Wydarzenia


Ekipa forum
Ścieżka na plażę
AutorWiadomość
Ścieżka na plażę [odnośnik]05.01.22 14:55

Ścieżka na plażę

Jedna z mniej stromych dróg, która może bezpośrednio doprowadzić do plaży. Kamienista ścieżka, porośnięta karłowatą roślinnością, znajduje się na terenach wokół zamku. Fakt, że powietrze przesiąknięte jest słoną bryzą, a wiatr niesie ze sobą drobiny piasku przypomina o bliskości morza, które naturalnie zdaje się otaczać opieką rodowe włości Traversów.
Sama ścieżka rozpoczyna się równo z kamiennym przejściem do zamkowych stajni.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Ścieżka na plażę Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Ścieżka na plażę [odnośnik]22.01.22 22:44
| 20 stycznia

Nikt nie śmiał zatrzymać jej, gdy ze zwinną furią sunęła chłodnymi, wypełnionymi wonią morskiej soli, korytarzami zamku, niby sztormowa burza. Oczy błyszczały jej tak od napływu emocji, jak i kilku łez, które osiadły na czarnych rzęsach, jak poranna rosa. Szary błękit gładkiej materii sukni ledwie szeleścił, gdy stawiała śpieszne kroki do stajni. Nie oglądała się za siebie nie zastanawiała się nad echem ścieżki, jaką pokonywała. Ani tym bardziej drugich, które drgały gdzieś w tle. Już nie tak obcych, nie tak strasznych, jak początkowo zakładała. Ale wciąż wywołujące tak skrajne uczucia, że nie umiała się w nich odnaleźć.
Zbyt dobrze pamiętała szaleńczy łomot serca za każdym razem, gdy nocą nasłuchiwała kroków tuż przy komnacie. I właściciela, który do tej pory nie przekroczył progu jej osobistej sypialni. Raz jeszcze, nie potrafiła wskazać, czy bardziej była tym faktem przerażona, czy... wdzięczna. Znała swój obowiązek. Rozumiała rodową powinność i rolę, jaką przyszło jej odegrać. Wszystko to sunęło kawalkadą ciężkich spojrzeń, jakie znosić musiałaby, gdyby ktokolwiek dowiedział się. Gdyby - on sam - choćby słowem wspomniał o jej nieposłuszeństwie. O uprzejmym dystansie. Miał nawet prawo wymusić na niej realizację powinności. To wszystko było jasne. Oczywiste. Ale dni mijały i nikt nie wywarzał wejścia, o co kiedyś byłaby skłonna posądzić nieokiełznanego pirata, za jakiego tak długo go miała). Jej panika przekształca się w coś innego. Smutek i tęsknota za tym co straciła przestawały być murem. Usprawiedliwieniem. Przepaścią. Były żałobą, na którą nie miała czasu wcześniej. I musiała przyznać sama przed sobą, że - on, jej mąż - pozwolił jej na to. Dal jej przestrzeń. Milczące pozwolenie na to, by opłakała ukochanego. Nie zbliżył się. Czy wiedział, że kochała innego? Czekał? Unikał? Nie potrafiła stwierdzić. Nie, kiedy rozbijali się o własne charaktery.
Nie mogła wskazać dokładnie momentu, w który - milczenie  i uprzejme, chociaż chłodne rozmowy, potrafiły niespodziewanie przeskoczyć iskrą, na płomienną burzę. Taką, w której nawet dziś cisnęła porcelanowym, prawdopodobnie bardzo cennym - imbrykiem - w stronę Manannana. Niewystarczająco celnie, by rozbił się gdzieś na jego głowie, ale błyszczące od uwolnionej wody rozproszyły się z hukiem na ścianie i ramie poważnego obrazu zielonkawego trytona. Trudno było jej przypomnieć sobie, co właściwie tak głęboko wyprowadziło ją z równowagi, chociaż eskalujące emocją rozmowa, z obu stron przypominała burzową zawieruchę. Ale ta - tak - z tego co słyszała - na morzu tak szybko jak przychodziła, równie spiesznie gasła, pozostawiając po siebie bezbrzeżną ciszę. Tę, ciągnęła za sobą, zakładając na zaciśnięte gniewnie usta, które wciąż nosiły ślady malowanej kształtnie czerwieni.
Im bliżej była zamkowych stajni, tym bardziej rozluźniała wargi. Wypuściła nawet z palców brzeg jedwabnej sukni, którą do tej pory zaciskała, unosząc ku górze, by przypadkiem nie potknąć się o sunącą wraz z nią materię. Dłoń sięgnęła za to cienkiej peleryny, do tej pory nierówno zarzuconej na ramiona. Zatrzymała się lekko, zgarniając na ramię rozpuszczone czernią włosy, utrzymywane w ładzie przez misternie zaplecione nad skórniami warkocze i łącząca je, posrebrzana spinka. Chłopak, który zerwał się, by jej pomóc, wydukał coś w pytaniu, ale po krótkich przygotowaniach, odesłała go, nie kłopocząc się pomocą przy wyprowadzeniu szarogrzywego aetonana, którego otrzymała w darze od brata. I chociaż bardzo chciała utrzymać gniewny impuls, który napędzał ją do tej pory, emocja opadła, kurczona poszturchiwaniem ogiera i ciepłym oddechem z chrap, gdy nachylał się nad jej policzkiem - Zaari- odezwała się po raz pierwszy miękko, z ulgą, opadając na pięty i na krótki moment, opierając głowę o smukłą szyję wierzchowca. I nawet jeśli usłyszała za sobą obecność, jeśli nie tak nieświadomie, rozpoznawała, kto znalazł się tak niedaleko, nie skierowała żadnych innych słów szukając kontaktu. Odetchnęła za to szybko, unosząc głowę wyżej i tylko przelotnie, jakby potwierdzając przypuszczenia, odwróciła się w stronę męża. Wyprostowała się i spojrzała tak, jakby rzucała dumne wyzwanie, nie wierząc, że jeszcze kilka minut temu toczyli bardziej, niż intensywną dyskusję. To, czym było źródło jej frustracji, zostało gdzieś w komnacie zamku, rozbite tak, jak porcelanowe szkło.
W kolejnych kilku sekundach, zwinnie wsiadła na grzbiet truchtającego w miejscu wierzchowca, który wydawał się podzielać jej energię. Nie kłopotała się siadaniem po damsku. Wystarczająco dobrze znała swoje możliwość, by nie bać się pozycji z przywileju mężczyzn. Być może nawet, dorzucając do wyzwania kolejne aspekty. Jak na krótko odsłonięte kolano, gdy zebranym galopem ruszyła ścieżką na plażę. Przez ramię, zerknęła tylko raz. A na usta, wdarło się satysfakcjonujące drgnienie. To samo, które zakołysało się w piersi.
Melisande Travers
Zawód : Dama
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Róże są bardziej zgodne z prawdą – wiedzą, jak pokazywać kolce”.
OPCM : 0 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 19 +2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 8 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10633-melisande-travers-rosier#324047 https://www.morsmordre.net/t10688-ales#324219 https://www.morsmordre.net/t10681-regina-rosarum-melisande#324223 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10751-skrytka-bankowa-nr-2340#326311 https://www.morsmordre.net/t10749-melisande-travers-rosier#326288
Re: Ścieżka na plażę [odnośnik]06.02.22 15:50
Doprowadzała go do szału.
Huk zatrzaskiwanych drzwi poniósł się echem wzdłuż kamiennego, zamkowego korytarza, gdy nie szczędząc siły popchnął masywne skrzydła, odcinając się od duszącej go nieznośnie przestrzeni komnaty. Zimny wiatr uderzył go w twarz, bez trudu przedzierając się też przez cienki materiał koszuli, nie zważał jednak na to, dwoma długimi krokami docierając do krawędzi skierowanego ku morzu tarasu i zaciskając palce szorstkich od żeglugi dłoni na przysypanej śniegiem balustradzie, choć jeszcze chwilę temu marzył o uchwyceniu w nie materiału szaro-błękitnej sukni. Nie zrobił tego, rozbita na ścianie porcelana i krople otrzeźwiającej wody szczęśliwie przywołały go do porządku, ale i tak było blisko; prawie stracił nad sobą kontrolę, wyrzucając z siebie zbyt wiele podszytych pasją słów – pasją, która w towarzystwie kobiet na ogół była mu obca. Co miała w sobie Melisande, że potrafiła tak lekko, pozornie bez większego trudu, popchnąć go na krawędź?
Wciągnął mroźne powietrze do płuc, czekając, aż ostudzi rozgrzaną krew, jeszcze zbyt szybko krążącą w żyłach; widok stalowoszarych, morskich fal go uspokajał, częściowo wyciszając echo wciąż grzmiącej w uszach kłótni – niespodziewanej i niepotrzebnej, a jednak: którejś z kolei, wybuchającej bez zapowiedzi tak samo, jak wybuchała potrząśnięta nieuważnie beczka z prochem. Miał już tego dość; tańczyli w ten sposób wokół siebie od tygodni, to jest – odkąd wypowiedziawszy słowa przysięgi, stała się częścią jego rodziny, jego żoną, jego. Nie był na to przygotowany, miał wrażenie, że ona tym bardziej – bo chociaż nie zamienili na ten temat ani jednego słowa, to wieści o bohaterskiej śmierci jej poprzedniego narzeczonego nie mogły do niego nie dotrzeć. Czasem miał wrażenie, że przyprowadziła go do Corbenic Castle razem ze sobą, że snuł się po zamku tak samo, jak za nim krok w krok podążał niewidoczny dla nikogo duch Earwyna. Być może to powinno mu pomóc się z nią porozumieć, zbudować pomiędzy nimi wspólną płaszczyznę – ale póki co nie zdobył się na to, by przekroczyć tę powiększającą się z każdym dniem wyrwę. Nie wiedział, jak miał z nią rozmawiać, co wypadało mu przy niej powiedzieć, a czego zupełnie nie; być może nie musiało go to obchodzić, szanował ją jednak zbyt mocno, by zignorować połyskujący czasami w smutnym spojrzeniu ból; by nie dostrzegać tęsknoty malującej się w zwróconych ku morzu rysach. Tęsknoty zupełnie innej niż ta, którą on sam odczuwał za każdym razem, gdy spoglądał w stronę horyzontu; ciężkiej, przepełnionej żalem – sprawiającej, że instynktownie jej unikał, chcąc przynajmniej częściowo zwrócić jej utraconą wraz ze ślubem przestrzeń. To jednak nie działało, niewypowiedziane zdania nie znikały, kotłując się jedynie – i eksplodując chaotyczną mieszaniną pozbawionych sensu oskarżeń, która parę minut temu przelała się przez zamkowy salon niczym fala przelewająca się przez nabrzeże.
Ruch na prowadzącej na plażę ścieżce przykuł jego uwagę, zmuszając do oderwania wzroku od wzburzonej wody; dostrzegł ją, parę pięter niżej, mignięcie błękitu i ciemnych, rozwianych wiatrem włosów; dokąd zmierzała – i dlaczego szła sama? Otworzył usta, chcąc za nią zawołać, coś mu jednak mówiło, że jego głos jedynie skłoniłby ją do przyspieszenia kroku; podążył więc za nią spojrzeniem, wydawała się kierować w stronę stajni.
Zdusił cisnące się na usta przekleństwo, pozwalając sobie jedynie na wywrócenie oczami i odpychając się od balustrady. Nie miał zamiaru puścić jej samej, żeby w gniewie i emocjach zrobiła coś głupiego; biorąc ją za żonę, obiecywał otoczenie jej opieką, poza tym – nie znała jeszcze terenów wyspy tak dobrze, jak mogłoby jej się wydawać, wybrzeża bywały strome i zdradliwe, podobnie jak wiejące wokół wiatry. Czasami mu się z nią kojarzyły, tak samo nieprzewidywalne i nieokiełznane, niedające się zamknąć w bezpiecznych czterech ścianach – mimo że zrobił wszystko, by poczuła się w nich dobrze. Różany ogród wyrósł tu dla niej, dla niej sprowadził też cieplejsze stroje i tkaniny, wiedząc, że nie przywykła do surowego, morskiego klimatu – a przynajmniej tak mu się wydawało.
Kamienne korytarze pokonał przyspieszonym krokiem, po drodze narzucając na ramiona płaszcz i przywdziewając wygodniejsze buty; znalazłszy się na zewnątrz, ruszył prosto do stadnin, ramieniem popychając uchylone drzwi i w środku rzeczywiście ją zastając. Była gotowa do drogi, odwróciła się jednak w jego stronę; dostrzegł zmianę w jej postawie, wyprostowane plecy, dumnie uniesioną głowę – rzucała mu wyzwanie? Dlaczego wciąż to robiła? – Melisande – powiedział, w tym jednym słowie starając się zawrzeć wszystko: odpowiedzi i pytania, te nieudzielone i niezadane. Zignorowała go jednak, wprawnym ruchem wdrapując się na grzbiet wierzchowca; powietrze uderzyło go w twarz, gdy przebiegał obok, szmer skrzydeł brzmiał jak drwina. Nie chciał podążać za nią na grzbiecie aetonana, w siodle nie czując się ani w połowie tak pewnie, jak ona – doskoczył jednak do niego wbrew sobie, klnąc na czym świat stoi – a później pędem ruszając za nią, chcąc się z nią zrównać, doścignąć. Potrzebował chwili, żeby przyzwyczaić się do tego tempa, od dawna nie jeździł na końskim grzbiecie – częściej wybierając przemieszczanie się pod animagiczną postacią. – Melisande! – zawołał za nią; była już niedaleko, utkwił więc spojrzenie w jej twarzy, jakby chcąc w ten sposób zmusić ją do zwrócenia na siebie wzroku. – Co ty wyprawiasz? Zatrzymaj się natychmiast – krzyknął, chcąc przekrzyczeć świst wiatru i tętent kopyt; nie mógł rozmawiać z nią w ten sposób, dlaczego musiała być tak krakeńsko uparta?


was it a knife in my back or a fork in the road? was it hell or high water that left us alone?
Manannan Travers
Zawód : korsarz, kapitan Szalonej Selmy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
said goodbye to you my friend
as the fire spread
all that's left are your bones
that will soon sink like stones
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 24 +4
CZARNA MAGIA : 5 +1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10515-manann-travers-budowa https://www.morsmordre.net/t10605-zlota-rybka#321117 https://www.morsmordre.net/t10602-hoist-the-colours#321066 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10596-skrytka-bankowa-nr-2306#320992 https://www.morsmordre.net/t10621-manannan-travers
Re: Ścieżka na plażę [odnośnik]11.02.22 23:17
Wiatr znad morza plątał czarne pasma, burząc fale niby czarną aureolę. Ale tym wyjątkowo Melisande się nie przejmowała. Chociaż kroki miała spieszne, napędzane krążącą zbyt wartko w żyłach krwią, to chłodny wiatr wydawał się wciąż za nią szeptać. Początkowo, zdawała się tego nie słyszeć. Otaczana murami zamku, słoną klatką, której granice przekraczała z furią, kojąc zmysły otoczeniem różanego ogrodu. Ale nawet tam, gdy skupiona na cierniowej koronie róż, które dziko wybiły z ziemi, szum wiatru próbował sięgnąć jej zmysłów. Ten, niesiony zza szarej toni wzburzonej wody, której horyzont dostrzegała nawet z okna własnej komnaty. I chociaż tak bardzo starała się nie myśleć o nim, o kłującym błękicie źrenic, które czasem na niej zatrzymywał, układała w pamięci czerń zupełnie innego spojrzenia, to słony wiatr wciąż szeptał. Wołał. Czasem, zatrzymując ją w półkroku. Tak, jak dziś, gnana burzową naturą dyskusji, gdzieś w drodze do stajni, w szumie świszczącego wokół wiatru, słyszała swoje imię. Nie zatrzymała się jednak. Miała czasem wrażenie, że tak otaczające wyspę wody, jak i sunący zza toni wiatr, służyli mu. Ścigając nawet tam, gdy fizycznie, nie mógł być. Tuż przy niej.
Doprowadzał ją do szału.
Blade palce wielokrotnie zaciskała i rozluźniała, chcąc pozbyć się napięcia, które plecioną misternie obrączką rysowała liniami wewnątrz dłoni, jak znamiona, które miały przypomnieć jej kim i gdzie była. Żaden ślad nie pozostawał na jasnej skórze, ale widziała w tym swoistą satysfakcję. I nieme zrozumienie, że tak, jak ona należała do niego, on - należał do niej. I ta sama świadomość wywoływała w niej przypływ kolejnej skrajnej emocji, rzucając wyzwanie do przełamania milczenia, które częściej ją drażniło. Nawet, jeśli początkowo - tak bardzo sobie go życzyła. Cisza bardziej zdawała się jej nieznośna, drażniąca język i trącając napięte struny dystansu. Wywołująca w niej furię tym mocniej, gdy czuła się pomijana. Wolała burzę. Reakcję. Nawet tak intensywną, że liczyła przeskakujące iskrą gniewu cienie przez niebieskie spojrzenie Manannana. Patrzyła na zaciśnięte w pięści, twarde, szorstkie od wiatru dłonie, które z łatwością mogły zacisnąć się na jej krtani. Był silny. O niebo silniejszy od większości mężczyzn jakich spotykała. Był w stanie ją skrzywdzić. Dlaczego tak łatwo przychodziła jej więc prowokacja? Rzucała wyzwanie za wyzwaniem, być może nie tak nieświadomie zwrócić go ku sobie. Czy potrafiła wywołać w nim coś więcej niż uprzejme zainteresowanie. Więcej niż oferując toni, w którą wpatrywał się czasem z oddali z ciężkim do zweryfikowania żalem. Więcej, niż surowym ścieżkom morskich korytarzy. Obserwowała jednak z daleka. W tych kilku chwilach, gdy nie gnał gdzieś na statek, w kolejną morską historię, w której nie było dla niej miejsca. A przecież była Różą. Nie można było przejść obok niej obojętnie. Nie można było jej pominąć. Nawet, jeśli tak wielka sprzeczność truła jej serce w jednoczesnej rozterce smutku, który wołał ją w drugą stronę.
I to doprowadzało ją do szału. Ścigając jak dziś chłodnymi korytarzami, popychając ja na zewnątrz, do stajni i tej dzikiej potrzeby rzucenia się w wir wołającego ją wiatru. To nic, że wołał ją teraz słonym głosem męża. Zignorowała go raz, opierając się chęci ciężkiego westchnienia. Już nie krzyczał. Nie była nawet pewna czy pytał, czy po prostu zaznaczał w przestrzeni jej obecność - równie dalekiej od, którą widział w burzowym salonie.
Podążył za nią.
Szum wciąż złożonych skrzydeł aetonana niezmiennie zachęcał. Wystarczył odpowiedni gest, drgnienie łydki, lekkie pochylenie, sygnał niemal ulotny, by wierzchowiec wzbił się w powietrze, zostawiając hen za sobą wszystko. Czuła energię, którą posiadał i pasję z jaką stukot kopyt odbijał się na kamienistej ścieżce. Ale ciało zgrywało się z rytmem płynnego galopu, powstrzymane od lotu dźwiękiem jej imienia. Tym razem to nie wiatr szeptał. Wołanie zakołysało się za jej plecami, dopełniając tętent galopu doganiającego ją wierzchowca. I jeźdźca. I jeśli pierwsze wołanie, rzeczywiście wywołały w niej impuls  zwolnienia biegu wierzchowca, tak kolejne uderzyły jak bat. Początkowe spojrzenie, jakie mu posłała, z satysfakcji przerodziło się w coś innego. Zacisnęła usta, palce mocniej zwarła na wodzach - A jeśli nie? - kolejne wyzwanie. Przekręciła oblicze, pozwalając, by czarne pasma na moment rozlały się wokół głowy, przysłaniając jasne lica. Zaari szarpnął niecierpliwie głową, jakby wyczuwając napięcie właścicielki. Tym jednak razem, zamiast przyspieszyć, czy poderwać się do lotu, krótką półparadą zwróciła aetonana najpierw w bok, potem zataczają szerokie koło. A lord Travers był wystarczająco blisko, by najpierw się z nim zrównała, potem dalej zataczając wokół niego koło, zajechać z drugiej strony - Nie zmusisz mnie do zatrzymania - rzuciła na wydechu, z kolejnym, rzuconym niemal w twarz wyzwaniem, gdy zrównała się z nim. Serce łomotało szybko, przyspieszone i manewrem, i galopem, i pulsującą pod skórą emocją - spraw, żebym chciała to zrobić, Manannanie - wyrównała wierzchowy chód, nie zwalniając, nie zatrzymując się, ale nie umykając mu z pola widzenia.


Ostatnio zmieniony przez Melisande Travers dnia 10.03.22 23:03, w całości zmieniany 1 raz
Melisande Travers
Zawód : Dama
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Róże są bardziej zgodne z prawdą – wiedzą, jak pokazywać kolce”.
OPCM : 0 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 19 +2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 8 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10633-melisande-travers-rosier#324047 https://www.morsmordre.net/t10688-ales#324219 https://www.morsmordre.net/t10681-regina-rosarum-melisande#324223 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10751-skrytka-bankowa-nr-2340#326311 https://www.morsmordre.net/t10749-melisande-travers-rosier#326288
Re: Ścieżka na plażę [odnośnik]13.02.22 1:37
Nie nadążał za nią, dosłownie i metaforycznie, gnając za targaną wiatrem koroną ciemnych włosów i pochyloną z gracją sylwetką, nie mając chwili na to, by zastanowić się, dlaczego właściwie to robił. Nie rozumiał – ani tego niemożliwego do wytrzymania, kotłującego się między nimi napięcia, ani jej samej; chaosu sprzeczności, cichego huraganu, który wdarł się za nienaruszalne mury zamku, wywracając jego życie do góry nogami. Bez ostrzeżenia i niespodziewanie; chociaż wiedział od zawsze, że w kraju czekały na niego dyktowane urodzeniem obowiązki, że miał pojąć za żonę córkę jednego z angielskich rodów, by wzmocnić sojuszem osłabioną przez poprzedniego nestora pozycję Traversów, i – prawdopodobnie niedługo po ślubie – doczekać się dziedzica, to nie przewidział lawiny komplikacji, które razem z niecodzienną urodą przyniosła ze sobą Melisande. Bez względu na to, jak bardzo próbowałby udawać, Róża Rosierów nie była jedną z bezimiennych, zlewających się w jego pamięci arystokratek, które płynnie i bezkolizyjnie wtopiłyby się w tło jego codzienności; już od ich pierwszego spotkania miała w sobie coś, czego nie był w stanie zignorować – iskrę, która rozpalała go od środka, szarpiąc zakończeniami nerwowymi i odbierając opanowanie; dumna niczym samo morze, i tak samo jak morze nieprzewidywalna, przyciągała go w sposób, w jaki przyciągał go widok szalejącego w oddali sztormu: fascynującego i groźnego jednocześnie. Nie mógł tego znieść: wyzywających spojrzeń, błyszczącej w tęczówkach buty, odwagi, z jaką gnała przed siebie, i z jaką mu się przeciwstawiała, sprawiając, że chciał za nią biec – że chciał, by mu się poddała, by należała do niego, mimo że on sam nigdy donikąd nie przynależał, świadomie nie nalegając, by nazywano go lordem. Był nim – należne mu tytuły nosząc z dumą niepodzielnie związaną z nazwiskiem, nie zmieniało to jednak faktu, że więź łącząca go z morzem od zawsze wydawała się potężniejsza niż ta, która przytwierdzała go do lądu, do ziemi stanowiącej bezpieczny port i niewiele więcej. Port dzisiaj zagrożony, do którego obrony ściągnięto go z dalekich wód – i w którym pojawiła się ona. Melisande.
A jeśli nie?
Ostudzone chwilowo emocje odezwały się na nowo, podsycone tym jednym pytaniem – wyzwaniem, prowokacją, na którą nie odnajdywał natychmiastowej odpowiedzi, wiedząc doskonale, że nigdy by jej nie skrzywdził. To uczucie – troska, ciążąca na barkach odpowiedzialność – również smakowało obco, rozchodząc się na języku słodką goryczą. Żachnął się, mocniej ściskając w rękach wodze i krzyżując z nią spojrzenia, czując wzbierającą za mostkiem frustrację. Mógł ją ukarać – zmusić do pozostania w zamku, zamknąć w ciasnej przestrzeni komnat, postawić na straży służbę strzegącą jej dniem i nocą; być może powinien nawet to zrobić – ale coś go przed tym powstrzymywało, może szacunek, może coś innego – wyrobiona latami żeglugi świadomość, że istniały siły, których okiełznać się nie dało, lub których spętanie byłoby zbrodnią. Miał wrażenie, że o tym wiedziała – a może wcale nie; może po prostu testowała jego granice, raz po raz wychodząc poza nie i sprawdzając, jak zareaguje. – Melisande – powtórzył, podnosząc nieznacznie głos; jakby samym imieniem mógł przywołać ją do porządku. Nic z tego, szarpnął nerwowo dłońmi, gdy – pozornie bez większego wysiłku – okrążyła go, by ostatecznie się z nim zrównać, rzucając w jego kierunku kolejne butne spojrzenie. Trudno było mu nie podziwiać lekkości, z jaką trzymała się w siodle, choć robił co mógł, by tego nie okazać; gniew pomagał, uchwycił się go więc, zaciskając mocniej szczęki. – Nie zachowuj się jak dziecko, nie będę grał z tobą w tę grę – rzucił stanowczo, nie mając zamiaru zmuszać jej do niczego – ani tym bardziej prosić, by spełniła jego wolę. Dłonie drgnęły mu w nerwowym spazmie, wierzchowiec zdawał się to wyczuć – bo szarpnął się niespokojnie, nie zbaczając jednak z kursu; wiedział, że mieli przed sobą jeszcze kilkaset metrów otwartego terenu, nim wybrzeże urwie się nagle, zamieniając w stromy klif. Ona nie wiedziała. – Zatrzymaj się, nie znasz jeszcze tej wyspy – wyrzucił z siebie, starając się przyspieszyć, zabiec jej drogę, skłonić do zmiany kierunku albo zatrzymania – ale wyglądało na to, że panowała nad wierzchowcem lepiej, nie musząc nawet zastanawiać się nad drobnymi korektami kursu; z jakiegoś powodu to również wzbudziło w nim irytację, popychając na język słowa, których w innych okolicznościach by nie wypowiedział. – Dokąd właściwie zmierzasz? W przepaść? W ten sposób planujesz się z nim zjednoczyć? – zapytał, teraz już przestając śledzić umykający spod kopyt krajobraz, spojrzenie zatrzymując wprost na jej twarzy; po raz pierwszy od tygodni wydzierając z głębi milczenia postać Alpharda, bez ogródek i delikatności; skoro ośmielała się go prowokować, miał zamiar zrobić to samo – byle tylko wywołać u niej reakcję równie burzliwą jak ta, która szarpała właśnie jego wnętrznościami.


was it a knife in my back or a fork in the road? was it hell or high water that left us alone?
Manannan Travers
Zawód : korsarz, kapitan Szalonej Selmy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
said goodbye to you my friend
as the fire spread
all that's left are your bones
that will soon sink like stones
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 24 +4
CZARNA MAGIA : 5 +1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10515-manann-travers-budowa https://www.morsmordre.net/t10605-zlota-rybka#321117 https://www.morsmordre.net/t10602-hoist-the-colours#321066 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10596-skrytka-bankowa-nr-2306#320992 https://www.morsmordre.net/t10621-manannan-travers
Re: Ścieżka na plażę [odnośnik]17.03.22 0:36
Burzył jej spokój. Na zbyt wielu płaszczyznach, by mogła i chciała go zignorować. Tak, jak czyniła to wiele razy na salonach wśród ścigających ją męskich spojrzeń, gdy pojawiała się na salonach. Milczeniem oznajmiała brak zainteresowania, kurtuazyjnym słowem zyskiwała przestrzeń, pozwalając zmniejszyć dystans tylko nielicznym jednostkom. Pamiętała bardzo dobrze, jak wiele czasu zajęło je zrozumienie ścieżki, która zagnała ją w ramiona Blacka? Ile czasu zajęło jej dostrzeżenie, że tonęła w cieniu ciemnych źrenic, które w założeniu, miały odbijać się tylko w jej własnych? I dlaczego w takim razie, tak bardzo on drażnił ją za każdym razem, gdy wymykał się z ciszą, zostawiając ją samą? Różnili się tak bardzo. Ten, który odszedł. I ten, który nadszedł. Dwa całkiem przeciwstawne żywioły, które ostatecznie, doprowadzały ja na skraj równie skrajnie pojętej emocji.
Pamiętała wyraźnie o początkach. O wydarzeniach, które w pamięci, na widok nieokrzesanego pirata - jak nazywała go będąc wiele młodszą - wywoływały w niej jednocześnie rosnąca złość i towarzyszącą jej ...fascynację. Być może frustrację. Wszystko razem gotowało mieszankę, która przy każdorazowym spotkaniu, wywoływała burzę. Może to oni ją wywoływali. Nie obchodziło jej to. Sprawiał, że oczy błyszczały jej, malując nieprzewidywalną emocją, a każda zaczepka, zbyt łatwo popychała ją do mniej wdzięcznych zachowań, odsłaniając stronę, której na co dzień, w szerszym gronie, gładko utrzymywała w ryzach. Iskrzyła, pozwalając wyładowaniom pochłaniać go razem z nią. Z całą jego pewnością siebie, tonowaną dzikością, którą dostrzegała czasem w błękitach oczu, z tajemnicą znamion, blizn, tatuaży, które opowiadały historię jego romansu z morzem. I w końcu z siłą - stanowił pierwiastek, równie pociągający, co niebezpieczny. A mimo to - nie bała się. Unosiła głowę i rzucała wyzwanie, nie dając się zamknąć w bańce słonych murów zamku. I małżeństwa.
Dziś, gdy młodzieńcza lekkomyślność oszlifowała charaktery, a tradycja i etykieta nakazywała zdrowy rozsądek w obyciu, okazywało się, że standardowe środki nie działały w ich małżeńskim zestawieniu. Nie chciała i nie mogła być jedną z cichych, zapomnianych przez mężów dam, które czekały cierpliwie, aż równie zapomniany małżonek wróci ze świata. Cierpła jej krew na myśl, że mogła - mogli tak skończyć, chociaż równie mocno nie wierzyła, by było to możliwe. Nie, gdy spotykały się dwa równie burzliwe charaktery. Nie, gdy wystarczyła iskra, by z morskiej ciszy wyłonić sztorm. Jak ten rozbijany porcelanowym imbrykiem, równie odległym, co zamkowe korytarze, które zostawili za sobą. Coraz dalej i dalej gnając w stronę plaży i jak się miało okazywać, także klifu. Nie tylko dosłownego.
Prowokacja przychodziła łatwo. Osiadała na ustach, jak pocałunek i wymykała się równie łatwo, co przesypywany przez palce piasek, lub woda. Powinna czuć winę, ale powinność na tych kilka sekund przypomnianą, rozmyło skrzyżowane spojrzenie, wywołujące kolejną, przeskakująca jak płomień w ognisku z jednych źrenic na drugie. Powtórzone imię, nie pomagało. Doprawiało zaogniony impuls, rozchodząc się przez całe ciało, jak trucizna. Nieprzewidywalnie przyjemna w pierwszym odruchu, by zaraz potem roztrzaskać się na wydechu.
Zmrużyła niebezpiecznie oczy, niby rozdrażniony kuguchar, gotowy do spektakularnego skoku - Jeśli to dziecinna gra, dostosowuję się do panujących reguł - prychnęła, zrywając kontakt wzrokowy i zaciskając usta, nieznacznie tylko przyspieszając, w jakiś sposób podziwiając, że wciąż dotrzymywał jej tempa. Że chciał go dotrzymać, nie pozostawiając jej samej - Przez zamkowe mury ciężko ją poznać. Kiedyś muszę to zrobić. Właśnie to czynię - wyrzucała z siebie kolejne krótkie zdania, nie odwracając się, nie łapiąc profilu męża, upewniana miarowym tempem galopy, że wciąż był blisko. Na każdy jednak zamiar zatrzymania reagowała równie szybka zmianą. Tutaj, och - tutaj miała przewagę, okazję. A tę chwytała pewnie, niby wodze. Na statku, w wodzie, to on panował, on wyznaczał granicę, on ścigał się z potęga żywiołu. Tutaj, rzucała mu wyzwanie, by ścigał z nią.
- Ty... - syknęła, odwracając gwałtownie głowę. W jednej sekundzie żałowała, że nie miała czym cisnąć w stronę pędzącej zbyt blisko sylwetki. Miałą wrażenie, że uderzyło ją coś gorącego i zimnego jednocześnie, zrywając woal tematu tabu, który do tej pory, nigdy nie pojawił się między nimi. Na lica wkradł się szkarłat, zupełnie różny od tego, wywołanego smagającym ją wiatrem. Pod sercem narastało coś bolesnego, co wędrowało w górę, na krótko blokując słowa, których właściwej odpowiedzi i tak nie miała. Tak, jak nie kontrolowała gwałtownego zwrotu, zmuszając swojego wierzchowca do ostrego zakrętu, wjeżdżając w trajektorię ścieżki, którą galopował aetonan Manannana, prawdopodobnie, bardzo spektakularnie zatrzymując ich oboje. Jedną dłoń puściła, do tej pory zaciskaną na wodzach tak, że pobielały jej knykcie. Podjechała tak blisko, jak było to możliwe w rozognionej i równie bolesnej furii, chwycić rękaw męskiego nadgarstka, wbijając w odsłoniętą skórę paznokcie. Drugą ręką przytrzymała wierzchowca, który szarpnął się w sobie zrozumiałym tylko tańcu. Ciemne, burzowe spojrzenie, równoważnie roziskrzone, co zaszklone skierowała ku twarzy i oczom męża - Ty... - cisnęło się na język zbyt wiele mało cenzuralnie właściwych dla damy określeń - Jednoczyć chciałam się z tobą - całej cisnącej się do głosu kawalkady słów, jakie mogła, chciała albo powinna powiedzieć, wygrała zraniona duma i desperacja próba zepchnięcia na bok fantomowego, bo przywołanego głosem arystokraty - Alpharda - wszyscy mężczyźni, są takimi... - kretynami - tak nieokrzesani, czy to tylko twoja domena? - palce kurczowo zaciskała nadal, nie zastanawiając się nad (i jaką) reakcją jej osobistego pirata - to boli - rzuciła w końcu, ciszej, nie odbierając jednak słowom początkowej pasji, po raz pierwszy przyznając się do tego, co właściwie działo się w jej duszy po stracie - ale to nie znaczy, że mam zamiar się w tym pogrążać - dodała jeszcze głosem bardziej drżącym od emocji, w końcu rozluźniając palce - ...w przepaść nie spadnę. Potrafię latać - chociaż docelowo miała na myśli dosłowną strukturę - w końcu, dosiadała skrzydlatego aetonana, to coś w jej słowach sprawiało, że z premedytacją sięgała po zupełnie inne znaczenie. Ani na moment nie opuściła wzroku.
Melisande Travers
Zawód : Dama
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Róże są bardziej zgodne z prawdą – wiedzą, jak pokazywać kolce”.
OPCM : 0 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 19 +2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 8 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10633-melisande-travers-rosier#324047 https://www.morsmordre.net/t10688-ales#324219 https://www.morsmordre.net/t10681-regina-rosarum-melisande#324223 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10751-skrytka-bankowa-nr-2340#326311 https://www.morsmordre.net/t10749-melisande-travers-rosier#326288
Re: Ścieżka na plażę [odnośnik]01.04.22 19:42
Nie potrafił oderwać od niej spojrzenia jasnych tęczówek, śledząc uważnie każde drgnięcie kącików zaciśniętych w zacięciu ust, wyłapując zmrużenie powiek i wypływający na jasne policzki rumieniec, starając się dociec, czy jego pojawienie się było wynikiem uderzeń chłodnego wiatru, czy coraz silniej targających głosem Melisande emocji; prawdopodobnie powinien bardziej baczyć na drogę – nie spoglądał na ścieżkę niemal zupełnie, ufając swojej pamięci i doskonałej znajomości wyspy, na której dorastał – ale z drugiej strony: jedynym nieprzewidywalnym elementem tej przejażdżki pozostawała przecież ona. Przyspieszył w ślad za nią, nie chcąc pozwolić jej na pozostawienie go w tyle, zastanawiając się, czy czerpała satysfakcję z prostego faktu, że wciąż za nią podążał. W reakcji na jej słowa mocniej zacisnął palce na wodzach, powstrzymując cisnącą się na usta odpowiedź i zamieniając ją w pełne frustracji westchnięcie. – Do niczego się nie dostosowujesz – zaprzeczył. Pomiędzy głoskami pobrzmiewała pewność, brakowało tam jednak oskarżenia czy wyrzutu; nie obarczał jej winą, nie wymierzał w jej stronę przytyku – zwyczajnie stwierdzając fakt. – Gnając na oślep nie poznasz jej zbyt dobrze – dodał, mimowolnie wdając się w kolejną słowną przepychankę; oboje wiedzieli, że nie o eksplorację wyspy tu chodziło, a o ucieczkę: przed nim, przed grubymi murami zamku, a może przed własnymi myślami – tego nie był pewien, na twarzy Melisande dostrzegając głównie determinację, upór przysłaniający wszystko inne. To, co naprawdę siedziało jej w głowie i sercu, wciąż – po tygodniach, a może powinien powiedzieć: po latach mniej lub bardziej przypadkowych spotkań – było dla niego tajemnicą.
Sekretem, które – jak wszystkie inne skryte za krawędziami map legendy – chciał odnaleźć i odkryć.
Prawie się uśmiechnął, gdy szarpnęła gwałtownie głową, na krótki moment odrzucając niewzruszoną fasadę; wysunął się do przodu, unosząc wyżej brew, zachęcając ją, by dokończyła – by wypowiedziała na głos cisnące się na usta epitety, nie zdołał jednak zbyt długo cieszyć się chwilowym zwycięstwem, bo niespodziewana zmiana kierunku, w którym biegł aetonan Melisande, zmusiła go do równie nagłej reakcji. Krzyknął ostrzegawczo, szarpiąc jednocześnie wodzami i starając się odbić na bok, a później – zatrzymać się; wierzchowiec zaprotestował, zarżał nerwowo, a kopyta zaryły w miękkiej ziemi, wyhamowując pęd. Wypuścił ze świstem powietrze z płuc, dopiero teraz orientując się, jak szybko biło mu serce; wyprostował się, w pierwszej kolejności odszukując spojrzeniem czarownicę, jego żonę, lecz wyglądało na to, że w wyniku ryzykownego manewru nie tylko w żaden sposób nie ucierpiała, ale wciąż doskonale panowała nad sytuacją. Chociaż przez ostatnie minuty właśnie do tego próbował ją nakłonić – do zwolnienia, do porzucenia szaleńczego galopu – to gdy wreszcie to zrobiła, poczuł wyłącznie irytację; złość, mającą swoje źródło w przekonaniu, że wbrew pozorom wcale go nie posłuchała – zamiast tego robiąc dokładnie to, czego w danym momencie chciała; w sposób, jaki uznała za słuszny.
Nie cofnął się przed sięgającymi jego rękawa palcami, zamiast tego krótkim ruchem obracając dłoń i również chwytając Melisande za nadgarstek; stanowczo, może zbyt mocno, w geście mającym dać mu pewność, że tym razem nie ruszy się już z miejsca. Bliskość pozwoliła im na skrzyżowanie spojrzeń, na wychwycenie tlących się w brązowych tęczówkach iskier; otworzył usta, chcąc skarcić ją za ten lekkomyślny wybieg, ale wypływające spomiędzy jej warg zdanie znów zatrzymało jego słowa w połowie drogi. Zawahał się; nieprzygotowany na to wyznanie, w pierwszym momencie mu nie zawierzając. Czy drwiła sobie z niego? Zamilkł, szukając odpowiedzi w jej twarzy, tknięty niechcianą myślą, że jeszcze nigdy chyba nie widział jej tak pięknej: z policzkami zabarwionymi szkarłatem, z lekko rozchylonymi ustami, z kosmykami ciemnych włosów, które wiatr i pęd wysunęły z upięcia. – Chciałaś? – powtórzył po niej, z powątpiewaniem, z niedowierzaniem. – Z mężczyzną, wobec którego żywisz wyłącznie pogardę? – Wiedział przecież, że nie pragnęła tego małżeństwa; było to dla niego oczywiste od pierwszej chwili, podejmując ostateczną decyzję zdawał sobie sprawę z tego, że ją unieszczęśliwi, nie miało to jednak znaczenia. Nie powinno go mieć.
Uśmiechnął się kwaśno w odpowiedzi na zawieszony w przestrzeni przytyk. – Cóż takiego uczyniłem, co czyni mnie w twoich oczach nieokrzesanym? – zapytał, ani na moment nie odrywając od niej spojrzenia. Nie myliła się – daleko mu było do lordów całe swoje życie spędzających na obracaniu się w salonowym świecie, nie był artystą ani rozważnym w dobieraniu słów politykiem; morze odcisnęło na nim swoje piętno, zarówno w sposób fizyczny, jak i ten niewidoczny; bywał porywczy, brakowało mu cierpliwości – ale przy Melisande zawsze starał się pilnować, nawet jeśli robiła wszystko, by mu to utrudnić.
Rozluźnił uchwyt natychmiast, gdy ponownie się odezwała, początkowo błędnie interpretując jej słowa, sądząc, że to jego palce zamknięte na drobnym nadgarstku powodowały cierpienie; nie zdążył jednak wypowiedzieć słów przeprosin, dalsze zdania uświadomiły mu pomyłkę. Opuścił dłoń, czując, jak wraz z każdym kolejnym oddechem stygną wzburzone emocje; uśmiechając się, gdy zapewnienie o umiejętności latania wyciągnęło na wierzch wspomnienie tak dawne, jak i trudne do wyrzucenia z pamięci. Pokręcił głową w rozbawieniu. – Pamiętam – przytaknął. Nie miał zamiaru kontynuować tej rozmowy z poziomu końskiego grzbietu; podniósł się w siodle, żeby wprawnym ruchem przełożyć nogę na drugą stronę i zeskoczyć na ziemię. Odwrócił się w stronę Melisande od razu; nie chciał dawać jej okazji do kolejnej ucieczki. – Wolałbym jednak tym razem nie skakać po ciebie do wody. W styczniu jest lodowata – powiedział, wyciągając ku niej rękę w zapraszającym geście, pozornie oferując pomoc w zsunięciu się z wierzchowca, w rzeczywistości – podszywając go niewypowiedzianym pytaniem.


was it a knife in my back or a fork in the road? was it hell or high water that left us alone?
Manannan Travers
Zawód : korsarz, kapitan Szalonej Selmy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
said goodbye to you my friend
as the fire spread
all that's left are your bones
that will soon sink like stones
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 24 +4
CZARNA MAGIA : 5 +1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10515-manann-travers-budowa https://www.morsmordre.net/t10605-zlota-rybka#321117 https://www.morsmordre.net/t10602-hoist-the-colours#321066 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10596-skrytka-bankowa-nr-2306#320992 https://www.morsmordre.net/t10621-manannan-travers
Re: Ścieżka na plażę [odnośnik]03.06.22 2:05
Zwracała uwagę na szczegóły. Mimowolnie chwytając zmiany, które umknęłyby w ogóle. Być może dlatego, mimo huczącego wiatrem pędu, rytmicznego stukotu kopy i szumu wciąż zwartych skrzydeł aetonana, tak łatwo odnajdowała profil ostrych rysów Manannana. I to tonące błękitem źrenice skupiały uwagę i odbijane wręcz nienaturalnie światło promieni. Zupełnie, jakby jasne smugi burzyły morską toń do zbyt gwałtownego odzewu. I wbrew pozorom, umykające przestrzeń kamiennej plaży i smagający policzki oddech wiatru, nie traciły na znaczeniu, nie znikał cel i sam wierzchowiec też musiał to czuć, gdy kolejnymi zmianami utrzymywała tempo i kierunek.
To, czego nie kontrolowała do końca, były własne emocje, rysujące na policzkach coraz ciemniejszy róż. Nie potrafiła pojąć, jak łatwo akurat on potrafił wyprowadzić ją z równowagi. A im większy czuła nacisk, tym większy opór stawiała w szalejącej gdzieś pomiędzy nimi wymianie - nie dając chwili wytchnienia. Ani jemu, ani sobie - Może taka moja natura - niemal parsknęła, jak rozjuszona aetonanka - Masz, czego chciałeś - jej nikt nie zapytał czego chciała. Zbyt dobrze rozumiała szlachecki obowiązek i własną w nim rolę, ale nie potrafiła powstrzymać żalu i co jakiś czas odświeżanej złości do brata, za to, co zrobił. Co zrobili. Wiedziała, jaką wagę stanowiło porozumienie z Traversami, jak cenne było wsparcie ich statków i ochronna wód wokół Kent. Tylko czym miała być ona w takim razie? Czemu Manannana zgodził się akurat na nią? Na tę jedną myśl, coś niebezpiecznie zakołysało się piersi, wywołując jedną, dodatkową falę i tak promieniującego z emocji gorąca. Mieli za sobą mniej lub bardziej spektakularne spotkania i prędzej wyobrażała sobie, że pałał do niej...czym właściwie? Jakie emocje w nim wywoływała? - Ale poznam ją w ogóle - słowo za słowo. Trudno jej było odpuścić, wycofać się, zamilknąć, zrezygnować z możliwości szarpnięcia emocją, jak struną zbyt napiętego smyczka.
Działała impulsywnie. Czy uciekała? Nie zastanawiała się nad tym. Jeśli tak było, pod skórą, za woalem ucieczki, kryła się rzucana prowokacja. Czy przyznawała się do tego, czy też nie, czy wynikało to z dumy, wyzwania, czy wciąż nieokreślonej tajemnicy, jaką w nim dostrzegała - chciała go pociągnąć za sobą. Do siebie. Tak jak teraz, nagle, gwałtownie i nie kalkulując konsekwencji, jakie na zmianę w budziła i gasiła.
Powietrze świsnęło w wydychanym gwałtownie powietrzu. W zaciśniętych i zaraz potem rozluźnionych wargach drgały jak echo, niewypowiedziane zdania i kotłujące się, niby wzburzona fala, emocje z równą siłą popychając ją do przecinającej i ścieżkę i dyskusję decyzji. Czuła, jak nie tylko jej mięśnie zadygotały, gdy wykonała niebezpieczny zwrot, zmuszając siebie i wierzchowca do kontrolowanego wysiłku. Prawdopodobnie, mając pod sobą młodego aetonana, manewr zakończyłby się spektakularnym upadkiem, ale Zaari nie był zwykłym ogierem. Był pierwszym w rodowej hodowli, znała go wystarczająco dobrze, by płynnie przejść z wyciągniętego galopu, do zwrotu i zatrzymania. Niemal idealnie wpadając pod rękę czarodzieja, w której zakleszczył pobielałe z emocjo palce.
Serce szumiało, jakby wygrywało echo pościgu, który jeszcze przed chwilą gnał ich - zgodnie ze słowami męża - gdzieś na skraj klifu. Być może znajdowali się bliżej niż się spodziewała. Na więcej niż jednym poziomie znaczenia.
Kotłująca się bolesnością, niewidzialna rana w piersi, wydawała się otworzyć, wypluwając i falę goryczy, którą do tej pory dusiła. Tak bardzo chciała zrobić cokolwiek, co choćby na moment ukoiłoby przenikliwe wycie z tyłu głowy. Ale skrzyżowane spojrzenia i pewny, przywołujący ją uścisk nadgarstka, wyrwał z warg coś zupełnie innego. Odpowiedzi, którą próbowała bezskuteczni przekazać, pomiędzy wywoływanymi raz za razem kłótniami, wyrazami, niemal jak niewymownej obietnicy, złożonej gdzieś pomiędzy gniewem, żalem, a ...tęsknotą.
- Chciałam - powtórzyła za czarodziejem, wciąż z napięciem, tak jak powtarza się nowo odkryte zaklęcie, lub niezwykły, do tej pory niezrozumiały przepis na eliksir - Chcę - dodała ciszej, wciąż zadzierając głowę wyżej, dając się na tych kilka uderzeń serca, uwięzić za taflą przenikliwych, morskich błękitów. Wygięła usta - pogardę? - czuła jak gwałtowność i rozlewający się smutek, umykają na miejsce sfrustrowanego zaskoczenia. Niekontrolowany dreszcz przemknął przez całą długość kręgosłupa, ale nie była pewna, czy był to wynik wspomnienia zakazanego imienia, czy wzroku, jaki na sobie czuła, a jej wierzchowiec zatańczył nerwowo, stukając kopytem o piasek - mam bardzo wiele określeń na to co do ciebie czuję, ale nie znajdziesz tam pogardy - czuła całą gamę i odsłon frustracji, gniewu, smutku, zazdrości, ale także dumę, skrywaną fascynację (być może podziw?) i coś, z czym do tej pory nie próbowała się mierzyć. Była jednak pewna, że o żadnym z ostatnich nie umiała mu jeszcze opowiedzieć.
- Wszystko - miała wrażenie, że pod powiekami zbiera się piasek, a kąciki oczu zapaliły się kłujące iskry, domagając się uwolnienia. Z każdym jednak padającym słowem, mniej wierzyła, że ów nieokrzesaność jest rzeczywistą wadą. Faktem niezaprzeczalnym było, że to jedna z cech, która zwróciła jej uwagę i raz za razem drażniła na wiele sposobów, zmuszając ją do mniej wysublimowanych reakcji.
Wspomnienie ciemnych, śledzących ją oczu, wywoływało w niej ból, ale jasne, przesycone wolnością źrenice męża miały nieoczekiwaną zdolność przeganiania cienia, który osiadał na barkach ciężarem żalu. Budził coś innego. Bardziej niebezpiecznego. To bolało, rzeczywiście. O tym, że rozluźnił uchwyt zauważyła dopiero, gdy pulsowanie krwi wróciło krążeniem w dłoni. Dziwnym było, że poczuła zawód, który zamazał się własnym gestem, gdy rozluźniła zwinięte na rękawie czarodzieja, palce. Ale to uśmiech, który uniósł kąciki męskich warg wywołały w niej niezapowiedziany dreszcz przyjemności. I rozbawienia. Przez moment broniła się przed zmianą, ale usta ugięły się - Doprawdy? Twoi towarzysze też mnie zapamiętali? - odezwała się niemal niewinnie, z głoskami zbyt znajomego wzywania. Obserwowała z aetonowego grzbietu, jak mężczyzna zsiada i odwraca się ku niej z zaproszeniem. Ten jeden raz, miała okazję patrzeć na niego z góry, oferując mu intensywność spojrzenia niepodobną do wcześniejszych. Opuściła wzrok na wyciągniętą dłoń z kontynuowanym rozbawieniem przechylając głowę najpierw na bok, potem, zgarniając z policzka jedno z potarganych wiatrem, czarnych pasm włosów, by zaraz potem przerzucić nogę przez wierzchowy grzbiet, nie zsuwając się jednak na ziemię. Nachyliła się odrobinę, zmniejszając dystans i przez moment mając nieodparte wrażenie, że czuje bijący od czarodzieja żar. Dopiero wtedy wysunęła własną dłoń, ale nie spotykając się z ręką męża, a układając głębiej, na jego barku - Wystarczy, że mnie złapiesz - odezwała się ciszej, jednocześnie wolną dłonią odpychając się od siodła i zsuwając na ziemię, wcześniej opierając ciężar na ramionach czarodzieja - albo nauczysz pływać - zakończyła będąc przez moment wystarczająco blisko, by usłyszał stłumiony bliskością głos.
Melisande Travers
Zawód : Dama
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Róże są bardziej zgodne z prawdą – wiedzą, jak pokazywać kolce”.
OPCM : 0 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 19 +2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 8 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10633-melisande-travers-rosier#324047 https://www.morsmordre.net/t10688-ales#324219 https://www.morsmordre.net/t10681-regina-rosarum-melisande#324223 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10751-skrytka-bankowa-nr-2340#326311 https://www.morsmordre.net/t10749-melisande-travers-rosier#326288
Re: Ścieżka na plażę [odnośnik]05.11.22 21:14
Prychnął poirytowany, wpatrując się w oczy Melisande – błyszczące od emocji, których nie potrafił odgadnąć. Miał, czego chciał? Sytuacja, w której się znaleźli, nie miała nic wspólnego z jego pragnieniami – gdyby to zależało od niego, z pewnością wciąż nie postawiłby stopy na suchym lądzie, zamiast tego kontynuując wieloletnią pogoń za legendarnym okrętem. Nie spieszyło mu się do ożenku; ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie, na dłuższy czas niemal zupełnie zapomniał o Norfolku, wyobrażając sobie, że kiedy wreszcie wróci do rodzinnych stron, zrobi to na pokładzie wydartego z odmętów zapomnienia statku. Jego plany pokrzyżowała wojna, wezwania otrzymanego od wuja zignorować nie mógł i nie zamierzał – nigdy nie zapominając wpojonych w młodości wartości. Morze wołało go do siebie niezmiennie, ale tym razem nawoływanie dobiegające z rodowego portu okazało się głośniejsze – wrócił więc bez zawahania, bez mrugnięcia okiem godząc się też na zawarcie politycznego małżeństwa, mając świadomość, że jeżeli istniało coś, czego Traversowie potrzebowali, to były to sojusze z innymi rodami. Rządy zdradzieckiego nestora i zmiana stron tuż przed szczytem w Stonehenge pozbawiły ich dawnych przyjaciół, a wojny w pojedynkę toczyć nie mogli. Być może powinien był przewidzieć, że będzie musiał toczyć ją z nią, ale właściwie – nie był pewien, czy to wpłynęłoby na jego decyzję. Ani wtedy – ani teraz, bo chociaż gnając za nią w bezsensownej gonitwie osiągał coraz wyższe poziomy irytacji, to skłamałby twierdząc, że wolałby zamiast tego trwać u boku czarownicy cichej i przytakującej mu we wszystkim.
Mogłabyś… – zaczął, poznać ją ze mną, zatańczyło na jego wargach, ale nim słowa wybrzmiałyby w przesiąkniętym morskim zapachem powietrzu, coś je powtrzymało – nagła zmiana kierunku, konieczność zatrzymania skrzydlatego wierzchowca, lub zaskoczenie pojawiającą się w głowie myślą – nie był do końca pewien. Prawdą było jednak, że rzeczywiście nie miałby nic przeciwko oprowadzeniu jej po tych miejscach – mimo że do tej pory uważał je wyłącznie za własne. Odkrywane w trakcie burzliwej młodości, były tak przesiąknięte wspomnieniami, że Manannanowi czasami wydawały się zamieszkałe przez duchy przeszłości – i był ciekaw, co w wysokich klifach i starych zagajnikach dojrzałaby Melisande. Czy wyrastające ze stromych brzegów mury były dla niej tylko ścianą z wyrzeźbionych przez fale kamieni – czy widziała tam coś jeszcze innego?
Pytanie nie dotarło jednak na jego język, rozbijając się jedynie o wnętrze czaszki, a chwilę później już o nim nie pamiętał – skupiony wyłącznie na uspokojeniu wystraszonego aetonana oraz opanowaniu zbyt szybko bijącego serca. Zaskoczenie niezapowiedzianym manewrem mijało powoli, słabnąc wraz z kolejnymi oddechami, ale to wywołane wyznaniem czarownicy było trwalsze – sprawiając, że przez kilka długich sekund milczał, szukając w dwukrotnym potwierdzeniu nieistniejącej drwiny. – A co tam znajdę? – zapytał, przekrzywiając głowę. Bez ironii czy wyraźnego powątpiewania, naprawdę był ciekaw; w jego głosie zadźwięczało zaintrygowanie, czyżby źle ją ocenił? Chociaż przez ostatnie tygodnie robił wszystko, by uniknąć podobnych konfrontacji, świadomie i instynktownie zachowując dystans oddzielający go od świeżo poślubionej małżonki, to kiedy faktycznie się ścierali, niechęć promieniująca od Melisande wydawała mu się oczywista. Nie miał też wątpliwości co do tego, że była skierowana ku niemu – nie starał się odgadnąć, czy wykrzykiwane w złości słowa nie miały przypadkiem drugiego dna. Był mężczyzną prostym, przyzwyczajonym do jasnych komunikatów wydawanych na pokładach okrętów; podobnym językiem porozumiewał się z członkami rodziny, stroniąc od dworskich intryg i w naturalny sposób gubiąc się w niedopowiedzeniach.
Wszystko? – powtórzył za nią z rozbawieniem, choć na krawędziach głosek znów zatańczyło poirytowanie. – Aż tak cię uraziłem, lady Melisande? – zapytał, kładąc nacisk na ostatnie sylaby. Brak jednoznacznej odpowiedzi go drażnił; czy naprawdę przebywanie w jego towarzystwie było dla niej aż tak nieznośne, czy zwyczajnie próbowała wytrącić go z równowagi? Oddałby wiele, żeby być w stanie rozczytać jej intencje, chociaż nie był pewien, dlaczego w ogóle zawracał sobie tym głowę; była mu winna posłuszeństwo, a to, czy jej się to podobało czy nie, nie musiało wcale go obchodzić.
A jednak – przypadkiem przywołane, stare wspomnienie, zmusiło kąciki jego warg do drgnięcia w górę, chociaż pytanie o załogę sprawiło, że jego spojrzenie na moment pociemniało. Żeglarze, których przywoływała Melisande, w większości nie żyli bądź też rozpierzchli się po świecie, a świadomość zdrady, jakiej się dopuścili – buntu rozpalonego przez jego pierwszego oficera, przez człowieka, którego uważał za przyjaciela – do tej pory szarpała wnętrznościami Manannana, odzywając się w takich momentach jak rozjątrzona, niegojąca się nigdy rana. Odchylił się nieco na grzbiecie wierzchowca, przybierając obojętny wyraz twarzy – dopiero po chwili pozwalając rysom złagodnieć, rozluźnić się; nie miał zamiaru rozdrapywać tego teraz, nie robił tego w towarzystwie nikogo – od tamtego incydentu nikomu zresztą tak naprawdę nie ufał. – Z pewnością – odpowiedział wymijająco; aż do samego końca. Zsunął się na ziemię, wykorzystując tę chwilę do schowania prawdziwych myśli, odsunięcia ich od siebie; uniósł wzrok z wyczekiwaniem i dłonią wyciągniętą w stronę Melisande, do samego końca nie wiedząc, czy ją uchwyci. Jego oczy podążyły za jej palcami, gdy odgarnęła luźny kosmyk włosów z policzka, ręka oparta na barku go zaskoczyła – ale zareagował instynktownie, poprawiając ułożenie dłoni i chwytając kobietę w talii zanim jej stopy spotkałyby się z ziemią. Opuścił ją powoli, ostrożnie, upewniając się, że odnalazła oparcie na nierównej, kamienistej ścieżce – ale i tak nie cofając ramion, w żaden sposób niezrażony nagłą bliskością, choć wydawało mu się, że nigdy wcześniej nie dzieliło ich tak niewiele – zaledwie parę centymetrów rozgrzanego oddechami powietrza. – Coś mi mówi, że doskonale poradziłabyś sobie i bez moich nauk – powiedział, unosząc wyżej brew. – Ale jeżeli twoim życzeniem jest zimowa, morska kąpiel – to po południowej stronie wyspy jest spokojna zatoka – zasugerował z rozbawionym błyskiem w oku. Nie mówił poważnie, woda o tej porze roku była lodowata (przekonał się o tym na własnej skórze niejednokrotnie; w młodości mieli w zwyczaju z kuzynami rzucać sobie wyzwania i zakładać się o to, kto wytrzyma najdłużej), ale nie potrafił powstrzymać się przed rzuceniem jej drobnego wyzwania.


was it a knife in my back or a fork in the road? was it hell or high water that left us alone?
Manannan Travers
Zawód : korsarz, kapitan Szalonej Selmy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
said goodbye to you my friend
as the fire spread
all that's left are your bones
that will soon sink like stones
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 24 +4
CZARNA MAGIA : 5 +1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10515-manann-travers-budowa https://www.morsmordre.net/t10605-zlota-rybka#321117 https://www.morsmordre.net/t10602-hoist-the-colours#321066 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10596-skrytka-bankowa-nr-2306#320992 https://www.morsmordre.net/t10621-manannan-travers
Ścieżka na plażę
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach