Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ulysses Francis Ollivander

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander http://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 http://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu http://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow http://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler

w zagubionej przestrzeni trwam, cały świat płynie obok gdzieś

13
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Ulysses Francis Ollivander   02.01.17 18:07


Ulysses Francis Ollivander

Data urodzenia: 27 V 1924
Nazwisko matki: Greengrass
Miejsce zamieszkania: Silverdale w hrabstwie Lancashire
Czystość krwi: czysta szlachetna
Status majątkowy: bogaty
Zawód: wytwórca różdżek
Wzrost: 182cm
Waga: 81kg
Kolor włosów: ciemny brąz
Kolor oczu: błękitne
Znaki szczególne: podłużna blizna pod prawym okiem; ledwo widoczne ślady zadrapań na szyi i przy szczęce, których nabawił się podczas jednego z epizodów Klątwy Ondyny; drobne sine znamię przy lewym obojczyku; wysoki


Wynijdź, lesie, z swej głębi!
Wynijdź z legowiska
Zaczajony rozkwitów,
zieloną drzemotą
Wpartych w ziemię
po ciemku zapatrzoną w znój!


Leśne ścieżki wyznaczał szept, roznoszący się zwiewnie w labiryncie drzew. Nie każdy potrafił go słuchać - należało robić to z zapartym tchem, łaknąc każdej nuty, najsubtelniejszej i gwałtownie uderzającej w ton, choć z pozoru wszystkie wydawały się jednolite. Niedostatek uważności pozwalał zmysłom rozproszyć się trzaskiem gałęzi miażdżonych pod stopami lub śpiewnym świergotem, wznoszącym się w ślepym zaułku. Świat nie potrafił skupić się i zawirować w szumie drzew. Nie pozwalał duszy skakać po drobnych wypustkach pnia ani otulić go subtelnym zrozumieniem. Pod opuszkami palców czuł tylko korę - zewnętrzną warstwę, która chroniła życie, tlące się głębiej.

Może na tym polegała jego wyjątkowość? Pierwsze kroki, stawiane na leśnym podszyciu, były okropione fascynacją. Nieśmiałe, w miejsce szaleńczego biegu. Poznawał powoli - chłonąc szczegóły otoczenia. Szacunek dla drzew był pierwszym szacunkiem, jaki dane mu było poznać. Wyczuł w nich życie odruchowo, jakby ich duch unosił się nad północno-zachodnim Lancashire. Wiele lat później uczucie to odbijało się echem, łącząc pierwsze wrażenie z dogłębną znajomością. Geny Ollivanderów odezwały się chórem, wskazując drogę do poznania wielu tajemnic. Ojciec mógł uśmiechnąć się z dumą i zadowoleniem, kiedy drobne palce przesuwały się nieporadnie po topolach, brzozach, lipach, bukach... już wtedy nie było odwrotu. Przepadł niespodziewane. One żyją - powiedział, zaskakując tym małą część świata państwa Ollivanderów, po czym wrócił do dziecięcej beztroski, przyjmując leśne szepty, jak coś naturalnego i niezbywalnego. Dwa lata później pięcioletni Ulysses protestował zawzięcie, widząc jak bestialsko wykorzystuje się życie, aby tchnąć je w przedłużenie nerwu czarodzieja. Szlachetne drzewo padło pod dyktandem zaklęć, a on czuł, jak resztki ducha drżą w powietrzu. Trzeba było wykorzystać je szybko. W innym wypadku mogło nadawać się najwyżej na opał, puste drewno, skorupa. I choć płakał wtedy całą noc, zasypiając w ramionach matki, później nie uronił już więcej łez. Ubzdurał sobie, że drzewa mają intencje i chcą dzielić się swoim bogactwem, ale nie chcą umierać. Musiał istnieć jakiś sposób.

Pokochał las i drzewa, jak członków własnej rodziny. Cichy śmiech matki zlewał się ze słodkimi westchnieniami mocnego dębu, a spokojny ton ojca z odpornym wiązem. Gdzieś pomiędzy nimi przenikał ptasi szczebiot, uzupełniający całą gamę o wyjątkowe nuty. W wieku siedmiu lat usłyszał milczenie. Cicha obecność wibrowała tajemniczo w przestrzeni, balansując na krawędzi realizmu. Zaciekawiony rozglądał się, jakby przeczuwając późniejszą burzę - śmierć memortka spłynęła na niego jak istny grzmot, podsuwając znajome szepty, nieznajome głosy i niepokojące tony. Lęk ogarnął go, paraliżując i uniemożliwiając ruch. Dopiero przy ostatnich tchnieniach błękitnej ptaszyny, Ulysses odnalazł źródło. Stworzenie spadło z gałęzi topoli, kończąc żywot w swoim leśnym domu, a chłopiec zaalarmowany szumem, złapał je w swoje dłonie. Delikatne powłoczki życia trzymały się jeszcze stygnącego ciała. Zachowali kilka piór, na prośbę młodego Ollivandera przygotowując ptaszkowi niewielką mogiłę pod smutną topolą.




Dziecięce harce szybko zostały w tyle, ustępując aurze spokoju. Ulysses nie sprawiał wielu problemów, z żywą ciekawością przyjmował przedstawiany mu świat. Z biegiem czasu wyciszał się jeszcze bardziej, koncentrując uwagę na otoczeniu i własnym wnętrzu. Absorbował więcej niż wypuszczał. Zachłannie i egoistycznie, z niebywałym perfekcjonizmem, nieraz stanowiącym przekleństwo - nie dając sobie odetchnąć. Ciężka praca wpisywała się w jego sposób bycia. Pochłonięty przez aktualne zadanie tracił poczucie czasu. Bywał zadufany, nieprzystępny i nadzwyczaj często ignorował dobre rady napływające od starszych i doświadczonych krewnych. Wszystko musiał sprawdzić na własnej skórze, ufając tylko własnej intuicji, nierzadko błędnie traktując ją jako nieomylną. Wiele razy sparzył się na tym, jednak sytuacja rodzinna pozwalała mu na takie błędy. Państwo Ollivander skrupulatnie podburzali w dziecku tę cechę, widząc potencjał w jego własnych interpretacjach - nic nie stało na przeszkodzie, gdyż szlacheckie zasady i nawyki przyjmował w naturalny sposób. Występowały obok szczerej rodzinnej miłości, stanowiącej istotną podstawę ludzkich wartości. I choć upływający czas zakorzenił w nim dystans oraz pozorną obojętność, często dla bliskich dotkliwą, każdy skrawek zachowywał w sobie, kolekcjonując zaciekle.

Rozbrajająca szczerość oraz lekkość wyrażania emocji, typowe dla dzieci, tonęły niepokojąco szybko, alarmując rodziców - bywały dni, że stawał się zupełnie nieodgadniony, nieprzenikniony i nikt nie potrafił dociec do źródła ponurego wyrazu twarzy. Na nic zdawały się podchody i sprawdzone sposoby, ani guwernantka, ani matka, ani ojciec, nie mogli przekonać Ulyssesa do odzewu. W te dni stawał się milczący, obcy i nad wyraz posępny. Nie dało się zmusić go do nieporadnych ćwiczeń tanecznych, dziecięca miotełka nudziła. Nad czym tak zaciekle rozmyślał pięciolatek? Ollivanderowie szepcząc w zaciszu własnej posiadłości starali się być cierpliwi, wymieniając niespokojnie obawy, szorstko odganiając panikę. Przed pojawieniem się tych epizodycznych zmian nastroju nie martwili się o uśpioną jeszcze moc dziecka. Cztery lata? Lady Ollivander potrzebowała czterech i pół, aby zmusić ogrodowe róże do przedwczesnego rozkwitnięcia, ale nigdy później nie zakwitły już tak pięknie. Uspokajała męża, powątpiewającego w swoje pierwotne założenia, jakoby więź z duchem drzew wykluczała możliwość charłactwa. Pięć lat i trzy miesiące, kołatało mu się po głowie. Czasu nie dało się udobruchać, tak jak nie sposób było udobruchać Ulyssesa. Lord Ollivander zaczynał myśleć, że chłopiec przechodzi przez prawdziwą konsternację, choć nie potrafił ocenić, na ile pięcioletnie dziecko powinno czuć w sobie magię.

Incydent z ukazaniem zdolności spadł więc na nich, jak to miał w zwyczaju, niespodziewanie. Błyszczące ostrza cieniutkich igieł bezszelestnie sunęły przez spowity słonecznym światłem salon, aby ostatecznie ozdobić duży portret Brandona Ollivandera, jednego z chwalebnych przodków, wybitnego w swym fachu różdżkarza. Mężczyzna pół dnia krytykował niewzruszonego chłopca, zaczynając na fałszywych nutach, wkradających się między drobne palce a klawisze fortepianu, kończąc na koślawych literach, pojawiających się na pergaminie. Nie takie tempo. Nie taka kropka. To nie ta nuta. Patrz pod nogi! Lorette, guwernantka, zachowywała się, jakby uwagi rzucane w przestrzeń nie miały miejsca i była przekonana, że Ulysses również puszcza je mimo uszu. Gwałtowny odskok od fortepianu i grymas na twarzy zaskoczyły kobietę, a igła, zaciekle pracująca nad nową wyjściową suknią pani Ollivander, porzuciła swoją powinność, z resztą wspólniczek atakując zmarłego lorda. Zniknął z portretu, zdobionym teraz przez dziesięć srebrzystych, metalowych włókien. Odette i Marcus byli zachwyceni. Ulga, którą odczuł tego dnia, wyryła się grubo w jednych z najwcześniejszych wspomnień. Igły zostały w tym miejscu - pierwsze próby pozbycia się ich z płótna nie odniosły skutku, a bardziej zaawansowanych operacji nie podjęto. Pech chciał, że po uldze przyszedł pierwszy atak Klątwy Ondyny, zapamiętany w takim samym stopniu. Oddech uwiązł w gardle, towarzysząc duszącemu przerażeniu.




Klątwa okazała się bardzo zawzięta, nie zatrzymując się wyłącznie na najstarszym dziecku. Najwidoczniej pragnęła dopiec gromadzie Ollivanderów, których przybywało - pięć lat po narodzinach Ulyssesa na świat przyszła Artemisia, sześć lat po niej - Constantine, a po kolejnych pięciu, życie rozjaśniła im najmłodsza pociecha, Ophelia. Na warunki do rozwoju, ze względu na swoją pozycję społeczną, nie mogli narzekać. Choć wiele rodów potępiało mugoli, uważając ich za zagrożenie, Odetta i Marcus nie wpajali dzieciom nienawistnych poglądów, pozwalając im wyciągać własne wnioski - matka, hołdująca rozumowi, własnemu zdaniu i rozsądkowi, oraz ojciec - dający dobry przykład neutralności, będącej najbezpieczniejszym wyjściem, niezależnie od czasów, w jakich przychodziło im żyć. Byli ciepli, oddani i szczerzy. W oczach Ulyssesa malowali się majestatycznie, ale i prawdziwie. Mimo możliwości przekazania całej czwórki pod opiekę guwernantek, nie mieszania się przesadnie w zdobywane doświadczenia, umiejętności, zasady i ogólnie pojęte dorastanie, poświęcali dzieciom czas, dając im dostrzec faktyczny obraz siebie. Niewątpliwie było to źródłem rodzinnych relacji i zaufania, jakie budowali sobie stopniowo. Znali swoje upodobania literackie, wiedzieli, kto ma problemy z poruszaniem się w rytm walca, a kto pod żadnym pozorem nie wejdzie na lód, aby spędzić czas na łyżwach.

Styczność z przedstawicielami innych szlachetnych rodów miał, rzecz jasna, przed pierwszą podróżą do Hogwartu, dlatego ich sposób bycia wydawał mu się normalny i nie widział w nim rażącej ułudy, wystudiowania. Z rzeczywistością mniej wyidealizowaną zetknął się na tle szkolnym - wśród mieszanki elit z półkrwistymi, mugolakami, dziećmi zdrajców krwi. Poznane wcześniej szlachetne dzieci wyróżniały się na tle gorszych szkolnym wyposażeniem, nadąsaną miną i dystyngowanymi gestami. Dało się je rozpoznać w bibliotece i Wielkiej Sali. Dni mijały, a Ulysses dostrzegał w wielu z nich zakłamanie. Nie potrafił stwierdzić, co widziano w nim, ale wyuczone odruchy i kultura osobista chłopca nie były sztuczne w podobny sposób - nie czuł potrzeby udawania kogokolwiek. Nazwisko broniło się samo, w szczerości gestów, które nie zniknęły, pomimo stopniowo wzrastającego introwertyzmu. W istocie, wpisywał się w obraz szlachty - szarmancki, kulturalny, dążący do ideału. Nie zdradzał emocji i miewał skłonności do ucieczki przed nimi, potrafiąc odciąć, kiedy zachodziła taka potrzeba. Samodyscyplina grała pierwsze nuty. Było mu to na rękę, przesadne nerwy mogły skończyć się atakiem duszności. Nie odrzucał ludzi, bez względu na krew. Większym problemem było faktyczne zdobycie kruchego zaufania, udawało się to nielicznym, ale przewagę mieli ludzie szczerzy. Z góry straceni byli ci, którzy oceniali go przez pryzmat pochodzenia. Jeśli ktoś wiedział lepiej niż on sam, w jakim worku wyląduje, tracił szansę.

Pasował do domu Roweny Ravenclaw, przydział nie był dla nikogo zaskoczeniem. W pierwszych latach nauki jego charakter nie był wyznaczony tak ostrą linią. Ludzie, których wtedy do siebie dopuścił, pomogli mu utrzymać wewnętrzną wrażliwość, dzięki czemu nie zniknęła bezpowrotnie pod warstwą obojętności. Pomagał innym w zadaniach domowych, szybko uczył się zaklęć i przodował w obronie przed czarną magią. Powodowany ciekawością przemierzał błonia, zapoznając się z każdym magicznym okazem rośliny, czy zwierzęcia. Doszukiwał się w nich różnic, nie tylko międzygatunkowych - również porównując pozornie podobne elementy, dostrzegając najsubtelniejsze różnice. Niekiedy pojawiał się także w okolicach Zakazanego Lasu, mimo wzmożonej wtedy ostrożności, przypłacając to kilkoma szlabanami - co ostatecznie nie przeszkodziło w otrzymaniu odznaki prefekta, wprawiając go w zaskoczenie pomieszane z rozbawieniem, ale rodzice byli zachwyceni. Nie zapuszczał się zbyt głęboko między drzewa, poruszając się głównie na obrzeżach i niedalekich polanach, ale czas spędzony w tym środowisku zaowocował wyjątkową wiedzą. W stworzeniach doszukiwał się tego, co wyczuwał u drzew, bardziej radząc sobie z ich aurą niż pielęgnacją. Trzymając w ręce pióro, włos, potrafił stwierdzić, na jakie dziedziny magii wpływa, skąd pochodzi. Wyczucie to było jak dodatkowy zmysł i być może uzupełniało braki w innym - powonieniu. Zapachy docierały do niego słabiej. Wyjątkiem była tylko amortencja, ale nigdy nie potrafił stwierdzić, dlaczego. Jej składowe wyczuwał wyjątkowo wyraźnie, nie przez mgłę - to też uświadomiło mu, że węch nie rozwinął się prawidłowo, wcześniej bowiem nie zwracał na to najmniejszej uwagi.




Podejrzewał życie o najgorsze, bo wydawało mu się zbyt łaskawe. Poza drobnymi problemami, atakującymi każdego człowieka, nie stykał się z dramatami. Widział to jako absurd, bo naokoło dramaty rozwijały się prężnie. Nieufne oczekiwanie zderzyło się z grzmotem, którego stłumiony huk przetaczał się po Hogwarcie w ostatnim roku nauki. Komnata Tajemnic budziła oczywistą grozę, sięgającą nawet w zakamarki umysłu Ulyssesa. Był w gronie wybrańców, oszczędzonych od zagrożenia, rozbrzmiewającego jednak tak wyraźnie między murami, że nie potrafił go pominąć w swoich obserwacjach. Na zmianę czuł żal i fascynację, niezdrowo wplatającą się w zainteresowania. Nie pragnął czarnej magii używać, ale chciał ją poznać, zgłębić jej zakamarki. Niewiedza była ignorancją, lekceważeniem zagrożenia. Uśpił niezdrowe pragnienia, sztucznie symulując sobie, że nie odniesie się do nich w przyszłości. Wiedział podświadomie, że odezwą się same. Kilka lat później faktycznie przeglądał paskudne księgi, zgłębiając potworne podstawy. Ciekawość wzięła górę. Biblioteczka Ollivanderów była zaskakująco bogata, szczególnie część trzymana pod kluczem, w tajemnicy. Nie każdy miał do niej dostęp, jednak ci, którzy rodzinne tradycje pieczołowicie kontynuowali, mogli liczyć na pewne względy w tej kwestii. Bądź co bądź, decydując się na tworzenie różdżek skłonnych do magii mrocznej i niebezpiecznej, trzeba było posiąść odpowiednią wiedzę. Nie każdy twórca sięgał w tym kierunku, lecz wciąż młody Ollivander cenił sobie wyzwania, poprzeczkę zawsze stawiając wysoko.

Ukończenie szkoły zwiastowało okres zdobywania praktycznego doświadczenia. Już wcześniej rzeźbił z zapałem różdżki, zaczynając od kształtów prostych, powoli wprowadzając ozdobniki. Nie liczył, ile drew przyszło mu zmarnować. Każde kolejne było cegiełką, wnoszącą jego własną budowlę coraz wyżej. Potrafił dogadać się z potencjalnymi sprzedawcami rdzeni, mając dryg do negocjacji i przekonywania. Czarujący uśmiech, nigdy zbyt szeroki, dla dobra sprawy wyzbywał się typowej ironii, drwiny i zaczepności. Sarkazm i cynizm rozpływały się uprzejmie, ale opanowanie pozostawało niezmienne. Chciał być nieprzenikniony. Zgubne pragnienie ciągnęło do oklumencji, dlatego pochylał się nad księgami, w których niejednokrotnie trafiał tylko na pobieżne wzmianki. Gdybał i porównywał, zdobywał informacje, subtelnie aranżując spotkania i docierając w coraz dalsze zakątki. Ambicja nie pozwalała mu przerwać i ćwiczył latami, rozpracowując własny umysł. Wiele na tym zyskał i wiele stracił, ukrywając głęboko swoją prawdziwą wrażliwość.

Zderzenia z trudnymi emocjami,  w swej gwałtowności niepokojące Ulyssesa, stanowiły nieuniknioną część jego życia. Miewał niewytłumaczalne, spontaniczne zrywy - na przykład do dorocznego wyścigu na miotłach, w którym niemalże stracił oko, przelatując nad smoczym rezerwatem. Milimetry pozwoliły mu wyjść z opresji cało, ale milimetry te podsunęło najwyraźniej szczęście, nie rozum. To samo szczęście pozwoliło mu ukończyć wyścig ze zranieniem, opłaconym później nie tylko blizną, ale i potwornym atakiem Klątwy Ondyny, pozostawiającym na szyi ślady po paznokciach, rozpaczliwie żłobiących skórę. Pierwszy i ostatni wyścig przedstawiał się we wspomnieniach bardzo żywymi barwami. Podobną fanaberią był samotny pobyt w górach. Potrzebował odmiany. Nauki pobierane od ojca często męczyły obydwu - Ulysses był dosyć oporny i miał swoją wizję na różdżkarstwo, z trudem godził się na przyjęte standardy i utarte ścieżki, których uczył się, bo musiał. Nie mogły przepaść, skoro zrodzono je przed wiekami, w tajemnicy przekazując dalej, z konsekwencją i wymaganiami. Znał je. Potrafił wyrecytować znudzonym głosem w środku nocy. Odetta miała podejście przeciwne i delikatnie popychała syna do podążania dzikimi szlakami, głęboko wierząc, że rewolucja w jego wykonaniu będzie prawdziwym powiewem świeżości. Dostrzegała wybijające się cechy swojego rodu, jakby nadanie mu imienia Ulysses było tego konsekwencją. Czas spędzony w górach przyniósł przeróżne doświadczenia, zaś pomiędzy wędrówkami i notatnikami, wzbogacającymi się o coraz bogatsze zapiski, miał okazję pomieszkiwać w dworku Greengrassów, nie wadząc nikomu. Czasami zachowywał się, jak gdyby go nie było.



Wywierana przez otoczenie presja zderzała się z ignorancją. Początkowo wysłuchiwał tylko drobnych sugestii, zbywając je milczeniem, a Odetta i Marcus musieli wykazywać się nie lada cierpliwością. W teorii to szlachcianki należało wydać za mąż jak najprędzej – szanse z wiekiem malały, ale praktyka, przynajmniej w przypadku Ulyssesa, miała też swoje wymagania u mężczyzn. Matka, nie tracąc zapału, przekonywała go do zawarcia związku, niby od niechcenia wspominając o godnych kandydatkach. On jednak pozostawał niewzruszony na wzmianki i prośby, drwiąc z nich coraz bardziej otwarcie, dopóki nie dano mu spokoju. Na pewien czas, kiedy wymówka z wdzięcznym tytułem praca i badania naukowe była wystarczająca.  

Liczył na nagły poryw emocji. Działanie wbrew sobie było zbyt sprzeczne, dlatego sztuczna produkcja uczuć do drugiej osoby wprawiała go w obrzydzenie, zaprzepaszczając równocześnie szanse na poznanie kogoś naprawdę wartościowego, a przecież nikt nie mówił, że wszystkie szlachetne damy nie wyróżniają się niczym poza urodą i wyuczonym szykiem. W głębi serca wiedział, że niewiele w tym prawdy, ale coś ciągnęło go w nieznane. Potrzebował innego świata, którym mógłby się zachłysnąć – czystokrwiści często byli łatwi do określenia, mimo gry pozorów, a może dokładnie przez nią. Niechęć, jaką zdarzało mu się mimowolnie okazywać, bywała krzywdząca dla panien, zafascynowanych jego specyficzną aurą. Pierwszą burzliwą miłość miał już za sobą, jeszcze za czasów Hogwartu udało mu się ulec zaciekawieniu czarującą Leanne, ale w miarę postępu wzajemnego poznawania, uwidaczniały się przeciwne kierunki, dlatego pod koniec siódmej klasy rozeszli się, zostawiając relację w pozytywnym wydźwięku, póki było to jeszcze możliwe.

Znudzenie z lubością zaciskało pętlę na jego szyi. Ze zrezygnowaniem zaczął rozważać podsuwane kandydatki, szukając przynajmniej bratniej duszy, zdolnej do wywołania minimalnego drgnięcia serca. Prześladował go pozornie potworny pech, każda kolejna kandydatka, którą poznawał powoli i nieco na siłę, odpływała w zapomnienie. Na swojej drodze miał trzy obciążone chorobami genetycznymi, co z oczywistych względów wykluczało związek. Dwie z nich nie były nawet zdolne do przedłużenia szlachetnego rodu Ollivanderów. Kolejna, z którą złączyła go szczera przyjaźń, zmarła tuż przed zaręczynami - uwikłana w skomplikowane relacje (nikt rzekomo o nich nie wiedział, ale po tym wydarzeniu wszyscy przypuszczali, że rodzina kobiety trzymała tę niedogodność w tajemnicy, licząc na cud), swój finisz mające w zjawiskowym morderstwie. Ostatnia, jaką miał okazję do siebie dopuścić, była damą zupełnie przeciętną, spokojną, ułożoną, nie wyróżniającą się - Ulysses, gdyby tylko mógł swoje zdanie wyrazić, śmiałby stwierdzić, że nudną.  Dla własnego spokoju, ku ogólnemu zaskoczeniu, wyrzucił z siebie w końcu „dobrze, matko”, przystając na niewybredną sugestię zaręczyn. Kończył właśnie dwadzieścia siedem lat. Fakt, że zrobił się wtedy jeszcze bardziej zamknięty, subtelnie pominięto. W tym samym roku, tuż przed świętami, oświadczyny zostały przyjęte.

 

Tylko jeden epizod zdołał rozwiać ciemne chmury, otulające jego serce. Wiosna, sprzyjająca takim porywom, topiła ulicę Pokątną w słonecznym świetle, za nic mając sobie polityczne zawirowania, powojenne zgliszcza i ogólny smutek, zalewający świat falami. Światło przebijało się leniwie przez szyby Esów i Floresów, migotliwie łaskocząc grzbiety ksiąg. Dzwonek u drzwi zabrzęczał alarmująco, a powiew powietrza, zmieszanego ze świeżym i słodkim zapachem pomarańczy, przedarł się przez oporny zmysł Ollivandera. Zaskoczony tak nagłym napływem bodźca, zatrzymując dłoń między stronicami tomiku o smokach, odwrócił głowę, podążając zaciekawionym wzrokiem za szczupłą postacią, gorączkowo rozglądającą się po sklepie. W niezrozumiałej sekwencji ruchów, skacząc od jednego regału do drugiego - aby znów powrócić do poprzedniego i upewnić się, że interesującej pozycji tam nie ma - wyczuł szczerość, podpartą lekkim zaniepokojeniem. Drobne palce tańczyły nerwowo, ostukując cicho drewniane półki. Przyglądał się jej, zastygając w tej półpozie, z cieniem uśmiechu w kącikach ust. Pytanie, czy łaskawie mógłby jej pomóc, ściągnęło w niebieskie tęczówki wesołe błyski, a własny śmiech zaskoczył go. Nie miał ochoty na chłodną uprzejmość w ten wiosenny dzień. Nie wyprowadzał jej z błędu i posłużył się nadaną łatką pracownika księgarni, wciskając jej w dłonie książkę zupełnie inną, niż prosiła. Nie był to słownik trytońskiego ani nic, czego poszukiwała, ale jego ulubiona powieść. Uniosła brew, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem i wtrącając, że dopiero niedawno musiał zacząć pracę, skoro tak dobiera tytuły. Ignorując zbiór co i z kim przystoi, zaprosił ją na kawę.

Gdyby przyszło mu przyrównać Valerie do świata, w którym istniał, mogłaby wydawać się nieokrzesana. Rozbrajająca szczerość i spontaniczność zaskakiwały go nieustannie, zachęcając do wyjścia poza wygodny schemat, w którym utknął mimowolnie. Długo tłumaczył jej, dlaczego muszą spotykać się potajemnie, rozumiejąc jednocześnie absurd swoich argumentów. Trudno stwierdzić, dlaczego tak sprawnie kruszyła skorupę, skoro byli skrajnie różni. Lekkość z jaką natrafiali na wspólne tematy, budziła obopólny podziw - interesowali się innymi dziedzinami i mieli rozbieżne gusta, ale gdy Ulysses opowiadał jej o różdżkach, podczas długich spacerów w lesie, albo gdy Valerie raczyła go opowieściami z dalekich części świata, słuchali uważnie, chłonąc każde zdanie. Stopniowo przyzwyczajali się do siebie, ucząc wzajemnie przeróżnych rzeczy – kobieta zapoznawała go ze światem mugoli, on z kolei opisywał elity. Ten jeden raz szczęście, o ile można je tak nazwać w sytuacji tak niesprzyjającej rodowi, postanowiło mu dopisać. Jesienią tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego drugiego roku zerwał zaręczyny, dowiadując się, że jego narzeczona sprawiała pozory zbyt sprawnie. Dziewictwo, jak się okazało, straciła parę lat wcześniej. Wszyscy rozkładali ręce, nawet nestor postanowił dać sobie chwilę wytchnienia od niefortunnych związków mężczyzny.

Święta wyglądały już zza horyzontu, kiedy emocje ostygły i Ulysses poinformował rodzinę, że w tym okresie będzie mógł kogoś im przedstawić. Dwójka młodszego rodzeństwa wróciła do domu z Hogwartu, prezenty czekały zapakowane, choinki były gotowe na wspólne przystrajanie, roztaczając po dworku znajomy zapach, zwiastujący wspólnie spędzone chwile. Valerie prawdopodobnie stresowała się mniej niż Lys, jak zwykła go nazywać – będąc przy okazji jedyną osobą, której pozwalał na to bez żadnych grymasów. Zgodnie z przypuszczeniami, państwo Ollivanderowie przyjęli kobietę z uprzejmością, ale wyrachowany dystans do jej półkrwistości nie skrywał się wystarczająco sprawnie. Ophelia za to była zachwycona i choć zdrowie, pogarszające się z zimy na zimę, nie dopisywało, śpiewała razem z kobietą, przygrywając jej na fortepianie i ucząc kolejnych wersów. Na łyżwach Valerie jeździła tak dobrze, jak Constantine, odnajdując z nim wspólny język również na polu literatury, o której dyskutowali zażarcie po kolacji, kiedy wszyscy szykowali się już do snu. Tego wieczoru nawet Ulusses przysiadł do fortepianu, aby zagrać matce rodowe "Greensleeves", do którego najmłodsza pociecha tańczyła w nowej, magicznej pelerynie.  



Ollivanderowie pokochali Valerie, ale nie potrafili zaprzeczyć, że była kulą u nogi. Ślub pod żadnym pozorem nie wchodził w grę. Niespokojne czasy i wysoka pozycja rodziny, a także brak czynnego zaangażowania w politykę celem uniknięcia krzywdzących konsekwencji, nie pozwalały Odettcie i Marcusowi zaakceptować jej w swoim domu z czystym sumieniem. Miała u nich, w pewnym sensie, azyl, ale było to posunięcie skrajnie ryzykowne. Stała się największą tajemnicą dworku Silverdale, przebywając w nim pod pretekstem pomocy przy chorowitej siostrze. Razem z Ulyssesem przygotowywała lecznicze wywary i doglądała małej Ophelii, męczonej w nocy przez okropne bezdechy, wydzierające powoli życie z jej drobnej piersi. W lutym nie można było zostawić jej bez opieki, a mieszanką ziół pachniał cały dom. Mały promyczek gasł powoli i nawet ściągnięty uzdrowiciel nie mógł poradzić sobie z powikłaniami. Niespodziewana marcowa poprawa orzeźwiła wszystkich, podnosząc na duchu, aby móc w nagłym napływie wyrwać resztki nadziei. W kwietniu miała znów przemierzać korytarze Hogwartu, towarzysząc młodszemu z braci na błoniach, w stertach notatek do owutemów wyszukując te, których potrzebował. Zmarła, pogrążając rodzinę w głębokim smutku, krążącym do dziś po pokojach posiadłości.

Śmierć Puchonki była początkiem spirali, niosąc za sobą szereg następstw. Komplikacje napiętrzały się, nasilając chorobę również u obciążonych nią potomków. Nikt nie chciał wierzyć, że Ophelia nie zaśpiewa im więcej w ulubionym salonie. Ulysses wiele dni spędził na pieczołowitym rzeźbieniu w drewnie, starając się oddać małą postać, którą ustawił nad sadzawką, na podołku umieszczając strzyżyka, jaskółkę i kolibra, otulone w drobnych dłoniach. Każdej kolejnej wiosny pletli jej wianki, kontynuując zwyczaj, rozpoczęty kilka lat wcześniej. Valerie zadbała o tę symboliczną ozdobę nawet jesienią, kiedy sposępniała i zrobiła się nerwowa, z niepokojem przyjmując każdy niespodziewany dźwięk. Jej nagłe zniknięcie przyprawiło Ulyssesa o prawdziwy atak furii, którego nikt nigdy się po nim nie spodziewał. Wieść o jej śmierci położyła go do Munga na prawie cały miesiąc, kolejnymi atakami Klątwy pokazując, jak wiele teorii na jej temat rodziło się w jego zbolałym umyśle. Tylko Constantine miał okazję usłyszeć z jego ust chrypliwe ona nie jest martwa, rozpaczliwie trzymające się przy jego własnym życiu.

Zaczynam rozumieć w tę noc
bez gwiazd
Że trzeba mi tworzyć Twój głos
nad wiatr




Patronus: Świąteczna kolacja,  Ophelia wygrywająca "Greensleeves" na fortepianie, do którego uczył Valerie tańca klasycznego, za pokazowe pary mając rodziców i rodzeństwo. Wyczarowanie patronusa często sprawia mu trudności, bo wspomnienie raz przebrzmiewa szczęściem, a raz rozpaczą. Bywa, że mgiełka formuje się nieśmiało, zmieniając kształty, jakby nie mogła się zdecydować. Ostatecznie staje się konikiem morskim, choć zanim poznał Valerie, patronus przyjmował kształt strzyżyka.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 13 +2 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 15 +3 (różdżka)
Czarna magia: 2 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 10 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
SpostrzegawczośćII10
KłamstwoI2
RetorykaI2
ZielarstwoI2
Historia MagiiI2
ONMSI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szlachecka EtykietaI0
Silna WolaIII10
Silna WolaI2
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
RóżdżkarstwoIII25
Rzeźbiarstwo (tworzenie)I0,5
Muzyka (fortepian/pianino)I0,5
Muzyka (wiedza)I0,5
Literatura (wiedza)I0,5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Lot na miotleI1
Taniec balowyI1
ŁyżwiarstwoI1
JeździectwoI1
PływanieI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak-0
Reszta: 11

Wyposażenie

Różdżka, pierścień z kamieniem księżycowym, teleportacja, 11 punktów statystyk



Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ulysses Francis Ollivander   20.09.17 22:30

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Ullyses jest godnym dziedzicem Ollivanderów. Mistrzem różdżkarstwa, wspaniałym starszym bratem. Mężczyzną, który kultywuje rodowe tradycje. Niestety w jego życiu nie wszystko jest tak idealne, jak mógłby sobie tego życzyć. Utrata najpierw siostry, a potem ukochanej kosztowała go bardzo wiele. I przy życiu, gdy balansował na jego krawędzi miotany kolejnymi atakami choroby, trzymała go jedynie pewność, że Valerie jednak żyje.

OSIĄGNIĘCIA
czarodziej drzew
Złoty mysliciel
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Klątwa Ondyny; osłabiony zmysł węchu
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Hereward Bartius


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ulysses Francis Ollivander   20.09.17 22:32

WYPOSAŻENIE
Różdżka, pierścień z kamieniem księżycowym, sowa, memortek

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: krew smoka, krew jednorożca, płatki ciemiernika, łuska smoka

[08.08.17] Ingrediencje (maj)

BIEGŁOŚCI[03.04.17] Wsiąkiewka +2 PB
[25.07.17] Wsiąkiewka +2 PB
[12.08.17] Rozwój: +2 PB do biegłości jasny umysł (poziom I)
[02.11.17] +1 PB do puli (nagroda za szybką zmianę)


HISTORIA ROZWOJU[02.01.17] Karta postaci, -860 pkt
[08.01.17] Zaakceptowane propozycje +5 PD
[11.01.17] Zawód (marzec) +50PD
[29.01.17] Zwrot PD; -40 PD, +1 pkt zaklęć, +1 pkt OPCM
[02.02.17] Sowa i memortek -60 PD
[02.04.17] zwrot pd (teleportacja) - 1 do OPCM
[03.04.17] Wsiąkiewka (kwiecień) +90 PD, +2 punkty biegłości
[02.06.17] Dodatkowe punkty statystyk (+5 sprawność)
[13.06.17] Aktualizacja postaci: +1 OPCM, -40 PD
[25.07.17] Wsiąkiewka (kwiecień) #2, +90 PD, +2 PB
[29.07.17] Zwrot (Gringotta) - memortek; +10PD;
[01.08.17] Zdobycie osiągnięcia: Złoty myśliciel; +30PD;
[21.09.17] Klub pojedynków (maj) +20PD


Powrót do góry Go down
 

Ulysses Francis Ollivander

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Sklep Ollivandera
» Różdżki
» Chloé Ollivander
» Katya Ollivander
» Constantine Ollivander

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17