Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Vincent Rineheart

Go down 
Autor toWiadomość
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 15
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Vincent Rineheart Empty
PisanieTemat: Vincent Rineheart [odnośnikVincent Rineheart I_icon_minitime24.08.19 0:05

Wsiąkiewka


You return like autumn



Żywotność
Wartość żywotności postaci: 215
żywotnośćzabronionekarawartość
81-90%brak-5174 - 193
71-80%brak-10152 - 173
61-70%brak-15131 - 151
51-60%potężne ciosy w walce wręcz-20109 - 130
41-50%silne ciosy w walce wręcz-3088 - 108
31-40%kontratak, blokowanie ciosów w walce wręcz-4066 - 87
21-30%uniki, legilimencja, zaklęcia z ST > 90-5045 - 65
≤ 20%teleportacja (nawet po ustaniu zagrożenia), oklumencja, metamorfomagia, animagia, odskoki w walce wręcz-60≤ 44
10 PŻPostać odczuwa skrajne wycieńczenie i musi natychmiast otrzymać pomoc uzdrowiciela, inaczej wkrótce będzie nieprzytomna (3 tury).-701 - 10
0Utrata przytomności

Przedmioty

Różdżka
11 i 3/4 cala, dość sztywna, głóg, krew Reema, rękojeść lekko wyszczerbiona z prawej strony. Symbolizuje ciężkie, życiowe zawirowanie oraz rozdarcie między ideologiami, poglądami, wiarą. Dodatkowo wyraża ogromną chęć korzystania z walorów niesionych przez życia. Reprezentuje osoby o zmiennym charakterze, na których przeszłość odciska bolesne piętno aż do dnia dzisiejszego. Pasuje do trudnej i bezwzględnej profesji łamania klątw. Bardzo wymagająca w traktowaniu oraz pielęgnacji. Poprzez niewielką skazę po prawej stronie, różdżka odpłaca się srogim nieposłuszeństwem; niepoprawnością w wykonywaniu niektórych  zaklęć z naciskiem na magię obronną.


Rzeczy osobiste

Srebrny łańcuszek z krzyżykiem
Jedyna, drogocenna pamiątka, którą odziedziczył po ukochanej, zmarłej matce. Przedmiot, który kobieta włożyła w drobne dłonie gdy chłopak miał zaledwie pięć lat. Od momentu jej śmierci nosi go niemalże codziennie. Lekki, zimny, przylegający do chłopięcej piersi. Dorastający wraz z właścicielem. Sentymentalny dar przypominający dawne, odległe czasy. Istotny i skrupulatnie chroniony.


Skórzany notatnik wraz z wiecznym piórem
Towarzyszy mu od zawsze. To tam gromadzi najważniejsze zapiski, przemyślenia i analizy. Pomięte kartki skrywają niepoznane tajemnice; konstelacje słów ułożonych w najintymniejszą i najbardziej osobistą poezje. Znajdują się tam ulubione cytaty, fragmenty książek, które niedawno przeczytał, próbne listy oraz masa notatek wyprowadzanych podczas zgłębiania opasłych tomiszczy. Umieszcza tam również ryciny run, czy zaobserwowanych roślin, których nie zna dokładnie. Specjalne zaklęcie nie pozwala, aby skończyły mu się kartki. Jest dla niego niezwykle cenny, dlatego też praktycznie nigdy się z nim nie rozstaje.


Sterta listów zebranych podczas podróży
Przez jedenaście lat morderczej tułaczki, kontakt z mężczyzną był utrudniony, wręcz niemożliwy. Odcinając się od przeszłości, ograniczał korespondencję z własnej strony. Listy, które przychodziły do niego regularnie, pochodzące od najbliższych przyjaciół, znajomych, a przede wszystkim siostry, zbierał skrupulatnie. Traktował je ze szczególną czcią, czytał kilkukrotnie. Ich sterta spoczywa w bezpiecznym miejscu.


Pojedynki magiczne:



Pojedynki niemagiczne:

Listy:


[bylobrzydkobedzieladnie]





My biggest fear is that eventually you will see me that way I see myself


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 31.08.20 0:36, w całości zmieniany 56 razy
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 15
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Vincent Rineheart Empty
PisanieTemat: Re: Vincent Rineheart [odnośnikVincent Rineheart I_icon_minitime24.08.19 0:07


Atelophobia
The fear of inperfection.
The fear of never be good enough.




Przeszłość
06 czerwca 1937 | Nobby Leach | Dom Rinehartów
Piekło - właśnie tak odbierał sytuacje, które od jakiegoś czasu miały miejsce w domu rodzinnym. Gorąca, gęsta atmosfera, wzmocniona przez intensywne promienie wczesnego, letniego słońca. Rozedrgana materia ciężkich wyrazów, wisiała w powietrzu nie mogąc rozpłynąć się na dobre. Metaforyczna ciemność zaślepiała umysł, a przede wszystkim gorejące serce. Negatywne emocje towarzyszyły mętnej codzienności, zabierając upragnione, radosne chwile. Po środku wszystkiego stał on – rosłe wcielenie okrutnego diabła; prowodyr, zarządca władający rozpalonym królestwem. Kreujący własny światopogląd tak różny od magicznych wyobrażeń najstarszego dziedzica znamienitej rodziny. Przełomowy moment w życiu każdego, młodego czarodzieja zbliżał się nieubłaganie.

19 maja 1944 | x | Justine Tonks | Opuszczona klasa
Czyż nie było to imponujące? Gdy poprosiła go o indywidulane lekcje, nieświadomie zgodził się na wymienione terminy. Szeroki uśmiech, jeszcze długo nie schodził mu z twarzy, a godziny oczekiwania na najbliższe spotkanie wydawały się dłużyć niemiłosiernie. Pierwszy raz wyczuwał podobną euforię, dziwne podekscytowanie i wzburzenie krwi. Świat wydawał się nieco przystępniejszy. Myśli niemalże momentalnie wracały do wakacyjnych nocy, gdzie z wyraźnym porozumieniem oddawali się wspólnym przemyśleniom, dyskusjom czy dzieleniu wiedzą. Lubił te momenty, gdy opary gorącej herbaty wypełniały całe pomieszczenie. Bezdenną ciszę, przemijające wskazówki kuchennego zegara. Czasami zdawało mu się, że wszystko przeradza się w trochę inny wymiar, a emocje nie są już tak powierzchowne; dosięgają ukrytej głębi, ożywiając drobne elementy.

17 lipca 1950 | x | Edgar Burke | Włochy, Civita di Bagnoregio
Dostał szansę, której nie mógł zmarnować. Najbardziej zintensyfikowaną uwagę przykuł jeden z mężczyzn, którego poznał wczoraj. Zasłyszane nazwisko  dawało wiele do myślenia – kojarzyło się z jednym wyjątkowym miejscem z angielskiego, magicznego półświatka. Nie był pewny czy znali się ze szkoły – był starszy o kilka lat. Wydawał się profesjonalnym zawodowcem skupiającym się na swoim zadaniu. Posiadał umiejętności, o których mógł jedynie pomarzyć. Od pierwszego poznania nosił się z zamiarem, aby poprosić o rozmowę. Przez większość czasu trzymał się na bezpiecznym pograniczu, nie byłby zdziwiony, gdyby potraktowali go jako nieśmiałego odludka. Czekał na właściwy moment, gdy gwarne grono rozejdzie się w swoje strony. Nie trwało to długo – wypatrywany towarzysz opuścił okrąg udając się do rozłożonego namiotu. Chłopak momentalnie poderwał się do góry, upuszczając skórzany notatnik. Podnosząc go pospiesznie ruszył biegiem za rosłą sylwetką krzycząc: - Panie Burke! – szybko skarcił się za te wymuszone uprzejmości i kontynuował: - Edgarze! – dobiegł do celu, dysząc ciężko i przecinając jego drogę. – Mogę zająć chwilę? – zaryzykował. Ale czy ryzyko nie było kluczem do sukcesu?

10 czerwca 1952 | x | Francesca Borgia | Włochy, Sycylia
Dlatego też nie zanotował momentu, w którym kobieca postać, prawdopodobnie idąca tuż za nim, traci kontrolę – z wymownym impetem wywraca się na zasłonięte plecy. Oczy rozszerzają się w zaskoczeniu, sylwetka chwieje niebezpiecznie, a czytana książka wypada na uklepane podłoże. Coś nieprzyjemnie zimnego drażni skórę przez zbyt cienki materiał. Co się właśnie wydarzyło? Jak do tego doszło? Czy wszyscy są cali? Odkręcił się zaszokowany. Mina wskazywała całkowitą dezorientację, zdumienie oraz niezrozumienie. Chciał wyrzucić pierwsze, krytyczne słowo, gdy przyjazny profil uprzedził w pośpiechu. Odpowiedział: – Non importa, non importa. – niezgrabnie, niepewnie, nie pamiętając czy układ słów wyrażał jego zamiary. Westchnął ciężko, kiwając głową z niedowierzaniem. Oprawczyni wyglądała na przerażoną i zatrwożoną, lecz zdeterminowaną, aby pozbyć się skutków spowodowanego wypadku. Mężczyzna zaśmiał się przeciągle, kiedy jej dłonie próbowały zetrzeć rozmazane, brunatne plamy. Sytuacja była absurdalna, nad wyraz zabawna. – Nie kłopocz się. Nic się nie stało.



STYCZEŃ
8 stycznia | x | Lyall Lupin | Maige Tuired
Ciemna, zadymiona sylwetka widniała w oddali, gdy z dokładnością i skupioną uwagą przymrużał błękitne oczy. Nieświadomie zbliżał się w jej kierunku myląc rzeczywistość z barwnymi halucynacjami. Dłoń przesunęła się do obszernej kieszeni, zaciskając na drewnianym trzonku. Serce przyspieszyło swój bieg, a krew zawrzała mimowolnie. Gdy był już na tyle blisko, aby stwierdzić, że tembr głosu okaże się słyszalny, zatrzymał się i rzucił głośne: - Hej Ty! – różdżkę przełożył do rękawa, będąc w gotowości, aby w tym samym momencie dodać: - Kim jesteś?

12 stycznia | x | Bertie Bott | Kawiarniane stoliki
Wnętrze pachniało wypiekami, cynamonem, a przede wszystkim świeżymi jabłkami. Cukrowe pyszności uśmiechały się zza przeszklonych lad, a rodzinna atmosfera udzielała się wszystkim zgromadzonym. Mimo dość wczesnej pory, restauracja wydawała się zatłoczona. Rozbiegane dzieci, gawędzący dorośli, pospieszni kupcy, pragnący zatopić swe podniebienie w niebiańskich kremówkach. Z roziskrzonymi oczami i o wiele lepszym humorem zmierzał w głąb lokalu, lecz coś odwróciło jego uwagę. Rosła, niestabilna postać leciała w jego kierunku, spadając wprost z drewnianych schodów. Mężczyzna rozszerzył źrenice w widocznym przerażeniu nie mając możliwości, aby umknąć przed upadającym. Jego krzyk wytrącił go z równowagi, kiedy niepewny ciężar przyczepiał się do jego ciała. Zamarł. Lepka, ciepła ciecz spływała po świeżym ubraniu.

23 stycznia | x | Sigrun Rokwood | Aleja przy cmentarzu
Cmentarze od zawsze w jakiś sposób go fascynowały. Niecodzienna, niepowtarzalna aura, pasowała do wyciszonego i spokojnego usposobienia. W żadnym z etapów swojego życia nie odczuwał przerażenia – lubił wypełniającą, tajemniczą sakralność, duchowość oraz wewnętrzną mistyczność. Wyczuwał ich obecność; tysiąca zbłąkanych jednostek, pochowanych wraz z niepoznanymi, fascynującymi przeżyciami; nieopowiedzianymi historiami. Zawsze błądził po wygłuszonych alejkach – wczytywał się w niewyraźne, wydrapane daty, wyszukując tych najbardziej odległych.

29 stycznia | x | Gillian Tremaine | Targowisko na dworcu
Przedzierając się przez alejki pełne niezidentyfikowanych bibelotów; próbując w pośpiechu odpalić skręconego papierosa, coś przykuło jego uwagę. Ogromne, ciekawskie zbiorowisko, komentujące zaistniałą sytuacje. Dwie rozkrzyczane kobiety, próbujące rozładować swoje napięcie na zdezorientowanej nabywczyni. Ciemnowłosy, nie ściągając kaptura, zmarszczył brwi w niezadowoleniu; wyciągając filtr ze spierzchniętych ust, urażony wydzierającym wnętrze hałasem, wtargnął w sam środek skupiska, krzycząc: - Koniec tego! Rozejść się, do roboty! – po czym gdy reakcja okazała się właściwa, ponownie ulokował szarawego dusiciela na krawędzi warg, odpalając krótkim pstryknięciem placów. Omotał wzrokiem stojącą nieopodal ofiarę, próbując zidentyfikować jej tożsamość. Zatrzymał się na chwilę, aby po dłuższym zaciągnięciu dodać krótkie: - Wszystko dobrze?.

LUTY
20 luty | x | Philippa Moss| Opuszczona tawerna
Ciemna, zamglona kotara okrywała uśpioną codzienność. Podłużny blask księżyca prowokował utwardzony śnieg do roziskrzonego migotania. Mokre drewno pobliskich budynków przybrało ciemną, zatrważającą barwę, a lodowe sople zwisały nad głową niczym najostrzejsze sztylety. Nadmorska, słona wilgoć mieszała się z rozmiękczonym powietrzem, powodując nieprzyjemne, wstrząsające dreszcze. Oddech zamieniał się w przezroczystą parę, a powolne kroki tonęły w rozpuszczonych, błotnistych kałużach. Nie było bezpiecznie. Przygaszone, przestarzałe lampy ograniczały widoczność; skrywały niedostrzeżone, nocne mary czyhające na swoje ofiary. Z głębi samotnych baraków dochodziły pojedyncze krzyki, pijackie bełkoty – zwiastuny rychłej awantury. Ktoś rozbił właśnie szklaną butelkę, kończąc ostatnie krople rozgrzewającego rumu. Inny wciągał na brzeg porozbijaną łajbę, chcąc uniknąć bolesnej utraty, czy głębszych zniszczeń. Obdarty kot w kolorze ciemnej szarości, przebiegł mu przez drogę, czyżby sygnalizował fatum, pech i nieszczęście? Zatrzymał się na chwilę, wyrywając z chwilowego zaćmienia. Odprowadził wzrokiem zaniedbane zwierzę, chcąc upewnić się, że całe niepowodzenie odejdzie wraz z nim.

22 luty | x | Charlene Leighton| Danson Park
Już dawno odzwyczaił się od zatrważających i ciężkich warunków powracającej zimy. Podróżując po odmiennych terenach fascynującej Europy zauważył, że poszczególni mieszkańcy zupełnie inaczej odbierają zmrożoną aurę. Co więcej skutki białego, zmasowanego ataku wydawały się o wiele lżejsze, delikatniejsze i zdecydowanie przyjemniejsze w obrębie codziennego funkcjonowania. Od zawsze, o wiele łagodniej przechodził najtrudniejsze symptomy. Będąc dzieckiem urodzonym w samym środku rozpoczynającego pogorszenie pogody miesiąca, objawiał dużo silniejszą wytrzymałość. Dlatego też grafitowy, długi płaszcz, którym okrywał całe ciało był zdecydowanie za cienki na panującą temperaturę. Dość zgrabnie wymijał opatulonych przechodniów nie zwracających uwagi na umykającego dziwoląga. Pospiesznie przemierzał kręte, brukowe ulice, pochylając sylwetkę w nieco nienaturalnym położeniu. Od momentu, w którym postanowił na nowo zadomowić się w macierzystych terenach smaganej wojną Anglii, nie przypuszczał, iż przywyknięcie do odmiennego stylu życia okaże się tak skomplikowane.

27 luty | x | Jackie Rineheart & Brendan Weasley| Latarnia morska
Stojąc na cienkiej krawędzi stromego urwiska, spoglądał w bezdenną przestrzeń, upajając się spokojem błękitnej, szumiącej tafli. Wiatr rozwiewał grafitową pelerynę, zdecydowanie za cienką na te porę roku. Twarz przykryta głębokim kapturem zdradzała bezemocjonalny, stoicki i niewymuszony spokój. Płuca pracowały poprawnie, równo, rytmiczne. Przeraźliwie doskwierający chłód otrzeźwiał nieczytelne myśli, dając do zrozumienia, że to wszystko dzieje się naprawdę. Był to ostatni kwadrans, przed rozpoczęciem krwawej apokalipsy. O ile w ogóle się rozpocznie.

MARZEC
1 marca | x | Justine Tonks | Kwitnący las
Przez dłuższą chwilę, z trudem pochłaniając ogniste stróżki zimowego powietrza, postanowił ruszyć w dobrze określonym kierunku. Umysł pozbawił go wszelkich doznań; uczucia kłębiły się pod spodem, nie chcąc zbyt gwałtownie wydobyć się na zewnątrz. To była ona. Niezgrabny chód, zaprowadził go przed niepozorną towarzyszkę, prezentując widoczną skruchę, nieśmiałość i strach przed rozwojem sytuacji. Na moment pozwolił sobie skonfrontować podobne odmiany świdrujących tęczówek, aby potwierdzić tożsamość. Wiatr odgrywał spektakularne melodie, kiedy to pierwszy, lecz cichy dźwięk wydobył się z jego ust: - Pasujesz do koloru lilii Justine.

5 marca | x | Gabriel Tonks | wnętrze pubu
Nabierając zmrożonego powietrza, odetchnął ciężko, popychając toporne, drewniane wrota. Obraz, który ukazał się przed jego oczami, był tym samym, niezmiennym widokiem, który jeszcze przed chwilą prezentowała jego wyobraźnia. Gromki hałas męskich rozmów, stukot rozmaitego szkła, przyjemne ciepło bijące z samego środka tajemniczego wnętrza; ten sam barman, który w największym skupieniu polerował brunatny kufel. Omotał znudzonym spojrzeniem nowego wędrowca, aby bez słowa powrócić do relaksującej czynności. Mężczyzna rozejrzał się mimowolnie, próbując dostrzec znajomą sylwetkę. Dzisiejszego popołudnia, Dziurawy ukrywał w swym wnętrzu wszystkich nieprzyjaciół niesprzyjającej aury. Dlatego też nie zdejmując wilgotnego kaptura, ruszył przed siebie, poszukując właściwego stolika. Zatrzymał się nieopodal lewego filaru, obserwując odwrócony profil. Lustrował siedzącą postać, szukając odpowiednich podobieństw. Minęło 11 lat, czy pomyłka ukaże się uzasadniona? – Gabriel? – wyrzucił krótko, zachodząc z prawej strony ulokowanego gościa.

9 marca | x | Justine Tonks | Kuchnia
Oczy widziały zamglony obraz, a korki wydawały się ociężałe, powolne, drętwe. Próbował za wszelką cenę doprowadzić się do ładu – wygładzał odzienie, kilkukrotnie przeczesywał zmierzwione włosy, szczypał policzki, aby przywrócić trzeźwość umysłu. Nie będąc gotowym, postanowił ruszyć na dół – skonfrontować, przeciwstawić poznać. Ujrzeć i obserwować ulubioną aparycje, która przygotowywała coś smakowitego. Z każdym stopniem wyczuwał przyciągające opary, odczuwając bezgraniczny głód. Tonks krzątała się po kuchni, sprawnie przeskakując między naczyniami. Zdziwił się, że nie potrzebowała różdżki, lecz w taki sam sposób gotowała jego matka. Oparł się o framugę drzwi nieco bezszelestnie i zaczął bezinteresownie: - Przepięknie pachnie. – rzucił pewnym stwierdzeniem, przechodząc nieco głębiej.

11 marca | x | Kieran Rineheart | Cmentarz dla magicznych
W przeciwieństwie do niego preferował samotne zachody. Majestatyczne, krótkotrwałe zjawiska, których różnorodność za każdym razem zachwycała prostego, niewymagającego człowieka. Jakże piękna była ich struktura, gdy rozgrzane słońce ukrywało swe oblicze za długą linią horyzontu. Wszystko wyglądało wtedy tak bajecznie, atrakcyjnie, nietuzinkowo. Najwspanialsza okazywała się niepoznana gama kolorów ułożonych w najdziwniejsze kształty. Przecinała chmury pojedynczym błękitem, soczystą pomarańczą, subtelnym liliowym różem, lub gniewną czerwienią. Przeplatała, mieszała, kombinowała, aby jak najbardziej nacieszyć oko spragnionego obserwatora. Całości towarzyszył subtelny, ledwie wyczuwalny zapach oddychającej ziemi. Świat układał się do snu natchniony magicznym, uspokajającym widokiem. Świadomość przejścia do krainy błogiego odpoczynku wydawała się jedyną, upragnioną czynnością. Zmęczenie obezwładniało kończyny zapraszając na bezkresną wizytę w ramionach Morfeusza. Miał nadzieję, że ona też go uściskała. Na zawsze – jak wiernego przyjaciela.

13 marca | x | Lucinda Selwyn | Ruiny Mer-Akha, Walia
Zlecenie, które otrzymał nie było przedstawione zbyt szczegółowo. Dostarczone z drugiej ręki, dotyczyło pewnego, niegdyś plugawego miejsca, o którym znamienite legendy, krążyły wśród czarodziejskiego świata. Ruiny Mer-Akha, dawnej, goblińskiej metropolii nie wydawały się zatrważającym, niedostępnym terenem; tabuny turystów niemalże codziennie prześlizgiwały się wąskimi, kamiennymi uliczkami, podziwiając statyczne, niezniszczalne budowle. Gwarne wizyty, oczekujący handlarze, wyciągający od nieświadomych zwiedzających bajońskie sumy pieniędzy - wciskając w łapczywe ręce nieznane przedmioty; mówiąc, że były to żywe pamiątki po goblińskich przodkach. Siedząc przy małym, drewnianym stoliku, popijając rozgrzewający napar, ciemnowłosy z uniesioną brwią zaczytywał się w drobne pismo kreślone na pożółkniętym pergaminie. Zdziwiony oszczędnością treści, próbował wydobyć najważniejsze informacje: data, cel misji, współtowarzysze, główny zleceniodawca, sposób przygotowania i przede wszystkim zapłata.

18 marca | Hannah Wright | Long Acre
Sylwetka, którą pragnął doścignąć umykała w zagęszczonym tłumie. Z każdą minutą przyspieszał korku walcząc z kleistą, śliską mazią oraz statycznym ciałem obłąkanych przechodniów. Z determinacją wykrzykiwał znane personalia, wyczuwając jak cała uwaga skupia się właśnie na nim. Marszczył brwi w wyrazie niezadowolenia, skupienia, próby przywrócenia utraconych sił. Zatrzymała się gwałtownie; o mały włos nie staranował jej ciała, walcząc z pochłaniającą grawitacją. Płuca paliły niemiłosiernie, a klatka piersiowa unosiła w nierównomiernym odruchu. Musiałaś tak pędzić droga Wright? Czuł jak zdeterminowany wzrok prześlizguje się po pochylonym profilu szukając znajomych wyróżników. On też zatopił w niej roziskrzony, przyciemniony błękit, chcąc skonfrontować skutki przemijającego czasu. Wyrosła – na piękną, świadomą kobietę. Gdyby nie drobne, charakterystyczne niuanse, prawdopodobnie nigdy nie dostrzegłby jej w tłumie. Była wyższa niż pierwotnie zakładał. Twarz przybrała twardsze, nieco gwałtowniejsze rysy. Tęczówki ginęły w ciemnej oprawie oczu, przyszpilając do niedalekiego muru. Usta pozostały nieodgadnione, nieporuszone, tak samo jak emocje, które w żadnym z momentów nie wydobyły się na światło dzienne.

28 marca | x | Justine Tonks | Kuchnia
Na próżno przyszło mu rozmyślać nad ów sylabą, gdyż drewniany przedmiot przeciągnięty z kanapy, wpijał się w miękką, chwiejną skórę domownika. Kiedy zdążyła wykonać ten ruch? Rozszerzył źrenice, zamarł na moment. Był zaniepokojony, nieporuszony, lecz niezlękniony. Powoli przyzwyczajała się do dobrze znanego otoczenia, a gdy wyczekiwany błękit zaćmionych tęczówek, spoczął na jego własnych – odetchnął z ulgą. Czuł, jak całe płuca wypełnione powietrzem, potrzebują szybkiego upustu. Gdy wypowiedziała jego imię, odsunęła różdżkę, wypuścił je z głośnym świstem. Instynktownie przesunął dłoń w miejsce dość silnego nacisku i wyszeptał, krótkie, siłowe, ale bardzo łagodne: – To ja. - nie poruszał się zbyt często, oddając jej większość swobody. Zacięta mina czekała na pierwsze, prośby, gęstwinę słów oraz rozkazy. Wnętrze było rozedrgane, zaniepokojone i zmartwione. Wyczuwało nagromadzony niepokój oraz niezbyt przychylne fakty. Coś strasznego musiało się wydarzyć – napotkać na codziennej drodze. Okoliczność tak złożona, skomplikowana, ciężka do pojęcia przez nieświadomą osobę. Obserwował jak światło wraca do jej oczu. Patrzył na dziwne, nieskoordynowane ruchy, wykonywane w tym samym czasie. Zerknął na małe lusterko, służące do prawdopodobnej komunikacji. Próbował wyłapać kontekst zdarzenia, lecz nic sensownego nie przychodziło mu do głowy.




[bylobrzydkobedzieladnie]





My biggest fear is that eventually you will see me that way I see myself


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 24.11.20 0:57, w całości zmieniany 32 razy
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 15
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Vincent Rineheart Empty
PisanieTemat: Re: Vincent Rineheart [odnośnikVincent Rineheart I_icon_minitime14.02.20 21:32


Thantophobia
The phobia of losing
someone you love.




PRZESZŁOŚĆ
03 maja |Kieran Rineheart | Klif zdobywców

...

KWIECIEŃ
02 kwietnia | x | Lyall Lupin | Kwatera główna aurorów
Znał go, jak zawsze, najszybciej załatwiał formalności. Co tu robił? Gdzie podziewał się dotychczas? Czy było możliwe, aby kilka miesięcy temu, faktycznie znajdował się nad wyczarowaną przez siebie pułapką? Pokręcił głową na myśl o kolejnej, planowanej czynności. Nie zważając na opinię i ostry wzrok innych, wyszedł z kolejki przeciskając się w stronę mężczyzny. Ktoś potraktował go przekleństwem, utrudnił przejście, lecz po chwili stał już obok niego. Patrzył przed siebie i statycznym, miarowym głosem powiedział: – Zobaczyłem cię w tłumie, dlatego postanowiłem skorzystać. Długo już tu jesteś? – zwykłe, sztampowe, nudne rozpoczęcie rozmowy. Lekki niepokój ogarniający zziębnięte wnętrze. I te myśli skłębione, obarczone niepewnością i masą pytań. Bo jak powinien się zachować stojąc twarzą w twarz z przyjacielem, którego nie widział ponad jedenaście lat?

10 kwietnia | Anthony Skamander | Pod Rozbrykanym Hipogryfem
Silna, męska sylwetka, niemalże stworzona do walki. Czyżby urósł? Ileż to czasu minęło, odkąd widzieli się ostatni raz? Jak bardzo zmienił się wewnętrznie? Co przeżył, gdzie był? Jak daleko skierował go los? Wypuszczając ostatnią strużkę gryzącego dymu, wyrzucił niedopałek. Zgrabnym ruchem wyminął błotnistą kałużę, aby po chwili znaleźć się naprzeciwko. Zatrzymał się, na krótką chwilę wcisnąć przenikliwy błękit ciekawskich tęczówek. Z wrodzoną uprzejmością, chciał rozpocząć od przeprosin za niedopilnowanie godziny, lecz blondyn uprzedził go zaczepnym stwierdzeniem. Rozciągną kąciki ust w lekkim uśmiechu i szybko odpowiedział: – A co jeśli powiem ci, że po prostu się przewróciłem? – żartobliwy ton, rozniósł się po ciele. Nie spodziewał się takowej, pierwszej reakcji. Przyjaciel bardzo szybko przywrócił obraz dawnego, szkolnego incydentu, w którym po raz pierwszy i ostatni wdawał się w uczniowskie potyczki; wyrażał swoje zdanie odpowiednio głośno. Zamyślił się na chwilę, tracąc koncentrację. Jednakże szybko powrócił do rzeczywistości odwzajemniając silny uścisk dłoni i kontaktowe poklepywane. Ciebie też. – Tyle czasu… – rzucił między gestami, kiwając głową z niedowierzaniem. W tym momencie mógł jeszcze dokładniej przyjrzeć się twarzy towarzysza – ewidentnie coś zdarzyło się w ostatnim czasie. Mimo usilnego i skutecznego maskowania, nie wyglądał w pełni sprawnie. Nie pytał.

11 kwietnia | Justine i Michael Tonks | Wejście
Vincent!
Przymknął książkę, wkładając palec pomiędzy stronice. Zmarszczył brwi jeszcze bardziej intensywnie, próbując odgadnąć intencję nawoływania. Do czego mógłby być potrzebny? Wzdychając ciężko, leniwie zsunął się z krzesła. Przejechał dłonią po włosach i nieco statycznej twarzy. Wolumin nie opuścił jego rąk, aż do momentu, w którym powolnie przekroczył próg chaty. Przytulił ramiona do szyi, gdyż niechciane zimno, uderzyło w całą sylwetkę. – Wołaliście mnie? – wypalił pytająco z wyraźnym wyrzutem. Czy byli świadomi, że przerwali mu ważne przygotowania? Przejechał wzorkiem po obu profilach – wyglądali na pobudzonych. Co takiego kombinowali? Zmarszczył brwi podejrzliwie, zwracając głowę w stronę starszego aurora: – No słucham. – dodał po chwili, próbując odgadnąć zamiary tajemniczej dwójki. Czyżby chcieli go do czegoś zaangażować, poprosić o pomoc? Skrywany uśmiech Justine wydał mu się podejrzliwy, nietypowy. – Chcecie mnie w coś wkręcić, tak? Mam pozmywać naczynia? – wspaniale się zapowiadało, ot co.

15 kwietnia | x | Justine Tonks | Wiśniowa dolina
Czy to dla niego zmieniła swój codzienny wygląd? Czy mógł być godzien tak wyjątkowych starań? Uśmiechnął się subtelnie, widząc jak podchodzi coraz bliżej i bliżej. Nie było odwrotu. Dłonie zaciskały się na palcach, ciało było napięte. Dość sprawnie prześlizgnął tęczówki po całej sylwetce, zgłębiając aparycję. Jesteś piękna. I zanim zdążyła wypowiedź swoje sylaby, on uprzedził ją stwierdzeniem: – Pięknie wyglądasz Justine. – ton głosu był ciepły, melancholijny, lekki. Wyrażał podziw, prawdę, i niewiarygodne szczęście. Była tu, stała obok, cieszyła obecnością, napawała optymizmem. Czy to dziwne, aby czuł, iż unosi się nad ziemią? – Cieszę się, że przyszłaś. – dodał jeszcze, w odpowiedzi, niewymuszenie. Zmniejszyła odległość, a on pozostał statyczny. Nie wiedział co powinien zrobić, jak się przywitać. Uporczywie poszukiwał w głowie jakiegoś dogodnego rozwiązania, słowa, które pokona chwilową ciszę.

16 kwietnia | x | Michael Tonks | Kuchnia i spiżarnia
Zachowywał się podejrzanie, zbyt spokojnie. Wykonywał podstawowe czynności, krzątał, przygotowywał śniadanie? Opierając się o wystającą krawędź postanowił przerwać milczenie: – Wszystko w porządku? – zaczął swobodnie.
– Ciężka noc? – nie musiał przed nim kłamać. Widział, że coś jest na rzeczy. Ręka ściskającą białawy zwitek ułożyła się na klatce piersiowej, druga zaś sięgnęła po czerwone, soczyste jabłko ulokowane w środkowej części stołu. Okręcał je smukłymi palcami, koncentrując wzrok na plecach współtowarzysza. Co takiego odpowie, jak zareaguje? Jednakże przeciwstawne pytanie było niespodziewane, nagłe. Przez chwilę zapomniał o zaplanowanych zamiarach. Odetchnął ciężko, rozszerzył źrenice. Zamilkł na moment szukając odpowiednich słów. Spoglądając w okno odpowiedział szczerze i twardo: – Wyprowadzam się. – zaskoczony, zszokowany? Po co udawać? – Nie chciałem robić niepotrzebnego zamieszania. – skwitował kończąco, nie zamierzając tłumaczyć rewolucyjnych zamiarów. Był przecież dorosły, panował nad swoim życiem. Piękna mrzonka drogi chłopcze.

22 kwietnia | Anthony Macmillan| Macmillan's Firewhisky
Marszcząc brwi w skupieniu, rozpoczął nerwowe rozglądanie. Prześlizgiwał się po twarzach barmanów, pracowników oraz klientów, czy któryś z nich, przypomniał przyjaciela? Łamacz ułożył ręce na blacie, wystukując palcami nieznany rytm. Wyczekiwał odpowiedniego momentu, w którym mógł odważnie oderwać się od drewna i ruszyć w głąb lokalu. Dostrzegł go w oddali. Poprawiając okrycie wierzchnie, podszedł do mężczyzny. Wymalował na twarzy jeden z najszczerszych uśmiechów; czekał, aż zakończy rozmowę z jednym z pracowników. Nie omieszkał przywitać go niestandardowo mówiąc: – Tyle o tym miejscu słyszałem, ale jeszcze nigdy tu nie byłem. – wyrzucił z nutą rozbawienia, zatrzymując wzrok na bladej twarzy współtowarzysza. – Robi wrażenie. – dodał uzupełniająco, pochlebczo, pełen podziwu, a po chwili wymownego milczenia, zbliżył się do wytwórcy i zdobył się na sentymentalne: – Tyle lat… – po czym zamknął go w krótkim, lecz czytelnym objęciu. Bardzo mi Ciebie brakowało.

26 kwietnia | Francesca Borgia | Castle Rising, Nortfolk
Niezabezpieczone płyny, wydostały się na powierzchnię, zalewając przede wszystkim odzież wierzchnią nagłego intruza. – Co do cholery? – wyrzucił, odskakując błyskawicznie, aby jak najmniej kropel dostało się na płaszcz. Ciężka woń lepkiej, ciężkiej cieczy, wytworzyła nieprzekraczalną barierę. W tym momencie mógł swobodnej, pewniej, utkwić wzrok roziskrzonych, gniewnych tęczówek w zaciemnionej postaci. Gdy odezwała się po raz pierwszy, odpowiedział liniowo: – Dokładnie to eliksir na kaszel. – wyrzucił niedbale, informacyjnie jakby to wszystko nie miało znaczenia. Jakby nie obchodziło go, że ucierpiała. Czyż nie była sobie winna? Był okropnie zmęczony. Gdy zsunęła kaptur, niechętnie powrócił do poznawania, badania twarzy, jak się okazało kobiecego wędrowca. Zamarł. Świat stał się statyczny, wnętrzności wywróciły się do góry nogami, a sparaliżowane członki nie potrafiły wykonać żadnego ruchu.
To była ona.

MAJ
09 maja | x | Lucinda Hensley | Jezioro Ripley w North Downs
blondynki? Czy faktycznie ustalił jednolitą wersję wydarzeń co do nagłego powrotu? – Wiesz… Wróciłem, bo… – zatrzymał spoglądając w bok. Błękitne tęczówki rozszerzyły się nieznacznie. Bo nie mogłem patrzeć jak najbliżsi ryzykują swoje cenne życie. Bo nie mogłem już nikogo stracić. – Poczułem, że mogę się przydać. Tak po prostu… – dodał posępnie, wkładając przedmiot w drobne dłonie. Opuścił ramiona, nie wiedząc co powiedzieć dalej. Chwila milczenia zawisła pomiędzy sylwetkami: – Nie za wszystkim. – wymamrotał trochę niewyraźnie, gdyż głowa znajdująca się między kolanami, doglądała zielonkawy dywan.– Głównie za ludźmi, kontaktami, rozmowami. Może to głupie i niemożliwe, ale czułem się samotny… - i nie tylko. Anglia nie miała dla niego żadnego znaczenia. Nie czuł przywiązania, jedności, obowiązku. Odnalazł tak wiele pięknych, absorbujących miejsc. Były tak odmienne, przyciągające swym ciepłem, orientem, wyjątkowością. Rozgrzewały całorocznym słońcem, turkusem oceanu, starannością budowli. Tam mógł być szczęśliwy, lecz nie sam.

10 maja | x | Cora Howell | Mokradło
Jeszcze raz obrócił się w stronę konkursowego obszaru, aby zarejestrować interesujący obraz, usłyszeć charakterystyczny odgłos. – Masz na myśli ten wzmożony gwar? – zapytał bezmyślnie, lokując tęczówki na rozkojarzonych, podekscytowanych rysach. Kiedy uzupełniła wypowiedź rozszerzył źrenice w niemym zdumieniu: – Już to wyczułaś? – wybełkotał z podziwem, nie mogąc uwierzyć w niewiarygodne odkrycie. Z tak ogromną wiedzą na temat leśnych istot, wyczulonym instynktem oraz obyciem, mieli ogromne szanse, a nawet wyraźną przewagę. Kiwając głową z niedowierzaniem uśmiechną się znacząco, aby następnie skomplementować: – Jesteś niemożliwa! – zaskakiwała, a on chłonął każdą informację, na nowo. – Opowiadałem ci kiedyś historię o tym jak to się stało, że moim patronusem jest właśnie lis? O ile jeszcze nim jest. – wzruszył ramionami, nie mając pojęcia o tym, czy nadal potrafi go wyczarować.

10 maja | Hannah Wright | Pokój gościnny
Znał go, jak zawsze, najszybciej załatwiał formalności. Co tu robił? Gdzie podziewał się dotychczas? Czy było możliwe, aby kilka miesięcy temu, faktycznie znajdował się nad wyczarowaną przez siebie pułapką? Pokręcił głową na myśl o kolejnej, planowanej czynności. Nie zważając na opinię i ostry wzrok innych, wyszedł z kolejki przeciskając się w stronę mężczyzny. Ktoś potraktował go przekleństwem, utrudnił przejście, lecz po chwili stał już obok niego. Patrzył przed siebie i statycznym, miarowym głosem powiedział: – Zobaczyłem cię w tłumie, dlatego postanowiłem skorzystać. Długo już tu jesteś? – zwykłe, sztampowe, nudne rozpoczęcie rozmowy. Lekki niepokój ogarniający zziębnięte wnętrze. I te myśli skłębione, obarczone niepewnością i masą pytań. Bo jak powinien się zachować stojąc twarzą w twarz z przyjacielem, którego nie widział ponad jedenaście lat?

10 maja | x | Justine Tonks | ogrody i polana
Jestem wściekła.
– A ja pijany. – odparł jak gdyby nigdy nic, szukając w tym wszystkim odrobiny swobody. Podciągając lewą rękę podłożył ją pod głowę. Zachowywał spokój. Tak będzie najlepiej, prawda? Przymknął powieki. Słuchał i reagował.
– Jak to jak? – wyrzucił gwałtownie. – Normalnie. Będziemy mieć świat. Będziesz w nim ty… – zawiesił na chwilę i dodał: – i ja. – alkohol zdecydowanie robił swoje, gdyż słowa które wypowiadał choć nieskładne, niedoskonałe, były szczere, prawdziwe. – Będziesz miała wszystko, co tylko będziesz chciała. Dam ci nawet gwiazdy. – zapewnił. Zaśmiał się pod nosem, cicho, bardziej do siebie. – Więc już się nie martw Justine. Ja się teraz pomartwię. Jestem w tym naprawdę dobry. – wybełkotał w niebieską przestrzeń trochę niewyraźnie, jakby błogość poranka ponownie utulała go do snu. – Nie martw się. – powiedział ciszej. Ręka, która leżała tak blisko tej drugiej, przesunęła dzielącą odległość. Wąskie palce dotknęły skrawka chłodnej skóry. Wślizgnęły się w ciasną plątaninę, zaciskając z wspierającą siłą. – Już nie jesteś w tym sama. Jesteśmy w tym razem. – dodał jeszcze, aby utwierdzić ją w tym przekonaniu. Trzymał jej rękę przez cały czas, bardzo mocno. Pozwalał aby emocje uchodziły z jej wnętrza. Zezwalał na bicie z myślami, wypieranie, zwątpienie. Akceptował rzeczywistość, chciał ją taką, jaka jest, jaka była i jaka będzie. Nauczy się być odpowiedni, taki jakiego potrzebuje. – Nie martw się już, bo wszystko będzie dobrze.

10 maja | x | ZABAWA | Mokradło
I gdzie w tym wszystkim sprawiedliwość? Słysząc gruby głos organizatora, podniósł wzrok w jego stronę i zrezygnowany odpowiedział: – Ale ja chybea już nie chcę. – wymamrotał niczym niezadowolony sześciolatek, jednakże po kilku sekundach nowe pokłady motywacji ulokowały się w niestabilnym ciele. Podniósł się, rozprostował plecy i po raz kolejny podjął próbę zasmakowania kornwalijskiego specjału. Podstawowe czynności nie są przecież aż tak trudne, prawda? Stół trząsł się od tanecznych wygibasów. Nie było łatwo. Uniósł palec do góry, w celu zabrania głosu i nieco niewyraźnie wyrzucił w majowy eter: – Przepraszam państwa, czy możecie tak nie trząchać? Jem. – pokiwał głową dla utwierdzenia efektu. Przesadzali, zdecydowanie.

14 maja | Cedric Dearborn| Wioska Tinworth
Zaglądając do zawartości, wyciągnął zgrabną butelkę oznaczoną sygnaturą Macmillanów. Zwycięski podarunek miał osłodzić nadchodzące starcie, zacieśniać więzi, pozwolić na powspominane lepszych, a przede wszystkim prostszych czasów. Pamiętasz nocne rozmowy w naszym Dormitorium? – Mam tutaj lekarstwo na łzy po Twojej hucznej przegranej, która zbliża się wielkimi krokami. – zażartował bezpośrednio, posyłając nieco zawadiackie spojrzenie. Był zdeterminowany, chciał rozłożyć przeciwnika na łopatki. Postanowił wykorzystać wszystkie sztuczki, umiejętności, aby powalić go na miękkiej połacie wiejskiej ziemi. Rejestrując wypowiedziane zdanie, kiwnął głową i zebrał porozrzucane rzeczy. Pozwolił, aby znajomy kierował ów wyprawą. Wydawał się bardzo dobrze zaznajomiony z pobliskim terenem. Schował butelkę i wkładając ręce do kieszeni milczał przez kilka sekund. Z zamyślenia wyrwała go niespodziewana, smakowita propozycja. Uniósł głowę i wyrzucił: Nie, nie, dziękuję. Jadłem niedawno.

20 maja | x  | Fight Club| Opuszczona portiernia
Był gdzieś na końcu kolejki. Obojętnym, zblazowanym wzrokiem ślizgał się po barczystych profilach. Kilka z nich napierało okrutnie; musiał wyswobodzić się z ciasnej pułapki. Przeklinając pod nosem, zmarszczył brwi złowrogo - zapragnął kolejnej dawki nikotyny. Odpalając duszącą fajkę, wypuścił dym teatralnie przekręcając oczami. Było gorąco, skóra przyklejała się do nieoddychającej kurtki, ocierała o spocone kończyny. Na ten moment nie dostrzegał żadnych, znajomych twarzy, mimo górowania wśród zgromadzonych. Może to i lepiej? Przesuwając się do przodu znalazł się przed głośnym, pstrokatym zarządcą. Wyjął papierosa spomiędzy spierzchniętych warg. Resztki popiołu opadły na drewniany, porysowany blat. Zatrzymał chłodne, roziskrzone spojrzenie na pstrokatej koszuli, lecz szybko wyrwał się z letargu: – Cormac – rzucił beznamiętnie wysypując odliczoną sumę galeonów. Postanowił posługiwać się swą fałszywą tożsamością. Skorzystał z sumiennie odkładanych oszczędności, lecz co z tego? Pieniądze to nie wszystko i dziś wieczorem miał się o tym przekonać. Rozpychając kolejkę poszedł dalej w poszukiwaniu ognistego płynu do przepłukania zbyt wysuszonego gardła.

CZERWIEC
20 czerwca | Jackie Rineheart | Brzozowa alejka
Chciał wyciągnąć rękę, ułatwić podejście. Wyglądała na zagubioną, niezdecydowaną, może trochę łagodniejszą? Czy była przerażona? W tej jednej chwili, dawne nieporozumienia nie miały już żadnego znaczenia. – Jacqueline… – zaczął niepewnie, trochę zbyt cicho. – To ty.. – a to ja wymamrotał jeszcze. Gdy wyciągnęła dłoń, ujął ją delikatnie, troskliwie z dziwną czcią. Była zimna, odrobinę drżąca. Co się stało? Nie pytał o pozwolenie. Przybliżył się nieznacznie i ze szczególną delikatnością objął ciało siostry, zamykając w swych ramionach. Prawa dłoń ulokowała się na ciemnych włosach rozwianych przez figlarny wiatr. Przejechał po gładkich kosmykach i wyszeptał chwiejnie: – Dobrze, że jesteś cała. Że żyjesz… – ulga, potworna ulga ulokowała się w jego wnętrzu. Ogromny głaz zsunął się z serca. Oczy zaszkliły wilgotną substancją, gdy odsuwał się nieznacznie. Wątły uśmiech ozdobił spierzchnięte wargi, gdy mówił: – Usiądziesz? Nie jest ci zimno?

25 czerwca | x | EVENT | Statek rejsowy
Dlaczego w takim momencie, tak bardzo zależało jej na dociekaniu prawdy? Rozszerzył źrenice i w miarę możliwości, szybkim krokiem przedarł się do dwójki zgromadzonych. Usłyszał ostatnie sylaby słabej odpowiedzi poszkodowanego. Posłał dziewczynie dość karcące, podejrzliwe spojrzenie. Kucając z drugiej strony przyjrzał się obrażeniom. Poprawił swą prawdopodobnie złamaną rękę bliżej ciała i wypowiedział łagodnie: – Niech Pan już nic nie mówi. Zaraz na pewno przyjdzie pomoc… – nadzieja prześlizgująca się w tembrze głosu była złudna – starał się, aby wybrzmiała wiarygodnie, prawdziwie. Łapanie oddechu przychodziło z coraz większą trudnością. Nie chciał pogarszać sytuacji, widząc w jak niekomfortowej pozycji znajduje się siwowłosy mężczyzna. – Proszę oddychać jak najpłycej, odłamek utkwił naprawdę głęboko, a dym nie poprawia sytuacji. – dodał po chwili, starając się zadbać o niespodziewanego znajomego. Odchrząknął kilkukrotnie, kiedy czyjaś obecność przecięła katastrofalny teren. Obce jednostki rozpierzchły się w różne strony. Ciemnowłosy podniósł się do góry, prostując plecy. Zauważył charakterystyczne mundury magicznej policji nie napawające zbyt dużym optymizmem.






[bylobrzydkobedzieladnie]





My biggest fear is that eventually you will see me that way I see myself


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 24.11.20 1:10, w całości zmieniany 33 razy
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 15
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Vincent Rineheart Empty
PisanieTemat: Re: Vincent Rineheart [odnośnikVincent Rineheart I_icon_minitime11.08.20 15:09


Catharsis
The purging or release of emotional tensions,
through kinds of art or music.




LIPIEC
11 lipca | Meave Clearwater | Norwich Nortfalk
OPIS

12 lipca | Męska świta | Przed domem
Kolory malowniczego zachodu rozciągnęły się na obszernym niebie. Zatrzymując się przed niewielką chatką przyglądał się przenikającym, pomarańczowym barwom. W prawej dłoni trzymał rozłożony notatnik, w którym jeszcze o poranku zanotował fascynujące wnioski dotyczące przeprowadzanych ostatnio badań. Mrużył powieki w ewidentnym skupieniu, nie rozumiejąc dość nieoczekiwanych wyników. Jak to się stało? Wszedł na kamienną ścieżkę i widząc zapracowanego gospodarza, uniósł iskrzące spojrzenie i jakby na powitanie powiedział zaczepnie: – Nieźle się tu urządziłeś Dearborn. – schował notatnik do skórzanej torby, rozglądając się po posiadłości. Chata wyglądała na solidną. Miała swój niepowtarzalny klimat. Leśna okolica nadawała specyficzną atmosferę. Zapadał półmrok, drwa skrzyły się ognistym złotem. Pomagając w ostatnich przygotowaniach, zasiadł na krześle. Westchnął ciężko przywłaszczając samotny patyk. Łokieć oparł na kolanie, aby po chwili ułożyć głowę na rozpostartej dłoni. Zamyślił się, rozniecał ognisko co jakiś czas zagłębiając w nim koniuszek gałęzi. Kiedy pierwsze, spodziewane pytanie wypłynęło na powierzchnię. Zamilkł na moment: – Jak to jak? Zaprosiłeś mnie.

21 lipca | Cora Howell | Weranda
OPIS

22 lipca | Michael Tonks | Leśny strumyk
OPIS

SIERPIEŃ
8 - 11 sierpnia | Justine Tonks | Carrantoohill Kerry
OPIS

02 sierpnia | Lucinda Hensley | Zagajnik
OPIS

12 sierpnia | Tom Ghenton | Warsztat Genthona
OPIS

20 sierpnia | Egzekucja | Connaught Squere
OPIS

WRZESIEŃ
KIEDY? | KTO? | GDZIE?
OPIS

KIEDY? | KTO? | GDZIE?
OPIS

KIEDY? | KTO? | GDZIE?
OPIS









My biggest fear is that eventually you will see me that way I see myself
Powrót do góry Go down
 

Vincent Rineheart

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Woreczki z wsiąkiewki-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20