Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Kuchnia i spiżarnia
AutorWiadomość
Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]09.03.19 20:24
First topic message reminder :

Kuchnia


Typowo starokawalerska kuchnia - poprzedni właściciele zadbali, aby było tu sporo przestrzeni, ale Michael zawalił wszystkie użyteczne powierzchnie gratami albo gazetami. Nie wiadomo, jak funkcjonowałby tutaj bez zaklęć, które pomagają mu sprzątać.
W kuchni znajduje się duży stół, chociaż Mike rzadko miewał gości. Lubi za to tutaj przesiadywać, czytać i robić notatki - pokój ma okna od południowo-zachodniej strony i jest dobrze nasłoneczniony.
Znajduje się tu też spiżarnia - mały pokoi, zapełniony półkami. W przeciwieństwie do kuchni jest idealnie zorganizowana. Michael przechowuje tutaj składniki alchemiczne i część swojego zapasu eliksirów. Spiżarnia jest zamykana na kluczyk, bo zgromadzone w niej rzeczy są dla niego cenne - chociaż czasami wrzuca tam choćby też worek ziemniaków.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]20.08.20 8:47
16 IV nad ranem, po pełni

Wrócił do domu odrętwiały i obolały, marząc o jakimkolwiek śniadaniu. Do kuchni wpadały pierwsze promienie słońca. Tonks spędził na wyplątywaniu się łańcuchów cały wschód, ale nawet rozmowa z Philippą i kąpiel w jeziorze nie opóźniły znacząco jego powrotu do domu.
Miał paskudny humor - z jednej strony czuł się dojmująco samotny, ale z drugiej desperacko chciał unikać towarzystwa, jak zawsze w tym stanie. Rozczochrany, posiniaczony i blady, nie lubił pokazywać się rodzinie w chwili słabości. Pełnia odbierała energię całemu ciału i Michael pragnął już tylko rzucić się na łóżko. I, oczywiście, najpierw coś zjeść. Na przykład konia z kopytami. Przy Philippie jeszcze jakoś nad sobą panował, ale wraz z każdą chwilą spędzoną na czczo narastały w nim zmęczenie i irytacja.
Zaspany, zamknął za sobą drzwi, zerknął w kierunku uporządkowanej na nowo przez Justine kuchni (czy w ogóle znajdzie cokolwiek po tych strasznych zmianach?)  i... zatrzymał na Vincencie spojrzenie podkrążonych oczu. A raczej nie tyle na Rinehearcie, co na torbie trzymanej w dłoni.
-Vincent? Nie śpisz? - zapytał Michael z lekką pretensją. Liczył na to, że wróci tutaj zanim wszyscy wstaną, że będzie miał spokój.
Sądził, że Justine ostrzegła przyjaciela przed niuansami mieszkania z wilkołakiem, więc nieco bezceremonialnie wyminął Rinehearta i ruszył do blatu, aby ukroić sobie chleba. Nie zaprzątając sobie głowy robieniem kanapki, włożył do ust suchą kromkę i zajął się szukaniem kiełbasy, którą też chyba zje od razu. Był głodny jak wilk, Vincent na pewno wybaczy mu fakt, że nie czeka na niego ze śniadaniem. Trzeba było jeść szybciej, panie Rineheart.
Dopiero gdy Michael przeżuwał ostatnie kęsy kromki, dotarło do niego, że Vincent wcale nie jadł ani nie robił sobie jedzenia, tylko właściwie stał z torbą podróżną w ręku, zwrócony do wyjścia.
-A co tu właściwie robisz tak wcześnie? - zagaił podejrzliwie, powoli łącząc fakty i odwracając się do Vincenta. Zastygł z chlebem w jednej ręce i kiełbasą w drugiej, mierząc bruneta i jego torbę uważnym i naglącym spojrzeniem.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]22.09.20 18:04
Pierwsze promienie subtelnego, kwietniowego słońca przebijały przez wąską, zakurzoną szybę. Rozjaśniały wiosenny krajobraz upiększając mnogie, drewniane kikuty. Nie oddawały wystarczającego ciepła czyniąc poranek tak łatwym i przyjemnym. Były zbyt krótkie, aby dosięgnąć ciemnych kątów, chropowatej struktury podłogi, rozkopanego skrawka niewielkiego łóżka. Pomieszczenie wyglądało na idealnie uporządkowane. Zniknęły pojedyncze bibeloty, sterty porozrzucanego pergaminu, połamane ołówki i tabuny książek. Powietrze upiększał lekki, duszący zapach wieczornie palonych ziół: aromatycznej szałwii, mięty pieprzowej oraz ostrego imbiru. Panował staranny, sterylny ład. Jakby nikogo tu nie było, jakby nikt, nigdy tu nie mieszkał. Skórzana torba skrywająca cały dobytek spoczywała na samym środku przyjaznego lokum. Była niedopięta, niedopakowana, czekająca na ostateczny ruch niezdecydowanego właściciela. Co takiego zwiastowała? Co stało się punktem zapalnym?
Od kilku mozolnych, bardzo długich godzin leżał na wierzchu ciepłego posłania wpatrzony w sękaty, drewniany sufit. Był ubrany, gotowy do natychmiastowego wyjścia. Ręce opuszczone wzdłuż ciała, zaciskały się na smukłych końcach. Klatka piersiowa unosiła nierównomiernie, targana gromadzonymi, wewnętrznymi emocjami. Rozmyślał, kalkulował, analizował. Powracał do niedawnego, pięknego zdarzenia, które za żadne skarby świata, nie chciało wyjść mu z głowy. Wspomniał liliową polanę, poważne przygotowania do celebracji bardzo istotnego święta. Śmiałe, ryzykowne zaproszenie. Uroczą obecność pięknego, kobiecego profilu, dla którego tak bardzo się postarał. Dla którego tak wiele poświęcał. Czyżby na marne? Dźwięk burzliwych wersetów targał wrażliwy umysł. Pamiętał każde zdanie, każdą zaprezentowaną wypowiedź. Poruszyła tak wiele nieznanych dotąd tematów, terminów, aspektów w których po dokładnym przeanalizowaniu zagubił się doszczętnie. Męska konkurencja, nieznajoma, rebeliancka organizacja, uwikłanie członków rodziny, uczuciowe rozchwianie oraz brak życiowej stabilizacji – w jaki sposób miał się z tym konfrontować? Jak rozwikłać, zebrać w nierozerwalną całość? W jaki sposób zapewnić, że stanie na wysokości zadania, nie zawiedzie, podoła? Nie załamie szerokich ramion przy najbliższej, nadchodzącej okazji? Westchnął ciężko przymykając powieki. Musiał podjąć ostateczną, kategoryczną decyzję. Podniósł się do pionu pospiesznie, gwałtownie. Przejechał dłonią po rozczochranych włosach, zapadniętych oczodołach i zarośniętych policzkach. Zsunął się z wełnianego koca, zaścielając resztę pościeli. Dopakował ostatnie, brakujące przedmioty, po czym pod osłoną cichego, zaspanego poranka zamierzał opuścić chwilowy azyl. Był wdzięczny, było mu tu przecież dobrze. Miał wszystko, wszystkich – namiastkę przyszywanej rodziny.
Przejście przez obszerną kuchnię wymagało nie lada dyskrecji. Otwarta na pozostałe pomieszczenia roznosiła każdy, najdrobniejszy dźwięk. Ciężkie podeszwy odciskały piętno na skrzypiącym podłożu. Przyspieszony oddech wydawał się dudniący, rozchodzący po każdym zakamarku przytulnego domku. Przystanął przy stole. Z bocznej kieszeni wyciągnął wymięty kawałek pergaminu oraz przygryziony ołówek. Zamierzał zostawić bardzo krótką notatkę; gromkie podziękowania dla gospodarza oraz reszty domowników. Był im naprawdę wdzięczy za tak bezceremonialne i ufne przyjęcie. Za wspólnie spędzone chwile, ciepłą strawę, dach nad głową i…
Drzwi frontowe otworzyły się niemalże na oścież. Zimne powietrze kwietniowego poranka wpłynęło w kuchenną przestrzeń. Zamarł na chwilę, chowając pergamin wewnątrz dłoni. Uniósł głowę zawieszając zdezorientowane, niewyraźne spojrzenie na wynędzniałej sylwetce rosłego aurora. Co się właściwie stało? Był zamroczony, zdezorientowany, jakby nieobecny. Zmarszczył brwi w skupieniu, skoncentrowany na fizjonomii znajomego blondyna: niezdrowo białej skórze, wyraźnych siniakach, głębokich zadrapaniach, potwornemu zmęczeniu. O co chodziło? Gdzie był, z kim walczył? Czy on też był uwikłany w tą niemożliwą, rebeliancką partyzantkę? Podciągnął pasek skórzanej torby i nie spuszczając przenikliwych tęczówek odpowiedział: – Spałem. W przeciwieństwie do ciebie. – zaczął miarowo, powolnie, aby na koniec ponaglić wyraźnym tonem pełnym niezrozumienia i zdezorientowania.
Zachowywał się podejrzanie, zbyt spokojnie. Wykonywał podstawowe czynności, krzątał, przygotowywał śniadanie? Opierając się o wystającą krawędź postanowił przerwać milczenie: – Wszystko w porządku? – zaczął swobodnie.
– Ciężka noc? – nie musiał przed nim kłamać. Widział, że coś jest na rzeczy. Ręka ściskającą białawy zwitek ułożyła się na klatce piersiowej, druga zaś sięgnęła po czerwone, soczyste jabłko ulokowane w środkowej części stołu. Okręcał je smukłymi palcami, koncentrując wzrok na plecach współtowarzysza. Co takiego odpowie, jak zareaguje? Jednakże przeciwstawne pytanie było niespodziewane, nagłe. Przez chwilę zapomniał o zaplanowanych zamiarach. Odetchnął ciężko, rozszerzył źrenice. Zamilkł na moment szukając odpowiednich słów. Spoglądając w okno odpowiedział szczerze i twardo: – Wyprowadzam się. – zaskoczony, zszokowany? Po co udawać? – Nie chciałem robić niepotrzebnego zamieszania. – skwitował kończąco, nie zamierzając tłumaczyć rewolucyjnych zamiarów. Był przecież dorosły, panował nad swoim życiem. Piękna mrzonka drogi chłopcze.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]22.09.20 19:03
No jasne, że nie spał. Nie mógł się doczekać, aż odsapnie, ciężko zwali się na łóżko i - przede wszystkim - zje tą kiełbasę z pajdą chleba.
-Mhm. - mruknął nieco nieobecnie, nieświadom nawet z jaką beztroską zaczął podchodzić do tych sennych poranków po pełni. Sama perspektywa przemiany nadal napawała go bezgranicznym strachem, nigdy nie przyzwyczai się do bólu (nadal!) pulsującego w rozciąganych mięśniach i kościach, zawsze będzie się budził z zażenowaniem i poczuciem, że jest potworem. Dzisiaj zdążył już jednak ochłonąć po przebudzeniu, Philippa zebrała na siebie ciężar jego wstydu, dokładając do tego trochę drwin i wzbudzenie w nim poczucia nostalgicznej samotności. Po spotkaniu z panną Moss zdążył zebrać się w sobie i ochłonąć w zimnej toni jeziora, które spłukało z niego krew i ziemię i smród i bród i gałązki z leśnej ściółki. Woda nie spłukała co prawda siniaków i śladów po łańcuchach (widocznych głównie na torsie, ale odciśniętych również na przegubach - a Michael właśnie podwijał rękawy żeby zrobić sobie kanapki), ale nie przejmował się tym. Wracał do domu, do swoich. Obfite śniadanie wydawało się najłatwiejszą i najprzyjemniejszą częścią dzisiejszej doby. Lepszą nawet od snu, bo kanapeczki nie  kojarzyły mu się z koszmarami. O, chyba, że zapewni sobie sen bez snów - dzisiejszy dzień wydawał się doskonałą wymówką na alchemiczne pomoce.
Otworzył kuchenną szafkę i...
-Ej Vince, wiesz gdzie Just przestawiła eliksiry usypiające? - westchnął cicho, przypominając sobie o porażce i reorganizacji sprzed paru dni. Osobiście uważał, że nie ma nic złego w trzymaniu podstawowych eliksirów na półce z przyprawami, ale nie wiedzieć czemu kobiety zdawały się nie podzielać tego zdania. Mama powiedziałaby, że to nieestetyczne i niebezpieczne dla mugoli (tak, jakby miał w domu jakichkolwiek mugoli! Kerstin się nie liczyła, oczywiście), a w powody Just nie chciał wnikać. -Nic tu nie można znaleźć... - sapnął, otwierając kolejną z szafek. Uniósł lekko brwi, znajdując konfitury. Nie spodziewał się tutaj dżemu truskawkowego, ale to akurat miła niespodzianka - będzie miał z czym jeść chleb, jak skończy się mu kiełbasa!
Odwrócił się do Vincenta, który pytał, czy wszystko w porządku.
-Nic nie jest w porządku, nie umiem teraz nic znaleźć. - pożalił się, nie zamierzając przejść do porządku dziennego nad nowymi porządkami w kuchni tylko z powodu miłego zaskoczenia w postaci dżemu. -Słuchaj, mam w planach znaleźć nam jakieś bezpieczniejsze i większe miejsce, wtedy musimy wyzwać Just na rewanż... poćwiczymy sobie Abesio, między nami chłopakami i damy jej radę, co ty na to? - zaproponował, pocieszony faktem, że niedługo będą mieli całkiem nową kuchnię i całkiem nowe szafki i szansę na powrót do starego ładu. Prostolinijnie zakładał, że Vincent przeprowadzi się razem z nimi - prawdę mówiąc, nie zakładał nawet innej możliwości. Siostra go tu zaprosiła, był dobrym współlokatorem i miło było mieć jeszcze jednego faceta w domu. Z samą Just jeszcze jakoś by sobie poradził, ale wprowadzenie się Kerstin było zupełnie niespodziewane i już trochę bał się tego, z jaką łatwością zagrała wtedy na jego braterskich uczuciach. Może i zrobiło się teraz nieco ciasno, ale jakoś sobie radzili, a w nowym domu to już w ogóle wszyscy się zmieszczą.
Ciężka noc?
-Każda pełnia jest ciężka. - machnął ręką, po męsku nie wgłębiając się w szczegóły dotyczące tego, że dzisiejszy poranek był jeszcze cięższy, nie co miesiąc upokarzała go barmanka z Parszywego. -Chcesz chleba albo kiełbasy? Bo ostrzegam, że jestem głodny jak wilk ...że jak nie chcesz to wszystko zjem. - zapowiedział i zaczął kroić duży bochen. W normalny dzień tego chleba starczyłoby dla dwóch Michaelów, ale dzisiaj miał wyjątkowy apetyt. Może jak się wyśpi to skoczy do piekarni. O, a może Vincent by skoczył? Poprosi go za chwilę, jak Rineheart już się zdecyduje odnośnie śniadania - wilk zjadłby wszystko sam, ale przecież odruchy człowieczeństwa nakazywały się dzielić.
Zachowywał się zupełnie swobodnie, bo choć przyznawanie się do likantropii przed innymi zawsze było okropnie niezręczne, to zakładał, że Vincent już dawno wie. W Ministerstwie wiedzieli wszyscy, Rejestr Magicznych Stworzeń przyzwyczaił Michaela do tego, że nikomu nie musi się tłumaczyć - a jedynie trwać w upokarzającym poczuciu, że dowiedzieli się z dokumentów. Więcej prywatności miał w życiu osobistym, ale był święcie przekonany, że Just nie ściągałaby tutaj współlokatora, który nie wie, w co się pakuje. Z kim, z czym mieszka pod jednym dachem. Ufał siostrze, ona ufała jemu, wychodził z przekonania, że miała pełne prawo podzielić się jego nie-do-końca-sekretem z Vincentem. Tak było nawet wygodniej, Just miłosiernie oszczędziła mu tłumaczenia się. Może nawet wtajemniczyła Vincenta w poranny pełniowy savoire-vivre, bo ten nadal stał jak słup soli i nie sięgał po chleb, gapiąc się w okno. Kochani!
Nie mogąc wytrzymać dłużej, wpakował sobie do ust pierwszą kanapkę i tym samym potrzebował chwili na przyswojenie ogłoszenia Rinehearta. Najpierw zaspokoił głód, potem zrozumiał i o mało nie zakrztusił się kolejnym kęsem, a potem wreszcie odstawił kromkę na talerz i spojrzał na Vincenta z wyraźnym zaskoczeniem.
-Wyprowadzasz? - powtórzył, marszcząc lekko brwi. Czy to też ustalił sobie z Just? O ile mogli obgadywać likantropię za jego plecami, o tyle czynienie takich roszad w noc pełni, bez wiedzy gospodarza, wydawało się jakieś... niezręczne. -Dokąd, znalazłeś nowe miejsce? - tak szybko?
Zjadł już trochę, powoli zaczynał myśleć logicznie. To nie miało sensu, ta poranna przeprowadzka, tak szybkie opuszczanie Mickleham.
-Coś się stało? - spytał ciszej, z nagłym ukłuciem niepokoju.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]23.09.20 1:29
Nagłe wtargnięcie życzliwego gospodarza pokrzyżowało skrupulatnie przygotowane plany. Przeklął w duchu; zdecydowanie zbyt długo zbierał się do wyjścia. Zbyt długo zatapiał w rozpędzonej, przeskakującej gonitwie różnorodnych, niezharmonizowanych myśli. Powinien być już w Londynie, załatwiać najpilniejsze i najważniejsze sprawy. Rozejrzeć za jakimś tymczasowym lokum, złapać jeszcze więcej dorywczej pracy. Potrzebował pieniędzy do realizacji wymyślnych postanowień. Miasto choć obszerne, nie rozpieszczało mnogością zleceń. Społeczeństwo stało się podejrzliwe, nieufne, zamknięte. Obecna sytuacja polityczna utrudniała komunikację, mobilność oraz zdobywanie wartościowych kontaktów. Zaopatrywał podstawowe placówki, niezmiennych alchemików oferujących wątłą sumę galeonów. Mozolny proces stabilizacji przedłużał się niekontrolowanie dokładając kolejne zmartwienia. Zwodniczy los, niewątpliwie nie był jego sprzymierzeńcem. Ciekawe dlaczego?
Odchrząknął wymownie obserwując nieobecną, nieskoordynowaną krzątaninę starszego domownika. Obserwował go uważnie, śledził każdy, najdrobniejszy ruch. Błękitne tęczówki prześlizgiwały się po całej sylwetce koncentrując na przybrudzonych ubraniach, fioletowych znamionach, śladach odciśniętych na lekko odsłoniętym przegubach. Zmarszczył brwi próbując dopasować ów kształt, rozpoznać pochodzenie. Wracał z jakiejś misji, indywidulanego zlecenia? Czyżby zabłądził? Zamierzał zapytać dyskretnie, jednakże swobodne, nieoczekiwane pytanie wypadło na kuchenną powierzchnię. Zamrugał kilkukrotnie wybity z rytmu; ściskając maleńką karteczkę odpowiedział rozkojarzony:
– Nie wiem. – zatrzymał na moment. Eliksiry usypiające? – Nie możesz spać? Mogłeś powiedzieć wcześniej, przygotowałbym ci odpowiednią mieszankę ziół. – zaczął filozoficznie, odrobinę bez pasji. Strofował lekkie niezadowolenie. Niektóre dolegliwości można było zwalczyć całkowicie naturalnie. Coś o tym wiedział. – Są zdecydowanie lepsze i przede wszystkim naturalne. – skwitował wzruszając ramionami. Wbijając palce w miękką, lepką strukturę jabłka, nadgryzł kawałek kosztując przyjemności soczystego owocu. Lubił ten specyficzny, słodkawy zapach. Przynosił przeszłość, jedyny, prawdziwy, rodzinny dom.
Wydawał się zdenerwowany, może trochę podirytowany? Zmęczenie objawiało swe oblicze w nieskładnych i nieskoordynowanych ruchach. Zapadła niespokojna cisza. Ciemnowłosy mężczyzna podgryzał przekąskę uciekając myślami do opuszczonych obowiązków. Kolejny, miarowy odgłos przesuwanych szafek spowodował zniecierpliwione westchnięcie oraz pytanie: – A czego jeszcze szukasz? Może ci pomogę? – zaoferował. Zdążył zapoznać się z nowym układem. Szybko zapamiętywał szczegóły. Kuchenna roszada nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Jeśli była naprawdę potrzebna, mógł jedynie posłusznie przytaknąć.
– Przyzwyczaisz się. – zapewnił unosząc kącik ust w chwilowym, pokrzepiającym grymasie. Odgryzł kolejny kawałek. Grał na zwłokę. Liczył na szybkie i dynamiczne rozegranie sytuacji. Tonks zostawi go w upragnionej samotności, dzięki której wydostanie się z budynku. Im więcej słów wysypywało się na gładką płaszczyznę, nadzieje słabły, malały, zanikały. Tak jak teraz, gdy blondyn zwracał się bezpośrednio do uciekiniera: – Hm? - zaczął mrukliwie, wybity z tymczasowej myślowej wędrówki. Nie zarejestrował sensu i szyku zdania. Wszystko docierało do niego z opóźnieniem. Nie wiedział co powinien mu powiedzieć. Jak się do tego zabrać, czy zgasić entuzjazm? Westchnął cicho i zawieszając wzrok na twarzowych zadrapaniach wybąknął blado, smutno: – A, tak. Dobry pomysł. – wizja dalszego, wspólnego mieszkania nakreśliła swój zachęcający zarys. Mógłby dołożyć się do wynajmu, pomagać przy podstawowych pracach domowych. Dbać o zaopatrzenie, bezpieczeństwo, swobodę. Byłby blisko najważniejszych, wyrozumiałych przyjaciół, umiłowanej, kobiecej sylwetki. Powoli wracałby do życia, adaptował w nowej, paraliżującej rzeczywistości. Może zdobyłby informacje, wyczekiwane wyjaśnienia? Pokręcił głową. To nie mogło mieć miejsca, nie tym razem.
Chęć dokończenia owocowego smakołyku nie miała racji bytu. Ręka zatrzymała się w połowie, a twarz wykrzywiła w wyraźnym grymasie zadziwienia. O czym on do cholery mówił? Opuścił dłoń i jakby instynktownie, od razu wyrzucił: – Jaka pełnia? – co to mogło znaczyć? Dlaczego był przy tym taki swobodny? Coś dziwnego, niewygodnego prześlizgnęło się po mostku. Trochę bardziej nieobecnie dopełnił: – Nie, nie przejmuj się, nie jestem głodny. – o co w tym wszystkim chodziło? Wiedział dokładnie z czym skojarzyć ten jeden, comiesięczny, rozświetlony dzień. Beztroska wzmianka o domniemanej likantropii była szokująca, niespodziewana. Czy powinien zadawać kolejne pytania? Może temat był jednak niewygodny, w pewnym stopniu zakazany? Czyżby mierzył się z  niewypowiedzianą tajemnicą? Ile niespodzianek ukrywacie przede mną drodzy przyjaciele?
Westchnął ciężko podtrzymując salwę milczenia. Niewyspanie dawało o sobie znać, piekły go oczy. Odłożył ogryzek i niewzruszonym odbiciem przyglądał się długim, falującym kikutom. Zarejestrował pytanie. Przekręcił lekko głowę zawieszając niezdecydowane, smętne spojrzenie na konsumującym aurorze. Jak szybko przechodziliśmy do kolejnego tematu. Był przecież pewny swej decyzji. Pokiwał głową twierdząco i dodał: – Tak, najwyższa pora. Nie mogę ciągle siedzieć wam na głowie. – potwierdził zgodnie z prawdą. Musiał żyć własnym życiem. Działać według wytyczonych zasad. Być samodzielnym, całkowicie. Miał przecież powody. Inni nie musieli o nich wiedzieć. – Jeszcze nie, ale jestem na dobrej drodze. – zapewnił i uśmiechnął się na krótko. Dzielnica portowa zapewni idealne, podstawowe i tymczasowe lokum. Zawsze zwołuje swoje zagubione dzieci. Na kolejne pytanie zmarszczył ciemne brwi. Coś się stało? Owszem stało, zdecydowanie zbyt dużo, zdecydowanie zbyt wiele. Nie radził sobie z doczesnością. Nie radził z samym sobą. Był zagubiony, zapędzony w kozi róg. Musiał wybierać, decydować, przejmować winy, inicjatywę, odpowiedzialność. Ciągle coś od niego wymagano, stawiano przed wyborem, kategoryzowano. Jednakże na zewnątrz: – Nie nic, po prostu tak postanowiłem. – wyznał spoglądając na Michaela. Brzmiał przekonywująco? – Już dawno to rozważałem. – cała prawda, prosto na stół.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]29.09.20 16:06
-Ale w Mungu kazali mi pić eliksiry. Jak jeszcze mogłem tam bywać... - uparł się Michael, spoglądając na Vincenta z lekkim powątpiewaniem. Mieszanka ziół miałaby pomóc na obrażenia wywołane czarną magią? Albo uspokoić go po pełni - która przecież zdawała się Tonksowi czymś przeklętym, a nie czymś naturalnym? Uśmiechnął się z mimowolnym rozbawieniem, niechęć Rinehearta do magicznych eliksirów była dość ujmująca. Kiedyś Tonks był do niego podobny, z jednym wyjątkiem - ziół też nie lubił. Nie lubił wlewać w siebie niczego, uważając się za niezniszczalnego. Życie nauczyło go w końcu pokory i teraz słuchał się już uzdrowicieli i Justine. -Powinieneś ponarzekać z Kerstin na te czarodziejskie mieszanki. - wtrącił z lekkim przekąsem. Młodsza siostra na razie była raczej cicha, mieszkała w końcu u nich dopiero kilka dni... ale znał Kerrie dobrze i wiedział, że gdy tylko poczuje się pewniej, to zacznie ich przekonywać do lepszych jej zdaniem metod sprzątania, gotowania i organizowania sobie życia codziennego.
Czego jeszcze szukał?
-Hm, eliksirów, widelców, szklanek, więcej jedzenia i... słuchaj, wiem że jest wcześnie, ale w sumie ja i tak zaraz idę spać... napiłbyś się whiskey? - zaproponował, otwierając nerwowo każdą z górnych szafek. Gdzie Just przełożyła jego alkohol?! Miał nadzieję, że Rineheart napije się z wyczerpanym i potrzebującym likantropem. Na widok bladej cery i worków pod oczami Michaela, chyba nawet Kerstin zgodziłaby się na szklaneczkę!
-Ha! - butelka wreszcie wpadła mu w ręce, pozostawało tylko znaleźć szklanki. Postawił whiskey na stole i zmierzył Vincenta uważnym spojrzeniem. Skąd to powątpiewanie na jego twarzy?
-No nie mów, że przegrana z Justine wpełzła ci na samoocenę! - zagrzmiał, niczym Kieran szkoleniowcy na kursie aurorskim. -Straciłem czujność przez to jej Abesio, ale jeszcze ją pokonamy, zobaczysz! - perspektywa odzyskania dominacji nad kuchnią wykrzesła u niego ostatnie iskry energii. Miał w końcu skłonności terytorialne, jak każdy wilk.
Na swoje nieszczęście, przestał szperać w szafkach gdy tylko znalazł alkohol i pozostawał już zwrócony przodem do Vincenta. Dlatego mógł zobaczyć wyraz zdziwienia na jego twarzy, niezrozumienie w jasnych tęczówkach.
Jaka pełnia?
-Jak to jaka? - wyrwało mu się zanim pomyślał, bo refleksja przyszła o kilka sekund za późno.
On nic nie wie...?
Tym razem to Michael pobladł (jeszcze bardziej!), otworzył usta, zamknął usta, a potem chwycił szklankę po herbacie (innej nie znalazł, argh!) i powoli nalał sobie whiskey, grając na czas.
Merlinie, przecież na trzeźwo mu tego nie wyjaśni.
Porwał z blatu drugi kubek, nie do kompletu i postawił go przed Rineheartem.
-Siadaj, napijmy się. - zarządził, tak jakby procenty miały w czymś pomóc. Może rozwiążą mu język przy wyjaśnieniach, może złagodzą poczucie wstydu i upokorzenia.
Just ci nie powiedziała, Vincent? - cisnęło mu się na język, ale oprzytomniał na tyle, by zdławić to pytanie. To w końcu jego ciężar, jego obowiązek. Przez chwilę wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zapatrzył się nieobecnie w ścianę, przeciągając ostatnie chwile, w których Rineheart będzie patrzył na niego normalnie.
Zawsze odnosił się do niego tak normalnie i sympatycznie.
Teraz już wiedział dlaczego, cholera jasna.
Bo nic nie wiedział.
-Słuchaj... - wziął głęboki wdech, zastanawiając się, jak skrócić smutną i żenującą opowiastkę. Norwegia, ponad dwa lata temu, radzę sobie, ładna dziś pogoda, nie? Vincent przerwał jednak to zbieranie się w sobie, szykując Michaelowi kolejne rewelacje.
Tonks uniósł jedną brew.
-Nie siedzisz nam na głowie. - zapewnił stanowczo. Wataha powinna być duża i silna.
O ile jej członkowie nie boją się siebie nawzajem, grr.
-Tak postanowiłeś. - powtórzył powoli. -I to postanowienie nie ma nic wspólnego z... moją siostrą? Z Justine. - zapytał przeciągle, na sam koniec nawet uściślając imię, żeby Vincent nie zaczął odstawiać głupiej szopki i bredzić czegoś o Kerry. Michael podejrzewał, podejrzewał odkąd bili się o kuchnię i Vincent i Just turlali się w trawie. A teraz - korzystając z ostatniej chwili autorytetu zanim wyjawi Rineheartowi swój mroczny sekret - zawiesił na nim przenikliwe spojrzenie, chcąc się przekonać jak dobrze Vincent potrafi kłamać i jak zareaguje na wzmiankę o Justine.

a rzucam sobie na spostrzegawczość, chcę czytać z Vincenta jak z otwartej księgi! (+60)


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]29.09.20 16:06
The member 'Michael Tonks' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 39
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]30.09.20 20:47
Oparty o niewygodny kant kuchennego stołu, przesuwał go nieznacznie, napierając cielesną siłą. Zaparł się spinając mięśnie, aby wytrwać w pewnej, statycznej pozie. Ręce założone na klatce piersiowej pozostawały zaplecione, ściśnięte. Wąskie palce bębniły w przedramię wyrażając coś w rodzaju niecierpliwości, podenerwowania, ponaglenia. Dzień powoli budził się do życia; nie miał czasu na beztroskie i spontaniczne pogawędki. Westchnął ciężko, bardziej do siebie choć wyrazista reakcja mogła traktować również wypowiedź wystosowaną przez blond gospodarza. Przekręcił oczami na wzmiankę o szpitalnych specyfikach. Wierzył w ich niepodważalną skuteczność, właściwości działania, jednakże coraz szersza popularność nieznanych elementów alchemii, napawała wyraźnym niepokojem. Organizm przyzwyczajał się do nienaturalnych substancji, tracił pierwotne właściwości immunologicznej obrony. Problemy ze snem wywodziły się przede wszystkim ze złego stylu życia.
– Nie wiem czy wiesz, ale konkretne rośliny są często podstawowymi składnikami eliksirów, w których tak się lubujesz. Dodają tam również nieznane dla nas wzmacniacze. Walory lecznicze pochodzą przede wszystkim z tych naturalnych elementów. – wyrecytował podniosłym tonem, przechylając głowę na prawą stronę i unosząc dłoń w zamiarze podpierającej gestykulacji. Rozpędzał się, lubił wygłaszać wyczytane, naukowe teorie, w których czuł się całkowicie pewnie. Zmiana poglądów uświadamianego człowieka była dla niego maleńkim sukcesem. Odchrząknął: – Wiem, że niektórych schorzeń nie da się wyleczyć bez odrobiny magii, ale wiem też co trzeba połączyć żebyś po kilku dniach, czuł się znacznie lepiej. – kontynuował równie uparcie, stanowczo. Popatrzył na przeciwległą sylwetkę z lekkim zaskoczeniem oraz wyrzutem. Tak łatwo ulegał obecnej propagandzie? – Jeśli Kerstin interesują takie rzeczy, chętnie z nią porozmawiam. – zagaił kończąc temat. Jeśli dzisiejszego dnia zrealizuje wykreowany plan, prawdopodobieństwo ujrzenia najmłodszej latorośli będzie raczej znikome.
Rozglądał się po kuchni sygnalizując rozgorączkowanie. Zaczepiał wzrok o spiczaste szafki, przepełnione półki, drobne bibeloty umiejscowione na płaskich, drewnianych blatach. Auror zdawał się pochłonięty własnymi pobudkami, ignorując niecierpliwego współlokatora. Czas uciekał, dźwięk kuchennego zegara drażnił bębenki słuchowe. Szybciej. Trzaśnięcie drzwiczek, stukot naczyń, niespodziewany zwrot akcji. Gęste brwi powędrowały do góry w czytelnym zadziwieniu wtórującym niespodziewanej propozycji. Bez zastanowienia wyrzucił: – O tej porze? Nie Michael, muszę wyjść. – zapowiedział po raz pierwszy, poruszając się niepewnie. Nie zdążył jednak wykonać żadnego ruchu, gdy zwinne gesty współrozmówcy nabierały zuchwałej intensywności.
Butelka uderzyła o gładką strukturę mebla z donośnym grzmotnięciem. Ciemnowłosy mężczyzna obserwował harmonijne manewry z widoczną konsternacją. Czoło ściągnięte w mocnym zadziwieniu nie zwalniało natężenia wyrazu. Jasne tęczówki rozbłysły nieznacznie dopełniając zdumienie. Przesunął się, otworzył usta, aby coś powiedzieć, jednakże gospodarz wyprzedził go o ułamek sekundy. – Nie tylko, że… – zatrzymał. Gubił się w przemijającej chwili. Nie nadążał za porannym, niewiarygodnym pobudzeniem. Skąd brał tyle siły? Czy przypadkiem, jeszcze kilka minut temu ledwo trzymał się na nogach? Czyżby coś zjadł? Zachowywał się dziwnie, nienaturalnie. Wzrok przesunął się na przestraszony profil. Obserwował go uważnie, dokładnie. Rozpoczął niewygodny temat, należały mu się jakieś wyjaśnienia. Mężczyzna grał na zwłokę. – Ty mi powiedź jaka. – wyrzucił nieustępliwie żądając odpowiedzi. Nie dziwił się, iż kolejna, istotna informacja została przed nim zatajona. Była to sprawa indywidulana, lecz oczekiwał choćby minimalnej wzmianki. Prawda, której domyślał się niemalże całkowicie, nie była do końca szokująca. Parszywy los dotknął bliską osobę, zesłał klątwę, wewnętrzną tragedię. Świat się przecież nie kończył. Miał nadzieję, że Michael to rozumie. Pogodził się z rzeczywistością, walczy z obezwładniającym demonem. Spojrzenie zelżało, stało się bardziej wyrozumiałe. Usiadł posłusznie podciągając kubek w okolice brody. Spoglądał w rozchybotany płyn zamyślony. Westchnął, postanowił nie nazywać sprawy po imieniu: – Domyślam się co cię spotkało. – zaczął ostrożnie. – Wiem też, że jest to niesamowite obciążenie. Pewnie nie umiem sobie nawet tego wyobrazić, ale da się z tym żyć. – uniósł szklankę i zamoczył usta, upijając jedynie kropelki, dla lepszego efektu. – Za granicą spotkałem takich jak ty. Opowiadali swoją historię, walkę. Rozwijali się, korzystali z życia. Znaleźli sposoby, aby to ujarzmić, wykorzystać jako walor. Mam trochę takich historii w zanadrzu. – uniósł brew z koncentracją, wykrzywił usta w lekkim uśmiechu i spojrzał na kolegę poznając reakcje. Chciał go wesprzeć, może pocieszyć? Choć przez chwilę współdzielić ten głaz, zabrać odpowiedzialność. Taki już był. Słyszał o specyfikach, magicznych wywarach podtrzymujących dobrą kondycję zmiennego. Podawane o odpowiedniej porze pozwalały przeciwstawić się złowieszczej mocy rozświetlonego księżyca. Przynajmniej chciał w nie wierzyć. Nie pozwolił mu się wymigać, temat zszedł na nieco inne tory. Wiedział, że przez najbliższą godzinę nie ruszy się z miejsca. Przestał nieustannie spoglądać na ścienny zegarek. Obracał szklankę między placami obserwując migoczącą poświatę. Znów zamyślił się na chwilę w typowy dla siebie sposób. Słowa aurora wydawały się niewyraźne, ulokowane za niewidzialną kotarą. Zmarszczył brwi i pokiwał głową przecząco: – Nie Michael… Nie mogę kolejny miesiąc dryfować od noclegowni do noclegowni. Od jednego, ofiarowanego kawałka podłogi do drugiego. – wzrok nie podnosił się do góry. Głos był niecierpliwy:
– Mówiłem o dwóch tygodniach, a one rozrosły się na miesiąc, miesiące, nie wiem. Jeżeli mam zacząć żyć tu normalnie, muszę wziąć się w garść i ogarnąć swoje życie. Bo jak na razie jest w kawałkach. A nawet kawałeczkach. – zakończył i w tym samym momencie upił pokaźny łyk alkoholu, krzywiąc się wyraźnie. Ależ mocne cholerstwo!
Odstawił szkło i tym razem spojrzał na twarz współrozmówcy. Uniósł brew, o czym on mówił? Sytuacja z Justine była niejasna, niewyjaśniona. To wszystko co stało się tak niedawno buzowało w jego wnętrzu, nie pozwalało zasnąć. Nie umiał odpowiedzieć na tak wiele pytań, wytłumaczyć zachowanie, prośby, wezwania, które tamtego popołudnia tak swobodnie wypadły na liliową powierzchnię. Bił się z myślami, decyzjami, postanowieniami. Nie radził sobie, zgubił się. Ukrywał między wnętrznościami nie dając poznać tak żywego dyskomfortu. Nie chciał się tym dzielić. Dlatego też pewna odpowiedź skonfrontowała ów pytanie: – Justine o niczym nie wie. I niech tak zostanie. Po co mam ją w to mieszać? Nie chce robić z tego sensacji. – wszystkie podejrzenia, które snuły się w umyśle aurora musiały pozostać niejednoznaczne. Czy udało mu się zagrać, wyminąć temat? Powinien pamiętać, iż przyjaźnił się z jego siostrą od najmłodszych lat. Prawdziwie uczucia pozostawały jednak tajemnicą.

| Rzucę mimo wszystko, aby przekonać się wizualnie o sile kłamstwa. Kłamstwo (II)

[bylobrzydkobedzieladnie]



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 30.09.20 23:41, w całości zmieniany 4 razy
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]30.09.20 20:47
The member 'Vincent Rineheart' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 52
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]24.10.20 3:20
Pohamował odruch przewrócenia oczyma, słysząc nieco matczyne przemowy Vincenta o ziołach. Jeszcze tylko brakowało, żeby zaczął go zachęcać do zdrowszego trybu życia i namawiać do uregulowania pór snu. Tak, jakby to w ogóle było możliwe dla zbiegłego aurora i wilkołaka.
-Nie wiedziałem - przyznał niechętnie na wykład o ziołach -myślałem, że zioła, to zioła, a eliksiry to zioła i... magia. - machnął ręką, z naiwnością mugolskiego dziecka. Nie miał zresztą ochoty myśleć o ziołach, wolał napić się whiskey. Natarczywie postawił butelkę przed Vincentem, który wyglądał jak jeleń zapędzony w kozi róg - ale przed czym, przed kim tak uciekał, co się stało?
Nie, Tonks nie miał zamiaru tak po prostu pozwolić mu wyjść, bez żadnych wyjaśnień. Był kiepskim gospodarzem? Rineheart nie chciał mieszkać ze zbiegłymi pracownikami Ministerstwa albo z wilkołakiem? A może przesadzili z Justine ze swoim specyficznym poczuciem humoru? A może Justine...Cóż, nie będzie nic sobie dopowiadał, ale cokolwiek by się nie działo, chciał wiedzieć.
Vincent też chciał wiedzieć, miał prawo wiedzieć - choć sądząc po jego minie, już się domyślał. Tak, jestem wilkołakiem. Michael otworzył usta, przesunął bezmyślnie dłonią po nieogolonym policzku, a potem uświadomił sobie, że żadne słowa nie chcą wyjść z jego gardła. Uciekł wzrokiem i odruchowo sięgnął po szklaneczkę. Upił łyk, mając nadzieję, że piekąca whiskey rozwiąże mu język i zneutralizuje trochę palący wstyd.
Vincent jednak nie zamilkł, nie patrzył na niego wyczekująco ani oskarżycielsko - mówił nadal, zaskakująco spokojnie. Michael szybko uniósł na niego niepewny wzrok, uniósł też lekko brwi. Spotykał takich jak on? Korzystali z życia? Wziął głęboki oddech, spoglądając na kolegę z lekkim niedowierzaniem. I jakimś ciepłem, które wziąłby za ogień whiskey w przełyku, ale było łagodniejsze i odczuł je gdzieś w okolicach serca. To chyba ulga. Albo wdzięczność.
-W Norwegii, trochę ponad dwa lata temu. - zdołał wreszcie z siebie wykrztusić. Westchnął ciężko, marszcząc brwi i nerwowo obracając szklaneczkę w palcach. -Przepraszam, myślałem, że... - dodał wreszcie, a potem potrząsnął głową. Że Justine ci powiedziała? To nie jej sekret do dzielenia się. -Jestem w rejestrze, przyzwyczaiłem się do tego, że wszyscy wiedzą albo mogą się dowiedzieć i...jakoś się tym nie chwalę. - skrzywił się lekko. -A współlokatorowi powinienem. - dodał łagodniej. Wiedział, że tacy jak on budzą strach, że niektórzy wolą się trzymać od nich na dystans...
...ale najwyraźniej nie Vincent. Pytania same cisnęły się na usta Michaela, który - w przeciwieństwie do swojego kolegi - nawet nie znał zbyt wielu likantropów.
-Korzystali z życia i wykorzystali t...to jako walor? - powtórzył po nim z wyraźnym niedowierzaniem. Zmrużył oczy, starając się zdusić w zarodku irracjonalną nadzieję. Nadzieja bywała zdradliwa, nie powinien się rozpędzać. -Ale... jak? Co masz na myśli? Opowiedz mi o nich. - poprosił, wbijając w Vincenta natarczywe spojrzenie. Gdyby ktokolwiek inny powiedział mu coś takiego, Michael uznałby, że mówi o tych wynaturzonych  wilkołakach, o ludziach, którzy zatracają się w klątwie na tyle, że sami stają się jak zwierzęta i nieustannie zagrażają otoczeniu. Ale przecież znał ich Vincent, Vincent, który nie zadawałby się ze... złymi ludźmi. Sam był w końcu taki... dobry. Był dobrym kolegą i był dobry dla jego siostry.
Dolał sobie whiskey, bo Rineheart nadal, wyjątkowo powoli, pracował nad swoją porcją.
-To wszystko wciąż jest dla mnie nowe. - przyznał cicho. -Brzmi po prostu jak dożywotni wyrok. - gdy się dowiedział, przez prawie rok chodził jak odrętwiały. Choć czytał wszystko, co wpadło mu w ręce o szalonych i nierealnych teoriach na pozbycie się klątwy, to unikał tematu tego, jak z nią żyć. Prawdę mówiąc, przeżywał wtedy życie dzień po dniu, monotonnie i już tylko czekając na koniec - przynajmniej dopóki nie spaliło się Ministerstwo i nie wrócił do pracy. To dało mu nową nadzieję, nowe skrzydła, a na tych samych skrzydłach niosła go teraz panująca w Anglii wojna. Nawet nie rozważał, co będzie potem i czy mógłby jako wilkołak dożyć spokojnej starości. Chyba w głębi duszy nie wierzył nawet, że przeżyje nadchodzące dwa, trzy, pięć lat. Miał na swoim karku zbyt wiele celowników, miał w sobie zbyt szaloną i zaciętą wolę walki.
O dziwo, nie był w tym pomieszczeniu jedynym, który uważał własne życie za rozsypane na kawałki. Uniósł brew, biorąc pokaźny łyk. Zaszumiało mu lekko w głowie, słowa Vincenta były smutne, ale w sumie przewrotnie zabawne. Postanowił rozładować nieco atmosferę. Kiedyś był w końcu wesołym chłopakiem, a nie zdołowanym facetem, który co miesiąc zmienia się w wilka.
-Daj spokój, zaoferowałem ci kanapę, a nie podłogę. A w nowym domu nawet sypialnię. - zażartował, łapiąc Vincenta za słówka. Choć usta rozciągnął w uśmiechu, to spojrzenie miał jednak poważne, zatroskane. -Czy ty siebie słyszysz? - spytał z męską stanowczością, ale łagodnym, ciepłym tonem. Może i był konkretnym aurorem, ale daleko mu było do chłodu pewnego starszego Rinehearta.
-Opowiadasz wilkołakowi i mugolakowi, który dwa tygodnie temu podwójnie złamał prawo, że twoje życie jest w kawałkach. - uświadomił Vincentowi z delikatnym rozbawieniem. Ogarnij się, chłopie. Ale się, nie swoje życie. -Przecież wszystko przed tobą, Vince, wszystko jest w porządku. Ty jesteś nawet bardziej niż w porządku. - oznajmił, po whiskey te słowa brzmiały dla niego jakoś mniej banalnie. Poza tym przed chwilą otrzymał od Rinehearta pociechę i akceptację, w naturalny sposób chciał je zwrócić. -Skąd ten pośpiech? - zapytał, niby to retorycznie. Niby, bo bacznie obserwował wyraz twarzy Vincenta na wzmiankę o Justine. Dobrze się krył, cwaniaczek.
Ale nie dość dobrze.
-Czasem gdy poznaje się... albo odnawia kontakt z kimś ważnym, życie wydaje się przyśpieszać, hm? - zagaił, z niewinnym, choć wilczym uśmiechem. Spojrzał Vincentowi prosto w oczy. Może i na trzeźwo nie chciałby go zawstydzić, ale przecież pili wspólnie whiskey. O szóstej rano.
-Nie jestem ślepy, Vince. - przypomniał, w duchu już ciesząc się na zabawne próby zaprzeczania albo utrzymania pokerowej twarzy. -A moja siostra... nie jest z gatunku tych, które oceniają faceta po tym, czy śpi na swojej czy cudzej kanapie. - wytknął. Prawdę mówiąc, niegdyś sądził, że Justine powinna więcej wagi przykładać do tego, jakie perspektywy mają jej... koledzy. Kiedyś. Nie dzisiaj. Nie w kwestii Rinehearta. Był taki spokojny, dobrze na nią działał. Tylko dlaczego teraz wydawał się tak okrutnie niespokojny, rozdarty?

a dalej rzucam sobie na spostrzegawczość, co zauważę w kolejnym poście Vincenta


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]24.10.20 3:20
The member 'Michael Tonks' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 12
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]13.11.20 22:23
To prawda, czasami zapędzał się w swym pseudo naukowym wywodzie. Lubił dzielić się zdobytymi informacjami, wszczepiać drobne strużki inspiracji, jednocześnie uświadamiając potencjalnego słuchacza o nieco innym, zmiennym stanie rzeczywistości. Tak było i tym razem; wyciągał wnioski, proponował rozwiązania, służył dobrą, przyjacielską radą. Za żadne skarby świata nie chciał w tej chwili wybrzmieć jako przemądrzały, szukający pochlebstwa, amatorski aptekarz. Zacisnął usta w wąską linijkę i wzruszył niewinnie ramionami zestawiony z wypowiedzią gospodarza: – Rozumiem. Nie każdego musi to interesować. Tak tylko wspomniałem. – uśmiechnął się blado odchrząkając wymownie; chciał pozostawić ten niezręczny temat w ciemnej otchłani rychłego zapomnienia.
Usiadł przy stole odrobinę zachowawczo. Nie rozsiadł się wymownie, zajmował jedynie brzeg drewnianego krzesła. Z delikatną nutą podejrzliwości doglądał poczynań rosłego aurora wyciągającego piekący trunek oraz kryształową zastawę – on naprawdę zwariował! Dłonie ułożył na blacie wzdychając ciężko. Stukot zegara bezwstydnie wnikał w jego umysł informując o kolejnych, upływających, bardzo cennych sekundach. Nie mógł już dłużej grać na zwłokę, mimo wszystko pozostał, słuchał. Zmarszczył brwi w charakterystycznym dla siebie skupieniu i oplatając cienkie palce wokół zimnego szkła, analizował. Nie patrzył na zmieszanego towarzysza. Nie miał się przecież czego wstydzić. Rewolucyjna informacja nie zrobiła na nim żadnego, piorunującego wrażenia. Wyglądał tak jakby był na to gotowy, oswojony z przedziwną naturą otaczającej rzeczywistości. W akcie niemego wsparcia upił kolejne krople bursztynowego płynu. A potem podzielił się doświadczeniem nabytym podczas podróży. Obserwacjami, spotkaniami, historiami o ludziach takich jak on. Naznaczonych piekielną, wyniszczającą klątwą likntropii. Kto lepiej zrozumiałby nosiciela pulsującego brzemienia od jednostki zajmującej się ich kategoryzacją i neutralizacją? Uniósł głowę i skonfrontował spojrzenia bardzo podobnych tęczówek. Kącik ust powędrował do góry zachęcając blondyna do kontynuacji ukrywanej, niepoznanej historii: – Rozumiem doskonale. Mimo wszystko dziękuję, że mi o tym powiedziałeś. Mimo trudu. – wypowiedział łagodnie. Weszli na niebezpieczny, osobisty tor. Współrozmówca wyglądał na zagubionego, niespokojnego – nie mógł zostawić go przecież w takim stanie.
Wciągnął duży chełst powietrza gotowy na wylewny wywód. Skoncentrował się na podłużnej rysie przecinającej dębowy stół. Pokiwał głową kilkukrotnie zanim zaczął mówić: – Tych, których udało mi się poznać było kilku. Nie zdradzili całej historii swojego życia. Żyli w grupie, niektórzy trafili na siebie przypadkiem. Byli dla siebie jak rodzina i chyba to bardzo mocno pozwalało im przetrwać. – zauważył rzucając krótkie spojrzenie w stronę gospodarza. – Jeden z nich był dużo starszy. Wilkołaczy staż był u niego zdecydowanie najdłuższy. Nauczył wszystkiego tych nowych, młodych. – odetchnął. – Opowiadał kiedyś, że siłą woli, samozaparciem pracą ze specjalistami udało mu się ujarzmić, uśpić wewnętrzną bestię. Wspomniał coś również o specjalnych naparach podawanych kilka dni przed pełnią… Powiedział jak je przygotować. Bestia nie przejmowała już nad nim kontroli. Nie dyrygowała jego życiem, zachowaniem, instynktami. Umiał nad tym zapanować gdy wybiegał w nocną przestrzeń. – przerwał na chwilę zbierając słowa w jak najzgrabniejszą całość. – Przechodził przemianę dużo łagodniej, nie ranił się, polował na zwykłą zwierzynę, nie robił sobie krzywdy… Był normalnym człowiekiem, który następnego dnia był w stanie pójść do pracy, pokazać się wszystkim mieszkańcom. Właśnie tego uczył pozostałych. Miał też ogromne wsparcie u swojej żony… – dobrze pamiętał to niesamowite przeżycie. Był wtedy na Bałkanach, rozpoczynał nauki jako początkujący łamacz klątw. Żyli w niewielkim miasteczku, przyzwyczajonym do obecności zmiennych. Nikt nie uważał ich tam za potwory. – Co do walorów… – uśmiechnął się na moment. – No wiesz, wspominali o bardziej wyczulonych zmysłach: wzroku, słuchu, smaku. Wykorzystywali to w pracy, przy codziennych akcjach. A nie wspomnę już o wyczulonym dotyku, podwyższonej temperaturze ciała, no wiesz.. – poruszył zawadiacko brwiami po czym roześmiał się swobodnie po raz pierwszy dzisiejszego poranka. Czy jego opowieści okażą się dla Tonksa wystarczające? – Nikt nie powiedział, że masz się z tym uporać w miesiąc Michael. Do tego trzeba czasu. Jeżeli nic się nie zmieni, daj znać, zorganizujemy wycieczkę do Bułgarii. Poznasz wtedy takich jak ty. – zaproponował nie widząc w tym żadnego problemu. Gdyby nie ogrom obowiązków trzymających w ciasnych ryzach, mogliby planować kilkudniową podróż. Widział cierpienie ukryte między zmarszczkami niedoli, niepewnym spojrzeniem, zmęczonym ciałem. Doznał okrucieństwa, na które nie był przygotowany. Świat był po prostu niesprawiedliwy!
Upił kolejny, niewielki łyk. Bursztynowa ciecz praktycznie nie ubywała a on czuł się tak, jakby przechylił już co najmniej trzynaście kieliszków. Westchnął ciężko słysząc rozbawione słowa aurora. Przekręcił oczami trochę podirytowany: – Michael proszę… To nie o to chodzi. – zaczął kręcąc głową z dezaprobatą. Dlaczego tak się nim przejmował? Dlaczego mimo krótkiej znajomości był dla niego tak dobry, martwił się, myślał przyszłościowo? Nic z tego nie rozumiał. – Bo jest w kawałkach Michael. – obrócił szklankę między placami: – Wróciłem tu kilka miesięcy temu po jedenastu latach nieobecności. Jedenastu latach… Fatalnie to brzmi. Wróciłem na kawałek pustej, jałowej ziemi. Nie mam tu niczego i praktycznie nikogo. – wyrzucił szczerze, trochę siłowo jakby słowa blokowały się gdzieś w okolicy krtani. – Od miesięcy słyszę tylko jaki byłem głupi, tchórzliwy, nieodpowiedzialny. Że nic sobą nie reprezentuje, że na nic mnie nie stać. – alkohol faktycznie otwierał usta: – Dlatego musze to skończyć, walczyć, po prostu coś do cholery udowodnić. I naprawdę Michael… – uniósł wzrok i utkwił go na samym środku pogodnej twarzy: – Naprawdę jestem ci bardzo wdzięczy za pomoc, za ofertę, ale po prostu nie mogę. Muszę iść dalej. Ja… – też mam swoje problemy, ściągam kłopoty na siebie i swoje otoczenie. – Będziecie bezpieczniejsi beze mnie. – zakończył wąskim półuśmiechem i jednym zamaszystym ruchem wykończył zawartość szklaneczki. Jednakże blondyn nie dawał za wygraną. Uczepił się tematu, którego w tym momencie nie chciał poruszać na forum publicznym. Przełknął ślinę wytrzymując przenikliwe spojrzenie. Zmarszczył brwi, gdy wypowiedział jedno zdanie: – Co masz na myśli? - czyżby czegoś się domyślał? Wyłapał jakieś szczegóły, spojrzenia, przelotne gesty? – To chyba dobrze o niej świadczy? – odpowiedział bezpiecznym pytaniem starając się zbyć dociekliwego jegomościa. Serce trzepotało w poddenerwowanej piersi. Temat Justine przecież nie był mu obojętny. Mógłby o niej mówić i mówić…

| czy przebiję sprawne oko Tonksa małymi kłamstwekami

[bylobrzydkobedzieladnie]



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 13.11.20 23:05, w całości zmieniany 6 razy
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]13.11.20 22:23
The member 'Vincent Rineheart' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 43
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]01.12.20 17:38
Uśmiechnął się blado, trochę przepraszająco. Wyczuł zakłopotanie Vincenta, a zawstydzenie gościa nie było jego intencją.
-To jest interesujące. - spróbował załagodzić. -Po prostu... na kursie aurorskim podsuwano mi raczej eliksiry, tradycyjną alchemię. - zioła kojarzyły mu się raczej z mugolską medycyną, ale wolał nie mówić tego delikatnemu Vincentowi.
Chwilę błądził spojrzeniem gdzieś daleko, po norweskich fiordach i lasach i szpitalach, aż wrócił w końcu do twarzy Rinehearta. Łagodnej, nie oceniającej. Zrobiło mu się jakoś ciepło, spróbował się uśmiechnąć.
-Dziękuję. - rzucił cicho, nie precyzując za co jest wdzięczny, ale Vincent chyba wiedział. Za reakcję, za wysłuchanie, za brak strachu i odrazy. Wyglądało zresztą na to, że Rineheart wie o wilkołakach... więcej niż Tonks. Zaskoczony Michael utkwił w rozmówcy przenikliwe spojrzenie, chłonąc każde jego słowo. Mięśnie twarzy mu stężały, jakby bał się, że tracąc kontrolę nad własną mimiką, straci też kontrolę nad własną nadzieją - która dotychczas go wyniszczała, każąc wertować książki o tym, czy przekazaną ugryzieniem klątwę można zdjąć (nie można) i jak z wilkołakami radzili sobie ludzie w średniowieczu (okrutnie).
-Grupie...? Wilkołaki podobno nie łączą się naturalnie w watahy... - szepnął, a potem umilkł, nie chcąc przerywać Vincentowi. Czyżby wiedza o tych stworzeniach (mimo, że sam był likantropem, zawsze myślał o nich w trzeciej osobie) była bardziej wybrakowana niż sądził? A może to ludzka natura i świadoma decyzja, a nie wilczy instynkt, pozwoliły znajomym Rinehearta stworzyć swoją małą rodzinę?
Rozszerzył oczy, słysząc o specjalistach.
-Specjaliści... istnieją? Wiesz jak się z nimi skontaktować? O wywarze wiem, brałem udział w testach, ale bez wsparcia Ministerstwa jest bardzo drogi... - szepnął, mówiąc coraz bardziej gorączkowo. Eliksiry eliksirami, coraz trudniej było mu zdobyć akonit, ale opowieść Vincenta brzmiała niemalże jak trening behawioralny. Jak...?
Rineheart mówił dalej, a Michael mrugał coraz szybciej, starając się ukryć, że oczy zaszkliły mu się na wspomnienie o żonie tamtego wilkołaka. O wsparciu. Whiskey krążyła we krwi, a Tonks robił się bardziej wrażliwy niż na co dzień (lub po prostu gorzej to krył), uświadamiając sobie, jak bardzo bywa samotny odkąd zaczął żyć ze swoim przekleństwem. Jak rzadko prosi o wsparcie, o radę, niejako samemu będąc sobie winnym. Dobrze, że przyznał się Vincentowi, że porozmawiali. Mało brakowało, a zataiłby przed nim swój sekret i nigdy nie dowiedział się o tych... pokrzepiających perspektywach.
-Poznał swoją żonę jeszcze zanim został wilkołakiem? I z nim została? - zapytał odruchowo. Choć był poruszony tą historią, to nadal nie mieściło mu się w głowie, że jakaś kobieta dobrowolnie... Nie, na pewno nie. Musiała go znać wcześniej, zakochać się w człowieku, a on pewnie pielęgnował dla niej swoją dawną naturę.
-Z węchem to racja. - mruknął pod nosem, uśmiechając się nieśmiało. Bardzo nieśmiało, bo nie wiedział, co Vincent ma na myśli z tą podwyższoną temperaturą ciała. Zarumienił się lekko, prędko upił whiskey, udał, że puścił uwagę bokiem. Akurat w tej kwestii miał więcej doświadczenia za dawnych czasów, klątwa i blizny obudziły w nim nieznane wcześniej pokłady rezerwy i nieśmiałości, choć wilk w jego wnętrzu nadal warczał tęsknie za każdą piękną i ciepłą kobietą.
-Chętnie poznam twoich znajomych. - wydusił, porządnie wzruszony. Bułgaria brzmiała... wspaniale. Ale najpierw miał sprawy do załatwienia tutaj. Obaj mieli, bo Vincent właśnie zaczął opowiadać o swoich troskach, a Mike pożałował trochę swoich wcześniejszych żartów. Rineheart bywał taki wrażliwy. Zupełnie jak nie jego ojciec.
-Masz nas. - wyrwało mu się, a potem odchrząknął, bo mężczyźni nie składają tak łzawych deklaracji, nawet przy whiskey. -Przyjaciół. - i ojca, ale ugryzł się w język zanim to dodał. -Choć przyznaję, wróciłeś w samo centrum wojennej zawieruchy. Do tego trzeba odwagi. - uśmiechnął się lekko, z uznaniem.
Słysząc o cierpieniach młodego Vincenta, tym razem to on przewrócił lekko oczyma.
Głupi, tchórzliwy, nieodpowiedzialny? To brzmiało jak uwagi robione nastolatkom, zbyt smutne, by dręczyć dorosłego faceta. Czyj głos odzywał się w jego głowie, czyje zdanie tak zinternalizował młody Rineheart?
-Słyszysz? Od kogo? Od kogoś, kto chociaż... zna Ciebie, obecnego Ciebie?Czy słyszysz to we własnym umyśle, powtarzając sobie strzępy krytyki zasłyszanej na przestrzeni życia? - zaczął naciskać, spoglądając na Rinehearta twardo, przenikliwie. Aż nagle złagodniał, przygarbił się. -Też to słyszałem, wiesz? - przyznał cicho. Whiskey faktycznie rozwiązywała język, bo o tym nie mówił jeszcze nikomu. Nawet Justine. Zwłaszcza Justine. Za bardzo bolało, a teraz Tonksa do zwierzeń skłoniła chyba tylko empatia. -Zaczęło się dwa lata temu, zaraz po ugryzieniu... nie powinienem był przeżyć, to wszystko z powodu mojego błędu, lekkomyślności, głupoty, bezpieczniej - z naciskiem odbił w Vincenta jego własne stwierdzenie -będzie, gdy się gdzieś zamknę, i tak zamknąłem się tutaj, w Mickleham. Wtedy mieszkałem tu całkiem sam i nie chciałem rozmawiać z... nikim, sądząc, że tak będzie lepiej. Zamykałem drzwi przed własną matką. - szybki łyk, gwałtowne mruknięcie. -Oprzytomniałem dopiero po jej śmierci. - szepnął chrapliwie.
Podniósł na Vince'a wzrok, nie chciał się rozklejać. -Te głosy kłamią, wiesz? - skonkludował. -Ale... dobrze, że chcesz działać. Najgorzej, gdy zmuszają do bezczynności. Działaj i... nie słuchaj ich. Udowadniaj coś sobie, a nie innym. W takim razie nie będę cię zatrzymywał, tylko nie praw o bezpieczeństwie wilkołakowi. - postanowił z uśmiechem. Uśmiechnął się jeszcze dziwniej, gdy Vince dopytał o Justine. Utrzymywał pokerową twarz, trzeba mu to przyznać, ale Mike obserwował już tą dwójkę od początku kwietnia.
-Mhm, dobrze. Jest wyrozumiała i wrażliwa, pod tą jej...skorupą. - rzucił nieco lakonicznie, w ramach przynęty.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]04.01.21 23:26
Popatrzył na towarzysza przeciągle, badając jego intencję. Nie przeszkadzało mu zupełnie inne podejście do sprawy, miejscami spotykał się z wyraźnym lekceważeniem tej dziedziny nauki, a także jej niespotęgowanych możliwości. Wykrzywił kącik ust w lekkim półuśmiechu i machnął ręką na znak, aby nie kontynuowali tego tematu: – Może po prostu kiedyś będziesz miał okazję spróbować czegoś nowego. – skomentował na sam koniec dając do zrozumienia, iż jest otwarty na współpracę, naukę i potencjalne wyjaśnienia. Przez krótki moment ciszy bawił się postawioną przed oczami szklanką, przesuwając ją po drewnianym blacie. Na słowa wdzięczności uniósł jasne tęczówki w wyraźnym zadziwieniu lustrując łagodną minę gospodarza. Czy naprawdę zrobił coś wielkiego? Postanowił podzielić się doświadczeniami zdobytymi przez ponad jedenaście lat rozłąki z deszczową ojczyzną. Dla niego było to czymś normalnym, nie sądził, że spotka się z dość nieoczywistą reakcją. Uśmiechnął się do swoich myśli, świat był ogromny, a pewne zachowania zaskakujące: – Nawet likantropia wychodzi poza standardy. – zaczął spokojnie obracając szkło między smukłymi palcami. On również słyszał te pogłoskę, lecz rzeczywistość przedstawiła mu zupełnie inny obraz rzeczywistości: – Wszystko się zmienia, każdy walczy ze stereotypami i szuka najoptymalniejszego rozwiązania. Łączenie w grupy okazało się dla nich lepsze, mają nad sobą większą kontrolę, opanowanie i wspólne oddziaływanie. – dodał  precyzując wypowiedź: – Nie wiem dokładnie od czego się to zaczęło, przekazuję ci wszystko to, co widziałem na własne oczy. – wzruszył ramionami jakby nie było to niczym odkrywczym. Uniósł szklaneczkę i zamachał zawartością. Upił pojedyncze krople, których gorzki smak zatrzymał się na wilgotnych wargach. Naprawdę nie dowierzał, że spożywa alkohol o tak wczesnej porze. Uniósł brew, gdy złapał go za słowo: – Może nie do końca dobrze się wyraziłem. – zaczął podciągając się na krześle i splatając dłonie na płaskiej powierzchni. Westchnął przeciągle, aby kontynuować: – Mam na myśli likantropów z bardzo długim stażem, którzy postanowili zmienić tryb postępowania, przejść na właściwą stronę i dzielić swym doświadczeniem. Myślę, że w przyszłości, będzie też możliwa współpraca z wykwalifikowanymi specjalistami z opieki nad magicznymi stworzeniami. – zakomunikował wybiegając w przyszłość. Widział to oczami wyobraźni, lecz wtedy obie strony będą musiały ściśle ze sobą kolaborować  - w bardzo kontrolowanej dyscyplinie. Ciemnowłosy pokręcił głową chcąc, aby gospodarz przestał myśleć o tym w taki sposób: – A wiesz, że masz przed sobą handlarza magicznych ingrediencji i nie byłoby to problemem, aby sprowadzać tojad i nauczyć się przygotowywać odpowiedni wywar? – zaśmiał się pod nosem, podnosząc szkło i opierając się na stabilnym oparciu. W dość nieoczywisty sposób zaoferował swą pomoc, Tonks szukał zbyt daleko zapominając o najbliższym otoczeniu. A może specjalnie oddalał od siebie niektóre jednostki? Prawdopodobnie nie będzie mu dane poznać intencji znajomego, ich pierwsza, poważniejsza rozmowa miała niedługo schylić się ku końcowi. Ponownie spojrzał na ścienny zegarek przerażony faktem, że czas kurczył się tak nieubłaganie. Wytrącony z równowagi zamrugał kilkukrotnie i skoncentrował się na skrzywionych rysach aurora. Robiło mu się niezwykle ciepło, podciągnął więc rękawy grubszego swetra. Kiwnął głową twierdząco: – Została, zaakceptowała, wspierała na każdym kroku. I wyprzedzę twoje myśli, poznała go gdy miał na sobie klątwę. – skomentował czując oznaki niedowierzania. Nie miał zamiaru zmyślać, kłamać, ani dawać fałszywych nadziei. Starał się pokazać mu zupełnie inną drogę postępowania, wszczepić wolę walki, zmiany i kontrolowanej transformacji. Musiał przestać użalać się nad własnym losem, zaakceptować go, wykorzystać i iść dalej. Tylko od niego zależało tempo ów metamorfozy.
Pokiwał głową słysząc potwierdzenie ze słów blondyna. Zmiany w zachowaniu osób z klątwą były dość wyraziste i zrozumiałe. Z biegiem czasu uczyli się nad nimi panować, wykorzystywać je, tuszować w sytuacjach kreujących potencjalne niebezpieczeństwo. Był to niepodważalny, świadomy atut. – Dobrze. Jak sytuacja w kraju trochę się uspokoi, zabiorę cię w podróż. – potwierdził podnosząc szkło w jego kierunku, insynuując niemy, potwierdzający toast. Dokończył ostatnie krople cierpkiego trunku chowając w ich zawartości swą niezadowoloną minę. Nie lubił się uzewnętrzniać, lecz w tym przypadku został przyparty do muru: – Może mam, a może jednak nie mam. – podsumował z gorzką nutą w siłowym głosie. Jego powrót spotkał się z skrajnymi reakcjami. Pojawił się tu po tylu latach, nie dając znaku życia. Dawni przyjaciele już dawno wyparli go z podświadomości, dlatego musiał zaczynać wszystko od nowa. – Odwagi mam dużo, ale bardziej kieruje mną to, że nie mam nic do stracenia. Tym bardziej ja nie byłbym żadną stratą. – odpowiedział spokojnie, bez zawahania. Był z tym pogodzony od bardzo dawna. Nie bał się poświęceń, krwawych obrażeń, a nawet nagłej śmierci. Mógł zginąć – świadomie. – Słyszę to od każdego, kogo spotykam na swojej drodze od połowy stycznia. Słyszę to w sumie od lat. – sprecyzował niezgodnie z prawdą. Napotkał osobę, która dała mu szansę. Nie zważając na przeszłość doprowadziła go właśnie tu. Ale czy nie była to jedynie mała iskierka w fali gryzącego dymu? Spuścił wzrok będąc odrobinę niespokojnym. Słuchał go, słyszał wyraźnie każde wypowiedziane słowo. Doceniał chęć pocieszania, dodania otuchy i rozwiązania problemu, lecz te różniły się od siebie niemalże wszystkim. U niego zaczęły się kiedy ledwo odrastał od ziemi, przeżył traumę, której nie potrafił przepracować, porzucić i przeżyć. – Przykro mi. – zaczął. – Przykro mi, że straciłeś matkę. Pamiętam ją. – kontynuował zmyślnie odwracając uwagę od samego siebie.
– Bardzo miła kobieta, robiła najlepszą szarlotkę pod słońcem. – kilkukrotnie bywał w ich domu rodzinnym. Zazdrościł domowego ciepła, nierozerwalnej więzi i nietypowej atmosfery, której nie doznawał we własnych czterech ścianach. Żyjąc pod jednym dachem z zimnym i  zaborczym ojcem tracił motywację, wszystkie chęci do życia. – Zobaczymy, może mi się uda. – dodał jeszcze po czym wzdychając ciężko zaczął zbierać się od stołu. Wstał, przeczekał najgorszy moment – alkohol uderzył w pulsujące skronie. Jakim cudem doprowadził się do takiego stanu? Usłyszał jeszcze wypowiedź blondyna na temat jego siostry, lecz zdołał wymamrotać nędzne: – Mhm. – zgarnął torbę leżącą u podnóża stołu. Wyprostował się i spoglądając na gospodarza rzucił: – Muszę już iść bezzwłocznie. Jeszcze raz dziękuję za pomoc i przede wszystkim cierpliwość. Trzymaj się i nie daj swoim demonom. Jeśli będziesz czegoś ode mnie potrzebował, wyślij sowę, znajdzie mnie. Jeśli stwierdzisz, że powinienem zapłacić za pobyt tutaj, również daj mi znać. – powiedział uśmiechając się blado. Było mu głupio, że nadużywał ich gościnności przez tak długi czas. – Do zobaczenia Michael. – wyciągnął dłoń, aby uścisnąć te partnerską. Zwinął płaszcz z krzesła i ruszył w stronę wyjścia. Pozostawił po sobie znajomy zapach intensywnych ziół i niekontrolowane, lekko pijane trzaśnięcie nienaoliwionych drzwi. Czy w niedalekiej przyszłości będzie żałował swojego gwałtownego postępowania? Zobaczymy.

| zt



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia i spiżarnia [odnośnik]18.04.21 1:10
-Możesz mnie kiedyś podszkolić z tych wszystkich ziół. Na razie bezbłędnie rozpoznaję jedynie tojad. - zaproponował pół żartem, pół serio, świadom własnych braków z dziedziny zielarstwa. Nie lubił nie wiedzieć, a kwiecień boleśnie uświadomił mu, że czasy chodzenia z każdą głupotą i dawką eliksiru do uzdrowicieli z Munga się skończyły. Był zdany na siebie i Just - i na nową przyjaźń z Rineheartem, który właśnie wyprowadzał się z ich domu.
O wiele bardziej interesujące od ziół były jednak słowa Vincenta o likantropii - zdumiewające, pocieszające, zupełnie odbiegające od stereotypów poznanych przez Michaela. Tonks aż odłożył szklaneczkę z whiskey, nachylił się lekko do przodu i zaczął chłonąć każde słowo. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł w sercu kiełkującą nadzieję, że... może jeszcze mogłoby być lepiej, inaczej. Że może likantropia to nie koniec świata, że może da się z tym żyć, a nie tylko egzystować. Na moment odsunął od siebie nawet dławiące wyrzuty sumienia związane z rejestrem wilkołaków - niegdyś obiecał sobie przecież, że będzie się skrupulatnie stosował do warunków rejestracji. Pierwszego kwietnia zmienił jednak zdanie, a stres związany z dzisiejszą pełnią zapijał właśnie whiskey i szukaniem towarzystwa Vincenta, zmianą tematu. Przyjaciel zaczął zaś roztaczać utopijną wizję alternatywnej (dla Michaela) rzeczywistości, w której to wataha zastępuje rejestr i zasady, w której otrzymuje się wsparcie, a nie tylko wytyczne.
Odkąd został ugryziony, nabrał prawdziwej wprawy w gaszeniu każdego płomyczka nadziei, dławieniu wszelkich złudzeń i iluzji. Tak było lepiej. Ugaszenie iskry było łatwiejsze niż pożaru, a Tonks wolał pustkę od bolesnego rozczarowania. Tym razem jednak, może nieroztropnie, nie zdusił w sobie emocji wywołanych opowieścią Vincenta. Rozgrzany whiskey i własną wyobraźnią, pozwolił sobie na nieśmiałe marzenia o wyjeździe do Rumunii lub choćby odszukaniu wilkołaków tutaj. Pamiętał, że niektóre pełnie różniły się od innych - miesiąc temu, gdy znalazła go Gwen, był niemal całkiem świadomy. Gdyby udało się to zrozumieć, nad tym jakoś zapanować, nie tylko z pomocą tojadu, ale i nabrawszy własnego doświadczenia...
Nieskalany jeszcze przemianami w świetle dnia, nierozumiejący jeszcze w pełni grozy sytuacji w jakiej znalazł się po utracie środków od Ministerstwa, pozwolił sobie na ciepły uśmiech.
-Dziękuję, Vincent. Chyba... potrzebowałem to usłyszeć. - wyznał, a na ofertę pomocy uśmiechnął się jeszcze szerzej. -Znam kogoś, kto mógłby przygotować wywar, ale za ingrediencje będę dozgonnie wdzięczny. - spoważniał, szukając wzrokiem tęczówek Vincenta. Dozgonnie. W przyjaźni był lojalny jak pies i niewiele (chyba tylko jakiś wybuch, lub rozczarowanie równe końcowi świata) mogłoby zburzyć wdzięczność i przywiązanie, które poczuł w tym momencie do młodego Rinehearta.
Umknął wzrokiem na słowa o żonie tamtego wilkołaka z Rumunii, nie chcąc okazywać przed rozmówcą naiwnego sentymentalizmu - ale mimowolny, blady uśmiech i tak pojawił się w kącikach ust. Tak długo był sam i na samą myśl o innej drodze, poczuł przelotne ciepło w okolicach serca. Ale może to tylko whiskey, rozpalająca wnętrzności?
Uniósł brwi, słysząc w wyznaniach Rinehearta echo samego siebie. Nie byłbym żadną stratą...?
-To ja tak myślałem, po ugryzieniu. - wciął się mu w słowo, łagodnie acz stanowczo. -Ty nie powinieneś. - dodał, spoglądając mu w oczy. Przygryzł lekko wargę, zastanawiając się, czy nie naruszy zaraz żadnej granicy, czy nie wybiega za bardzo naprzód swoimi podejrzeniami. Czy słusznie wyczuł w tonie Vincenta echo słów, które sam słyszał na kursie dla aurorów, a potem tak często w Ministerstwie?
-Aurorzy czasem patrzą na życie jak na zyski i straty. Wiem, jak to jest. - zaczął cicho, bardzo ostrożnie, z pozoru mówiąc o samym sobie. Z pozoru.
Wiem, kto jeszcze patrzy tak na świat. Szanuję go za to, ale jako mentora.
-Ale... ty nie powinieneś. Nie ty, Vinc. Takie podejście do niczego nie prowadzi, mnie doprowadziło tylko do wilkołaka pod Oslo i do obecnego niemalże bezrobocia. -  wyrzucił z siebie na jednym wydechu, po raz pierwszy przyznając na głos przed kimś i przed samym sobą, że prestiżowa kariera wcale nie była usłana różami. I że podejście tak niezbędne pracy, bywało toksyczne w samym życiu, każąc patrzeć na siebie samego przez pryzmat użyteczności, wpędzając w depresję po każdym upadku, uniemożliwiając pełne skupienie się na relacjach z rodziną. Mógł przecież spędzać więcej czasu z mamą...
Dla niego było już za późno, wrósł w to powołanie i po ugryzieniu nie widział dla siebie żadnego innego celu niż wojna, niż altruistyczne spożytkowanie tych ochłapów życia, które mu jeszcze zostały. Ale nie Vincent, nie on.
Całe życie było przecież przed nim, a jeśli poszukiwał, wahał się, zastanawiał nad działaniem - to niech działa rozsądniej niż Mike, rozsądniej niż własny ojciec, rozsądniej niż ludzie, którymi nie był i być nie potrzebował. Tonks nie do końca wiedział, jak mu to przekazać - nigdy nie był mocny w słowach. Był za to dobrym obserwatorem i widział, jak na Rinehearta patrzy jego siostra. Jak on na nią. Z jaką szczerością jemu samemu oferuje pomoc. I zapragnął, żeby wszystko w życiu mu się ułożyło. I żeby choć on zachował trochę tego ciepła i rozwagi, których wszystkim Tonksom poza Kerstin zdawało się brakować. Może mogliby... pomóc sobie nawzajem. Potrzebować siebie nawzajem.
Uśmiechnął się więc tylko blado, przekazując wsparcie w ten sposób.
-Mhm. Cieszyłaby się, że tak mówisz. - wzruszył smutno ramionami, bo mama była bardzo dumna ze swojej szarlotki i lubiła gości, którzy jedli jej potrawy ze smakiem.
-Powodzenia, Vinent. I nie wygłupiaj się z żadnym płaceniem. Do zobaczenia. - odprowadził gościa wzrokiem do drzwi. Jeszcze kilkanaście minut temu jego nieobecność zaowocowałaby pustą samotnością, ale rozmowa i alkohol poprawiły Michaelowi humor, osłabiły zażenowanie po pełni, tchnęły nawet w niego nową nadzieję. Oby w Rinehearta też.

/zt :pwease:


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Kuchnia i spiżarnia - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Kuchnia i spiżarnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach