Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Kents Cavern
AutorWiadomość
Kents Cavern [odnośnik]17.02.21 2:10
First topic message reminder :

Kents Cavern

Kents Cavern to potężny system jaskiń, który zajmuje szczególne miejsce na mapach badaczy. Po raz pierwszy zostały odkryte pod koniec szesnastego wieku, kiedy przez dziurę w ziemi wpadł do nich chłopiec z okolicznej wioski: choć jego krzyki słychać było przez trzy dni nim ustały, nigdy nie odnaleziono ani jego, ani jego ciała. Podziemne komory i korytarze ciągną się kilometrami, sięgając daleko wgłąb ziemi. Nie wiadomo, co dokładnie skrywają otchłanie: światło dzienne dociera tylko do pierwszego poziomu jaskiń, które zachwycają monumentalnymi formacjami skalnymi. Śmiałkowie mogą spróbować przedostać się głębiej wąskimi i krętymi korytarzami, jednak historia nie słyszała jeszcze o nikim, kto przedostałby się głębiej niż na następny w kolejności poziom.

Aby przedostać się na kolejne poziomy jaskiń należy wykonać test na sprawność (k100+S). Przedostanie się na drugi poziom wymaga osiągnięcia ST równego 65, można podejść do niego tylko raz na wątek. Dodatkowo należy wykonać rzut k3, który jest rozpatrywany tylko w przypadku osiągnięcia ST:
1 - udaje ci się przedostać na niższy poziom jaskiń, jednak utykasz w pierwszej napotkanej komorze: nie jesteś w stanie odnaleźć następnego przejścia, musisz zawrócić;
2 - przedostajesz się na niższy poziom jaskiń, trafiasz do przestronnej groty. Dookoła słychać cichy szum wody z podziemnej rzeki, od której bije delikatny, niebieskawy blask. Jeżeli zdecydujesz się z niej napić sam zaczynasz świecić w ciemności tym samym światłem, co ułatwia dalszą eksplorację jaskiń. Efekt utrzymuje się do kolejnego wschodu słońca. Przy próbie wyniesienia wody z jaskiń traci ona swoje właściwości.
3 - korytarz, którym schodzisz z chwili na chwilę jest coraz bardziej stromy, schodzenie nim jest niezwykle długie i męczące. Kiedy jednak docierasz do kolejnej jaskini natrafiasz na spektakularny widok: jej sufit błyszczy tysiącem lśniących minerałów, wyglądając jak upstrzone milionem gwiazd nocne niebo. Jeden z kamieni znajdujesz u swoich stóp, po przyjrzeniu mu się bliżej stwierdzasz, że jest to halit (dopisanie do ekwipunku należy zgłosić w aktualizacjach).

ST przedostania się na trzeci poziom jaskiń wynosi 120 (k100+S), można podejść to niego tylko po przedostaniu się na poziom drugi, na osiągnięcie ST jest jedna szansa w wątku. Dodatkowo należy wykonać rzut k3, który jest rozpatrywany tylko w przypadku osiągnięcia ST:
1 - udaje ci się przedostać na jeszcze niższy poziom jaskiń, jednak trafiasz prosto do podziemnego zbiornika wodnego. ST utrzymania się na powierzchni i dotarcia wpław do brzegu, z którego będziesz w stanie wrócić na wyższy poziom wynosi 30 (biegłość pływania).
2 - po wymagającym zejściu w dół podążasz korytarzami. W pewnej chwili trafiasz do rozległej jaskini o wielu powykrzywianych formacjach skalnych. Przejmuje cię przeczucie, że ktoś już w niej jest. Grota ma nierówne ściany, nie ważne jak mocno próbujesz ją rozświetlić to zawsze pozostaje w niej skryty w kątach cień. Nie ważne czy idziesz dalej, czy zawracasz, masz przeczucie, że ktoś cię obserwuje. Wydaje ci się, że słyszysz kroki i szmery, a czasem i chrapliwe posapywanie: nikogo jednak nie widać. Uczucie to będzie towarzyszyć ci nieustannie przez najbliższy tydzień, a po zapadnięciu zmroku będziesz mieć wrażenie, że katem oka widzisz cień dziecięcej sylwetki.
3 - po przedostaniu się do niższego poziomu jaskiń przechodzisz przez kolejne groty. Wędrówka nie jest łatwa, nie wiesz ile czasu minęło, lecz w pewnej chwili trafiasz do komory, której ściany zdają się delikatnie skrzyć. Okazuje się, że jaskinia to tak naprawdę pogrzebana pod ziemią, ogromna, wydrążona wewnątrz skała księżycowa (jeżeli zdecydujesz się zabrać jej kawałek należy zgłosić do aktualizacji dopisanie porcji pyłu księżycowego).
Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kents Cavern - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Kents Cavern [odnośnik]14.03.22 18:41
Starała się przyglądać wszystkiemu, co działo się dookoła niej, jednocześnie robiąc to, do czego sama się przecież zgłosiła. Poczuła ulgę, ale też i kiełkującą z wolna satysfakcję, kiedy mimo wszystko podjęła się tego wyzwania z pozytywnym wynikiem. Mięso było czyste i zaraz trafiło do garnka, gdzie niedługo w połączeniu z wodą i warzywami stanie się rosołem. To nie mogło być tak proste. A jednak? Mięso, woda, warzywa.
Zapamiętać.
- Na sam widok gotującej się wody aż ślinka cieknie... - mruknęła cicho, nieco w rozproszeniu, bo w końcu żołądek od chwili wybuchu wojny nie miał prawa być pełen. Niewielu wśród nich znalazłoby się szczęśliwców, którzy przeżyli choć jeden dzień z tym pocieszającym ciepłem rozlewającym się po całym ciele, gdy połykało się kolejne kęsy gorącego mięsiwa, pieczonych ziemniaczków z przyprawami i sałatki z ogrodowych skarbów.
Zaraz, co?
Zamyśliła się, kompletnie tracąc przy tym rezon. Jak przez mgłę słyszała tembr głosu Neali, ale zupełnie nie dotarły do niej słowa, zupełnie ich nie zarejestrowała. Całkiem do zmysłów przywrócił ją nagły bunt Sheili. Spojrzała na nią jednocześnie zmartwiona i zaniepokojona.
- Serca nie da się do niczego zmusić, ono... ono samo wie. Jakoś tak sądzę... - odparła instynktownie, czując, że te właśnie słowa powinny paść z jej ust. - A ja... no... - skrzywiła się, myślami wracając do czasów tak niedalekich, że wciąż bolesnych. Chłopcy. Tamci byli okropni, brzydcy tak samo na zewnątrz, jak i w środku - w środku pewnie i bardziej. Ale kiedyś był taki jeden chłopiec. Całkiem inny, tak jej się zdawało. W jakimś stopniu idealizowała jego obraz podświadomie, ale nie mogła sobie tego odpuścić, bo właśnie ta wizja czasem trzymała ją przy życiu, gdy w domu zrywał się sztorm. Chciała lecieć jak on. Tak pięknie, jak ptak, któremu w maleńkim łebku tylko wolność. Znała go z Hogwartu, choć zawsze był zbyt daleko od niej. - Chciałabym się zakochać, tak sądzę. Tak... dobrze. Tak, żeby nikt mnie nie skrzywdził. A to trudne. Nie tylko teraz. W ogóle.
Nagle dotarło do niej, że teraz, gdy została sama, poza wzrokiem rodziców, zaczęła odkrywać w sobie dziecko, które zawsze w niej gaszono. Stój prosto, mów wyraźnie, nie wygłupiaj się, nie wkładaj rąk do wody, bądź grzeczna. A teraz... teraz czasem się garbiła, mamrotała pod nosem, gdy coś jej nie pasowało i myła mięso w zimnej wodzie, żeby pomóc innym, oddać im całą siebie. Uśmiechnęła się.
- A z tą kurą... to ja będę patrzyła na takie tylko, co to nie mają piór - zaśmiała się cicho, zaraz oglądając się na nowych gości, których od razu im przedstawiono. Gdy wspomniano jej imię, lekko dygnęła, niby to w żarcie, niby to naprawdę. - Ja śpiewać nie umiem, Nela! Ale dalej, zanuć coś, nie zaszkodzi! - och, gdyby tylko ktoś tu przypadkiem znalazł takie piękne, stare pianino...
Postanowiła kręcić się blisko Sheili, podpatrywać, co też robi, podrzucać jej to, o co poprosi, jednocześnie ucząc się składników niemal na pamięć. Podpłomyki wyglądały na wyjątkowo proste, a jednak smaczne. Gulasz był skomplikowany na pierwszy rzut oka, ale okazywało się, że on po prostu potrzebujesz dużo czasu, żeby mięso się poddusiło.
- Och, dziewczyny, te zapachy... - jak na zawołanie zaburczało jej w brzuchu!
Odwróciła się, słysząc z tyłu kroki, i aż zmroziło ją od wrażenia. Uczyła się obycia wśród godnych przedstawicieli czarodziejskiej społeczności i szlachciców poznałaby na drugim końcu świata. Postawa, głos, dykcja, nawet uśmiech.
- Dzień dobry! - przełknęła ślinę prędko. Ale je kopnął zaszczyt!


it feels like falling
it feels like rain. like losing my balance again and again. it once was so easy — breathe in, breathe out
Petronica Fenwick
Zawód : geomantka, początkująca twórczyni świstoklików
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

when does it get
quiet?

OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10973-petronica-fenwick https://www.morsmordre.net/t11018-przybleda#336834 https://www.morsmordre.net/t10989-dam-ci-cos-cennego#335487 https://www.morsmordre.net/f414-devon-tiverton-dziupla https://www.morsmordre.net/t11095-szuflada-petry#341869 https://www.morsmordre.net/t11023-p-fenwick
Re: Kents Cavern [odnośnik]14.03.22 19:13
- Tragiczny romans, brzmi całkiem romantycznie. Ale jak mówiłam, postanowiłam, że żadnemu się nie poddam. - odrzekłam z pewnością po chwilowym zamyśleniu, po czym skinęłam głową. - Nie martw się, Nica. Ja też nie umiem. - zdradziłam jej sekret żeby zaśmiać się po chwili. Ale to problem wcale nie był. Nucić sobie dla siebie, dla lepszej pracy, to coś całkiem innego niż występ przed innymi tak, żeby brali i podziwiali. Potem zostawiłam na chwilę dziewczyny z paniami i poszłam sprawdzić jak radzili sobie inni. A radzili całkiem nieźle.
Dwunasta powoli dochodziła. A my byłyśmy właściwie gotowi, nie mogłam powiedzieć, że pomoc ludzi od burmistrza nie była nam na rękę. Była, inaczej, mogłoby być trochę gorzej. Cóż, kwestia logistyczna - bo chyba tak się nazywała - do najłatwiejszych wcale nie należała. Przypilnować wszystkiego, o wszystko zadbać, zakręcałam na pięcie kilka razy o czymś nagle sobie przypominając. Ale cieszyłam się. Cieszyłam się z tego jak wielu ludzi było wokół mnie skorych do pomocy. Leon Thomas i Aidan zdawali się dziwnie milczący - znaczy poza Thomasem, ale on zawsze gadał. Pewnie powiedział coś, co wszystkim chęć do dalszej rozmowy odebrało. Ale potem o to Leona zapytam. Po tym, jak zajęłam się nosem w namiocie u Olliego i Castora ruszyłam do naszej prowizorycznej kuchni zajmując się ostatnimi rzeczami, które do zrobienia były. Znaczy przed jeszcze sprawdziłam, czy mamy nasze prowizoryczne stoły. Stały już metalowe kosze z drewnem w którym się paliło, żeby było cieplej. Wleciałam do kuchni słysząc, że za chwilę będą się zbierać pierwsze osoby. Trochę się denerwowałam jeszcze. Dlatego to śpiewanie zaproponowałam. Żeby trochę się rozluźnić, chociaż śpiewać wcale nie potrafiłam najlepiej. Pojawienie się kuzyna Elroya sprawiły, że odetchnęłam lekko na to, że jednak udało mu się zdążyć. Bo to, że już tu był znaczyło, że sprawa właściwie była załatwiona. Odłożyłam narzędzia i uniosłam usta w uśmiechu spoglądając ku kuzynowi, wywracając jednak lekko oczami na tą lady, a zaraz odchodząc od stołu, żeby znaleźć się obok niego. Ze mnie taka dama była, jak Victorii jastrząb.
- Wzajemnie kuzynie. - przywitałam się splatając dłonie przed sobą w oczekiwaniu na informacje. Nie zauważając, że wstrzymują trochę oddech. Odetchnęłam, kiedy oznajmił, że sytuacja została rozwiązana. Całe szczęście, kamień wielki spadł mi z serca, bo pani Lande miała móc już dzisiaj do swojego domu wrócić. - Oh, szczęśliwe wieści przynosisz. - ucieszyłam się na wypowiedziane przez niego słowa. Dobrze, że ludzie zostali otoczeni odpowiednią opieką. W końcu, sama poznałam pana Theodora ledwie dzień wcześniej i wiedziałam, że nie chcieli źle, po prostu nie mogli inaczej.
- Oczywiste, że do kogoś, kto wiedziałam że będzie w stanie poradzić sobie z problemem, który wykracza poza umiejętności moje. - ale to zniżenie głosu musiało iść do czegoś dalej a nie tylko do samego tego stwierdzenia o opanowaniu, co zaraz potwierdzenie swoje w słowach miało. Moje brwi uniosły się. Z czarną magią? Nie do końca czarnej magii spodziewałam się w Wellswood. - Chyba dobrze… sobie radzę. - sprostowałam, marszcząc odrobinę brwi. Biała magia w zakresie podstawowym a nawet trochę bardziej zaawansowanym nie sprawiała mi trudności. Możliwe że to szło razem z krwią ojca, albo moimi własnymi predyspozycjami. - Festivo? - powtórzyłam po nim marszcząc brwi. - Chętnie je przypomnę. - skoro twierdził, że może być istotne. Kiedyś o nim już słyszałam, ale nie sądziłam, że będzie odpowiednie do Devon, gdziekolwiek. Pokręciłam przecząco głową na kolejne zadane pytanie. - Radzimy. - potwierdziłam, unoszą usta w uśmiechu. - Ale jeśli masz chęć możesz zostać na dłużej o dwunastej będziemy wydawać jedzenie. - wyjaśniłam jeszcze, po krótkiej chwili pozostawiając go i powracając do dziewczyn i kobiet. Kiedy chwilę przed dwunastą pojawił się oddział medyczny i drwalski uniosłam znów usta.
- Zjedzmy teraz, pewnie zgłodnieliście wszyscy. - powiedziałam, sama biorąc sobie trochę rosołu. Kilka godzin pracy wzmocniło mój apetyt znacząco a chciałam być gotowa do pomocy, gdyby jakiejś jeszcze trzeba było, kiedy mieszkańcy zaczną się schodzić. Ostatnią łyżkę wpakowałam sobie, kiedy Ci zaczęli się już pojawiać. Najpierw nieśmiało zbijać w mniejsze kupki. - Dobra, Neala, do dzieła. - mruknęłam do siebie pod nosem, chociaż adrenalina mieszała mi się z przerażeniem. Wyciągnęłam różdżkę, którą przytaknęłam do gardła.
- Sonorus - a kiedy rzuciłam je poprawnie weszłam na balę drewna, żeby widać mnie w ogóle było. Na ziemi mogłam trochę ginąć.
- Mieszkańcy Wellswood, chciałam was wszystkich powitać i podziękować, że mimo pogody, jest was tu dziś tak wielu. - przesunęłam spojrzeniem po nich splatając dłonie przed sobą. - Nazywam się Neala Weasley i tak jak i pewnie wasze rodziny tak moja żyje w Devon od dawna. Ziemia nie należy do nikogo. Ale miejsce w którym postanowiliśmy pozostać, to miejsce które zakorzenia się naszym sercu. Tutaj dorastaliśmy, tutaj żyjemy i nadal będziemy. Tutaj każdy ma prawo być sobą bez względu na swoją krew, czy swoje umiejętności. Wuja Dim niezmiennie powtarza, że gdzie zgoda tam i zwycięstwo. - wzięłam wdech, zaciskając mocniej jedną rękę na drugiej. Czując, że mi się one jednak trochę trzęsą, kiedy tęczówki zwróciły się na mnie. - Wszyscy z pewnością wiecie o ostatnich wydarzeniach. Dzięki pomocy lorda Elroya Greengrassa i jego towarzyszy wszystko udało się załatwić bez użycia siły. - bo to była ważna wiadomość, to co się stało z pewnością obiegło już wcześniej wioskę. - Wiem, że mogę wyglądać niepoważnie, jestem podlotkiem który ledwie odrósł od ziemi, ale zwracam się do wszystkich i namawiam do tego głośno i wyraźnie: Pielęgnujmy naszą jedność dalej. Dlatego proszę was dzisiaj. Nie lękajcie się! Dziękuję za to, że pomagacie w potrzebie - nie obawiajcie się tego - pomagać. Tacy jesteśmy i tacy byliśmy. Budujemy na zgodzie, prostując nieporozumienia. Dlatego śmiało spoglądajmy w przyszłość i mimo przeciwności wyciągajmy do siebie ręce. Los nas nagrodzi, przeznaczenie z pewnością ma nas w swojej opiece. Teraz jeszcze bardziej niż wcześniej musimy być dla siebie pomocni. - nie wiedziałam, czy mi uwierzą - wezmą na poważnie choć trochę. Czy byłam w stanie zmienić cokolwiek choć trochę. Ale musiałam chociaż spróbować. Osobiście ja i przeznaczenie za sobą nie bardzo przepadałyśmy, ale to nie miało znaczenia. - Każdy z nas może walczyć na swój sposób! Każdy z nas tą walkę może wesprzeć a naszym największym obowiązkiem jest nie pozwolić, by ktokolwiek zgasił w naszych sercach wiarę i nadzieję. Bo kiedy jej ostatni promyk ugaśnie, wtedy przegramy, nawet jeśli będziemy w stanie w pierś oddech wziąć. Bo są ludzie, którzy każdego dnia walczą - dla nas wszystkich nie oczekując chwały ani nawet podziękowań. Jestem tego pewna, tak jak tego, że po burzy zawsze wychodzi słońce. - Brendan to robił i Garrett, po cichu, tak, że nikt nie wiedział o tym, choć mógł poczuć. Zmiany przychodziły nagle - tak mawiała mam - porwane przez los, który zmieniał bieg czegoś. I wierzyłam, że nam też to jest pisane. Wzięłam kolejny nerwowy wdech. - Więc by okazać wam moją wdzięczność wraz z moimi przyjaciółmi zwracamy waszą dobroć, mieszkańcy Wellswood. Tam znajduje się drewno, dla każdego, który odczuwa jego brak. Jeśli ostał się ktoś z choćby siniakiem i nim się zajmiemy. A wszyscy razem, wspólnie, posilmy się odnajdując radość w swoim towarzystwie. - ręką wskazywałam miejsca, kończąc na prowizorycznej kuchni za sobą. - Poślijcie dalej wiadomość na całą Anglię, że my, Devon, będziemy się wspierać i o siebie dbać nawzajem. Niech każdy wie, że odpowiemy na prośbę bez zwłoki. Podążajmy więc za nim wspólnie, za głosem Feniksa, który przemawia wspólną muzyką serc nas wszystkich. Wierzcie mu i ufajcie. - poetycznie? Czasem ponosiło mnie za bardzo, wiedziałam, że tak, ale słowa zostały już powiedziane. Pół nocy nie spałam zastanawiając się czy i co powiem. Teraz kiedy już praktycznie skończyłam wszystko zdawało się jakieś nie do końca składne. Ale ważne było, żeby pamiętać, że ktoś dla nas walczył. I wierzyć trzeba było w ich zwycięstwo. Do powiedzenia zostało już tylko jedno. - Gdzie zgoda, tam zwycięstwo! - na koniec wybrałam nasze powiedzenie rodowe, bo wierzyłam w nie całkiem. Po nim machnęłam różdżką, żeby zakończyć działanie zaklęcia, ale coś sobie przypomniałam. - Zapraszam, dla wszystkich starczy! - krzyknęłam, używając już siły swoje gardła, żeby zeskoczyć z bali, zachwiać się i zaraz zaśmiać lekko. Zaraz stanęłam przy ustawionych przy pomocy pokaźnych garnkach i zadawałam jedno to samo pytanie: gulasz, rosół czy zapiekanka. Krótkie rozmowy z ludźmi z których niektórych kojarzyłam, wymiana uśmiechów, zaproszenie po zjedzeniu na deser. Ten zdecydowanie ucieszył młodsze jednostki. Każdy jeszcze miał się czym zająć. Trzeba było dokładać drewna, do stalowych ognisk i zbierać naczynia, jeśli ktoś zostawił puste. Trochę czasu to zajęło. Trochę - to lekkie określone. Ale byłam szczęśliwa, że wszystko kończyło się dobrze. Chociaż dzisiaj każdy mógł zjeść w miarę porządnie. Jeszcze dzisiaj pani Lande mogła wrócić do domu ze swoim chłopcem. Wojna nadal obejmowała nas ramionami, ale jeśli będziemy razem, będzie dobrze. W to postanowiłam wierzyć i robić wszystko co w mojej mocy, tak, żeby Bren - gdziekolwiek nie był - nie musiał się martwić chociaż o to jedno. Zamarzyły mi palce, zmarzł nos i policzki miałam czerwone, ale byłam naprawdę rada, że wszystko jakoś w miarę wyszło. Może skromnie, może nie jakoś wystawnie, ale liczyła się jedność i wspólne działanie.
- Dziękuję, dziękuję wam wszystkim ogromnie. - powiedziałam jeszcze do wszystkich, którzy dziś wsparli mnie tutaj i byli razem ze mną. Bo bez nich, mogłoby mi to nie pójść tak dobrze.

| zt, dzięki :pwease:


She is wild child with gypsy soul that dances with the stars.
She has a free spirit, a reckless mind and a rebel heart
that isn't meant to be tamed.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
And there are many things that I could change so slightly
But why would I succumb to something so unlike me?
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Kents Cavern [odnośnik]19.03.22 15:25
Zdarzało się czasem, że wielkie serce kryło się w niewielkim ciele - i tak też było w przypadku Neali. Otrzymawszy dramatyczny list z prośbą o pomoc, nie zwlekała, prosząc o wsparcie każdego, kto tylko był w stanie go udzielić - a zorganizowana przez nią akcja pozwoliła nie tylko na zażegnanie trudnej sytuacji w miasteczku, ale i poprawiła znacznie panujące wśród mieszkańców nastroje.

Zabarykadowani w domu ludzie rzeczywiście okazali się paść ofiarą przekleństwa - uwolnieni spod wpływu czarnomagicznych przedmiotów, oprzytomnieli, dobrowolnie zgadzając się na opuszczenie posiadłości i oddając budynek w ręce prawowitych właścicieli. Nie pamiętali niczego, co robili pod wpływem magii, usłyszawszy jednak prawdziwą historię, zobowiązali się do naprawienia szkód - decydując się pozostać w Wellswood i wesprzeć swoimi umiejętnościami wszystkich poszkodowanych.

Do rozstawionych na uboczu namiotów napłynęło mnóstwo ludzi, a wieść o przygotowanym przez młodzież poczęstunku rozniosła się po całym miasteczku. Niektórzy szukali ciepłego posiłku, inni - z wdzięcznością przyjęli drewno na opał; część skorzystała z oferowanej pomocy medycznej, część - zwyczajnie chciała pomóc albo poszukiwała towarzystwa, poczucia przynależności, wspólnoty. Tego dnia wszyscy zdawali się stać po jednej stronie, wspierając się nawzajem i na krótki moment zapominając o wojnie; słowa Neali podnosiły ludzi na duchu, przywracały wiarę w zwycięstwo - i zakorzeniały się w sercach mieszkańców.

Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kents Cavern - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kents Cavern [odnośnik]27.03.22 15:30
Zapachy były cudowne. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni jej nos miał szczęście poczuć podobne wonie - odpowiednio dobrane zioła, bulion gotowany na mięsie, zapach pieczonych ryb i słodkich ciast. Przełknęła ślinę, czując jednocześnie na języku cierpkość i nadmierną, gęstą wilgoć. Poruszyła kilka razy wargami chcąc pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia, by zaraz złapać się za brzuch, bo jego burczenie, gdy dookoła było tyle smakowitości, okazywało się nie do wytrzymania. Westchnęła ciężko, ale cicho, tak do samej siebie, nie mając zamiaru w obciążaniu kogokolwiek swoimi bolączkami, których przecież doświadczali wszyscy. Zwłaszcza oni - ludzie, którzy niedługo później, gdy już wszyscy byli gotowi, zawitali na placu. Dla niej był to widok mrożący krew w żyłach - sądziła, że odkąd uciekła z domu, ma źle, że odrobinę tęskni za ułatwieniami, pieniędzmi, jedzeniem, za które nie musiała płacić, pięknymi sukienkami, a tutaj okazało się, że wbrew pozorom żyła w luksusie. Ci ludzie przyszli naprawdę prosić o pomoc, którą oczywiście dostali, nieważne, czy chodziło o pożywienie, drewno czy dobre słowo, trochę wsparcia. Byli zmizerniali, chudzi, wymęczeni, przestraszeni. Pobladła, gdy na nich patrzyła, w tym lęku natychmiast nakładając pierwszej z osób mięsa, następnej zupy, kolejnym niemal to samo. Czuła, że drży - jej ciało razem z ustami, poczuła to zwłaszcza, gdy pewien mężczyzna, mimo swojego wyglądu i wychudzenia, odpowiedział jej charyzmatycznym zawołaniem; odpowiedziała mu wtedy śmiechem, nerwowym i płaskim, jakiego u siebie jeszcze nie widziała. Nie pomagało już nawet to, że zanim pojawili się wszyscy potrzebujący, zdążyła zjeść trochę rosołu i ryby, i żołądek przestał już nastręczać jej problemów swoim marszem pogrzebowym. To trwało kilka godzin, choć Petrze wydawało się, jakby czas zupełnie wyparował - zajmowała myśli chodzeniem między głodnymi ludźmi i podawaniem im kolejnych miseczek z jedzeniem, czasem mówiąc, że są bardzo dzielni, innym, że niedługo będzie lepiej, choć sama w to chyba nie wierzyła.
To spotkanie pozostawiło w niej pewne piętno, wyryło się w pamięci jako pełne widoków, które widziała pierwszy raz na oczy. Zobaczyła, co to znaczy prawdziwa bieda i nędza, co zaczynało powodować, że jeszcze bardziej znienawidziła tych, którzy bezpośrednio przyczynili się do rozwoju wojny i wzniecili niegasnące przerażenie w sercach tych ludzi.
Na koniec, gdy już rzeczy były sprzątnięte, nadchodził wieczór, a zgromadzeni szykowali się do powrotu do swoich domów, zatrzymała się przy Neali, kładąc na jej ramieniu swoją dłoń, pocierając je pokrzepiająco.
- Doskonale ci poszło, Nelu. Naprawdę - uśmiechnęła się do niej z wilgotnymi oczami. - Moglibyśmy wszyscy skorzystać z twojej odwagi, panno Weasley - przytuliła ją mocno i ucałowała w czoło z wdzięcznością. - Widzimy się niedługo, prawda? Zaproszę cię na herbatę.
Gdy odchodziła, po raz ostatni do niej pomachała, zaraz brodę chowając w szaliku. Dookoła było zimno, ale jej serce wciąż mocno pompowało krew powodując, że pod piersią wciąż czuła ogromne ciepło. Czuła się dobrze, bo wiedziała, że pomogła, naprawiła choć część szkód, za jakie odpowiedzialna mogła być jej rodzina.

| zt


it feels like falling
it feels like rain. like losing my balance again and again. it once was so easy — breathe in, breathe out
Petronica Fenwick
Zawód : geomantka, początkująca twórczyni świstoklików
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

when does it get
quiet?

OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10973-petronica-fenwick https://www.morsmordre.net/t11018-przybleda#336834 https://www.morsmordre.net/t10989-dam-ci-cos-cennego#335487 https://www.morsmordre.net/f414-devon-tiverton-dziupla https://www.morsmordre.net/t11095-szuflada-petry#341869 https://www.morsmordre.net/t11023-p-fenwick
Re: Kents Cavern [odnośnik]10.04.22 0:14
|Początek kwietnia

Znów się ocknął. Nieprzyjemna słabość i uczucie odrętwienia zalało zmysły. Przechylił głowę do tyłu, zacierając tym samym ją ku górze. Wilgotna i niezmiennie chłodna ściana jaskini była tak samo nędzną podporą co nawierzchnia. Ciągle tkwił w tym samym miejscu - w jakieś jaskini w Devon. Nie potrafił określić ile to trwało. Dzień? Dziesięć? Wszystko zlewało się w jedno. Zmęczenie popychało go w ciemność by po chwili wydobyć go na powierzchnię otaczającego półmroku. Niekorzystne warunki przypominały o starych ranach, zaogniały nowe. Płuca przy każdym oddechu wydawały się boleśnie skręcać w rogalik. Kręciło mu się w głowie z głodu i utraty krwi. Rana cięta na lewym boku była głęboka i choć nie krwawiła to nie goiła się właściwie, męczyła. To nie jednak ciało było w tym momencie jego bronią.
Zmusił się by sięgnąć spojrzeniem w stronę źródła światła - łojowej świecy na drugim końcu groty. Na skrzyni robiącej za prowizoryczne krzesło siedział poddenerwowany czarodziej. Wydłubywał z pod paznokci brud scyzorykiem i jeszcze nie zauważył, że jego więzień się ocknął. Jak na ironię im więcej czasu upływało tym bardziej oprawcy zachowywali się jak jeńcy, a on sam zyskiwał przewagę. Szczęście w całym tym nieszczęściu było takie, że los popchnął go w ręce trójki czarodziejów, których jedynym celem było przetrwać i coś zyskać na tej wojnie. Nie mieli doświadczenia w zabijaniu, wydawali się młodsi od niego samego. Nie do końca wiedzieli co zrobić ze Skamandrem, gdy zdali sobie sprawę z jego tożsamości. Na początku ogarnęło ich nieopisane szczęście. Wizja obrzydliwego bogactwa, które znajdowało się na wyciągniecie dłoni roztoczyła się po ich wyobraźni. Zaraz potem poczuli strach - przed tymi, którzy mogliby przyjść go szukać, zabić lub im go odebrać. Obawy paraliżowały przed działaniem, zmuszały do nadmiernego myślenia i kalkulowania. Londyn nie był blisko. Nie byli w posiadaniu świstoklika, stan Anthonego nie ułatwiał sprawy. Nie mogli się zdecydować też czy wartościowszy był żywy, czy też martwy. Jak mógł tego nie wykorzystać? Jak mógł nie zasiać wątpliwości jednemu co do intencji drugiego, trzeciego...?
Z trójki czarodziejów pozostała dwójka - zabili jednego ze swoich. To był moment zwrotny, popychający ich ku krawędzi. Bardziej zaradny zarządził mniej rozgarniętemu pilnować, kiedy to on sam postanowił udać się w końcu do Londynu. Zostali więc we dwoje. Więzień i jego strażnik.
- Myślisz, że faktycznie wróci i po wszystkim się z tobą czymkolwiek podzieli...? - nie musiał podnosić głosu, by ten odbił się wyraźnym pogłosem. Akustyka groty była dość przerażająca. Skamander uśmiechnął się wywyższająco, zupełnie jakby nie był ranny, rozbrojony i skuty kajdanami przytroczonymi łańcuchem do ściany. Przechylił głowę w leniwym zastanowieniu na drugą stronę - A może powie, że jesteś z Zakonu i umrzesz przypadkowo wcześniej ode mnie...? 15 tysięcy galeonów na pół... to nie sto na pół - czy dostrzegał różnicę? - Do tego... ciężko odpuścić, kiedy poświęciło się już tak dużo... - ostatnie słowa wybrzmiały wyjątkowo ponuro, prawdziwie. Skamander poświęcił wszystko walce i nie potrafił przestać. To co mówił miało dać tego świadectwo i przekonanie, że potrafi rozpoznać kogoś podobnego sobie. Bo tak, czarodziej bawiący się nożem musiał dopuścić do myśli, że zostanie zdradzony, a jego więzień już to wie i z niego szydzi. Jego przyjaciel przyłożył już różdżkę do jednego zabójstwa, czemu miałby nie ubrudzić sobie dłoni ponownie...?
- Zamknij się! Martwy to niedługo będziesz ty! - strażnik gniewnie wbił scyzoryk w wieko beczki robiącej za stolik. Zaraz potem zniknął z pola widzenia. Anthony przestał powstrzymywać nieprzyjemne swędzenie w gardle i zakaszlał dusząco po czym westchną. Albo faktycznie zjawi się tu patrol egzekucyjny, albo strażnik pogoni za swoim towarzyszem, zaczną walczyć i...w sumie nie wiadomo co z tego wyniknie. Istnieje też szansa, że młody nie wytrzyma presji i będzie próbował go stąd przenieść w inne miejsce. Skamander liczył na tą ostatnią opcję. To otworzyłoby szeroki wachlarz możliwości. Wiedział, że uprawiał hazard, lecz nic innego mu w tym momencie nie pozostało. Starał się mimo wszystko zachować spokój, oceniać sytuację jakby wcale nie dotyczyła jego. Tylko w ten sposób mógł utrzymać się się na powierzchni, nie popaść w panikę.


Find your wings


Anthony Skamander
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You don't need a weapon when you were born one
OPCM : 25
UROKI : 50
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/f256-bexley-high-street-27-4 https://www.morsmordre.net/t5495-skrytka-bankowa-nr-1354#125517 https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933
Re: Kents Cavern [odnośnik]25.04.22 23:51
Był to dziwny czas. Czas, który wywracał do góry nogami moje dotychczasowe przekonania, okrutnie szydząc z moich małostkowych pragnień, wywlekając na powierzchnię mroczne cienie duszy, która niespokojnie błąkała się po lasach, które trudno było dłużej uznawać za bezpieczne. Dotychczasowe przekleństwo bezdzietności, które włóczyło się za mną w długim ogonie od śmierci Solasa, nagle uwolniło mnie ze swoich kajdan, sprawiając, że z żalem spoglądałam na siostrę, która coraz mocniej przeżywała pobyt dzieci w szkole. Nie dzieliłam jej zmartwień - i prawdopodobnie nie byłam w stanie nawet w połowie czuć tego, co nękało duszę Jocundy, po raz pierwszy czując, że tym razem to ja jestem tą, z której trzewi można było czerpać siły. Różnie miałyśmy się z siostrą. Zazdrościłam jej dokonań, zazdrościłam jej sławy i uznania, ale gdyby nie ona, nigdy nie stawiałbym sobie poprzeczki wyżej i wyżej. Wiedziałam, że nigdy nie wystąpi przeciwko mnie - tak jak nie wystąpiła przeciwko Jovenowi, kiedy jego sekrety skalały nasze nazwisko. Lub nie - zawsze byliśmy niepokorni, zawsze na własnej ścieżce, czasami stromej, zapomnianej, czasami pełnej blasku jak droga Jocundy, a czasami zwodniczej i nieczystej. Zupełnie tak, jakbyśmy żyli na bakier z wszelką moralnością, uznając jedynie własną - i być może dlatego czas wojny domowej pojmowałam z trudem, nie rozumiejąc ani represji ze strony rządu, ani metod rebeliantów. Przez jakiś czas próbowałam żyć ponad tym wszystkim. Wyrzucić z głowy martwego Francisa, który swoją śmiercią wkurwił mnie niemiłosiernie, sprowadzając na moje barki wyłącznie poczucie winy. Wyrzucić z głowy martwych mieszkańców Lancashire, którzy zginęli z głodu - lub bez powodu. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia i tyle wsparcia - mamę, która rozsądnie gospodarowała zapasami, by nic się nie zmarnowało, czy brata, który wiedział gdzie dostać tytoń. I tak schudłam przez zimę, i prawdopodobnie też nabawiłam się nerwicy, nie potrafiąc ograniczyć palenia i zaoszczędzić na później.
Bynajmniej też nie zamierzałam przyjmować jałmużny Sallowa. Ani rejestrować różdżki tylko po to, by móc paradować po tym cyrku zwanym Londynem.
Być może w obecnych czasach bardziej przysłużyłoby mi się pójście na polowanie niźli penetrowanie jaskiń w poszukiwaniu rzadkich minerałów. Gdybym jeszcze znała się na zielarstwie jak mój ojciec, być może wyniosłabym ze swojej wyprawy coś cenniejszego niż kamienie, których nie dało się zjeść, i za spieniężenie których mogłam nie dostać niczego w zamian przez najbliższe kilka tygodni. Nie mogłam jednak odpuścić, słysząc pogłoski o srebrze goblinów - i to od samych goblinów. Fakt, że jaskinia pozostawała naszpikowana pułapkami i klątwami sprawiał, że im głębiej podążałam w głąb pieczary, łamiąc kolejne bariery, tym mocniej wierzyłam, że pogłoski mogły doprowadzić mnie do żyły złota. I - ku mojemu zaskoczeniu - doprowadziły. Do żyły złota, która okazała się zupełnie inna od tej, której oczekiwałam.
Osobliwa łuna, która nagle pojawiła się na skalistej powierzchni jaskini, skusiła moją wrodzoną ciekawość - mojego upiora, który nękał mnie na jawie, ale z którym nauczyłam się żyć, nieustannie wystawiając siebie na próbę. Homenum revelio wskazywało na ludzką obecność - ale jeden człowiek nie był w stanie skłonić mnie do odwrotu. Choć serce podeszło mi do gardła, zaszłam zbyt daleko, by odpuścić. Poruszając się w ciemności, podążyłam w kierunku poświaty, tak cicho i bezszelestnie jak tylko potrafiłam. Różdżkę trzymałam tak mocno, że aż rozbolały mnie palce. W skąpym świetle nie rozpoznałam go od razu. Skute łańcuchami, umęczone, brudne ciało nie przypominało dumnej sylwetki aroganta, który w szkole drażnił mnie swoim brakiem słabych stron i nieustanną obecnością na ustach koleżanek z dormitorium, które w milczeniu oblewały się pąsem na jego widok, zachwycając się apollinową urodą jedynie w zaciszu piwnic Hufflepuffu. Odór potu zmieszanego z krwią uderzył w moje nozdrza, drażniąc je kakofonią zapachów, wiążąc żołądek w supeł. Zatrzymałam się, napięta niczym cięciwa, zaskoczona osobliwą mieszanką strachu, ciekawości, niechęci i współczucia. Lustrowałam męskie lico w ciszy, jak drapieżnik, który bezkarnie zastyga ze wzrokiem utkwionym w ofierze, w poszukiwaniu najczulszego punktu, najlepszej okazji. Nie zdążyłam nawet mrugnąć okiem, kiedy moja głowa wysnuła dwieście scenariuszy tego, co może wydarzyć się za chwilę, na pierwszy plan wysuwając śmiałą i obrzydliwą myśl o materialnej wartości człowieka, który - dosłownie - wyrósł z podziemi. Piętnaście tysięcy galeonów.
Zaskakujące, jak wojna definiowała ludzkie priorytety. Zaskakujące, jak dobitnie pokazała mi, że należę wyłącznie do siebie, niezwiązana żadną ideologią, która szczuła mnie na jedną bądź drugą ze stron. Czy Zakon Feniksa rzeczywiście był równie bezduszny jak szmalcownicy, którzy nie byli oficjalnymi wysłannikami rządu, ale wszyscy wiedzieli, kto zezwalał na ich bezkarne zbrodnie przeciwko ludzkości? Ludzie w Lancashire mówili o tym, że to oni rozpętali szatańską pożogę - nie widziałam języków ognia, ale widziałam dym i słyszałam ludzkie krzyki, który wyryły się w mojej pamięci, przypominając o okrutnej śmieci Solasa. Czy człowiek oddany instytucji, która zniszczyła mnie psychicznie po śmierci Solasa, zasługiwał na moją łaskę? Ten sam człowiek, który z szyderczym uśmiechem na ustach zapytał mnie, czy zabiłam własnego męża, nie siląc się na delikatność, czy chociażby minimum współczucia, zasługiwał na nie teraz? Czy kiedy role uległy odwróceniu i los dał mi szansę postawieni się w roli drapieżnika, miałam skąpać się w cudzej krwi, odwracając nieszczęśliwą monetę?
Serce biło mi tak szybko, jakby chciało wyskoczyć z żeber. Milczałam, powoli unosząc na Skamndera różdżkę, choć sama jeszcze nie wiedziałam, po co. Chciałam ukryć przed nim ten strach, ukazując jedynie dumę - ale przecież nie musiałam pokazywać, które z nas było zdane na łaskę drugiego, mimo spowijającego nas półmroku sytuacja wydawała się wystarczająco jasna. Zmrużyłam powieki, zachowując posągowy wyraz twarzy, który nijak pasował do wycedzonych szeptem słów.
- O co tu kurwa chodzi, Skamander.




What I create is chaos
Jade Sykes
Zawód : łamaczka klątw, paserka
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Her attitude kinda savage
but her heart is gold
OPCM : 20
UROKI : 0
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7327-jade-sykes https://www.morsmordre.net/t7337-carnelian#200427 https://www.morsmordre.net/t7340-dziewczyna-z-tatuazem#200443 https://www.morsmordre.net/f266-lancashire-abbeystead-peregrine-hill https://www.morsmordre.net/t7338-skrytka-bankowa-nr-1785#200430 https://www.morsmordre.net/t8674-jade-sykes#256273
Re: Kents Cavern [odnośnik]05.05.22 3:25
Poruszył nadgarstkami tworząc na starych otarciach nowe. Kajdany ściśle przylegały do skóry. Nie dało się z nich wyślizgnąć, a jednak nie potrafił nie próbować. Przez ostatnie dni rzadko pozostawał bez opieki więc starał się wykorzystać ten czas. Kiedy wszystko co mógł zrobić by się wyswobodzić nie przyniosło skutku wrócił do oczekiwania, do zbierania sił. Nie lubił tych chwil w których tracił wpływ na cokolwiek i musiał się zdać na kaprys losu. To co go zaczęło męczyć po dłuższej chwili to nie strach czy niepewność, a frustracja.
Zaskoczył go dźwięk kroków, a potem mętny zarys zastygłej w napięciu kobiecej sylwetki. Nie trzeba było długo czekać, kiedy to poczuł - ten rodzaj zwierzęcego, lepkiego spojrzenia. Czujność i uwaga natychmiastowo rozlały się po ciele. Zsunął powieki niżej, by w drugiej chwili jakby z rozleniwieniem podnieść spojrzenie na twarzy kobiety, której nie rozpoznał od razu. Tak jak przed strażnikiem, tak i teraz przybrał pozę kogoś kto właściwie od niechcenia pozwalał sobie być w obecnej sytuacji - zupełnie tak jakby rany na jego ciele były namalowane, a krępujące go łańcuchy były naciami. Chciał po prostu zyskać przewagę na jedyny sposób jaki mu pozostawał. Chciał zachwiać jej pewność siebie przypominając swoją postawą, że spętany wilk wciąż był drapieżnikiem. Zielone tęczówki oceniająco przesuwały się po konturach przeciwnika będąc na moment rozproszonymi przez wycelowaną w niego różdżkę. Wstrzymał powietrze na krótką chwile, lecz kiedy to po trzech uderzeniach serca nie uszły z jej końca iskry inkantacji - zignorował ją i skupił się na jej właścicielce. Tak jak ona i on szukał w niej słabości. Skoncentrowany aktywował wyuczonej umiejętności by poznać kłębiące się w niej emocje. Smakowały wyjątkowo...słodko.
Rozszerzył ze dziwieniem powieki słysząc żądający wyjaśnień głos. Nie był on obcy. Osoba przed nim momentalnie zyskała niespodziewaną tożsamość. No tak, znał tę twarz, jak mógł zapomnieć?
- To dość kłopotliwe ale jak zauważyłaś jestem jeńcem. Jeżeli zechcesz, mogę stać się twoim, Jade - wygłosił absurdalną propozycję z równie absurdalnym wyrazem twarzy: usta wykrzywiły się w wygodnym, aroganckim grymasie zadowolenia, a oczy zaiskrzyły się ciepła nutą przygaszonej kpiny. Zupełnie tak, jakby znów znajdowali się na korytarzach Hogwartu te kilkanaście lat temu, kiedy wszystko było inne od dziś. Czy ta miękka nostalgia cię poruszy, Jade? Czy dalej będziesz celować różdżka w znajomego ze szkolnych korytarzy? Czy go zabijesz...? - Nie chcę cię ponaglać, lecz nie jesteśmy sami. Sam sobie tego nie zrobiłem - poruszył się wprawiając przytroczone do kajdan łańcuchy w dzwonienie. Czy zastanawiasz się już, kim są ludzie którzy byli wstanie mi to zrobić? Czy wciąż tu są? Ilu ich jest...?
Każde wypowiadane przez niego słowo miało cel. Chciał wybić ją z rytmu, wzburzyć w niej kołtun emocji i myśli odsuwających ją od pomysłu wykorzystania przeciwko niemu różdżki, przypominając że miejsce w którym się znajdowała było równie niebezpieczne dla niej co dla niego. I co teraz zrobisz, Jade?

|turlam na czytanie emocji


Find your wings


Anthony Skamander
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You don't need a weapon when you were born one
OPCM : 25
UROKI : 50
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/f256-bexley-high-street-27-4 https://www.morsmordre.net/t5495-skrytka-bankowa-nr-1354#125517 https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Kents Cavern
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach