Wydarzenia


Ekipa forum
Market Hall Warwick
AutorWiadomość
Market Hall Warwick [odnośnik]06.08.21 1:21

Market Hall

Hala targowa została wybudowana w całości z piaskowca w XVII wieku, aby stać się centrum handlu w Warwick i skupić w jednym miejscu kupców przybywających do miasta. Od czasu powstania hala cieszy się popularnością i nadal można dostać tutaj wiele przedmiotów oraz surowców, chociaż nie w takich ilościach jak dawniej. Coraz częściej mówi się również o mniej legalnej stronie kwitnącego handlu. Wystarczy wiedzieć do kogo należy się udać, nie wzbudzić podejrzeń i dostać dostęp do tego, co handlarze chowają przed wzrokiem przeciętnej osoby oraz zbyt ciekawskich władz.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Market Hall Warwick Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Market Hall Warwick [odnośnik]02.10.22 22:21
10 maja 1958, przed zmrokiem
Kiedy opuścili lecznicę - Cassandra bez przekonania zostawiła młodą magomedyczkę bez odpowiedzi co do losu jej ojca - obrzuciła zamek nad miastem kolejnym spojrzeniem, by po chwili przesunąć wzrok na rozciągającą się przed nimi uliczkę otoczoną starymi budynkami. To miejsce pokryte było jeszcze wojennym kurzem, ale gdy się go uprzątnie nabierze uroku. Poprzez brudne ulice i zmęczone twarze potrafiła dostrzec coś znacznie spokojniejszego od mrocznego i niebezpiecznego Nokturnu. Powietrze było tu bardziej rześkie, wszystko otaczała jaskrawa zieleń, nie słychać było zgiełku wielkiego miasta: w Londynie znacznie wyciszonego od tamtej nocy. Było tu jeszcze wiele do zrobienia, ale czy rzeczywiście mogło być początkiem czegoś nowego? Wiedziała, że to znacznie lepsze środowisko dla jej dzieci, zwłaszcza dla Calchasa. Nie miał w sobie dziecięcej niewinności, nie mógł rosnąć otoczony plugawym krajobrazem. Jego umysł musiał się wykształcić ostro, bystrze. Samodzielnie. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi, ale mieli jeszcze dość czasu, by dotrzeć do ogrodów, o których wspominała wcześniej - skierowała się w tę stronę od razu, szybkim krokiem, nie chcąc tracić czasu.
- Nie sądziłam, że interesują cię zioła - ozwała się ku niemu, sądząc, że w ten spacer wyruszy już sama. Zbieranina leczniczych ziół w pobliżu zaciekawiła ją ze względów pragmatycznych. Niedaleka droga do lecznicy mogła uczynić je użytecznymi, zwłaszcza, że nic nie wskazywało na to, by wciąż miały właściciela. Ale Ramsey nie chciał obejrzeć ziół. Nie ciekawiło go też piękno roślin ani samych ogrodów, nigdy nie doceniał darów natury. Chciał jej towarzyszyć, po co? Ni przez chwilę nie sądziła, że rzeczywiście nakazał jej tutaj przybyć wyłącznie w interesach. Lecz jakie był zatem jego plany? Spojrzenie odnalazło jego, zbadała jego profil, nie przerywając spaceru. - Koper, szałwia, rozmaryn, czosnek... - Ściszyła głos, wymieniając te z ziół, które najintensywniej wypełniały zapachem suszarnię, te, które rozpoznawał, potrafił wymienić. Nie denerwował go ten aromat. Wielu dusił, ale nie jego. Czy niosły wspomnienia? - Uspokajały cię, gdy traciłeś przytomność - mruknęła, zatrzymując się przy furtce prowadzącej do zaniedbanej posiadłości. Dawniej mogła sprawiać wrażenie reprezentacyjnej, dziś nieszczególnie. Okna były brudne, drzwi nieużywane. Złożyła dłoń na mosiężnym pręcie bramki, podrdzewiała pod wpływem lekkiego pchnięcia łatwo puściła, otwierając im wejście do środka. Na ścieżkę weszła pierwsza, omijając jednak wzrokiem sam budynek i prędko niknąć za jego rogiem, by finalnie odnaleźć dostrzeżone z lotu ptaka uprawy. Ogrody wydawały się nieuporządkowane, chaotyczne, ale tylko dla oka, które nie potrafiło rozpoznać tych bogactw. Raz niższe raz wyższe kępy roślin porastały tereny wokół błotnistych ścieżek, przeplatane niewysokimi drzewami. Nieco dalej znajdowała się szklarnia. - Nagietki, arcydzięgiel, waleriana, rumianek... pokrzywa też nie rośnie tu przypadkiem. Nie wiesz, do kogo należał ten budynek? - zapytała, oglądając się na niego przez ramię. - Czarny bez - Chwyciła gałązkę pobliskiego drzewa, oglądając zdrowe liście. Owoce mogły mieć moc. - Ktoś celowo wyhodował na nim jemiołę. A to... - Spojrzała na kolejne z drzew, nie powstrzymując subtelnego dotyku dłoni, sięgnęła zaczarowanej kory, muskając opuszkami palców zmurszale zgrubienia. - To jest prawdziwy wiggen. Dość stary, by owocować - dodała szeptem, cofnęła się parę kroków, by przyjrzeć się drzewu w jego pełnej okazałości - wpadając na kamienną studnię, wspierając o nią dłoń. Od dawna nieużywana, sieć pajęczyn dosadnie to potwierdzała. - To drzewo jest bezcenne. Chcę je na użytek szpitala - oznajmiła, spoglądając na Ramseya. Miała tu jeszcze wiele do odkrycia, ale to, to było kluczowe. Korona zaczarowanej jarzębiny przyciągnęła ją tu najmocniej.




bo ty jesteś
prządką

Cassandra Vablatsky
Zawód : Szeptucha
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

i am my mother's savage daughter

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-zorya-utrennyaya#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Re: Market Hall Warwick [odnośnik]05.10.22 20:11
Mieszkanie w Londynie było małe, ciasne, ale nawet kiedy obrastało w stosy opasłych woluminów nie przeszkadzało mu to. Nie musiał dzielić z nikim nawet skrawka tej przestrzeni; w bałaganie potrafił znaleźć wszystko, z łatwością odnajdując się w chaotycznej siatce zapisków i danych. Zmiany, które nastąpiły wymagały od niego dostosowania się. Chcąc tworzyć nowe, kształtować otaczająca go rzeczywistość musiał dopasować się do nowej formy. Warwickshire było daleko od stolicy, której ciszę i spokój docenił po bezksiężycowej nocy. Odległość nie była problemem, nawet teraz, gdy deportacja w Londynie nie była możliwa. Warwick było inne od tego, w czym tkwił ostatnią dekadę życia. Tamto przeminęło, czas pozostawić za sobą. Idąc tu, pół kroku za nią patrzył w przyszłość. Przyszłość go otaczała, kroczyła ku niemu w eleganckiej czerni i fiolecie. Surowością swej urody idealnie wpasowując się w stare kamienice z kamienia, odległe zamkowe mury, kamienne mosty, drogi pokryte kocimi łbami; jednocześnie kontrastując z rodzącym się wokół życiem, wiosną. Kwitnącą przyrodą, której nie oświadczali tak intensywnie w Londynie. Zieleń, pierwsze kwiaty w oddali; urwane przez kruki pąki z drzew przyprószone pyłem i popiołem. Różowo-fioletowe niebo przechodziło powoli w granat, otaczając przestrzeń wokół kolorową, ciepłą łuną. Ją także, wygładzając rysy jej twarzy, odejmując lat. Ostatnie promienie słońca ślizgały się po jej kościach policzkowych ukrywając pierwsze zmarszczki wokół oczu. Znał miejsce, w które go prowadziła.
— Ja także nie, ale to miłe, że niespodziewanie potrafię zaskoczyć nas oboje — odparł lekko, choć nieszczerze. Rzeczywiście nie interesowały go ani zioła ani te rośliny — ale ją tak, a on potrzebował przestrzeni. Odpowiedniej, przystępnej, posiadającej szczególne walory i wyraźny stopień użyteczności. Dodatkowy atut, argument. Lubił być odpowiednio przygotowany, posiadać w zanadrzu wystarczającą ilość konkretnych argumentów. To nie był czas na rozmowę, do której się szykował. Nie zwykł działać pod wpływem impulsów, a właśnie tak ją odbierał, z przykrością zdając sobie sprawę, jak niewiele wiedział o tej kobiecie.
— Czosnek? — spytał, unosząc brwi, obracając ku niej głowę ze szczerym zdumieniem. Choć czuł jej wzrok już kilka chwil wcześniej na sobie, nie zwracał własnego ku niej aż nie usłyszał tej rewelacji. — Właściwie, nie powinno mnie to dziwić. Okrutnie boję się wampirów — westchnął, uśmiechając się pod nosem z rozbawieniem. Miał dobrą pamięć do zapachów, wrażliwy nos. Ufał temu zmysłowi zdecydowanie bardziej niż oczom, choć jeden i drugi mogły spłatać figla. Ona pachniała ziołami, ale czymś jeszcze. Jakby jej włosy nasączone były tym zapachem, a powietrze które pozostawiała za sobą wciąż trzymało go niczym opary z kotła. — Ciebie także ten zapach uspokaja? — spytał, przystając przy furtce w oczekiwaniu aż wkroczy na teren budynku. — Domyślam się, że nie, więc co? — pytał dalej, śledząc jej profil, kiedy wkraczała do ogrodu — teraz to on jej się przyglądał. Przez chwilę, lecz nachalnie. Obrzucił nieszczególnie zainteresowanym spojrzeniem urody, oczy w końcu wznosząc ku budowli. Duży dom, w dobrym stanie, choć swoim stanem zdawał się być opuszczony. Wtedy w marcu? Czy może znacznie wcześniej? Ruszył za nią, wybraną przez nią ścieżką, w końcu zwracając uwagę na to, co miał pod nogami, by przypadkiem nie wpaść na wystający korzeń, ułamaną donicę ukrytą w trawie, czy fragment zalezionej fontanny. — Mieszkał tu przez chwilę Walter Savage Landor, pisarz, a przynajmniej według zapisków ten dom należał do niego. Jego dzieci otrzymały w spadku ten teren, potem wnuki, ale nie posiadam informacji o jego ostatnich mieszkańcach. Wiadomo jednak, że wnuczka Landora nazywała się Krueger. Była czarownicą. — A to mogło wyjaśniać szczególną mieszankę roślin w tym ogrodzie, ale nie zdecydował się na tak głęboka analizę. Zatrzymał się w miejscu, przyglądając się drzewu. Nie dostrzegał w nim podobnej wartości, ale słuchał z zainteresowaniem jej głosu i zachwytu, jaki w nim rozbrzmiewał. Uśmiechnął się, nie odpowiadając jednak na jej żądanie. — Obejrzę dom. Proszę, dołącz do mnie, kiedy się rozejrzysz po... tym zagajniku — dodał, rozglądając się dookoła, po czym wolnym krokiem ruszył w stronę drzwi. Ostrożnie podszedł do drzwi, chwyciwszy za klamkę pchnął je, wchodząc do środka. Na ścianach dostrzegł kinkiety, wyciągnął więc różdżkę, by rozpalić świece. Powitała go spora przestrzeń, hol z imponującymi schodami prowadzącymi na górę. Wpierw jednak zwiedził parter, pomieszczenie po pomieszczeniu, dostrzegając drobiny kurzu na drewnianych meblach, umazanych oknach. Nikogo nie było tu od dawna, ale dom wydawał się być w bardzo dobrym stanie. Kuchnia, jadalnia interesowały go najmniej. Obejrzał salon, biblioteczkę — nikt nie opróżnił półek. To tam spędził najwięcej czasu, przeglądając zakurzone książki, by w końcu dotrzeć schodami na piętro, ale tam nie było nic ciekawsze — łazienka, puste pokoje. Chwycił dłońmi ciężki materiał zasłon, szarpnięciem odsuwając je; widok z okna padał na ogród.



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Świat smakuje jak machora
a machora jak ten świat,
kiedy przyjdzie na mnie pora
sam wyostrzę czarny bat.
OPCM : 40
UROKI : 20 +2
ALCHEMIA : 0 +3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5 +3
Genetyka : Jasnowidz
Market Hall Warwick BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Re: Market Hall Warwick [odnośnik]24.11.22 23:59
Kącik jej ust drgnął na jego nieszczere wyznanie, rada, że pewne rzeczy pozostały niezmienne. Kiedy dowiedziała się, że w tamtym miejscu stracił pamięć zastanawiała się nad tym, co jeszcze mógł utracić; jego poświęcenie sprawie było wielkie, sposób, w jaki się narażał, ogrom mocy, z którymi zadzierał, znała je przecież, nie rozumiała ich, lecz tak wiele razy mierzyła się z pozostawionymi przez nie konsekwencjami, że doskonale wiedziała, że respekt, jakim je darzono, nie był ni trochę przesadzony. Martwiła się o niego. O to, kim mógł się stać, w jaki sposób mógł się zmienić, nawet o tym nie wiedząc, jednak niczego takiego w nim nie dostrzegała. Myśl o tym, że te pradawne moce wydarły z jego serca akurat ją - i tylko ją - nie dawały jej spokoju. Podobnie jak to, że mimo utraty tych wspomnień ich drogi nie przestały się przeplatać - wrócił, tak jak wracał zawsze.
Przykucnęła przy pobliskich ziołach, wyciągając dłoń ku ich liściom, badając ich fakturę, świeżość, zapachy, chcąc dokładnie przebadać możliwości zgromadzonych tu zasobów. Kiedy zwrócił się do niej w dalszych słowach, w zamyśleniu zatrzymała wzrok na najbliższej jej mięcie, wcale na nią jednak nie patrząc. Co ją uspokajało? Od lat nad jej ramieniem wisiał wyłącznie strach, umknął tylko na moment. W dniu, w którym został bratobójcą - dla niej i dla jej dziecka. Uspokajało ją bezpieczeństwo, którego jej brakowało. Uspokajała ją jego bliskość, kiedy darzyła go zaufaniem.
- Szałwia - rzuciła wciąż w zamyśleniu, zdawkowo i nieco zbyt szybko, nie starając się nawet ukryć kłamstwa. - Łagodzi bóle i uspokaja. Oczyszcza ze złej energii. Ciekawa jestem, czy ją tu znajdę... - mruknęła, wyciągając dłoń głębiej między krzewy, odsuwając mocniej rozprzestrzenione liście, nie oglądając się na niego pomimo tego, że czuła na sobie jego wzrok. - Wampiry też jej nie lubią - dodała po chwili, bezbłędnie odnajdując odpowiednie liście. Zerwała gałązkę, jeszcze nie kwitła, po czym oberwała ją z trzech listków, które starła między palcami, przysuwając pod nos, by ocenić jakość wypuszczanych przez nią olejków. - Widać w tym rękę czarownicy - przytaknęła, teraz dopiero przenosząc wzrok na Mulcibera. - Reszta rodziny była niemagiczna? - To by wyjaśniało, dlaczego to miejsce jest opuszczone. - Zginęli tutaj? W środku? - zapytała, podnosząc się, by nieśpiesznie przejść na grządkę obok. Krzywy jagodowe, głównie maliny. Bogactwo witamin, skinęła głową, słysząc, że zechciał rozejrzeć się w domu. Kolekcje ksiąg pisarza, magicznego czy nie, mogły być bardzo interesujące. Została w ogrodach jeszcze chwilę, rozglądając się po zasadzonych roślinach, chcąc dokładnie zbadać zasoby. Wydawało się, że mogła znaleźć tu wszystko, co mogło jej być potrzebne w lecznicy. Droga do szpitala nie była daleka, kiedy okolica zostanie uprzątnięta z pozostałości po walkach, mogłaby wysyłać Lysandrę po zioła. Powstawszy otrzepała dłońmi spódnicę z ziemi, kątem oka dostrzegając profil Ramseya w oknie górującego nad ogródkiem budynku. Uniosła ku niemu spojrzenie, porozumiewawcze, zgodnie z jego życzeniem, nie zastanawiając się nad sensem tej propozycji, kierując się do środka, żeby do niego dołączyć. Sama ciekawa była okolicy. Jeśli miała spędzić tu więcej czasu, chciała ją poznać. Pobieżnie przemknęła wzrokiem po przestronnym holu, od razu kierując się po drewnianych schodach w górę - dawno nieużywane stopnie skrzypiały przy każdym kroku. Dom musiał być ładny, kiedy był zadbany. Dawniej.
Przemknęła korytarzem, zaglądając do kolejnych pomieszczeń, by zatrzymać się u progu pokoju, w którym go odnalazła. Wsunęła się do środka, zmierzając do okna; złożywszy dłonie na parapecie wyjrzała na zewnątrz. Widok rozciągał się nie tylko na ogród - ale i na miasteczko, zrujnowane wojną i ostatnimi wydarzeniami, ale z wolna wracające do normalnego życia. Miało swój urok.
- Dawno już nie opuszczałam Londynu. Nie na dłużej - przyznała, obserwując widoczne stąd budynki. Ekscytacja drzewem wiggenowym sprawiała, że wciąż była w dobrym nastroju. - A w Warwick jestem dziś po raz pierwszy. Dużo tu zieleni. - Rzędy niskich domków o charakterystycznej dawnej architekturze doskonale wtapiały się w rozległe nizinne tereny. - Te ziemie wiele przeszły, teraz i dawniej. Oczy mieszkańców zwrócone są dziś na ciebie, z nadzieją. Masz być tym, który przywróci im stabilność. - Szukała w szybie odbicia jego twarzy. - Doprowadzi zwycięstwo do końca i rozpocznie nowy etap w życiu osiadłych tu czarodziejów. - Odwróciła się przodem do pomieszczenia, by odnaleźć jego wzrok własnym. Ostatnio, kiedy się widzieli, wtedy, zanim zapomniał, był zmęczony. Jego barki były ciężkie, bo leżało na nich zbyt wiele. Dziś tych obowiązków kłębiło się jeszcze więcej, a oczekiwania Czarnego Pana nie zmalały.




bo ty jesteś
prządką

Cassandra Vablatsky
Zawód : Szeptucha
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

i am my mother's savage daughter

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-zorya-utrennyaya#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Re: Market Hall Warwick [odnośnik]27.11.22 1:50
Po raz pierwszy od ich pierwszego spotkania dostrzegł w niej niedbałość, pośpiech i odrobinę lekceważenia. Nie próbując nawet kłamać nie podzieliła się z nim intymną wieścią. Wstydliwą? A może był inny powód, dla którego postanowiła zachować to dla siebie? Z reguły ludzie chętnie dzielili się tym, co sprawiało im radość, niosło ukojenie — chcąc jednocześnie ukryć miejsca, które mogły sprawić ból. Pozostawiając mu to do samodzielnego odkrycia, sprawiła, że zamilkł na dłuższą chwilę, nie próbując dociekać. Nie od razu, nie tak bezpośrednio. Nie zaniechał jednak pomysłu, bo teraz o wiele bardziej interesowała go odpowiedź niż wcześniej.
Zerknął na nią przez ramię, kiedy pochylała się we wzrastającej trawie, by odszukać gałązek, które dla niego wyglądały tak samo jak wszystkie inne. Z zaciekawieniem patrzył, jak bada rośliny, niemalże w naukowy sposób doświadcza ich jakości, testuje je. Zupełnie tak, jak on testował i badał swoje własne obiekty w Departamencie Tajemnic, czy Gwiezdnym Proroku. W zielonych oczach skoncentrowanych na zieleniących się liściach odbijały się wiedza i doświadczenie. Jej umysł zgłębiał wiedzę, która była mu zupełnie obca. Imponowała mu tym. Podobał mu się także ten widok. Kobiecy, silny, intrygujący. Nie brakowało jej pewności siebie, ale nie epatowała taże nieprzyjemną arogancją. Była świadoma tego, co potrafiła i umiała wykorzystać swoją wiedzę — nie lubił się mylić w swojej ocenie. Nie pamiętał ani jednej chwili spędzonej w jej lazarecie. Nie pamiętał żadnego z opatrunków, zaklęć, praktyk opiekuńczych jakie na nim rzekomo miała stosować, a jedna krótka chwila śledzenia jej na obserwacji ziół leczniczych sprawiała, że nie miał wątpliwości. To, co o niej mówiono to było prawdą.
Obrócił wzrok jeszcze na dom, nim zniknął w jego innych murach.
— Możliwe, że mieszana, ale były to raczej pojedyncze przypadki. — Nie uchodzili za czarodziejów, nie znaleźli się na liście szanowanych rodzin, nikt z nich nie został. Znacznie bardziej wydawali się istnieć na mugolskich kartach kultury niż czarodziejskiej historii. — Zostali przepędzeni. Uciekli przed czarodziejami nim się tu zjawili. Prawdopodobnie są martwi. — A to znaczyło, że choć zabrali ze sobą to, co najcenniejsze, część dobytku została w tym domu. Nie znał się na dziełach sztuki, nie sądził też by można było zrobić jakikolwiek uczynek z mugolskiej garerdoby, ale dom prócz zaniedbania powinien być w nienajgorszym stanie. Szczęśliwie ocalały nim ktokolwiek wpadł na pomysł, by odszukać właścicieli i pogrzebać ich żywcem w palącym się dworku.
Obejrzał pokoje, obejrzał zbiory, podczas gdy ona pastwiła się nad jakością chwastów w ogródku. Chwycił za zasuwę i szarpnięciem otworzył okno, wpuszczając do środka nieco rześkiego, majowego powietrza. Zerknął na nią, gdy do niego dołączyła. Przyjrzał się jej profilowi, po chwili podążając za jej spojrzeniem, przez okno na miasto, z błogością wsłuchując się w jej przyjemny głos. Udzielił mu się ten sam nastrój, zupełnie jakby nie słowami a wydychanym powietrzem wprowadzała czar chwili.
— Spędzając wiele dni, tygodni, lat w jednym miejscu zapuszczamy korzenie. Osadzamy się mocniej w gruncie, nasza skóra robi się twardsza, a my, czasem robimy się silniejsi, a czasem bardziej nieczuli i ospali — mruknął w krótkiej zadumie. — Coś wiąże cię z Londynem mocno? — Odrzuciła renomowaną posadę u Burke'ów, zgodziła się łatwo. Gdzie powinien szukać zasługi? — Podoba ci się tutaj? Podoba ci się ten dom? — Obejrzał się za siebie, jakby chciał zaprezentować ich własny kawałek ziemi. Ta jednak nie należała do niego. Jeszcze nie. Nie przywykł do takiej przestrzeni, tylu zakamarków, pomieszczeń, kątów. Dotąd nie musiał ich z nikim dzielić, nie potrzebował kryjówek. Tu było ich jednak wiele. Zamilkł na dłużej, analizując jej słowa. Szczere, czy będące elementem gry? Odpowiedzialność była olbrzymia, ale zamierzał uczynić wszystko, by sprostać wyzwaniu. Miał jednak świadomość, że potrzebował mądrych ludzi wokół siebie, doradców, którzy uzupełnią te sfery wiedzy, które dotąd go nie zajmowały ani przez chwilę. Przeniósł na nią wzrok powoli. — Tak też się stanie — przyznał bez wahania, czy cienia niepewności. Z takim samym przekonaniem dodał zaraz: — Ale to miasto potrzebuje czegoś więcej. Zadbania o tę kiełkująca nadzieję. Kogoś kto będzie pielęgnował w nich przeświadczenie, że nadchodzą lepsze czasy. Matki, opiekunki, przyjaciółki, powierniczki na ostatniej drodze. Wzoru i symbolu— wymieniał, nie spuszczając z niej wzroku. Wciąż nie mógł pojąć, co miała w sobie takiego, że wszystkie myśli dotyczące spraw doczesnych umykały w jej obecności; a jednocześnie czyniła w głowie mętlik odczuć i wrażeń. Spokój, który niosła tonem głosu, melancholijnym ruchem ciała, spojrzeniem wywoływał uczcie drżącego wyczekiwania. Na co miałby czekać? Nie wiedział.
Nabrawszy w płuca powietrza westchnął głośno i wyraźnie, obracając się tyłem do okna. Z kieszeni szaty wyciągnął papierośnicę, poczęstował ją.
— Jak zginął twój mąż? — spytał wprost, nie zamierzając przeciągać i odwlekać tego, czego pragnął się dowiedzieć. Wsunął jednego ze skręconych i umagicznionych papierosów do ust. Przesunął bibułą po dolnej wardze w prawo i w lewo tak, by nie przykleiła się do niej nieprzyjemnie po kilku pierwszych pociągnięciach i odpalił pstryknięciem palca. Zaciągnął się powoli, przeciągając tym samym ciszę. — Panna Multon przypomniała mi, że straciłaś go, zostając całkiem sama z dwójką jego dzieci.— Nie wiedział tego, bo skąd? Zapomniał o wszystkim, co jej dotyczyło, także o tym. Nie miała powodów, by kłamać, liczył, że wyzna prawdę. Mogła być najlepszym wstępem do dalszej współpracy. — Kiedy to się stało? — Nie kierowało nim nic poza ciekawością i także tylko ona była widoczna w jego oczach. Ona i nieprzyjemny błysk zazdrości. Cierpki, chłodny.



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Świat smakuje jak machora
a machora jak ten świat,
kiedy przyjdzie na mnie pora
sam wyostrzę czarny bat.
OPCM : 40
UROKI : 20 +2
ALCHEMIA : 0 +3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5 +3
Genetyka : Jasnowidz
Market Hall Warwick BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Re: Market Hall Warwick [odnośnik]27.11.22 17:48
Korzenie - dokąd sięgały jej? Odkąd pamiętała - uciekała. Przed jutrem, przed przeznaczeniem, przed tym, co potrafiło dostrzec jej trzecie oko. Człowiek pragnął tych korzeni. Sprawiały, że stawał się silniejszy. Słuchała go w milczeniu, błądząc spojrzeniem po jego twarzy, zastanawiając się, czy to, co teraz czuła, było tylko sentymentem, czy tęsknotą. Zawsze uciekała, od własnego serca również.
- Jak stare i potężne drzewa - przytaknęła jego słowom, na krótko oglądając się przez ramię na wiekowy wiggen. - Budzą podziw, a z czasem stają się symbolem. Trwałości, siły, czasem tez nadziei. Od głębokich korzeni, przez pnie, otaczające je kory, rozłożyste gałęzie i zielone liście, a w końcu soczyste owoce. Drzewa krwawią jak my, lecz ich krew, żywica, płynie złotem. Ich potężna moc nie jest dla nas wciąż w pełni zrozumiała. Czy to rzeczywiście ospałość, czy rozumiejąc i wiedząc więcej, drzewa trwają, pozbawione ludzkiego pośpiechu? Silne korzenie są wiecznością. Twoje sięgają syberyjskich mrozów i oto jesteś, równie silny i nieustępliwy, co chowane w tamtejszych śniegach niedźwiedzie. Jak dąb rosnący ku niebu, dawniej smagany wiatrem. Myślisz o nich czasem? O tym, jak tak naprawdę głęboko sięgają te korzenie? - O własnej krwi? Za to przecież walczył, jako najwierniejszy z wiernych. O tradycję, dawny ceremoniał i czystą krew. To, że on pragnął zapuścić korzenie tutaj, było dla niej oczywiste. Po zaszczytach, które go spotkały, nie miał już innego wyboru. - Nieszczególnie - odparła, gdy spytał o Londyn. Nigdy go nie lubiła. Zostawiła tam najgorsze wspomnienia. Stolica była bezpieczna, a bezpieczne miasto nie potrzebowało już jej usług. Największe obawy budził w niej jednak Calchas i jego obecność na Nokturnie, przesiąknięcie tamtejszą aurą, mroczną energią. Odpędzała ją kadzidłami, lecz nie mogła mieć pewności, na ile to rzeczywiście chroniło jej syna. Chciała, by wyrósł na potężnego czarodzieja, ale nie na bezrozumnego potwora. Nie pytał o to bez powodu, prawda? Grad pytań ciągnął się dalej - czy podobało jej się tutaj? Ten dom? Z ulgą przyjęła informację, że rodzina nie została zamordowana w ścianach tego budynku. Ogród był piękny i chciała z niego korzystać. Ale on nie zadawał tych pytań po to, żeby porozmawiać. - Lepiej się czuję bliżej drzew - przyznała, wracając do wcześniejszych słów. - W Londynie brakuje mi przyrody. Ciszy tych ulic i spokojnej aury - odparła szczerze. - Dom jest nieco zapuszczony, ale w czasach świetności musiał robić imponujące wrażenie. Jest najpiękniejszy w okolicy - dodała, zawieszając na nim spojrzenie, kącik jej ust drgnął na okazanie włości nowego namiestnika. - Masz plany - stwierdziła, nie zapytała. Zawsze miał. Potwierdzała to pewność w jego głosie, że podoła powierzonej roli. Nie wzięła się znikąd, ona też w to wierzyła. Obserwowała go czasów, w których nie znaczył nic - do wszystkiego doszedł własną ciężką pracą. Imponowało jej to od lat nieprzerwanie, a jednak wciąż potrafiło ją zaskakiwać. Otrzymaną ziemią, tytułem, a w końcu również podjętymi słowy.
Czy sam myślał o niej w ten sposób, pomimo otwartych przed nim nowych możliwości? Czy była gotowa porzucić własny wstręt wobec spętania i oddać wolność za przyszłość jego syna? Nie wiedział o nim, a w chwili takiej jak ta nie mogła go dłużej ukrywać - musiała podjąć decyzję. Nim jednak padło pytanie, na które czekała, słowa Ramseya zaskoczyły ją ponownie.
Mniej ich treścią, podobnych plotek mogło przecież krążyć bez liku, bardziej osobą, od której wyszły. Czy słowa o wielkiej siostrzanej przyjaźni, tak szumnie głoszoną przez nią w stanie upojenia, były tylko pustosłowiem? Czy w pierwszej wolnej chwili zdecydowała się skruszyć jej autorytet absurdalnym wyznaniem? Skłamała świadomie, nie wiedziała o jej drugim dziecku. Nie miała skąd o nim wiedzieć, ukrywała syna. Przed nim, a Elvirze nie ufała - najwyraźniej słusznie - na tyle, by wierzyć, że mu o tym nie powie. Nie potrafiła zrozumieć jej pobudek.
Gestem odmówiła papierosa, nie pozwalając zaskoczeniu wytrącić się z równowagi. Jeśli Elvira chciała z nią wojować, to wojnę dostanie, ale teraz należało zająć się sekretami, o których prędzej czy później i tak musiała mu opowiedzieć. Przyparta do muru musiała podjąć wreszcie decyzję - o tym jak zamierzała przedstawić mu prawdę i ile z niej wyznać.
- Zabiłeś go - odparła, spoglądając na jego profil. - Ty i twój ojciec. Zostałeś bratobójcą dla mnie - Nie pamiętał jej, lecz czy nie pamiętał również własnego brata? Miał ich dwóch, drugi zmarł tragicznie. - Kiedy zagrażał mi i mojej córce, w żyłach której też płynie krew Syberii - Lysandra była Mulciberem. Krwią z krwi jego zmarłego brata. Jego obowiązkiem było otoczyć ją opieką. Niedomówioną prawdę pominęła umyślnie. - Zastanawia mnie cel, w jakim panna Multon cię okłamała, ale i powód, dla którego toczyliście tę rozmowę. Moja historia nie jest jej znana, nie jesteśmy tak blisko. Nie próbowała ci nic przypomnieć, usiłowała jedynie wyprowadzić cię w pole. - Dlaczego? Czy wiedział lepiej od niej? Czy to pod jej opieką znajdował się przez ostatnie miesiące? Czy przyzwyczaiła się nadto do jego obecności? Lubiła pławić się w zemście, lecz znacznie lepiej czuła się, wykonując ją obcymi rękami. Panna Multon zrobiła z Ramseya idiotę, a tym pchnęła ją ku szczerości. - Nigdy nie miałam męża, lecz pewnego dnia dostałam pierścionek. Od mężczyzny, któremu moce tak potężne, że nie ośmielę się z nimi igrać, odebrały o mnie pamięć. To dlatego mnie porzucił, choć przysięgał tamtego dnia do mnie powrócić. Coś jednak przywiodło go z powrotem, bo z przeznaczeniem nie jest tak łatwo zwyciężyć. Panna Multon powinna była to wiedzieć. - Zawiesiła głos, odkładała ten moment w czasie, lecz dłużej już przecież nie miała jak. - Bezmyślnie trzebiotała o moim drugim dziecku - dodała po chwili, z niesmakiem. - Twój syn - silny akcent miał podkreślić doniosłość tego powiązania - ma półtorej roku. Będzie silnym czarodziejem. Syberyjskim niedźwiedziem i mroźnym wichrem północy. Bo jego korzenie są silne. Bo jest krwią z twojej krwi. - Dumnie zadarła brodę, nie przejmując się nadto przemilczanymi kwestiami. Nie o nie przecież pytał, chciał prawdy, a ona mówiła o prawdzie. - Niezależnie od tego, jak wielkie wzbudzi to w pannie Multon niezadowolenie ani ile rozpuści jeszcze szkodliwych plotek, jest milczący jak ty, ma twój hart i twojego ducha i pewnego dnia sięgnie po wielkość jak ty. - Nie miała co do tego żadnych wątpliwości.




bo ty jesteś
prządką

Cassandra Vablatsky
Zawód : Szeptucha
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

i am my mother's savage daughter

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-zorya-utrennyaya#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Re: Market Hall Warwick [odnośnik]28.11.22 11:45
Trójka gołębi poderwała się do lotu. Wpierw wzniosły się dwa, za nimi pomknął i trzeci, ale po kilkunastu metrach zmienił kierunek, zrezygnował. Skręcił i przysiadł na dachu jednego z budynków. Ramsey zawiesił na nim wzrok, kiedy trzepocząc skrzydłami chwycił się rynny i przycupnął, rozglądając się dookoła. Słuchał z uwagą jej mądrych słów, aż wspomniała o jego krewnych. Opuścił wzrok niżej, na ogród porzuconej rezydencji, który porastały rośliny tak dla niej fascynujące. Nigdy dotąd nie zastanawiał się nad tym. Pamiętał czas, w którym podskórnie łaknął uwagi i aprobaty prawdziwego ojca, którego spotkał już w dorosłości. Odczucia i instynkty, których nigdy wcześniej nie odczuwał wypełzły podstępnie tuż pod skórę. To już minęło, to już była przeszłość. Milczał, rozważając czy odpowiedzieć jej tym, co wydawało się najsłuszniejsze, czy może szczerością — nagą, obnażającą. Znała go, a on nie wiedział kim przy niej był wcześniej. Nie pamiętał.
Milczał dłużej niż powinien.
— Nie myślałem — podjął w końcu, unosząc wzrok, ale gołębia na tamtym dachu już nie było.— Nie musiałem. Byłem tylko ja. Nie obchodziło mnie to, co było, tylko to, co może się wydarzyć. Co miało się wydarzyć według mnie. — Żył pośród krewnych, którzy nimi nie byli. To ich wpływ i nauki czyniły go tym, kim był. Czy syberyjska wytrzymałość mogła trzymać go przy życiu, w tak słabym i wątłym ciele? — Ale zacząłem. — dodał po chwili, spoglądając na nią.— Jak długo można sięgać coraz wyżej, jeśli ignorujemy to, z czego jesteśmy zbudowani. Graham kopał uparcie. Szukał tych korzeni, pragnął wiedzieć jak daleko sięgały. Zgromadził wiele zapisków, rycin, sporządzonych notatek z rozmów. — Pokręcił głową w zamyśleniu; miał wrażenie, że ta jego zagadkowa śmierć i brak winowajców to historia, zamierzchła przeszłość. — Samotne drzewo będzie gięło się pod wpływem wiatru, próbując mu oprzeć. Ale w gęstym lesie wiatr nie jest w stanie wyrządzić tak gwałtownych i dramatycznych szkód.— Wyjrzał przez okno znów, pobieżnie rozglądając się po okolicy. Domach, ulicach. W oddali majaczył zamek. Nie potrzebował ochrony, ale jeśli miał tu być, żyć — jego dziedzictwo potrzebowało.
Odwróciwszy się od okna miał okazję przemknąć spojrzeniem po zakurzonych meblach, ścianach pokrytych pyłem. Świecznikach, w których świece niemalże gasły co chwilę z powodu przesuszonego knota. Trudno mu przychodziło analizowanie tego miejsca pod kątem nowego domu. Na ile ten dom był wyłącznie budynkiem, a na ile w perspektywie przestrzenią pełną lojalności, oddania i bezpieczeństwa? Ta droga była dla niego nowa. Nie obawiał się, przyjął ją jak wyzwanie, jedno z wielu, któremu należało sprostać. Ale stawiał kroki ostrożnie.
— Owszem. Mam — odparł nieco zdawkowo, nie kryjąc, że z rozwinięciem czekał na coś jeszcze — i to coś miało za moment nastąpić, razem z salwą wieści, którymi go ostrzelała. Czytała go tak, jakby przewidywała kolejne jego kroki patrząc mu prosto w oczy. To było zaskakujące — jakże proste. Nie wierzył, że komukolwiek przychodziło to z taką łatwością, ktokolwiek to potrafił, a jednak wyrażała jego myśli nim zdołał je zwerbalizować. Z jednej strony wzbudzała w nim niepokój tą wiedzą i umiejętnością jej wykorzystywania, z drugiej zaś ulgę. Jakby w końcu przebywał przy kimś, komu nie musiał wszystkiego tłumaczyć, przed kim nie musiał tworzyć zwodniczej scenerii.
Papieros zatańczył w ustach, bibuła rozważyła się jasnym światłem. Wyciągnął go z ust, wypuszczając powietrze z dymem, kiedy padły pierwsze — jakże dosadne i znaczące słowa. Zabił go. Nie był tym zdziwiony. Podejrzewał taki obrót sprawy, ale każde kolejne wprawiały go w coraz dosadniejszy bezruch. I choć wyraz twarzy mu się nie zmieniał, źrenice reagowały na kolejne rewelacje.
— Vasily — mruknął, przypominając sobie mglistą sylwetkę przyrodniego brata, w którym tańczyło szaleństwo zmieszane z niepohamowaniem. Wspomnienie było pełne dziur — zdrada. W głowie majaczyła mu zdrada, brakowało mu jednak informacji by poskładać je w sensowną całość. Vasily nigdy nie był mu bliski, nie rozpamiętywał go. A jednak przelał własną krew. Dla niej. Dlaczego? Patrzył na nią uważnie, ignorując jej ciekawość dotyczącą rozmowy z Elvirą, jej przebiegiem, a nawet i potem uszczypliwości jej dotyczące. Elvira go nie obchodziła. Zmarszczył brwi. Lysandra była córką dalekiego wschodu. A Cassandra mówiła dalej, rozumiał o kim. Odpowiadała na pytania, których nie zadał, choć chciał, bo były w stanie rozjaśnić kwestię łączącej ich relacji. Wzrok mimochodem pomknął w dół, ku jej dłoni — szukając pierścionka, o którym wspominała. Latała dziury w pamięci, umacniała swoją pozycję w jego życiu. Dopiero gdy wspomniała o dziecku, rozchylił wargi, ale nim cokolwiek powiedział, odwrócił od niej wzrok i wyjrzał przez okno. — Pamiętam — o tym, że go miał, nie sprecyzował tego jednak. Nie miał pojęcia gdzie był, kto go powił. Istniał, gdzieś kiedyś, w jakiejś nieokreślonej czasoprzestrzeni. Do dziś. Dziś wszystko okazało się jasne. Wzrok zastygł w nieokreślonym miejscu. Wszystko zaczynało nabierać sensu, klarować się. Analizował to wszystko, przemykając wzrokiem po nagle niebywale odległej rzeczywistości za szybą.
— Poinformowałem ją o zmianach w szpitalu — wrócił do jej wątpliwości w końcu, obracając się znów ku niej. Elvira nafaszerowała go stertą niepotrzebnych kłamstw, pozwalając by tu i teraz uczynił z siebie durnia. Świadomość braku wspomnień nigdy jeszcze nie była tak dotkliwa jak teraz. W tej jednej chwili Ogma stał się nieprzyjemnym pasożytem, któremu zawdzięczał niechlubny tytuł. — I tym, że staniesz na jego czele. — Wytknęła mu brak wiedzy już wtedy. Podważyła kompetencje czarownicy, zakładając, że to właśnie osobiste stosunki doprowadziły do tej decyzji.— Dowiedziawszy się o tym, założyła, że łączą nas ciepłe relacje, dlatego była zaskoczona moim niedoinformowaniem o twojej przeszłości — Nie obchodziło go co o nim myślała, co wiedziała o nich. Miał powód by to ukrywać? Wnioski dotyczące intencji Multon pozostawił już samej Cassandrze. Może i był głupcem, ale to o jej życiu wydawała osądy. — I masz rację, mam plany — czekała na to, a teraz mógł do tego wrócić. — Zamierzam kupić ten dom, dlatego cię tu zaprosiłem. Chciałem go obejrzeć, usłyszeć twoją opinię. Liczy się dla mnie twoje zdanie, ponieważ chciałbym byś w nim zamieszkała. Mój syn... — zawahał się na moment, strzepując popiół z papierosa przez otwarte okno na zewnętrzny parapet. — Moje dzieci zasługują na coś więcej niż ciemność, w której teraz żyją. Zamiast nieustannie zaglądać przez ramię w poszukiwaniu niebezpieczeństwa czas by spojrzały na horyzont przed sobą.— Zaciągnął się ostatni raz, zgasiwszy żarzącą bibułę wyrzucił ją przez okno. Spojrzał na nią, milknąc. Przemknął spojrzeniem po jej twarzy, chwilę — choć krótką — zastanawiając się nad przeznaczeniem. Mówił, że wcale nie chciał przed nim uciec. I oto był tu, stał przed nią. Już nie z pierścionkiem, ale wróciwszy po raz kolejny przed jej oblicze, snując o przyszłości.— Potrzebuję u swojego boku kobiety, która ukorzeni rodzinę w tym miejscu, wiedząc jak ważne jest dzisiaj jej bezpieczeństwo i przetrwanie. Stworzy nową jej historię. Potrzebuję kobiety, która potrafi słuchać głośnego ujadania i usłyszeć w tym zgiełku to, co najważniejsze. Kogoś kto będzie moimi oczami, jeśli oślepnę, ustami za moimi plecami i czułym dotykiem dla moich dzieci. Chcę ciebie — powiedział, sięgając wzrokiem do jej zielonych oczu. — Uczyń mi ten zaszczyt, bądź ze mną. Zostań moją żoną. Żoną namiestnika Warwickshire i panią tego miejsca. — Już musiał to zrobić, kiedy ofiarował jej pierścionek, ale tamto nie było już ważne. Najważniejsza była przyszłość.



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Świat smakuje jak machora
a machora jak ten świat,
kiedy przyjdzie na mnie pora
sam wyostrzę czarny bat.
OPCM : 40
UROKI : 20 +2
ALCHEMIA : 0 +3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5 +3
Genetyka : Jasnowidz
Market Hall Warwick BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Market Hall Warwick
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach