Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Forsythia A. Crabbe
AutorWiadomość

Forsythia Alstroemeria Crabbe

Data urodzenia: 1 kwietnia 1933
Nazwisko matki: Black
Miejsce zamieszkania: rodzinna kamienica w Londynie
Czystość krwi: czysta ze skazą
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: Magizoolog w Ministerstwie Magii - Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami
Wzrost: 173 cm
Waga: 61 kg
Kolor włosów: kruczoczarne
Kolor oczu: niemal czarne
Znaki szczególne: ciemne, enigmatyczne spojrzenie oraz blada cera. Podłużna blizna ciągnąca się od lewej kości biodrowej, aż do kolana. Stroje utrzymane w kolorystyce różnych odcieni niebieskiego - w szczególności ciemnego kobaltu, ultramaryny i błękitu pruskiego.


forsythia
for·​syth·​ia | \ fər-ˈsi-thē-ə
an ornamental shrub whose bright yellow flowers appear in early spring before the leaves

Marcowe poranki obwiewały londyńskie ulice chłodem, a wiatr przemykający się przez okiennice świszczał w rodzinnej kamienicy Crabbe'ów, nie dając spać kobiecie, która w swym łonie nosiła dwójkę rozwijających się dzieciątek. Jednak to nie tylko żywioł powietrza był winowajcą bezsenności damy, wszak to wybór imienia zaprzątał jej myśli. Termin wyznaczony do rozwiązania nadchodził wielkim krokami, podobnie jak wiosna, której pierwszymi oznakami były drobne żółte kwiaty, obrastające krzewy przed ogrodem botanicznym, jaki uparcie odwiedzała pani Crabbe przez ostatnie miesiące. Lecz jej wędrówki były równie bezcelowe co jej pierwsze próby obserwacji nieboskłonu, przystrojonego w migoczący teatr świateł – tak bardzo pragnęła, aby wybór imienia był efemerycznym procesem. Wrażeniowym, kierowanym intuicją, a nie sztucznym studiowaniu cech i symboliki, jaką można by przypisać rozwijającemu się płodowi. Kierowanie się własnymi ambicjami w celu stworzenia charakteru potomstwa przed narodzinami, nie leżało w jej naturze. Pan Crabbe jednak nie pochlebiał kobiecej metody, sam już od dawna miał swoje propozycje imion, niezależnie od płci bliźniąt. Wybrane w przemyślany sposób, poparty dogłębnym studiowaniem mapy nieba, aby utrzymać tradycję rodu swej ukochanej, drogocennej żony. Pan Crabbe wielokrotnie zabiegał o rękę pani Black, próbując nie tylko odnowić dawną przyjaźń pomiędzy rodami, lecz również chciał w ten sposób zyskać większe polityczne poparcie dla swej pozycji w Ministerstwie Magii. Blackowie nie tylko pozbyli się w ten sposób starej panny, której nikt nie chciał pojąć za żonę, ale również dzięki temu zyskali kolejny, oddany pionek na politycznej szachownicy.  
Ciemnoniebieski płaszcz sunął po ziemi wraz z rantem sukni, zahaczając co rusz o smukłe gałęzie krzewów, a czasem nawet zawadiacko wyściubiających z ziemi korzeni drzew. Właśnie to o jedną z tak niecnych roślin kobieta potknęła się, tracąc równowagę i lądując w krzewie o drobnych kwiatach w kolorze świeżych cytryn. Bliska płaczu zapadła się w gęstwinę, nie mogąc samoistnie dźwignąć się do pionu. Żółte kwiaty okalające gałązki były jedynym słuchaczem jej rozczarowania nad własnym niezdecydowaniem i niedolą. Delikatny, słodki zapach otoczył ją, uspokajając zszargane nerwy. Utknęła w zawieszeniu, przyglądając się roślinie. Tak matka poznała imię, którym chciała obdarować córkę.




Byłam pierwsza
firstborn
first·​born | \ ˈfərs(t)-ˈbȯrn
first in the order of birth; eldest

Rozmyty brzask przebijał się przez granatowe kotary, niczym chmury pragnąc powstrzymać blask księżyca od uraczenia ziemi swym światłem. Jednak te pasma, którym udało się przedrzeć, muskały delikatnie skórę kwilącego noworodka, wciąż ubroczonego posoką narodzin. Nie światło otarło twarz niemowlęcia, a męska dłoń i wzrok zauroczony dziecięciem. Mężczyzna nie otulił dziecka kocem ni ręcznikiem, ni chustą - ujął pisklę Crabbe'ów, swoje pisklę, nagie i bezbronne. Przycisnął do siebie i opadł na fotel, szczęśliwy. Dumny. Położna, jedna z dwóch, ujrzała obraz ojca, który przepełniony był radością, jednak wydał się jej Saturnem, pochylającym się, aby zaraz wgryźć się w pierś dziecka, rozrywając je na strzępy. Kobieta próbowała odebrać lordowi dziecko, chcąc je umyć i otulić, lecz mężczyzna ani myślał oddawać kruszynę. Jest pierwsza! Powtarzał, choć to w żaden sposób nie zdołało ostudzić niepokoju służącej.
Druga położna uspokajała krzyki matki, wijącej się na łożu z bólu, jaki odprowadzał drugie dziecko do progu wnętrzności. Żadna z akuszerek nie miała łatwo, lecz obie w ostatecznym akcie wypełniły swe obowiązki, dbając o zdrowie matki, jak i dzieci.
Matka… nie potrafiła darzyć uczuciami żadnej istoty wydanej przez nią na świat. Odmawiała brania ich na ręce, a jej piersi skąpiły mleka, o które ubiegało się rodzeństwo. Zirytowana i zmęczona odprawiała swoją rodzinę za drzwi, pragnąc jedynie samotności owianej ciszą, bez dziecięcych krzyków.
Otwierała na oścież okna w całej posiadłości, dusiła się, zaczynała nienawidzić tego miejsca, dzieci i swego męża. Taki stan rzeczy trwał nierozerwalnie, aż pewnego dnia kobieta podeszła do kołyski, a jej oczy pochłonęły łzy na tyle gorzko, że mogła słyszeć dźwięk wody wyciekającej z miejsc, którymi patrzyła. Klęczała długo, bawiąc długimi palcami dwójkę dzieci, które tak bardzo były spragnione matczynego ciepła.




Zabłysnęłam iskrą magii
spark
\ ˈspärk
a latent particle capable of growth or developing

Dyniowa tarta leciała niczym meteoryt, rozbijając się o twarz najbliżej siedzącego gościa. Nie spaliła się jednak w atmosferze głowy, a skalała lico swoimi odłamkami, rozsmarowując się niedbale. Uderzenie zafalowało zwiotczałą i rozluźnioną skórą, obryzgując górę, szytego na miarę stroju. Nieopodal, lody malinowe wybuchły niczym nieudany eliksir w kociołku, zdobiąc różowymi plamami pieczołowicie upiętą fryzurę dostojnej damy. Krople lodów uświęciły także jej lico, tworząc finezyjne piegi, niekoniecznie pasujące do urody ich nowej właścicielki.
Kawałki cytrynowego sorbetu, swoim chłodem i kwasotą wywołały krzyk oburzenia z męskiej krtani. Oczy nieszczęśnika zdążyły się jednak zamknąć, nim żółta, lodowa papka z impetem w nie uderzyła. Wówczas również wino już plamiło biały obrus, wyrysowując malownicze krajobrazy. Koryta rzek i linie wzgórz, czarodziejsko zabarwione karminową tintą. Pierniczki uniesione wysoko pod sufit zostały rozerwane magią na drobne kawałeczki i puszczone w dół, pozwalając, aby tenże brązowy śnieg oprószył zastawę, gości, potrawy i posadzkę jadalni. Kisiel i poncz wychlusnęły z pucharów, ku górze i jak fontanna opadły, na co bardziej oburzone sylwetki, które nie przypadły do gustu prowodyrce tego zajścia.
Jedzenie rozsmarowywało się po ciałach i ubraniach, posadzce i ścianach. Ktoś się poślizgnął, ktoś wyciągnął różdżkę, a jeszcze ktoś inny skrył się pod stołem, przeklinając zbyt głośno jak na szlachcica.
Dopiero po chwili ojciec winowajczyni zdołał w końcu uspokoić magię małej rozbójniczki, powstrzymując dalszy rozrzut jedzenia po gościach bankietu. Naburmuszona mina i rozwleczona na krześle poza - to wszystko gryzło się z pięknie upiętymi włosami i nazbyt strojną suknią, do której matka przymusiła dziewczynkę. Zepsucie wystawnego bankietu miało jednak ujść na sucho małej rozrabiace, która przez swą złość i niechęć do uroczystości, zamanifestowała swą moc po raz pierwszy. Jak można było się denerwować? Wszak należało świętować pierwsze użycie magii przez córkę znamienitej rodziny! Choć takie podejście miał ojciec, który ewidentnie był zbyt zauroczony córką, to nieco odmienne spojrzenie na to wszystko mieli goście, po których ściekało jedzenie.




Adoptowałam co bezpańskie
adopt
\ ə-ˈdäpt
take and bring it up as one's own

Zmierzwione włosy i wygnieciona sukienka były nie do opanowania, choć opiekunki mogły się dwoić i troić, tak poskromić się nie dało małej diablicy znoszącej do domu znalezione podczas spacerów stworzenia. Mały czort w postaci drobnej, czarnowłosej dziewczynki, był zdolny pochwycić każde zwierzę, nawet to chorowite lub martwe. „Tylko patrzeć jak znowuż stanie w drzwiach z jakimś innym, dziwnym stworem pod ręką” - mówili krewni. Wszystko, co tylko zdołała udźwignąć w swoich małych rączkach, przyprowadzała pod próg kamienicy, starając się niestrudzenie wymusić wzrokiem na ojcu możliwość zatrzymania znajdy. Psy, koty, kudłonie, niuchacze, jaszczurki, padalce, ślimaki, pędraki, pisklęta. Lecz surowe spojrzenie ojca było nieugięte; zwierzęta potem trafiały na wolność, do schronisk, rezerwatów lub pod opiekę magiweterynarzy. Natomiast zagadką pozostaje, skąd dziewczynka miała tyle szczęścia i odwagi, aby bez szwanku znajdować te wszystkie pałętające się po londyńskich ulicach zwierzęta.
Bliźniacza dusza dziewczęcia miała brzydką manierę streszczania wszystkiego rodzicom – więc gdy tylko dowiadywali się o kolejnych eskapadach dziewczęcia po drzewach, krzakach, dachach i innych niebezpiecznych miejscach, natychmiast osądzali opiekunki o niedbałość, zaś samej dziewczynce starali się wytłumaczyć, że takie zachowanie nie przystoi dziewczęciu. Gdy słowa nie działały, wówczas główne skrzypce zyskiwał ojcowski pas. Wkrótce nawet sam dźwięk różnorakich skórzanych akcesoriów, potrafił w bliźniętach wzbudzać niepokój.
Ojciec jednak nie mógł długo gniewać się na swe dzieci, a dla złagodzenia ich strachu, równie często obdarowywał każde z nich prezentami. Dlatego ściany pokoju dziewczynki, zaczęły przyozdabiać wszelakie malowidła z wizerunkami magicznych stworzeń, które w jakiś sposób rekompensowały brak posiadania zwierząt w domu. Żyła iluzją posiadania bestii, lecz w pewnym sensie było to lepsze niż nic. W jej kolekcji z czasem zaczęły pojawiać się także zanurzone w formalinie truchła, a nawet niekiedy ojciec godził się na szkielety elegancko zamknięte w małych gablotach, które pięknie eksponowały się pośród półek.




Zostałam krukiem
raven
ra·​ven | \ ˈrā-vən
the largest bird in the crow family, with shiny black feathers

Były dwa listy, tak samo, starannie zapieczętowane i przyniesione w tym samym dniu, jednak przez różne sowy. Radość dzieci było słychać na każdym piętrze kamienicy i tylko matczyna łaska uchroniła bliźnięta przed ojcem, pragnącym przypomnieć swoim potomkom jak powinni się zachowywać.
Ulica pokątna wrzała od tłoku młodych czarodziejów jak co roku, a tłum przygniatał ciasnotą, odbierając swobodę ruchów. Państwo Crabbe żałowali, że nie wybrali się na zakupy innego dnia, lecz odwrotu nie było, szczególnie gdy bliźnięta zdołały przyssać się do sklepowych witryn w poszukiwaniu przedmiotów spisanych w długo wyczekiwanych listach. Pierwsze różdżki i miotły, własne sowy, wszelkie potrzebne księgi, nowe szaty, kociołki oraz wiele innych niezwykle potrzebnych fantów dla młodych adeptów sztuki magii i czarodziejstwa. Również tego dnia, rodzice skłonni byli na wiele ustępstw, przez co młoda panna Crabbe, mogła cieszyć się rudowłosym sierściuchem, jakiego nazwała Ophiuchus – na cześć gwiazdozbioru wężownika. Kuguchar zdążył kilkakrotnie naruszyć stan mebli w domostwie, nim jeszcze dzieciątka zostały odesłane w szkolne mury.
Dzień, w którym kłęby pociągowej pary wodnej, roznosiły się na peronie 9 i ¾, wcale nie należał do smutnych. Pośród wielu płaczących za sobą rodzin, bliźniaki opuszczały rodziców z wymalowanymi szerokimi uśmiechami na twarzach. Natomiast państwo Crabbe, usilnie próbowali wierzyć, że ich latorośl nie przyniesie im wstydu.
Bliźnięta odnalazły wolny przedział, rozgaszczając się na fotelach ze starym obiciem, pachnącym szatami innych czarodziejów. Zaraz potem, dołączyli do nich inni uczniowie, od których nie stronili, nawet nie pytając o status krwi. Dźwięk pociągu rozbudzał w ich żołądkach nadzwyczajne emocje, przez które zdążyli zapomnieć absolutnie każdą zasadę, którą usilnie próbowali wpisać w ich umysły krewni. Nawet rzucono w ich kierunku aluzję, że z pewnością rodzeństwo o takim entuzjazmie trafi do Gryffindoru, na co jednak oboje reagowali przedziwnym grymasem zniesmaczenia na twarzy. Jedynym domem, do jakiego mogli trafić, był Slytherin – podkreślali to niemal na każdym kroku, nawet stojąc już pod drzwiami wielkiej sali.
Jakiegoż figla więc spłatała im Tiara Przydziału, gdy osiadła na kruczoczarnych włosach panny Crabbe. Na głos rozważała o jej ambicjach, ale i o głodzie do wiedzy, wręcz niebywałej kreatywności, wielkim sprycie, ale i przedziwnie otwartych horyzontach oraz wrażliwości. Balansowała na cienkiej linii między dwoma domami i gdyby tylko dziewczę nie zamarło w przerażeniu na dźwięk słów głupiej – jak to później określał jej brat – czapki, tak z pewnością wysłuchana zostałaby jej prośba o przydzielenie do domu, w którym znalazł się jej ukochany bliźniak.
Ravenclaw. Schodząc z niewygodnego stołka, dziewczynka nie mogła zrozumieć radości na twarzach innych uczniów, spoglądała jedynie w kierunku swojego bliźniaka, który w niemniejszym szoku zasiadał już przy stole ślizgonów, opleciony zielono-srebrnym znakiem na szacie. Świat wtedy zwolnił, a ciało szło bez ducha, wnętrzności grały swoją własną muzykę, zaś umysł rozmył rzeczywistość. Usiadła przy innych uczniach, którzy jej gratulowali i witali radośnie. Tego wieczora zjadła niewiele, tej nocy nie zasnęła. Wstyd! Zawstydziła całą rodzinę tym, co miała w głowie.




Przeżyłam żałobę
mourning
mourn·​ing | \ ˈmȯr-niŋ
the act of sorrowing

Pierwszy rok był najtrudniejszy, bliźnięta podzielone między domami Hogwartu, oddaliły się od siebie, cierpiąc równie srogo. On w lochach, ona zaś na wieży, najbliżej nieba. Dzieliła ich okrutna przepaść, gdy nawet nie mogli zjeść posiłku przy wspólnym stole. Choć usilnie próbowali spędzać razem przerwy, snując się po korytarzach lub razem siedzieć w ławce, dzieląc się notatkami – tak każde z nich zaczęło mieć nowych przyjaciół, którym również musieli poświęcać czas.
Zapach igliwia w rodzinnej kamienicy roznosił się podczas przerwy świątecznej, zwiastując wiele nowości i niespodzianek. Jedną z nich była wiadomość o kolejnej ciąży pani Crabbe, jednak żadne z bliźniąt nie przyjęło tej wieści entuzjastycznie, albowiem choć byli dwoma osobnymi bytami, tak razem spajali się w jedność, która za nic nie chciał dzielić się rodzicami z rozwijającym się w łonie matki płodem. Kolejny semestr spędzili, zbliżając się ku sobie ponownie, pielęgnując niechęć do wpychającego się w ich rodzinę malca. Zmienili się, lecz wciąż pragnęli być jak najbliżej siebie.
Czy z ich nienawiści do nowego potomka, czy może ze zwykłego zrządzenia losu – pani Crabbe nie przeżyła narodzin, a dziecko udusiło się w jej wnętrzu, owinięte pępowiną. Jednak bliźnięta winy nie czuły albo nie chciały jej czuć – przyrzekli nie rozmawiać o paskudztwach, jakimi wzajemnie się wymieniali, aby uśmierzyć ból z powodu podziału rodzicielskiej miłości między nich i kolejne niemowlę. Lecz boleści z powodu utraty matki okazały się o wiele większe od infantylnej zazdrości.
Niespełna kilka tygodni później zrozumieli również, jak bolesnym ciosem było to dla ojca, który w zatrważający sposób się zmienił. Stał się surowszy, bardziej wymagający i bezwzględny. Zaczął również zajmować się czymś mrocznym, o czym z dziećmi nie chciał rozmawiać. Żałoba przysporzyła rodzeństwu zdecydowanie więcej nieszczęścia niż teoretyczne narodziny kolejnego dziecka.
Drugi rok nauki minął zbyt szybko, lecz roztaczała się nad nim aura żałoby. Panna Crabbe stała się bardziej wyciszona i małomówna, co nie mogło umknąć uwadze jej przyjaciół. Zaczęła skupiać się coraz bardziej na samej nauce, szlifując swój magiczny warsztat – w szczególności z obrony przed czarną magią. Ophiuchus snuł się za nią po korytarzach, a sowa Campanula co rusz przynosiła listy od ojca, żądającego lepszych wyników w nauce.  




Studiowałam magiczne stworzenia
creature
crea·​ture | \ ˈkrē-chər
a being of anomalous or uncertain aspect or nature

Smutek z twarzy panny Crabbe zmył jednak trzeci roku studiowania magii, kiedy to na pierwszej lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami, dane jej było obdarzyć miłością przeróżne zwierzęta. Choć wciąż jej opanowanie i dystyngowanie się pogłębiało, tak jednocześnie jej serce rozkwitało. W końcu to ona była odpowiedzialna za wymyślenie pomysłu latania pod sufitem za pomocą użądlenia żądlibąka!
Zdarzyło się również, że rodzeństwo wraz z innymi entuzjastami magicznych stworzeń, sprowadziło do Hogwartu błotoryja z błoni, którego dokarmiali szkolnymi mandragorami. Popołudnia, które wówczas spędzali w szklarniach, nadzwyczajnie ciepłych i nasłonecznionych, wtłoczyły w ich życie wiele radości. Innym razem wybrali się nad jezioro w poszukiwaniu szczuroszczetów, a chłód tamtych dni wspinał się po gołych kostkach brodzących w ciemnej toni. Wymieniać można by było bez końca, ile przedziwnych incydentów zapisanych zostało w kartotece życia panny Crabbe przez szkolne lata. Jednak najbardziej niebezpiecznym przedsięwzięciem było wybranie się do Zakazanego Lasu w poszukiwaniu nowych magicznych stworzeń. Chętnych do tej wyprawy było bez liku, lecz tylko garstka stawiła się o wyznaczonej godzinie.
Nierozsądne akty nie były jednak jedyną szkolną rozrywką. Kruczowłose dziewczę po godzinach zajęć pałętało się za profesorem uczącym opieki nad magicznymi stworzeniami. Próbowała zdobyć w ten sposób jak najwięcej dodatkowej wiedzy, nadrobić braki. Zajęła się młodziutkim wozakiem, który wymagał opieki, a także dotrzymywała towarzystwa i oswajała nieśmiałki z okolicznych drzew. Kłaniała się przed hipogryfem, zabawiała chochliki kornwalijskie i nawet udało jej się ostudzić salamandrę, przekupując ją pieprzem. Oczywiście wszystko to pod czujnym okiem profesora, któremu nie potrafiła dać spokoju.
Ojciec dopiero na czwartym roku nauki przestał traktować zainteresowanie czarownicy jak fanaberię, dostrzegł jak bardzo, jej na tym zależało. Sam był nieco zawiedziony, spodziewał się czegoś więcej po swojej córce – wszak Ravenclaw dawał mu nieco inne wyobrażenie wychowywania uczniów. Liczył na jej zainteresowanie obroną przed czarną magią, numerologią, astronomią czy historią magii. Niestety to traktowała jako poboczne hobby, któremu oddawała się zaledwie dla przyjemności.




Poczułam zapach amortencji
affection
af·​fec·​tion | \ ə-ˈfek-shən
a feeling of liking and caring for someone or something; tender attachment

Bliźnięta nigdy nie przykładały wagi do romantycznej miłości, o której mawiali ich koleżanki i koledzy. Postrzegali to jako coś, co przyjdzie z czasem, najprawdopodobniej z obowiązku. Przeto w ich rodzinie, również wymagana była powściągliwość uczuć i emocji, więc taka kolej rzeczy była na rękę nie tylko bliźniętom, ale również ojcu, który nie musiał rozmawiać z żadnym z dzieci o ich zawikłanych amorach. Rodzeństwo miało przede wszystkim siebie, toteż nie odczuwali potrzeby poszukiwania obiektu zauroczenia. Niestety, tak było tylko do czasu, aż jedno z nich podsycone dramatami, powieściami i poematami, skoczyło na głębokie wody czułości.
Miłość jednak była jak bałwan topniejący na wiosnę, stworzony z zabawy i trudów, lecz wystarczyło pierwsze słońce, aby zaczął zmieniać się w wodę wsiąkającą w ziemię, przechowującą wszelkie wspomnienia. Dziewczę nie wiedziało, że to, co roiło się w jej wnętrznościach, było zauroczeniem, odbierała to jako coś całkowicie innego. Dopiero gdy było już za późno, zdała sobie sprawę, w co zboczyły jej uczucia. Czarodziej mugolskiej krwi jako obiekt uczuć, był wstydem w jej rodzinie. Nawet mając tego świadomość, postąpiła sprzecznie z zasadami, co nie umknęło uwadze jej brata, który pospiesznie napisał o tym do ojca, nie mogąc dłużej zdzierżyć zachowania swej siostry. Lecz wynikało to również z jego ogromnej zazdrości, wszak siostra wymykała mu się przez palce, niczym suchy piach w garści. Tak wzeszło czarne słońce Crabbe'ów, którego promienie roztopiły budowane uczucia, a pierwsza miłość, została wepchnięta w kąt, do którego dziewczyna miała nigdy więcej nie zajrzeć. Nie chciała przecież zawieść ukochanego ojca, a tym bardziej brata, którego wzburzone spojrzenie przemówiło srożej niż ojcowski pas.
Słowa i agresja ojca pozostały w głowie jego córki na długi czas, zakorzeniły się na tle mocno, że poprzysięgła sobie, aby nigdy więcej nie oddawać się tak głębokiej fali emocji. Najpierw myśleć, potem czuć, a na końcu czynić. Skupiła się więc na nauce i zwierzętach, odwracając się plecami do wszystkich, których znała, a wedle jej ojca nie byli godni przyjaźni z córką rodziny Crabbów. Również wtedy, zaginął jej ukochany kuguchar. Jedni twierdzili, że nawet stworzenie miało jej dość i odeszło, zaś kolejni snuli opowieści o jednym z uczniów, który nocą zrzucił zwierzę z mostu prowadzącego na błonie. Niezależnie od prawdy, kot się nie odnalazł, a właścicielka zapłakiwała się w samotności, poświęcając tenże czas na kontemplację względem swej mizernej sytuacji. Gdy wcześniej brylowała w towarzystwie, tak teraz zaczynała ważyć każde swoje słowo. Melancholia wplatała się w jej duszę na każdym kroku i choć dziewczę nie stroniło od kontaktów z innymi, tak jej podejście zmieniło się diametralnie. Zaczęła również dojrzewać; jej spojrzenie stało się bardziej wysublimowane, a broda butnie wędrowała ku górze, na podobieństwo ojcowskiej maniery. Aura pogodnego, ciemnowłosego elfa zaczynała odchodzić na bok, tworząc miejsce dla wyjątkowo specyficznej młodej kobiety. Stworzyła siebie od nowa, zachowując wartości, jakie były dla niej ważne, ale przede wszystkim te, które były drogie rodzinie, a w szczególności ojcu.




Skończyłam szkołę
graduate
grad·​u·​ate | \ ˈgra-jə-ˌwāt
o pass from one stage of experience

Owutemy są najważniejszym egzaminem w życiu uczniów, którym zależy na pracy zapewniającej im wysokie stanowisko. Rodzeństwo Crabbe'ów traktowało więc przygotowania nad wyraz poważnie. Choć każde z nich miało swoje plany, tak w obu przypadkach wymagano od nich, jak najwyższych ocen. Żółte pergaminy i opasłe księgi piętrzyły się na stanowiskach w bibliotece, aby z czasem posłużyć jako podpora dla głowy, opadłej ze zmęczenia. Jednak sam egzamin minął obojgu bez nerwów i stresu. Podeszli do niego na spokojnie, zdając – jakżeby inaczej - śpiewająco. Powyżej Oczekiwań z kilku przedmiotów, otworzyło furtki na wiele różnych pozycji, o jakich marzyli. Lecz pan Crabbe miał inne plany względem swych dzieci oraz miesięcy nadchodzących po zakończeniu szkoły. Obwieściwszy im swoje plany, oczekiwał całkowitego podporządkowania się – co nie było żadną nowością. Cała trójka miała wyruszyć w podróż, lecz ojciec skrzętnie ukrywał przed dziećmi swój cel. Przynajmniej przed jednym z bliźniąt, ponieważ nim gdziekolwiek wyjechali, ojciec zaczął zabierać syna na spotkania, których cel i temat były ścisłą tajemnicą. Mężczyźni zamykali się we dwójkę, pracując nad czymś, do czego młoda kobieta nie mogła mieć dostępu. Poczuła się odsunięta, a także w jej sercu zakwitła pustka, z którą nie potrafiła sobie poradzić. Nie rozmawiano przy niej o polityce ani o przyszłych planach. Choć była spokojną wodą, tak frustracja narastała w niej, prowokując do dziecinnego buntu, na jaki miała niebywałą ochotę.
Bankiety i bale, na które była zmuszona chodzić, ani trochę nie stanowiły dla niej rozrywki. Wszyscy byli tam sztuczni, a znieść tego nie mogła, wiedząc, że i sama tą sztucznością mogła pałać. Szykowne suknie zaczynały jej ciążyć, choć wyglądała w nich zjawisko, to za każdym razem chciała je z siebie zedrzeć i cisnąć w róg pokoju. Wysokie pantofle wrzucić do pieca, przywdziać spodnie, zapalić cygaro i przegadać każdego kawalera w pokoju, uświadamiając, że jako kobieta ma swoją wartość. Patriarchat takich spotkań przyprawiał ją o mdłości, a ojciec i brat, którzy wpisywali się w męski świat, dodawali kropli goryczy do jej żeńskiej niedoli. Nudząc się, wielokrotnie próbowała wwiercać spojrzenie w ludzi, przyglądać im się zdecydowanie zbyt długo, tylko po to, aby ujrzeć ich reakcję. Zaczęła obserwować ich niczym zwierzęta w rezerwacie, czasem próbując naśladować zachowania tylko dla samego zabicia czasu. Wymagano od niej bycia damą i kobietą, choć żeński wzorzec zmarł wiele lat temu.
Pewnego razu znalazła towarzysza niedoli, który równie znudzony wieczornymi maskami na twarzach gości, uraczył pannę Crabbe rozmową na ciekawsze tematy niż plotki i małżeństwa. Jako jeden z nielicznych nie traktował jej jak pustą lalkę. Wówczas dziewczę zyskało małą iskrę ekscytacji w nadchodzących spotkaniach, do których zmuszał ją ojciec; prowadzenie inteligentnych dyskusji wkraczających nawet o filozofię z wzajemnym przyzwoleniem przekraczania tabu – była tym wniebowzięta. Dopóty, dopóki jegomość nie zaanonsował pannie Crabbe swoich zamiarów podboju jej serca. Czar wtedy prysł, na szczęście, wówczas nadszedł czas wyjazdu wraz z bratem i ojcem.  




Wędrowałam wybrzeżami światów
wander
wan·​der | \ ˈwän-dər
to move about without a fixed course, aim, or goal

Zapach brazylijskiej dżungli drażnił zmysł powonienia panny Crabbe, lecz było to podrażnienie przypominające delikatne pieszczoty nazbyt ostrymi paznokciami. Przywoływało dreszcz na skórze, który falami przemykał się po podekscytowanym ciele. Dźwięk płynącej Amazonki i pomruki zwierząt, stwarzały akompaniament, o którym młoda kobieta śniła od lat. Zawsze pragnęła zobaczyć Amerykę, poznać tamtejszą faunę, już nie tylko magiczną, ale także tę zwyczajną. Peruwiańskie ruiny, ekscytowały ją równie mocno, a wyspy Trynidadu i Tobago rozbudziły w niej miłość do ciepłych plaż i oceanu, do których wciąż wraca w snach.
Choć główny cel podróży nie był jej znany, a ojciec wraz z bratem zatajali wszelkie informacje, to cieszyła się, że mogła przynajmniej ten czas zagospodarować dla siebie. Jednak jej ciekawość i nieposkromiona chęć dowiedzenia się wszystkiego, poskutkowała tym, że zaczęła podejrzliwie przyglądać się postępowaniom mężczyzn. Gdy nie patrzyli, przeglądała ich notatki, poznając kolejne miejsca docelowe, a układanka poczęła samoistnie składać się w całość. Ojciec, jak i brat poszukiwali czarnomagicznych artefaktów – ta wiedza ubodła młodą kobietę. Nie chodziło absolutnie o dziedzinę magii, żal jej było, że oboje zachowali to przed nią w tajemnicy, jak gdyby była niewystarczająco godna udzielenia im pełnoprawnej pomocy w poszukiwaniach. Niewystarczająco dobra do nauki czarnej magii.
W końcu poruszyła ten temat, a wtedy też usłyszała, że jest zbyt cenna, delikatna i niewinna, aby narażać się tak jak oni. Zbyt czysta i jest kobietą - jej mają przeważać inne cele. Nie mogła słuchać takich dyrdymałów. Poczęła wytykać bezsensowność jej podróży, skoro miała być zaledwie balastem. Ojciec starał się wytłumaczyć córce skąd podjęcie takiej decyzji, lecz ona absolutnie nie chciała go wysłuchać. Nie mając żywej duszy wokół, poczuła odwagę do wygarnięcia irracjonalności swego rodziciela – wszak od śmierci matki, chował oboje dzieci jak synów, a teraz wymagał od córki przewartościowania swojego życia? Później głos zabrał znów ojciec, schodząc na najbardziej surowy ze swych tonów. Córka w złości niemal deportowała się na statek powrotny do Europy. Niemal. Wszyscy krzyczeli. Wszyscy się kłócili, a zaklęcia smagały obszar, naruszając naturalną równowagę przyrody. Kurz wzbijał się w powietrze z każdym machnięciem różdżki, a słońce nie pomagało żadnej ze stron, buchając gorącem na pomarańczową ziemię. Nie wiadomo jak długo trwałaby jeszcze walka, gdyby nie cień przysłaniający niebo i wzbudzający tym tak wielką konsternację, że czarodzieje zaniechali dalszych zaklęć. Gromkie skrzydła wznieciły porywisty wiatr, a w kilka chwil nieboskłon nabiegł kłębiastymi baranami ze skrzącymi się iskrami burzowymi. W ferworze bitwy, żadna ze stron nie spostrzegła wtargnięcia na teren magicznego stworzenia, które najwyraźniej zamierzało bronić swych ziem. Ojciec deportował natychmiast siebie i dzieci.
Cała trójka wylądowała na bagnach Luizjany, lecz teleportacja łączna nie przebiegła, aż tak pomyślnie, jak chciał tego pan Crabbe. O ile jego dzieci były całe, on sam doznał poważnego urazu. Krzyki wijącego się w bólu ojca przyprawiały jego córkę o dreszcze, a syn rzucił się do odratowywania ojca, oblewając sowicie jego rany esencją dyptamu. Kilka dni później Crabbe'owie wrócili do rodzinnej posiadłości przez tragiczny stan rodziciela. Żadne z bliźniąt nie wyobrażało sobie utraty kolejnego z rodziców – zdali sobie wtedy sprawę, jak bardzo zależało im na ojcu i jak wielką miłością go darzyli.
Pan Crabbe potrzebował kilku miesięcy opieki różnorakich lekarzy, aby móc samodzielnie funkcjonować. Niemniej jednak pozostał mu delikatny niedowład lewej ręki, pech chciał, że była to ręka, w której dzierżył różdżkę. Nigdy już nie wrócił do dawnej sprawności w rzucaniu zaklęć. Podczas miesięcy przeleżanych pod opieką prywatnych lekarzy, ojciec nie chciał próżnować, wysłał więc dzieci w dalszą podróż. Bił się z myślami, czy powinien tak ryzykować, lecz cel uświęcał jego środki – kochał dzieci, ale był gotów je poświęcić dla własnego dobra.
Przez trzy zimne miesiące, bliźnięta w samotności tułały się po Wyspach Brytyjskich. Wówczas nie było już miejsc na tajemnice, a brat uświadomił siostrę, co było celem podróży oraz nad czym tak intensywnie pracował wraz z ojcem. Pan Crabbe miał bardzo wiele sekretów, które skrzętnie ukrywał przed swoimi dziećmi i dalszą rodziną. Jego zainteresowania czarnomagicznymi artefaktami rozrastały się od wielu lat wstecz, lecz dopiero po śmierci swojej żony, utonął w pasji kolekcjonowanie złowieszczej magii, a sekretu pilnował nader fanatycznie. Ostatecznie swoją zachłannością doprowadził do tego, że jeden z artefaktów zesłał na niego klątwę, paskudnie wyniszczającą jego organizm. To właśnie ją chcieli powstrzymać i za wskazówkami ojca, szukali potrzebnych przedmiotów.
W czasie swych wędrówek, bliźnięta nie chciały marnować czasu – brat nie zwykł też zatrzymywać wiedzy tylko dla siebie, nie przed siostrą, która tak bardzo łaknęła dowiedzieć się wszystkiego. Przekazywał jej więc to, co dał mu ojciec, niewiele tego było, lecz podstawowe zaklęcia z zakresu czarnej magii, podniecały nienasycony głód dziewczęcia. Jej ciekawość wiodła prym i chętnie słuchała głębokiego głosu brata, który tłumaczył jej zakazane arkany magii. Często też podczas tej nauki, w szczególności teorii, kreśliła jego portrety na pamiątkę tych ulotnych chwil.
Raporty z podróży pisała ona, wszak to jej pismo było milsze dla oka i to ono lubił widzieć ojciec w listach, gdyż było podobne do matczynego. Co kilka dni przyozdabiała kopertę kobaltowym lakiem z odciśniętym symbole kraba i wręczała przesyłkę swojej drobnej płomykówce.
Pewnego razu wdzięczny ptak zrobił kilka kół, żegnając się w ten sposób ze swoją właścicielką. Właśnie wtedy rozległ się męski rechot. Głupie ptaszysko! Zawył zapijaczony głos, a zaraz potem do uszu bliźniąt doszedł dźwięk wystrzału ze strzelby. Młoda kobieta zdążyła zoczyć jedynie skrzydła znikające za jednym z budynków. Zawyła niczym zarzynane zwierzę i pomknęła w kierunku upadku jej kochanego stworzenia. Lecz nad truchłem już stali, zadowoleni z siebie, mugole.
Zaczęło się od wyzwisk w kierunku myśliwych. Idioci. Zawszone bestie. Pierdoleni mugole. Bezduszni głupcy. Jej język wówczas dawno przekroczył normy, jakie powinna spełniać dobrze wychowana kobieta. Była gotowa zabić ich wszystkich; stojących z twarzami nieskalanymi głębszą myślą i rechoczących obrzydliwie. Kpiących nie tylko ze śmierci sowy, ale również z zachowania jej właścicielki. Później chciała przejść do rękoczynów, zatłuc ich bez magii. Brat ją jednak powstrzymał, trzymał za ramiona, gdy ona próbowała nieudolnie wyrywać się w gniewie. Co było dalej - to już wiedziała tylko ona i brat.
Koniec końców, rodzeństwu udało się zdobyć potrzebne informacje, przedmioty i ingrediencje. Zmęczeni podróżą oczekiwali przemiłej przerwy świątecznej, jednak niespodzianka, jaka została im zaserwowana pod iglastym drzewem w salonie, ani trochę nie była przyjemna. Pod ich nieobecność, ojciec znalazł narzeczoną, niewiele starszą od jego dzieci. Nie był to jednak koniec – pan Crabbe również zatroszczył się o posady latorośli. Dla córki postarał się o staż w Ministerstwie Magii, dla syna w szpitalu św. Munga. Sprzeciwu nie przyjmował.




Nie widziałam upadku
fall
\ ˈfȯl
(of a person) lose one's balance and collapse

Styczeń nowego roku zwiastował wiele nowych początków. Nierozłączne bliźnięta rozpoczęły swoje staże, rozdzielając się brutalniej niźli w szkole. Odbyło się również oficjalne zawarcie małżeństwa pana Crabbe'a i jego nowej oblubienicy - przeokropnej kobiety. Klątwy nadal nie udało się zdjąć z ojca, jednak całe wysiłki podróżnicze rodzeństwa nie spełzły na niczym, wszak udało się opóźnić działanie zaklęcia, dodając kolejne kilka lat życia do puli bezwzględnego czarnoksiężnika. Zaraz po tym, ojciec zaczął ograniczać kontakt ze swoimi dziećmi, w pełni poświęcając czas swojej nowej żonie, pracy, a także tajemniczym gościom, którzy odwiedzali go o przedziwnych porach dnia i nocy.
Panna Crabbe nim jeszcze rozpoczęła swój staż, musiała zainwestować w nową sowę pocztową. Kilka tygodni później po londyńskiej kamienicy można było jednak usłyszeć przedziwne dźwięki, zawodzący śpiew, a także rozmowy, mimo że w pokoju nie było żadnych ludzi. Kruczysko zamiast sowy. Zwierzę prędko zaczęło naśladować mowę, a także wszystko inne co zasłyszało, choć dla właścicielki było to nadzwyczaj zabawne, w pewnym sensie cudowne, tak nie każdy domownik był w stanie przyzwyczaić się do ptaszyska skrzeczącego: nigdy już!
Pierwsze miesiące spędzone w Ministerstwie Magii były okrutnym zwolnieniem tempa, do jakiego ciężko było przywyknąć nowej stażystce. Codziennie stukot jej obcasów roznosił się w drodze do pracy – wszak preferowała piesze wycieczki, które odświeżały jej umysł. Codziennie mijała te same drzwi, prowadzące do niezmieniającego się wnętrza, do tej samej windy i tego samego skrzata zawożącego ją na wyznaczone piętro. Codziennie siadała obok tego samego biurka i codziennie witał ją stos nowej papierkowej roboty, którą najlepiej było zesłać na kogoś takiego jak ona. Jednak była to praca związana z jej zainteresowaniami, wszak nieraz, jeszcze przed zakończeniem szkoły, obawiała się zmuszania do pracy w departamentach, które ojciec uważał za zdecydowanie bardziej prestiżowe. Choć z pewnością poradziłaby sobie wszędzie, tak usychałaby z tęsknoty za spełnianiem pragnień.
Przez dwa lata różnorakie papierzyska mnożyły się na jej biurku, pochłaniając znaczną ilość czasu w pracy. Lecz nie byłaby sobą, gdyby na tym jej życia miało się kończyć. Korzystając ze znajomości, starała się również edukować dalej w zakresie magizoologii na przeróżne sposoby. W wolnym czasie zaczytywała się różnoraką tematyczną literaturą, odwiedzała rezerwaty, rozmawiała z badaczami, których udało jej się poznać. Nie odmówiła sobie także weekendowych wolontariatów – czy to w ogrodzie magizoologicznym, czy prywatnych hodowlach.
Miesiące mijały leniwie, aż panna Crabbe poznała swojego nowego przełożonego. Nadzwyczajnie dla niej ciekawego mężczyznę, z którym dzieliła nie tylko pasję do magicznych stworzeń, lecz z każdą rozmową zdawali się mieć jeszcze więcej wspólnego. Nie tylko czerpała korzyść z możliwości kochania kogoś spoza rodziny, ale wiele zdołała się od niego nauczyć! Codzienne, nudne poranki przestały być, aż tak monotonne, podobnie zresztą jak bale i bankiety, na które oboje byli zmuszeni uczęszczać, jednakże we wspólnym towarzystwie czas mijał im prędko. Zazdrosne spojrzenie ciemnych oczu brata często świdrowało ukochanego siostry, lecz nie inaczej było w drugą stronę – ona nagminnie mierzyła spojrzeniem co rusz nowe dziewczęta chodzące pod ręką kruczowłosego młodzieńca.
Ojciec, choć powierzchownie nie zwracał uwagi na dzieci w domu, tak interesowały go ich poczynania w pracy, a także osoby, z którymi się widywali. Można rzec, że w pewnym sensie szpiegował swe dzieci, mając nad nimi baczenie, lecz z ukrycia. Dopiero gdy uznawał za stosowne, sam wychodził z propozycją do swej dziatwy. W ten sposób właśnie ojciec zaaranżował wspólne spotkanie ze swą córką i jegomościem, z którym być może wkrótce miała się zaręczyć. Choć kandydat był nadobnej rodziny, tak pan Crabbe nie ufał młodzieńcowi, toteż wolał pierwej spotkać się z nim osobiście.
Jedno z takich spotkań przypadło na wizytę w muzeum sztuki. Pan Crabbe starał się przybyć na spotkanie bez uprzedzeń, lecz wrodzona intuicja podpowiadała mu, że cały dzień ktoś go obserwował. Widział cień snujący się za nim od budynku do budynku, czuł narastające napięcie, którego egzaltacja nastąpiła w sali pełnej starożytnych rzeźb. Sztylet zatopił się w ciele czarnoksiężnika, a dzierżąca go czarownica mugolskiej krwi, nie chciała poprzestać na jednym ciosie. Gdyby nie interwencja przyszłego zięcia, z pewnością ojciec panny Crabbe już dawno leżałby w grobie. Później nastał pościg za kryminalistką, zaklęcia syczały między dziełami sztuki, a krzyki roznosiły się po korytarzach pełnych zszokowanych obrazów. Ślady pościgu prowadziły na sam szczyt wielkiego budynku, gdzie doszło do szarpaniny. Również padły słowa, które zrodziły zbyt wiele pytań – morderstwa mugoli, czarna magia, mroczne idee. Różdżki spadły za balustradę, zaś dwójka szamotała się w ferworze walki, aż mugolska czarownica straciła równowagę i runęła na ziemię, tworząc mokrą plamę krwi na bruku. Młody czarodziej natychmiast zażądał wyjaśnień od swego przyszłego teścia, gdy ten pojawił się na szczycie budynku. Pan Crabbe nie potrafił ich jednak udzielić. Druga plama krwi pojawiła się obok niedoszłej morderczyni, a krzyk panny Crabbe rozniósł się echem nad Londynem, gdy dotarła do swego ojca.
Spadli, spadli oboje w trakcie walki. Choć prawdą to nie było, to jako prawda zostało przedstawione. Oczywiście, córka ojcu uwierzyła natychmiast, nie podważając jego słów.
Brat wówczas stanowił dla dziewczęcia podporę, lecz również i sam stanął przed własnymi problemami – a przede wszystkim przed pogarszającym się zdrowiem ojca po ataku szlamy.




Posmakowałam wolności
freedom
free·​dom | \ ˈfrē-dəm
being able or allowed to do, say, think, etc. whatever you want to, without being controlled or limited

Nowy przełożony panny Crabbe był zdecydowanie starszy od poprzedniego, niemniej jednak o wiele bardziej doświadczony. Również nie bał się powierzania stażystce trudniejszych przedsięwzięć, a na ostatnim roku stażu zaoferował jej wspólną pomoc przeróżnym grupom badawczym, rozsianym po całym globie, działającym na zlecenie ministerstwa. W ten sposób dziewczę spędziło cały rok prawie całkowicie za granicą ojczyzny. Co kilka tygodni była wysyłana z inną grupą badawczą i pokochała taki styl życia – choć tęskniła przeogromnie za bratem i ojcem, a także londyńskim zapachem świeżej pościeli. Jednak dnie spędzone na obserwowaniu dzikiej, magicznej fauny, były godną zapłatą za tęsknotę.
Pierwsze tygodnie spędziła w gorącej Afryce, gdzie razem z badaczami miała obserwować świergotniki, dirikraki oraz widłowęże. Tam zaznajomiła się także z naturalnym cyklem życia i śmierci wśród zwierząt. Podczas obserwacji widziała, jak mordercze mogą być niektóre stworzenia podczas polowań na pożywienie. Spostrzegła, co potrafił zrobić ich jad, co potrafiły zrobić ostre szpony i jak mocno mogła zacisnąć się szczęka - bezwzględność natury była nieuchronna, a panna Crabbe zaakceptowała ją w pełni, wraz całym bagażem okrucieństwa. Zyskała w ten sposób kolejny poziom swojej dojrzałości emocjonalnej. Przełożony nie chronił jej przed takimi widokami, miała do niego ogromny szacunek za to, że nie powstrzymywał jej przed obserwacją nawet najgroźniejszych i najobrzydliwszych zdarzeń, choć była kobietą.
Na przełomie wiosny i lata została wysłana z kolejną grupą badaczy na Ukrainę, gdzie razem z przełożonym nadzorowała transport spiżobrzucha ukraińskiego do jednego z rezerwatów na terenie Anglii – podobno miało to coś wspólnego z reaktywacją dawnego programu ministerstwa. Jednak ilekroć próbowała dopytać się o szczegóły, była zbywana, czy to przez to, że była kobietą, czy przez brak zaufania. Ogromna bestia była nie lada wyzwaniem do pochwycenia, lecz dzięki sprawnemu i grupowemu działaniu, smok po kilku tygodniach rozpościerał już skrzydła na angielskim niebie. Natomiast panna Crabbe wróciła do domu w oczekiwaniu na kolejne przydzielone jej zadania. Była przerażona wydarzeniami jakie miały miejsce, a w szczególności niepokojem zaczęły napawać ją pojawiające się anomalie. Również wtedy brat przyznał się jej do dalszej pracy nad zdjęciem z ojca klątwy.
Jedną z kolejnych wypraw było odnalezienie nielegalnie przetrzymywanego demimoza, wcześniej skradzionego z jednego angielskiego ogrodu magizoologicznego. Ślady oraz wskazówki doprowadziły ją i przełożonego do Chin, gdzie korzystając z pomocy tamtejszych czarodziejów, tropili niezwykłe stworzenie i jego porywacza. W trakcie tej podróży było jej dane zaobserwować o wiele więcej gatunków. Była absolutnie zauroczona żmijoptakami, hoo-hoo, czy majestatycznym zouwu, który był niczym większa wersja domowego kota, szczególnie gdy w grę wchodziły zabawki z dzwoneczkami. Niemniej ciekawe było również spotkanie z kappą, którą ujarzmiła rzucając w nią ogórkiem wraz z wypisanym na warzywie swoim imieniem w języku mandaryńskim.
Również nie przestawała wysyłać listów do brata, o którego okrutnie się martwiła. Ostatnie kilka miesięcy przed przerwą świąteczną spędziła, jeżdżąc między rosyjską tajgą, Indiami oraz Grecją. Pomagała przeróżnym badaczom, niejednokrotnie się narażając. Nie inaczej było w przypadku starcia z mantykorą, po której nosi pamiątkę – i choć stosuje wiele maści oraz specyfików, tak blizna, stosunkowo świeża, nie chce zniknąć. Podobnie zresztą jak blizna w sercu, która powstała po powrocie do Londynu.




Poznałam tajemnicę
secret
se·​cret | \ ˈsē-krət
something that is kept or meant to be kept unknown or unseen by others

Stając w progu i widząc wzrok żony ojca, wiedziała, że coś było nie tak. Krople uderzające o jej twarz mroziły pąs wylany na zestresowanych policzkach. Nie czuła ciała, zupełnie jakby ktoś inny wziął je w posiadanie i przymusił do przejścia przez wąski korytarz, na którego końcu stał ojciec, odwracając głowę i nie mogąc spojrzeć w oczy córki. Anomalia go zabiła. Spóźniłaś się. Słowa ojca odbiły się echem od ścian, uderzając w rozrywającą się duszę. Przecież nikt nie kazał jej się spieszyć…
Żegnając brata w trumnie, nie mogła go puścić. Żałowała straconego czasu, żałowała poświęcaniu się pracy, żałowała pozostawienia go, choć intuicja mówiła inaczej. Później płacz zmienił się w niekontrolowane wycie, przepełnione nazbyt szybki oddechem i smakiem kwasów żołądkowych w krtani. Prawie zarysowała paznokciami wieko trumny, od której siłą odciągał ją ojciec, gdy miał już dość jej mizernego skomlenia nad martwym ciałem. Nie rozumiał jej, podobnie jak ona nie rozumiała jego. Był tak dziwnie opanowany. Tak niewzruszony.
Raptem kilka tygodni później nastąpił wybuch białej magii, lecz nawet on nie zdołał całkowicie ukoić cierpienia po utracie bliźniaka. Niejednokrotnie młoda kobieta zasypiała w łóżku brata, siląc się na, chociażby iluzję jego bliskości. Tęskno jej było do niego, do kogoś, kto był jej drugą częścią – wszak mówi się, że bliźnięta dzielą duszę na dwoje, tak właśnie ona straciła połowę swojej i ból ten przebijał się krzykiem przez jej sny. W święta nie uśmiechnęła się ni razu i nie rozumiała jakim cudem jej ojciec był w stanie tak prędko otrząsnąć się po śmierci syna. Była świadoma, jak wiele wydarzyło się przez rok jej nieobecności, lecz tej zmiany pojąć nie potrafiła.
Podobnie nie potrafiła odnaleźć się wśród radosnych twarzy na noworocznym przyjęciu. Choć grała, najlepiej jak potrafiła – dumną córkę rodziny Crabbe'ów, tak bolało ją wszystko; sumienie, skóra, wnętrzności, każdy centymetr ciała i metaforycznie rozerwana dusza. Część duszy, która pozostała w nędznej, skórzanej powłoce, wyrywała się do połączenia z tą, która odeszła w zaświaty. Wtedy właśnie drżące ręce kurczowo zaciskały się o żeliwne barierki, a zbyt szybki oddech kaleczyły podmuchy chłodu. Pragnęła zatopić się w wodzie, opaść na dno i przestać czuć to wszystko, co kłębiło się pod skórą. Była gotowa puścić się i polecić w otchłań ku spotkaniu z bliźniakiem. Jednak zdarzyła się nadobna dusza, która powstrzymała ją od tego czynu, pozwalając wypłakać się w ramię i pocieszyć w tym trudnym dla niej okresie.
Później również tłumiła emocje, lecz one znalazły swe ujście. Nocami zrywała się z łóżka, biegnąc do pokoju brata, jak gdyby myślała, że tam go zastanie – lecz na jej pytania odpowiadała zaledwie pustka. Przyszła również kolej na mary senne o gnijącej twarzy i pustych oczach, które choć znajome, wówczas zdały się tak obce. Przez wiele tygodni nie mogła dojść do siebie, aż w końcu udała się do lekarza, który zapisał jej odpowiednie specyfiki. Koszmary ustały, lecz zaraz po odstawieniu eliksirów, wizja brata zaczęła nawiedzać ją ponownie, lecz w zupełnie inny sposób. Oboje tonęli, zapadali się pod lód, a chłodna toń wciągała ich coraz głębiej i głębiej. Sny powracały co noc, a budząca się w bezdechu kobieta mogłaby przysiąc, że niejednokrotnie ktoś zakradał się do jej sypialni i ją obserwował. Dowodów jednak nie miała.
Tygodnie mijały, aż nadszedł kwiecień. Nie świętowała urodzin, tego dnia zamknęła się samotnie w pokoju brata. Ostatecznie czarownica znalazła w biurku podwójną szufladę, która zrodziła więcej pytań niż odpowiedzi. Przeróżne notatki traktujące o czarnej magii oraz ojcu. Znalazła tam też list, adresowany do obojgu bliźniąt od nieznanego nadawcy. Pergamin chciała podrzeć, wrzucić do kominka lub rzeki, aby pozbyć się straszliwych kalumnii, jakie opadły wraz z atramentem na jej ojca. Nie chciała wierzyć, bała się w to wierzyć. Przestała ufać ojcu. Zrozumiała, że mogła być karmiona kłamstwami od bardzo wielu lat, a to zachwiało jej całą piramidę wartości, której podstawą było bezgraniczne zaufanie do rodziny. Zapragnęła poznać prawdy, lecz wiedziała, że nie może poruszyć tego tematu wprost, nawet na osobności. Układanka zaczęła składać się w całość, a najbardziej zatrważającym jej elementem był fakt, że ojciec nie poruszył tematu klątwy od śmierci swojego syna. Przecież ciągle ubywało mu lat życia. A może nie? Może pozbył się klątwy razem z synem? Morderstwa brata nie potrafiłaby wybaczyć. Za morderstwo chciałaby zemsty - za wydłubane oko, żądałaby wtopienia własnych palców w oczodół winowajcy.  
Jej oglądu na sytuację wcale nie polepszała rozwijająca się w Londynie sytuacja. Choć żyła w bańce przywilejów, jakie zapewniała jej czystość krwi, tak nie potrafiła nie zwracać uwagi na rozrastające się zarzewie wojny.
Strzępki szacunku, jakie posiada do ojca, wciąż wzbraniają ją przed konkretnymi działaniami. W głowie nadal bije się z pytaniami - co jeśli jednak te wszystkie dowody, które miała w posiadaniu były tylko spiskiem, a nie prawdą? Przecież jej ojciec był dobrym człowiekiem. Czy jej brat naprawdę zginął od anomalii, czy może ojciec maczał w tym palce dla własnych korzyści? Do tego musiała dojść sama, małymi krokami… Lecz zrozumiała wtedy jedną z ważniejszych lekcji życia. Niezależnie jak eksplorowałaby świat, jak pragnęłaby odszukać najbardziej tajemnicze i potężne potwory, tak nie znajdzie bardziej niebezpiecznych od tych, które były w jej rodzinie.



Patronus: Podobizna cudowronki błękitnej wisiała na jednej ze ścian rodzinnej kamienicy Crabbe'ów. Forsythia z każdym razem, gdy mijała obraz, zatrzymywała się przy nim i analizowała widowiskowe ptaszysko, jego soczyście niebieskie ubarwienie, egzotyczną budowę i przedziwne pióra na końcu ogona, kołyszące się niby wstążki przyczepione do finezyjnej, wysublimowanej sukni. Lecz nie to najbardziej ją zaskakiwało, a pozycja, którą przybierało zwierzę, strosząc swe pióra do góry nogami. Nieraz chichotała na ten widok, zaś innym razem przypatrywała mu się z zapartym tchem. Dziw ją brał, że nie należało to przecudne stworzenie do zwierząt magicznych. Niemniej jednak magiczne stało się za sprawą wspomnienia panny Crabbe. Cudowronka błękitna ożywa za każdym razem, kiedy Sythia wypowiada odpowiednią inkantację zaklęcia i wróci myślami do chwili ze swej nocnej eskapady po Zakazanym Lesie. Nie myśli wtedy o karze, która przyszła potem. Nie myśli też o strachu, jaki wił się wzdłuż jej ciała, gdy słyszała niebezpieczne wycie w oddali. Myśli o srebrzystej sierści, którą dane jej było dotknąć tamtej nocy. O piękny oczach, które dobrocią rozlały pokój w jej duszy. Jednorożec, który dał się jej dotknąć – nie uciekł, nie bał się jej. Czuła się wtedy wyjątkowa, czysta i niewinna – akceptowała wtedy całą siebie. To jej najbardziej wartościowe wspomnienie i choć później spotykała jeszcze jednorożce, szczególnie podczas pracy w ministerstwie, tak żaden inny nie dał jej takiego poczucia samoakceptacji.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM:15+5 różdżka
Uroki:15 Brak
Czarna magia: 2 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 5 (+1 z biegłości fizycznych)
Zwinność: 9 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język flamandzkiII2
Język francuski I1
Język mandaryński I1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AstronomiaI2
Historia magiiII10
NumerologiaI2
KłamstwoII10
KokieteriaI2
ONMSIII25
PerswazjaI2
SpostrzegawczośćI2
Starożytne runyI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Savoir-vivreI2
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Rozpoznawalność I0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I½
Literatura (proza, tworzenie)I½
Rysunek (tworzenie)I½
Malarstwo (wiedza)I½
Muzyka (wiedza)I½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI½
Taniec balowyI½
JeździectwoI½
PływanieI½
WspinaczkaI½
ŁyżwiarstwoI½
Taniec współczesnyI½
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak-0
Reszta: 7
[bylobrzydkobedzieladnie]


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak



Ostatnio zmieniony przez Forsythia Crabbe dnia 25.09.20 23:04, w całości zmieniany 12 razy
Forsythia Crabbe
Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969

Powrót do góry Go down

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Tristan Rosier
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Forsythia A. Crabbe Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down



KOMPONENTYjaja widłowęża, popiół feniksa

[21.10.20] Komponenty (lipiec/wrzesień)
[15.01.21] Komponenty (październik/grudzień)
[10.03.21] Zakup komponentów; -90 PD
[12.08.21] Komponenty (styczeń/marzec)

BIEGŁOŚCI
[12.12.20] Wsiąkiewka (lipiec-wrzesień): + 3 PB do reszty
[08.01.21] Rozwój: Kłamstwo(I -> II); -8 PB z reszty
[25.05.21] Wsiąkiewka (październik-grudzień): +3PB do reszty

HISTORIA ROZWOJU[23.09.20] -100 PD; kruk
[29.10.20] Osiągnięcie (Do wyboru, do koloru): +30 PD
[07.11.20] Wykonywanie zawodu (lipiec-wrzesień): +20 PD
[27.11.20] Lusterko: +5PD
[01.12.20] Osiągnięcie (Genealog): +60 PD
[12.12.20] Wsiąkiewka (lipiec-wrzesień): +120 PD, + 3 PB
[04.01.21] Osiągnięcie (Obieżyświat): +30 PD
[15.01.21] Aktualizacja postaci
[15.01.21] Zdobycie osiągnięcia: Wór pełen ziół; +30 PD
[10.02.21] Wykonywanie zawodu (październik-grudzień): +20 PD
[11.02.21][G] Zdobyto: demimoz; -400 PM
[18.05.21] Zakupienie powiększenia limitu zmiany wizerunków, -100 PD
[25.05.21] Wsiąkiewka (październik-grudzień): +120PD
[09.08.21] Zdobycie osiągnięcia: Pracoholik; +30 PD
[18.08.21] Osiągnięcia (Wielki głód): +30 PD
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Forsythia A. Crabbe Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Forsythia A. Crabbe

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach