Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Przedpokój
AutorWiadomość
Przedpokój [odnośnik]02.07.21 23:42
First topic message reminder :

Przedpokój

Wąski korytarzyk wciśnięty między kuchnię a prowadzące na piętro schody, poza swoją najbardziej oczywistą rolą, pełni też funkcję przenośnej szafy - na przybitym do bielonej ściany wieszaku, oprócz kurtek, zalegają zazwyczaj również zapomniane płaszcze przeciwdeszczowe i swetry, przez co dom sprawia wrażenie bardziej zatłoczonego niż w rzeczywistości. Pod drewnianą ławeczką suszą się buty i parasole, a w rogu znalazło się miejsce dla lustra i stojaka na miotły - rzecz jasna te latające.


I've polished this anger and now it's a knife


Ostatnio zmieniony przez William Moore dnia 28.03.22 20:24, w całości zmieniany 1 raz
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Re: Przedpokój [odnośnik]22.05.22 1:09
Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni sobie na to pozwolił – na śmiałe spoglądanie w przyszłość, na snucie marzeń: tych sięgających daleko, dalej niż najbliższy zakręt, dzień, tydzień. Chociaż kiedyś wydawało mu się to naturalne – to, że on i jego bliscy mieli przed sobą jeszcze wiele nieskażonych troskami lat – to wystarczył rok, by wojna bezpowrotnie pozbawiła go tej naiwności, w brutalny sposób obnażając kruchość wszystkiego, co go otaczało. Zdawał sobie sprawę, że obrazy kreślone słowami Hannah były właśnie takie – że ta odgrodzona od niebezpieczeństw wyspa, którą stworzył w irlandzkich górach, nie była niezniszczalna; że walki prędzej czy później miały dotrzeć i tutaj; że każda ścieżka, którą dla siebie wybiorą, skażona będzie niepewnością – ale tym razem świadomie rezygnował z przezorności, na tych parę minut decydując się uwierzyć, że nie istniało nic poza nimi; poza zdaniami szeptanymi pomiędzy pocałunkami, wywołującymi na jego ustach niemożliwy do powstrzymania uśmiech – poza spojrzeniami i dotykiem miękkich dłoni na jego karku, palcami plączącymi się we włosach, muzyką wypełniającą przestrzeń; nutami, za którymi nie próbował już nawet nadążyć, bo rytm krokom przestała wyznaczać melodia – zastąpiona urywanymi oddechami i szaleńczym biciem tłukącego się w klatce piersiowej serca. Dyktującego kolejne ruchy, usprawiedliwiającego gesty; zbyt śmiałe, być może, niecierpliwe – na pewno, powstrzymywane przez długie miesiące, w trakcie których chwiał się gdzieś na niewidzialnej krawędzi, cienkiej granicy pomiędzy tym, czego chciał, a co powinien, teraz – bezpowrotnie przekroczonej. Czy żałował? Nie; czy miał żałować – nie wiedział, ale w tamtej cudownej chwili nie był w stanie się nad tym zastanawiać – bo roziskrzone spojrzenie czekoladowych tęczówek skutecznie odciągało jego myśli od czegokolwiek innego, była tylko Hannah – i jej uśmiech, lekkie wzruszenie ramion, ciche ja też, dotyk ciepłych palców na jego policzkach; zatrzymał się, ze wstrzymanym oddechem wysłuchując jej odpowiedzi, niedokończonej. – Dla?.. – zapytał, wypuszczając z płuc resztki powietrza, ale nic więcej powiedzieć nie zdążył, zamiast tego odwzajemniając czuły pocałunek, a później – dając pociągnąć się w dół, tak jak wcześniej w tańcu, tak i teraz podążając za Hannah, za jej dłońmi, ramionami, ciałem. Jak mógłby postąpić inaczej? Odkąd tylko sięgał pamięcią, była dla niego drogowskazem – nawet wtedy, gdy jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, czy to skupiony na ulotnej karierze gracza Quidditcha, czy kiedy taplał się we własnym żalu, odpychając od siebie tych, którym zależało na nim najbardziej. Była świadkiem każdego jego sukcesu i potknięcia, wszystkich niewybaczalnych błędów i ucieczek; a teraz – była tak blisko jak nigdy wcześniej, a mimo to: nie pragnął niczego innego poza tym, by znalazła się jeszcze bliżej.
To właśnie starał się jej przekazać – pochylając się niżej i raz jeszcze chwytając jej wargi we własne, bez pośpiechu, powoli, z czułością; chciał, żeby czuła się dobrze, bezpiecznie, pewnie – nie umknęło mu krótkie spojrzenie rzucone gdzieś w bok, na ułamek sekundy utkwione w punkcie, którego nie potrafił odnaleźć ani wychwycić, bez trudu odgadnął jednak malujące się na zarumienionej twarzy emocje. Przysłonięte po chwili uśmiechem, radosnym błyskiem w znajomych oczach, sprawiającym, że na moment zabrakło mu powietrza; wyszeptane słowa prawie utonęły w szeleście szumiącej w uszach krwi, wyczytał je jednak z ruchu ust, pełnych, czerwonych; kiwnął głową, przez sekundę w oszołomieniu obserwując palce plączące się w materiale bluzki, zgrabnymi ruchami odpinające jeden guzik po drugim. Powstrzymanie się przed podążeniem za nimi, przed złożeniem setki pocałunków na odsłoniętym obojczyku i każdym centymetrze jasnej skóry, wymagało od niego całych pokładów samokontroli – ale zamiast tego uchwycił dłoń Hannah w pół ruchu, zamykając ją we własnej, przyciągając do siebie – i w podyktowanym chwilą odruchu całując opuszki szczupłych palców. – Chodź – odezwał się cicho, wciąż szeptem (prosząc – nie rozkazując), ani na sekundę nie odrywając spojrzenia od jej twarzy: intensywnego, choć przełamanego błądzącym po wargach uśmiechem. Odchylił się nieco, ostrożnie zsuwając się z kanapy – stawiając na podłodze najpierw jedną stopę, a później drugą, nie puszczając jednak dłoni Hannah; ciągnąc ją delikatnie do siebie, zaplatając ich palce, robiąc krok w tył. – Zaufaj mi – dodał, chcąc, by poszła za nim – w milczeniu prowadząc ją w stronę schodów, tyłem pokonując kolejne stopnie. Wiedział, że gdyby zdecydował się zostać w salonie, zostałaby tam z nim – widział to w jej spojrzeniu, w stanowczości gestów, w uśmiechu – ale otwarta przestrzeń, którą w każdej chwili mógł naruszyć ktoś inny, nie dawała komfortu, który chciał jej zapewnić.
Nie zapamiętał całej drogi od salonu do sypialni, ani tego, które z nich popchnęło drewniane drzwi, zamykając je za nimi z cichym szczęknięciem zamka, ale dopiero wtedy rozluźnił uścisk palców, żeby zacisnąć je na krawędzi swetra i ściągnąć go przez głowę – z jakiegoś niezrozumiałego powodu rejestrując, że niebo za umieszczonym w pochyłym suficie oknem w którymś momencie zdążyło zabarwić się granatem. Nie spoglądał na nie jednak długo, niemal natychmiast odnajdując wzrokiem spojrzenie Hannah – dłońmi obejmując jej twarz, kciukami gładząc policzki; pochylając się – do kolejnego pocałunku, pewniejszego niż wszystkie poprzednie, choć nie mniej niecierpliwego; zamknął oczy, palcami jednej ręki odgarniając luźne, miękkie kosmyki za ucho, opuszczając ją niżej, na szyję, ramię, talię; przesuwając stwardniałymi od setek spędzonych na miotle godzin opuszkami po gładkiej skórze, zsuwając z barków miękki materiał rozpiętej bluzki; zastanawiając się, dlaczego tak mocno kręciło mu się w głowie – skoro zdążył upić ledwie łyk przyniesionego przez Hannah alkoholu.
Lądowanie na zaścielonym łóżku okazało się znacznie łagodniejsze niż powstrzymany w ostatniej chwili upadek na kanapę; pociągnął ich w tamtym kierunku powoli, pomagając Hannah ułożyć się wygodnie na materacu, po raz pierwszy pozwalając swojemu spojrzeniu błądzić. Chciał jej powiedzieć, że była piękna, ale słowa go zawiodły – nachylił się więc nad nią, całując najpierw kącik pachnących cynamonem ust, a później przesuwając wargi na policzek, krawędź żuchwy, szyję, ramię; obsypując delikatnymi pocałunkami skórę na mostku i brzuchu, podpierając się jedną ręką, drugą – przesuwając wzdłuż talii, zahaczając o biodro, sięgając uda; podciągając się wyżej, znów odnajdując parę czekoladowych tęczówek – nie przerywając jednak tego osobliwego tańca, zupełnie innego od tego, którego ledwie minuty temu próbowała nauczyć go Hannah, pozbawionego sztywnych kroków, choć w gruncie rzeczy wcale nie aż tak bardzo odmiennego; takiego, w którym nie obawiał się prowadzić, nie potrzebując niczego więcej niż paru słów potwierdzenia – i emocji zamkniętych w gestach, w dotyku dłoni na ciele, w przyspieszonych oddechach i szaleńczym biciu serc, w krzyżujących się raz po raz spojrzeniach.
I tylko momentami złośliwy głos w jego głowie przekonywał go, że to musiał być sen; jeden z tych dobrych, upragnionych, z których nigdy nie chciał się obudzić.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Przedpokój [odnośnik]08.06.22 23:56
Wspomnienia o nim jak żywe nawiedzały ją rok temu, kiedy próbowała ruszyć dalej, zapomnieć o tym — o nim — i żyć tak, jak powinna. Ale żadne inne uśmiechy, a ostatecznie pocałunki nie potrafiły sprostać jej wyobrażeniom, wprawić motyli w brzuchu w ruch, przyspieszyć bicie serca na tyle, by pozwoliła sobie na więcej. Trzymał ją w ryzach strach i przekonanie o tym, że zdradza samą siebie. To, co czuła. Zdradza Williama, bo to właśnie jego kochała od tylu lat. I choć nie było go obok, zostawił ją bez słowa, mimo, że nigdy nie mogła od niego niczego wymagać, każdy inny mężczyzna stawał pod potwornym ostrzałem nieświadomych porównań. Nie chciała taka być. Podła i okrutna. Zestawiać ich ze sobą, wmawiać sobie, że zasługuje na szczęście, które jej się nadarzyło. Wystarczyło skorzystać z szansy. Potem uzmysławiała sobie, że unieszczęśliwiłaby nie tylko siebie, ale także tych, których ceniła i darzyła ogromną sympatią. Nikt nie mógł się z nim równać pod żadnym względem, a próba postawienia przy nim kogokolwiek była bezcelowa.
Zawsze robiła i mówiła dokładnie to o czym od razu pomyślała. Nie mogła inaczej. Kiedy był tak blisko nie wyobrażała sobie, że mogłaby mu odmówić, poprosić go o przerwę, odłożenie tego na później. Nie było żadnego później, było tylko tu i teraz. I oni. Oboje, razem. W sytuacji, którą wielokrotnie sobie wyobrażała, o której marzyła, śniła ze wstydem i rumieńcami na rozgrzanych policzkach. Zawsze to był on, jakby jego oczy sam w sobie dawały jej całe to poczucie bezpieczeństwa, zachęcały ją do wykorzystywania odwagi, którą miała do roli, o której nie miała najmniejszego pojęcia. Całowała go zapalczywie i z całym uczuciem, jakim go darzyła.
Kiedy ujął jej dłoń, ucałował opuszki przeszedł ją dreszcz i paraliż; a w oczach na moment błysnął lęk — przesadziła? Pokazała się z tej złej strony? Czy teraz mógł ją mieć za łatwą? Przez ten ułamek sekundy wystraszyła się, że popełniła błąd idąc za własnymi pragnieniami i trzeba było posłuchać mamy; co jeśli teraz zmieni zdanie o niej? Czy to było możliwe? Nie. To był Billy. Jej Billy.
To ustąpiło, kiedy zaprosił ją ze sobą. Przełknęła ślinę i ostrożnie, powoli wstała zaraz za nim, drugą dłonią instynktownie łapiąc rozpiętą bluzkę i z dziewiczym wstydem ściągając jej poły ku sobie. Nie puszczała jego dłoni ani przez moment, ściskała ją mocno, dając się poprowadzić ku schodom, a później na górę. Przez ten kawałek drogi myślała o tym, czego ją nauczono przez te wszystkie lata— o mamie która wychowała ją na kobietę, którą dzisiaj była. Przygryzła lekko wargę, zastanawiając się nad zasadami i tym przed czym ją przestrzegała, a co właśnie robiła przekornie i z przemożnym pragnieniem. Ale nie miała już kilkunastu lat, była dorosła, dla wielu zbyt dorosła, za stara na popełnianie takich młodzieńczych głupot. Gdy tylko wzrokiem napotkała szerokie ramiona Williama, jego profil, błąkający się na ustach uśmiech — szczery i prawdziwy, znała go tak dobrze — wiedziała, że nie był nikim przypadkowym w jej życiu, krótką chwilą namiętności, pożądania. Przypadkiem. Nie dała mu się uwieść, nie chodziło o intymność. Przecież go kochała. Tak długo. Tak mocno i bezgranicznie. Był przeznaczeniem. Oddałaby mu wszystko, każdego knuta, każą kroplę wody, siebie. Bez wahania. Nigdy nie zgodziłaby się z nikim, że było w tym coś niewłaściwego. Nie, jeśli robiło się to wszystko z miłości.
Pokój, który przed nią otworzył był niewielki, przytulny — widok okna wywołał w niej mimowolny uśmiech. Czy ta przyszłość mogła się ziścić? Czy ten sen mógłby trwać w nieskończoność? Czy te urodziny mogły nie mieć końca, by przyglądała się temu przez każdą kolejną minutę swojego życia z uśmiechem i łzą wzruszenia? Skierowała oczy ku niemu, nie mogąc powstrzymać unoszących się kącików ust. Puściła jego dłoń, by uprzeć się o drzwi i zamknąć je za sobą z ciężko bijącym sercem i urywanym oddechem. Nie wiedziała, czy wokół było tak cicho, czy dla niej to wszystko stało się tak wyraźne. Kolana miała miękkie, ale chciała tylko biec ku niemu.
Jego dłonie sprawiły, że przestała pamiętać o czymkolwiek innym. Puściła zaciskany w dłoni materiał bluzki, pozwalając by pomięta rozchyliła się na nowo, ześlizgując z jednego ramienia, kiedy przysiadała na łóżku, przodem do niego. Uniosła na niego spojrzenie; nieco skrępowane, ale roziskrzone, szczęśliwe. Znalezienie właściwego miejsca na materacu, właściwej pozycji nie było możliwe; siedziała jak na szpilkach, pragnąc tylko tego, by ją objął, znalazł się znów blisko, a jego usta dotknęły jej rozgrzanej skóry. Nie była pazerna, a jednak nie mogła się doczekać, by utonąć w jego ramionach i mieć go przez tę chwilę tylko dla siebie. I mogła odetchnąć dopiero wtedy, gdy tak się stało, gdy jego gorący oddech otulił jej ciało, każdym powiewem urywając jej własny oddech w rozkosznym tchnieniu. Ścisk w brzuchu się nasilał. Odnalazła jego usta, a jedyną melodią dla ucha było szalone walenie serca w piersi. Szum krwi w uszach. Powoli, niepewnie przesunęła ręce wzdłuż jego boków, by odnaleźć nagie ciało, które przy każdym ruchu napinało się. Czuła to pod palcami. Każdy mięsień, który pracował w danej chwili. Ubranie jej nie przeszkadzało, radziła sobie, nie zauważała go. Myślami pomknęła do tego dnia na plaży w Oazie. Każde muśnięcie co rusz wywoływało na jej ramionach gęsią skórkę. Ugięła nogę w kolanie, przyciskając ją do jego ciała, czując pod spódnicą i grubymi pończochami marszczący się materiał jego spodni, każdy ruch ciała, jakby jej skóra stała się wrażliwsza na każdy, najmniejszy bodziec.
Czuła się szczęśliwa jak nigdy wcześniej.



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Przedpokój - Page 2 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Przedpokój [odnośnik]12.06.22 18:16
To nie tak, że się nie wahał; każdy prowadzący na piętro stopień, który pokonywał, ani na moment nie odrywając przy tym spojrzenia od Hannah, oznaczał zignorowanie przynajmniej jednego powodu, dla którego powinien był się wycofać (zaczekać na właściwy czas, zachować się tak, jak należało). Znał je wszystkie – część wpoili mu rodzice, innych nauczyło go życie i własne błędy; nie miał w zwyczaju poddawać się chwili, nie pozwalał, by emocje kierowały jego działaniami – ale to, co czuł teraz, gdy zamknęły się popchnięte przez Hannah drzwi, nie miało w sobie nic z ulotności. Kochał ją – od dawna, miał wrażenie, że od zawsze, nawet jeśli jeszcze parę miesięcy temu była to miłość zupełnie inna; uczucia nie spadły na niego jak grom z jasnego nieba – kiełkując na fundamentach zbudowanych z długoletniej przyjaźni, dojrzewając w miarę, jak zmieniał się on sam, niejako na nowo odnajdując się w rzeczywistości, od której na przeszło pół roku zupełnie się odsunął. Szukając swojego miejsca w odmienionym nie do poznania świecie, którego jedynym stałym i niezmiennym elementem była ona – gotowa przyjąć go z powrotem bez względu na to, jak bardzo by się nie pogubił. Inni pojawiali się w jego życiu i z niego znikali, pozostawiając po sobie mniejszy lub większy ślad; za niektórymi wciąż tęsknił, ale tylko do Hannah wracał za każdym razem, gdy – świadomie lub nie – zaczynał tęsknić za domem. Z jednej strony żałował: że nie pozwolił sobie na dostrzeżenie tego wcześniej; z drugiej – co, jeśli wybór innej ścieżki sprawiłby, że nigdy nie spotkaliby się w tym punkcie?
Dzisiaj był już pewien: tego, czego chciał i kogo chciał, a roztaczane lekko wizje – te o wspólnych porankach i budzeniu się obok siebie, i o grządkach przed domem, i o kuchni wypełnionej zapachem pieczonego ciasta – tylko go w tym utwierdzały. Wierzył, że oboje pragnęli tego samego, dlatego nie cofnął się, gdy Hannah uniosła spojrzenie, siedząc na krawędzi jego łóżka. Łóżka, w którym w ostatnich tygodniach śnił o niej wielokrotnie – więcej razy, niż byłby skłonny przyznać. Nie odwrócił się, nie zrobił kroku w tył, zamiast tego znów otaczając ją ramionami, całując każdy centymetr odsłoniętego ciała, wdychając zapach ciepłej skóry; gestami próbując przekazać wszystko to, co nie zawsze potrafił ubrać w kapryśne słowa; pachniała sobą, lasem, mieszanką korzennych przypraw i czymś jeszcze, co mgliście kojarzyło mu się z tamtym popołudniem, kiedy uczył ją pływać – nieudolnie udając, że wcale nie rozpraszały go krople wody spływające wzdłuż linii jej ramion i obojczyków, ani że oparte o jego klatkę piersiową dłonie nie powodowały wędrujących w dół kręgosłupa dreszczy. Czuł je też teraz, jej palce przesuwające się po jego skórze wydawały się parzyć, podobnie jak noga przyciśnięta do biodra; wciągnął powietrze do płuc, jakby z trudem łapał oddech, choć przecież brakowało mu go rzadko – ogarnięty nagle frustrującą świadomością oddzielających ich warstw materiału.
Uniósł się nieco, ciężar ciała opierając na ręce wspartej o poduszkę, przerywając jeden z czułych pocałunków, żeby spojrzeniem odnaleźć parę czekoladowych oczu – drugą dłonią odnajdując krawędź otulającej uda tkaniny, niespiesznie zsuwając ją w dół, wzrokiem jakby milcząco pytając o pozwolenie – upewniając się, że nie przekraczał granicy, której Hannah nie czułaby się gotowa przekroczyć. Dopiero później przesunął się niżej, pomagając sobie drugą ręką, pochylając się, żeby musnąć ustami skórę na odsłoniętym kolanie, najpierw jednym, później drugim, gdzieś w międzyczasie zapominając kompletnie o wszystkim. Byli tylko oni, ciepłe dłonie Hannah i jej miękkie wargi, które bez problemu znów odnalazł, dłońmi odszukując zapięcie długiej spódnicy, coraz bardziej chaotycznymi ruchami pozbywając się też spodni; nie spieszył się przy tym, nie poganiał – wyczulony na najdrobniejszy ślad ewentualnego protestu prowadził ich dalej, tym razem nie potrzebując żadnej muzyki poza rytmem wyznaczanym urywanymi oddechami i przyspieszonym biciem serca, dotykiem palców przesuwających się po rozgrzanej skórze i nieskładnymi fragmentami słów, które szeptał jej do ucha (dziwnym trafem wszystkie brzmiały jak jej imię, może o niczym innym nie był w stanie myśleć), kołysząc ich ciałami w łagodnym tempie; odnajdując jej palce i splatając je z własnymi gdzieś ponad opartą o miękką poduszkę głową, obok ciemnych włosów rozsypanych na jasnej pościeli.

| zt? :pwease:


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Przedpokój
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach