Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Miasteczko Clovelly
AutorWiadomość

Miasteczko Clovelly

Niewielka rybacka mieścina posiadająca własną przystań. Clovelly, chociaż mało znane poza granicami hrabstwa, pośród rdzennej ludności słynie ze swojej klasycznej architektury typowej dla okolic, oraz zaskakująco dużej populacji osłów, których hodowla znajduje się na krańcach miasteczka. Na głównej ulicy znajduje się jedyny pensjonat, kilka sklepów, a także szereg niewielkich domków jednorodzinnych. Ostatnimi czasy, wskutek pogarszających się warunków finansowych Devon kilka okien wystawowych zabitych jest deskami, a przed wejściem stoją skromne znaki informujące potencjalnych klientów o zamknięciu poszczególnych biznesów.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Miasteczko Clovelly Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

- 26 X 1957 -
Ronja&Julien
Clovelly cierpiało. Dało się to wyczuć na pierwszy rzut oka, pierwszym wdechem świeżego morskiego powietrza. Ronja nie odwiedzała Devon często, ale widok, z jakim się spotkała przy znajomej uliczce bielonych domów, potwierdzał obawy. Wioska nigdy nie leżała na typowym, tłocznym szlaku kupców, czy zwiedzających, głównie utrzymując się z połowu ryb i okolicznych upraw, ale oblicze wojny dodało do kolorytu mieściny znacznie więcej szarości. Na miejscu pojawiła się przed czasem, jak miała to w zwyczaju, czarne włosy spięte w gładki kok i skromna sukienka o wysokim kołnierzu. Na pierwszy rzut oka wyróżniała się pośród nielicznych obecnych na drodze mieszkańców Clovelly. Po Fancourt nie widać było biedy. Plecy trzymała prosto, żołądek miała pełny od porannych kromek pszennego chleba ze słoniną, a w mięśniach łydek czuła znajome ciepło wykonanych po obudzeniu się ćwiczeń wushu.  Mogłaby równie dobrze nazwać przypadkiem swoje zaangażowanie w problemy młodej Gabrielli, co zaangażowanie wróżbity, o którym usłyszała z ust znajomej zamieszkującej Dolinę Godryka. Młody chłopak, Francuz, który najwyraźniej swoim talentem w dziedzinie wróżbiarstwa wprawiał w zachwyt nie takie znów wąskie grono zaufanej klienteli. Szczególnie żeńskiej jej części. Ronja westchnęła cicho pod nosem, zadzierając głową na jednopiętrowy dom Tuckerów. Pani Tucker miała znajomego pracującego w Peak District, który podczas jednej z rozmów zaproponował kobiecie kontakt z uzdrowicielką. Owocem tego, była wyjątkowo długa i łzawa ze strony tamtej prośba o pomoc w ocenie stanu ich najmłodszej córki, siedemnastoletniej Gabrielli. Problemy zaczęły się kiedy konflikt zbrojny osiągnął kulminacyjny punkt, a pana Tuckera zwolniono z pracy. W rodzinie nie działo się najlepiej, zwłaszcza że pani Tucker sama mierzyła się z ciężkim przypadkiem zakażenia rany przy obsłudze krosna. Byli prostymi rzemieślnikami pracującymi na zlecenie, a córka odziedziczyła po nich talent manualny. Z opowieści matki wynikało, iż od zawsze miała smykałkę do malowania, ale z biegiem tygodni dawna pasja przekształciła się w niezdrową obsesję. Podczas pierwszych kilku sesji dość szybko Ronja zauważyła, że Gabriella nie odstępuje szkicownika na krok, unika kontaktu wzrokowego i ogranicza ilość słów w wypowiedzi na rzecz nieczytelnych obrazków. Część z nich dostarczono do gabinetu londyńskiego Fancourt, ale nie ulegało wątpliwości, że dojście do sedna problemu wymagało obserwacji malunków w naturalnym środowisku pokoju dziewczyny, gdzie zresztą podobno miała ich najwięcej.
Czarnowłosa podejrzewała, czego mogą oczekiwać po przekroczeniu progu skromnego domu, na całe szczęście Gabrielle spędzała teraz większość czasu u swoich dziadków daleko od centrum miasta, gdzie ryzyko nagłego napadu agresji było znacznie mniejsze. Nie znała de Lapina, ile dziwów spotkał w swojej karierze wróżbity? Ufała wprawdzie posłyszanym opiniom, ale rozsądek, oraz minione doświadczenia kazał zachowywać zdrowy dystans, do czasu gdy nie przekona się o odpowiedzialności czarodzieja. Z ramienia zwisała duża teczka, do której spakowała wszystkie rysunki Gabrielli, jakie dokonała już w trakcie terapii, miała nadzieję, że uda się je połączyć z tymi znajdującymi się w domu i wysnuć pewną diagnozę, lub przynajmniej przyuważyć jej konkretne podstawy. Szybko pokonując dystans dzielący ją od wejścia, sięgnęła pod glinianą doniczkę, gdzie pani Tucker schowała klucz. Obejście nie było bogate, ale zabezpieczone niskim płotem, pyszniły się w nim donice zadbanych roślin. Ronja z zainteresowaniem pochyliła się nad jedną z nich, wdychając zapach żółtych kwiatów, najwyraźniej w stanie kwitnienia podtrzymywanych jakimś prostym zaklęciem. - Rudbekia. - Wyszeptała, muskając delikatne, żółte płatki.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083

Powrót do góry Go down

Część nocy spędził na czytaniu atlasu anatomii i założeniach ludzkiego umysłu w pożyczonym od Alexandra tomiku. Część tekstów wydawała się dla niego absolutnie niezrozumiała, natomiast z innych dowiedział się coś niecoś o zachowaniach – co więcej, niektórych nawet zaczął dopatrywać się u siebie, co przerażało go ze strony na stronę. Może jednak był szaleńcem? A może dlatego właśnie w tak dziwny sposób niektórzy reagowali na jego zachowanie? Te i inne rozważania plątały się w jego głowie, gdy niewyspany przeglądał szafę w poszukiwaniu względnie odpowiedniego odzienia na dzisiejsze spotkanie. Pani Fancourt zabrzmiała w swym liście nad wyraz profesjonalnie, a nadając taki ton ich początkowi znajomości, nałożyła również na młodzieńca pewien rodzaj ambicji – nie chciał rezygnować ze stworzonego poważniejszego obrazu jego osoby. Wybrawszy białą koszulę i zieloną kamizelkę, wybrał do tego szare spodnie prasowane w kant i równie szarą marynarkę, a na to wszystko narzucając żółty płaszczyk. W lustrze – wedle jego gustu – prezentował się dosyć dojrzale i przeczesawszy loki, bezskutecznie próbując je ujarzmić, wybył z Makówki z butelką maślanki, popijając ją w trakcie lotu na miotle do Clovelly.
Na miejscu pojawił się… mocno spóźniony. I to by było na tyle z profesjonalizmu. Wylądował nie przy tej uliczce, jakiej powinien, przez swoją własną pomyłkę ulic, które miały do siebie wybitnie podobne nazwy. Zmniejszoną miotłę wpakował do kieszeni marynarki, czyniąc ją niewiele większą od zwykłego ołówka, a pustą butelkę po maślance podrzucił do kosza na butelki po mleku, stojącego przy jednym z progów. Zaraz potem puścił się pędem między uliczkami, ażeby wreszcie dotrzeć pod właściwy adres i dostrzec ciemnowłosą kobietę o dosyć specyficznym typie urody. Zatrzymał się raptownie, a jego dłoń powędrowała do karku, gdzie niespełna dwa tygodnie temu w proroczej wizji trzymała go mocnym chwytem dłoni elegancka dama o podobnej posturze i egzotycznym wyglądzie. – Ochłonęła rozogniona egzotyczna dama – wymruczał pod nosem słowa własnej przepowiedni i wciągnął powoli powietrze. Czy to była ona? Z daleka właściwie nawet bardzo, lecz gdy podchodził bliżej, zdawał sobie sprawę, jak wiele różniło dwie kobiety. Pani Ronja miała łagodniejsze spojrzenie, pełne troski i współczucia, na próżno było tam szukać surowości czy gniewu, który tłoczył strach pod skórą młodzieńca. – Bonjour – przywitał się, skłaniając w pas i wykonując finezyjny gest ręką. – Julien de Lapin, we własnej osobie! Madame Fancourt? – dopytał zaraz po tym, gdy raczył sam się przedstawić. Wymalowany uśmiech na zarumienionych od pędu kroku policzkach nie zelżał ni odrobinę. – Błagalnie proszę o wybaczenie za zwłokę, pomyliłem ulice i domy, i kolory, i świat – zaśmiał się pod nosem, poprawiając poły żółtego płaszcza o kwiecistych wzorach. Jednak niepewnie czuł się w szarości spodni, czemuż nie przywdział purpury? I nawet wypłowiałe skarpetki miał do pary! Tyle włożonych starań w profesjonalizm, którego zabrakło w rozłożonym czasie. Już nawykł do nadmiernego spóźniania się, typowy Francuz. Uśmiechnął się szeroko, wodząc spojrzeniem po twarzy kobiety, upewniając się, że na pewno nie była czarownicą z jego prekognicyjnych wyobrażeń. Zaraz potem zieleń wejrzenia umknęła na kwiaty, płot i dom, analizując pobieżnie przestrzeń – było tu… przyjemnie. Równie swojsko co w kochanej dolinie, a jednak kwiaty wydawały się pachnieć inaczej, żywiej i świeżej – jeszcze nie obumarły przed zimowym kocem, pragnącym otulić ziemię. – Czy… zechce mi nadobna Pani rzec cokolwiek więcej o pacjentce? – zapytał niepewnie, wsadzając dłonie do kieszeni. Jedną z nich wymacał znany kształt różdżki z berchemii, na którym ostatecznie oparł dłoń w razie wypadku. Dziwne uczucie jeżące się na karku wciąż nie ustawało i nasilało się za każdym razem gdy oczy padły znów na twarz, tak podobną do tej z wizji – lecz inną, tak zupełnie inną. Każda emocja jednak była wypisana na twarzy i w drobnych gestach młodzieńca, co z pewnością nie mogło umknąć uwadze tak wprawnego oka, jakie należało do stojącej przed nim czarownicy.   

| maślanka 1l, miotła, różdżka


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Nie przejęła się czekaniem na jego przybycie. Zdawała się czekać na coś całe swoje dotychczasowe życie, w jednostajnej akceptacji mijającego czasu. Cicha obserwacja otoczenia dostarczała satysfakcji, kiedy z czasem oko nauczyło się wyróżniać niewidoczne dla przeciętnego spojrzenia różnice w zachowaniu, ekspresji i sposobie poruszania się. Subtelne zmiany, do których nie przyznawali się nawet przed sobą. Już jeden szybki wgląd wystarczył, by wiedzieć, że nie o takie delikatne wrażenie chodziło Julienowi. Zarumieniony, o poszarpanej wiatrem czuprynie i ostentacyjnych ruchach emanował młodością w najlepszym tego słowa znaczeniu. Sama dokładnie nie wiedziała, czego spodziewała się po poleceniu wróżbity, ale dopiero kiedy znaleźli się w tak bliskiej odległości, dostrzegła, że musiała ich dzielić dosyć spora różnica wieku. Przygryzła wargę w chwili zwątpienia, ale zaraz potem odzyskała pewność, uśmiechając się uprzejmie do swojego kompana. Nie było sensu oceniać jego umiejętności na podstawie pobieżnych obserwacji, co zresztą wyraźnie miała w pamięci na przykładzie spotkania pani Wrońskiej w wieży astronomów. Wiek, w pewnym przypadkach istotny, częściej okazywał się wyłącznie liczbą w żaden sposób nieodzwierciedlającą doświadczenie swojego właściciela.
- Tak jest, Ronja Fancourt. Nic się nie stało panie de Lapin. Dom jest pusty, tak by nasza inspekcja odbyła się bez żadnych przeszkód. - Zaczęła, gestem dłoni wskazując wejście do środka i przekręcając klucz w zamku. Już przy wejściu po plecach przebiegł niepokojący dreszcz, a powietrze zapachniało aromatem, który nawet jej kojarzył się z intensywnym zapachem farb. - Pomylić światy to fortunny wypadek, ten nasz, ostatnio nie należy do najjaśniejszych miejsc. - Szepnęła ciszej, bardziej do siebie niż młodzieńca, wkraczając do wnętrza domku. Jako wróżbita z pewnością wszystkie duchowe sygnały musiał odbierać ze zdwojoną siłą, ale też nie mieli czasu na sprawdzenie całego domu. Nie byli magicznymi strażnikami, a jedynie obserwatorami, którzy mieli nadzieję na lepsze zrozumienie sytuacji. Kiedy wzrokiem odnalazła schody na piętro, odwróciła się delikatnie do rozmówcy i oczami wiodąc po twarzy czarodzieja, odświeżyła resztę historii.
- Pacjentką jest siedemnastoletnia Gabriella, jej rodzice stracili pracę, wojna dość intensywnie odbiła się na jej psychice. Zawsze była delikatnym dzieckiem, utalentowana artystycznie maluje i rysuje. Chciała nawet uczęszczać do Beauxbatons, ale nie była w stanie przetrwać tak długiej rozłąki z rodzicami, jest bardzo związana z domem. Niecałe pół roku temu zaczęła miewać ataki paniki, histerii kiedy zostawała sama. Niepokój, pogorszenie apetytu i koszmary. Interesuje się astronomią, jakiegoś rodzaju wróżbiarstwem, które łączy z tworzeniem obrazów. Prowadziłyśmy regularne rozmowy, ale przez jakiś czas mieszkała u swojej dalszej rodziny, dopiero teraz rodzice nawiązali ponowny kontakt ze mną, a stan Gabrielli się pogorszył. Uważa, że przewiduje przyszłość, jest wieszczem złych nowin i katastrof, chociaż nigdy nic nie wskazywało na umiejętności jasnowidzenia. - Przerwała, by dać chwilę ułożonym myślom, wspomnienia terapii przelewające się przez kalkulacyjne spostrzeżenia wpisywane do akt. Dopiero w trakcie swojej przemowy, gdy wspólnie wspinali się po schodach na piętro, zauważyła, jak różnił ich sposób mowy. Poetycko i rzetelnie, kurtuazja i łagodność. Kiedy dotarli pod zamknięte drzwi sypialni, dłoń zatrzymała się na klamce. - Zdaję sobie sprawę, że to nie jest pańskie typowe zlecenie wróżbiarskie. Nie jestem też pewna, na co możemy się tam natknąć, zatem proszę otwarcie mówić jeśli coś pana zaniepokoi lub skłoni do opuszczenia pomieszczenia. Zawsze też służę swoją pomocą i wiedzą na tyle, na ile będę umieć. - To mówiąc, popchnęła drzwi do przodu, wolno i ostrożnie, czekając jeszcze na potwierdzenie swoich słów u młodego wróżbity.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083

Powrót do góry Go down

Na korytarzy rozległy się kroki, a zaraz potem zza rogu wyłoniła się kolejna postać - szczupła blondynka, której delikatne rysy i jasne spojrzenie wskazywały na wilą albo zagraniczną urodę. Jaka to była prawda, mało kto wiedział, bo Elizabeth niechętnie się obnosiła ze swoim pochodzeniem - w tych czasach był to raczej podryg rozsądku niż wyniosłości. Pochmurne oblicze jednak odruchowo pojaśniało na widok panny Fancourt, bo chociaż sprawa, którą miały się dziś zajmować, była poważna, tak zawsze było dobrze widzieć koleżankę po fachu. Nigdy nie były gorzej traktowane w tym miejscu przez wzgląd na swoją płeć, ale magipsychiatra, jako świeża dziedzina nauki, wciąż jeszcze borykała się z wieloma problemami - w tym z faktem, iż więcej w tej profesji było mężczyzn. Dlatego panna Olsen na pewno o wiele chętniej witała znajomą niż kolegów po fachu, zaraz też przemierzając tę krótką przestrzeń by stanąć tuż przed Ronją i jej gościem, poświęcając mu jednak niewiele czasu, poza prostym skinieniem głowy na powitanie.
- Moja droga, bardzo dobrze cię tu spotkać. Zajmujesz się młodą Gabriellą, prawda? - Pytanie zawisło w powietrzu kiedy drobne palce Elizy przerzucały kolejne pergaminy zapisanych drobnym maczkiem informacji, zaraz też doszukując się tego odpowiedniego zanim nie wyłuskała go ze sterty, podając go Ronji i stając tuż obok, wskazując poszczególne pozycje które miała zaraz wyszczegóławiać i tłumaczyć.
- Porozmawiałam z dalszą rodziną u której mieszkała przez chwilę pacjentka, tak aby upewnić się, jak zachowywała się na miejscu. Z tego, co mi przekazali, wynikało, że Gabriella nie brała żadnych substancji, przynajmniej nie w ich obecności - musieliśmy od razu wykluczyć możliwość zmiany stanu przez zewnętrzne czynniki. Sama rodzina zaś zwraca uwagę, iż "rzekome wizje", jak to nazywają, nasilały się zawsze wieczorami, za dnia Gabriella zaś była spokojna i bezkonfliktowa. Incydent z jednego dnia jednak mocno ich zaniepokoił - to jest sytuacja, kiedy jednego dnia młoda pacjentka wyszła z domu bez żadnej informacji, gdzie się udaje, wracając dopiero pod wieczór. Niby nic się nie stało, co zwróciłoby od razu uwagę, a sama dziewczyna twierdziła potem w rozmowie, że zbłądziła w lesie, rodzina jednak wskazuje na to wydarzenie jako potencjalny początek pogorszenia się tego całego stanu. Jeżeli chcesz, możemy dokładniej przeprowadzić badania, ale myślę, że trzeba będzie wziąć pod uwagę, że tak naprawdę wyjazd tylko pogorszył tę sytuację. - Nie mogła się jednak Elizabeth dziwić, że zdecydowano się wysłać dziewczynę gdzieś dalej, bo może to okrutne rozważania, nie każdy jednak dawał sobie rady z członkiem rodziny, do którego nie umiało się dotrzeć. Dobrze, że byli jeszcze magipsychiatrzy.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Miasteczko Clovelly 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

[19.01.1958 ?]

Ciężkie chmury przysłaniały niebo tworząc nieco klaustrofobiczną aurę, zamykając w swych objęciach pozornie uśpione o tej porze roku miasteczko Clovelly. Obłoki otaczały wioskę niczym krawędzie zabawkowej kryształowej kuli, skrywając ją w swoim wnętrzu: wydawało się, że wystarczyłby delikatny wstrząs, a gęste płatki śniegu posypałyby się ponownie z nieboskłonu, odsuwając w niepamięć depresyjną aurę, tworząc w zamian nieco bajkowy nastrój, do którego Isaiahowi było jednak bardzo daleko. Chociaż styczeń jeszcze się nie skończył, wydarzenia tego roku już teraz odcisnęły na nim wyraźne piętno. Zmęczenie wciąż rysowało się na jego twarzy, bo od paru tygodni nie był w stanie przespać całej nocy, nieprzerwanie przewracając się w łóżku z boku na bok, z obawą rozmyślając o tym, co miała przynieść im przyszłość. Jeszcze miesiąc temu wyśmiałby kogoś, kto próbowałby go przekonać, że dawne koszmary pełne ognia, znikającej w płomieniach Isoldy, tak po prostu znikną, ustępując miejsca nocom pozbawionym snów, pełnym jednak niepokoju o losy przynależnych do Greengrassów hrabstw. Dola Stafford stała się ostatnimi czasy wspólnym mianownikiem rozmów, zmartwień i prowadzonych nocą konwersacji z samym sobą.
James Waffling, dawny zielarski mentor Isaiaha, jeszcze przed kilkunastoma laty pracujący na terenach posiadłości Greengrassów jako ogrodnik, dzisiaj zbliżający się już do osiemdziesiątki, stanowił również nieoderwalny element tego nieprzewidzianego równania. Zapewne nigdy nie podejrzewałby, że przyjdzie mu spędzić ostatnie lata swojego życia z dala od ukochanych ziem, stając się jedną z wielu ofiar okrutnej działalności Rycerzy. Isaiah od kilku dni robił wszystko, aby zlokalizować miejsce pobytu Jamesa i jego niemałej rodziny, początkowo obawiając się, że wieści, którego do niego dotrą złamią mu serce. Zginęło tak wielu niewinnych ludzi, a myśl, że pośród nich mógł znaleźć się mężczyzna, który zasiał w jego duszy miłość do roślin i zielarstwa, łamała mu serce. Odetchnął z ulgą, gdy w końcu otrzymał list zapewniający go o tym, że James był bezpieczny. Chociaż udało mu się skryć wraz z najbliższymi u dalekich krewnych na terenach Devon, jego bliscy wcale nie wyszli z całej potyczki bez szwanku. Wiedział, że sam Walffing czuł się nie najgorzej, jednak zarówno jego syn jak i kilkuletnia wnuczka mocno ucierpieli w kontakcie z ogniem podłożonym przez Rycerzy, który znienacka opanował ich domostwo. List Jamesa dotarł do niego poprzedniego wieczoru i chociaż mężczyzna zarzekał się, że zdołali opanować sytuację, Isaiah wyczuwał w nakreślonych na papierze słowach obawę i niepewność. Zwłaszcza los małej Mathlidy wydawał się go wyjątkowo niepokoić. Nie wahał się ani chwili, zwracając się bezpośrednio o pomoc do Roselyn, której dobroć serca i umiejętności cenił sobie od wielu lat, wiedział więc, że może zawierzyć jej w tej kwestii, a jej wsparcie z pewnością okaże się w tej sytuacji nieocenione.
- Jeszcze raz bardzo ci dziękuję, że zgodziłaś się mi dzisiaj towarzyszyć - powiedział, stając przed drzwiami niewielkiego domostwa. Knykcie palców uderzyły rytmicznie w chropowatą powierzchnię drewnianych drzwi, a sam Isaiah nachylił się w ich stronę, chcąc wychwycić z ciszy zbliżające się zza nich kroki. - Pan Waffling - niemal wykrzyknął, gdy drzwi otworzyły się, a w nich pojawił się jego dawny mentor. Zamknął w objęciach swoich dłoni rękę starca, oddychając z ulgą. Był naprawdę cały i zdrowy. -Nie mogłem do pana nie zajrzeć. Przyprowadziłem ze sobą wybitną uzdrowicielkę. Roselyn Sorensen - Przedstawił swoją towarzyszkę, przezornie przemilczając jej prawdziwe nazwisko. - Przyszliśmy sprawdzić jak się miewa się pan i pańska rodzina.
- Lordzie Greengrass - wyszeptał staruszek, poklepując dłonie Isaiaha, wyraźnie nie mogąc ukryć wzruszenia. - Ależ to bardzo uprzejme z lorda strony, że się lord u nas pojawia. Taki kłopot… Taki kłopot…
Niezdarnie wycofał się nieco w przejściu, zapraszając ich drżącym gestem do środka.[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Isaiah Greengrass dnia 11.12.21 10:54, w całości zmieniany 1 raz
Isaiah Greengrass
Isaiah Greengrass
Zawód : alchemik, lord, twórca malarskich barwników
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Znam nuty przekleństw, na wylot prawdę
aż urwie świt nas, każda z gwiazd zgaśnie.
W dłoniach rwę świat nasz tak bez pamięci
za wszystko co ból wziął na zawsze.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 21
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10152-isaiah-greengrass https://www.morsmordre.net/t10368-kaszmir https://www.morsmordre.net/t10369-isaiah https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10463-skrytka-nr-2204 https://www.morsmordre.net/t10370-i-greengrass

Powrót do góry Go down

Zimno przeszywało do samych kości. Dłonie otulone materiałem cienkich rękawiczek utkwiły w kieszeniach wysłużonego płaszcza. Powiew mroźnego wiatru wślizgnął się pod starannie zawiązany szalik, wykradał czekoladowe pasma spod ucisku czapki. Kroki chociaż pośpiesznie, należało stawiać ostrożnie. Pod zwodniczą powłoczką śnieżnego puchu kryła się warstwa lodu. Rytm równo stawianych kroków odbijał się cichym echem wśród pozornie opustoszałych domostw.
Świat malował się zimowymi barwami. Niemalże bajeczny, jak wyrwany z kadru ruchomego zdjęcia, artykułu opiewającego piękno angielskiej prowincji. Jego piękno było jednak fasadą. Doskonale skrytą pod śnieżną, ulotną maską. Świadomość obdzierała z baśniowych iluzji. Zdawała sobie sprawę, że nic nie jest już takie jak było kiedyś.
Swoboda nie wkradła się pomiędzy dwójkę starych współpracowników. Ciężar przeprawy był zaledwie wymówką, aby milczeć. Niegdyś słowa zabijały mozolny upływ czasu, skracały długie chwilę wyczekiwania, znajdowały ucieczkę od prozaiczności mijających dni, powtarzalnych czynności, stert papierów, które wymagały wypełnienia, najzwyklejszej nudy, która z rzadka wślizgiwała się do szpitalnej dyżurki. Dziś dzielili ciszę. Słowa utkwiły w ścianach umysłu, nie znajdując zeń drogi ucieczki.
Dostrzegała szaro-blady cień malujący się pod zieloną tęczówką, zmęczenie rysujące ślad na twarzy alchemika z Derbyshire. Piętna niespokojnych czasów, które odbijały się również na licu uzdrowicielki. Długie nieprzespane noce i dni tak krótkie, że umykały z jej uścisku. Czy i on tkwił w podobnym potrzasku? Sojusznicy ministerstwa uderzyli w ziemię, nad którymi pieczę przypisywano jego rodowi. Miasta Staffordshire zapłonęły, jak i stosy, na których spalono przeciwników nowej doktryny, mugoli. Posiadłości rodowe z pewnością były zabezpieczone na tyle,, aby chroniły ich mieszkańców. Na jak długo? Jak wiele czasu miało zabrać wdarcie się za bramy zamku zbuntowanego rodu, by uczynić z niego przykład. Słowa wciąż jednak nie opuszczały ust, tkwiły na krańcu języka, pewnego tego że wywołałyby burze emocji, przemyśleń, z którymi nie powinni się teraz mierzyć.
Styczeń mijał w nieskończoność, zebrali pierwsze tegoroczne wojenne żniwa. Zdawać się mogło wieki temu zwabiona krzykami, wkradła się do salonu Jaydena, by zastać tam dwójkę chłopców, przetrzymywanych i torturowanych przez obecny wymiar sprawiedliwości. Wieki temu kroczyła ścieżkami Doliny Downs Bank, mijała barowe lady, aby pomóc mieszkańcom Taunton. Całe godziny temu leczyła rany kobiety, którą Lucinda sprowadziła do lecznicy. Dni jawiły się bólem jej pacjentów, wojenną rzeczywistością zmaterializowaną w twardych rysach ludzi męczonych głodem i strachem przed kolejnym dniem - przed niebezpieństwem, w panice o własny byt. Chłonęła a ich świat, ich krew pozostawiał na jej skórze niezmywalne plamy. Nie było przed tym żadnej ucieczki. To dominowało jej umysł. Wracało w nocnych koszmarach, wytrącało z równowagi ilekroć towarzyszyła jej ciepło rodzinnego ogniska. Uroczo szczebiocząca Mel, elementarz wypełniony szkicem nowo co poznanych znaków, matematycznych działań - łakoma uwaga dziecka ciekawego świata wypełniająca ją dumą. Nawet wtedy myślała o tym co będzie. Co już się działo. O tym wszystkim na co nie miała wpływu i o tym co zrobić jeszcze mogła.
Umysł znów zatopił się w zawiesinie ciężkich myśli. Podążała za nim niemal machinalnie, dopiero gdy zatrzymali się u progu domostwa, gdy słowa Isaiah przecięły zastygłą między nimi ciszy, spojrzała na mężczyznę.
Wargi przybrały kształt uprzejmego uśmiechu. - Nie ma za co. Mam nadzieję, że będę mogła pomóc - odpowiedziała, potrząsając głową. - Kim jest dla ciebie ten mężczyzna? - zapytała, wchodząc za nim po schodkach.
Nie minęła dłuższa chwila, a w drzwiach pojawiła się sylwetką wiekowego już czarodzieja. Jak się okazało samego pana Wafflinga.
Usta mimowolnie ułożyły się się w niezręcznym grymasie skrępowania jakie wywołały słowa Isaiah, na chwilę skrzyżowała z nim spojrzenia, by po chwili poświęcić pełnię uwagi poświęcić panu Wafflingowi - Uzdrowicielką. Na wybitność muszę jeszcze zapracować, lord Greengrass zbyt hojnie obdarzył mnie tym atrybutem - odpowiedziała z uśmiechem. - Miło mi pana poznać - powiedziała, przekraczając próg domu.
Podążała śladami mężczyzn. - Słyszałam, że pana wnuczka potrzebuje wizyty medyka. Czy mogłabym się z nią zobaczyć? - zaczęła, ściągając wełniany szalik.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Powinien docenić intensywność ostatnich tygodni, tak odmiennych od poprzedzających je miesięcy, gdy tkwiąc w zawieszeniu żył wyłącznie z dnia na dzień, a rzeczywista wojna, choć zabrała ze sobą już niemałe żniwo, dopiero wisiała w powietrzu, migocząc niebezpiecznie na horyzoncie. Tak długo żył w szlachetnej bańce pozornego pokoju panującego w magicznym świecie, który tak naprawdę dopiero podnosił się z kolan po poprzedniej wojnie, że niedawne obrazy i doświadczenia wywierały na nim zapewne o wiele większe wrażenie niż na osobach bardziej obytych z obecną sytuacją. Odkrył, że przez miesiące, które spędził w zamknięciu, z jego umysłu zniknęła gdzieś dawna brawura, odwaga wzrastająca bez względu na okoliczności, niegdyś tak chętnie przez niego łączona z charakterystyczną cechą wychowanków domu Godryka. Teraz próbował na nowo odnaleźć w sobie tę dawną śmiałość, chociaż wobec heroizmu czarodziejów ginących w starciach ze złymi siłami, nieco tłumił w sobie rodzący się na nowo hard ducha. Obawiał się tego uczucia, świadomy, że od dwóch lat był odpowiedzialny podwójnie: nie tylko za samego siebie, ale i za małego Felixa, którego nie chciał swoim nagłym zrywem męstwa pozbawić jedynego rodziciela jaki mu na tym świecie pozostał. Ważył więc w myślach każdą kolejną decyzję, analizując wszystkie za i przeciw, dobrze wiedząc, że niedługo najprawdopodobniej nie będzie mógł sobie pozwolić na podobne luksusy: nieprzewidywalność wydarzeń zmusi go do natychmiastowej reakcji.
Wszystkie te myśli ciążyły mu w głowie, napęczniałe od obaw refleksje nie znajdowały dla siebie ujścia, dudniąc w w otaczającej ich ciszy. Czuł przy tym jednak dziwny spokój, odnajdując na twarzy uzdrowicielki przebłysk podobnego zmęczenia i świadomości czyhającego na nich na każdym kroku niebezpieczeństwa, jakby uzmysłowienie sobie, że nie był jedynym, którego zaprzątały podobne kwestie wgryzające się swą prawie namacalną zgryzotą w niemal wszystkie przemyślenia. Uprzytamniało mu to, że jego umysł nie posiadał wyłączności na podobne dręczące go kwestie.
- Nie wątpię, że zrobisz wszystko, co będzie w twojej mocy - odparł zupełnie szczerze, świadomy nieprzewidywalności zdarzeń i ran, z którymi mieli się dzisiaj zmierzyć. - Kimś, kto otworzył mi oczy na naturalną magię płynącą z ziół i odpowiednio pielęgnowanych roślin. - Uśmiechnął się ciepło na samo wspomnienie tamtego szczególnego momentu z przeszłości. - Równocześnie uświadamiając mi, że nie były mi pisane smoki. To on uśmierzył ból ran wywołanych przez oparzenia tych wspaniałych stworzeń, gdy jako mały chłopiec zbliżyłem się do nich nieuważnie.
Podejrzewał jednak, że rany jakie odnieśli syn Jamesa i jego wnuczka wykraczały poza jego zdolności. Nie wszystkie obrażenia były w stanie wyleczyć proste okłady z ziół i naprędce przygotowane mieszanki roślin. Tym bardziej, że Waffling na przestrzeni ostatnich lat nieco utracił dawną przenikliwość umysłu, skupienie przychodziło mu o wiele trudniej niż kiedyś, a pamięć, nawet dotycząca tak drogich sercu roślin, płatała mu figle, zmuszając do zdroworozsądkowej ostrożności.
- Mnie również miło mi panią poznać. - James przemówił do niej z nieśmiałym uśmiechem błądzącym po pomarszczonej twarzy. W jego oczach zalśniły na moment dawne ogniki, blednąc jednak równie szybko jak się pojawiły, gdy ostrożnym ruchem pomagał jej ściągnąć z ramion ciężki zimowy płaszcz i odwieszając go na stojący nieopodal wieszak. - To zaszczyt gościć państwa w naszych skromnych progach - dodał dobrotliwie. Skłonił się lekko, a w nieco rachitycznych gestach wciąż odbijał się charakter dawnego dżentelmena. Waffling tylko pozornie wydawał się niezwykle prostym człowiek, sam Isaiah jednak doskonale wiedział jak wielką krył w sobie wiedzę i subtelną elegancję. - Tak, leży w pokoju na piętrze. Syn czuje się już zdecydowanie lepiej - odparł, wskazując dłonią schody i unosząc głowę, spoglądając w kierunku rysującego się u ich szczytu korytarza. - Cieszę się, że cię widzę, Isaiahu. - Jeszcze raz poklepał Greengrassa serdecznie po dłoni i ruszył w stronę schodów. Położył rękę na drewnianej poręczy i zaczął powoli się po nich wspinać, uśmiechając się do nich przez ramię. - Niestety od kilku godzin nieco majaczy. Jest mocno rozpalona… Zresztą, sama pani zobaczy.
Isaiah wyswobodził się z ciężkiego ubrania, podwijając następnie rękawy ciepłego swetra, który nałożył na siebie przezornie, świadomy chłodów panujących w ostatnich tygodniach w Anglii, a więc i w zamieszkiwanych przez ludzi domostwach. Odsłonił tym samym wciąż widoczną po latach bladą bliznę po oparzeniu od smoczego ognia, tę samą, którą James przed laty prowizorycznie mu opatrzył posługując się jedynie ziołami i roślinami dostępnymi w ogrodach rezydencji w Derby.
Przepuszczając przed siebie Roselyn, podążył za gospodarzem i wspiął się na piętro. James przeprowadził ich do znajdującego się po prawej stronie pomieszczenia, w którym stało drewniane, dziecięce łóżku. Pośród pościeli majaczyła drobna, dziewczęca sylwetka. U jej boku, ściskając jej drobną dłoń, siedziała drobna, nieco rozczochrana kobieta. Podniosła na nich swój zmęczony wzrok.
To lord Greengrass i panna Sorensen - zwrócił się do niej, przestawiając swoich gości pokrótce. Zbliżył się następnie do łóżka. - Agatho, obudź się proszę, państwo przyszli rzucić okiem na twoje rany. - Staruszek nachylił się nad dziewczynką, delikatnie gładząc ją po twarzy. W jego rysach czaił się umyślnie tłumiony niepokój, jakby mężczyzna bał się, że wnuczka dojrzy jego cień i jej samej udzieli się nagły lęk. - Napiją się państwo czegoś ciepłego? - Nie czekając na odpowiedź, James wycofał się z pomieszczenia. Po chwili do ich uszu dotarły ciężkie, powolne kroki. Mężczyzna ponownie schodził na parter, gdzie prawdopodobnie znajdowała się kuchnia.[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Isaiah Greengrass dnia 21.12.21 9:34, w całości zmieniany 1 raz
Isaiah Greengrass
Isaiah Greengrass
Zawód : alchemik, lord, twórca malarskich barwników
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Znam nuty przekleństw, na wylot prawdę
aż urwie świt nas, każda z gwiazd zgaśnie.
W dłoniach rwę świat nasz tak bez pamięci
za wszystko co ból wziął na zawsze.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 21
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10152-isaiah-greengrass https://www.morsmordre.net/t10368-kaszmir https://www.morsmordre.net/t10369-isaiah https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10463-skrytka-nr-2204 https://www.morsmordre.net/t10370-i-greengrass

Powrót do góry Go down

Wciąż trwała ze sobą w zażartej walce. Na każdym kroku kwestionowała słuszność podjętych decyzji. W każdym świetle była winna. Winna temu, że za każdym razem narażając siebie, naraża i przyszłość swojego dziecka. Winna temu, że za każdym razem odwracając wzrok postępuje wbrew sobie, wbrew temu co wierzy. Że nawet to co robi nie jest jedynie aktem nacechowanym czystą dobrocią. Ten koncept należał jedynie do baśni. Zło i dobro mieszały się. To co zdawało się słuszne i niesłuszne nie zawsze jawiło się bajkową prostotą. Moralne. Niemoralne. Nawet prawo przestało być wyznacznikiem, podzielone na dwie skrajne myśli. Zmieszane do tego stopnia, że zdawać się mogło zaczęli stanowić o nim sami. Jej świat nie był jednak ani czarny, ani biały. Barwy nie miały swoich granic, rozlewały się impresjonistycznym konturem. Nie było dobrych decyzji. Ilekroć opuszczała Mel, ilekroć zapuszczała się tam gdzie groziło jej niebezpieczeństwo, handlowała losem swojego dziecka. Ilekroć trzymała dystans, pilnowała własnego nosa, coś w środku rozpalało wnętrza, piekło jak rozżarzone węgle, paliło jej wnętrza. Nie potrafiła być obojętna. Nie potrafiła nie winić za bierność. Wszakże urągało to temu czym była. Kobietą wykształconą, by leczyć, by ratować życie, łagodzić ból. Czymże była nie czyniąc z tego żadnego pożytku? Teraz. Gdy całe rzesze mugoli wypędzane były ze swoich domostw, gdy czarodzieje o nieodpowiednim statusie krwi traktowani byli jak bydło. Nigdy nie chciała wojny, lecz ta rozpoczęła się poza jej kontrolą. Jej przyszło decydować jak ma zareagować. I każda z tych decyzji wiązała się z poczuciem winy. Takiej, z której nie potrafiła sobie zmazać. Takiej, która wypalała w niej piętna. Nie potrafiła nie czuć. Nie utożsamiać się. Nie czuć złości, a ta zdawała się palić równie mocno jak wina. Przerażała do kości. Budziła lęk przed samą sobą, kwestionowała pojęcie o samej siebie. Wierzyła, że istnieć musi granica. Między nią, a nimi. Tymi, którzy palą wioski, rozniecają stosy. Gniew był jednak uniwersalny. Prowadził tam w miejsca, których nie chciała eksplorować. Bała się własnej wściekłości. Poczucia, że ci, którzy zranili Hannah powinni za to odpowiedzieć. Że ten, który wyrwał język Benjaminowi powinien szczeznąć w ogniach piekielnych. Że ci wszyscy, którzy nieśli strach i terror, sami powinni go poczuć. Te rwące trzewia emocje, szarpały ją od wewnątrz. Niewypowiedziane. Nigdy. Zbyt bardzo się ich bała. Zbyt bardzo obawiała się tego jakim człowiekiem ją czyniło. Kimś kim nie chciała być.
Być może dlatego trwała wciąż w milczeniu. Już raz dzieliła ich cień z Isaiah. Chociaż na tak wiele sposobów odrębni, zdawała sobie sprawę z tego, że oboje stawiają czoło tym samym demonom. On również był rodzicem. On również był zły. On również starał się czynić użytek z własnych atrybutów. I on również zdawał się być zmęczony. Nie była jedyna. Nie posiadała wyłączności na zmaganie się z ciężarem rzeczywistości. Być może zdrowym było pozwolić sobie dzielić go razem. Być może chorym było podżegać w sobie złość i żal.
Cień uśmiechu zatańczył na wargach. Nie byli sobie równi. Nie przystoiło jej z niego kpić. Nawet w żartach. Mimo to, zuchwale zdarzało jej się spoglądać na niego jak na równego. - Wciąż nie potrafię wyobrazić sobie ciebie w starciu ze smokiem - odparła niemal żartobliwie, korzystając z ostatniej chwili gdy byli sam na sam.
Później pozwoliła, aby słowa poprowadziły ją dalej. Z uprzejmym uśmiechem podziękowała za ściągnięcie płaszcza, podążał za mężczyzną raz po raz oglądając się za swoim towarzyszem. Czuła się tu obca, a on był jedynym pierwiastkiem tego było znane.
Kilka kroków. Kilka spojrzeń na wąski korytarz, malowane pędzlem obrazki i ruchome fotografie. Zaledwie kilka chwil sprawiło, że lekkość prowadzonych w grzeczności rozmów opuściła jej ciało. Nadeszło napięcie. Uścisk krtani, który nie pozwalał na wyduszenie słów.
Pod cienkim prześcieradłem, w oparach zielarskich maści kryła się skulona sylwetka dziecka. Ile mogła mieć lat? Z pewnością niewiele więcej niż Melanie. Pszeniczno-złote pasma, takie same jak jej córki, rozpłynęły się po poduszce, zlepione niczym macki meduzy.
Poczuła opór. Chwilowy. Niespotykany. Ten jej niepodobny. Spojrzenie przez chwilę szukało tego Isaiah.
Jeden głęboki oddech pokonał paraliż. Kolejne kilka kroków zbliżyło ją do łóżka dziecka, dłoń delikatnie musnęła rozpalone dziecięce czoło. - Jestem Roselyn. Twój dziadek mówił mi, że jesteś chora. Jestem uzdrowcielką. Mogę zobaczyć? - głos zaskoczył swoją pewnością, łagodnością, która zdawała się być zarezerwowana dla jej dziecka. Odchyliła prześcieradło. Gorączka musiała wywołać dreszcze. Chcieli ja ogrzać. Materiał jednak musiał drażnić rany.
Piekło ją. Coś w środku. Coś co sprawiało, że Rose nie potrafiła wydusić z siebie kolejnych słów, ujrzawszy niezagojone oparzenia. Niemal czując ból, który musiały wywoływać.
To było tylko dziecko.
- Nie, dziękuję - odparła, wkładając wszelkie starania w to, aby jej głos ponownie zabrzmiał pewnie, by nie zdradził szoku jakie wywołały w niej obrażenia dziecka. - Będziemy potrzebować czystych pościeli, Agatha musi dużo pić, gorączka odwadnia. Je? - zapytała kobiety. - Rany się zapaliły. Oczyszczę je i wyleczę zaklęciem, ale dotyk wciąż będzie bolesny. Nie chciałabym podawać jej eliksiru przeciwbólowego. Eliksir słodkiego snu nie powinien jej zaszkodzić, przynajmniej odpocznie - spojrzała na Isaiah. Eliksiry były przeznaczone dla dorosłych, nie dla dzieci. Ich organizmy były słabsze niż te dorosłych. To wiedziała jako uzdrowicielka, mężczyzna był jednak doświadczonym alchemikiem być może znał środki, które mogły uśmierzyć ból, nie zagrażając dziecku. To było jednak rozwiązanie jedynie na teraz.
Dostrzegła drżenie dłoni kobiety. Jak zaciskają się desperacko na dłoni jej córki. Uzdrowicielka drgnęła lekko, palce nieśmiało musnęły ramię kobiety. Czy mogła od niej oczekiwać spokoju? Czy zachowałaby go, gdyby na łóżko leżała córka Rose? - Mogę? - zapytała, a kobieta posłusznie pokiwała głową, odchodząc od łóżka, zapewniając Agathę, że wszystko będzie dobrze.
Cichy trzask drzwi pozostawił w sypialni tylko ich trójkę. Zaklęcie znieczulające, miało przynieść ulgę chociaż na kilka chwil, wprowadzając dziewczynkę w błogi stan bez cierpienia.
- To tylko dziecko - uciekło spomiędzy warg. Jakby nie potrafiła powstrzymać tego prostego stwierdzenia. Czegoś co budziło ból, niepokój. Oni wojowali. Oni podejmowali decyzję. Mała Agatha była jednak zaledwie dzieckiem. Niewinnym bytem skazanym na cierpienie w wojnie tych, którzy powinni ją chronić.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Miasteczko Clovelly

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach