Wydarzenia


Ekipa forum
Efrem Yaxley
AutorWiadomość
Efrem Yaxley [odnośnik]13.01.24 23:49

Efrem Taegan Yaxley

Data urodzenia: 01.01.1931 r.
Nazwisko matki: Malfoy
Miejsce zamieszkania: Yaxley’s Hall, Fenland
Czystość krwi: Czysta szlachetna
Status majątkowy: Bogaty
Zawód: Arystokrata, aspirujący polityk, działacz w MKCz, wsparcie Ambasadora Anglii w Magicznej Konfederacji Czarodziejów
Wzrost: Metr osiemdziesiąt dziewięć centymetrów
Waga: Osiemdziesiąt pięć kilogramów
Kolor włosów: Na pierwszy rzut oka mogą wydawać się ciemnobrązowe, ale gdy światło pada na nie z różnych kątów, odcienie przechodzą od ciepłych, złotych brązów po delikatniejsze, miodowe tonacje.
Kolor oczu: Niczym zjawisko niebieskiego lodu, z głębokim i chłodnym odcieniem niebieskiego, który jak lodowa tajemnica gładzi spojrzenie.
Znaki szczególne: Dotkliwe blizny po oparzeniach, zaczynające się od lewego obojczyka, ciągnące się przez bark, zakrzywiające się w nieregularne kształty. Mające różną formę struktury, przecinając plecy po skosie, w kierunku boku. Znacząco przycięte włosy, posiadające charakterystyczne pofalowanie. Zadziorne spojrzenie, rzucające wyzwanie do charyzmatycznej dyskusji tym, których uzna za ciekawe osobistości.


W śladach przodków widzę nie tylko piękno spuścizny, lecz także zobowiązanie do jej kontynuacji. Historia rodziny to nie tylko przeszłość, to fundament, na którym buduję dziedzictwo, przynosząc chwałę naszym korzeniom

Yaxley i Malfoy — rodziny od zamierzchłych czasów rzucające względem siebie nieprzychylne spojrzenia. Traciły swoje związki szybko, mimo podejmowanych kroków w stronę polepszenia stosunków. Niesnaski między nimi przyćmiewały dawne współprace. Małżeństwo moich rodziców miało więc znaczenie bardziej strategiczne niż osobiste. Mimo że to układało się spokojnie, w cieniu rodowej posiadłości wisiało coś, co ja nazwałbym swoistym fatum. Nieuchronna niesprawiedliwość towarzyszyła moim rodzicom przez lata. Mimo starań Lady Eileen każda ciąża kończyła się utratą dziecka, co doprowadzało do rozpaczy i nieopisanego bólu mojej matki. Bezradność w obliczu tego tragicznego losu rodziła w niej nie tylko smutek, ale i zrozumienie, że los jest czasami nieprzewidywalny, nawet dla tych, którzy próbują nim kierować.
Moje przyjście na świat było wyjątkowe, symboliczne. Chociaż moje płaczliwe powitanie było jedynie potwierdzeniem istnienia, to dla rodziców było to jak powrót do nadziei po wielu utraconych próbach. W cieniu mojego narodzenia nosili na sobie ciężar wcześniejszych niepowodzeń i bezskutecznych modlitw o potomstwo, które miało przywrócić rodzinie utracony blask. Najważniejszą nocą w ich życiu stała się tamta uroczystość. Pamiętnej noworocznej nocy, gdy w ponurej posiadłości świętowano nadchodzący rok, atmosfera była nacechowana nadzieją i optymizmem. Subtelna, klasyczna muzyka wypełniała powietrze, a dźwięk kryształowych pucharów łączył się z cichym szelestem długich sukien i sztywnych fraków. W tym radosnym tłumie wciąż trwającej celebracji choćby przez chwilę zapomniano o ciemnościach minionych lat. Ale los, jak złośliwy kaprys, postanowił zawrócić uwagę uczestników przyjęcia. W momencie, gdy radość osiągnęła zenit, rozbłyskujące uśmiechami i radosnymi życzeniami, na twarzy Lady Yaxley pojawiło się nieoczekiwane skrzywienie. Wraz z pierwszym wschodem słońca tego roku, przyszedłem na świat jako Efrem Taegan Yaxley.


Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa i dorastania splatają się z obrazami ciężkich, ozdobionych rodowymi symbolami korytarzy w posiadłości Yaxleyów. Tam, pod żelazną ręką mego ojca, kształtowano mnie na idealnego syna, znaczącą jednostkę, potencjalnego dziedzica rodu. Ojciec, człowiek z dumnym spojrzeniem i chłodnymi manierami, zawsze trzymał mnie w cieniu swojego stoicznego oblicza. To on, jak mistrz rękodzieła, kreował mnie na dziedzica, godnego nosiciela przeszłości i przyszłości. Najbardziej utkwiły we mnie te długie godziny spędzone na żmudnych ćwiczeniach. Siedząc w sali treningowej, otoczony sztandarami rodu i żelastwem, szermierka stała się moim schronieniem, ucieczką od negatywnych rozterek, które wzbierały w mojej głowie. Ojcowska ręka prowadząca, upór w dążeniu do perfekcji — to wszystko kształtowało moje umiejętności, ale także charakter. Dźwięk stali walczącej ze stalą, rytmiczny stukot kroków na podłodze — to były moje chwile wytchnienia. W tych ruchach, w tej grze sił, znajdowałem nie tylko satysfakcję, ale także schronienie przed zawiłościami. Stała się dla mnie jak modlitwa, moment, gdy oddychałem tylko ja i mój przeciwnik, zapominając na chwilę o ciężarze obowiązków i nadziei, który nosiłem na barkach. To były lata, w których uczono mnie, że dziedzictwo nie spoczywa jedynie w kwiatach herbowych czy tradycjach rodowej linii. Dla mnie dziedzictwo miało smak metalu, zapach potu i pouczeń, a każdy ruch ręki był jak odejście kroku bliżej w gąszczu historii mojego rodu. Szermierka, choć była umiejętnością szlachecką, dla mnie stała się nie tylko obowiązkiem, ale również czynnością, gdzie mogłem znaleźć ukojenie, odprężenie i przede wszystkim — swój własny, wyjątkowy sposób na odmienne spojrzenie na życie w rodzinnej posiadłości. W miarę jak dojrzewałem, odkryłem drugą ścieżkę, którą wędrowały wcześniejsze pokolenia — starożytne woluminy, pełne zakurzonych opowieści, ukryte w zakamarkach biblioteki. Tam, gdzie ostrza szlacheckich mieczy cichły, w te wiekowe strony wtapiałem się z głodem wiedzy i pragnieniem zrozumienia naszej historii. Te zwoje pergaminów, naznaczone kurzem minionych epok, były dla mnie źródłem nie tylko faktów, ale przede wszystkim moralnych zasad, które miały kształtować moje postępowanie. Każde zapisane słowo stanowiło dla mnie kodeks, misternie tkany przez przodków, by przekazać mi wartości, które trzeba było pielęgnować. Historia mojej rodziny, odkrywana w woluminach, była nie tylko chronologią wydarzeń, ale opowieścią o odwadze, lojalności, ale też o błędach i ich konsekwencjach. Każdy gruby tom, każde nieśmiertelne pióro, które przemawiało z przeszłości, kształtowały mnie jak żelazne klejnoty wsadzone w koronę przynależności. Czytanie sprawiało, że zrozumiałem, jak ważne jest pozostawanie wiernym korzeniom, nawet w obliczu zmieniającego się świata magii. To właśnie stamtąd czerpałem zasady moralne, które układały się w moją osobistą filozofię życia. Lojalność, honor, tradycja — to były wartości, które stały się dla mnie jak gwiazdy na niebie, prowadzące mnie przez ciemności niepewnej przyszłości.



Siła nie tkwi jedynie w zaklęciach czy rytuałach, lecz w zdolności zrozumienia i opanowania tajemniczych potęg, które ukrywają się w cieniach naszej własnej duszy.

Mimo częstych prób wystawiania mnie na kontakt z rówieśnikami, moje myśli stale wracały do chęci oddania się ciemnościom posiadłości, gdzie mogłem pochłonąć się swoimi zainteresowaniami. Wolne chwile spędzałem poza terenem posiadłości, na przynależących do niej bagien. Tam, wśród natury, obserwowałem, uczyłem się, wyciągałem wnioski. Trolle zwróciły moją uwagę dość szybko, gdy obywałem spacery pod czujnym okiem matki. Obserwując ich zachowania, próbowałem zrozumieć ich naturę i potrzeby na swój sposób. Z biegiem czasu, przy wykorzystaniu pewnych podstępów, zyskiwałem cień prymitywnego zaufania. Udało mi się nawiązać subtelny kontakt, zbudować coś w rodzaju symbiozy. Nauczyło mnie sztuki cierpliwości, zrozumienia i podstępu. Wiedziałem, że muszę utrzymać równowagę między światem czarodziejów a dziedziczeniem rodzinnych tradycji a światem tych istot, które pomimo różnic, również miały swoją godność. Było to jak układanie skomplikowanego zaklęcia, gdzie każdy ruch musiał być przemyślany, a każde słowo miało swój wydźwięk.
Polityczne wyjazdy z ojcem po Europie były dla mnie jak magiczna lekcja, która wykraczała daleko poza zwykłe nauczanie. Te podróże nie tylko poszerzały moją wiedzę o świecie, ale też pozwoliły kształtować nowe obyczaje. Choć jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że był to nacisk rodziny matki, wiedza polityczna miała stanowić fundament kolejnych etapów edukacji. Szczególnie w Niemczech doświadczyłem niezapomnianych chwil, które zaważyły na moim życiu. Nauka języka przodków stała się dla mnie zadaniem priorytetowym. Ojciec, zdając sobie sprawę z istotności międzynarodowego dialogu politycznego, inwestował. Jednak to w Niemczech, poza zaciszem rodzinnych salonów, odkryłem swoje pasmo doskonałości. To tam, gdzie dziedzictwo kunsztu szermierki w mojej rodzinie odnalazło swój najbardziej spektakularny wyraz. Pod okiem wybitnych mistrzów tej sztuki, z którymi ojciec nawiązał kontakty, doskonaliłem swoje umiejętności. Mój talent w szermierce zakwitł, gdy brałem udział w pojedynkach z rówieśnikami, jednego po drugim, zdobywając uznanie jako niepokonany. To właśnie tam, w sercu Alp Bawarskich, gdzie dźwięki stalowych ostrzy mieszały się z odgłosami politycznych dyskusji, odnalazłem moje miejsce, demonstrując jednocześnie nie tylko siłę fizyczną, ale i wyrafinowane opanowanie tej sztuki. Życie w blasku sławy i ciągłe spojrzenia bacznie obserwujące każdy mój krok było dla mnie codziennością. Chociaż mogło to być przytłaczające dla innych, dla mnie stało się normą. Ojciec zawsze zaznaczał, że wielkość rodu wymaga pewnego poziomu ekspozycji, ale jednocześnie muszę być gotów na cenę, jaką za to płacę. To przygotowanie do publicznego życia, przesiąkniętego polityką i intratnymi sojuszami, miało być moim udziałem.



Walcząc z przeciwnościami, każdy krok w tył staje się jedynie impulsem do dwóch kroków naprzód. To nie trudności definiują naszą drogę, lecz determinacja, która rodzi się z upartego dążenia do przodu w obliczu losowych przeciwności.

Relacja między mną a matką była jak jedyny płomyk w ciemnościach surowości szkoleń ojca i wymagań szkoły magii. W obliczu surowych nauczycieli i trudnych warunków matka była moją ostoją, uśmiechem, który przynosił ulgę i pocieszenie. Mimo braku rodzeństwa, ona, jak jedyny płomyk sprawiała, że czułem się zawsze wyjątkowy. Wtedy jednak nie rozumiałem, że każde działanie rodziców, miało swój cel. Lady Eileen nie mogła pozwolić, bym stał się wypranym do cna mężczyzną z emocji, schowanym za tarczą surowości. Jej rola była nie tylko wspierająca, ale i kształtująca. Uczyła mnie taktownego zachowania, manier w towarzystwie. Nadzorowała naukę tańca i elokwentnego sposobu rozmów, szczególnie z damami szlacheckiego pochodzenia. Była dla mnie nie tylko matką, ale także mentorką, która przewodniczyła mojemu rozwojowi jako szlachetnego czarodzieja. Czarodzieja, który w przyszłości miał być też głową rodziny, mężem i ojcem. Jej nauki dotyczące etykiety i savoir-vivre były dla mnie jak mapy w nieznanym terenie. Wiedziała, że umiejętności społeczne są równie ważne jak magiczne, a być może nawet bardziej, w świecie, gdzie reputacja i kontakty odgrywały kluczową rolę. Każdy gest, każde słowo było dla niej ważne. Jej nauka obejmowała nie tylko sztukę tańca czy poprawnego zachowania przy stole, ale także subtelne niuanse rozmów z ludźmi o wyższym statusie społecznym. Dzięki matce nie tylko rozwijałem się jako czarodziej, ale także jako człowiek, posiadający jeszcze sumienie. Nie ominęło mnie wpajanie ideologii o mugolach, plugawych jednostkach, zabierających co nasze. Poddałem się przekonaniom, bo tak nakazywały kodeksy, tego wymaga społeczeństwo. Swoimi dorastającymi oczami widziałem, pragnąłem wręcz unicestwienia tych pasożytów. Ludzi, przez których ginęli mi podobni, znaczący. My byliśmy panami, czarodzieje. Jej wpływ sprawił, że zyskałem pewność siebie i zrozumienie dla problemów. Moja matka, jedyny płomyk w ciemnościach, był dla mnie nieocenionym źródłem wsparcia i mądrości w trakcie trudnych lat nauki w Durmstrangu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak znaczące zmiany we mnie zajdą. Czy żałowałem? Nigdy.



Lata beztroskiego w moim mniemaniu życia przeminęły szybko, wraz z ważnymi urodzinami u każdego czarodzieja. Zanim jeszcze wkroczyłem w świat nauki i magii, udałem się na zakupy po najważniejszy atrybut każdego czarodzieja — różdżkę. Wybór padł na jednego z najsłynniejszych wytwórców różdżek, a sam moment zakupu miał być wyjątkowym przeżyciem, wzbogacającym moje dotychczasowe doświadczenia. Jednak, kiedy nadszedł czas wyboru, nawet dumny dotąd ojciec zapomniał, jak się mówi. Zdziwienie malowało się na jego twarzy, co w połączeniu z jego dumą sprawiło, że stał się przedmiotem ogólnej ciekawości. Po wielu próbach i zniszczeniach znalazła się w mojej dłoni ona, piękna i tajemnicza. Z pozoru wydawała się być jedynie kolejnym narzędziem magii, ale w głębi mojej duszy poczułem, że to coś więcej. Tarnina to nie był oczywisty ideał. Była czymś niepokojącym, a jej obecność już wtedy mogła być drogowskazem dla przyszłości. Tarnina to drewno, które nie wybierało głupców. Szukało kogoś godnego siebie, kogoś gotowego na wyzwania, właściciela, za którym pójdzie w ogień. To spotkanie było jak połączenie dwóch sił, dwóch dusz, gotowych do wspólnej podróży przez świat magii. Różdżka i ja, zjednoczeni w jedności, stanowiliśmy potężną siłę, gotową sprostać każdemu wyzwaniu, nawet nie wiedziałem, jak bardzo. Informacja o moim przyjęciu do tej renomowanej szkoły wzbudziła jednak rzewne protesty zarówno matki, jak i dumnej babki z rodu Malfoyów. Mimo protestów decyzja o moim przyjęciu zapadła ostatecznie, a ja przyjąłem ją z honorem. Słowa ojca, nakazujące mi pamiętać, kim zawsze będę, jak mantra powtarzana przed moim wyjazdem, wyryły się w moim umyśle na całe dotychczasowe życie. Durmstrang, złożona z tradycji i surowości, stanowiła dla mnie arenę, na której miałem udowodnić nie tylko swoje umiejętności magiczne, ale także godność i dziedziczone z pokolenia na pokolenie wartości.



Stadium lat spędzonych na nauce, były dla mnie okresem intensywnego wzrostu, zarówno pod względem umiejętności magicznych, jak i fizycznych. Wartości wojenne nie były jedynie teorią, ale integralną częścią codziennego życia. Rygorystyczne treningi fizyczne i praktyki magiczne przygotowywały nas na każdą ewentualność. Walka była nie tylko umiejętnością, ale także sztuką, którą musiałem opanować, by nie być na tutejszym dnie społecznym. W tej surowej rzeczywistości wytworzyła się swoista rywalizacja między uczniami. Mimo że wielu z nas było czystej krwi, istniała hierarchia, a ja trzymałem się nielicznej grupy osób, rzucając dumne spojrzenia na tych, którzy byli uważani za niższe jednostki. To było naturalne w środowisku, gdzie silniejszy przetrwa, a walka o pozycję była czymś nieuchronnym. Nie było miejsca na słabości. Musiałem się zmagać z ekstremalnymi warunkami pogodowymi, wystawiany na mrozy i śnieżyce, byłem gotów na każde wyzwanie. Moje umiejętności w Klubie Pojedynków sprawiły, że stałem się znanym uczniem, a ostateczne miano Prefekta było dla mnie nie tylko zaszczytem, ale i dowodem, że moje wysiłki zostały zauważone. Durmstrang nie był łaskawy, ale dzięki temu stałem się silniejszy, zarówno jako czarodziej, jak i jednostka, gotowy na przyszłe wyzwania.
Nauka w tak surowej i wymagającej szkole miała dla mnie swoje negatywne konsekwencje, które odczuwam po dziś dzień. Chociaż niewidoczne gołym okiem dla innych, skrywam pod ubraniem i z pomocą eliksirów szpetności. Durmstrang nie brał jeńców; tam nie było miejsca na słabość czy przychylność. Szkoła ta wypluwała ofiary i podlotków w częściach, a ja byłem jednym z tych, którzy musieli stawić czoła surowym wyzwaniom. Odnosiłem rany, a często na własną rękę radziłem sobie z kontuzjami i siniakami. Łagodziłem wszelkie stany, by następnego dnia kroczyć ponownie w trudną codzienność. W Durmstrangu wytrzymałość fizyczna była równie ważna co umiejętności magiczne, a ja starałem się utrzymać równowagę między oboma obszarami. W wielu przypadkach, gdy zawodziła magia, przyczyną mogła być moja różdżka. Wojownicza i temperamentna tarnina upominała się o oddanie jej serca, co sprawiało, że czary czasem nie posłusznie wydobywały się z moich dłoni. To surowe środowisko sprawiło, że nauczyłem się radzić sobie z własnym ciałem i jego ograniczeniami. Pomimo to, trudno jest pozbyć się blizn, zarówno tych widocznych, jak i tych wewnętrznych, które niosę ze sobą po latach spędzonych w Instytucie.
Największa trauma w moim życiu odcisnęła swoje piętno, gdy byłem na szóstym roku nauki. Przez całe dotychczasowe życie nie brałem swoich błędów i potknięć tak poważnie, jak incydent z pamiętnym ogniem. To było pod koniec roku szkolnego, egzaminy zaprzątały głowę najbardziej ambitnych, a atmosfera była napięta. Klątwa Stosu okazała się najgłupszym zdarzeniem, jakie spotkało mnie w Durmstrangu. Po wejściu na dany teren, nagle wszystko stanęło w ogniu, tak działała ta klątwa. Czy był to atak, czy też niewinny żart? Do dziś nie wiem. Wszystko stało się tak szybko. Bez zastanowienia, poprzez przypływ chwili, wskoczyłem w płomienie, aby uratować bliską mi osobę - moją przyjaciółkę, cichy obiekt moich westchnień. Ogień pożerał wszystko wokół, a ja próbowałem ją wyrwać z jego szponów. Walka z płomieniami była okropnym doświadczeniem. Gorący powiew uderzał w moje ciało, sprawiając, że każdy ruch był jak bólujące pieczenie. Dym gęstniał wokół mnie, podduszając i zamazując obraz. W oddali dostrzegłem cień towarzysza, który ruszył mi na ratunek. Jednak i on musiał zmagać się z tymi samymi wyzwaniami. Razem staraliśmy się opanować chaos, błagałem w duchu, aby różdżka była łaskawa. Tamtejszego dnia moja różdżka była potężnie wojownicza; na egzaminach z czarnej magii szarżowała według własnych upodobań, walczyła z właścicielem. Gorąc przeszywał moją skórę, a dym wdzierał się do płuc. Każdy oddech był jak kara. Błagałem ją o pomoc, ale czekałem na odpowiedź, nie mając pewności, czy zostanę wysłuchany w tym piekle ognia. Tarnina, moja osobista wojowniczka odpowiedziała, chroniąc mnie w ostatniej chwili. Nim straciłem przytomność w bólu poparzeń, gdy podpory walącego się budynku ledwie stały, nauczyciel zdołał pojawić się w chaosie. Obudziłem się kilka dni później, leżąc pod opieką skrzydła szpitalnego w szkole. Przy moim boku zauważyłem nie tylko swoich bliskich przyjaciół, ale także swoją szkolną miłość i zmartwionego ojca. Pierwszy raz widziałem cień takich emocji na jego dotkniętej wiekiem twarzy, bał się otwarcie. To było trudne doświadczenie, które uświadomiło mi, jak kruche jest życie.



Brnę przez życie, trzymając się swoich poglądów, jak budowniczy kładący solidny fundament. Każdy krok, każde przekonanie, to cegiełka, która tworzy niezachwianą podstawę dla tego, kim stanę się w przyszłości.

Okres nauki był jednocześnie odejściem od niegdyś ukochanego domu, a serce moje podbiły Alpy Bawarskie. Tam, wśród malowniczych krajobrazów, oddawałem się moim ukochanym pasjom — przecinaniu konno leśnych zastępów i doskonaleniu umiejętności, które zdobywałem w surowej rzeczywistości Durmstrangu. Moja obecność zaszczycała dwory francuskie, reprezentując z godnością Malfoyów. Podbijałem serca młodych dam, nabywałem znajomości pośród równych mi rówieśników. W tych rejonach znalazłem nieco ukojenia, odciążenia od surowej rzeczywistości, jaką reprezentowała mroczna posiadłość Yaxleyów. Często wyczytywałem z listów od matki żal, który lał się między zdaniami. Jak szyfr ukazywał ból matczynej straty, swoistej tęsknoty za synem. Jednak dumny ojciec, zawsze zapatrzony w przyszłość rodu, ucinał problem, pozwalając mi działać i kierując sugestywne podpowiedzi, które miały mnie ukształtować na godnego dziedzica. Do mrocznej posiadłości wracałem jedynie na święta i bardziej huczne okoliczności, gdzie musiałem się pokazać pośród rodziców. Zmieniałem się, z niegdyś roześmianego dziecka zostało niewiele. Zmężniałem, a zimne oblicze stało się nieodłączną kwestią mojej osobowości. To była cena, jaką płaciłem za bycie dziedzicem rodu Yaxleyów.
W swoim życiu zawsze kroczyłem z godnością i pewnością, zbierając wokół siebie wybitne jednostki, niezależnie od ich pochodzenia. Męska część naszej grupy była jak zgrany zespół o różnorodnych umiejętnościach i charakterach. Zebrała nas rywalizacja i wytykanie błędów, zaś połączyły na długie lata ambicje i wspólne poglądy. Wśród moich najbliższych znajomych znalazła się jedna wyjątkowa postać, dziewczyna cicha i wątła, pochodząca z francuskiej rodziny. Stanowiła czarną owcę pośród tamtych społeczności, a ja nie omieszkałem otwarcie z niej drwić, przekonując, że Instytut nie jest miejscem dla damulek. Jednak moje drwiny stały się dla niej ambicją. Na szóstym roku zaczęły nas łączyć bliższe relacje, niż towarzyskie stosunki wymagały. Nasza relacja była jak taniec dwóch przeciwnych sił, zawiły i pełen kontrastów. Ona, delikatna i subtelna, emanująca spokojem i elegancją, była jak kwiat wśród opadających liści, wzbudzający zainteresowanie i czarujący swoją niepowtarzalnością. Zawsze miała w sobie coś nieuchwytnego, co przyciągało moją uwagę. Ja, z kolei, reprezentujący ambicje i pragnienie wiedzy, byłem jak ogień, płonący jasno i intensywnie. Nasze charaktery były jak skrajności, ale właśnie to sprawiało, że nasza relacja było fascynująca. Rywalizowaliśmy, zdystansowani, lecz jednocześnie zlepiający się w niezwykły sposób. Znaleźliśmy wspólny język, choć nasze różnice czasami doprowadzały do spięć. Jednak to właśnie te konflikty sprawiały, że nasza relacja była pełna napięcia i pasji. W miarę jak dojrzeliśmy, zaczęliśmy dostrzegać, że nasze życia biegną różnymi ścieżkami. Mugolska II wojna światowa rzucała na nas swoje mroczne cienie, a nasze role w życiu stawały się coraz bardziej złożone. Mimo to nasza bliska relacja trwała dobre kilka lat, po opuszczeniu murów szkolnych. Los kolejny raz przyniósł mi niezadowolenie i ostatni ból, pozostawiając wspomnienia o czasach, gdy świat był dla nas otwarty, a my byliśmy wolni. Choć nadal przyjaciele w polityce i na salonach, drogi naszej bliskości odeszły w zapomnienie. Ja uciekłem w świat polityki, ona oddała się powinnością wysoko urodzonych dam.



W Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, gdzie świat polityki czarodziejów splatał się z magicznymi sojuszami, odnalazłem swoje miejsce na ziemi. Lata nauki i podróży były jakby preludium do tego, by stać się w przyszłości częścią elitarnej grupy decydentów. Staż w Ministerstwie Magii wymagał nie tylko błyskotliwego umysłu, ale także spostrzegawczości, umiejętności przewidywania kierunków działań różnych świadectw magii. Podczas stażu zgłębiałem skomplikowane relacje międzynarodowe, uczestniczyłem w wielu spotkaniach dyplomatycznych i na własnej skórze doświadczał wagi podejmowanych decyzji. Mój status społeczny i umiejętność utrzymywania kontaktów społecznych przysporzyły mi po wielu latach subtelnego szacunku w środowisku, co było kluczowe dla długotrwałego sukcesu. Zdawałem sobie sprawę, że w tym nowym świecie, pełnym intryg i układów, być wierny swoim korzeniom, jednocześnie elastycznie dostosowując się do zmiennych okoliczności. Nie zamierzałem wykorzystywać wpływów, jakie miałem na wyciągnięcie ręki przez moje pochodzenie. Pragnąłem wiedzy i blasku zasmakowania władzy przez własną działalność. Staż był czasem wyzwań, nauki i wspinania się po szczeblach kariery. Mimo zawirowań politycznych, konfliktów i układów, nareszcie miałem swoje miejsce, utrzymując równowagę między tradycją a postępem, lojalnością rodzinnej nazwie a lojalnością wobec wspólnoty czarodziejów.
Mimo ciągłego zaangażowania w ministerstwie, z czasem zmuszony byłem poświęcić uwagę bardziej przyziemnym sprawom. W mojej codzienności zapomniałem o kwestiach, które coraz bardziej mi doskwierały. Rozległe blizny, pozostałe z przeszłości. Zdecydowałem się na wprowadzenie nowego systemu ćwiczeń fechtunku i fizycznych, aby zminimalizować ich uciążliwość i dostosować je do wymagań, nakładanych na moje ciało. Matka była zaniepokojona moim stanem zdrowia, jednak zdecydowałem się przemilczeć jej obawy. Nie mogłem sobie pozwolić na otwarte okazywanie słabości, musiałem cierpieć w samotności, schowany w ciemnościach własnych czterech ścian. Przeklinałem tamten dzień, chwile nieuwagi, które kosztowały mnie wiele. Byłem szczęśliwy, że mogłem uratować jej życie, a obecnie musiałem jedynie obserwować jej życie z oddali, wymieniając jedynie korespondencję. Chociaż pozostawaliśmy w kontakcie, nie mogliśmy być otwarci. Ona miała swojego męża, a ja kształtowałem fundamenty swojej przyszłości. To było bolesne, ale zdawałem sobie sprawę, że muszę iść naprzód, choćby to oznaczało noszenie na plecach ciężaru utraconej bliskości. Pogrążony w studiach, wciąż zgłębiałem tajniki ksiąg, skupiając się zwłaszcza na rozwijaniu swoich umiejętności magicznych. Wszystko, co było mroczne i nieodgadnione, wzbudziło moje zainteresowanie. Pragnąłem coraz więcej, a moja różdżka w takich chwilach jakby wołała o uwagę, pragnąc nowych wyzwań. Po incydencie w szkole nigdy więcej nie odmówiła mi posłuszeństwa. Wspólnie walczyliśmy dzielnie i groźnie. Z myślą o mojej przyszłej karierze politycznej zdecydowałem się skoncentrować na nauce umiejętności legilimencji. Zrozumiałem, jak ważne jest posiadanie zdolności w penetracji umysłów innych, zwłaszcza w świecie, gdzie polityka jest nie tylko sztuką dyplomacji, ale także subtelnych manipulacji i zrozumienia intencji innych.
Nacisk ze strony rodziny, która zaczęła podnosić żądania związane z moim przyszłym małżeństwem i zobowiązaniami wobec rodu, wywoływał we mnie niechęć. Słuchy o poszukiwaniu potencjalnej żony, mającej umocnić znaczenie Yaxleyów, oznaczały dla mnie zamknięcie się w Anglii na długie lata. Choć serce moje pozostawało w górach Bawarii, gdzie tęsknota obejmowała mnie swoimi ramionami. W miarę jak metodą prób i błędów dalej pracowałem, poszukiwałem luk i możliwości. Mój mentor, znawca prawa międzynarodowego i aktywny działacz, zaczął zastanawiać, czy na pewno jestem jedynym obiecującym młodym człowiekiem. Wtedy jeden list polecający odmienił moją drogę. Po wielu rozmowach kwalifikacyjnych i gruntownym sprawdzeniu mojej historii, ponownie zakotwiczyłem się w kraju moich przodków. Pracując dla Niemieckiego Ministerstwa Magii, zetknąłem się z dość innymi realiami życia. Choć wiele głosów nawoływało do ujawnienia istnienia społeczności czarodziejów, wielu szeptało, że wojna mugoli była bezzasadna. Uważano ją za przejaw próżności jednostek, które pragnęły zdobywać więcej kosztem niewinnych istnień. Nienawiść do mugoli utrzymywała się na tym samym poziomie od lat, jednak nie ingerowałem w rozwijające się ruchy czarodziejów, którzy chcieli odmienić bieg zdarzeń i świat. Moje przynależność i poparcie skierowane było w stronę Anglii, choć o mojej osobie ucichły tam plotki. Oto właśnie mi chodziło, moje cele się spełniały. Po raz pierwszy aktywnie wziąłem udział w Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów. Choć stałem daleko w tyle, te wydarzenia wzbudziły we mnie ogrom emocji i ambicji.



Pracowałem ciężko, łącząc nabywane doświadczenia, uczestnicząc w dyskusjach i poszerzając swoje horyzonty. Podróże polityczne z ramienia Ministerstwa oraz uzyskane zaufanie po długich miesiącach doprowadziły do pewnego chaosu w moich przekonaniach. Mimo że nie wypierałem się ogólnej idei niechęci do mugoli, stare przekonania rodu i kodeksy moralne zaczęły wydawać się niespójne. Świat nie był taki, jak wieki temu, gdy imperia dopiero powstawały. To zagubienie sprawiło, że stare przekonania musiały ulec świeżemu spojrzeniu. Tryby zamierzchłych czasów nie zawsze okazywały się adekwatne w obliczu zmieniającej się rzeczywistości. Gdybym próbował zmienić swoje postrzeganie i podzielić się tym z ojcem lub innym członkiem rodziny, pewnie bym został wyśmiany. Naruszenie i kwestionowanie ważności tradycji było uważane za grzech i przekleństwo na całe życie. Zatem milczałem, konsekwentnie realizując swoje cele. Pracowałem wytrwale, a po wielu latach udało mi się złagodzić ból wynikający z blizn. Odzyskiwałem sprawność w pojedynkach magicznych, a jazda konna przywracała uśmiech na mojej twarzy. Szczery, ulotny, gdy przecinałem leśne szlaki na pustkowiu. Uczucie wolności, którego tak bardzo pragnąłem. Żyłem własną wolnością. Cieszyłem się z najmniejszych chwil, gdy wzrok innych nie mógł mnie dosięgnąć. Na salonach wszyscy uważali mnie za ideał mężczyzny, reprezentującego cechy epoki i godnego syna swojej rodziny. Jako wschodząca jednostka z szeptu przenieść się na poziom zabierania głosu publicznie. Ale czy ktoś znał prawdziwą historię o mnie? Zawsze prezentowałem się nieskazitelnie, zgodnie z oczekiwaniami polityka. Jednak w ciemności nocy upatrywałem wierną powiernicę tajemnic, aby utrzymać ideały. Zrozumiałem, dlaczego właśnie tarnina wybrała mnie na właściciela – wojowniczy, walczący o swoje. W pełni ufający tylko tym, którzy bez wahania poszli za mną w ogień, gdy życie było zagrożone. Wewnątrz byłem jak łuska Kappy – zepsuty i skażony. Pamiętałem zniesławienia i nieprzychylne szepty, kiedy ktoś próbował obalić moją ideału. Pracowałem długo, aby zatrzeć wszelkie ślady. Czy miałem czyste sumienie? W obecnych czasach nie było dłoni, które nie dotknęły przez chwilę krwi. Jedno zaklęcie ćwiczyłem ostatnimi czasy najczęściej, czerpałem przyjemność z zadawania bólu, a błagania były symfonią dla moich uszu.



Działałem według własnych rozgrywek, ale zawsze podkreślałem znaczenie mojego rodowego nazwiska. Nie dopuszczałem myśli, że mogło być inaczej. Wiadomości napływające z Anglii o ciągłych zmianach, toczonych bitwach i krzywdach rodzinnych hrabstw, wymagały wsparcia. Co mogłem zaoferować arystokracji? Wsparcie, organizację, zagrywki pośród wyższych sfer społeczeństwa. Mimo że zadomowiłem się w ukochanych terenach przodków, musiałem wrócić. Podniosłem dumnie głowę, a zimne spojrzenie niebieskich, niczym lód oczu, obserwowało wszystko, gdy tylko postawiłem stopę na rodzimej ziemi. Wróciłem do domu, który niegdyś tak bardzo ukochałem. Zapach lilii wodnych, poranne mgły znad otaczających bagien rodzinnej posiadłości. Czy tutaj znajdę swoje miejsce na nowo? Ponownie zacząłem działać w ministerstwie, tam, gdzie stawiałem pierwsze kroki po edukacji. Nie okazywałem zbytnio swojej obecności w Anglii, nie chciałem awansu przez sławę. Kilka razy pracownicy Ambasadora pytali mnie o zdanie w pewnych kwestiach. Tak pozostało, służyłem radą, co było dobrym początkiem. Wtedy opuściłem ukochany mrok, dając znak, że powróciłem. Na salonach publicznie i dumnie wygłaszałem swoje poglądy, pokrywały się ona z zasadami Rycerzy Walpurgii. Znałem wielu ludzi z tamtych sfer, czego oczekiwała od mnie rodzina matki. Mimo że czasem pragnąłem zachować neutralność, szybko odrzucałem pomysł utrzymania się na uboczu poprzez solidny trening w boleści ostatniego mięśnia. Powrót do Anglii i ponowne funkcjonowanie w miejscowych kręgach wymagało wejścia w to tajemnicze środowisko. Nie pomyliłem się; większość wyznawanych prawd była odzwierciedleniem moich pragnień. Chciałem takiego świata, jak oni. Zostałem przedstawiony przez jednego z moich współpracowników z Ministerstwa. Podjąłem wyzwanie, jakie rzucili mi inni.



Powrót to nie tylko zakończenie pewnego rozdziału, lecz również obietnica zmian i determinacja do walki o lepsze jutro. Każdy krok ku przyszłości jest jak nowa strona, którą piszemy własną ręką, wypełniając ją marzeniami o lepszym świcie.


Statystyki
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 7+2 (różdżka)
Uroki:60
Czarna magia:7+3 (różdżka)
Uzdrawianie:00
Transmutacja:00
Alchemia:00
Sprawność:160
Zwinność:90
Reszta: 0
Biegłości
JęzykWartośćWydane punkty
AngielskiII0
NiemieckiII2
NorweskiII2
TrollańskiI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
GeomancjaI2
Historia MagiiII10
KłamstwoII10
ONMSI2
PerswazjaII10
SpostrzegawczośćII10
ZastraszanieI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Savoir-vivreII0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Rycerze Walpurgii00
Rozpoznawalność (arystokrata)II-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (tworzenie)I0.5
Literatura (wiedza)I0.5
Muzyka (wiedza)I0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec balowyI0.5
SzermierkaII7
Walka wręczI0.5
JeździectwoII7
Biegłości pozostałeWartośćWydane punkty
Brak-0
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 0.5
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Efrem Yaxley dnia 14.01.24 21:44, w całości zmieniany 2 razy
Efrem Yaxley
Efrem Yaxley
Zawód : arystokrata; aspirujący polityk; działacz w MKCz; wsparcie Ambasadora Magicznej Konfederacji Czarodziejów
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Potęga tkwi w cieniu, gdzie niebezpieczeństwo rodzi się z milczenia, a moc kryje się tam, gdzie oczy nie śmieją spojrzeć.
OPCM : 7 +2
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +3
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t12223-efrem-yaxley https://www.morsmordre.net/t12224-aurelius#376340 https://www.morsmordre.net/t12339-efrem-yaxley#379333 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t12286-efrem-yaxley
Re: Efrem Yaxley [odnośnik]14.01.24 22:27

Witamy wśród Morsów

twoja karta została zaakceptowana
Kartę sprawdzał: William Moore
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Efrem Yaxley Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Efrem Yaxley [odnośnik]14.01.24 22:28


KOMPONENTY-

[11.07.24] Sierpień-listopad

BIEGŁOŚCIhistoria PB

HISTORIA ROZWOJU[14.01.24] Rozwój początkowy
[15.04.24] Zdobycie Osiągnięcia: Dusza towarzystwa; +100 PD
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Efrem Yaxley Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Efrem Yaxley
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach