Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Vincent Rineheart

Go down 
AutorWiadomość
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, pośrednik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Piekło jest puste
wszystkie diabły są
TU
OPCM : 12
UROKI : 21
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Vincent Rineheart Empty
PisanieTemat: Vincent Rineheart   Vincent Rineheart I_icon_minitime24.08.19 0:05

Wsiąkiewka

Żywotność
Wartość żywotności postaci: 213
żywotnośćzabronionekarawartość
81-90%brak-5168 - 187
71-80%brak-10147 - 167
61-70%brak-15126 - 146
51-60%potężne ciosy w walce wręcz-20106 - 125
41-50%silne ciosy w walce wręcz-3085 - 105
31-40%kontratak, blokowanie ciosów w walce wręcz-4064 - 84
21-30%uniki, legilimencja, zaklęcia z ST > 90-5043 - 63
≤ 20%teleportacja (nawet po ustaniu zagrożenia), oklumencja, metamorfomagia, animagia, odskoki w walce wręcz-60≤ 42
10 PŻPostać odczuwa skrajne wycieńczenie i musi natychmiast otrzymać pomoc uzdrowiciela, inaczej wkrótce będzie nieprzytomna (3 tury).-701 - 10
0Utrata przytomności

Przedmioty

Różdżka
11 i 3/4 cala, dość sztywna, głóg, krew Reema, rękojeść lekko wyszczerbiona z prawej strony. Symbolizuje ciężkie, życiowe zawirowanie oraz rozdarcie między ideologiami, poglądami, wiarą. Dodatkowo wyraża chęć korzystania z walorów życia. Reprezentuje osoby o zmiennym charakterze, których przeszłość odciska bolesne piętno do dnia dzisiejszego. Pasuje do trudnej i wymagającej profesji łamania klątw. Bardzo wymagająca w traktowaniu oraz pielęgnacji. Poprzez niewielką skazę po prawej stronie, różdżka odpłaciła się srogim nieposłuszeństwem; niepoprawnością w wykonywaniu zaklęć.


Elidor
Bardzo szlachetna i wyniosła towarzyszka. Miewająca częste, niespodziewane humory, które ciężko jest ujarzmić. Mimo ponad trzyletniej współpracy, zdarzają się sytuacje, w których właściciel nie jest w stanie zapanować nad śnieżnobiałym listonoszem. Bardzo skuteczna; dobrze sprawdza się na duże odległości.


Rzeczy osobiste

Srebrny łańcuszek z krzyżykiem
Jedyna, drogocenna pamiątka, którą odziedziczył po ukochanej, zmarłej matce. Przedmiot, który kobieta włożyła w drobne dłonie gdy chłopak miał zaledwie pięć lat. Od momentu jej śmierci nosił go niemalże codziennie. Lekki, zimny, przylegający do chłopięcej piersi. Dorastający wraz z właścicielem. Sentymentalny dar przypominający dawne, odległe czasy. Istotny i skrupulatnie chroniony.


Skórzany notatnik wraz z piórem
Towarzyszy mu niemalże od zawsze. To tam gromadzi najważniejsze zapiski, przemyślenia i analizy. Pomięte kartki skrywają niepoznane tajemnice; konstelacje słów ułożonych w najintymniejszą i najbardziej osobistą poezje. Znajdą się tam ulubione cytaty, fragmenty książek, które niedawno przeczytał, próbki listy, czy notatek z dotychczasowych nauk. Jest dla niego niezwykle cenny, dlatego też praktycznie nigdy się z nim nie rozstaje.  


Pojedynki



[bylobrzydkobedzieladnie]




Where do you go when the
whole world falls on your shoulders?


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 03.01.20 23:55, w całości zmieniany 6 razy
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, pośrednik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Piekło jest puste
wszystkie diabły są
TU
OPCM : 12
UROKI : 21
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Vincent Rineheart Empty
PisanieTemat: Re: Vincent Rineheart   Vincent Rineheart I_icon_minitime24.08.19 0:07

Rozgrywka
Enemy of mine
I'm just a stranger in a strange land
Violent inside, beautiful and evil

PRZESZŁOŚĆ
06 czerwca 1937 | Nobby Leach | Dom Rinehartów
Piekło - właśnie tak odbierał sytuacje, które od jakiegoś czasu miały miejsce w domu rodzinnym. Gorąca, gęsta atmosfera, wzmocniona przez intensywne promienie wczesnego, letniego słońca. Rozedrgana materia ciężkich wyrazów, wisiała w powietrzu nie mogąc rozpłynąć się na dobre. Metaforyczna ciemność zaślepiała umysł, a przede wszystkim gorejące serce. Negatywne emocje towarzyszyły mętnej codzienności, zabierając upragnione, radosne chwile. Po środku wszystkiego stał on – rosłe wcielenie okrutnego diabła; prowodyr, zarządca władający rozpalonym królestwem. Kreujący własny światopogląd tak różny od magicznych wyobrażeń najstarszego dziedzica znamienitej rodziny. Przełomowy moment w życiu każdego, młodego czarodzieja zbliżał się nieubłaganie.

19 maja 1944 | Justine Tonks | Opuszczona klasa
Czyż nie było to imponujące? Gdy poprosiła go o indywidulane lekcje, nieświadomie zgodził się na wymienione terminy. Szeroki uśmiech, jeszcze długo nie schodził mu z twarzy, a godziny oczekiwania na najbliższe spotkanie wydawały się dłużyć niemiłosiernie. Pierwszy raz wyczuwał podobną euforię, dziwne podekscytowanie i wzburzenie krwi. Świat wydawał się nieco przystępniejszy. Myśli niemalże momentalnie wracały do wakacyjnych nocy, gdzie z wyraźnym porozumieniem oddawali się wspólnym przemyśleniom, dyskusjom czy dzieleniu wiedzą. Lubił te momenty, gdy opary gorącej herbaty wypełniały całe pomieszczenie. Bezdenną ciszę, przemijające wskazówki kuchennego zegara. Czasami zdawało mu się, że wszystko przeradza się w trochę inny wymiar, a emocje nie są już tak powierzchowne; dosięgają ukrytej głębi, ożywiając drobne elementy.

17 lipca 1950 | Edgar Burke | Włochy, Civita di Bagnoregio
Dostał szansę, której nie mógł zmarnować. Najbardziej zintensyfikowaną uwagę przykuł jeden z mężczyzn, którego poznał wczoraj. Zasłyszane nazwisko  dawało wiele do myślenia – kojarzyło się z jednym wyjątkowym miejscem z angielskiego, magicznego półświatka. Nie był pewny czy znali się ze szkoły – był starszy o kilka lat. Wydawał się profesjonalnym zawodowcem skupiającym się na swoim zadaniu. Posiadał umiejętności, o których mógł jedynie pomarzyć. Od pierwszego poznania nosił się z zamiarem, aby poprosić o rozmowę. Przez większość czasu trzymał się na bezpiecznym pograniczu, nie byłby zdziwiony, gdyby potraktowali go jako nieśmiałego odludka. Czekał na właściwy moment, gdy gwarne grono rozejdzie się w swoje strony. Nie trwało to długo – wypatrywany towarzysz opuścił okrąg udając się do rozłożonego namiotu. Chłopak momentalnie poderwał się do góry, upuszczając skórzany notatnik. Podnosząc go pospiesznie ruszył biegiem za rosłą sylwetką krzycząc: - Panie Burke! – szybko skarcił się za te wymuszone uprzejmości i kontynuował: - Edgarze! – dobiegł do celu, dysząc ciężko i przecinając jego drogę. – Mogę zająć chwilę? – zaryzykował. Ale czy ryzyko nie było kluczem do sukcesu?


STYCZEŃ
8 stycznia | Lyall Lupin | Maige Tuired
Ciemna, zadymiona sylwetka widniała w oddali, gdy z dokładnością i skupioną uwagą przymrużał błękitne oczy. Nieświadomie zbliżał się w jej kierunku myląc rzeczywistość z barwnymi halucynacjami. Dłoń przesunęła się do obszernej kieszeni, zaciskając na drewnianym trzonku. Serce przyspieszyło swój bieg, a krew zawrzała mimowolnie. Gdy był już na tyle blisko, aby stwierdzić, że tembr głosu okaże się słyszalny, zatrzymał się i rzucił głośne: - Hej Ty! – różdżkę przełożył do rękawa, będąc w gotowości, aby w tym samym momencie dodać: - Kim jesteś?

12 stycznia | Bertie Bott | Kawiarniane stoliki
Wnętrze pachniało wypiekami, cynamonem, a przede wszystkim świeżymi jabłkami. Cukrowe pyszności uśmiechały się zza przeszklonych lad, a rodzinna atmosfera udzielała się wszystkim zgromadzonym. Mimo dość wczesnej pory, restauracja wydawała się zatłoczona. Rozbiegane dzieci, gawędzący dorośli, pospieszni kupcy, pragnący zatopić swe podniebienie w niebiańskich kremówkach. Z roziskrzonymi oczami i o wiele lepszym humorem zmierzał w głąb lokalu, lecz coś odwróciło jego uwagę. Rosła, niestabilna postać leciała w jego kierunku, spadając wprost z drewnianych schodów. Mężczyzna rozszerzył źrenice w widocznym przerażeniu nie mając możliwości, aby umknąć przed upadającym. Jego krzyk wytrącił go z równowagi, kiedy niepewny ciężar przyczepiał się do jego ciała. Zamarł. Lepka, ciepła ciecz spływała po świeżym ubraniu.

23 stycznia | Sigrun Rokwood | Aleja przy cmentarzu
Cmentarze od zawsze w jakiś sposób go fascynowały. Niecodzienna, niepowtarzalna aura, pasowała do wyciszonego i spokojnego usposobienia. W żadnym z etapów swojego życia nie odczuwał przerażenia – lubił wypełniającą, tajemniczą sakralność, duchowość oraz wewnętrzną mistyczność. Wyczuwał ich obecność; tysiąca zbłąkanych jednostek, pochowanych wraz z niepoznanymi, fascynującymi przeżyciami; nieopowiedzianymi historiami. Zawsze błądził po wygłuszonych alejkach – wczytywał się w niewyraźne, wydrapane daty, wyszukując tych najbardziej odległych.

29 stycznia | x | Gillian Tremaine | Targowisko na dworcu
Przedzierając się przez alejki pełne niezidentyfikowanych bibelotów; próbując w pośpiechu odpalić skręconego papierosa, coś przykuło jego uwagę. Ogromne, ciekawskie zbiorowisko, komentujące zaistniałą sytuacje. Dwie rozkrzyczane kobiety, próbujące rozładować swoje napięcie na zdezorientowanej nabywczyni. Ciemnowłosy, nie ściągając kaptura, zmarszczył brwi w niezadowoleniu; wyciągając filtr ze spierzchniętych ust, urażony wydzierającym wnętrze hałasem, wtargnął w sam środek skupiska, krzycząc: - Koniec tego! Rozejść się, do roboty! – po czym gdy reakcja okazała się właściwa, ponownie ulokował szarawego dusiciela na krawędzi warg, odpalając krótkim pstryknięciem placów. Omotał wzrokiem stojącą nieopodal ofiarę, próbując zidentyfikować jej tożsamość. Zatrzymał się na chwilę, aby po dłuższym zaciągnięciu dodać krótkie: - Wszystko dobrze?.

LUTY
20 luty | Philippa Moss| Opuszczona tawerna
Ciemna, zamglona kotara okrywała uśpioną codzienność. Podłużny blask księżyca prowokował utwardzony śnieg do roziskrzonego migotania. Mokre drewno pobliskich budynków przybrało ciemną, zatrważającą barwę, a lodowe sople zwisały nad głową niczym najostrzejsze sztylety. Nadmorska, słona wilgoć mieszała się z rozmiękczonym powietrzem, powodując nieprzyjemne, wstrząsające dreszcze. Oddech zamieniał się w przezroczystą parę, a powolne kroki tonęły w rozpuszczonych, błotnistych kałużach. Nie było bezpiecznie. Przygaszone, przestarzałe lampy ograniczały widoczność; skrywały niedostrzeżone, nocne mary czyhające na swoje ofiary. Z głębi samotnych baraków dochodziły pojedyncze krzyki, pijackie bełkoty – zwiastuny rychłej awantury. Ktoś rozbił właśnie szklaną butelkę, kończąc ostatnie krople rozgrzewającego rumu. Inny wciągał na brzeg porozbijaną łajbę, chcąc uniknąć bolesnej utraty, czy głębszych zniszczeń. Obdarty kot w kolorze ciemnej szarości, przebiegł mu przez drogę, czyżby sygnalizował fatum, pech i nieszczęście? Zatrzymał się na chwilę, wyrywając z chwilowego zaćmienia. Odprowadził wzrokiem zaniedbane zwierzę, chcąc upewnić się, że całe niepowodzenie odejdzie wraz z nim.

22 luty | | x  | Charlene Leighton| Danson Park
Już dawno odzwyczaił się od zatrważających i ciężkich warunków powracającej zimy. Podróżując po odmiennych terenach fascynującej Europy zauważył, że poszczególni mieszkańcy zupełnie inaczej odbierają zmrożoną aurę. Co więcej skutki białego, zmasowanego ataku wydawały się o wiele lżejsze, delikatniejsze i zdecydowanie przyjemniejsze w obrębie codziennego funkcjonowania. Od zawsze, o wiele łagodniej przechodził najtrudniejsze symptomy. Będąc dzieckiem urodzonym w samym środku rozpoczynającego pogorszenie pogody miesiąca, objawiał dużo silniejszą wytrzymałość. Dlatego też grafitowy, długi płaszcz, którym okrywał całe ciało był zdecydowanie za cienki na panującą temperaturę. Dość zgrabnie wymijał opatulonych przechodniów nie zwracających uwagi na umykającego dziwoląga. Pospiesznie przemierzał kręte, brukowe ulice, pochylając sylwetkę w nieco nienaturalnym położeniu. Od momentu, w którym postanowił na nowo zadomowić się w macierzystych terenach smaganej wojną Anglii, nie przypuszczał, iż przywyknięcie do odmiennego stylu życia okaże się tak skomplikowane.

27 luty | | x | Jackie Rineheart & Brendan Weasley| Latarnia morska
Stojąc na cienkiej krawędzi stromego urwiska, spoglądał w bezdenną przestrzeń, upajając się spokojem błękitnej, szumiącej tafli. Wiatr rozwiewał grafitową pelerynę, zdecydowanie za cienką na te porę roku. Twarz przykryta głębokim kapturem zdradzała bezemocjonalny, stoicki i niewymuszony spokój. Płuca pracowały poprawnie, równo, rytmiczne. Przeraźliwie doskwierający chłód otrzeźwiał nieczytelne myśli, dając do zrozumienia, że to wszystko dzieje się naprawdę. Był to ostatni kwadrans, przed rozpoczęciem krwawej apokalipsy. O ile w ogóle się rozpocznie.

MARZEC
1 marca | x | Justine Tonks | Kwitnący las
Przez dłuższą chwilę, z trudem pochłaniając ogniste stróżki zimowego powietrza, postanowił ruszyć w dobrze określonym kierunku. Umysł pozbawił go wszelkich doznań; uczucia kłębiły się pod spodem, nie chcąc zbyt gwałtownie wydobyć się na zewnątrz. To była ona. Niezgrabny chód, zaprowadził go przed niepozorną towarzyszkę, prezentując widoczną skruchę, nieśmiałość i strach przed rozwojem sytuacji. Na moment pozwolił sobie skonfrontować podobne odmiany świdrujących tęczówek, aby potwierdzić tożsamość. Wiatr odgrywał spektakularne melodie, kiedy to pierwszy, lecz cichy dźwięk wydobył się z jego ust: - Pasujesz do koloru lilii Justine.

5 marca | Gabriel Tonks | wnętrze pubu
Nabierając zmrożonego powietrza, odetchnął ciężko, popychając toporne, drewniane wrota. Obraz, który ukazał się przed jego oczami, był tym samym, niezmiennym widokiem, który jeszcze przed chwilą prezentowała jego wyobraźnia. Gromki hałas męskich rozmów, stukot rozmaitego szkła, przyjemne ciepło bijące z samego środka tajemniczego wnętrza; ten sam barman, który w największym skupieniu polerował brunatny kufel. Omotał znudzonym spojrzeniem nowego wędrowca, aby bez słowa powrócić do relaksującej czynności. Mężczyzna rozejrzał się mimowolnie, próbując dostrzec znajomą sylwetkę. Dzisiejszego popołudnia, Dziurawy ukrywał w swym wnętrzu wszystkich nieprzyjaciół niesprzyjającej aury. Dlatego też nie zdejmując wilgotnego kaptura, ruszył przed siebie, poszukując właściwego stolika. Zatrzymał się nieopodal lewego filaru, obserwując odwrócony profil. Lustrował siedzącą postać, szukając odpowiednich podobieństw. Minęło 11 lat, czy pomyłka ukaże się uzasadniona? – Gabriel? – wyrzucił krótko, zachodząc z prawej strony ulokowanego gościa.

9 marca | x | Justine Tonks | Kuchnia
Oczy widziały zamglony obraz, a korki wydawały się ociężałe, powolne, drętwe. Próbował za wszelką cenę doprowadzić się do ładu – wygładzał odzienie, kilkukrotnie przeczesywał zmierzwione włosy, szczypał policzki, aby przywrócić trzeźwość umysłu. Nie będąc gotowym, postanowił ruszyć na dół – skonfrontować, przeciwstawić poznać. Ujrzeć i obserwować ulubioną aparycje, która przygotowywała coś smakowitego. Z każdym stopniem wyczuwał przyciągające opary, odczuwając bezgraniczny głód. Tonks krzątała się po kuchni, sprawnie przeskakując między naczyniami. Zdziwił się, że nie potrzebowała różdżki, lecz w taki sam sposób gotowała jego matka. Oparł się o framugę drzwi nieco bezszelestnie i zaczął bezinteresownie: - Przepięknie pachnie. – rzucił pewnym stwierdzeniem, przechodząc nieco głębiej.

11 marca | Kieran Rineheart | Cmentarz dla magicznych
W przeciwieństwie do niego preferował samotne zachody. Majestatyczne, krótkotrwałe zjawiska, których różnorodność za każdym razem zachwycała prostego, niewymagającego człowieka. Jakże piękna była ich struktura, gdy rozgrzane słońce ukrywało swe oblicze za długą linią horyzontu. Wszystko wyglądało wtedy tak bajecznie, atrakcyjnie, nietuzinkowo. Najwspanialsza okazywała się niepoznana gama kolorów ułożonych w najdziwniejsze kształty. Przecinała chmury pojedynczym błękitem, soczystą pomarańczą, subtelnym liliowym różem, lub gniewną czerwienią. Przeplatała, mieszała, kombinowała, aby jak najbardziej nacieszyć oko spragnionego obserwatora. Całości towarzyszył subtelny, ledwie wyczuwalny zapach oddychającej ziemi. Świat układał się do snu natchniony magicznym, uspokajającym widokiem. Świadomość przejścia do krainy błogiego odpoczynku wydawała się jedyną, upragnioną czynnością. Zmęczenie obezwładniało kończyny zapraszając na bezkresną wizytę w ramionach Morfeusza. Miał nadzieję, że ona też go uściskała. Na zawsze – jak wiernego przyjaciela.

13 marca | x | Lucinda Selwyn | Ruiny Mer-Akha, Walia
Zlecenie, które otrzymał nie było przedstawione zbyt szczegółowo. Dostarczone z drugiej ręki, dotyczyło pewnego, niegdyś plugawego miejsca, o którym znamienite legendy, krążyły wśród czarodziejskiego świata. Ruiny Mer-Akha, dawnej, goblińskiej metropolii nie wydawały się zatrważającym, niedostępnym terenem; tabuny turystów niemalże codziennie prześlizgiwały się wąskimi, kamiennymi uliczkami, podziwiając statyczne, niezniszczalne budowle. Gwarne wizyty, oczekujący handlarze, wyciągający od nieświadomych zwiedzających bajońskie sumy pieniędzy - wciskając w łapczywe ręce nieznane przedmioty; mówiąc, że były to żywe pamiątki po goblińskich przodkach. Siedząc przy małym, drewnianym stoliku, popijając rozgrzewający napar, ciemnowłosy z uniesioną brwią zaczytywał się w drobne pismo kreślone na pożółkniętym pergaminie. Zdziwiony oszczędnością treści, próbował wydobyć najważniejsze informacje: data, cel misji, współtowarzysze, główny zleceniodawca, sposób przygotowania i przede wszystkim zapłata.

18 marca | Hannah Wright | Long Acre
Sylwetka, którą pragnął doścignąć umykała w zagęszczonym tłumie. Z każdą minutą przyspieszał korku walcząc z kleistą, śliską mazią oraz statycznym ciałem obłąkanych przechodniów. Z determinacją wykrzykiwał znane personalia, wyczuwając jak cała uwaga skupia się właśnie na nim. Marszczył brwi w wyrazie niezadowolenia, skupienia, próby przywrócenia utraconych sił. Zatrzymała się gwałtownie; o mały włos nie staranował jej ciała, walcząc z pochłaniającą grawitacją. Płuca paliły niemiłosiernie, a klatka piersiowa unosiła w nierównomiernym odruchu. Musiałaś tak pędzić droga Wright? Czuł jak zdeterminowany wzrok prześlizguje się po pochylonym profilu szukając znajomych wyróżników. On też zatopił w niej roziskrzony, przyciemniony błękit, chcąc skonfrontować skutki przemijającego czasu. Wyrosła – na piękną, świadomą kobietę. Gdyby nie drobne, charakterystyczne niuanse, prawdopodobnie nigdy nie dostrzegłby jej w tłumie. Była wyższa niż pierwotnie zakładał. Twarz przybrała twardsze, nieco gwałtowniejsze rysy. Tęczówki ginęły w ciemnej oprawie oczu, przyszpilając do niedalekiego muru. Usta pozostały nieodgadnione, nieporuszone, tak samo jak emocje, które w żadnym z momentów nie wydobyły się na światło dzienne.

30 marca | Marcella Figg | xx





Where do you go when the
whole world falls on your shoulders?
Powrót do góry Go down
 

Vincent Rineheart

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Woreczki z wsiąkiewki-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20