Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Kents Cavern
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Kents Cavern

Kents Cavern to potężny system jaskiń, który zajmuje szczególne miejsce na mapach badaczy. Po raz pierwszy zostały odkryte pod koniec szesnastego wieku, kiedy przez dziurę w ziemi wpadł do nich chłopiec z okolicznej wioski: choć jego krzyki słychać było przez trzy dni nim ustały, nigdy nie odnaleziono ani jego, ani jego ciała. Podziemne komory i korytarze ciągną się kilometrami, sięgając daleko wgłąb ziemi. Nie wiadomo, co dokładnie skrywają otchłanie: światło dzienne dociera tylko do pierwszego poziomu jaskiń, które zachwycają monumentalnymi formacjami skalnymi. Śmiałkowie mogą spróbować przedostać się głębiej wąskimi i krętymi korytarzami, jednak historia nie słyszała jeszcze o nikim, kto przedostałby się głębiej niż na następny w kolejności poziom.

Aby przedostać się na kolejne poziomy jaskiń należy wykonać test na sprawność (k100+S). Przedostanie się na drugi poziom wymaga osiągnięcia ST równego 65, można podejść do niego tylko raz na wątek. Dodatkowo należy wykonać rzut k3, który jest rozpatrywany tylko w przypadku osiągnięcia ST:
1 - udaje ci się przedostać na niższy poziom jaskiń, jednak utykasz w pierwszej napotkanej komorze: nie jesteś w stanie odnaleźć następnego przejścia, musisz zawrócić;
2 - przedostajesz się na niższy poziom jaskiń, trafiasz do przestronnej groty. Dookoła słychać cichy szum wody z podziemnej rzeki, od której bije delikatny, niebieskawy blask. Jeżeli zdecydujesz się z niej napić sam zaczynasz świecić w ciemności tym samym światłem, co ułatwia dalszą eksplorację jaskiń. Efekt utrzymuje się do kolejnego wschodu słońca. Przy próbie wyniesienia wody z jaskiń traci ona swoje właściwości.
3 - korytarz, którym schodzisz z chwili na chwilę jest coraz bardziej stromy, schodzenie nim jest niezwykle długie i męczące. Kiedy jednak docierasz do kolejnej jaskini natrafiasz na spektakularny widok: jej sufit błyszczy tysiącem lśniących minerałów, wyglądając jak upstrzone milionem gwiazd nocne niebo. Jeden z kamieni znajdujesz u swoich stóp, po przyjrzeniu mu się bliżej stwierdzasz, że jest to halit (dopisanie do ekwipunku należy zgłosić w aktualizacjach).

ST przedostania się na trzeci poziom jaskiń wynosi 120 (k100+S), można podejść to niego tylko po przedostaniu się na poziom drugi, na osiągnięcie ST jest jedna szansa w wątku. Dodatkowo należy wykonać rzut k3, który jest rozpatrywany tylko w przypadku osiągnięcia ST:
1 - udaje ci się przedostać na jeszcze niższy poziom jaskiń, jednak trafiasz prosto do podziemnego zbiornika wodnego. ST utrzymania się na powierzchni i dotarcia wpław do brzegu, z którego będziesz w stanie wrócić na wyższy poziom wynosi 30 (biegłość pływania).
2 - po wymagającym zejściu w dół podążasz korytarzami. W pewnej chwili trafiasz do rozległej jaskini o wielu powykrzywianych formacjach skalnych. Przejmuje cię przeczucie, że ktoś już w niej jest. Grota ma nierówne ściany, nie ważne jak mocno próbujesz ją rozświetlić to zawsze pozostaje w niej skryty w kątach cień. Nie ważne czy idziesz dalej, czy zawracasz, masz przeczucie, że ktoś cię obserwuje. Wydaje ci się, że słyszysz kroki i szmery, a czasem i chrapliwe posapywanie: nikogo jednak nie widać. Uczucie to będzie towarzyszyć ci nieustannie przez najbliższy tydzień, a po zapadnięciu zmroku będziesz mieć wrażenie, że katem oka widzisz cień dziecięcej sylwetki.
3 - po przedostaniu się do niższego poziomu jaskiń przechodzisz przez kolejne groty. Wędrówka nie jest łatwa, nie wiesz ile czasu minęło, lecz w pewnej chwili trafiasz do komory, której ściany zdają się delikatnie skrzyć. Okazuje się, że jaskinia to tak naprawdę pogrzebana pod ziemią, ogromna, wydrążona wewnątrz skała księżycowa (jeżeli zdecydujesz się zabrać jej kawałek należy zgłosić do aktualizacji dopisanie porcji pyłu księżycowego).
Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kents Cavern - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Zmarszczone brwi i wykrzywiona w strachu zmieszanym z obrzydzeniem twarz, sugerowałaby, że Aquila Black naprawdę nie czuła się tu komfortowo. Jeśli jednak to było za mało, to wystarczyło spojrzeć na drżące dłonie ściskające książkę i cienką sukienkę, zdecydowanie nieodpowiednią jak na tę porę roku. Pantofle wbijały się w ziemie, w tym momencie już całe pobrudzone od wszechobecnego brudu, a nitka z sukni zaciągnęła się o wystający odłamek skalny i delikatnie rozdarła dół sukni. Zrobiła krok do przodu, a materiał wydał cichy odgłos rwania, który zresztą spotkał się z zagryzieniem zębów przed damę. - Żartujesz sobie, Beckett? Nie poświęcam czasu na takie czyrakobulwy jak Ty - odparła z wyraźną wściekłością i agresją w głosie. Jak niby miała to zrobić, sprowadzić tutaj dziewczynę, której nie widziała od lat, o której zresztą starała się zapomnieć? Sytuacja nie sprzyjała jednak śmiechom, to też złapała w końcu za różdżkę, trzymając ją na razie przy udzie. Za nic w świecie nie chciała się pojedynkować, nie tutaj, nie z nią. Słuchała więc jej słów, przesiąkniętych czymś, co nie dawało spokoju. Powoli wzrok z rywalki spuściła w dół na podłoże i aż odskoczyła, po raz kolejny rwąc materiał. - Nie, nie, nie... - mówiła do siebie, kręcąc głową w niedowierzaniu. Całą powierzchnię pokrywały kości, szkielety czegoś, czego nawet nie potrafiła rozpoznać. Czy to możliwe, aby były to ludzkie kości? To tu miała zginąć? Przecież tak bardzo nie chciała umierać. Nie w tym miejscu, nie z nią, nie jeśli miała być tu zapomniana? Było przed nią jeszcze tyle życia, tyle doznań, miała przecież przed sobą lata świetności... - Jeśli mnie zabijesz, to mój ojciec się o tym dowie - powiedziała pełna sztucznej odwagi, nie potrafiąc opanować drżenia w głosie. Surrealizm tej sytuacji przytłaczał. Zbyt rozpaczliwie pragnęła być znów w domu, by logicznie myśleć nad rozwiązaniem. Nawet setki legend, jakie zdążyła już poznać i odczytać z tysięcy stron ksiąg, wydawały się teraz niezbyt pomocne. Nagle umilkła, przypatrując się otchłani. Coś, co przywodziło na myśl ptasie głosy, stawało się coraz głośniejsze i wcale nie brzmiało przyjaźnie. Sięgnęła w dół, aby w akcje desperacji właściwie wyrwać zaczepiony o kamień materiał. Będzie dalej się rwał i suknia nie nada się już do niczego, ale jej życie w tej konkretnej sytuacji było znacznie cenniejsze niż jedwab, ciągnący się miękko po ziemi. - Co to było? - wyszeptała do dziewczyny, niemal doskakując znacznie bliżej niej. Odruchowo chciała ją chwycić za ramię, schować się z tyłu, posłużyć jak ochroną, ale coś powstrzymywało ją. Być może relacja, jaką udało im się nawiązać przez lata. Relacja pełna żółci i nienawiści do siebie nawzajem, chociaż nigdy powód tego nie był oczywisty. Tak po prostu musiało być. Lady Aquila Black nie mogła szanować kogoś takiego jak mieszaniec-Beckett. Wciąż spoglądała w stronę, z której dochodził dźwięk. Wydawało się, że to nie Trixie jest tutaj jej największym wrogiem, coś czającego się w ciemności brzmiało o wiele bardziej przerażająco. - Uciekajmy - wypowiedziała już niemal niesłyszalnym szeptem, zachłystując się powietrzem.



Może nic tam nie będzie. może to tylko fantazja. Potrzeba poszukiwania, która mnie wzmacnia. Potrzeba mi tego by wzrastać.
Aquila Black
Zawód : badaczka historii, filantropka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Czas znika, mija przeszłość, wiek niezwrotnie bieży,
A występków szkaradność lub cnoty przykłady,
Te obrzydłe, te święte zostawują ślady.
OPCM : 5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8834-aquila-black https://www.morsmordre.net/t8844-sunshine https://www.morsmordre.net/t8843-child-of-the-sun#263595 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t8846-skrytka-bankowa-nr-2087 https://www.morsmordre.net/t8845-aquila-black

Powrót do góry Go down

Trixie prychnęła jedynie pod nosem. Czyrakobulwy? Dobre sobie, aż dziw, że Blackówna znała takie trudne słowa i uważała na lekcjach, gdy podobne zagadnienia były omawiane - ale wzajemne przerzucanie się obelgami wcale nie pomogłoby ich skądinąd delikatnej sytuacji. Nie wyczarowałoby drabiny, nie utkało schodów z powietrza, nie zmaterializowało w dłoniach mapy prowadzącej do wyjścia, a atmosfera wokół nich z każdą chwilą wydawała się gęstnieć coraz bardziej - i to nie tylko już przez wzajemną niechęć wznieconą z siedmiu lat wspomnień.
Tkwiła więc w ciszy, gdy Aquila zorientowała się co takiego leży pod ich stopami. Kości wydawały się ją przerażać, rwały krańce drogiej sukienki, niewrażliwe na ilość galeonów uwikłaną w jedwab, podobnie zresztą jak kamienie nieustannie maltretujące nienaganną dotychczas kreację. Położenie Trixie było o tyle lepsze, że jej ubrania były tańsze, prostsze, typowo zimowe, szczelnie otulając ją od chłodu panującego w jaskiniach. Na dodatek mogła także naprawić je sama. A Black? Niechybnie musiałaby zwrócić się do krawca, albo ten obowiązek zrzucić na swoje służące, skrzata, cokolwiek pałętało się pod jej nogami ze służalczym zadaniem.
- Niby skąd? W wolnych chwilach szwenda się po dziurach w tyłku wszechświata? Już to widzę, wielki Pollux Black na wycieczce w nawiedzonych jaskiniach - mruknęła bez większego entuzjazmu, ale przekornie, wzruszywszy przy tym ramionami. Właściwie to mogłaby zabić tu Aquilę. Ciemna grota raz na zawsze pochłonęłaby jej istnienie, owiała okoliczności śmierci tajemnicą, nikt by jej tu nie odnalazł. Ale była przestraszona, nie udawała - i nawet mimo swojej niechęci Trixie westchnęła ze zrezygnowaniem, niechętna, by kopać leżącego. Ojciec uczył, że nie wypadało, a na dodatek prześladujący je dźwięk wydawał się coraz bliższy, zmuszał do mobilizacji. Przez chwilę po prostu nasłuchiwała. Pazury drapały o kamień, coś przechadzało się korytarzem, zbliżało do niech, zapewne wyczuwając świeżą, ludzką woń, a po tempie kroków zrozumiała, że wcale nie miały zbyt dużo czasu. - Nie wiem, ale brzmi na głodne - odpowiedziała szczerze głośno przełknąwszy ślinę i przytaknęła, gdy Black wyrzuciła z siebie pierwszy dobry pomysł sugerujący ucieczkę. Z wciąż rozświetlającą ciemność różdżką rozejrzała się dookoła; obok nich znajdowały się tylko kamienie i kości. Serce dudniło jej w piersi, krew szumiała w uszach. Co jeśli tym razem nie wróci do domu? I ojciec nigdy nie dowie się, że coś zeżarło ją w takiej dziurze? - Rozpal lumos - poleciła prędko Aquili, samej kończąc działanie swojego zaklęcia. - Poświeć mi tu. Skup się, Black, wyjdziemy stąd - zapewniła z niechęcią - albo ludzkim zdenerwowaniem wkradającym się do głosu. Stworzenie na ich tropie było coraz bliżej, coraz bliżej, Merlinie, po jaką cholerę próbowała dzisiaj dostać się na targ żywności teleportacją?! - Libramuto - Trixie zaczarowała jeden z większych kamieni, a wiązka uderzyła w jego powierzchnię, pozwalając jej sięgnąć po niego i ułożyć na kolejnym kamieniu. Żadna z nich nie była zbyt wysoka, ale dzięki temu miały szansę wspiąć się na posadzkę jamy; czarownica powtórzyła to samo zaklęcie kilkukrotnie i weszła ostrożnie na wzniesienie ułożone z mniejszych głazów, z ulgą dosięgnąwszy wyjścia z dziury. Potem podała rękę Aquili. - Ruchy!


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911

Powrót do góry Go down

Przez chwilę chciała spytać, skąd wie, że to tyłek wszechświata, ale zaraz potem do Black doszło, że nie mogło to być nic innego. Musiały znajdować się w najdalszych zakątkach nie wiadomo czego. Och, oby w Anglii. - Lord nestor Pollux Black - odpowiedziała, stawiając wyraźny akcent na słowo nestor, dumna, że taki zaszczyt i obowiązek spoczywał teraz na jej ojcu. Miał wiele na głowie, sama śmierć Alpharda i prowadzenie wojny, stanowiło potężne wyzwanie, a teraz jeszcze ona, która znalazła się nie wiadomo gdzie z tą potworną dziewczyną. - Dowie się, Beckett. Oj, dowie - wymamrotała, usiłując na twarz spuścić uśmiech pełen podstępu, chociaż nie miała pojęcia, jak nigdy miałby się dowiedzieć, gdyby jej truchło miało leżeć tu na wieki. Przeszukanie całego świata nie wchodziłoby w grę. Chciała się wręcz rozpłakać, łzy zatrzymywały się jednak na swoich miejscach, nie mogła okazać tak wiele słabości, nie przy Trixie. Zmierzający w ich stronę potworny dźwięk zwiastował najgorsze. Otrząsając się z transu przerażenia, zapaliła różdżką kulę światła, wypowiadając w myślach niewerbalne Lumos, po czym świeciła w miejsce, które wskazała jej dziewczyna. Czy tego chciały, czy też nie, musiały współpracować. - Nie mam rękawiczki - sapnęła, nie mając najmniejszej ochoty podawać dłoni tej dziewczynie. Aksamit został w domu, nie sądziła, że mógłby być jej tu potrzebny. Ręka Trixie Beckett była zwyczajnie brudna od tego pyłu tutaj, ostatnie czego Aquila by chciała to, aby trochę z tego znalazło się na niej. Z drugiej jednak strony, całą suknię miała w tej stęchliźnie i kurzu. Nie dotknęła nią jednak szlamiej krwi, która płynęła w żyłach rywalki. To brzydziło najbardziej. Obiecując sobie, że każde wyczyścić to wszystko swojej służbie, gdy tylko stąd uciekną i wróci do domu, chwyciła w końcu za dłoń dziewczyny. Tylko jedną, w drugiej wciąż ściskała książkę. Nie zamierzała jej zostawiać. - Nie puszczę jej, to biały kruk - wysyczała, bo miała wrażenie, że Beckett patrzy na nią jak na wariatkę. Księga byłą zbyt cenna. Pozwalając jej pociągnąć się nieco w górę. Starała się odpychać nogami od kamieni. Nie była najbardziej zwinna i sprawna, nie miała nigdy takiej potrzeby. Dźwięk wciąż się zbliżał, tak więc próbowała wspinać się w górę, ale nic z tego nie wyszło. - Trzymaj to - warknęła, wciskając w jej dłoń potężny tom, potrzebowała dwóch dłoni, aby móc faktycznie uwolnić się z tego poziomu jaskini. Oby tam na górze było światło i wyjście na powierzchnie, gdzie będzie mogła odpocząć i bezpiecznie wrócić do domu. Chwyciła dłoń i wspinała się w górę, brudząc sobie palce i nadgarstki, zaciągając sukienkę. W końcu udało się, była chyba bezpieczna. Dyszała ciężko, nie o tyle zmęczona, co zwyczajnie przerażona. Adrenalina brała górę. - Dz-dzięki - wypowiedziała cicho, nie patrząc jej w oczy, po czym szybko pochwyciła książkę, otrzepując z niej kurz i oglądając, czy aby na pewno nic się jej nie stało. - To cenny egzemplarz - wytłumaczyła się, choć sama nie wiedziała dlaczego. Jakby zdanie tej dziewuchy cokolwiek znaczyło. Różdżką rozświetliła jaskinię, a tam ukazało się przejście. Ciasne, ale możliwe do pokonania. - Patrz - rzuciła tylko krótko, wskazując na nie. - Diae filos - wypowiedziała, z jej różdżki wystrzeliła srebrzysta nić. - Żebyśmy się nie zgubiły... - instynktownie użyła już liczby mnogiej. Teraz liczyła się jedynie ucieczka z tego miejsca.



Może nic tam nie będzie. może to tylko fantazja. Potrzeba poszukiwania, która mnie wzmacnia. Potrzeba mi tego by wzrastać.
Aquila Black
Zawód : badaczka historii, filantropka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Czas znika, mija przeszłość, wiek niezwrotnie bieży,
A występków szkaradność lub cnoty przykłady,
Te obrzydłe, te święte zostawują ślady.
OPCM : 5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8834-aquila-black https://www.morsmordre.net/t8844-sunshine https://www.morsmordre.net/t8843-child-of-the-sun#263595 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t8846-skrytka-bankowa-nr-2087 https://www.morsmordre.net/t8845-aquila-black

Powrót do góry Go down

Ciemne brwi uniosły się nieco wyżej w planowanym już kontrataku.
- Nestor? To dlatego nosisz się teraz jak jakiś paw, jeszcze bardziej niż za czasów szkoły? Bo twój tatuś dostał ładniejszy fotel w waszej zgniłej kamieniczce na zadupiach Londynu? - parsknęła z niedowierzaniem. Faktycznie - to wiele wyjaśniało, wiele tłumaczyło, przecież każdy inny przewodnik szlachetnej rodziny już dawno strąciłby Aquilę ze skały jak to robiono w Sparcie z niedomagającymi dziećmi, tymczasem ona wciąż kurczowo trzymała się życia i udawała, że to, co robi jest w jakikolwiek sposób komukolwiek przydatne. Beckett zacmokała z rozczarowaniem; spodziewała się, że po tylu latach coś jednak w Black zmądrzeje, jakaś jedna szara komórka, jednak to też było tylko marzeniem ściętej głowy.
Na szczęście okazało się, że były w stanie chociaż trochę współpracować. Arystokratka rozpaliła lumos i świeciła szukającej odpowiednich głazów Trixie, chyba unikając przy tym rozświetlania kości, po których stąpały i łamały je podeszwami butów - a przynajmniej Beckett, bo trzewiki Aquili mogły być na to trochę zbyt delikatne. - Dobrze - bąknęła, układając dla nich potencjalną drogę ucieczki. Wypełniała ją adrenalina - strach mieszał się z koniecznością ucieczki z tego przeklętego miejsca zanim stworzenie, które zmierzało w ich stronę pokazałoby swój pysk, więc gdy tylko towarzyszka z obrzydzeniem spojrzała na jej dłoń Trix jęknęła na granicy swojej cierpliwości. - To sobie tam siedź - warknęła, chociaż nie wycofała ręki. - Poczekaj aż to diabelstwo tu przyjdzie i cię zeżre, pewnie nigdy dotąd nie kosztowało durnej szlachcianki - mówiła szybko, bo i nie było czasu na spokojne dysputy. Dźwięki z każdą sekundą stawały się wyraźniejsze. Bliższe. Włos jeżył się na karku, ciarki bezlitośnie przecinały ciało, ale kiedy tylko Aquila zmądrzała i skorzystała z oferowanej pomocy, Trixie już miała wciągać ją na górę - tyle że jedną ręką było to trudne, a ta nie zamierzała puścić swojej przeklętej kolorowanki. - Niech będzie i różowa papuga - burknęła i pokręciła głową; jakim cudem jakiś podręcznik był ważniejszy od jej życia? Co w nim było, że Blackówna była gotowa poświęcić siebie, dawną Gryfonkę i swoją śliczną sukienkę? - Nie mamy na to czasu, Black! Wolisz tu zostać i czytać tę książkę do śmierci? - syknęła, chociaż mimo wszystko chyba nie spodziewała się tego, że kobieta wciśnie wolumin w jej ręce i pozwoli komuś takiemu jak Beckett na zbezczeszczenie swojej własności. Lektura była cięższa niż się spodziewała, o wiele. Trix wsunęła ją pod swoją pachę i obiema dłońmi złapała ręce Aquili, po czym z niespodziewaną siłą - potęgowaną przez zdenerwowanie - wciągnęła ją na górę, aż obie padły do tyłu, a jej plecy wylądowały na pionowym kamieniu, który nieprzyjemnie ugniótł kręgosłup. Dobrze, że miała na sobie zimową kurtkę, która trochę amortyzowała upadek. Czarownica mruknęła cicho w stłumionym bólu i poderwała się na równe nogi, pozwoliła, by szlachcianka odebrała swoją książkę i bez pytania o pozwolenie zacisnęła rękę na jej ramieniu, ciągnąc niespodziewaną kompankę za sobą wprost do przejścia, które wskazała. - Oby prowadziło do wyjścia - głos jej zadrżał, ale tylko odrobinę. - Chodź, Black, szybko. Ja... znam te dźwięki, wiem co to. Musimy wiać. Natychmiast! - słychać było w niej przejęcie, a różdżka w dłoni Beckett znów rozbłysła jasnym światłem zaklęcia. Za ich plecami zaryczało wściekłe, głodne zwierzę. - To kuroliszek, cholerny kuroliszek. Szybko! Uważaj - wtrąciła; grunt pod ich nogami wciąż był śliski, do tego miejscami nierówny, jeszcze tego brakowało, by wpadły w kolejną dziurę, z której wyjście pewnie okazałoby się jeszcze trudniejsze. Bezwiednie zsunęła rękę z ramienia Aquili na jej dłoń i zacisnęła ją tam mocno, ciągnąc za sobą czarownicę w szaleńczym biegu przed siebie: gardło jaskini stawało się coraz węższe, sugerowało, że goniące je stworzenie nie będzie w stanie się przez nie przecisnąć... Oby.


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911

Powrót do góry Go down

Chciała wyczyścić jej usta prostym zaklęciem, które przełamałoby takie brzydkie i nieprawdziwe słowa. Rzucić się na Beckett z pazurami i wydrapać oczy, jeśli będzie taka potrzeba, za te wszystkie okropne wymysły na temat Grimmauld Place i fotela, na którym siedział jej szanowny pan ojciec. Przecież mu się to należało, powinien móc tam być, nosić pierścień nestora rodu. Pracował ciężko nad przyszłością, gdy wszystko dookoła zdawało się być przeciwko niemu, a śmierć Alpharda zajrzała do kamienicy niczym zły cień. Czy stara rywalka w ogóle mogła zdawać sobie z tego sprawę, jak trudne było życie szlachcianki w czystym Londynie? Nie miała pojęcia na temat prawdziwych problemów. Słowa cisnęły się na usta i chociaż wisiały na końcu języka, to nie powiedziała nic, jedynie kręcąc lekko głową i zaciskając usta, gdy do przerażonych oczu napłynęły łzy, tworząc tam szklaną taflę. Szybko przetarła je, tak, aby ta durna Beckett tego nie widziała. Tak strasznie nie chciała umierać, nie chciała zawieść ojca i odejść w zapomnieniu, a nie jak Alphard, niczym bohaterka. Nie był jej pisany taki los, zapewne umrze ze starości w ciepłym łóżku. Czyż nie tego pragnęła? - Nic nie rozumiesz - wysapała tylko pod nosem, wyraźnie smutna i zła na cały świat dookoła, zbierając się do ucieczki z tego miejsca. - Pan ojciec ma na głowie tak dużo... Nie mogę przysparzać mu problemów, wciąż trwa żałoba pod Alphardzie - wydyszała. Dźwięki dochodzące nie wiadomo skąd przerażały i mroziły krew w żyłach. Pragnęła już być gdzieś, gdzie będzie jasno, gdzieś gdzie będzie bezpieczna, nawet z tą potworną dziewuchą. - Nie jestem durna! - wycedziła przez zęby, obrażona gorzej niż jakby nazwała ją brzydką. - Wydaje książkę, wiesz? - mówiła, wciąż wspinając się w górę, usiłując w ten dziwny sposób zająć sobie myśli czymkolwiek, co nie było potworem zbliżającym się do jej nóg. - Prawdziwą książkę, którą samodzielnie piszę - parsknęła, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Beckett nigdy w życiu nie osiągnęłaby takiego sukcesu, nie była aż tak ważna, nie tak jak Aquila. Wizja siedzenia tam i czytania tej książki do śmierci wcale nie była taka zła, przynajmniej umarłaby z ciekawą lekturą. Obawa jedynie była taka, że zanim zdążyłaby przewertować wszystkie strony, już dawno byłaby tylko kolejną kupką kości na martwym podłożu tego miejsca. Przyspieszyła więc ruchy, wspinając się w górę, a materiał wciąż rwał się, teraz już niemal do kolana. Cóż za tragiczny w skutkach finał wycieczki do biblioteki. Nie było czasu, aby otrzepać pył. Poczuła tylko, jak kobieta łapie ją za dłoń i ciągnie w przód. Biegły więc razem przez przeciskając się przez szczelinę. Oh, jak bardzo cieszyła się w tym momencie, że nie wyglądała jak ciotka Libra. Z jej biustem w życiu by się nie przecisnęła. - Moja suknia... To od Parkinsona - zajęczała tylko, gdy wycierała nią brud. Żałobna czerń wyglądała teraz niczym szmata. Ale było tam, na końcu tego tunelu. Krótkie światło, jasny punkcik w oddali. - Beckett, szybciej! Tam jest wyjście! - powiedziała głośniej, chociaż żadna nie mogła mieć pewności, czy to jedynie szczelina w jaskini wielkości paznokcia, czy może faktyczne wyjście. Zmierzenie odległości w takich warunkach, było właściwie niemalże niemożliwe. - Szybciej, no! - krzyczała już, mając wrażenie, że coś muska jej kostki i próbuje zatrzymać suknie, a może było to zaledwie złudzenie wywołane potężnym stresem? Ale było tam światło, musiały go dopaść, musiały! Nagle haust powietrza był jakby czystszy, jakby prostszy i obydwie upadły na trawę. - Przepraszam... - wyrzuciła z siebie, gdy poczuła chude kości żeber pod swoim kolanem. Nie lubiła jej niczym psa, ale przecież nie chciała połamać Trixie Beckett żeber. - Udało się? - spytała tylko w akcie desperacji, rozglądając się na boki. - Beckett, udało się! - teraz już była pewna, obserwując drzewa w okolicy. Dziwna jaskinia, z której właśnie wybiegły, mogło pozostać w sferze potwornych wspomnień. Aquila więc usiadła, twarz wciskając w kolana, po czym pozwoliła wszystkim łzom wylecieć z niej. Cóż za wstyd, płakać przy kimś takim jak ta kobieta. - My-myślałam, że tam zginę... - wyszeptała bardziej do siebie, niż do niej. Alpharda już stracił jej ród, nie chciała być kolejna. Niech przez jakiegoś kuroliszka, czymkolwiek to było. Płakała więc niczym dziecko, powoli oddychając, próbując uspokoić całe swoje ciało. Pisk, który słyszała w uszach, nie ustawał, a jej robiło się gorąco i kręciło w głowie. - Nie chciałam tam zginąć - podniosła głowę, wpatrują się w rywalkę.



Może nic tam nie będzie. może to tylko fantazja. Potrzeba poszukiwania, która mnie wzmacnia. Potrzeba mi tego by wzrastać.
Aquila Black
Zawód : badaczka historii, filantropka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Czas znika, mija przeszłość, wiek niezwrotnie bieży,
A występków szkaradność lub cnoty przykłady,
Te obrzydłe, te święte zostawują ślady.
OPCM : 5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8834-aquila-black https://www.morsmordre.net/t8844-sunshine https://www.morsmordre.net/t8843-child-of-the-sun#263595 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t8846-skrytka-bankowa-nr-2087 https://www.morsmordre.net/t8845-aquila-black

Powrót do góry Go down

Jak to żałoba? Trixie nie miała pojęcia, że ktoś z bliskich krewnych Aquili niedawno zmarł, bo gdyby miała, raczej oszczędziłaby sobie komentarzy ciskanych pod adresem zatęchłych, zgniłych Blacków, przynajmniej tego jednego szczególnego dnia wyrozumiałości. Na ów wieść zmarszczyła tylko brwi i zamilkła; dopytywanie raczej dolałoby jedynie oliwy do ognia, a ona mimo wszystko nie była na tyle głupia, by bezmyślnie deptać leżącego, nawet jeśli był to dawny wróg. Gdyby szlachcianka była szmalcownikiem... Ale chyba nie była, więc ostatecznie można było jej tego oszczędzić.
- Autobiografię? - parsknęła nieco mniej bojowniczo niż wcześniej, chociaż jej głos wciąż niósł prześmiewczą nutę. Nie wkradły się na grząski grunt traktujący o stracie, nie rozmawiały dalej na ten temat, więc Beckettówna nie poczuwała się w obowiązku do głaskania rywalki po głowie. - Myślisz, że ktoś będzie na tyle znudzony życiem, żeby czytać twoje wypociny? Ty w ogóle umiesz pisać? - pokręciła głową z niedowierzaniem. O Merlinie, gdyby na Święta dostała egzemplarz bazgrołów spod pióra Black i ojciec kazałby jej się z nim zapoznać choćby siłą, chyba wolałaby zjeść własną skarpetę i się na niej udusić, niż przechodzić przez taką katorgę. Ale w tym świecie, w miłym arystokratycznym życiu, dziewczęta chyba nie miały nic innego do roboty. No bo co? Siedziały całymi dniami wypachnione na kanapie, sączyły herbatę, pudrowały noski, ile tak można? Toteż powstawały takie małe potworki jak domniemane arcydzieło Aquili, chociaż szkoda było na nie drukarskiej prasy czy choćby zaklęć powielających.
Nie było jednak czasu zbyt długo tego wszystkiego roztrząsać. W ciemności rozświetlanej zaklęciem różdżek w końcu ujawniło się przejście, coś, co przypominało promienie słońca spoglądające na niej z wąskiego gardła między głazami; zgodnie z krzykami czarownicy obie przyspieszyły kroku, nieważne, że w uszach dudniło echo biegów i rwanego materiału zmącone coraz bardziej oddalającymi się warknięciami kuroliszka. Musiał utknąć w zwężeniu w korytarzu, o wiele masywniejszy od dwóch szczupłych panien, które wreszcie wypadły na wolność, jedna tratując drugą. Dosłownie. Black nie wyhamowała i w ostatniej chwili przekoziołkowały kawałek, a Trixie jęknęła głośno, gdy poczuła gwałtowne ukłucie bólu w okolicy żeber. Wbiło się tam chude kolano wystające spod rajstop porwanej sukni. Bezceremonialnie zrzuciła z siebie towarzyszkę i przewróciła się na plecy, oddychając ciężko. Cóż to był za dziki wysiłek... Jedną z dłoni przycisnęła do obolałego miejsca, nieco szerzej otworzywszy oczy na dźwięk przeprosin. Co? A potem rozległ się płacz...
Beckett usiadła powoli na okrytej śniegiem ziemi, patrzyła na Aquilę w ciszy, niepewnie, wolną dłonią sięgnąwszy do jej ramienia - ale kończyna zawisła tam w bezruchu zanim doszło do jakiegokolwiek dotyku. Powinna ją pocieszyć? Przytulić? W końcu tkwiły w tym razem, przeżyły, nawet znośnie udało im się współpracować kiedy spadły z deszczu pod rynnę... Och do diabła, czemu ta głupia Black była taka trudna? Trixie westchnęła ciężko, ale zażenowana ostatecznie wycofała rękę.
- No już, nie maż się. Tobie chyba nie wypada - mruknęła, kompletnie zbita z tropu. Co prawda sama jeszcze nie doszła do siebie, nie zeszła z niej adrenalina, ale poczuła się w dziwnym obowiązku doprowadzić dziewczynę do ładu i składu. - Koniec końców nic nam się nie stało... Dobrze sobie poradziłaś. To wcale nie było takie łatwe - przyznała; to dziwne, ale pochwała wcale nie przeszła jej to przez gardło z tak wielkim trudem, jak się spodziewała, a jej spojrzenie nie było tak ostre jak wcześniej, gdy tylko na siebie wpadły w tej przeklętej dziurze wśród kamieni i kości. - Wstawaj, Black - powiedziała po chwili i sama poderwała się z ziemi, otrzepując śnieg z ubrań. - Ta kiecka od Parkinsonów, wiesz, powinnaś złożyć reklamację. Strasznie łatwo się podarła - stwierdziła z przekąsem. Jednocześnie Trixie zaczęła rozpinać własny płaszcz, przeklinając w myślach swój dzień dobroci dla głupiutkich szlachcianek. Kiedykolwiek funkcjonowały między sobą na takiej zasadzie? Ich wspólna historia w Hogwarcie była pełna nienawiści i niezapowiedzianych pojedynków transmutacji, nigdy dotąd współpracy. - Zamarzniesz zanim wrócisz tak do domu - zaczęła wyjaśniać. Przecież nie zamierzała tak po prostu zostawić Aquili w samym sercu zimy. - Dam ci mój szalik i czapkę. Tak, wiem, brzydzisz się, ale to chyba lepsze od odmrożenia? One są bardzo ciepłe. Nie krzyw się - obwiązała materiał wokół szyi dziewczyny, a potem bezceremonialnie wsunęła na jej głowę brązową czapkę z pomponem. Na szczęście jej kurtka zimowa była długa, a sweter pod nią wystarczająco ciepły, żeby sama nie skończyła z przeziębieniem. Sięgnęła jeszcze do kieszeni i wręczyła szlachciance parę usztrykowanych rękawiczek. - Jeszcze to. No, i ten... Uważaj na siebie. Nie wiem jakie licho nas tu przysłało, ale nawet nie było tak... - źle? Nie dokończyła, bo - HEP!

zt fluffy


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911

Powrót do góry Go down

Przerażająca wizja rychło zbliżającego się końca zaatakowała już serce damy, gdy to wszystkie siły wykorzystywała, aby uciec z tego miejsca i nigdy do niego nie wrócić. Spotkanie z tą brudną dziewczyną nie mogło obyć się bez kąśliwych uwag, na które Black, chociaż jej duszę trawił strach, zareagowała przewróceniem oczami. - Jesteś taka durna Beckett... - wycedziła. Jesteś zazdrosna, bo nic w życiu nie osiągniesz. Bo już zawsze będziesz tylko głupim mieszańcem bez mamusi - zmierzyła dziewczynę spojrzeniem. Zawsze była taka strasznie niemiła, a przecież biedna lady Aquila Black nic nigdy złego jej nie zrobiła Próbowała żyć sobie swoim o niebo lepszym życiem, a widocznie żółć, jaka przelewała się w żołądku Trixie, była zbyt trująca, aby zwyczajnie zostawić ją w spokoju. Nie mogła powstrzymać się przed dopiekaniem, ani próbami obrażania szlachcianki. Zapewne wynikało to z biedy i brudnej krwi, a przynajmniej tak tłumaczyła to sobie Aquila. Nie mogła darować jej tego wszystkiego, co zrobiła jeszcze w Hogwarcie. Tego jak doprowadzała Ślizgonkę do ciągłych nerwów, jak za cel przyjęła sobie uprzykrzanie życia. I nawet teraz, nawet po tylu latach, chociaż pozornie próbowała pomóc, pewnie też w duszy pragnęła zrobić wszystko by ją urazić. Lady postanowiła więc być lepsza. Uczyła się kłamać każdego dnia, choć niegdyś tak bardzo starała się tego unikać, tak świat weryfikował swoje oczekiwania. Po raz kolejny ktoś usiłował zrobić sobie z niej powód do żartów, zwykłą ofiarę do ataku. Czy była aż tak słaba, gdy tak mocno usiłowała być silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej? Ciepły dom z wystawnym obiadem zostawiła daleko za sobą, podróżując teraz przez zimną i martwą jaskinię, bo chyba jaskinią było to miejsce. Próżno było myśleć o pogrzebanej pod kośćmi historii i znajdujących się tu artefaktach, o ile w ogóle jakiekolwiek tam były. Biegła przed siebie, za nic mając już własny strój, gdy świeże powietrze w końcu doszło do jej płuc. Uczucie duszności ustało, coś zimnego otuliło jej uda, a skostniałe już palce i usta pokryły się fioletem. Płakała rzewnymi łzami, usiłując zrozumieć jakoś to wszystko, co właśnie się wydarzyło. Nie była znanym numerologiem, nie rozumiała najskrytszych zakamarków magii, nie zdawała sobie sprawy, dlaczego ot tak po prostu znalazła się nagle gdzieś daleko od domu, zupełnie sama, jeśli by nie liczyć tej paskudnej dziewczyny. - To z ich ostatniej kolekcji, od samego - wciąż krople słonej rozpaczy kapały z jej oczu - Edwarda Parkinsona. Nie pokażę mu jej w takim sta-stanie - suknia była najmniejszym możliwym problemem, ale to jednak na niej wolała skupiać się teraz Black, niż na własnym cierpieniu i strachu. Do tego wszystkiego jeszcze ten przeraźliwy chłód. Wstała w końcu, obserwując to wszystko, co było obok niej. Nie miała pojęcia, gdzie właściwie się znalazła, co to było za miejsce. Faktycznie skrzywiła się, gdy tylko wełna z szalika Trixie dotknęła jej ciała, lekko odsuwając się do tyłu, jakby właśnie dotykał ją najgorszy robak. Tak bardzo nie chciała mieć z nią nic wspólnego, a jednak dygocząc na zimnie, przypominała sobie o tamtej nocy na lodowisku, gdy Forsythia trzymała ją w ramionach, a świat wirował. Jak bardzo zmieniło się jej przeznaczenie, że teraz zamiast w ramionach kuzynki, stała gdzieś zapewne daleko od domu, w brzydkiej czapce. Ten kolor brązu był obrzydliwy, przypominał zgniłe liście. - Gdyby nie to, że mi zimno, Beckett... - pociągnęła jeszcze raz nosem. - Trzymaj to - wręczyła dziewczynie opasły egzemplarz Historii Czarodziejskiej Szkocji 764-918, samej ubierając dziwnie miłe w dotyku rękawiczki. Były miękkie, normalnie Black nosiła skórę, aksamit lub welur, a te zdawały się być takie puszyste niczym bezowa pianka na cytrynowym deserze. Skarciła siebie samą, za myślenie w ten sposób o czymkolwiek co wyszło z rąk Beckett. - Było źle - już wyrwała się, aby oburzona dokończyć to zdanie, ale coś pufnęło i Trixie zniknęła z pola widzenia. - Beckett? - Aquila rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu rywalki. Z nią było źle, ale bez niej jeszcze gorzej, jeśli zaraz wyskoczyłoby tu jakieś zwierze, to zawsze mogła rzucić dziewczynę na pożarcie, a tak...? Tak została sama. - Beckett?! - wykrzyczała, ale szeptem, choć zapewne nikt by jej nie usłyszał. Już chciała biec w nieznane, jak najszybciej znaleźć bezpieczny kąt, aby się deportować, ale nie udało się jej to. Spoglądała tylko w stronę jaskini, czy dawny wróg do niej wrócił? Może powinna wejść i jej tam poszukać, przecież miała jej książkę... Nie zdążyła...
HEP!

zt



Może nic tam nie będzie. może to tylko fantazja. Potrzeba poszukiwania, która mnie wzmacnia. Potrzeba mi tego by wzrastać.
Aquila Black
Zawód : badaczka historii, filantropka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Czas znika, mija przeszłość, wiek niezwrotnie bieży,
A występków szkaradność lub cnoty przykłady,
Te obrzydłe, te święte zostawują ślady.
OPCM : 5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8834-aquila-black https://www.morsmordre.net/t8844-sunshine https://www.morsmordre.net/t8843-child-of-the-sun#263595 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t8846-skrytka-bankowa-nr-2087 https://www.morsmordre.net/t8845-aquila-black

Powrót do góry Go down

25 stycznia 1958
Wybór produktów, które Abbottowie mogli przeznaczyć na akcję organizowaną przez młodą lady Weasley, lord pozostawił ochmistrzyni, wierząc, że podział zapasów będzie dosyć sensowny. Niemniej jednak nie miał zamiaru wyręczać się służbą, jeśli chodziło o dostarczenie zapasów. Nie chodziło o to, aby się pokazać, to właściwie go w ogóle nie interesowało, bardziej liczył na zobaczenie się z panną Nealą. Zabrał ze sobą także swojego najstarszego syna, wiedząc, że młodzieńcowi nawet nie będzie musiał proponować tego, by został z młodą damą. On nie miał czasu, by poświęcić kilku godzin na rozdawanie żywności, ale syn?
Wyruszyli tuż o świcie, bynajmniej korzystając z możliwości prędkiego przemieszczania się, zamiast tego wsiedli na miotły, które obwieszone zostały dobrze zapieczętowanymi pakunkami z jedzeniem. Kierunkiem było Devon, a konkretnie miasteczko Wellswood, o którym pisała do lorda młoda dama.
Chłodny wiatr targał końcówkami beżowego płaszcza i jasnożółtego szalika, gdy mknął nad obrazem swych ziem. Pozostawał czujny, nauczony ostatnimi doświadczeniami, wolał przyglądać się temu co mogło być nieodpowiednie w krajobrazie. Jeśli coś miało, chociażby zalążek możliwości bycia podejrzanym, należało to sprawdzić. Ludzie byli potrzebujący, a on, jak lord odpowiadający za ziemie Somerset, ani myślał zaprzestać przejmowania się tym, co działo się pośród ludu. Podobnie postępował nad ziemiami Devon, mimowolnie niosąc również za nie odpowiedzialność - po prostu, za życie. Ostatecznie jednak nic nie przyciągnęło wzroku lorda na dłużej, by budzić niepokój – podobnie było z synem, chociaż ten mógł wydawać się, jakoby błądził myślami, za co kilkukrotnie został upomniany przez ojca. Czujność stanowiła priorytet.
Wreszcie zatrzymali się nad miastem, zastanawiając, gdzie dokładnie znajdowała się zbiórka, a po kilku okrążeniach wreszcie znaleźli odpowiednie miejsce. Wymiana oczywistych uprzejmości, wypełnienie przestrzeni słowami – głównie ciepłymi, lecz również tymi, jakie zadawały pytania i wreszcie przyjrzenie się temu, jakie działania zdołała zorganizować młoda dama. Może brakowało jej nieco ogłady, lecz dobre serce biło od jej czynów. W zasadzie taka chyba była przypadłość wszystkich Weasley’ów, a przynajmniej tych, z którymi w ostatnim czasie Romulus miał styczność. Niedługo później, po upewnieniu się, że wszystkie zapasy dotarły cało i bezpiecznie, szlachcic opuścił Wellswood, życząc lady Weasley powodzenia, a także pozostawiając przy niej swego syna.

| Przekazuję Neali na zbiórkę żywności z zaopatrzenia Abbottów:
I domyślna kategoria: buraki 0,4kg, cebula 1kg, chleb jasny (pszenny) 3 bochenki, chleb razowy 2 bochenki, fasola biała 0,5kg, jabłka 1kg, kapusta 2 główki, Kasza gryczana 1kg, kości wołowe 1kg, marchew 0,8 kg, masło 0,4kg, mąka pszenna 1kg, mleko krowie 2l, pietruszka 0,5 kg, seler 0,3kg, słonina 200g, ziemniaki 2 kg
II kategoria: wieprzowina 0,5kg, kiełbasa 0,5kg



romek zt


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428

Powrót do góry Go down

25.01.1958

Gin była zachwycona! Nie dość, że pozwolono jej wreszcie oficjalnie wyjść poza teren dworku w Puddlemere, to jeszcze otrzymała misję! Prawdziwą misję, a nie taką zmyśloną!
Jej ważne i odpowiedzialne zadanie polegało na dostarczeniu żywności do Devon. Z tego co powiedział jej Anthony wynikało, że Neala poprosiła Macmillanów o pomoc w imieniu mieszkańców wioski - Wellswood. Udzielili schronienia rozbitkom i teraz sami biedowali. Młodziutka Weasley'ówna o złotym sercu chciała ich wesprzeć, a Gin miała jej w tym pomóc. I to kuzyn osobiście ją poprosił, by się tym zajęła!
W Virginii nadal buzowała radość i ekscytacja z całego przedsięwzięcia. Tak dawno nie była na żadnej przejażdżce konnej, na żadnej ze swoich dłuższych wypraw... a teraz coś takiego! PRZYGODA! Kto by pomyślał, że skończywszy sześć lat jeszcze będzie się tak ekscytować podróżą do Devon? Siedzenie w zamknięciu jednak zrobiło swoje. I owszem, wiedziała, że chodziło o bezpieczeństwo jej i całego rodu, ale ileż można było siedzieć w jednym miejscu?
Nie mogła nie zauważyć, że coś się zmieniło, od kiedy pod koniec grudnia w środku nocy Anthony wysłał po nią swojego patronusa. Jakby... dzięki temu, że wtedy sobie poradziła, w końcu ją dostrzeżono i doceniono.
Tak, naprawdę chciała wierzyć, że w oczach rodziny przestała być wreszcie tylko młodą damą, którą jak najszybciej należało korzystnie wydać za mąż, że... była kimś więcej, kimś wartościowszym i kimś, kogo wcale nie trzeba było chronić przed całym złem tego świata jak dziecka.
Była Virginią Avis Macmillan - zahartowaną Puchonką, uzdrowicielką bez egzaminów i przyszłą wielką podróżniczką, ot co! Doskonale poradzi sobie z powierzonym jej zadaniem!
Nie wszystko poszło po jej myśli - począwszy od ubioru, w który skrzętnie ingerowała jej matka. Gin więc już na wstępie mogła zapomnieć o swoich spódnico spodniach do jazdy konnej i lekkim i niekrępującym ruchów ubiorze... zamiast tego została odziana w strój tak ciepły, jakby wyruszała na biegun północny - wełniane pończochy, ciężka wełniana spódnica, wyżej również kilka warstw ubrań, do tego futrzana czapka i zakrywająca wszystko, podbita futrem, kobaltowa salopa. Gin miała wrażenie, że całość ważyła z tonę, przez co ciężko jej było chodzić, a co dopiero wsiąść na ukochaną klacz - Whisky. Potrzebowała do tego pomocy stajennego, co za niedorzeczność! Pół życia, albo i więcej, sama dosiadała koni, a teraz?
Rodzicielka oczywiście nie pozwoliła jej także jechać samej, więc Virginii towarzyszyła służąca, również na koniu, ale objuczonym żywnością przeznaczoną na zbiórkę.
Oczywiście Gin nie byłaby sobą, gdyby się całkowicie podporządkowała... i gdy tylko dwór w Puddlemere zniknął jej z oczu, rudowłosa panna przełożyła nieelegancko nogę nad końską szyją, dosiadając klacz po męsku. Po kryjomu kazała zmienić siodło na zwykłe, bo na samą myśl o jeździe do Dorset po damsku dostawała mdłości. Idiotyczny pomysł! Jechałyby tam tydzień w takim tempie! Poza tym to niebezpieczne - dużo łatwiej kierować koniem i utrzymać się na jego grzbiecie właśnie jadąc po męsku, więc to też kwestia bezpieczeństwa! Tak to sobie przynajmniej Gin tłumaczyła.
Gdyby wszystko zależało od niej, to pojechałaby sama ubrana wygodnie, a niekoniecznie ładnie. W końcu nie miała się spotkać z lordami czy innymi wysoko urodzonymi osobistościami, tylko ze zwykłymi ludźmi! Po co więc ta długa spódnica, ta futrzana czapka, rękawiczki z żółtej skóry? Dobrze, że buty z wysoką cholewką wybrała sobie sama, bo jeszcze okazałoby się, że powinna podróżować w pantofelkach! Konno! Kpina!
Cóż, czy jej się strój podobał czy nie, miał jedną, ale dość istotną zaletę - faktycznie był ciepły. Niedługo po wyruszeniu w drogę zaczął padać gęsty śnieg, a wiatr znad morza mocno ciskał nim w podróżniczki. Gin jednak w ogóle tego nie odczuwała, Whisky właściwie też "ubrana" w swój koński, zimowy strój. Jej sierść była teraz tak puszysta i gęsta, że Macmillanówna nie potrafiła się powstrzymać przed ściągnięciem jednej z rękawiczek i głaskaniem klaczy po pięknej szyi. Stęskniły się za sobą - obie. Whisky wyrażała to radosnym rżeniem raz po raz.
Tylko biedna służąca chyba nie była zachwycona z tej wyprawy w zamieci śnieżnej. Wprawdzie tego po sobie nie pokazywała, albo starała się nie pokazywać, ale Gin dostrzegała niepewność wymalowaną na jej twarzy, mocno zaciskane zęby, żeby nie szczękały i siniejące od mroźnego powietrza policzki. Oddała jej więc najpierw czapkę, później rękawiczki, a na koniec także salopę. Już i tak zbliżały się do celu, a podekscytowanej wciąż Virginii niespecjalnie dokuczał chłód. Zresztą pozbawiona przynajmniej części "ciężaru" z barków, ścisnęła klacz mocniej łydkami wreszcie pozwalając sobie na galop. Wiatr momentalnie porwał jej włosy, śnieg je moczył nadając ciemniejszą, kasztanową barwę, a Gin śmiała się radośnie choć przez chwilę czując się wolną.
Do czasu. Kiedy dotarły na miejsce okazało się, że nie do końca jest tam tylko Neala i osoby niższego stanu... tymczasem rozczochrana, zarumieniona Macmillanówna siedząca okrakiem na klaczy przypominała bardziej swoją służącą niż sama służąca opatulona w jej ubrania... cóż... trudno. Zdarza się.
Gin z niejakim trudem zsiadła ze swojej klaczy (ciężka, długa suknia jej w tym wcale nie pomagała), po czym przywitała się już całkiem zgrabnie ze wszystkimi obecnymi i przekazała przywiezioną żywność. Służącą czym prędzej oddaliła w jakieś ciepłe miejsce, a sama zaofiarowała swoją pomoc, bo wcale nie chciała wracać jeszcze do dworku, w którym spędziła już i tak niezliczoną ilość czasu. Chciała się cieszyć zmianą otoczenia tak długo, jak tylko się dało.


W imieniu Macmillanów na zbiórkę żywności przynoszę:
0,5 kg suszonej baraniny, 2 bochenki chleba ziarnistego, 2 wędzone leszcze, 1l koziego mleka, 0,5 kg sera z oślego mleka, 250 g suszonego rekina oraz 0,5 kg soli



chase the wind
Virginia Macmillan
Zawód : nieoficjalna sanitariuszka Macmillanów
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I will ride,
I will fly,
Chase the wind
And touch the sky
OPCM : 10
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8237-virginia-avis-macmillan https://www.morsmordre.net/t8276-sam-puch https://www.morsmordre.net/t8272-macmillan-s-firewhisky https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t8300-virginia-macmillan#240131

Powrót do góry Go down

27 stycznia

Na miejscu pojawiałam się tak, jak zapowiedziałam wujom i kuzynom w listach, już o świcie, kiedy pierwsze promienie słońca wychodziły nad niebo ja już byłam w Wellswood, kierując swoje kroki najpierw do domu Burmistrza z którym kiedyś zdarzyło mi się porozmawiać. Oh, jak wielka była moja radość, kiedy miejsce rzeczywiście znaleźć się udało.
Wóz z Montygonem i Bibi poprowadziłam na miejsce które mi opisał a tam już czekało kilku mężczyzn, którzy pomogli mi rozłożyć co ważniejsze rzeczy i kiedy tak je braliśmy i zakładaliśmy - jak większy stół i ten gar w którym ciocia często te zupy gotowała dostrzegłam sylwetkę wuja i kuzyna. Zatrzymałam się, odwracając całe ciało - bo tylko głowę wcześniej zwróciłam i uniosłam rękę żeby im pomagać.
- Tam dalej, mam namiot, taki większy, zrobi się tam to leczenie. Może ktoś potrzebować będzie. - wytłumaczyłam im wskazując ręką na miejsce, a później nią odrzuciłam włosy na kark. - Naprawdę nie wiesz, wuju, jak wdzięczna jestem za pomoc, którą postanowiłeś nas obdarzyć. Dziękuję! - zapewniłam z wielkim uśmiechem przyglądając się wszystkiemu temu, co zaczynało pojawiać się na stole.
Hadrian został ze mną, za co w sumie wdzięczna byłam. Ludzie byli potrzebni, bo robić też było co. A niedługo potem pojawił się też przedstawiciel Macmillanów. Cieszyło mnie, że mogłam polegać na tych, którzy mogli więcej, tak jak teraz. Sama, niewiele byłbym w stanie zrobić. Ale przecież gdzie zgoda była tam i zwyciężać można było.
- Virginia! - przywitałam się kiedy kuzynka znalazła się obok obejmując ją ramionami. - Nie spodziewałam się, ale to dobrze! - zaśmiałam się z ulgą i wzruszeniem też. Naprawdę dobrze było ją zobaczyć. - Oh, tyle do zrobienia jest, wszystko wam powiem, tylko niech reszta się pojawi. - zapowiedziałam unosząc usta w uśmiechu, mając nadzieję, że ktoś rzeczywiście jeszcze się zjawi. Miałam plan. Ale sama mogłam nie ogarnąć wszystkiego tak, jak ogarnąć bym chciała. Na szczęście burmistrz rzeczywiście się postarał. Widziałam to wcześniej jeszcze, zanim Virginie spotkałam, kiedy byłam tu z samego rana. Były namioty które można było zrobić medycznymi i miejsce w którym spokojnie dało się ugotować posiłek.
Teraz właściwie brakowało mi już tylko rąk do pracy i ludzi, którzy tą prace chcieliby od nas wziąć. Miałam nadzieję, że tak jak i miejsce burmistrz w stanie był puścić wieści, że dzisiaj postaramy się przynieść trochę i od siebie trochę dać. Miałam nadzieję też zobaczyć szybko panią Landę i że jej synowi pomogły okłady na gorączkę. Zaraz miał tu być jakiś medyk, trochę lepszy niż ja. Przynajmniej nadzieję na to miałam.
- Mam nadzieję, że przyjdą. - szepnęłam do Virgini, nie potrafiąc opanować lekkiego podniecenia. Odbijając się na piętach kilka razy, kiedy rozglądałam się za znajomymi twarzami, krótko żegnając się jeszcze z wujem Romulusem. Nie chciałam go zatrzymywać, a tutaj, byliśmy w stanie poradzić sobie sami. Byliśmy przecież już dostatecznie dorośli, prawda? Zresztą, to nic wielkiego było. Znaczy organizacji trochę trzeba było, ale z tym jakoś powinnam dać siebie radę. Burmistrz też był gdzieś niedaleko. Ludzi kilku chętnych do pomocy ze sobą przyprowadził. Do pierwszych, co mieli pomocy potrzebować było jeszcze trochę czasu. Dlatego zaczynaliśmy tak wcześnie.

| z racji zmiany składu przesuwamy wydarzenie o dwa dni na 27 stycznia <3
na zebranie chętnych daję nam 96h po tym czasie rozplanuję zadania tym co się pojawią



Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : 16!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Powrót do góry Go down

Z listem, który przysłała jej młoda Neala, od razu pobiegła do stryjka. Razem czytali go przy blasku jedynej dającej blask świecy, by następnie spojrzeć na siebie i rozważyć, jak mogli pomóc. Sam mieli niewiele, nie tylko patrząc po magicznych komponentach używanych do pracy, ale przede wszystkim na jedzenie, którego brakowało teraz każdemu. Mężczyzna pogładził się po swojej kozie bródce koloru ciemnej szarości, kilka razy w zadumie pomarszczył wargi i wstał od biurka, sugerując Petrze, że powinna udać się za nim. Zatrzymali się dopiero przy spiżarce, w której chłód idący od tylnych drzwi wychodzących na podwórko był wyczuwalny tak, że młoda dziewczyna opatuliła się mocniej szerokim swetrem. Rzucił do niej, że ma zabrać z blatu koszyk. Wzięła; rączkę chwyciła mocno obiema dłońmi. Stryj wkładał do niego jedzenie, produkt po produkcie, dbając, co nie umknęło uwadze Petroniki, o to, by i im coś zostało do przeżycia w styczniu. Półki nie były wypełnione po same brzegi, tego nie musieli sobie mówić, ale wujek powtarzał jej, że jeśli za życia masz za dużo, po śmierci nie masz już niczego, nawet robaki nie chcą cię gryźć.
Ubrała się ciepło, podciągając ciepłe rajtuzy mocno, poprawiając skarpetki, których nie widać było pod kozaczkami, zaraz te przykrywając sukienką sięgającą kostek. Szalikiem owinęła szyję, popychając go pod samą brodę; czapka z biało-niebieskim pomponem schowała włosy splecione w dwa warkocze ozdobione granatowymi wstążkami, a plecy okrył brązowy, chroniący przed wiatrem płaszcz. Gdyby nie jego jesienny ton, być może Petra uszłaby nawet za Czerwonego Kapturka. Pożegnała się z wujkiem i obiecała, że wróci przed zmrokiem. Wyszła i z krótkim pstryknięciem wydostała się z Tiverton, by za chwilę pojawić się w miejscu zapowiedzianym w liście przez Nelę. Zauważyła już tworzące się zgromadzenie. I zwierzęta. Uśmiechnęła się lekko; nie wiedziała o tych zwierzętach absolutnie nic, bała się nawet do nich podchodzić, ale zawsze sądziła, że są piękne, majestatyczne i mają w sobie coś szlachetnego. Starając się nie spuścić oczu z najbliższego z nich, którego właścicielka (chyba? prawdopodobnie?) trzymała jeszcze przy sobie, podeszła bliżej młodej Weasleyówny, żeby zaznaczyć, że jest już na miejscu, zwarta i gotowa. Delikatnie dotknęła jej szczupłego ramienia schowanego pod zimowym okryciem.
- Nelu - uśmiechnęła się do niej jasno. - Nie spóźniłam się, co? Mam coś dla ciebie. To znaczy na zbiórkę. To niewiele, ale, no wiesz...
Sama wiesz, że mamy wojnę i nie powodzi nam się za bardzo. Sama wiesz, że burczenie w brzuchu przytrafia się teraz każdemu. Sama wiesz, Nelu. Sama przecież wiesz...

| Na zbiórkę oddaję: 2 sztuki okonia, 1 dynia, masło 0,2 kg, marchew 0,5 kg
Petronica Fenwick
Zawód : geomantka, początkująca twórczyni świstoklików
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
when does it get
quiet?

OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10973-petronica-fenwick https://www.morsmordre.net/t11018-przybleda#336834 https://www.morsmordre.net/t10989-dam-ci-cos-cennego#335487 https://www.morsmordre.net/

Powrót do góry Go down

Rozmawiała wczoraj z Virginią o tym, że ta wybiera się do Devon. Zapytała się jej, czy nie miałaby nic przeciwko temu, aby i ona się tam znalazła. Nie zamierzała jej wchodzić w drogę, rozumiała, że kuzynka miała swoich przyjaciół, ale może dodatkowe ręce by się im na coś przydały? Nie miała żadnych planów, więc mogła im pomóc, na pewno było to lepsze od siedzenia w domu. Jako, że Gin nie miała nic przeciwko, następnego dnia, o świecie razem udały się do Wellswood.
Pozwoliła sobie odłączyć się na moment od młodszej kuzynki i pozwolić na samotny spacer po miejscu, w którym się znalazły. Prue lubiła poznawać nowe miejsca, Virginia wspomniała jej o tym, gdzie docelowo powinna się znaleźć, zarejestrowała to.
Nie do końca również wiedziała, po co właściwie mieli się tutaj spotkać, kuzynka mówiła coś o pomocy, jednak nie wypytywała o szczegóły, na miejscu dowie się wszystkiego. Spacerowała sobie uliczkami niewielkiego miasteczka, aż doszła do miejsca, w którym miało dojść do spotkania wszystkich, którzy mieli dzisiaj pomóc.
Zauważyła Virginię, która gawędziła z młodą panną Weasley. Przystanęła gdzieś z boku, nie chciała im przeszkadzać, wolała poczekać, aż zjawi się więcej osób. Kiedy zobaczyła Nealę jej myśli zaprowadziły ją ku Reggiemu, zastanawiała się, gdzie się podziewa. Dostała od niego list, dosyć niedawno, miał jej pomóc z pewną sprawą, jednak od tego czasu nie dawał znaku życia, zastanawiała się, czy wszystko u niego w porządku. Naprawdę go lubiła, zawsze był gotowy wyciągnąć ku niej pomocną dłoń, tęskniła za jego towarzystwem, powinna do niego napisać. Jako jedna z nielicznych osób jej nie oceniał, zawsze chętnie słuchał opowieści o jej zainteresowaniach.
Powoli w okolicy zaczęło się pojawiać coraz więcej osób, Macmillan była ciekawa, jak będzie wyglądała współpraca, sama gotowa była wykonać każde zadanie, które miałoby jej zostać powierzone, w końcu trochę się tutaj wprosiła. Stała więc nadal gdzieś z boku i oczekiwała na polecenia Neali, która była odpowiedzialna za rozdzielenie funkcji między wszystkich przybyłych.


I am the storm and I am the wonder
And the flashlights nightmares
And sudden explosions
Prudence Macmillan
Zawód : Specjalista ds. morskich organizmów
Wiek : 26/27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
With wild eyes, she welcomes you to the adventure.
OPCM : 14
UROKI : 11
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 8
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Kents Cavern - Page 3 D36cb059e33df5c9cc27b3102f0bf437286d1298
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9686-prudence-macmillan https://www.morsmordre.net/t9710-limbo https://www.morsmordre.net/t9701-syrenka https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t10646-skarpeta-pru https://www.morsmordre.net/t9860-prudence-macmillan#298534

Powrót do góry Go down

Wellswood padło ofiarą swojej własnej dobroci...
W tych czasach podobnymi słowami można by skrótowo opisać sytuację wielu promugolskich azylów. Hrabstwa wspierające Zakon, zarówno ich Panowie jak i mieszkańcy, zmagali się teraz z coraz częstszymi aktami przemocy ze strony bezwzględnych purystów. Staffordshire, Somerset, teraz Devon. To tylko kwestia czasu, niedługo Longbottomowie będą musieli mierzyć się z podobnymi problemami na własnym podwórku. Dlatego właśnie należało pomagać sobie nawzajem. Jedynie trzymając się razem, jedynie w ten sposób mieli jakieś szanse w walce z mrocznym reżimem. Ale nie, to nie pragmatyzm, zwyczajna, chłodna kalkulacja, swoisty układzik ręka rękę myje pchał ich wciąż do przodu, wspierał na duchu i dawał nadzieję oraz, jeśli nie względne poczucie bezpieczeństwa, to chociaż gwarancję czyjejś pomocy... Wspólny cel to jedno – im po prostu zależało na sobie nawzajem. To była troska.
Nie mógł więc postąpić inaczej. Zaczął przygotowania w chwili, kiedy skończył czytać tę krótką notkę przekazaną mu przez Victorię, Weasleyowską sowę. Doświadczony interwencją w Dorset, nagromadził trochę żywności z przysługującej mu części zapasów rodzinnych i sporządził z nich dwie pokaźne paczki. Kawa zbożowa, chleb, nabiał, kasza, wędzone ryby, warzywa, w tym dwa worki strączkowych, słonina, smalec... Starał się dawać nadmiar swojego pożywienia tym, którzy potrzebowali go bardziej. I tak nie byłby w stanie przejeść tego wszystkiego w miesiąc. Życie zdecydowanie nie było sprawiedliwe, zwłaszcza za panowania fałszywego ministra – trzeba więc mu było pomóc i samemu wyrównywać ludziom szanse.
Wraz z zaopatrzeniem aportował się na miejsce o bladym świcie, jak instruowała jego kuzynka. Nie był to czas i miejsce na powrót do ich ponoworocznej rozmowy w Blyth, toteż swoje nadzieje na to, że Neala nie chowa do niego urazy musiał zachować dla siebie i w żadnym wypadku się o nich nie upewniać. Już i tak zbyt wiele miała na głowie. Widział przecież na własne oczy co udało się jej zorganizować. A była tylko małą dziewczynką – o jak wielce pomyliłby się ten, kto zaślepiony własną pychą i głupotą wysnułby taki wniosek. I jak słono by tego potem pożałował. Istot o takiej odwadze, śmiałości, sprycie, twardej skórze, a zarazem dobrym, wrażliwym sercu ze świecą szukać lub jak igły w stogu siana! Był z niej dumny. Bądź raczej pełen był podziwu dla jej postawy, a może nawet lekko nią onieśmielony i zawstydzony? Dzieliła ich różnica siedmiu lat, jednak to nie ona spędziła ostatni rok swojego życia liżąc rany zamknięta w luksusach rodowego dworku. Ba! Nie znała luksusów. Może to ją ustanowiło? Jej droga nigdy nie była wyściełana aksamitem i usłana płatkami róż... Tak właściwie to:
Gdzieś ty jest, Brendan?
Zostawiwszy za sobą swój mały ładunek, ruszył w kierunku młodej rudowłosej kierowniczki. Ciepło okryty zimową odzieżą mógł być z daleka nierozpoznawalny, zwłaszcza w tym tweedowym kaszkiecie. Gdy znalazł się już bliżej, zauważył stojącą obok Neali Prudence. Zmieszał się nieco, sam nie wiedząc czemu. Nic to, wypadało się przywitać.
- Nelu, jestem! I przytargałem parę rzeczy. Pomyślałem, że mogą się przydać. – wskazał na znajdujące się za nim paczki, uśmiechając się przy okazji również do Panny Macmillan, by ostatecznie wrócić spojrzenie na Pannę Weasley – Dobrze Cię widzieć całą i zdrową! Nie martw się, wszystko będzie dobrze, zrobimy co się tylko da! – zapewnił na koniec życzliwego powitania.
I chyba w to wierzył.

zaopatrzenie: kawa zbożowa 200g, chleb suchy 4 bochenki, chleb przenny 2 bochenki, twaróg 300g, maślanka 1l, mleko kozie 2l, zsiadłe mleko 2l, kasza gryczana 1kg, kasza manna 0,5kg, kasza jęczmienna 1kg, plumpka wędzona 2 sztuki, lin wędzony, karp wędzony, okoń wędzony, pstrąg wędzony 2 sztuki, ogórki 300g, papryka 2 sztuki, buraki 400g, dynia 1, kapusta 1 główka, rzodkiew 500g, groch 0,5kg, fasola biała 0,5, smalec 200g, słonina 200g
Leon Longbottom
Zawód : rebeliant
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Don't be sorry, if you know that I'm lonely
I don't feel like you know me well enough to understand
OPCM : 20
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5898-leon-longbottom https://www.morsmordre.net/t5997-merkury https://www.morsmordre.net/t10635-leos https://www.morsmordre.net/f411-northumberland-blyth-dwor-longbottomow https://www.morsmordre.net/t6000-skrytka-bankowa-nr-1477 https://www.morsmordre.net/t5999-leon-longbottom

Powrót do góry Go down

List otrzymany od Neali był sporym zaskoczeniem, to prawda; z drugiej jednak strony, uśmiechał się w duchu na myśl, że jego zachowanie na sylwestrze mogło wskazywać na to, że mógł jej nie pamiętać. Jakże to tak? Rude włosy w istocie były wskazówką, ale wspomnienie własnego zmieszania tym, że oto prawdziwa lady jeszcze dzień wcześniej przygotowywała w jego rodzinnej kuchni posiłek, którym mogli napełnić brzuchy całej tej zgrai, było dziwnie ciepłe i w pewien sposób rozczulające. Nie mieli dużo czasu na wdanie się w jakieś głębsze interakcje, ale z tego co widział, Nela była naprawdę uroczą młodą damą, zupełnie różną od tego, co sobie o arystokratkach w podobnym wieku wyobrażał. Ale to chyba na plus?
Nela potrzebowała dzisiaj nie tylko rąk do pracy (przeprowadzka sprawiła, że czuł się już znacznie lepiej, a przez to miał więcej siły), ale także kogoś, kto mógłby poratować też wiedzą medyczną. Nie miał co prawda wykształcenia kierunkowego w tej dziedzinie, ale sam fakt, że udało mu się samemu postawić na nogi po tej nieszczęsnej sylwestrowej bijatyce (miał nadzieję, że nie będą do tego wracać) działał na jego korzyść. Miał jednak nadzieję, że uda im się sprawnie przeprowadzić całą akcję — Trixie miała czekać na niego w Farleigh Hungerford, a stamtąd mieli zająć się głoszeniem dobrej nowiny radiowej. Ech, trzeba było być dobrej myśli! Jeżeli wszyscy się postarają, na pewno kwestia pomocowa pójdzie im sprawnie i bez opóźnień.
Gdy pojawił się na miejscu, od razu dostrzegł kilka zaskakująco znajomych sylwetek. I to właśnie delikatnie go onieśmieliło, bowiem zamiast podejść do Neali i przywitać się całkiem zgrabnie, choć nie po szlacheckiemu, skupił się przez moment na Leonie, moment znacznie dłuższy, niż by tego oczekiwał, ostatecznie nie chcąc szczególnie zwracać na siebie jego uwagi. Confundus był o tyle ciekawym zaklęciem, że sama jego natura trochę rozwiązywała problem ewentualnych wyrzutów po jego rzuceniu, ale... Mimo wszystko wciąż było mu lekko głupio, nawet jeżeli to nie była jego wina!
Przeniósł więc wzrok na lady Macmillan, cieszącą się, dzięki jego pomocy, pięknymi zębami, co przyjął ze wznoszącą serce ulgą. Gdy będą mieli chwilę czasu, podpyta, czy po podaniu eliksiru i rzuceniu zaklęcia nie miała jakichś niedogodności, ale to nie teraz, nie przy ludziach, miał przynajmniej odrobinę taktu.
Uśmiechnął się za to szeroko w kierunku Petry. Oj, z nią też mógłby porozmawiać i to pewnie na tyle tematów! Właściwie szkoda, że nie było jej na sylwestrze, ale z drugiej strony może to i lepiej? Im mniej osób wiedziało o rekordowo tragikomicznych perypetiach młodego pokolenia w domu profesor Bagshot tym lepiej.
Gdy upewnił się, że póki co nikt nie zamierza zawracać głowy Neali, podszedł wreszcie do niej, z szacunku nawet zdejmując z głowy czapkę.
— Cześć — pamiętał, jak wszyscy upominali go, by nie traktować jej jak jajko czy jakiejś wielkiej damy, tylko bardziej... po ludzku. Próbował! — Pisałaś, że potrzebujesz rąk do pracy, to jestem. Czy do leczenia, czy czegoś innego, co ci tylko do głowy wpadnie.
Och, jak to przyjemnie jak raz zająć się czymś pożytecznym.


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Słowa Nelci zawarte w liście, który otrzymał niewiele mu mówiły, ale skoro pomoc była potrzebna, no i rudowłosa o nią prosiła, to w żadnym wypadku nie mógł odmówić. Siłę swoją faktycznie mógł zaoferować, głowić to miał nadzieję, że będzie ktoś inny, bo jemu z tym szczególnie nie po drodze było. Na miejscu zjawił się w miarę wcześnie, ciepło ubrany, zwarty i gotowy. Widząc zebrane osoby i poczynione już kroki w organizacji miejsca zmarszczył brwi starając się połączyć ze sobą kropki. Zapomniał o czymś, prawda? Pewno tak. Uśmiechnął się jednak na widok znajomych twarzy. Castora nie widział od czasu sylwestra, a i ostatnie co pamięta w sumie z nim wtedy związanego to jak wychylał się z okna. Z Petrą też nie mieli okazji się widzieć za często. Ostatnio potknął się o taki nawet ładny kamyk. Złośliwy, ale ładny. Teraz żałował jak tak o tym myślał, bo mógł go wziąć i jej pokazać, a nuż jakiś cenny mógł się okazać. Podszedł bliżej stając obok Castora również zwracając się do Nelci.- I ja! Znaczy, nie do leczenia, ale do pracy. - Jakby on ludzi zaczął leczyć, to by może gorzej na tym ucierpieli. W leczeniu jedyne zaklęcia jakie on znał to tylko dmuchanie na ranę i "Do wesela się zagoi". - Dzień dobry, tak w ogóle. - Wydukał już mniej śmiale orientując się, że nawet się nie przywitał, a przecież i mniej znajomi mu ludzie tu byli. Niby jacyś tacy młodzi, ale jednak... Nie chciał na niewychowanego narwańca wyjść. Zatrzymał swoje spojrzenie na dłuższą chwilę na Leonie sam nie wiedząc co o nim myśleć. Na sylwestrze trochę się Nelce naprzykrzał, ale nie groźnie. Raczej taki nieszkodliwy był. Może nieszczęśliwie zakochany? Skończy biedak jak i Walter skoro Nelka planów by się zakochiwać nie miała, ale w sumie to miło, że się tu dziś zjawił też chcąc pomóc. Nie mógł być w takim razie zły. Głowę tylko miał delikatną, ale to nie zbrodnia. - To z czym mam pomóc? - Znów zwrócił się do Nelki w każdej chwili będąc gotowym zakasać rękawy i wziąć się do roboty, tylko jakby mu tak kierunek wskazała, a on już sobie z resztą poradzi!
Aidan Moore
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The only way to deal with
an unfree world is to become
so absolutely free that your very existence is an act of rebellion.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9575-aidan-moore#291411 https://www.morsmordre.net/t9693-bazyl#294574 https://www.morsmordre.net/t9692-zabie-udko#294568 https://www.morsmordre.net/f181-oaza-skamielina https://www.morsmordre.net/t9923-skrytka-bankowa-nr-2197#299908 https://www.morsmordre.net/t9696-aidan-moore#294585

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Kents Cavern

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach