Wydarzenia


Ekipa forum
Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]30.10.20 18:34
First topic message reminder :

Salon

Główne pomieszczenie kamienicy należącej do Dolohovów już dawno zapomniało o czasach swej świetności. Choć wypełniające salon meble, w istocie kryją w sobie ekstrawagancję i kunszt, ząb czasu nadgryzł je dotkliwie; gdzieniegdzie naznaczone zostały także śladem zaklęcia. Ozdoby, gustowne dekoracje i pamiątki przywiezione z ojczystej Rosji zachwycałyby, gdyby zaraz obok nich nie stały czarnomagiczne artefakty. Składowisko, rupieciarnia, muzeum eksponatów; barwny rozgardiasz.
Pomieszczenie utrzymane jest w ciemnej kolorystyce; boazeria zdobi ściany, podłogę okrywa stary, nieco przykurzony dywan. Regały z księgami, obszerna leżanka, szafy, dwa fotele, etażerka suto zastawiona alkoholem i kominek, który niemal zapomniał czymże jest ogień; to na to zwrócisz uwagę po przekroczeniu progu salonu.


Ostatnio zmieniony przez Tatiana Dolohov dnia 25.02.21 13:09, w całości zmieniany 1 raz
Tatiana Dolohov
Tatiana Dolohov
Zawód : emigrantka, pozowana dama
Wiek : lat 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
wanderess, one night stand
don't belong to no city,
don't belong to no man
I'm the violence in the pouring rain
OPCM : 17
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +3
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8945-tatiana-dolohov#267430 https://www.morsmordre.net/t8948-ivan#267594 https://www.morsmordre.net/f312-smiertelny-nokturn-9 https://www.morsmordre.net/t9019-skrytka-bankowa-2104#271324 https://www.morsmordre.net/t8959-t-dolohov#267756

Re: Salon [odnośnik]18.03.23 21:36
Licha resztka księżyca już dawno oddała swoją władzę na rzecz innych elementów nadchodzącego wieczoru, w którym pierwsze skrzypce odgrywało bordo ciężkiego nieba. Do wysokich temperatur przyzwyczajało się powoli, męcząc pierw z zasłanianiem okien, rzucaniem odpowiednich zaklęć i rezygnując z jakkolwiek przemyślanego odzienia. Po popołudniowym ulewnym deszczu nie było ani śladu, duszna resztka dnia wymiotła kałuże z ulic i chodników.
Parno, wilgotno, nieznośnie.
Robi się miejsce dla instynktów, rozpycha na boki i zagarnia dla siebie przestrzeń; marudnych i znużonych, pomiędzy jednym a drugim machnięciem wachlarza i wychyleniem szklanki wody. Nokturn miał to do siebie, że był odrobinę przyjemniejszy w takim skwarze; głęboko osadzone kamienice i wszechobecna ciemnota skrywała też przed upałem. Nie do końca przed natrętnymi myślami.
Te rosły i pęczniały, sięgały coraz dalej, podgryzając zmysły, rozbudzając ciekawość i wciąż błądząc przy pytaniu a jeśli?; nie była do niego przyzwyczajona. Rozmyślanie nie leżało w jej naturze, i tak poniekąd było i tym razem, choć coś w tle codziennych aktywności wybijało się raz po raz wspomnieniem składającym się z ciepła słońca, zapachu siana i bliskości dotyku. Oddech zmieszany z oddechem, bezczelna fantazja burząca dotychczasowe przywary i przypieczętowane obietnice – Arsentiy Mulciber stał się finezyjnie irytującą rzeczywistością, która drażniła i pieściła jednocześnie, ukazywała wszystko i zaraz potem zaciągała kurtynę frenetycznych wyobrażeń.
Ciekawość, intryga, w końcu żądza – czysta, prostolinijna, ta, wobec której nie żywiła złudzeń. Nie pokutowała, nie znała samosądu wobec własnych pragnień, zanurzając się w nich z przyozdobioną pozorem dewiacją. W stajni byli sami. Pod dziewiątym numerem Alei Nokturnu również nikt na nich nie czekał.
W mieszkaniu panował półmrok, wnętrze kamienicy było chłodniejsze od nagrzanego długim dniem chodnika, a aksamitne obicie szezlonga w pomieszczeniu na parterze niosło na sobie ciężar rozłożonej sylwetki. Leżała na brzuchu, z otwartą książką pomiędzy wspartymi o brodę dłońmi, ze splecionymi w warkocz włosami, wspomnieniem kąpieli na skórze i ciężkim oddechem. Kilka spalonych nierówno świec na stoliku rozświetlało pokój, gdzieś leżała karafka z wodą, misa z winogronami i stosik na wpół poskręcanych papierosów. Bosa stopa tańczyła w powietrzu kółka, tanecznie – podobne były ruchy w momencie, w którym zdała sobie sprawę z czyjejś obecności przy drzwiach i podniosła z miejsca.
A jednak.
Uśmiech, który mimowolnie pojawił się na jej ustach miał w sobie coś z triumfu i przekory; rozbawienia i zaintrygowania, zwycięstwa i złośliwości. Bo choć konkretne słowa nigdy nie wybrzmiały, on zajrzał pod nie.
Podobała jej się jego bezpośredniość, brawura czy zuchwałość – deptanie granic, które ktoś postawił wbrew ich woli dawno temu; podobało dyktowanie warunków czy ich całkowite zaprzeczenie – nieważne z czego składał się Arsentyi Mulciber, moment, w którym otworzyła drzwi dobitnie potwierdzał jej zadowolenie.
Lekka, lniana sukienka, długością bliższa bluzce, pod którą nie było sensu zakładać bielizny, kolorem była zbliżona do muśniętej słońcem skóry. Myśli przyjmujące bezwstydne obrazy miały za to barwę ostrej czerwieni.
Znów przypominał znajomego-nieznajomego z balkonowej schadzki; charakterystyczne perfumy dotarły do nozdrzy, wzrok prowokacyjnie prześlizgnął się po jego sylwetce i ułożonych włosach, nim jeszcze zdążyła go przywitać. Dłoń sięgnęła po butelkę, którą trzymał, jakby odbierała bilet wstępu do mieszkania.
Mam nadzieję, że nie jesteś głodny. To będzie nasza jedyna kolacja – stwierdziła, wpuszczając go do środka; i choć wzrok chciał znów prześlizgnąć się przez ciało, zakotwiczyć w jasnym spojrzeniu, odwróciła się tyłem. Przeszła przez długi, chłodny korytarz, skręcając w główne pomieszczenie mieszkania, prowadząc go za sobą. Fakt, że zaledwie kilka godzin temu spotkała jego siostrę w leśnej karczmie – fakt, że ich ostatnie spotkanie wciąż dudniło w dole żołądka i podsuwało obrazy składające się z pragnień, których żadne z nich się nie spodziewało – wszystko sprawiało, że rzeczywistość zaczęła przypominać sen.
A ona, zaskakująco dla samej siebie, wcale nie chciała się budzić.
Chciała go kreować; przejmować ster i oddawać mu go całkowicie, walczyć i kapitulować, rozkazywać i błagać.
- Co ci się śniło? - odpowiedź miała już we własnych myślach, ale w jego ustach słowa brzmiały zaskakująco przyjemniej.
Tatiana Dolohov
Tatiana Dolohov
Zawód : emigrantka, pozowana dama
Wiek : lat 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
wanderess, one night stand
don't belong to no city,
don't belong to no man
I'm the violence in the pouring rain
OPCM : 17
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +3
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8945-tatiana-dolohov#267430 https://www.morsmordre.net/t8948-ivan#267594 https://www.morsmordre.net/f312-smiertelny-nokturn-9 https://www.morsmordre.net/t9019-skrytka-bankowa-2104#271324 https://www.morsmordre.net/t8959-t-dolohov#267756
Re: Salon [odnośnik]19.03.23 10:53
Stałem u progu z naręczem oczekiwań, jak wymagający nauczyciel, który uknuł plan edukacji, który perswazją i siłą chciał egzekwować posłuszeństwo. Dłonie miałem ciężkie i ostre jak skały, a skóra Tatiany zabłysła w oszczędnej poświecie bijącej od świec, krucha i czysta. Znów była inna, niewinna z włosami splecionymi w ciasny warkocz, prowokująca od szyi w dół. Lekki materiał skąpo oblepiał ciało, cienki jak granica między snem a rzeczywistością. Mącił w głowie słodyczą nieodpakowanego prezentu. Dolohov nie wyglądała jakby wyczekiwała mojej obecności, ale nie wydawała się też zaskoczona, jakby jeszcze, mimo wszystko, próbowała przyszpilić gdzieś te swoje pozory, chora na egzystencję w nieustającym kłamstwie, w domku z kart, który rozpadał się od naszego pierwszego spotkania, a ona trwała dumnie, wierząc, że nadal jest Czerwoną Królową.
Była co najwyżej księżniczką. Ja - z pewnością nie byłem księciem. Ni carem, ni carewiczem, ni arystokratą, ni oligarchą. Nie miałem ani tytułów, ani władzy, ani potęgi, nie miałem też majątku, a w spadku po przodkach nazwisko, którym się brzydziła. Posiadałem za to błogosławioną - lub przeklętą - pewność siebie, skłonność do ryzyka, która nieustannie popychała mnie na żer, i cały orszak upiorów z nienasyceniem i zazdrością na czele. To one eterycznie szeptały do ucha bierz, to one trzymały mnie za nadgarstki w chwilach zawahania, kiedy podgryzały mnie słabości. Wybierałem stronę silniejszych i zwycięzców, nie oglądając się na to, czy podążam w stronę światła, czy być może w mrok.
Dziś trudno było ocenić. Dziś wszystko miało kolor czerwieni.    
W mieszkaniu było parno, podążając za Tatianą byłem jak ostrze w stężałym powietrzu, wycelowane w jej kierunku. Oczy jak sztylety przebijały ją na wskroś, meandrując od karku, poprzez szczupłe ramiona, wąską talię, krągłe pośladki, aż do odsłoniętych kostek. Obserwowałem ruch marszczącego się materiału z intensywnością, jakbym oczekiwał, iż w pewnej chwili pęknie od samego spoglądania. Tak czy inaczej jego los był już przesądzony, tak samo jak i los Tatiany i mój, i los naszych ciał, w których wrzało jak w kociołku, i które wcale nie szukały ukojenia.    
- Jestem głodny. - Głodny w sposób, którego nie nasyci żadne jedzenie. - Ale menu na dziś zostało już zaplanowane. - Spokojny, zimny głos kontrastował z gorącym powietrzem. W karcie dań na przekąskę podawano Tatianę, jako danie główne - Tatianę, Tatianę również na deser, do przejedzenia w wersji sauté. Podążałem za nią wzrokiem, kiedy poruszała się po geometrii pokoju, czekając cierpliwie, aż sama podejdzie, plącząc się w pajęczą sieć jak zbłąkana ćma poszukująca blasku księżyca. A kiedy była już na wyciągnięcie ręki, nie zawahałem się przed atakiem, skacząc na nią jak drapieżnik, który bezwzględnie wgryza się w swoją ofiarę. Zimna od szklanej, oszronionej butelki dłoń naparła na jej szyję, a kilka energicznych kroków wystarczyło, by plecy Rosjanki napotkały barierę ze ściany. Nie przyszedłem tutaj na rozmowy, nie przyszedłem, by odwlekać to, co pozostawało nieuniknione. Nad głowami wisiała złowieszcza kometa, ale wisiała też niejednoznaczna przyjemność, i któreś z tych dwóch zwiastunów apokalipsy w końcu miało runąć nam na głowy. Oby we właściwej kolejności. - Ty. - Wyplułem z siebie agresywnie, niemal zwyrodniale, wiedząc, że takiej odpowiedzi oczekiwała. Zaskakująco była prawdziwa, bo Dolohov nie opuszczała mnie ani we śnie, ani w stanie świadomości, nieprzerwanie od tamtego przyjęcia u Rosjanina. - A teraz śnię na jawie. - W oczach migotało pożądanie, i choć zwykle były zimne jak Syberia, dziś płonął w nich ogień, a ona była jak benzyna, która go podsycała. Nie było już z nami pozorów, zgubiły się gdzieś między Nokturnem a Niedźwiedzią Jamą. Ciało blisko ciała, mocne, napierające, policzek przy policzku, dłoń na szyi, ciężki oddech. Spojrzałem w jej oczy raz jeszcze, jak we wrota otchłani, która wkrótce miała mnie pochłonąć. - Ja pierdolę, ale ty jesteś piękna, Dolohov. - Wychrypiałem gorączkowo w jej usta, łącząc je ze swoimi w pożądliwym, dzikim pocałunku, tańcu języków, spijanej nawzajem śliny. Mój apetyt wzrastał w miarę jedzenia, chciałem doznać naraz wszystkiego, sięgnąć z nią dna, albo sięgnąć absolutu - byle w skrajność, byle dalej, byle intensywniej. Całowałem ją tak, jakbym chciał odebrać jej powietrze, zdusić w tym akcie czułości, preludium do wyzwolenia przez zniewolenie. Odsunąłem się od jej warg, ręką, która wcześniej przytrzymywała szyję łapiąc mocno za żuchwę, opuszek kciuka przesuwając na rozgrzane usta Tatiany. - Otwórz. - W głosie nie było słychać czułości, rozbrzmiewała za to gniewna apodyktyczność. - Chciałaś wiedzieć, czym jest dla mnie przyjemność. I dowiesz się. Jeśli będziesz posłuszna. - Syciłem się jej spojrzeniem, które jeszcze należało do mnie. - A będziesz, Tatiano. - Zawyrokowałem, bez zawahania, bez cienia wątpliwości.
Mogła jeszcze uciec. Wycofać się. Ale przecież nie tego chciała.




всегда мы встаем
Arsentiy Mulciber
Arsentiy Mulciber
Zawód : księgowy, ekonomista
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
count my cards
watch them fall
blood on a marble wall
I like the way they all
scream
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 4 F7MRi3Q
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11518-arsentiy-mulciber https://www.morsmordre.net/t11521-poczta-arsentiego#357366 https://www.morsmordre.net/t12192-arsentiy-mulciber#375367 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11522-skrytka-bankowa-nr-2513#357367 https://www.morsmordre.net/t11523-arsentiy-mulciber#357368
Re: Salon [odnośnik]19.03.23 21:55
Nie czekała, jednocześnie wiedząc, gdzieś podskórnie, w tkankach pomiędzy kością a mięśniem, że się zjawi. Że oczy zdradzające wygłodniałe marzenie były zaledwie preludium - nieważne jak zamierzał wzbraniać się przed niewypowiedzianą obietnicą, czy też wręcz przeciwnie, ulec jej bez zbędnych wyrzutów sumienia i zahamowań - pomimo tego wszystkiego, wiedziała, że przyjdzie.
Prędzej czy później, z niecierpliwością lub podgryzającym wyczekiwaniem; słowa, które padły ukradkiem przy prędkim pożegnaniu były zwiastunem, zapowiedzi, którą właśnie dopełniał.
Jego widok był przyjemnie nęcący, łechtający ego stworzone z zachcianek i kapryśnych fantazji, stroniących od wymagań, zasad i tego co wypada - i jej i jemu, o czym nieustannie zapominali, żyjąc w obłudzie wrzącego pragnienia, które spadło nagle i niespodziewanie. Bo kiedy Mulciber zawitał do Anglii i wypowiedział w jej stronę słowa; kiedy starł granice przyzwoitości i zaczął mamić wizjami wygłodniałej przyjemności, i sama w końcu uległa. Dała się porwać, podążyła z prądem za światem, który bez przemyśleń zaczęli między sobą budować. Być może chciała zbadać jego czułe punkty, odnaleźć skazę na idealnie skrojonej sylwetce dudniącej irytująco wielką dumą i później ją wykorzystać - a być może nie chodziło o nic poza fizycznym spełnieniem.
Pozwoliła samej sobie na nie - na czysty magnetyzm, pożądanie, które było przecież rzekomo domeną mężczyzn - już dawno temu; lojalność interpretowała jako pojęcie zgoła obszerniejsze, by sprowadzać ją do morza kiełkujących powoli, innym razem gwałtownie, żądz. Do ciała splecionego z innym ciałem. Do urywanych oddechów i narastających jęków. Chemia, żar, bezkarność, obijające się o żebra serce w kolejnym spaźmie słodyczy.
Chłód i półmrok w mieszkaniu był miłosierną łaską, ale kiedy bose stopy podejmowały następne kroki, a za plecami wyczuwała jego obecność, natarczywą, dominującą, nie mogła odczuć choćby krzty tego, co miało uchodzić za ulgę. Nie potrafiła nawet zawyrokować, jasno stwierdzić, stawiając ciężar na jednej z szal - nazwanie jego obecności po prostu błędem było zbyt trywialne. Nijakie, bezbarwne - zwłaszcza wobec uczucia spływającego przez przełyk, drgającego w lędźwiach i kotwiczącego w podbrzuszu.
Jego zapach wymiótł całą resztę woni, mieszanek składających się z papieru, świec i zwyczajowego zapachu jej mieszkania; wdzierał się w nozdrza natarczywie, nakazując spojrzenie. Nie szczędziła mu go długo, butelka spoczęła na stoliku i nim wybrzmiały pierwsze słowa mające skonfrontować jego senne marzenia, poczuła za plecami balast ściany.
Zderzenie z nią miało być przywróceniem do rzeczywistości, swoistym wyrwaniem z mamiącego zmysły letargu; ale kiedy dłoń instynktownie dotknęła faktury za plecami, a jego przywarła do kobiecej szyi, wymuszając jawną subordynację, krew znów zaszumiała w jej głowie. Nie było tutaj miejsca na osąd - ani ten wymierzony w niego, ani w samą siebie. Rozchylone usta machinalnie chciały zaczerpnąć powietrza, choć w geście więcej było przywódczej roli, niż faktycznego odebrania tlenu.
- Kto by pomyślał, że obudzi się w tobie tęsknota. Za mną - szept ocierający się o zwyczajową złośliwość, błysk igrający w oku, spojrzenie pozbawione strachu - nie miała w sobie wstydu czy zakłopotania, ciało, choć przyszpilone do ściany wychodziło jakby naprzeciw jemu; potrzask, w którym ją trzymał nie sprawiał dyskomfortu - wręcz przeciwnie, zachowywała się tak, jakby było jej wygodnie.
Nie zdążyła odpowiedzieć na przekleństwo, na złość wymierzoną w jej urodę i prowokację; wargi naparły na wargi, zduszony oddech sprawił, że westchnęła w jego usta jękliwie, oddając pocałunek po chwili - próbując dorównać mu tempa, natarczywości, czystego brutalizmu w geście tworzonym przez czułość. Spotęgowaną, zaprowadzoną na skraj - taką, której słodycz miała wręcz boleć.
Boleć miał też moment, w którym się odsunął; gesty zdradzały ciało, nienasycenie kwitnące w pociemniałym spojrzeniu ocierało się niemal o tęsknotę. Uniesiona żuchwa, zaciśnięta szczęka; wzrok, który mu posłała więcej miał ze złości niż zaaferowania, ale kiedy padło polecenie, rozchyliła wargi szerzej. Usta musnęły skórę, delikatnie, później dużo bardziej ochoczo, głębiej, aż język kilkukrotnie oplótł jego kciuk, kończąc krótką pieszczotę pocałunkiem na opuszku.
- Nie lubię - wyszeptała, głos ocierający się o chrypliwość akompaniował nieustępliwemu spojrzeniu. Nie lubiła poleceń. Nie lubiła posłuszeństwa; i choć jego obecność tutaj była jawną zgodą, na wszystko, co chciał jej zaoferować, nie zamierzała podawać mu wszystkiego na tacy.
- Jak zamierzasz mnie przekonać? - co dla niej przygotował? Gdzie tkwił haczyk, wobec którego miała faktycznie ulec i oddać mu to, czego tak desperacko łaknął? Gdzie był jej profit?
Dłonie spoczęły na jego torsie tylko na chwilę; uporanie się z guzikami koszuli zajmowało na tyle długo, że po dwóch zdążyła się znudzić, przez co palce sprawnie przeszły niżej. Oczy nie opuszczały oczu, równie jasnych co jej własne, kiedy pasek wysunął się ze szlufek spodni. Guzik i zamek skapitulował zaraz potem.
- Co dla mnie masz, Arsentiy?



Tatiana Dolohov
Tatiana Dolohov
Zawód : emigrantka, pozowana dama
Wiek : lat 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
wanderess, one night stand
don't belong to no city,
don't belong to no man
I'm the violence in the pouring rain
OPCM : 17
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +3
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8945-tatiana-dolohov#267430 https://www.morsmordre.net/t8948-ivan#267594 https://www.morsmordre.net/f312-smiertelny-nokturn-9 https://www.morsmordre.net/t9019-skrytka-bankowa-2104#271324 https://www.morsmordre.net/t8959-t-dolohov#267756
Re: Salon [odnośnik]08.04.23 17:28
- Tęsknota? - Powtórzyłem za nią z drwiną na języku, leniwie przeciągając zgłoski. - Za czym? Za twoją irytującą osobowością? - Kontynuowałem w podobnym tonie, szybko rezygnując z dalszych dyskusji. Nie przyszedłem do niej na dyskurs filozoficzny, ani też na kolejną porcję słownych przepychanek. Drażniła mnie ta fasada, za którą próbowała się ukryć w chwili, gdy mogliśmy już jedynie ganiać się w kółko, bo nie było dokąd uciekać. Na próżno sięgała sztuczek, by mamić mnie słowami, kiedy rozgrzane ciało opowiadało inną historię, sprzeczną ze snutymi zdaniami. W przeciwieństwie do umysłu ono nie potrafiło kłamać, w jego naturze leżała odpowiedź na bodźce - ucieczka lub przyjęcie. Zignorowałem ten dysonans i werbalne protesty Tatiany, rozbijające się niczym wzburzone fale o milczący klif, niknące po chwili w głębi nieprzeniknionego morza. Pertraktacje zakończyliśmy w stajni, na długo przed tym nim zdecydowała się odpowiedzieć łapczywie na mój pocałunek, na długo przed tym jak bez zająknięcia ugięła się pod krótkim poleceniem. Jej sprzeciw nie robił na mnie wrażenia - wiedziałem, że i tak ulegnie, tak jak ulegały wszystkie przed nią, kuszone doznaniami z pogranicza rozkoszy i cierpienia. Jeśli nie chciała oddać mi kontroli dobrowolnie, byłem gotów wydrzeć ją siłą i podstępem. W myślach dawno zaprojektowałem, co uczynię z Tatianą tej nocy. Nie przyjmowałem, by rzeczywistość miała mnie rozczarować. - Nie zamierzam. - Nie musiałem. Jej dłonie bez mojej zachęty odnalazły właściwą ścieżkę, dając mi do zrozumienia, że swoją niewinność musiała stracić już dawno. Taka podobała mi się bardziej: pozbawiona pruderii, zdeprawowana, z zachłannością podążająca za dekadencką zdrożnością. Tam mogliśmy się odnaleźć, pośród najbardziej zepsutych pragnień, ukrytych i zakazanych wobec przyrzeczeń, które nosiła razem z pierścionkiem. Kiedy tylko odpięła sprzączkę, płynnym pociągnięciem wysunąłem pas ze szlufek, oplatając go ciasną, skórzaną pętlą wokół szyi Rosjanki. Podniecała mnie w tej biżuterii, pasowała jej lepiej niż kolia z diamentów. Spoglądałem na nią władczo i zachłannie, jakbym samymi oczami już posiadał jej duszę. Rozbudziła moje pragnienia, wdarła się w sen, burząc jego spokój - musiała ponieść konsekwencje. Pragnąłem zatracić się z nią w niczym nieuwiązanej dzikości, zdominować ją i znikczemnić jak dziwkę, poddać upokorzeniu i utopić w tej przewartościowanej rozkoszy, gdzie jej krzyki i jęki miały stać się pieśnią wolności i kobiecości. Miałem dla niej w darze tę gwałtowność, wypełzała z każdego mojego ruchu, każdego coraz cięższego oddechu, wyostrzającego się spojrzenia. W zwierzęcej agresji złączyłem z nią swoje wargi ponownie, a taniec języków bardziej przypominał walkę niż czułe namaszczenie. Przyparta do ściany nie miała dokąd uciec, gdy bez pozwolenia sięgałem po to, czego zachciałem, meandrując dłonią między jej udami, gdzie niosłem gorącą pieszczotę i rozluźnienie, pozwalając własnej skórze palców przejść wilgocią płynącą z jej ciała. Usta kąsały wargi Tatiany, później kąsały już jej szyję i obojczyki, w końcu wgryzając się w piersi, najpierw przez cienki materiał sukienki, który opadł na podłogę szybko jak sen, a później w miękką skórę. Dziś miała należeć cała do mnie, z własnej woli lub wbrew niej, omamiona zaklęciem podniecenia, które podsycałem w Dolohov z każdym mocnym ruchem palców i języka, w tym dusznym mieszkaniu o kolorze czerwieni, zajętym przez pożar, którego nie były już w stanie ugasić żadne czary. Upajałem się smakiem jej ciała, jej zapachem, nią całą, byle intensywniej, byle mocniej, wypełniając zmysły ilością bodźców, której nie były w stanie znieść. Chciałem ugryźć ją wszędzie, wszędzie polizać, wszędzie przycisnąć, uszczypnąć, uderzyć - bez niepotrzebnej delikatności, w umyśle owładniętym zwierzęcym głodem. Lepkie od nektaru ekstazy palce ułożyłem na języku Tatiany, napierając nimi coraz głębiej, mocniej szarpiąc za skórzaną obrożę, by ostatecznie pociągnąć ją w dół, na kolana, dając jej do zrozumienia, że była ode mnie zależna. Oczy miałem nabiegnięte pożądaniem, szukały jej spojrzenia, dotychczas przywoływanego jedynie w fantasmagoriach, raz błagalnego, raz przepełnionego strachem, to znowu pełnego złości zmieszanej z pragnieniem. Drapieżnie ująłem jej podbródek, nie pytając Dolohov o zdanie, czy zagra według scenariusza, który kreśliłem specjalnie dla nas, w spektaklu dwóch żarzących się sylwetek. Igranie z ogniem mogło pozostawić blizny - i chciałem, by tak było. By nasze spotkanie z dosadnością wyryło się w jej pamięci i na jej ciele, by wracała do niego z naręczem emocji, niezdolna ocenić przyczyn własnego zachowania, poddanego mojej woli, dogłębnie, aż do samej ścianki gardła.      
Gdy zabraknie jej oddechu, kiedy oczy nabiegną łzami, stanie się jeszcze piękniejsza.




всегда мы встаем
Arsentiy Mulciber
Arsentiy Mulciber
Zawód : księgowy, ekonomista
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
count my cards
watch them fall
blood on a marble wall
I like the way they all
scream
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 4 F7MRi3Q
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11518-arsentiy-mulciber https://www.morsmordre.net/t11521-poczta-arsentiego#357366 https://www.morsmordre.net/t12192-arsentiy-mulciber#375367 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11522-skrytka-bankowa-nr-2513#357367 https://www.morsmordre.net/t11523-arsentiy-mulciber#357368
Re: Salon [odnośnik]13.04.23 13:21
Moment, w którym fantazja starła się z rzeczywistością, prawda z ułudą, sen z jawą – był całkowicie niewidoczny, skryty w smugach kolejnych oddechów, spojrzeń i butnych słów. Wdeptany w ziemię jak końcówka znudzonego papierosa, bez gwałtownego przełomu i bez konkretnej ścieżki – fakt, że wszystko zaczęło przeobrażać się w rozżarzone pragnienia był wyrwaną z kontekstu luką w otaczającej ich codzienności.
Bez przyczyny i bez skutku, sensu czy jakiejkolwiek logiki – niechęć starta na miał drażniła gdzieś w dole myśli, wybijała się raz po raz żwirowym otarciem na obrzeżach wspomnień, przypominała o swoim istnieniu i zaraz potem znów ulegała – po kolejnym, śmiałym przesunięciu granicy, Tatiana przestała doszukiwać się racjonalnych wytłumaczeń.
Słowa, których nikt nie potrzebował i nikt nie chciał, zaklęte na wieczność pomiędzy niezgodą a prośbą; skapitulowały pod wargami, zmienione w przydługie westchnienie w stłumionym cieple rozochoconych ust. Pocałunek goniący pocałunek – w pędzie wyprzedzał kolejny, podążając w nieznaną drogę, z której nie było już odwrotu, stworzonej z gwałtowności i instynktownych ruchów. Skóra dłoni spotykająca skórę paska, chwilę później brąz oplótł bladość szyi, a ona zadarła spojrzenie – stworzone z pragnienia i obawy, zachęty i złości – koktajl emocji, które przestały mieć swój początek i koniec, ograniczone jedynie do dusznego pomieszczenia skąpanego w czerwieni dudniących pragnień, dopasowujących się do czerwieni dudniącej w żyłach krwi.
Zaprzeczenie w dwóch słowach, które stanowiło preludium kolejnych czynów – mogła się ich spodziewać, balansując na granicy słodkiej kokieterii i kwaśnej pokusy, delikatnych półsłówek i brutalnego milczenia, finalnie ograniczonego do spojrzenia.
Pytającego, proszącego, nakazującego – ogień w stalowych oczach zajmował coraz więcej, wygrywał to, co chciało powiedzieć ciało i serce, bynajmniej nieprzyzwyczajone do ciernistej przyjemności, którą na nią sprowadzał. Nieprzyzwyczajone do odmów, zdominowania, poddaństwa – w chwili kiedy usta spotkały się na nowo, zapomniała o tym prostym fakcie. Róż warg oplatał te należące do niego, zachłannie, dziko, jakby niekończący się wieczór miał zniknąć w kolejnym momencie, razem z nim i śmiałą fantazją.
Wierność orbitowała wokół wpojonych tradycji i ciasnych konwenansów, wygrywała nuty na pograniczu rodzinnej lojalności, nie cielesnej chuci – kiedy ciało dociskało ciało, nie czuła nawet ciężaru pierścionka na palcu. Zapomniała o nim, kiedy dłoń przystrojona brylantem przeniosła się na męski policzek, później szczękę, zahaczyła o kark, a drapnięcie paznokci było potwierdzeniem uchodzącego z ust jęku i rozchylonych nóg, które stanowiły odpowiedź na kolejne ruchy i zachłanne palce.
Mgła beżowej sukienki odeszła w niepamięć, rozmyta w nieuwadze, skazana na zapomnienie prędko; za sobą chłód, przed sobą żar – kontrast, który przed nią tworzył mamił zmysły, sprawiając, że uchyliła powieki, podobnie jak usta, fantomowo pragnące zaczerpnąć kolejny haust ograniczonego powietrza. Kiedy wargi i język na nowo spotkały się z jego palcami – mokrymi, ze słonym posmakiem i dowodem przyjemności, znów przymknęła oczy.
Kiedy je otworzyła, czekała na nią nowa rzeczywistość – w pełności tego stwierdzenia, na kolanach uderzających o podłogę, ze spojrzeniem zadartym w górę; w pytaniu, niepewności, nucie strachu.
Jak bardzo mogła mu ufać?
Jak wiele mogła ofiarować, spychając na bok wyuczone przez lata odruchy i instynkty; gdzie zaczynała się fantazja, gdzie kończyła konwencja, kim był Arsentiy Mulciber dzierżący władzę w rękach? Kim była ona, pozwalając mu na to wszystko, kiedy skórzany pasek na szyi mówił o jej subordynacji wobec świata, który obiecał się przed nią otworzyć?
Kiedy uniósł jej podbródek, odnalazła jego oczy, w rozbieganej i spłoszonej wędrówce, nieme pytanie zawisło w powietrzu, niepokój topniał pod żarem pożądania, wciąż jednak wybijał się ponad powierzchnie podsycanych nieustannie pragnień.
– Nie śpiesz się nie musisz, bo mieszkanie było ciche, ciemne i puste. Przeznaczone tylko dla nich i dla demonów, które w nienawiści miały sięgnąć głębiej, wyciągając na wierzch czysty magnetyzm cielesności.
Dosięgnięcie spodni z pozycji klęczącej było dużo łatwiejsze niż dotychczas, materiał kapitulujący pod wpływem szarpnięcia dostarczał czystej satysfakcji; wybrzmiała w spojrzeniu, kiedy znów je uniosła i zatrzymała na jego oczach, równie jasnych co jej własne. Trwały nieprzerwanie, kiedy dłoń odnalazła drogę do obranego celu, i kiedy po serii ruchów stworzonych z domniemanej czułości, dłoń zastąpiły usta i język.
Ciemne rzęsy opadły wraz z mrużonymi oczami, tworząc na jasnej skórze cień pajęczej sieci, kiedy odbieranie sobie samej możliwości oddechu miało być manifestem stworzonym z uległości i kontroli jednocześnie.

Tatiana Dolohov
Tatiana Dolohov
Zawód : emigrantka, pozowana dama
Wiek : lat 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
wanderess, one night stand
don't belong to no city,
don't belong to no man
I'm the violence in the pouring rain
OPCM : 17
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +3
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8945-tatiana-dolohov#267430 https://www.morsmordre.net/t8948-ivan#267594 https://www.morsmordre.net/f312-smiertelny-nokturn-9 https://www.morsmordre.net/t9019-skrytka-bankowa-2104#271324 https://www.morsmordre.net/t8959-t-dolohov#267756
Re: Salon [odnośnik]23.04.23 13:30
Spojrzałem z góry w oczy Tatiany, odnajdując w nich dokładnie to, co poprzedzającego wieczoru utkałem w fantasmagoriach - spektrum emocji, niepewność i ciekawość, zwieszone na wątłej nici zaufania, cienkiej niczym pajęcza sieć. Ona sama była w tej sieci, złapana jak ćma szukająca blasku, naga i bezradna, już świadoma tego, że nie była zdolna do odwrotu - nie o własnych siłach. Poczucie kontroli i całkowita zależność Dolohov  ode mnie podniecały nie mniej niż widok jej idealnego ciała, pozbawionego wszelkich sekretów. Byłem chory i zepsuty, ale nigdy nie myślałem o sobie w ten sposób. Swoje zdeprawowanie brałem w objęcia - tak jak w czasach, które wydawały się w tej chwili innym życiem, czyniła to matka - ofiarowując temu usynowienie i przyjmując jako siłę. Samą myślą byłem zdolny do podporządkowywania sobie rzeczywistości - obraz, który malował się poniżej linii mojego brzucha, był tego dowodem.
- Zrozumiałaś. Doskonale. - Pochwaliłem ją oszczędnie, przesuwając metalową sprzączkę, przesuwając jej granice, powoli odbierając Tatianie zdolność oddechu. Moje oblicze było chłodne jak ziemie na których dorastałem, a w spojrzeniu lód ścierał się z lawą, w skrajnościach, za którymi nieustannie goniłem. Te same skrajności składałem w ofierze Dolohov, to pozbawiając ją tlenu, to pozwalając na krótkie, łapczywe hausty powietrza, pomiędzy którymi szukałem jej oczu. Wplatając palce w jej włosy to ja decydowałem o tym, ile łez wypłynie spod jej powiek, nim na krótko posmakuje wolności, poddając mi się ponownie, w tej grze z pogranicza, gdzie gorycz i słodycz szły ramię w ramię, jak bliźniaczki, których nie sposób było odróżnić. Każda niesubordynacja, niewłaściwe spojrzenie, cień grymasu, były dyscyplinowane ostrym uderzeniem w policzek, by później znów całować Tatianę zaborczo, z intensywnością, z jaką nikt wcześniej jej nie pragnął, rozmazując ślinę na jej twarzy i sącząc do jej serca mrok. Chciałem się z nią w nim zatracić, bo byłem wyklęty, a zamknięta ze mną w ciasnym mieszkaniu na Nokturnie Tatiana nie miała prawa pozostać lepsza. Nie pozwalając podnieść się jej z kolan, trzymając na skórzanej uwięzi, przeciągnąłem ją do sąsiedniego pokoju, którym okazała się jadalnia. Lustra na przeciwległych ścianach były pierwszym elementem, który zwrócił moją uwagę, podobnie jak mahoniowy stół. Wyswobadzając ją ze smyczy, gdzieś w kącie pokoju porzuciłem koszulę, obnażając przed Tatianą swoje ciało, noszące znamiona sumiennej pracy nad jego doskonałą budową. - Wejdziesz na stół i uklękniesz. - Zawyrokowałem, nie dając jej pola do sprzeciwu - rozumiała już, że nie godziłem się na grymasy, na odwodzenie, trzepot rzęs. Swoimi cyrkowymi sztuczkami mogła zwodzić chłopców, mężczyzn nawet - ale nie mnie. Byłem dzikim zwierzęciem, niedźwiedziem z surowych krain, niepoddany żadnym tresurom pozostawałem nieujarzmiony, nieprzewidywalny. Jej słowa i prośby miałem za nic, bo nie były w stanie powstrzymać mnie przed zrealizowaniem własnych celów, które czerpały moc z zewu krwi. I ta krew znów pchnęła mnie ku zdrożnej namiętności, między jej uda, gdzie w brutalnej czułości doprowadzałem ją na skraj rozgorączkowania, wytyczając szlaki ze śliny, gryząc jej skórę, pozostawiając czerwone stemple w kształcie dłoni na jej pośladkach. Nie mogła widzieć mnie, ale mogła podziwiać za to własne oblicze - coraz bardziej poddane mojej woli, coraz bardziej uległe. - Jak się sobie taka podobasz, Tatiano? - Wychrypiałem na wpół kąśliwie, na wpół władczo, głosem przydymionym żądzą. Uległa, posłuszna - wbrew temu, co manifestowała. Obdarta ze złudzeń, z resztek moralności, splugawiona. Tej ulotnej, gorącej nocy należała do mnie, a każdy mój i jej czyn były tego świadkiem. A co widziała ona? W lustrze, które nie było zdolne ukryć prawdy niesionej przez czerwone policzki, częściowo rozsupłany warkocz, twarz morką od potu i ludzkich soków. - Myślałaś o naszym spotkaniu, kiedy zostawałaś sama? Fantazjowałaś o mnie wcześnej? - Ja myślałem o niej już od tamtego spotkania na balkonie, kiedy ujrzałem jej odkryte plecy, nie wiedząc jeszcze, że należały do kobiety, która w przeszłości majaczyła w figurze znielubianej, wychudzonej dziewczynkiz Durnstrangu. - Nie? - Zgadywałem, zanim zdążyła zastanowić się nad odpowiedzią. - To pokaż mi jak za mną zatęsknisz - W moim głosie wybrzmiało więcej nakazu niż zachęty, a spojrzenie nie znosiło sprzeciwu. Chciałem ją zobaczyć. Taką, jaka nie pokazywała się nikomu, przełamać kolejne tabu, które miało być wyłącznie dla niej - aż do tej chwili. Czekałem na pokaz. Na satysfakcję, która miała nakarmić moje upiory. Jak daleko była skłonna posunąć się Dolohov? Ile chciała mi dziś oddać? To nie było istotne. Zamierzałem wziąć wszystko. I jeszcze więcej.  
- Dla mnie teraz jesteś najpiękniejsza. - Wyszeptałem gorączkowo, szczerze, przyciągając ją do siebie ciasno, tak, że plecami przywarła do mojego torsu, nadal klęcząc na stole. Ciało przy ciele, policzek przy policzku, mogliśmy spojrzeć teraz na siebie nawzajem, odnajdując jasne tęczówki na gładkiej powierzchni lustra. Wzgardziła mną, tylko po to, by chwilę później wzgardzić moim wujem w najgorszy sposób, okazując mu brak szacunku - nie byłem od niej lepszy, choć to nie ja miałem spędzić resztę życia opierając je na skrzywionej przysiędze. Posłałem krótki, enigmatyczny uśmiech do jej odbicia. Jednego byłem pewien - po tym, co przeżyje dziś ze mną, albo mnie znienawidzi, albo uzależni się od przeżyć, które przed nią odkrywałem, kawałek po kawałku, coraz dosadniej, w głąb otchłani. Chciałem być tym narkotykiem, silną, zakazaną pokusą, niemożliwą do zastąpienia, niemożliwa do odstawienia. Nie odklejając spojrzenia od jej źrenic wgryzłem się w szyję Tatiany z gwałtownością, odwracając ją w końcu przodem do siebie, pozwalając by jej łydki zaplotły się wokół moich bioder, łącząc dwa ciała w jedno. - Dzisiaj jesteś moja. - Ekstaza miała swój termin ważności, bo przecież to nie mnie chciała trzymać w swojej sypialni na wieczność. Tej jednej nocy staliśmy się dwójką rozbitków, wędrującą po tym stole jak po wyspie rozkoszy, badając kąty i załamania własnych ciał, ich maksymalne ugięcia, wytrzymałości. W języku praojców wydawałem jej polecenia, to składałem pochwały, to deprawowałem do kurw i suk. Krępowałem ją, to znów uwalniałem, przerzucając po antypodach, wywołując jednocześnie najgorsze i najlepsze odczucia. Zwieszałem jej głowę ze stołu poniżej linii mojego brzucha, później przewieszałem przez stół jej sylwetkę, jeszcze później wykręcałem nadgarstki, naginając jej kręgosłup do balansującego na granicy możliwości łuku, opierając rozgrzane policzki Dolohov o zimną taflę lustra. Sprawdzałem jak wiele bólu było zdolne znieść jej ciało jednocześnie zalewane żarem i ile upokorzeń przyjmie jej ego, na przemian kalane i rozpieszczane, wynoszone wysoko ponad przeciętność, aż do chmur. Brałem ją tak jak zechciałem, to gwałtownie, wręcz agresywnie, to wolniej, szarpiąc ją za włosy, ciężką dłonią odcinając jej tętno, patrząc na nią z zachłannością, nie licząc czasu, upajając się jej zapachem i smakiem, jej oddaniem, jej strachem i głosem. Mimo półmroku dostrzegłem pręgi przecinające jej plecy, nie pytałem jednak o ich pochodzenie - ogarnięty płomieniem umysł nie chciał logiki, nie chciał wyjaśnień, dążąc jedynie do tego, co zwierzęce, piękne i plugawe jednocześnie. Ze stołu do lustra, a sprzed lustra na podłogę, gdzie na moment dałem przyzwolenie, by to ona poprowadziła ten taniec spoconych ciał, które z coraz większą trudnością łapały oddech. Z dłońmi śmiało pieszczącymi każdy skrawek skóry Tatiany unosiłem spojrzenie, upajając się widokiem jej kobiecych kształtów. - Posiądź mnie. - Rozkazałem jej w delirycznym szepcie, otumaniony od wrażeń, zmęczony, ale nadal trzymający w ryzach własne ciało, wytrenowane do długich aktywności. Posiądź mnie, tak jak ja już posiadłem ciebie, Tatiano. Zaspokój się mną. Użyj mnie. Nawet oddając władzę musiałem czynić to w kontroli, podkreślając, że jej dalsze losy były całkowicie ode mnie zależne. Nie na zawsze - tylko na chwilę, tylko na tę jedną noc, która miała pozostać naszą tajemnicą.
Jedną noc, którą chciałem rozciągać w nieskończoność.




всегда мы встаем
Arsentiy Mulciber
Arsentiy Mulciber
Zawód : księgowy, ekonomista
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
count my cards
watch them fall
blood on a marble wall
I like the way they all
scream
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 4 F7MRi3Q
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11518-arsentiy-mulciber https://www.morsmordre.net/t11521-poczta-arsentiego#357366 https://www.morsmordre.net/t12192-arsentiy-mulciber#375367 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11522-skrytka-bankowa-nr-2513#357367 https://www.morsmordre.net/t11523-arsentiy-mulciber#357368
Re: Salon [odnośnik]16.05.23 15:50
W ciemnym pomieszczeniu giną niepewności. W ciemnym pokoju nie widać strachu, a naiwność znika jak żar gaszonego papierosa. W ciemnym pokoju paradoksalnie można dostrzec wszystko.
Tatiana Dolohov dowiedziała się o uśpionych podszeptach w tamtej chwili, w momencie, w którym wszystko zaczęło ograniczać się do urywanego oddechu, pospiesznych palców, spoconej skóry i błądzącego wzroku. W strachu, złości, oddaniu, prośbie – w finezyjnej mieszance tętniących żądzą instynktów, które wychodziły na światło dzienne – jeden po drugim, w wyścigu o nieistniejące trofeum, wynurzając się na żer, po grzechy, które kwitły gęsto na połaci półmroków i tafli nagiego ciała.
Jak wiele mogła zrobić – jak daleko się posunąć, ile przyjąć, ile oddać; pula zwiększała się z kolejnym haustem powietrza, z kolejnym policzkiem, kolejnym jęknięciem prosto w rozpalone usta, które karały ugryzieniem, nagradzały pocałunkiem, szeptały krzyczące słowa orbitujące wokół obelg i najsłodszych czułości. Skrajność za skrajnością, wszystko albo nic. Nic pomiędzy.
Smuga bladoróżowej barwy odbita na skórze była widoczna, kiedy materiał skórzanego paska na nowo spoczął w jego dłoni; podążała za nim wzrokiem, za ścieżką, jaką pokonywał od jej karku po dłoń Mulcibera, która finalnie wskazała blat stołu jadalnianego.
Słowa ograniczane do minimum, bo dużo ważniejsze okazywały się spojrzenia, jakie mu posyłała. Pomiędzy niepewnością a zdecydowaniem; wycofaniem a gorliwością spełniania każdej jego prośby, w końcu podekscytowania, obok którego kiełkował strach; w warunkach, które go spotkały, nie mógł przetrwać.
Spieczona ziemia pożądliwych pragnień nie sprzyjała zdroworozsądkowym odruchom; nie, kiedy znów się zbliżył, a tęskniące palce zawędrowały ku niemu, zupełnie jakby w samym akcie muśnięcia opuszkami rozpalonej skóry miała spełnić wszystkie marzenia rosnące w zaognionych myślach.
– Nie odsuwaj się – wyszeptała w rodzimym języku, a w drżących końcówkach zgłosek wybrzmiała nuta desperacji; prośby zmieszanej ze złością, pragnienia zbyt długo trzymanego na smyczy.
Kim była ta, która spoglądała na nią w lustrze? Kim była kobieta z rozchylonymi ustami, które plamił długi pomruk, a spojrzenie było zbyt zamglone, by dokładnie dostrzec ruchy, które dyktowały jej ciałem; wzbierały, by znów opaść, w spazmach przemykających cicho po łydkach i udach, by znów odsunąć od niej spełnienie i sprawić, że wzdychała gorączkowo, własną wargę zagryzając do niemal boleści.
Kim byli oni?
Kto spoglądał zza szklanej tafli, kiedy stanął za nią, a ciepły oddech rozmył się w pobliżu jej ucha; do kogo należały oczy, których spojrzenie wbijało się w jej własne, choć odbite w lustrzanej rzeczywistości. Kim był i jak dokładnie wiedział – wiedział, widział, czuł pod własnym objęciem dygoczące ciało, którego sama ujrzała dowód w zamroczonym odbiciu lustra.
Grzesznicy czy święci, wrogowie czy kochankowie – tak skrajne, by w końcu zetrzeć się ze sobą i zmieszać, na tyle gwałtownie i ciasno, że przez moment nie wiedziała już, czym była czerń, a jak wyglądała biel – czy mieszkanie na Nokturnie było rzeczywistością, czy tylko senną marą, którą śnili razem, w wulgarnej chuci odnajdując zepsutą harmonię, według której obydwoje zapragnęli się podporządkować.
Plecy przylgnięte do torsu, ciało do ciała; w chwili, kiedy serce dudniło, a krew płynęła prosto do mózgu, czuła niecodzienne połączenie trzeźwości i upojenia, które jedynie pogłębiało się z każdym ruchem, ugryzieniem, przerywanym pocałunkiem i warkliwym westchnieniem, któremu wtórowała własnym, zamykając oczy i znów je otwierając – zupełnie jakby musiała się upewnić, że wszystko było prawdziwe.
Że ścieżka, którą przed nią otwierał – tak różna od doświadczeń, jakich mogła zasmakować w towarzystwie mężczyzny, choć tak samo władcza, perspektywą wybiegająca ponad to, czego doświadczała i czego pozwalała sobie doświadczać. Fakt, że był tym, kim był, z przeszłością malującą się w barwach nastoletnich złośliwości, z nazwiskiem, które tętniło tak blisko jej własnego, z pokrewieństwem łączącym go z jej narzeczonym – to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
– Dzisiaj – powtórzyła jako przypieczętowanie, przekorę, żal i zapewnienie; dzisiaj, ograniczające się do jednego błędu. Dzisiaj, pozwalające im spełnić to, czego pragnąć było im zabronione. Dzisiaj, które rozmyje się w ciemnej nocy i zginie, kiedy słońce podniesie się dostatecznie wysoko.
W momencie, kiedy smuga blizny zamajaczyła gdzieś w bocznym lustrze, jedynie na moment się zawahała; miękkie ciało na chwilę zesztywniało, pomiędzy rozkoszą a bólem, niepewnością a podsycanym pragnieniem, które zdawało się jej wtedy niezaspokajalne. Każdy ruch, pocałunek, pchnięcie, uderzenie, uścisk klatki wokół jej ciała – bodziec za bodźcem, jakby rozkładał je wszystkie, testował i smakował, uwydatniając przed nią paletę barw jej własnego ciała, tego, do czego było zdolne, do czego mogło ją zaprowadzić, gdy nogi zaczną drżeć, podbrzusze zaleje się falą gorąca, a na ustach zastygnie niewybrzmiałe podziękowanie.
Podłoga nigdy nie była wygodniejsza, kiedy powoli przeniósł ich, wciąż splecionych ze sobą, niżej – Dolohov początkowo nie zarejestrowała tego momentu, albo zupełnie zignorowała ten fakt, na nowo odnajdując jego spojrzenie – tym razem na dłużej, na hektolitry sekund, które ofiarowane były tej nocy tylko ich dwójce.
Wysiłek, który poniosło ciało sprawił, że spełniła jego polecenie powoli; pomiędzy torturą a przedłużającą się pieszczotą, zmęczeniem a przeciągniętą przyjemnością; znów razem, choć teraz dygoczące nogi spoczęły po bokach jego ciała, kiedy zsuwała się niżej, by u celu znów na niego spojrzeć, z równoczesnym rozchyleniem ust i wyczuwalnym drżeniem, gdy na nowo ją wypełnił. Namiastka straconej czułości czy precedens, który miał ukoronować ich wieczór – bo choć świadomie pragnęła więcej, łapczywie osiągać kolejne, upajać się nim w frenetycznym tempie i bliskości, od której mogłaby zwyczajnie zwariować; mimo tego, ruchy, które powoli zaczęła podejmować, były kontrastująco inne od tych, których się dopuszczali, i które miała kontynuować. Delikatniejsze. Dokładniejsze. Ze spojrzeniem wciąż wwierconym w to, którym ją obdarzał.
Dłonie spoczęły na jego torsie, momentalnie usłyszały dudniące serce, ślizgały się po naznaczonej potem klatce piersiowej, by następnie wytyczyć ścieżkę niżej, dotknąć jego bioder, musnąć żebra skryte za muskulaturą siatki ciała. W końcu i ona się nachyliła, choć pośladki wciąż dryfowały na boki, w górę i w dół, w tańcu, w którym nie potrzebowali słów, poleceń ani zapewnień. Usta odnalazły usta, niezdarnie i niezgrabnie, zębami kilkukrotnie skubnęła kąciki warg, językiem przejechała po żuchwie, policzek oparła na policzku, a oddechy zmieszały się w jeden i zsynchronizowały wspólny ton.
Kiedy znów się uniosła, oddychali tak samo; rozplecione włosy spłynęły wzdłuż pleców, ciało wygięło się w łuk, a przedłużane niekończącymi się kwadransami spełnienie nadeszło, w dygoczącym spazmie zakrzywiając fasadę jej ciała, oświetlonego półmrokiem świecy i czystą słodyczą.
Wsparta na dłoniach ułożonych po bokach jego ciała nie wytrzymała długo, drżące kończyny prędko skapitulowały, a ona opadła na jego pierś, pokryte gorącą łuną lico układając powyżej męskiego mostka.
Grzesznicy czy święci, wrogowie czy kochankowie – nie było już istotne.
Tatiana Dolohov
Tatiana Dolohov
Zawód : emigrantka, pozowana dama
Wiek : lat 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
wanderess, one night stand
don't belong to no city,
don't belong to no man
I'm the violence in the pouring rain
OPCM : 17
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +3
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8945-tatiana-dolohov#267430 https://www.morsmordre.net/t8948-ivan#267594 https://www.morsmordre.net/f312-smiertelny-nokturn-9 https://www.morsmordre.net/t9019-skrytka-bankowa-2104#271324 https://www.morsmordre.net/t8959-t-dolohov#267756
Re: Salon [odnośnik]08.12.23 8:28
Kobiece ciało przyjemnie ciążyło na udach, wyginając się do granic możliwości, unosząc i opadając w spektaklu zakazanej rozkoszy. Opętani zachłannością, zwyrodnieni, zatrzymaliśmy się w jednym wspólnie straconym oddechu, który promieniując od podbrzusza rozlał się wrzątkiem po sieci żył. Sklejone ciała powoli stygły na drewnianej podłodze, a oddechy złączyły się w jeden, jakbyśmy nadal byli jednym tworem, zespoleni z dwóch antypodów. Pot rysował srebrne nitki na ciele, a mokre kosmyki włosów przywarły do czoła. Leniwie przesuwałem opuszki palców wzdłuż linii kręgosłupa Tatiany, powoli uspokajając przyspieszone tętno, a kiedy krew przestała dudnić w głowie, wplotłem dłoń w jej włosy i przekręciwszy się na bok złożyłem na jej ustach długi, głęboki pocałunek, słodki i uzależniający bardziej niż narkotyk, intymniejszy i bliższy, niż wszystkie grzechy, których zdążyliśmy się dopuścić. Ten moment, chwila w której nasze sylwetki splatały się tak ciasno, że ledwie starczało miejsca na oddech, była przesądzona od momentu, kiedy spotkaliśmy się na przyjęciu u Rosjanina. Gra wstępna przeciągana przez ledwie dwa tygodnie, po których kurtyna kurtuazji opadła; przystawka, główne danie i deser pochłonięte z zachłannością, od której można się było rozchorować. Nie znałem samokontroli i nie chciałem tego zmieniać. Chciałem być chory.
Kiedy w końcu się podnieśliśmy, wydałem jej krótkie polecenie, a zimny głos kontrastował z czułym pocałunkiem. - Przygotuj kąpiel.
Wiedziałem, że się nie sprzeciwi. Że ciekawość i głód nowych doświadczeń sprawią, że postąpi wbrew niezależności i nieugiętości pod butem mężczyzny, które uwielbiała reprezentować - ale ja już wiedziałem co kryło się za tą fasadą.
Siedzieliśmy w wannie popijając wódkę i paląc papierosy, aż nasze skóry pomarszczyły się jak u staruszków. Wódka rozluźniła obyczaje, zwiotczyła mięśnie i rozwiązała języki, a ja żałowałem, że byliśmy zamknięci w czterech ścianach ciemnego mieszkania, zamiast błyszczeć gdzieś w towarzystwie, karmiąc się zazdrosnymi spojrzeniami narodu, nocnych wędrowców w eleganckich lokalach, którzy szukali szczęścia u kobiet. Ilu było przede mną i jak bardzo wuj przecenił swoją zdobycz? Czy upadł tak nisko, by majątkiem okupować podrobione diamenty, które mógł mieć każdy? Nie było mi go żal, nie był Mulciberem - a gdyby był, wstydziłbym się takiego krewnego. Mimo młodego wieku i braku doświadczenia mogło wydawać się, że posiadałem znacznie większą umiejętność czytania ludzi. Czytałem również Dolohov, kawałek po kawałku, wgryzając się w jej skórę aż do kości. Z wanny dalej zawędrowaliśmy do łóżka, gdzie do późnych - czy może raczej wczesnych godzin pobrzmiewał rosyjski, a Tatiana leżała na mnie okryta jedynie moim ramieniem, aż w końcu zasnęliśmy obok siebie jak dzieci wyczerpane zabawą.

Zt




всегда мы встаем
Arsentiy Mulciber
Arsentiy Mulciber
Zawód : księgowy, ekonomista
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
count my cards
watch them fall
blood on a marble wall
I like the way they all
scream
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 4 F7MRi3Q
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11518-arsentiy-mulciber https://www.morsmordre.net/t11521-poczta-arsentiego#357366 https://www.morsmordre.net/t12192-arsentiy-mulciber#375367 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11522-skrytka-bankowa-nr-2513#357367 https://www.morsmordre.net/t11523-arsentiy-mulciber#357368
Re: Salon [odnośnik]29.12.23 17:03
Kojąca łuna obmywała ciała, letnia temperatura wody współgrała z chwilą przedłużanej beztroski; ciepła na tyle, by ukoić zmęczenie, chłodna na tyle, by otrzeźwić lepką połać skóry i sprawić wrażenie świeżości. Tatiana pierw zajęła miejsce po przeciwległej stronie wanny, by niedługo później przenieść się na drugi jej kraniec, okupowany przez Mulcibera, przed którym usiadła, wspierając plecy o jego tors, w półleżącej pozycji kładąc tył głowy w okolicach jego klatki piersiowej.
— Opowiedz mi jak ci tutaj — tutaj w Anglii. Tutaj w Londynie. Tutaj — przy niej. Gdzie stawiał kroki i dokąd prowadziła go podjudzana obietnicami ambicja; gdzie lubił spacerować niedzielnym popołudniem, a dokąd udawał się wieczorami — który skrawek Wysp zdążył poznać, czego zasmakować, jak bardzo kaleczyła jego podniebienie angielszczyzna; chciała każdego elementu prostolinijnej codzienności, zapominając o wszystkim wokół, zupełnie jakby świat w kilku kwadransach skurczył się tylko do ich obecności, jak gdyby na wielkim globie istniała tylko łazienka z porcelanową wanną na charakterystycznych nóżkach.
Woda płynęła zagłębieniami umęczonych ciał, wódka w butelce przekazywana z ręki do ręki plamiła kąciki ust, popiół spalanych papierosów znaczył biel kafelek, a kiedy kąpiel wystygła na tyle, że stawała się prawie nieznośna, podnieśli się obydwoje, znacząc podłogę mokrymi śladami stóp. Nie dbała o ręcznik ni szlafrok, wytaczając szlak w kierunku swojej sypialni, w której na nowo odwróciła się w tył, w końcu wyciągając dłoń, by spleść z nim palce. Jak przewodniczka w dziwacznie czułej intymności, w formie zaproszenia, w geście aprobaty, ofiarując wstęp do wyimaginowanej chwili, którą tkali w beztrosce podejmowanych kroków i działań, pozbawieni skrępowania, odzienia, obietnic i oczekiwań.
Komfort rozlewający się po ciele ukoił drżenie nóg i przywiódł zmęczenie, sprawiając, że opadli na łóżko niemalże z wdzięcznością przyjmując miękkość atłasowych poduszek. Przyglądała mu się w tej surrealistycznej scenerii z pewnym zdumieniem, mieszającym się z zaintrygowaniem prawie nastoletniego spojrzenia, zupełnie jakby obserwowała go po raz pierwszy; jak gdyby stanęli na swojej drodze po raz kolejny, wspomnienia dawnych przewinień i eskalującego do granic nieznośności napięcia wydawały się nagle czymś wybitnie miałkim, bo ruszczyzna pobrzmiewała swobodnie i z dumą, orbitowała wokół nieistotnych dywagacji i dalekich planów, malowała pejzaże świata, który z nastaniem świtu miał przestać istnieć.
I kiedy ostatnie zgłoski traciły na sile i dźwięku, zasnęła, z policzkiem wtulonym w męskie ciało, z uśpioną czujnością i absurdalnie spokojnym snem.

zt hug
Tatiana Dolohov
Tatiana Dolohov
Zawód : emigrantka, pozowana dama
Wiek : lat 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
wanderess, one night stand
don't belong to no city,
don't belong to no man
I'm the violence in the pouring rain
OPCM : 17
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +3
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8945-tatiana-dolohov#267430 https://www.morsmordre.net/t8948-ivan#267594 https://www.morsmordre.net/f312-smiertelny-nokturn-9 https://www.morsmordre.net/t9019-skrytka-bankowa-2104#271324 https://www.morsmordre.net/t8959-t-dolohov#267756

Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach