiem. Liczyłam, że pomoże mi w kwestii z którą do niego przychodziłam postanawiając, że sama zadbam o wszystko odpowiednio wcześniej. Przecież byłam już dorosła, to własne sprawy mogłam sama załatwiać prawda? Mogłam, oczywiście, że mogłam. Wędrowałam imponującym korytarzem zawieszając spojrzenie na ozdobach - wcześniej uprzedzając skrzata, że dobrze wiem gdzie znajduje się miejsce w którym powiedział, ze kuzyn Anthony będzie. Potrafiłam dojść tam sama, nie potrzebowałam eskporty czy coś. I kiedy tak szłam, a podeszwy brązowych trzewików odbijały się od posadzki najpierw usłyszałam drugi odgłos kroków który zbliżał się do mnie. Usta rozwinęły się w uśmiechu, oh, jak miłoby na wuja Sorphona wpaść, nie widziałam go tak dawno!
Ale to wcale nie był wuj Sorphon. Z początku go nie poznałam idąc dalej, czekając aż wizja rozostrzy się bardziej. Sukienkę w kolorze żółci miałam na sobie, sięgała do połowy łydek spokojnie. Z początku też się nie zatrzymałam, zatrzymałam się chwilę później, kiedy byłam pewna już całkiem, że to on. Mara moja własna z lasu i z tego łzowego fiaska. Mina zrzedła mi całkiem. Spojrzałam w prawo, ale po prawo były tylko okna, po lewo, kawałek dalej załamanie jakieś było - może zakręt? Uciekać powinnam jak raz. Ale do przodu jakoś nie poszłam. Zrobiłam najpierw krok w tył, a potem namówiłam ciało, żeby jednak współpracowało i ruszyłam prosto, by zawinąć na pięcie i odbić w korytarz po lewo.
Korytarz.
Korytarz?! Dlaczego żadnego tu nie było. Na co komu był wnęki w korytarzach prowadzące do nikąd? Zmarszczyłam brwi. Co teraz? Na głupszą jeszcze wyjdę niż byłam. Ale może minie mnie po prostu nie dostrzegając w tej wnęce. A ja nie wiedząc, co zrobić powinnam uniosłam rękę, układając ją do zamyślenia, przytykając palce pod wargi i w złości wpatrywałam się w tą ściąnę, jakby zaraz jakieś magiczne właściwości miała okazać, albo przejście, które dałoby mi umknąć przed kolejną kompromitacją.


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Brenyn
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Salon [odnośnik]01.11.22 12:43
W piwnicach rezydencji łatwo traci poczucie czasu. Z entuzjazmem zabiera się do pracy, chwytając młotek i hebel, by stanąć na wysokości zadania zleconego mu przez lorda Anthonego. Budowa kołysek nie jest jednak trudna, choć zdecydowanie czasochłonna, zwłaszcza kiedy potrzeba ich dwóch, w dodatku pięknie zdobionych. Sama praca nie jest skomplikowana, schody pojawiają się w momencie, kiedy przywołane zostaje imię Rodericka. Smith rzadko kiedy się otwiera, zwłaszcza przed tymi, których dobrze nie zna i którym nie ufa. Zwłaszcza wtedy, gdy wspomnienia tkwią w sercu bolesną zadrą i każde, najmniejsze choćby zruszenie wywołuje ból i potok krwi. Szczęśliwie mężczyzna nie drąży tematu, najpewniej czując się równie niekomfortowo, poruszając kwestię zmarłych bliskich.
Po kilku godzinach pracy i zapełnionym kanapką żołądku żegna się ze zleceniodawcą, by wspiąć się po schodach prowadzących do głównego holu. Rękawy białej koszuli podwinięte ma do wysokości łokci, rozpięty guzik przy kołnierzyku, a palec wskazujący zahaczony o pętelkę kurtki, którą przerzucić może przez ramię, kiedy krocząc korytarzem z malującym się na twarzy uśmiechem dobrze wykonanej roboty kieruje się do wyjścia z dworu Macmillanów. Zastanawia się już czy będzie mu dane obejrzeć tutejszą okolicę, czy może lepiej zwinąć się, nim ktoś stwierdzi, że zachowuje się nazbyt podejrzanie. Podobnych terenów i tych jakże bogatych, rozległych ogrodów nie doświadcza nigdzie indziej. Jest ich pod wrażeniem od pierwszego postawionego na tym terenie kroku, gdzie już z daleka ma możliwość zerknąć na rysujące się na horyzoncie wrzosy.
Wolną ręką trze oko, próbując się rozeznać w plątaninie korytarzy, gdy na końcu przejścia dostrzega dziewczęcą sylwetkę. Nie od razu ją rozpoznaje, nieco zwalnia nawet kroku, sądząc że ma przed sobą jedną z nadobnych szlachcianek, z którymi nawet nie wiedziałby jak rozmawiać - jak się przedstawić, jak ukłonić, czy może w ogóle się nie odzywać? Woli uniknąć konfrontacji i potencjalnego ośmieszenia; tego jeszcze brakowało, by zaraz dogonił go ktoś ze służby, doniósł lordowi Macmillanowi i tym samym przekreślił szansę na współpracę w przyszłości, o hańbie spływającej na całą rodzinę Smithów i Sheridanów nie wspominając.
To płomiennorude włosy przywołują skojarzenie poznanej przed miesiącem dziewczyny, z którą żegna się tamtego dnia bez nadziei na ponowne spotkanie. Jakież jest prawdopodobieństwo, by dwukrotnie na kogoś wpaść, zwłaszcza że raz na północy Irlandii, a drugi na południu Anglii?
- Neala? Neala! - woła za nią, podbiegając te kilka kroków, jakby w obawie, że zniknie zaraz w korytarzu i już więcej jej nie zobaczy. Szczęśliwie wnęka (na co komu wnęka w korytarzu?) zatrzymuje rudowłosą i może ją złapać, zupełnie nieświadomy, że ta próbuje przed nim uciec. - Co za spotkanie! Cieszę się, że cię widzę. Nie zjadło cię już nic więcej po drodze, żadna zmora! - śmieje się, nawiązując do ich ostatniego spotkania w puszczy, kiedy to dziewczyna bierze go za upiora. Z poczuciem odpowiedzialności za nieznajomą odprowadza ją na skraj lasu, ale i nie zapomina o niej w chwili stracenia z oczu. Dotarłszy do domu jeszcze przed snem wspomina dziewczęcą sylwetkę, bijąc się z myślami czy dobrze zrobił, zostawiając ją tam, nie upewniwszy się, że trafia bezpiecznie w zaplanowane miejsce. O niecodziennym spotkaniu wspomina mimochodem matce, która suszy mu głowę oburzona, ni to niechętna długim, ryzykownym wycieczkom syna, ni zdenerwowana niedopilnowaniem nastolatki. Wkrótce po tym o sytuacji zapomina, rzucając się w wir pracy i obowiązków oddziału, do dziś.
Dopiero wtedy, przystanąwszy na przeciwko rudowłosej, dostrzega krój dziewczęcej, znacznie wykraczającej poza przeciętność żółtej sukienki. W głowie zaczynają kłębić się pytania, na które ciężko mu z odpowiedzią bez zasypania Neali lawiną.
- Co… Co ty tu robisz? - wyrzuca wreszcie z siebie ze ściągniętymi brwiami, czując napływającą falę gorąca. Czy tak jak i on przybyła tu, by pomóc komuś z rodziny lorda? A może jest służką którejś lady? W takiej sukience? Na pewno nie…
Ian Smith
Zawód : stolarz, lotnik w oddziale łączności "Sowa"
Wiek : 18
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
and the only solution
is to stand and fight
OPCM : 10 +2
UROKI : 4 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11168-ian-smith#343705 https://www.morsmordre.net/t11207-oisin#344724 https://www.morsmordre.net/t11210-ian-smith#344728 https://www.morsmordre.net/f422-irlandia-cork-maryborough-woods https://www.morsmordre.net/t11208-skrytka-bankowa-nr-2441#344725 https://www.morsmordre.net/t11209-ian-smith#344726
Re: Salon [odnośnik]05.11.22 0:04
Przyspieszyłam na tym zakręcie, który miał mnie uratować słyszać, jak moje imię rozbrzmiewa przez korytarza. Raz. Raz też uderzyło mi serce. A potem drugi, już nie w pytaniu, a prawdziwym zawołaniu. Wykrzywiłam do samej siebie usta, wiedząc już, że mnie widział. To jedno było pewne. Ale może się jeszcze uda. Jak z tego korytarza, zaraz blisko jakaś druga odnoga będzie to może za mną nie pójdzie. Bo po co, powodów i tak nie ma przecież. Pomógł mi raz, chwilę rozmowy nikomu nie potrzebnej i starczy, do domu każdy. Znaczy ja do Aidana, a on to w sumie nie wiem gdzie szedł.
Ale cały ten mój jakże misterny plan bierze i się o ścianę rozbija. I nie w przenośni nawet, tylko dosłownie, kiedy gwałtownie skręcając po jednym kroku w głąb wnęki orientuję się, że to wcale nie jest korytarz. Pięknie. Genialnie. Świetnie. Gratuluję, Neala. Nawet raz nie możesz być i zachowywać się jak normalna.
Więc zatrzymałam się tak. Gromiąc wściekłym spojrzeniem ścianę, której sobie wcale - ale to wcale - w tamtym miejscu nie życzyłam. Wręcz przeciwnie, w ogóle jej nie potrzebowałam. Już wiedząc dokładnie, że z mojej ucieczki to nic nie było. I nic nie będzie, a do tego jeszcze wyszłam na obłąkaną jakąś całkiem i na pewno. Drgnęłam, kiedy jego głos pojawił się obok razem z nim, odejmując rękę od twarzy i splatając ją z drugą za plecami. Chowając dowody zbrodni za sobą, chociaż widział i je pewnie. Ciocia mówiła, że powinnam wyzbyć się tego nawyku, bo nie jest on mi potrzebny. Ja sama nie uznawałam go za jakoś mocno urokliwego, ale nic nie mogłam z tym zrobić, jak palec sam podsuwał mi się pod wargi w niewypowiedzianej potrzebie. Zmarszczyłam brwi mocniej. Zaraz jednak mi drgnęła. Cieszył się, że mnie widział? Zmarszczyłam nos, zerkając na niego niepewnie. Cieszył!? Dlaczego właściwie? Powodu żadnego do tego cieszenia się przecież wcale nie miał. Może to tylko taki frazes, który mówi się zawsze i wszędzie. Jak dzień dobry, które ludzie z kultury czasem mówią, choć w istocie dzień okrutny mieli całkiem i ani trochę on dla nich nie był.
- Ja… - zaczęłam, ale jakoś nie bardzo wiedziałam co powiedzieć więcej. - No nie zjadło. - więc zgodziłam się, na chwilę zawieszając na nim spojrzenie wyglądające spod zmarszczony w zrozumieniu brwi. Wyciągnęłam dłonie zza pleców i splotłam je na piersi wracając wzrokiem do tej ściany przede mną. - A ty niezmiennie żadną nie jesteś. - podjęłam dziwaczną rozmowę, trochę kulejąco - co najmniej. Co właściwie miałam powiedzieć. Że też się cieszyłam, że go widzę? Bo co, tak wypadło? Nie cieszyłam się, przerażała mnie myśl, że tak wygłupiałam się strasznie wcześniej i nie sądziłam, że kiedyś sobie o tym będę musiała wziąć i przypomnieć jeszcze. Więc zamiast tego skupiłam się na tej mojej niechęci do ściany przede mną, jakby dalsze patrzenie na nią wilkiem miało wziąć i otworzyć mi magicznie jakieś przejście, specjalnie powstałe tylko i wyłącznie dla mnie. Padające pytanie nie ściąga mojego wzroku ze ściany obleczonej w wzorzystą tapetę. Wydęłam lekko usta mrużąc oczy.
- Zastanawiam się, po co ludziom wnęki w korytarzach. - wyrzuciłam z siebie z lekką irytacją, wywracając oczami i rozplatając dłonie. Uniosłam je zaraz, żeby poprawić rude kosmyki. Czerwona wstążką niezmiennie owijała się wokół mojego nadgarstka. Splotłam dłonie przed sobą wzdychając ciężej, cofając się o krok. Czując, że jestem czerwona cała - a przynajmniej w połowie. Uniosłam dłonie, żeby na chwilę ukryć w nich twarzy. Jesteś niemiła, Neala. Upomniałam samą siebie, bo wiedziałam dobrze, że nie o to pytał. Z własnym prywatnym uporem pozostawiając właściwą odpowiedź niewypowiedzianą. - Nie widziałam Cię tu wcześniej. - oznajmiłam w końcu spoglądając na niego. Nie to, żebym ja tutaj bywała jakoś regularnie i w ogóle. Ale zdarzało mi się. - Przywiozłeś jakieś… meble? - zaryzykowałam pytaniem, pamiętając że coś tam o meblach wcześniej gadał.


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Brenyn
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Salon [odnośnik]08.11.22 9:09
Radość na młodzieńczej twarzy wiąże się z postacią żywej, ocalałej Neali, kiedy może odetchnąć z ulgą, że cała i zdrowa dotarła tamtego dnia do planowanego miejsca. Teraz może się podzielić z mamą Smith wieścią o osiągniętym sukcesie, nawet jeśli jego własnym jest tylko połowicznie. Kiwa też głową, śmiejąc się z pociągniętego przez rudowłosą żartu. Znaczy to, że pamięta o ich spotkaniu oraz jego przebiegu, nie mając mu nic złego do zarzucenia. A przynajmniej tak to chce odbierać.
Spogląda na nią zaraz z pewną konsternacją, gdy wymijająco odpowiada na pytanie. Ona musi przecież wiedzieć o co ją tak naprawdę pyta.
- Nie znam się na konstrukcji budynków i ich planowaniu. - Rozgląda się po wnęce, oceniając ją fachowym okiem. W mniejszych domach nie ma miejsca na podobne marnowanie przestrzeni, ale w pałacu rodem z baśni mogą mieć ich dziesiątki. - Myślę, że to idealne miejsce na słusznych rozmiarów szafę. Taką dwu lub trzydrzwiową. Można w takiej trzymać pościel albo ręczniki. Choć spodziewam się, że tu raczej wszystkie takie rzeczy są w części dla służby - wypowiada się trochę z miną znawcy, a trochę też gdybając, bo przecież o funkcjonowaniu tak potężnych posiadłości niewiele wie.
Nie umyka mu nerwowy gest dłonią i poprawianie włosów. Gdyby tylko był bardziej taktowny, zapewne wycofałby się, nie chcąc wprowadzać dziewczyny w większe zakłopotanie. Tymczasem nadal toruje jej drogę, uniemożliwiając ucieczkę czy chociażby subtelne wyminięcie. Sam wsuwa wolną dłoń w kieszeń dżinsowych spodni, drugą zaś poprawia przerzuconą przez ramię skórzaną kurtkę.
- Tak… i nie - mówi z drobnym zawahaniem. - Budowaliśmy dziś z panem Anthonym kołyski. To znaczy z lordem Anthonym - wyjaśnia, poprawiając się od razu, z trudem przyzwyczajając się do tytulatury. - Zbijanie desek, malowanie, dziś takie podstawy. Wrócę później, żeby dokończyć, przy dwóch jest nieco więcej do roboty, ale w dobrym towarzystwie czas szybko mija, no i praca też sprawniej idzie. - Zazwyczaj wszelkie konstrukcje zbijane są w warsztacie Sheridanów w Cork, nie zaś w domu klienta i to w dodatku z jego udziałem, o tym, że to jego lordowska mość nawet nie wspominając. Ma jednak świadomość, że mężczyzna lubi się czasem ubrudzić, przy okazji robiąc coś dla swojej rodziny. Kiedy nie ma się fizycznych obowiązków około domowych, pojawia się pewna potrzeba nowego, innego zaangażowania. A przynajmniej tak tłumaczy to sobie Smith, ani razu nie sprzeciwiając się woli lorda Macmillana.
- A tu jestem w ogóle pierwszy raz - kontynuuje temat, niejako wracając do poprzedniego, z jakim to ją zagaja, bo chce choć okrężną drogą dowiedzieć się skąd panna Neala znajduje się w rezydencji Macmillanów, w dodatku przechadza się spacerem po tutejszych korytarzach i rozważa na temat konstrukcji budynku. - Widziałaś jakie świetne mają tu ogrody? Tam to dopiero można się zgubić! Myślisz, że lord Anthony pozwoli mi się rozejrzeć? Nie chciałbym nadużywać gościnności, bo tak nie wypada, ale… - Nachyla się do rudowłosej nieznacznie, chcąc ściszyć głos do szeptu, w obawie, że treść ich rozmowy poniesie się korytarzem i ktoś dowie się o niecnych planach Iana. -Wiedziałaś, że ponoć w okolicy żyją testrale? Nigdy żadnego nie widziałem, choć w sumie… może to i lepiej - dodaje z konsternacją, niemal od razu się prostując, kiedy na swoim smagniętym promieniem słońca policzku wyczuwa wpływający rumieniec. Rzadko kiedy bywa sam na sam z dziewczyną, o ukrywaniu się z takową w korytarzowej wnęce nie wspominając.
Ian Smith
Zawód : stolarz, lotnik w oddziale łączności "Sowa"
Wiek : 18
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
and the only solution
is to stand and fight
OPCM : 10 +2
UROKI : 4 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11168-ian-smith#343705 https://www.morsmordre.net/t11207-oisin#344724 https://www.morsmordre.net/t11210-ian-smith#344728 https://www.morsmordre.net/f422-irlandia-cork-maryborough-woods https://www.morsmordre.net/t11208-skrytka-bankowa-nr-2441#344725 https://www.morsmordre.net/t11209-ian-smith#344726
Re: Salon [odnośnik]08.11.22 16:42
Był zadowolony. Radośnie zadowolony. DLACZEGO?! Nie potrafiłam zrozumieć, skąd na jego twarzy brała się radość na mój widok, skoro nasze ostatnie i jednocześnie pierwsze spotkanie było po prostu dziwaczne w całej swojej rozciągłości. Skąd ta radość na zdawkową odpowiedź i śmiech. Powiedziałam coś zabawnego? Zmarszczyłam lekko brwi odwracając spojrzenie, skupiając je całkiem na ścianie w niebieską tapetę marszcząc brwi. Udając, że nie dostrzegam spojrzenia które napełnia się konsternacją, kiedy właściwie nie odpowiadam na zadane pytanie. A raczej odpowiadam odnosząc się do tego, co wygodniejsze się zdaje, może celowo nie chcąc podać odpowiedzi której szuka, jakbym chciała go ukarać za moją własną spowodowaną tylko byciem mną kompromitację. Zmarszczyłam brwi lekko. Zaczyna coś mówić, więc jednak zostanie obok na dłużej niż chwilę. Dlaczego w ogóle chce? Nie jestem pewna, zerkam tylko w stronę Iana, ale stoi jak stał. Minąć go nie minę, znaczy musiałabym się pożegnać najpierw i swoje odejście oznajmić, ale to by mogło być trochę nie miłe więc zamiast tego znów wpatruję się w ścianę. Brew mi się do góry unosi na tą szafę. Wypuszczam powietrze rozplatając dłonie robiąc krok do przodu po to, żeby na płasko ułożyć je na ścianie. Może jak się zaprę i ją popchnę to okaże się ukrytym przejściem? Trochę poniewczasie, ale przynajmniej na przyszłość będę wiedziała. Więc na nią biorę i napieram - z siły całej, może ona nie jest duża, ale z tego zaangażowania aż policzki nadymam i głowę pochylam. Czuję jak stopy mi się przesuwając do tyłu po posadzce, więc wykonuje jakiś dziwaczny krok, kiedy jedną nogę co daleko mi uciekła stawiam znów z przodu, ale ściana stoi jak stała, drgnąć postanawiając ani trochę nie. Więc prostuję się układając dłonie na biodrach.
- To tylko ściana. - oznajmiłam, jakby to było jakieś nie lada odkrycie. Jakby w ogóle zachodziła wcześniej jakakolwiek możliwość, że ściana ta wcale ścianą niebyła. Poprawiłam włosy próbując jakoś iść dalej w tą rozmowę w której właściwie nie wiem, czemu nadal byliśmy oboje. Cóż, może właśnie dokładnie przez to, że ta ściana tylko ścianą była. Z dłońmi na biodrach odwracam się w jego kierunku, unosząc brwi na to tak i nie, patrząc jak nonszalancko tą kurtkę trzyma zadowolony. - Kołyski? - powtórzyłam po nim marszcząc brwi. - Dwie? - zdaje się, że na ten moment tylko powtarzać umiem. Ale matematycznie coś mi się nie zgadza. Przekrzywiłam odrobinę głowę wydymając usta w zastanowieniu odwracając spojrzenie na bok. Wróciłam jednak tęczówkami do Iana, kiedy oznajmił, że pierwszy raz na dworze Macmillanów jest. A potem na temat tych ogrodów zaczyna rozprawiać, które właściwie no… - Widziałam. - odpowiadam więc zgodnie z prawdą, chociaż nigdy wcześniej nie myślałam nad tym, żeby brać i się w nich gubić. Marszcząc brwi spoglądam znów w kierunku dużego okna po drugiej stronie korytarza, lekko uchylonego, prawdopodobnie po to, by przepływ powietrza zapewnić w środku. A kiedy znów zerkam na Iana, ten jest blisko. Z-zdecydowanie za blisko. Mrugam raz, a potem drugi czując jak zaczynam się czerwienić. Mrugam kolejny raz, by po rewelacjach o testralach odchrząknąć i cofnąć się o krok, mimo, że on sam już odchyla się ku górze.
- Wątpię, że będzie miał coś przeciwko. - odpowiadam więc w końcu splatając dłonie przed sobą. Kuzyn Anthony, rzecz jasna. Sam pewnie zdołałby całe historie o tym spleść. - Pierwsze słyszę… o tych testralach. - przyznaję, robiąc kilka kroków w kierunku okna skuszona, zaciekawiona, nigdy nie widziałam żadnego, otworzyłam je szerzej i wyjrzałam na zewnątrz rozglądając się na boki sprawdzając, czy nie ma nikogo na horyzoncie. A potem cofnęłam się dwa kroki żeby sprawdzić też korytarz. - Dobra. To chodźmy. - decyduję, otwierając drugie ramie okna, przysiadając na parapecie podciągam nogi do góry. Tak będzie szybciej, niż iść całą tą drogę do wyjścia. Okna są duże, są więc też położone nisko. - Słyszałeś w którym miejscu? - zapytałam rzucając mu ostatnie ze spojrzeń, zanim przerzucę stopy na drugą stronę. Skrzat Macmillanów pewnie i tak już wie. Ważne żeby żadna z ciotek nie widziała. Chociaż jakiś blamaż nie bardzo mnie martwi - czy jak to się tam mówi. Może lepiej nawet, jak plotka o mnie i moich marnych manierach pójdzie w świat mniejsze prawdopodobieństwo będzie, że znajdą chętnego jakiegoś. Skoro nie chciałam za mąż wychodzić, może wystarczyło pokazać jak fatalna żona ze mnie by była.

1 - no szczęścia to tak właściwie nie mam wcale, bo ledwie moje stopy wysuwają się na drugą stronę okna dostrzegam ciotkę. Jak mogłam wcześniej jej nie zauważyć. - Neala?! - unosi głos pełen niedowierzenia i oburzenia, a ja w panice wrzucam nogi na powrót na korytarz, równie spanikowana spoglądam na Iana, a potem stwierdzam krótko.
- Muszę wiać. - i nie proponuje nic ani nie pytam, kiedy mijam go by ruszyć biegiem przed siebie.
2 - skrzat jak sądziłam wie już. Właściwie od razu, ledwie wychodzę na ogród on obok jest.
- Lady Weasley, do Lorda Anthony’ego nie tędy droga. - oznajmia jakże uprzejmie. A ja unoszę wargi w wcale nie uradowanym uśmiechu spinając się na tą lady całą. Próbuje mu powiedzieć, że poczekam na niego w ogrodach, chcąc skorzystać z dnia póki jeszcze trwać miał.
3 - nic się nie dzieje



she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Brenyn
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Salon [odnośnik]08.11.22 16:42
The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Salon [odnośnik]08.11.22 18:40
Zazwyczaj kiedy kogoś zaczepia, rozmówca ten towarzyszy mu w dyskusji i wymienia się spostrzeżeniami, coby rozmowę można było nazwać rozmową, a nie jakimś nachalnym byle-wywodem. Najczęściej podsuwa się temat, albo ten przypadkiem i całkowicie naturalnie pojawia się sam, a żadna ze stron nie czuje się specjalnie przymuszana do kontynuowania. Naturalne dla Smitha jest, że kiedy coś go męczy czy nuży, w ciemne oczy wkrada się specyficzne rozmycie, jakiego nie sposób opanować, a które zmusza do ucieczki, ziewnięcia, porzucenia prób podtrzymania konwersacji. Ogłasza wtedy wyraźnym tonem, że ma dość i wycofuje się - ot tak, bez wielkiego zastanowienia. W towarzystwie Neali nie czuje też wielkiej konsternacji, ani urazy, kiedy na twarzy rudowłosej nie maluje się żadne zainteresowanie. ”Dziwna”, nazwie ją takim określeniem i w swoim mniemaniu wcale nie ma na myśli niczego złego. Nie potrafi tego wytłumaczyć, ale jakimś, właśnie dziwnym sposobem, czuje z dziewczyną niewytłumaczalną więź. Czy to dlatego trafia na nią ponownie w zupełnie losowym miejscu? Czy też dlatego ufnie podchodzi do otrzymywanych zdawkowych odpowiedzi, nie pytając i nie drążąc, bo wie, że nie wszystko musi rozumieć? Z takim też przeświadczeniem spogląda z ukosa, przechylając głowę na poczynania dziewczyny, kiedy zapiera się o ścianę, próbując swoich sił z jej przepchnięciem. Wzdryga się naraz, kiedy nagły ślizg piszczy w uszach, a dziewczęce stopy rozjeżdżają się na posadzce. Powstrzymuje się przed komentowaniem tematu. Dobrze, że ściana jest już sprawdzona, widać nic z nią więcej nie zrobią.
- Kołyski. Takie dziecięce - przytakuje i wyjaśnia, zbyt późno reflektuje się, że posiadanie dzieci w drodze, to wcale nie taka oczywista rzecz i nie zawsze ludzie chcą od razu obwieszczać całemu światu swoją szczęśliwą nowinę. Może lord Anthony dzieli się nią wyłącznie z najbliższymi? A może to wcale jednak nie dla jego dzieci, a dla jakichś innych, a sam po prostu lubi i chce nauczyć się jak wymachiwać heblem, nie robiąc sobie krzywdy? - Zresztą to nieistotne, nic nie mówiłem - dodaje od razu, machnąwszy lekceważąco ręką. Skoro Neala i tak tematu nie drąży, nie uznając go za godnego uwagi, to przecież nie będzie jej zarzucał niepotrzebnymi informacjami. Bynajmniej z tej konkretnej dziedziny.
- Tak? Wydaje się być bardzo w porządku - stwierdza, niejako zgadzając się z jej myślą i wodzi za nią wzrokiem, kiedy wymija go i zatrzymuje przy oknie. Sądzi, że wskaże mu coś ręką, poleci w którym kierunku się udać. Powie którędy idzie ścieżka, a gdzie drogocenna rabata, jakiej deptać nie wypada. Może gdzieś świeże cebulki posadzone, co czekają na wzrośnięcie, albo przygotowany pod wystawę czy inny piknik trawnik…
- W którym… co? - powtarza głupio zszokowany, a ciemne oczy powiększają się gwałtownie do niebotycznych rozmiarów, kiedy jedna, a później i druga dziewczęca noga ląduje na parapecie w gotowości do skoku. Smith w kilku susach doskakuje do rudowłosej, by dołączyć obok przy otwartej ramie. - N-nie, tak tylko słyszałem, że są. Może to nieprawda, a tylko bajka jakaś? - próbuje niejako odwieść ją od pomysłu wyskakiwania przez okno, w dodatku w lordowskim domu, gdzie oboje znajdują się jako goście. Z własnego domu wynosi kilka złotych zasad dobrego wychowania. Ta, że nie ganiania się po cudzej posiadłości, z pewnością jest jedną z nich. Alarmuje go brzmienie kobiecego głosu, zwraca się w stronę korytarza, skąd dochodzi ich przepełnione oburzeniem wołanie.
- No i masz ci… - nie dokańcza rzucanego pod nosem stwierdzenia, bo całkowitą jego uwagę pochłania dziewczyna o szaleńczo-samobójczych zapędach, która wróciwszy do korytarza… ucieka! Smith mruga kilkakrotnie z niedowierzaniem i niewiele myśląc puszcza się biegiem zaraz za rudowłosą. Nie ma czasu na rozważne zastanowienie się czy przemyślenie potencjalnych minusów tego planu. Dlaczego ja uciekam?! przelatuje mu przez głowę myśl, nie zostając weń jednak na tyle długo, by wyciągnąć wnioski i w porę się zatrzymać. Wychodząc z piwnic lorda Macmillana ma po prostu opuścić jego rezydencję, jak normalny, cywilizowany człowiek, a nie jak dzieciak, który siłą rzeczy staje się współsprawcą przestępstwa, o którym nawet jeszcze nie do końca zdaje sobie sprawę.
- Ej, stój! Dokąd biegniemy?! - rzuca za nią teatralnym szeptem, kiedy zbliżając się do zakrętu próbuje dogonić pędzącą sylwetkę.

1 - udaje im się kawałek uciec i nie zgubić w korytarzach, lecz jak spod ziemi wyłania się skrzat, upominając Nealę i wyrzucając Iana za drzwi
2 - rozkojarzony Ian wpada w nie to przejście i gubi Nealę po drodze
3 - Smith dogania Nealę, a na ich drodze nie staje już nikt (póki co...)

Ian Smith
Zawód : stolarz, lotnik w oddziale łączności "Sowa"
Wiek : 18
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
and the only solution
is to stand and fight
OPCM : 10 +2
UROKI : 4 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11168-ian-smith#343705 https://www.morsmordre.net/t11207-oisin#344724 https://www.morsmordre.net/t11210-ian-smith#344728 https://www.morsmordre.net/f422-irlandia-cork-maryborough-woods https://www.morsmordre.net/t11208-skrytka-bankowa-nr-2441#344725 https://www.morsmordre.net/t11209-ian-smith#344726
Re: Salon [odnośnik]08.11.22 18:40
The member 'Ian Smith' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 3
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Salon [odnośnik]08.11.22 20:39
Ostatnie resztki nadziei wyparowały, kiedy ściana wzięła i nie drgnęła wcale. Niezadowolona wypuściłam powietrze pod nosem opuszczając na chwilę głowę. Nie odejmując rąk od ściany w ostatnim geście największej przegranej. Już nawet jakbym po czasie, już niepotrzebne, to przejście jakieś znalazła, to chociaż jakakolwiek nagroda i radość. A tak? Tak to nijak i nic kompletnie. Przekręcam tylko głowę w jego stronę pozostając w tej dziwacznej pozycji przekręcając głowę w jego stronę. No w sumie nic dziwnego z tymi kołyskami. Dzieciom kołyski były potrzebne. A gdy on stwierdza, że nie ważne, ja uznaje że w sumie nieważne prawdę. W sensie, cieszyłam się na nowe życia, które nadejść miały ale przygotowania do przywitania ich na świecie, to nie do końca do mnie należały. Odpycham się w końcu od ściany - bo ile też tak mogę stać i ściany się trzymać? - by dłonie na biodrach ułożyć i spojrzeć ku niemu, kiedy temat ku samemu kuzynowi Anthony’emu się przesuwa.
- Yhym. - potwierdzam kiwając głową dla potwierdzenia tego efektu. - Jest. - dla potwierdzenia własnych słów biorę i głową potakuję na krótką chwilę rozciągając usta w uśmiechu. - Mam nadzieję, że mi trochę pomoże. - przyznaję zgodnie z prawdą. Bo w sumie sprawy do niego nadal nie wzięłam i nie załatwiłam. Ale załatwię zaraz. Znaczy mam, ale wspomnienie zwierząt, które niewielu widzieć miało okazję a niby kształtem podobne do koni być mają ściągając całą moją uwagę. Dlatego plan zmieniam, trasę nóg własnych też kierując się teraz do okna.
- W którym miejscu - powtarzam pytanie, podnosząc wzrok, kiedy pewna jestem, że nogi dość stabilnie na tym parapecie już trzymam. Oglądam się przez ramię, a potem zaczynam powoli odwracać. Nie dostrzegając tego zadziwienia, ale łapiąc, że obok znajduje się całkiem szybko właśnie. Uniosłam jedną rekę, żeby włosy na plecy przerzucić i przekręciłam głowę, żeby spojrzeć znów na niego, kiedy mówił dalej.
- Trzeba więc sprawdzić. - decyduję szybko, łapiąc na chwilę jego spojrzenie. Innej możliwości nie było. Przedreptałam w tym kucku na parapecie. Chciałam je zobaczyć, ale nagle sobie coś przypomniałam. - Oh, tylko… - zmarszczyłam brwi. - …czytałam kiedyś, że nie każdy może je zobaczyć. - powiedziałam do niego, ale tym razem nie spojrzałam w jego stronę wyglądając na zewnątrz. Przesuwając jedną z nóg do przodu już prawie wychodząc na zewnątrz, kiedy korytarz przedziera głos ściągając mnie z niego - z tego parapetu oczywiście. Zeskoczyłam z niego zatrzymując się przed Ianem tylko na chwilę, wyrzucając z siebie krótkie stwierdzenie obleczone w pewnego rodzaju niezadowolenie a może i strach na chwilę przed tym, jak decyduje się wziąć i biegiem rzucić w drugą stronę od głosu, który po raz kolejny niesie się po korytarzu. Właściwie, nie jestem do końca pewna, dlaczego decyduje się uciekać przed ciotką Mathildą. W sumie, to jest o wiele znośniejsza od babci Prewett, ale jestem prawie pewna, że o ten parapet to mi weźmie i uszy wysuszy. Więc łatwiej jest uciec, skoro pewna jestem że biec za mną nie będzie. A sama ucieczka wydaje mi się jakaś nad wyraz zabawnie śmieszna. Policzki nabierają różu, a ja czuję jak usta układają mi się w uśmiech. Biegnę przed siebie, tak po prostu, po obszernym korytarzu, tak jak damie ponoć wcale nie przystoi. Słyszę za sobą drugą parę kroków, więc dla pewności odwracam się, żeby dostrzec za sobą Iana w momencie w którym z jego usta pada pytanie. Najpierw z moich ust wypada parsknięcie. Łapie się brzegu ściany, żeby łatwiej kręcić.
- Przed siebie. - odkrzykuje mu więc w końcu dostrzegając coś co można nazwać metą. Wyjście, ale nie to z posiadłości a na ogrody. Wypadam przez nie, a potem odwracam się na pięcie, żeby zatrzymać Iana i popchnąć go w bok ściągając ze ścieżki pod boczną ścianę budynku. - Tutaj. - decyduję, pociągając go za sobą niżej. Właściwie to przysiadam przy jednej łapiąc oddech po chwili szaleńczego biegu. Serce tłucze mi się w piersi. Skrzat zaraz i tak zjawi się przed nami. Unoszę na niego iskrzące spojrzenie łapiąc oddechy, żeby zaraz parsknąć śmiechem, przykładając do ust dłoń, żeby ściszyć trochę głos. - Ciotka Mathilda będzie mi to wypominać najbliższy kwartał. - mruknęłam, odchylając głowę, do tyłu, na chwilę opierając ją o budynek.

1 - obok jak na wezwanie pojawia się skrzat. - Lady Weasley. - objawia swoją obecność spoglądając najpierw na Nealę, a potem na Iana. Widać, że średnio jest zadowolony z tego, że trochę dłuży mi się droga. Przyciskam palec do ust, nakazując mu ciszę i nachylam się do niego.
- Możesz powiedzieć kuzynowi Anthony’emu, że chciałabym się z nim spotkać w ogrodach? - pytam go wychylając się, żeby zerknąć czy ciotka nie idzie nie w tą stronę.
2 - ciotka Mathilda co prawda nie biegnie, ale niedługo później słychać jej zbliżające się kroki. A Iana, jeden z liściu rosnącego obok krzaku zaczyna niefortunnie drażnić przy nosie. Zbiera mu się na kichnięcie. W ostatniej chwili rzucam się z ręką, żeby go uciszyć. Albo udusić - nie jestem do końca pewna
3 - czysto, ciotki brak, skrzata brak


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Brenyn
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Salon [odnośnik]08.11.22 20:39
The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 3
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Salon [odnośnik]23.11.22 17:04
Związane ze ścianą starania jakoś niezbyt Smitha interesują, gdy tak biegnie przed siebie w zwierzeniach, chcąc nakreślić okoliczności swego przybycia do rezydencji Macmillanów. Ślepy jest na te wszystkie próby zakamuflowania ucieczki i nabudowania alibi, bo nadal nie zdaje sobie sprawy z tego, że może nie być dlań mile widzianym towarzystwem. Opór jest w nim wielki i to on popycha do śmiałości oraz niezachwianej pewności, nie pozwalając ani na moment w siebie zwątpić. Dziewczęcy uśmiech miłą jest odskocznią od grymasu czy płaczu, jakie goszczą dotąd na jej twarzy. To on rozlewa się ciepłem po wnętrzu Smitha, kiedy traktuje nagły przypływ uprzejmości Neali jako własną zasługę. Czy świadczy to o jego zuchwałości? Mało to dla niego istotne, nie zastanawia się nad powodami, a bardziej skupia na samym uzyskanym efekcie. Czyżby udało się wreszcie wkupić w jej łaski?
- W czym potrzebujesz pomocy? Może ja jakoś mogę… wiesz. - Wzrusza ramionami, niby od niechcenia, a jednak gotów do pełnienia pomocy, jakakolwiek by ona nie była. Rzuca tak zresztą nierozważnie, nie zastanowiwszy się nawet czego ta kwestia miałaby się tyczyć, co zdarza mu się ostatnimi czasy zdecydowanie zbyt często. Dziwnym zbiegiem okoliczności propozycje te zwykle wysuwa w towarzystwie pięknych panien, nie dostrzegając tu żadnego związku - nic a nic!
- Nie wiem w którym miejscu, ale chyba nie tak przy samym domu - wyjaśnia, unosząc ręce, jakby w formie asekuracji, gdyby trzeba było młodej pannie pomóc. - To trochę utrudnia zadanie - stwierdza, ściągając ciemne brwi. Na czole Smitha kreśli się pionowa zmarszczka zastanowienia. - Skąd będziemy wiedzieć, że je znaleźliśmy, kiedy nie każdy może je dostrzec? Od czego to zależy? Jakieś zaklęcie trzeba odprawić, jakiś rytuał? Słyszałem, że do jednorożców też nie każdy może podejść - dopytuje dalej, przytaczając przykład, z jakim niegdyś zaznajamia go Maria. Nie ma jeszcze świadomości, że między jednorożcem a testralem istnieje znacząca różnica w kwestii dostrzegania stworzeń, jak i opieki nad nimi. Może jeszcze będzie mieć okazję, by zostać uświadomionym.
Nie jest przygotowany na szaleńczy bieg, na pewno nie w takich okolicznościach. Z początku dość niemrawo przebiera nogami, oglądając się jeszcze za siebie, jakby wahając czy jednak się nie zatrzymać. Woła ich zapewne jeden z mieszkańców pałacu, albo ktoś ze służby próbuje zdyscyplinować. Nie wie komu ufać bardziej - instynktowi samozachowawczemu czy może zwykłej przyzwoitości. Do tego drugiego namawiałaby go matka, łapiąc się za głowę na wzmiankę o chaotycznym i jakże skandalicznym zachowaniu syna, ale to instynkt podpowiada bieg, figlarną ucieczkę, pozbawioną wszak znamion perfidnej złośliwości.
”Przed siebie”, to nie to samo co w lewo, więc z większym trudem wyrabia na zakręcie, tracąc na nim cenną sekundę. Nie odwraca się już za siebie, kiedy usta wykrzywiają się w szerokim uśmiechu. Niosący się za nimi krzyk nie sięga kolejnych korytarzy, niknie gdzieś w oddali, zostawiając ich z pozornym poczuciem bezpieczeństwa. Zepchnięty z głównej ścieżki łapie równowagę, ciągnięty na dół przykuca od razu i przylega plecami do ściany. Zanosi się też śmiechem i kryje twarz w zgięciu łokcia, by dźwięk ten nie dotarł do wnętrza budynku, do zapewne podążającej ich tropem kobiety.
- Szlaban masz gwarantowany - żartuje ściszonym głosem, gdy udaje mu się wreszcie opanować rechot. Lustruje rudowłosą dziewczynę dłuższym wzrokiem, analizując jej wzmiankę o ciotce. W umyśle Iana kiełkuje gdzieś z wolna wniosek, jakoby Neala wcale nie była jedną z tutejszych służących, córką któregoś z nich także nie. Tłocząca się przy przyspieszonym tętnie krew nasuwa kolejne wnioski, przybliżając go do prawdy i łącząc ze sobą kolejne elementy układanki. - Chyba dobrze znasz te okolice - zauważa po chwili, nie odrywając odeń wzroku. Jak nie chcesz mówić dlaczego, nie będę cię ciągnąć za język, obiecał samemu sobie, ciekawość odkładając tymczasowo na półkę. Skoro dziewczyna zdecydowała się odpowiadać wymijająco, musi mieć ku temu jakiś powód. Smith wychyla się za róg budynku, by zerknąć w głąb korytarza - po ciotce Mathildzie nie ma śladu. - No to co? Idziemy na wyprawę? - Podnosi się więc z miejsca na równe nogi i wyciąga rękę ku Neali, nie dlatego, że nie potrafiłaby sama wstać, a dla zawiązania paktu. - I tak już masz przechlapane. Ja za współudział pewnie też. - Łobuzerski uśmiech rozświetla jego twarz, gdy z lekkością wspomina o przesądzonym losie, zupełnie się nim nie przejmując. Taka okazja może się już więcej nie powtórzyć, a on zwykł wykorzystywać nadarzające się preteksty.
Ian Smith
Zawód : stolarz, lotnik w oddziale łączności "Sowa"
Wiek : 18
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
and the only solution
is to stand and fight
OPCM : 10 +2
UROKI : 4 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11168-ian-smith#343705 https://www.morsmordre.net/t11207-oisin#344724 https://www.morsmordre.net/t11210-ian-smith#344728 https://www.morsmordre.net/f422-irlandia-cork-maryborough-woods https://www.morsmordre.net/t11208-skrytka-bankowa-nr-2441#344725 https://www.morsmordre.net/t11209-ian-smith#344726
Re: Salon [odnośnik]24.11.22 13:02
Przekręciłam głowę niby zaciekawiona, może trochę rozbawiona stwierdzeniem, które padło z jego ust zaraz po pytaniu w tej samej kwestii. Jedna z brwi uniosła mi się ku górze, kiedy od niechcenia wzruszył ramionami. Przez krótką chwilę tak po prostu patrzę na niego, kiedy moje usta rozciągają się w coraz bardziej rozbawionym uśmiechu.
- Jeśli nie masz piwnicy pełnej Ognistej… to może być trudne. - zaśmiałam się, zostawiając już tą ścianę w spokoju całkiem. Zwracając się w jego kierunku. Splotłam dłonie przed sobą. Przekręciłam odrobinę głowę, żeby z uśmiechem na ustach zlustrować go spokojnie. Zaraz zmieniając cel, podejmując decyzję, ruszając w stronę okna na które się wdrapałam nie patrząc czy zamierza podążyć moim śladem. Sama też zmarszczyłam brwi kiedy pojawiły się kolejne pytania.
- Właśnie… od czego? - zastanowiłam się na głos. Unosząc rękę, żeby palcem wskazującym postukać w dolną brew, oczy - a może bardziej spojrzenie - wyrzucając gdzieś do góry. Zmarszczyłam lekko brwi i tak się skupiłam na próbie przypomnienia sobie, że na chwilę straciłam równowagę w ostatniej chwili łapiąc za ramę okna i chroniąc się tak przed upadkiem. - Przypomnę sobie po drodze, albo pomyślimy na miejscu. - wybieram więc, na ten moment pozostawiając tą kwestię. Jakoś przecież damy radę.
Pojawienie się ciotki Mathildy zdecydowanie psuło moje wielkie plany. Znaczy niewielkie, bo chodziło tylko o skrócenie dystansu do wyjścia. Skoro okna były nisko, to nie trzeba było kłopotać się drzwiami, prawda? Prawda. Znaczy, no, nie dla niej. Bo moje imię rozbrzmiało ostrzegawczo a ja niewiele myśląc rzuciłam się w długą. Sama nie wiedziałam, czemu uciekam. Poszłam za tchnieniem, impulsem w niedorzecznej sytuacji dostrzegając coś zabawnego. Iana podążającego za mną nie spodziewałam się za bardzo, ale nie przeszkadzał mi też jakoś. Zakręciłam gwałtownie i bez zapowiedzi, żeby później zepchnąć go w bok i pociągnąć za sobą niżej. Zaśmiewając się łapałam oddechy po szaleńczym biegu - a może raczej ucieczce. Policzki zaróżowiły mi się odrobinę, ale nie miało to nic wspólnego ze wstydem. Choć i tak z pewnością nie komponowało się zbyt dobrze z rudością moich włosów. Róż nigdy nie komponował się z rudym, co było moją największą życiową bolączką.
- Jestem już weteranem. - szlabanów i niechcianych losu przypadków, ale tego drugiego nie dodaję. Uniosłam się trochę, żeby zerknąć przez okno. Ale nikogo nie widzę. Nadal łapiąc oddech opadam z powrotem na swoje miejsce i wtedy je czuje. Spojrzenie. Przekręcam głowę tylko po to, żeby natrafić na tęczówki wpatrujące się we mnie. Jedna z brwi uniosła mi się trochę. Ale nie powiedziałam ani słowa czekając, patrząc, zadzierając lekko brodę. Dopiero kiedy się odezwał odchrząknęłam, odrywając wzrok i przenosząc go przed siebie. Wzruszyłam lekko ramionami. - Czasem tu bywam. - jasne tęczówki przesunęły mi się po ogrodach. - Córka wuja Dima który wziął mnie pod swój dach jest żoną kuzyna Anthony’ego. - dodałam w krótkim wyjaśnieniu nie spoglądając na niego mimo tego czując, że on wpatruje się we mnie. Czemu? Byłam brudna, czy coś? Na pewno. Oczywiście, że tak właśnie musiało być na pewno. Odwróciłam głowę trochę w drugą stronę. Kolejna kompromitacja. Zamrugałam kilka razy kiedy ręka pojawiła się przedemną. Zerknęłam na nią marszcząc odrobinę brwi, a potem wyciągając swoją. Jaśniejszą, ale nie wybijającą się tak bardzo jak przy tej należącej do Jamesa. Złapałam za nią i dźwignęłam się do góry odkrywając, że uczucie było inne.
- Idziemy. - potwierdziłam więc, nie przestając lekko marszczyć brwi. Inne - ani lepsze, ani gorsze. Unoszę wzrok na niego. Wyższy jest ode mnie, ale to żadne osiągnięcie. Stoję tak patrząc, mrużąc oczy trochę. Unosząc zaraz brwi na kolejne stwierdzenie, a potem obserwując uśmiech, który rozświetla jego twarz. Jest w nim coś… ciepłego. I wtedy sobie przypominam, że nadal za dłoń trzymam. Więc puszczam ją. Nagle, dłonią od razu znajdując inne zajęcie.
- Hm.. no tak. - mówię cokolwiek, nawet nie wiedząc czy to pasuje do tego, co on mówił sam. Poprawiam spódnicę, włosy zbieram, żeby odrzucić za plecy. Cofam się o krok, zanim ruszam, wymijając go bokiem. Zrobiłam trzy kroki rozglądając się z miną eksperta, choć tak naprawdę pojęcia nie miałam, gdzie kuzyn Anthony te testrale miał. Ale ruszyć się musiałam, czując jak czerwień na szyje mi wpełza. - Chodźmy tam. - wybieram, chociaż właściwie to strzelam nie będąc pewna, dokąd dojdziemy kierując się w tamtą stronę. Ruszam pewnie i pierwsza nie czekając za nim. Ale za mną pójdzie przecież… chyba… może? Dlatego odwróciłam głowę, żeby sprawdzić. Marszczę brwi odrobinę. - Dlaczego za mną pobiegłeś? - chcę wiedzieć, bo w sumie nie wiedziałam i nie potrafiłam zrozumieć.

Idziemy na:
1 - mokradła
2 - polana
3 - stajnie



she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Brenyn
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Salon [odnośnik]24.11.22 13:02
The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach