Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Vincent Rineheart

Go down 
AutorWiadomość
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 15
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Vincent Rineheart Empty
PisanieTemat: Vincent Rineheart   Vincent Rineheart I_icon_minitime24.08.19 0:05

Wsiąkiewka


You return like autumn



Żywotność
Wartość żywotności postaci: 213
żywotnośćzabronionekarawartość
81-90%brak-5172 - 191
71-80%brak-10151 - 171
61-70%brak-15129 - 150
51-60%potężne ciosy w walce wręcz-20108 - 128
41-50%silne ciosy w walce wręcz-3087 - 107
31-40%kontratak, blokowanie ciosów w walce wręcz-4066 - 86
21-30%uniki, legilimencja, zaklęcia z ST > 90-5044 - 65
≤ 20%teleportacja (nawet po ustaniu zagrożenia), oklumencja, metamorfomagia, animagia, odskoki w walce wręcz-60≤ 43
10 PŻPostać odczuwa skrajne wycieńczenie i musi natychmiast otrzymać pomoc uzdrowiciela, inaczej wkrótce będzie nieprzytomna (3 tury).-701 - 10
0Utrata przytomności

Przedmioty

Różdżka
11 i 3/4 cala, dość sztywna, głóg, krew Reema, rękojeść lekko wyszczerbiona z prawej strony. Symbolizuje ciężkie, życiowe zawirowanie oraz rozdarcie między ideologiami, poglądami, wiarą. Dodatkowo wyraża ogromną chęć korzystania z walorów niesionych przez życia. Reprezentuje osoby o zmiennym charakterze, na których przeszłość odciska bolesne piętno aż do dnia dzisiejszego. Pasuje do trudnej i bezwzględnej profesji łamania klątw. Bardzo wymagająca w traktowaniu oraz pielęgnacji. Poprzez niewielką skazę po prawej stronie, różdżka odpłaca się srogim nieposłuszeństwem; niepoprawnością w wykonywaniu niektórych  zaklęć z naciskiem na magię obronną.


Rzeczy osobiste

Srebrny łańcuszek z krzyżykiem
Jedyna, drogocenna pamiątka, którą odziedziczył po ukochanej, zmarłej matce. Przedmiot, który kobieta włożyła w drobne dłonie gdy chłopak miał zaledwie pięć lat. Od momentu jej śmierci nosi go niemalże codziennie. Lekki, zimny, przylegający do chłopięcej piersi. Dorastający wraz z właścicielem. Sentymentalny dar przypominający dawne, odległe czasy. Istotny i skrupulatnie chroniony.


Skórzany notatnik wraz z wiecznym piórem
Towarzyszy mu od zawsze. To tam gromadzi najważniejsze zapiski, przemyślenia i analizy. Pomięte kartki skrywają niepoznane tajemnice; konstelacje słów ułożonych w najintymniejszą i najbardziej osobistą poezje. Znajdują się tam ulubione cytaty, fragmenty książek, które niedawno przeczytał, próbne listy oraz masa notatek wyprowadzanych podczas zgłębiania opasłych tomiszczy. Umieszcza tam również ryciny run, czy zaobserwowanych roślin, których nie zna dokładnie. Specjalne zaklęcie nie pozwala, aby skończyły mu się kartki. Jest dla niego niezwykle cenny, dlatego też praktycznie nigdy się z nim nie rozstaje.


Sterta listów zebranych podczas podróży
Przez jedenaście lat morderczej tułaczki, kontakt z mężczyzną był utrudniony, wręcz niemożliwy. Odcinając się od przeszłości, ograniczał korespondencję z własnej strony. Listy, które przychodziły do niego regularnie, pochodzące od najbliższych przyjaciół, znajomych, a przede wszystkim siostry, zbierał skrupulatnie. Traktował je ze szczególną czcią, czytał kilkukrotnie. Ich sterta spoczywa w bezpiecznym miejscu.


Pojedynki magiczne:



Pojedynki niemagiczne:

Listy:


[bylobrzydkobedzieladnie]




Where do you go when the
whole world falls on your shoulders?


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 20.06.20 16:28, w całości zmieniany 53 razy
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 15
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Vincent Rineheart Empty
PisanieTemat: Re: Vincent Rineheart   Vincent Rineheart I_icon_minitime24.08.19 0:07

Rozgrywka
Enemy of mine
I'm just a stranger in a strange land
Violent inside, beautiful and evil

PRZESZŁOŚĆ
06 czerwca 1937 | Nobby Leach | Dom Rinehartów
Piekło - właśnie tak odbierał sytuacje, które od jakiegoś czasu miały miejsce w domu rodzinnym. Gorąca, gęsta atmosfera, wzmocniona przez intensywne promienie wczesnego, letniego słońca. Rozedrgana materia ciężkich wyrazów, wisiała w powietrzu nie mogąc rozpłynąć się na dobre. Metaforyczna ciemność zaślepiała umysł, a przede wszystkim gorejące serce. Negatywne emocje towarzyszyły mętnej codzienności, zabierając upragnione, radosne chwile. Po środku wszystkiego stał on – rosłe wcielenie okrutnego diabła; prowodyr, zarządca władający rozpalonym królestwem. Kreujący własny światopogląd tak różny od magicznych wyobrażeń najstarszego dziedzica znamienitej rodziny. Przełomowy moment w życiu każdego, młodego czarodzieja zbliżał się nieubłaganie.

19 maja 1944 | x | Justine Tonks | Opuszczona klasa
Czyż nie było to imponujące? Gdy poprosiła go o indywidulane lekcje, nieświadomie zgodził się na wymienione terminy. Szeroki uśmiech, jeszcze długo nie schodził mu z twarzy, a godziny oczekiwania na najbliższe spotkanie wydawały się dłużyć niemiłosiernie. Pierwszy raz wyczuwał podobną euforię, dziwne podekscytowanie i wzburzenie krwi. Świat wydawał się nieco przystępniejszy. Myśli niemalże momentalnie wracały do wakacyjnych nocy, gdzie z wyraźnym porozumieniem oddawali się wspólnym przemyśleniom, dyskusjom czy dzieleniu wiedzą. Lubił te momenty, gdy opary gorącej herbaty wypełniały całe pomieszczenie. Bezdenną ciszę, przemijające wskazówki kuchennego zegara. Czasami zdawało mu się, że wszystko przeradza się w trochę inny wymiar, a emocje nie są już tak powierzchowne; dosięgają ukrytej głębi, ożywiając drobne elementy.

17 lipca 1950 | x | Edgar Burke | Włochy, Civita di Bagnoregio
Dostał szansę, której nie mógł zmarnować. Najbardziej zintensyfikowaną uwagę przykuł jeden z mężczyzn, którego poznał wczoraj. Zasłyszane nazwisko  dawało wiele do myślenia – kojarzyło się z jednym wyjątkowym miejscem z angielskiego, magicznego półświatka. Nie był pewny czy znali się ze szkoły – był starszy o kilka lat. Wydawał się profesjonalnym zawodowcem skupiającym się na swoim zadaniu. Posiadał umiejętności, o których mógł jedynie pomarzyć. Od pierwszego poznania nosił się z zamiarem, aby poprosić o rozmowę. Przez większość czasu trzymał się na bezpiecznym pograniczu, nie byłby zdziwiony, gdyby potraktowali go jako nieśmiałego odludka. Czekał na właściwy moment, gdy gwarne grono rozejdzie się w swoje strony. Nie trwało to długo – wypatrywany towarzysz opuścił okrąg udając się do rozłożonego namiotu. Chłopak momentalnie poderwał się do góry, upuszczając skórzany notatnik. Podnosząc go pospiesznie ruszył biegiem za rosłą sylwetką krzycząc: - Panie Burke! – szybko skarcił się za te wymuszone uprzejmości i kontynuował: - Edgarze! – dobiegł do celu, dysząc ciężko i przecinając jego drogę. – Mogę zająć chwilę? – zaryzykował. Ale czy ryzyko nie było kluczem do sukcesu?

10 czerwca 1952 | x | Francesca Borgia | Włochy, Sycylia
Dlatego też nie zanotował momentu, w którym kobieca postać, prawdopodobnie idąca tuż za nim, traci kontrolę – z wymownym impetem wywraca się na zasłonięte plecy. Oczy rozszerzają się w zaskoczeniu, sylwetka chwieje niebezpiecznie, a czytana książka wypada na uklepane podłoże. Coś nieprzyjemnie zimnego drażni skórę przez zbyt cienki materiał. Co się właśnie wydarzyło? Jak do tego doszło? Czy wszyscy są cali? Odkręcił się zaszokowany. Mina wskazywała całkowitą dezorientację, zdumienie oraz niezrozumienie. Chciał wyrzucić pierwsze, krytyczne słowo, gdy przyjazny profil uprzedził w pośpiechu. Odpowiedział: – Non importa, non importa. – niezgrabnie, niepewnie, nie pamiętając czy układ słów wyrażał jego zamiary. Westchnął ciężko, kiwając głową z niedowierzaniem. Oprawczyni wyglądała na przerażoną i zatrwożoną, lecz zdeterminowaną, aby pozbyć się skutków spowodowanego wypadku. Mężczyzna zaśmiał się przeciągle, kiedy jej dłonie próbowały zetrzeć rozmazane, brunatne plamy. Sytuacja była absurdalna, nad wyraz zabawna. – Nie kłopocz się. Nic się nie stało.



STYCZEŃ
8 stycznia | x | Lyall Lupin | Maige Tuired
Ciemna, zadymiona sylwetka widniała w oddali, gdy z dokładnością i skupioną uwagą przymrużał błękitne oczy. Nieświadomie zbliżał się w jej kierunku myląc rzeczywistość z barwnymi halucynacjami. Dłoń przesunęła się do obszernej kieszeni, zaciskając na drewnianym trzonku. Serce przyspieszyło swój bieg, a krew zawrzała mimowolnie. Gdy był już na tyle blisko, aby stwierdzić, że tembr głosu okaże się słyszalny, zatrzymał się i rzucił głośne: - Hej Ty! – różdżkę przełożył do rękawa, będąc w gotowości, aby w tym samym momencie dodać: - Kim jesteś?

12 stycznia | x | Bertie Bott | Kawiarniane stoliki
Wnętrze pachniało wypiekami, cynamonem, a przede wszystkim świeżymi jabłkami. Cukrowe pyszności uśmiechały się zza przeszklonych lad, a rodzinna atmosfera udzielała się wszystkim zgromadzonym. Mimo dość wczesnej pory, restauracja wydawała się zatłoczona. Rozbiegane dzieci, gawędzący dorośli, pospieszni kupcy, pragnący zatopić swe podniebienie w niebiańskich kremówkach. Z roziskrzonymi oczami i o wiele lepszym humorem zmierzał w głąb lokalu, lecz coś odwróciło jego uwagę. Rosła, niestabilna postać leciała w jego kierunku, spadając wprost z drewnianych schodów. Mężczyzna rozszerzył źrenice w widocznym przerażeniu nie mając możliwości, aby umknąć przed upadającym. Jego krzyk wytrącił go z równowagi, kiedy niepewny ciężar przyczepiał się do jego ciała. Zamarł. Lepka, ciepła ciecz spływała po świeżym ubraniu.

23 stycznia | x | Sigrun Rokwood | Aleja przy cmentarzu
Cmentarze od zawsze w jakiś sposób go fascynowały. Niecodzienna, niepowtarzalna aura, pasowała do wyciszonego i spokojnego usposobienia. W żadnym z etapów swojego życia nie odczuwał przerażenia – lubił wypełniającą, tajemniczą sakralność, duchowość oraz wewnętrzną mistyczność. Wyczuwał ich obecność; tysiąca zbłąkanych jednostek, pochowanych wraz z niepoznanymi, fascynującymi przeżyciami; nieopowiedzianymi historiami. Zawsze błądził po wygłuszonych alejkach – wczytywał się w niewyraźne, wydrapane daty, wyszukując tych najbardziej odległych.

29 stycznia | x | Gillian Tremaine | Targowisko na dworcu
Przedzierając się przez alejki pełne niezidentyfikowanych bibelotów; próbując w pośpiechu odpalić skręconego papierosa, coś przykuło jego uwagę. Ogromne, ciekawskie zbiorowisko, komentujące zaistniałą sytuacje. Dwie rozkrzyczane kobiety, próbujące rozładować swoje napięcie na zdezorientowanej nabywczyni. Ciemnowłosy, nie ściągając kaptura, zmarszczył brwi w niezadowoleniu; wyciągając filtr ze spierzchniętych ust, urażony wydzierającym wnętrze hałasem, wtargnął w sam środek skupiska, krzycząc: - Koniec tego! Rozejść się, do roboty! – po czym gdy reakcja okazała się właściwa, ponownie ulokował szarawego dusiciela na krawędzi warg, odpalając krótkim pstryknięciem placów. Omotał wzrokiem stojącą nieopodal ofiarę, próbując zidentyfikować jej tożsamość. Zatrzymał się na chwilę, aby po dłuższym zaciągnięciu dodać krótkie: - Wszystko dobrze?.

LUTY
20 luty | x | Philippa Moss| Opuszczona tawerna
Ciemna, zamglona kotara okrywała uśpioną codzienność. Podłużny blask księżyca prowokował utwardzony śnieg do roziskrzonego migotania. Mokre drewno pobliskich budynków przybrało ciemną, zatrważającą barwę, a lodowe sople zwisały nad głową niczym najostrzejsze sztylety. Nadmorska, słona wilgoć mieszała się z rozmiękczonym powietrzem, powodując nieprzyjemne, wstrząsające dreszcze. Oddech zamieniał się w przezroczystą parę, a powolne kroki tonęły w rozpuszczonych, błotnistych kałużach. Nie było bezpiecznie. Przygaszone, przestarzałe lampy ograniczały widoczność; skrywały niedostrzeżone, nocne mary czyhające na swoje ofiary. Z głębi samotnych baraków dochodziły pojedyncze krzyki, pijackie bełkoty – zwiastuny rychłej awantury. Ktoś rozbił właśnie szklaną butelkę, kończąc ostatnie krople rozgrzewającego rumu. Inny wciągał na brzeg porozbijaną łajbę, chcąc uniknąć bolesnej utraty, czy głębszych zniszczeń. Obdarty kot w kolorze ciemnej szarości, przebiegł mu przez drogę, czyżby sygnalizował fatum, pech i nieszczęście? Zatrzymał się na chwilę, wyrywając z chwilowego zaćmienia. Odprowadził wzrokiem zaniedbane zwierzę, chcąc upewnić się, że całe niepowodzenie odejdzie wraz z nim.

22 luty | x | Charlene Leighton| Danson Park
Już dawno odzwyczaił się od zatrważających i ciężkich warunków powracającej zimy. Podróżując po odmiennych terenach fascynującej Europy zauważył, że poszczególni mieszkańcy zupełnie inaczej odbierają zmrożoną aurę. Co więcej skutki białego, zmasowanego ataku wydawały się o wiele lżejsze, delikatniejsze i zdecydowanie przyjemniejsze w obrębie codziennego funkcjonowania. Od zawsze, o wiele łagodniej przechodził najtrudniejsze symptomy. Będąc dzieckiem urodzonym w samym środku rozpoczynającego pogorszenie pogody miesiąca, objawiał dużo silniejszą wytrzymałość. Dlatego też grafitowy, długi płaszcz, którym okrywał całe ciało był zdecydowanie za cienki na panującą temperaturę. Dość zgrabnie wymijał opatulonych przechodniów nie zwracających uwagi na umykającego dziwoląga. Pospiesznie przemierzał kręte, brukowe ulice, pochylając sylwetkę w nieco nienaturalnym położeniu. Od momentu, w którym postanowił na nowo zadomowić się w macierzystych terenach smaganej wojną Anglii, nie przypuszczał, iż przywyknięcie do odmiennego stylu życia okaże się tak skomplikowane.

27 luty | x | Jackie Rineheart & Brendan Weasley| Latarnia morska
Stojąc na cienkiej krawędzi stromego urwiska, spoglądał w bezdenną przestrzeń, upajając się spokojem błękitnej, szumiącej tafli. Wiatr rozwiewał grafitową pelerynę, zdecydowanie za cienką na te porę roku. Twarz przykryta głębokim kapturem zdradzała bezemocjonalny, stoicki i niewymuszony spokój. Płuca pracowały poprawnie, równo, rytmiczne. Przeraźliwie doskwierający chłód otrzeźwiał nieczytelne myśli, dając do zrozumienia, że to wszystko dzieje się naprawdę. Był to ostatni kwadrans, przed rozpoczęciem krwawej apokalipsy. O ile w ogóle się rozpocznie.

MARZEC
1 marca | x | Justine Tonks | Kwitnący las
Przez dłuższą chwilę, z trudem pochłaniając ogniste stróżki zimowego powietrza, postanowił ruszyć w dobrze określonym kierunku. Umysł pozbawił go wszelkich doznań; uczucia kłębiły się pod spodem, nie chcąc zbyt gwałtownie wydobyć się na zewnątrz. To była ona. Niezgrabny chód, zaprowadził go przed niepozorną towarzyszkę, prezentując widoczną skruchę, nieśmiałość i strach przed rozwojem sytuacji. Na moment pozwolił sobie skonfrontować podobne odmiany świdrujących tęczówek, aby potwierdzić tożsamość. Wiatr odgrywał spektakularne melodie, kiedy to pierwszy, lecz cichy dźwięk wydobył się z jego ust: - Pasujesz do koloru lilii Justine.

5 marca | x | Gabriel Tonks | wnętrze pubu
Nabierając zmrożonego powietrza, odetchnął ciężko, popychając toporne, drewniane wrota. Obraz, który ukazał się przed jego oczami, był tym samym, niezmiennym widokiem, który jeszcze przed chwilą prezentowała jego wyobraźnia. Gromki hałas męskich rozmów, stukot rozmaitego szkła, przyjemne ciepło bijące z samego środka tajemniczego wnętrza; ten sam barman, który w największym skupieniu polerował brunatny kufel. Omotał znudzonym spojrzeniem nowego wędrowca, aby bez słowa powrócić do relaksującej czynności. Mężczyzna rozejrzał się mimowolnie, próbując dostrzec znajomą sylwetkę. Dzisiejszego popołudnia, Dziurawy ukrywał w swym wnętrzu wszystkich nieprzyjaciół niesprzyjającej aury. Dlatego też nie zdejmując wilgotnego kaptura, ruszył przed siebie, poszukując właściwego stolika. Zatrzymał się nieopodal lewego filaru, obserwując odwrócony profil. Lustrował siedzącą postać, szukając odpowiednich podobieństw. Minęło 11 lat, czy pomyłka ukaże się uzasadniona? – Gabriel? – wyrzucił krótko, zachodząc z prawej strony ulokowanego gościa.

9 marca | x | Justine Tonks | Kuchnia
Oczy widziały zamglony obraz, a korki wydawały się ociężałe, powolne, drętwe. Próbował za wszelką cenę doprowadzić się do ładu – wygładzał odzienie, kilkukrotnie przeczesywał zmierzwione włosy, szczypał policzki, aby przywrócić trzeźwość umysłu. Nie będąc gotowym, postanowił ruszyć na dół – skonfrontować, przeciwstawić poznać. Ujrzeć i obserwować ulubioną aparycje, która przygotowywała coś smakowitego. Z każdym stopniem wyczuwał przyciągające opary, odczuwając bezgraniczny głód. Tonks krzątała się po kuchni, sprawnie przeskakując między naczyniami. Zdziwił się, że nie potrzebowała różdżki, lecz w taki sam sposób gotowała jego matka. Oparł się o framugę drzwi nieco bezszelestnie i zaczął bezinteresownie: - Przepięknie pachnie. – rzucił pewnym stwierdzeniem, przechodząc nieco głębiej.

11 marca | x | Kieran Rineheart | Cmentarz dla magicznych
W przeciwieństwie do niego preferował samotne zachody. Majestatyczne, krótkotrwałe zjawiska, których różnorodność za każdym razem zachwycała prostego, niewymagającego człowieka. Jakże piękna była ich struktura, gdy rozgrzane słońce ukrywało swe oblicze za długą linią horyzontu. Wszystko wyglądało wtedy tak bajecznie, atrakcyjnie, nietuzinkowo. Najwspanialsza okazywała się niepoznana gama kolorów ułożonych w najdziwniejsze kształty. Przecinała chmury pojedynczym błękitem, soczystą pomarańczą, subtelnym liliowym różem, lub gniewną czerwienią. Przeplatała, mieszała, kombinowała, aby jak najbardziej nacieszyć oko spragnionego obserwatora. Całości towarzyszył subtelny, ledwie wyczuwalny zapach oddychającej ziemi. Świat układał się do snu natchniony magicznym, uspokajającym widokiem. Świadomość przejścia do krainy błogiego odpoczynku wydawała się jedyną, upragnioną czynnością. Zmęczenie obezwładniało kończyny zapraszając na bezkresną wizytę w ramionach Morfeusza. Miał nadzieję, że ona też go uściskała. Na zawsze – jak wiernego przyjaciela.

13 marca | x | Lucinda Selwyn | Ruiny Mer-Akha, Walia
Zlecenie, które otrzymał nie było przedstawione zbyt szczegółowo. Dostarczone z drugiej ręki, dotyczyło pewnego, niegdyś plugawego miejsca, o którym znamienite legendy, krążyły wśród czarodziejskiego świata. Ruiny Mer-Akha, dawnej, goblińskiej metropolii nie wydawały się zatrważającym, niedostępnym terenem; tabuny turystów niemalże codziennie prześlizgiwały się wąskimi, kamiennymi uliczkami, podziwiając statyczne, niezniszczalne budowle. Gwarne wizyty, oczekujący handlarze, wyciągający od nieświadomych zwiedzających bajońskie sumy pieniędzy - wciskając w łapczywe ręce nieznane przedmioty; mówiąc, że były to żywe pamiątki po goblińskich przodkach. Siedząc przy małym, drewnianym stoliku, popijając rozgrzewający napar, ciemnowłosy z uniesioną brwią zaczytywał się w drobne pismo kreślone na pożółkniętym pergaminie. Zdziwiony oszczędnością treści, próbował wydobyć najważniejsze informacje: data, cel misji, współtowarzysze, główny zleceniodawca, sposób przygotowania i przede wszystkim zapłata.

18 marca | Hannah Wright | Long Acre
Sylwetka, którą pragnął doścignąć umykała w zagęszczonym tłumie. Z każdą minutą przyspieszał korku walcząc z kleistą, śliską mazią oraz statycznym ciałem obłąkanych przechodniów. Z determinacją wykrzykiwał znane personalia, wyczuwając jak cała uwaga skupia się właśnie na nim. Marszczył brwi w wyrazie niezadowolenia, skupienia, próby przywrócenia utraconych sił. Zatrzymała się gwałtownie; o mały włos nie staranował jej ciała, walcząc z pochłaniającą grawitacją. Płuca paliły niemiłosiernie, a klatka piersiowa unosiła w nierównomiernym odruchu. Musiałaś tak pędzić droga Wright? Czuł jak zdeterminowany wzrok prześlizguje się po pochylonym profilu szukając znajomych wyróżników. On też zatopił w niej roziskrzony, przyciemniony błękit, chcąc skonfrontować skutki przemijającego czasu. Wyrosła – na piękną, świadomą kobietę. Gdyby nie drobne, charakterystyczne niuanse, prawdopodobnie nigdy nie dostrzegłby jej w tłumie. Była wyższa niż pierwotnie zakładał. Twarz przybrała twardsze, nieco gwałtowniejsze rysy. Tęczówki ginęły w ciemnej oprawie oczu, przyszpilając do niedalekiego muru. Usta pozostały nieodgadnione, nieporuszone, tak samo jak emocje, które w żadnym z momentów nie wydobyły się na światło dzienne.

28 marca | x | Justine Tonks | Kuchnia
Na próżno przyszło mu rozmyślać nad ów sylabą, gdyż drewniany przedmiot przeciągnięty z kanapy, wpijał się w miękką, chwiejną skórę domownika. Kiedy zdążyła wykonać ten ruch? Rozszerzył źrenice, zamarł na moment. Był zaniepokojony, nieporuszony, lecz niezlękniony. Powoli przyzwyczajała się do dobrze znanego otoczenia, a gdy wyczekiwany błękit zaćmionych tęczówek, spoczął na jego własnych – odetchnął z ulgą. Czuł, jak całe płuca wypełnione powietrzem, potrzebują szybkiego upustu. Gdy wypowiedziała jego imię, odsunęła różdżkę, wypuścił je z głośnym świstem. Instynktownie przesunął dłoń w miejsce dość silnego nacisku i wyszeptał, krótkie, siłowe, ale bardzo łagodne: – To ja. - nie poruszał się zbyt często, oddając jej większość swobody. Zacięta mina czekała na pierwsze, prośby, gęstwinę słów oraz rozkazy. Wnętrze było rozedrgane, zaniepokojone i zmartwione. Wyczuwało nagromadzony niepokój oraz niezbyt przychylne fakty. Coś strasznego musiało się wydarzyć – napotkać na codziennej drodze. Okoliczność tak złożona, skomplikowana, ciężka do pojęcia przez nieświadomą osobę. Obserwował jak światło wraca do jej oczu. Patrzył na dziwne, nieskoordynowane ruchy, wykonywane w tym samym czasie. Zerknął na małe lusterko, służące do prawdopodobnej komunikacji. Próbował wyłapać kontekst zdarzenia, lecz nic sensownego nie przychodziło mu do głowy.



[bylobrzydkobedzieladnie]




Where do you go when the
whole world falls on your shoulders?


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 09.06.20 0:55, w całości zmieniany 19 razy
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 15
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Vincent Rineheart Empty
PisanieTemat: Re: Vincent Rineheart   Vincent Rineheart I_icon_minitime14.02.20 21:32

Rozgrywka

PRZESZŁOŚĆ
KIEDY? | KTO? | GDZIE?
***

KWIECIEŃ
02 kwietnia | x | Lyall Lupin | Kwatera Główna Aurorów
Stając za ostatnią osobą w kolejce, próbował wychylić głowę, aby znaleźć kogoś znajomego. Dzisiejszego poranka los sprzyjał mu dogłębnie, gdyż dobrze znany, rosły profil wyłaniał się z oddali, kilka pozycji dalej. Ciemnowłosy, barczysty mężczyzna przebierał nogami niecierpliwie. Znał go, jak zawsze, najszybciej załatwiał formalności. Co tu robił? Gdzie podziewał się dotychczas? Czy było możliwe, aby kilka miesięcy temu, faktycznie znajdował się nad wyczarowaną przez siebie pułapką? Pokręcił głową na myśl o kolejnej, planowanej czynności. Nie zważając na opinię i ostry wzrok innych, wyszedł z kolejki przeciskając się w stronę mężczyzny. Ktoś potraktował go przekleństwem, utrudnił przejście, lecz po chwili stał już obok niego. Patrzył przed siebie i statycznym, miarowym głosem powiedział: – Zobaczyłem cię w tłumie, dlatego postanowiłem skorzystać. Długo już tu jesteś? – zwykłe, sztampowe, nudne rozpoczęcie rozmowy. Lekki niepokój ogarniający zziębnięte wnętrze. I te myśli skłębione, obarczone niepewnością i masą pytań. Bo jak powinien się zachować stojąc twarzą w twarz z przyjacielem, którego nie widział ponad jedenaście lat?

04 kwietnia | Anthony Skamander | Pod Rozbrykanym Hipogryfem
grabnym ruchem wyminął błotnistą kałużę, aby po chwili znaleźć się naprzeciwko. Zatrzymał się, na krótką chwilę wcisnąć przenikliwy błękit ciekawskich tęczówek. Z wrodzoną uprzejmością, chciał rozpocząć od przeprosin za niedopilnowanie godziny, lecz blondyn uprzedził go zaczepnym stwierdzeniem. Rozciągną kąciki ust w lekkim uśmiechu i szybko odpowiedział: – A co jeśli powiem ci, że po prostu się przewróciłem? – żartobliwy ton, rozniósł się po ciele. Nie spodziewał się takowej, pierwszej reakcji. Przyjaciel bardzo szybko przywrócił obraz dawnego, szkolnego incydentu, w którym po raz pierwszy i ostatni wdawał się w uczniowskie potyczki; wyrażał swoje zdanie odpowiednio głośno. Zamyślił się na chwilę, tracąc koncentrację. Jednakże szybko powrócił do rzeczywistości odwzajemniając silny uścisk dłoni i kontaktowe poklepywane. Ciebie też. – Tyle czasu… – rzucił między gestami, kiwając głową z niedowierzaniem. W tym momencie mógł jeszcze dokładniej przyjrzeć się twarzy towarzysza – ewidentnie coś zdarzyło się w ostatnim czasie. Mimo usilnego i skutecznego maskowania, nie wyglądał w pełni sprawnie. Nie pytał. Posłusznie ruszył w stronę wejścia; poczuł znajome opary barowego klimatu.

15 kwietnia | x | Justine Tonks | Wiśniowa Dolina
Czy można otwarcie pochwalić pewne pozostałości? Rozczulić się nad odmienionymi, sztucznymi lokalizacjami – przekłuwającymi uwagę, odbierającymi ostatni wdech w falującej piersi. Był romantykiem. Rozpływał się pod treścią epokowych dramatów, zwracając uwagę na postać tragiczną. Napawał się barwnymi opisami emocji w akompaniamencie walorów przyrody. Dlatego też to miejsce wydało się idealne. Oddalone od miasta, skąpane w niepowtarzalnym, pastelowym uroku. Nieśmiertelne, zachwycające każdym skrawkiem różowej układanki. Gdy po raz pierwszy, stanął na wysypanej delikatnymi płatkami, wąskiej alejce – zamarł. Wpatrywał się w opadające elementy, śledził ich ruch, zabawę wiatru, upadek na chłodną ziemię. Był oczarowany, zahipnotyzowany, uwielbiał poznawać, doznawać, obserwować. W głębi kołatającego serca czuł, że to tu. Że zachwyci się tak jak on – zupełnie jak kiedyś, gdy wszystko wydawało się tak nieskomplikowane.

22 kwietnia | Anthony Macmillan | Macmillan's Firewhisky
Odganiając plątaninę myśli, wszedł do środka; pozwolił pochłonąć się niesamowitemu przedstawieniu. Wystrój robił wrażenie; atakował nieprzyzwyczajone tęczówki ogromem przedmiotów. Niemalże od razu wyłapał specyficzną stylistykę, nawiązanie do Zjednoczonych z Puddlemere. Idąc wyznaczoną alejką, przyglądał się sportowym atrybutom, dębowym beczkom, widocznej aparaturze, wytwarzającej wyśmienite trunki. Z uwagą doglądał szczegółów, pojedynczych elementów. Wyszukiwał podłużnej lady, skoncentrowanej w samym sercu obszernego pomieszczenia. Nie musiał czekać zbyt długo, po chwili znalazł się na jej lewym krańcu. Marszcząc brwi w skupieniu, rozpoczął nerwowe rozglądanie. Prześlizgiwał się po twarzach barmanów, pracowników oraz klientów, czy któryś z nich, przypomniał przyjaciela?

26 kwietnia | Francesca Borgia | Castle Rising, Norfolk
Otoczenie było identyczne, cywilizacja oddalona o kilkanaście metrów. W którą stronę powinien skręcić? Zatrzymał się na chwilę, próbując wzmocnić orientację. Niebo było dziś zachmurzone, gwiazdy nie były drogowskazem. Coraz bardziej podirytowany, wszedł w kolejną drużkę – energicznie, pospiesznie, natarczywie. Ruch okazał się na tyle gwałtowny, iż nie zanotował niespodziewanej, obcej obecności idącej z naprzeciwka. Z impetem wtargnął w strefę komfortu, wytrącając niesione fiolki. Niezabezpieczone płyny, wydostały się na powierzchnię, zalewając przede wszystkim odzież wierzchnią nagłego intruza. – Co do cholery? – wyrzucił, odskakując błyskawicznie, aby jak najmniej kropel dostało się na płaszcz. Ciężka woń lepkiej, ciężkiej cieczy, wytworzyła nieprzekraczalną barierę. W tym momencie mógł swobodnej, pewniej, utkwić wzrok roziskrzonych, gniewnych tęczówek w zaciemnionej postaci. Gdy odezwała się po raz pierwszy, odpowiedział liniowo: – Dokładnie to eliksir na kaszel. – wyrzucił niedbale, informacyjnie jakby to wszystko nie miało znaczenia. Jakby nie obchodziło go, że ucierpiała. Czyż nie była sobie winna?

MAJ
07 maja | Veronica Findlay | Błędny Rycerz
Jeszcze nie rozpoczęty.

09 maja | Lucinda Hensley | Jezioro Ripley w North Downs
Wybór miejsca docelowego, okazał się sprytnym posunięciem. Lokalizacja oddalona od rewolucyjnego Londynu, pozwalała na dużo większą swobodę. Niestety nie tylko oni pragnęli odległej ucieczki – tłumy siedzące w pobliskich pubach, zajmowały wszystkie, wolne siedzenia. Od niemalże godziny próbowali dostać choć najmniejszy skrawek ziemi oraz kubek przysłowiowej herbatki. Nie wierzył w to co ukazywało się jego oczom. Wyglądał na zniecierpliwionego, gdy po raz kolejny dyskutowali z barmanem; właścicielem lokacji. – Nie wierzę… – wyrzucił z przeciągłym świstem z wyraźnym niezrozumieniem, rozdrażnieniem. Obecność kobiety uspokajała chęć wybuchu, wyciszała. Zrezygnowany wzrok szlachcianki dał do zrozumienia, że muszą działać inaczej – kreatywniej. – Myślę, że nie chcą po prostu dodatkowego zarobku. Bez problemu zorganizowaliby dodatkowe krzesła. – odrzucił z podobnym, krótkim uśmiechem i skierował się do wyjścia. Zatrzymując przed drewnianymi drzwiami, poprawił zmięty materiał swetra. Uniósł głowę, gdy Łamaczka zareagowała podwyższonym entuzjazmem. – Hm? – co takiego wymyśliła, dlaczego miał czekać? Oparł się o obdrapaną ścianę, czekając na wyniki nagłego opuszczenia. Przez krótką chwilę oglądał okolicę, zawieszając wzrok na pierzastych kształtach chmur. Delikatny wiar owiewał twarz, dając ukojenie – jak dobrze było zrzucić zimowe odzienie. Chciał nawet zapalić, ale blondynka odepchnęła drzwi - otrząsnął się z zadumy i wytrzeszczył błękitne tęczówki, aby zaraz potem wybuchnąć, krótkim, prychającym śmiechem. – Cooo? Jakim cudem?

10 maja | Hannah Wright | Pokój Dzienny
Przyjmując bez wahania szedł przed siebie w poszukiwaniu obiecanych deserów. W rzeczywistości uciekał od niewygodnych pytań, prób rozszyfrowania parszywego humoru, rozbrajających ciężkich wizji i zbyt skłębionych myśli. Nie chciał psuć wieczoru opoce, z którą nie dane mu było spędzić zbyt wiele czasu. Skręcił w lewo, skuszony gwarem kobiecych rozmów. Ku jego zaskoczeniu znajoma postać rozświetliła zacieniony hol. Krwista czerwień sukni wyróżniała się na tle otoczenia, ciemne kaskady włosów przyciągały męską uwagę. Była zajęta pochłaniającą rozmową. Rozszerzył źrenice w niemym zdziwieniu - nie spodziewał się Wright właśnie tutaj. Czy powinni porozmawiać? Czy na pewno tego chciał? Przecież wiedziała o ich ostatnim spotkaniu, czy to nie ona namówiła blondynkę? I co teraz? Co robić? Licząc, że pozostanie niezauważony wślizgnął się do niewielkiego pokoiku pełnego podstarzałych szlachcianek.

10 maja | x | Cora Howell | Mokradła
Szybkim, zamaszystym ruchem opróżnił zawartość kryształu i lekko tanecznym krokiem pomknął w stronę bagiennych mokradeł. Mgliste tereny w bajecznej kompozycji wydawały się nad wyraz przystępne, zachęcające. Nie przypominały przerażających terytoriów, opisanych w niejednej, fabularnej opowiastce. Idąc powolnie, rozglądał się wokół, patrząc na inne oblicze tutejszej natury. Zbliżając się do wyznaczonego miejsca, gwar zgromadzonych uczestników wydawał się tak donośny, podekscytowany, zachęcający. Cóż za niespodzianka kryła się tuż za zakrętem? Unosząc brew w lekkim zastanowieniu, zatrzymał się gwałtownie, gdy urocza towarzyszka uniemożliwiła dalsze przemieszczanie. Spojrzał na nią podejrzliwie, zaskoczony ów reakcją. – Hm? – wymruczał nie wiedząc co miała na myśli. Jeszcze raz obrócił się w stronę konkursowego obszaru, aby zarejestrować interesujący obraz, usłyszeć charakterystyczny odgłos. – Masz na myśli ten wzmożony gwar?

10 maja | Justine Tonks | Mokradła
Potykając się o wystającą skarpę, wpadł na jeszcze jeden pomysł. Odwrócił się na pięcie i pomknął w stronę polany, gdzie jeszcze kilka godzin temu poszukiwali wartościowych nagród. Dłoń powędrowała do skroni, gdyż ta pulsowała miarowo od nadmiaru wyskokowej, odurzającej cieczy. Buty zapadały się w miękkiej trawie, zgiełk zabawy niknął za plecami – obcował jedynie z naturą. Pobudzające kolory niebieskiego sufitu wchodziły w pełną okazałość. Opadały na lekko zamglone miejsce, na którym znajdowała się tajemnicza nieznajoma. Zatrzymał się na chwilę chcąc lepiej przyjrzeć się niesamowitemu widokowi. Czyżby odnalazł zgubę? Zrobił kilka, niepewnych kroków do przodu. Przeczesał włosy, prześlizgując wąskie palce po zmęczonych oczach, zadbanym zaroście. Wygładził marynarkę. Wchodząc głębiej, w typowy obszar odchrząknął i spokojnie, dość niepewnie wypowiedział:
– Wszędzie cię szukałem. – myślałem, że odeszłaś, ale z nim.

10 maja | Uczestnicy gry | Mokradła
Gwarne rozmowy eleganckich zgromadzonych traktowały o kolejnym, organizowanym konkursie. Alkoholowa potyczka miała rozpocząć się za kilkanaście minut. Pomysł, aby wziąć w niej udział narodził się niemalże natychmiastowo. Odstawił kieliszek na niesioną przez skrzata tacę, pozdrowił nieznajomego przechodnia i o mały włos nie wywracając się o wystający kamień, ruszył w stronę zielonej polany. Pojawił się w ostatniej chwili. A może był odrobinę spóźniony? Rozbawiony wyraz twarzy nie opuszczał ciemnowłosego, gdy niezgrabnie wkraczał w zgromadzony tłum. Wydawało mu się, że widzi kilka znajomych twarzy, a może to tylko pijacka halucynacja? Przesunął się do przodu i z zaplątaną energią wypowiedział wyciągając ręce: – Dzień dobry wszystkim! – wybełkotał niewyraźnie machając do stojących nieopodal mężczyzn. – Piękna ta noc… – dodał rozbawiony. Poczuł niepewny zawrót głowy, oparł się o pobliską, chropowatą strukturę drzewa. Rozejrzał się tylko raz, próbując wyostrzyć rozmazane sylwetki. Czy to możliwe, aby była tam ona?

14 maja | Cedric Dearborn | Wioska Tinworth
Kilka godzin później teleportował się we właściwe miejsce. Lądując na miękkiej, zielonej trawie rozejrzał się wokoło. Znajoma, malownicza wioska witała zbłąkanego wędrowca. Zmarszczył brwi, dlaczego akurat tutaj? Poprawił pasek skórzanej torby, w której oprócz fiolek z pojedynczymi ingrediencjami, przechowywał butelkę ognistej, wygranej w weselnym konkursie. Wypełniał jedynie życzenie kolegi. Przyspieszył kroku obawiając się rychłego spóźnienia. Chłodny wiatr uderzał w policzki. Czuł zapach morza, wiosny, oraz pobudzonej przyrody. Obserwował rzadko rozstawione domostwa zaskakujące kształtem, umiejscowieniem, a także muszlowym wykończeniem. Pamiętał te miejscowość jako idealny azyl dla obu światów. Magiczni i niemagiczni przeplatali rzeczywistość nie robiąc żadnych problemów. To wszystko zmieniło się tak dynamicznie.

19 maja | x | Uczestnicy turnieju | Opuszczona Portiernia
Odchodząc od stołu do rejestracji, ponownie wcisnął nadpaloną fajkę między spierzchnięte wargi. Nie spodziewał się, iż specyficzny nadzorca postanowi posłać w jego stronę szereg drażliwych słów. Wypuścił dym, uniósł brew i leniwie odwrócił głowę. Odchrząknął. Chropowaty głos zaszczycił obdrapane otoczenie niechętną odpowiedzią: – Zachowam te informacje na później. – rzucił unosząc rękę w geście podziękowania. Nie do końca przeczuwał jakie ma zamiary. Był podejrzliwy, sceptyczny ów propozycji. Czy typowy cwaniaczek, portowy bandzior chciałby z własnej woli zapoznawać go z godnymi uwagi miejscami, tutejszą klientelą? Czyżby uważał go za typowego, zagubionego mieszczucha, który po raz pierwszy zaszczyca swą obecnością cuchnące Doki? Czy miał w tym jakiś interes? Uśmiechnął się pod nosem nieco cynicznie. Świadomość pewnej anonimowości była dla niego niezwykle wygodna. Przeciskając się w głąb portierni natrafiał na coraz więcej parszywych, obrzydliwych gęb.

24 maja | Heverlock Travers | Areszt tymczasowy
Jeszcze nie rozpoczęty.

CZERWIEC
01 czerwca | Sintas Carter | Ognisty gaj
Jeszcze nie rozpoczęty.

20 czerwca | Jackie Rineheart | Brzozowa alejka
Znajdowała się w zasięgu wzroku. Wyglądała jakoś inaczej. Przemierzała niewielką odległość powolnie, nienaturalnie, ciągnąć za sobą ranną kończynę. Mężczyzna powstał pospiesznie, przełknął ślinę amortyzując nagromadzony strach. Nie wiedział co zrobić z rękami, splótł je przed sobą zaciskając wąskie palce. Westchnął ciężko. Zachmurzone tęczówki pozostawały otwarte szeroko - wrażliwe na każdy, najdrobniejszy gest. Lustrowały znajomy, obolały profil. Coś było nie tak. Spostrzegawcze oko pozwoliło wyłapać różnice. Wyczytać z jej twarzy ogrom trosk, przeżyć, które miały miejsce w niedawnym czasie. Musisz mi to wszystko opowiedzieć. Już więcej cię nie zostawię. Zrobił niepewny krok do przodu. Chciał wyciągnąć rękę, ułatwić podejście. Wyglądała na zagubioną, niezdecydowaną, może trochę łagodniejszą? Czy była przerażona? W tej jednej chwili, dawne nieporozumienia nie miały już żadnego znaczenia. – Jacqueline… – zaczął niepewnie, trochę zbyt cicho. – To ty.. – a to ja wymamrotał jeszcze. Gdy wyciągnęła dłoń, ujął ją delikatnie, troskliwie z dziwną czcią.

25 czerwca | x | EVENT | Statek rejsowy
Idąc po hojnie oświetlonym, kamienistym podłożu obserwował ogromny, dryfujący statek. Poprawiając opadające ramię skórzanej torby, z lekko przymrużonymi powiekami starał się rozszyfrować powód powszechnego, eleganckiego zgromadzenia. Dzielnica portowa nie była przyzwyczajona do tak wysokiej ekstrawagancji – kontrola wystawiona w newralgicznych punktach rejsowej łajby wyczuwała każdy, najdrobniejszy, podejrzany ruch. Czujny wzrok wyłapywał niezaproszone jednostki legitymując szorstkim, dostatecznie groźnym nakazem ukazania dokumentów identyfikacyjnych. Odruchowo, lewa dłoń pomknęła do głębokiej kieszeni, sprawdzając czy papierowa zawartość znajduje się we właściwym miejscu. Westchnął z ulgą. Wystrojone sylwetki przemykały po drewnianym pokładzie kosztując wyjątkowego alkoholu oraz znamienitych potraw. Rozbujane w rytm przyjemnej dla ucha muzyki, zatracały w przejmującej rozmowie, reagując coraz głośniejszym, perlistym śmiechem.





Where do you go when the
whole world falls on your shoulders?
Powrót do góry Go down
 

Vincent Rineheart

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Woreczki z wsiąkiewki-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20