Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Tower Bridge

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Tower Bridge   10.03.12 22:47

First topic message reminder :

Tower Bridge

Tower Bridge to most zwodzony przecinający Tamizę na wschodnim końcu Londynu, usytuowany w pobliżu Tower of London, od której bierze swą nazwę. W upalne dni można spotkać tu tłumy mugoli, korzystających z chłodnej, choć nie takiej czystej rzeki.
Jest to jeden z najbardziej znanych obiektów w Londynie, zbudowany w stylu wiktoriańskim, ze stalowym szkieletem obłożonym kamieniem w stylu neogotyckim. Charakterystycznym elementem mostu są dwie wieże główne, połączone u góry dwoma pomostami - kładkami dla pieszych, zawieszonymi ponad trzydzieści metrów nad jezdnią. Jest jednym z najchętniej odwiedzanych zabytków zaraz po Big Benie. Od roku tysiąc dziewięćset dziewiątego chodniki dla pieszych na Tower Bridge zostały zamknięte, gdyż most stał się, niestety, ulubionym miejscem samobójców, którzy rzucali się z niego w odmęty Tamizy.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   29.10.16 0:35

Marzec był czasem zmiany pór roku. Był momentem w którym mroźna i bezduszna zima została zastępowana przez coraz cieplejsze promienie słońca, nieśmiałe zielone pęki liści zaczęły pojawiać się na gałązkach a ulice pozbywały się resztek zalegającego śniegu. Lubiłam marzec bo przynosił wiosnę, a ta zaś była czasem zmian i odrodzenia. Ja też postanowiłam się zmienić. Czy może bardziej wyleczyć się postanowiłam. Nie, nie z uczuć. Postanowiłam walczyć z fobiami. Od początku miesiąca gdy przechodziłam gdzieś niedaleko mostu podchodziłam do niego i próbowałam go przejść. Właściwie to wejść chociaż na niego próbowałam. Zawsze kończyło się jednak na tym samym. Zamierałam. Moja twarz przybierała zielonkawego odcieniu a włosy całkowicie wyzbywały się jakiegokolwiek koloru robiąc się całkowicie białe. Ja zaś czułam się jakbym zrosła się z podłożem na którym stoję. I nie miało znaczenia, że nawet nie dotarłam do miejsca w którym jedynym co oddziela mnie od wody jest betonowa płyta mostu. Nie schodzę nawet z twardej ziemi, ale fakt że dostrzegam bezkres załatwia wszystko za mnie.
Co dziwnie gdy zdarza mi się próbować sił na tym samym moście któryś raz z rzędu dostrzegam czasem jak staję dalej. Niewiele. Czasem nie jest to nawet milimetr, ale radością napawa mnie fakt że nie stoję w miejscu, a jednak – mimo że powoli – przesuwam się do przodu.
Przy Tower znajduję się po raz czwart w tym miesiącu. I jestem już daleko. Dalej niż mogłabym się spodziewać. Czubki palców stoją dokładnie w momencie w którym kończy się ziemia a zaczyna most. A ja stoję i się na nie patrzę. Na moje stopy w sensie. Marszczę nos i wzrokiem chcę je zmusić do tego by choć jedna ruszyła się odrobinę wprzód. Mija chyba z pięć minut podczas których tylko stoję. I wtedy czuję że mogę. Więc unoszę leciutko lewą stopę i robię krok. Niewielki. Ale udaje się.
Spoglądam na drugą nogę by teraz i ją jakoś moim spojrzeniem przekonać do poruszenia się. Ale opiera się zołza okropnie. Chyba zatrzymuje ją ten strach który przeszywa całe moje ciało. Już sama świadomość że zaraz wejdę na most mnie paraliżuje. Zresztą już kawałek dalej robiło mi się niedobrze na widok bezkresu. W końcu poddaje się. W sensie noga, nie ja. Unoszę ją i dostawiam do drugiej. Potem wzdycham z ulgą i podnoszę głowę. I to jest błąd, jak zwykle. Jak zawsze. Jestem po prostu idiotycznie głupia i besztam się za to że tą głowę podniosłam. Łapię za barierkę dziękując Merlinowi że tu jest. W innym wypadku byłam pewna że nie mając czegoś co mogę objąć dłonią zemrę.
A potem spoglądam na nią. Na dłoń w sensie. Zakleszcza się ona na matelu, ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że ponad nią widzę bezkres. Tak wielki, tak… bezkresny. Czuję jak mnie to paraliżuje. Jak nie pozwala się ruszyć.
-Wróć się. – warczę do siebie samej, dalej się nie ruszam. Nie mogę. Nie umiem. I wtedy słyszę czyjś głos. A może bardziej swoje imię słyszę. Przedziera się do mnie jakby z oddali. Ostatnią resztką wolnej woli odrywam spojrzenie od bezkresu w stronę głosu. Na jego właścicielu ogniskuję niebieskie spojrzenie.
-Alan? – pytam głupio bo przecież widzę że to on. Ale zmienił się. Trochę się nie widzieliśmy. Postarzał się. Kilka zmarszczek wokół jego oczu było nowością dla mnie. Czas nie oszczędzał nikogo. Nie rozstaliśmy się w gniewie. Nie było rzucana talerzami, czy wykrzykiwania sobie żalów. Po prostu tak wyszło. Może brzmię jakby mi nigdy na nim nie zależało, ale to nie prawda. Kochałam go. Naprawdę. Jednak nie wystarczająco – chciałoby się powiedzieć. Mogliśmy mieć wszystko, ale nie wiedzieliśmy jak po to sięgnąć. A może nie chcieliśmy bardziej? Ja nieświadoma uczuć do kogoś innego nawet nie wiedziałam że zamykam się na człowieka stojącego przede mną. Może był moją ostatnią szansą na miłość a ja tak koncertowo ją zaprzepaściłam. Właściwie nie tyle co szansą na miłość. A bardziej szansą na związek. Wiele lat temu nie sądziłam jednak że oddam swe serce komuś komu nigdy nie zechcę wyznać swoich uczuć.
Wzdycham ciężko gdy tak na mnie patrzy. A potem próbuję się do niego uśmiechnąć ale w ogóle mi nie to nie wychodzi bo widać, że przerażenie zżera mnie od środka. Unoszę wolną dłoń – lewą dokładnie i zgarniam za ucho kilka białych kosmyków które wiatr zawiał mi na twarz.
-Walczę. – mówię w końcu łapiąc haustem powietrze. Już w sumie jestem zła na siebie – jak zawsze gdy docieram do momentu w którym zacinam się na moście. Wściekła nawet za to ze realizuję te wszystkie moje głupie pomysły. I choć za każdym razem gdy już jakimś cudem zejdę z mostu przyrzekam sobie że już więcej na żaden nie wejdę, to kilka dni później robię to samo. Beznadziejność mojego własnego przypadku już chyba nawet przestała mnie dziwić czy złościć.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   29.10.16 2:40

Być może to właśnie to pełne irytacji ,,Wróć się" przyciągnęło jego uwagę. A może to te włosy o znanym mu kolorze, które powiewały na wietrze. A może co innego.
Nie ważne. Ważne było to, że zatrzymał się, obrócił i ujrzał właśnie ją. Kiedyś byli parą. Kiedyś układało im się bardzo dobrze. Ale najwyraźniej to nie było to i ich drogi się rozeszły. Całe szczęście - w zgodzie. Coś jednak musiało sterować ich losami, skoro to właśnie on się tutaj znalazł. I to w tym właśnie momencie, kiedy Justine najwyraźniej potrzebowała pomocy. Pomocy kogoś, kto wiedział o co chodzi, kto choć odrobinę ją znał. I taką osobą był Alan. Przecież kiedyś znał ją bardzo dobrze, prawda? I choć od ich rozstania minęło całe sześć lat, ciągle wiedział o niej dość dużo. Bo niektóre rzeczy się nie zmieniają.
Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej był pewny, że w jej przypadku nie zmieniła się pewna bardzo istotna rzecz, która kiedyś niemało go dziwiła - jej strach do wody i bezkresu. Tym bardziej był więc zdziwiony faktem, że zastał ją akurat tutaj - tuż przy moście, a właściwie to jednym krokiem już na nim. Stała tutaj taka biedna, zagubiona i swoją postawą wręcz błagająca o pomoc. Przyjrzał jej się uważnie, dostrzegając zmiany, które nastąpiły w niej wraz z upływem lat. Rysy twarzy nieco się wyostrzyły, może pojawiły się także drobne zmarszczki, których on jednak nie dostrzegał. Wydoroślała, to oczywiste. Ale nie można jej było odmówić urody. Zawsze była urodziwą kobietą. W końcu jakoś go zauroczyła, prawda? Nie to było jednak istotne w tej chwili.
Przyjrzał się jej uważniej, próbując wyczytać z jej twarzy informację o tym co właściwie tutaj robi. Jej słowa nieco rozjaśniły mu sprawę, jednak wyraz jej twarzy wprawiał go w uczucie dezorientacji. Walczyła... Dobrze, czasami walka była potrzebna. Ale najwyraźniej nie radziła sobie, co dostrzegał w jej oczach pełnych strachu oraz w nieruchomej, napiętej postawie. Była sparaliżowana przez strach. I teraz pojawiało się najważniejsze pytanie - co powinien zrobić? Pomóc jej wejść na most czy pomóc jej z niego zejść? Co będzie dla niej lepsze?
- Walczysz, dobrze. - Mruknął cicho, robiąc niewielki krok w jej stronę. Czy zmienił się przez ten czas? Czy na jego twarzy odbijały się te wszystkie wydarzenia, które ostatnimi czasy zaczęły niszczyć mu życie? Choć nie powinien o tym teraz myśleć, przez jego głowę przeleciały także i takie myśli. Nie wiedząc czemu nie chciał, aby odpowiedź na oba pytania brzmiała ,,Tak". Skupił się jednak na Justine. Ona była teraz ważniejsza. - Just, potrzebujesz pomocy, prawda? - Dodał, ale tak naprawdę wcale nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie. Podszedł bliżej i, jeżeli mu na to pozwoliła, delikatnie położył dłonie na jej ramionach. Spojrzał jej w oczy z tą swoją charakterystyczną łagodnością. Pod tym względem nic się nie zmienił. - Just, chodź. Zejdziemy z tego mostu. Dzisiaj i tak dobrze Ci poszło. - Dodał łagodnie, patrząc na nią ostrożnie. Pozwoli się odciągnąć od barierki czy nie? Kiedyś czuła się przy nim bezpiecznie a teraz? Cóż, minęło tyle lat, że wcale nie dziwiłby się gdyby to poczucie gdzieś zniknęło.


Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   29.10.16 3:39

Alan przynosił z sobą stare czasy. Czasy młodzieńczych kroków w dorosłe życie. Czasy nauki i poszukiwania własnej drogi w życiu. Czasy odległe. Takie czasy za którymi czasem tęskniłam. Choć starałam się żyć teraźniejszością, myśleć o przyszłości i pamiętać przeszłość nie zawsze wychodziło mi to konkretnie w tych parach.
Nie spędziłam dużo czasu nad roztkliwianiem za tym czemu nam nie wyszło. Nie pielęgnowałam w sobie goryczy, ani nie obwiniałam żadnego z nas winą. Nie czułam takiej potrzeby. A może bardziej nie byłam taka. Ale skłamałabym gdybym powiedziała że nie tęskniłam czasem za nim. Że przez myśl nie przeszło mi, że może powinnam postarać się bardziej? Że może zrobić więcej by go zatrzymać należało. Ale nie zrobiłam. Nawet nie dlatego że nie chciałam, czy nie pomyślałam o tym już wtedy. Po prostu nie działałam w ten sposób. Pozwalałam by życie toczyło się własnym torem, mimo, że to oznaczało że każdy z nas musi pojechać innym pociągiem. Miałam jakieś dziwne poczucie że moje działania próbujące desperacko utrzymać go przy sobie i tak by nie pomogły. A co gorsze to właśnie one wlałyby gorycz i niezrozumienie które by szło razem ze zdaniem: Przecież się starałam.
Starałam się zawsze. Na miarę swoich możliwości. Ostrożnie jednak ważąc siły na zamiary. Wkładałam całe serce we wszystko co robiłam, a przynajmniej starałam się najmocniej jak potrafiłam. Czasem moje własne demony siedzące wewnątrz mnie nie pozwalały mi na no. Walczyłam jednak dzielnie z nimi każdego dnia. Cieszyłam się z małych zwycięstw i przyjmowałam ze spokojem wszystkie porażki. Dlatego też dzisiaj znalazłam się na moście. Każdy krok więcej który robiłam był małym zwycięstwem. Niby nie przechodziłam przez cały most i ktoś mógłby nazwać to porażką. Ja jednak solennie odmawiałam patrzenia na to w tych kryteriach. Do wielkich celów dochodziło się przecież małymi kroczkami. Nawet, jeśli – tak jak w moich przypadku – małe kroczki nie były tylko metaforą.
Jego głos oderwał mnie od własnych myśli i otulił  ciepłem kojarzącym się z dobrymi chwilami sprzed lat. Brzmiał tak samo jak zawsze – spokojnie, znajomo i bezpiecznie. Był przystanią do której wracałam prawie przez rok i w której dokowałam swoje lęki i obawy. Nie wszystkie rzecz jasna, o niektórych nie mówiłam do dziś. Znajoma twarz jakby zdaje się posiadać moc by pomoc mi w walce z lękami. Jakby strachy które noszę w sercu mniejsze się zdają, a może to ja rosnę w siłę mając kogoś u boku.
Nadal jednak mam wrażenie jakby jego słowa docierały do mnie zza ściany. Albo z jakiegoś dalekiego miejsca. Chwilę zajmuję zanim do mnie docierają. Ja zaś, niczym bezbronna łania, wlepiam w niego niebieskie, rozszerzone ze strachu ślepia. A on wie, że każdy fałszywy ruch może mnie spłoszyć. Robi więc krok, niewielki, spokojny i ostrożny. W końcu staje przede mną, a jego dłonie opadają na moje ramiona przynoszą mi tak znany dotyk. Kiwam głową powoli na jego słowa.
-Potrzebuję. – przyznaję, a mój głos brzmi cicho, bezbarwnie. Wyprany jest z emocji tak samo jak włosy z kolorów na mojej głowie. Przez chwilę patrzę na całą jego twarz dochodząc do dziwnego wniosku że mimo kilku zmarszczek wcale nie wygląda gorzej, a wręcz przeciwnie zdawać by się mogło że cokolwiek mu życie nie przyniosło wzmocniło go tylko. I choć z jego oczu zionie spokój to wzbogaca je doświadczenie. Wiotczeję trochę łagodnością które rozlewa jego spojrzenie. Pod spokojem które z niego bije. Zabiera ode mnie trochę tego przerażenia. Lepiej się czuję, pewniej, ale nie na tyle by się ruszyć.
-Nie zejdę. – mówię przełykając ciężko ślinę. I wiem że sama prawdę tylko mówię. Chcę zejść. Naprawdę. O niczym innym nie marzę niż tym by stanąć znów na pewnym gruncie gdzie nie będę widzieć bezkresu. Gdzie wrócą mi kolory do twarzy i włosów. – Nie mogę. – dodaję jeszcze tym samym głosem. Nie piszczę. Nie płaszczę. Nie wyrażam żadnej emocji. Jakbym stwierdzała jakiś oczywisty fakt że po nocy nastaje dzień. Ufam mu tak samo bezgranicznie jak lata temu. Ufam, a jednak z własnej woli nie potrafię puścić barierki tak, jakbym puszczając ją puściła ostatnią rzecz która ratuje mnie przed zginięciem w czeluściach bezkresu albo Tamizy – do wyboru.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   29.10.16 15:06

Skłamałby, gdyby powiedział, że nie rozmyślał o dawnych czasach.
Czasem i jemu zdarzało się cofać wspomnieniami do tych czasów, kiedy był w Hogwarcie, a także do czasów niedługo po opuszczeniu go - do chwil, które dzielił razem z Justine. Czasami i on analizował, zastanawiał się czy dobrze zrobił, czy nie popsuł czegoś, czego popsuć nie powinien. Czasami zastanawiał się czy ją zranił i czy mimo, że rozstali się w zgodzie, nie żywiła do niego urazy. Rozstali się, ponieważ się od siebie oddalili. I choć oboje byli temu winni, bywało, iż Alan czuł wyrzuty sumienia. Były to bowiem czasy przepełnione ciepłymi, spokojnymi chwilami. Byłby głupcem, gdyby chwilami za nimi nie tęsknił. Zwłaszcza teraz, gdy jego dni przepełnione były chłodem i mrokiem, gdy wszystko się sypało i nie wiedział, czy niedługo nie ugnie się pod tym ciężarem, boleśnie upadając na ziemię. Ileż by dał, by teraz mieć przy sobie kogoś, kto był dla niego równie dobry i równie mu bliski co Justine te sześć czy siedem lat temu. Ale czasu się nie dało cofnąć. A przynajmniej on nie potrafił. Mógł jedynie cofać się przy pomocy swoich myśli i wspominać, odtwarzać w swej głowie obrazy sprzed lat. A pamiętał kilka chwil bardzo wyraźnie, jakoby miały one miejsce wczoraj, nie kilka lat temu.
Ale czas, by przenieść się do teraźniejszości.
Choć się zmieniła, dalej potrafił odczytać z jej twarzy bardzo dużo. Teraz widział strach. Paraliżujący strach, który nie pozwalał jej się ruszyć. Była niczym przerażone zwierzątko, które nie chciało, by się do niego podchodziło. Ale jednocześnie błagała o pomoc, wbijając w niego wystraszone, lecz równocześnie pełne nadziei spojrzenie. Nie potrafił tego zignorować. Nie potrafił przejść obok niej obojętnie, machnąć ręką i powiedzieć, że sama powinna sobie poradzić. Nie był takim człowiekiem. Nigdy. I to się nie zmieniło. Przez chwilę poczuł się nawet tak, jakby cofnął się w czasie o te kilka lat.
- Spokojnie, Just, pomogę Ci. - Odezwał się cicho, kładąc dłonie na jej ramionach. Chciał jej pomóc i wiedział, że musi to zrobić. Nie wiedział jednak jak, a więc musiał próbować po trochu, powoli, na różne sposoby. Najpierw ostrożnie łapiąc ją za ramiona, a potem mówiąc do niej łagodnie, aby poczuła się bezpieczna. Choć nie wiedział czy to pomoże. Minęło tyle lat... Nie znała go już tak dobrze jak kiedyś. Czemu miałaby mu ufać tak jak wtedy, gdy byli razem? Coś się jednak zmieniło, coś drgnęło i zmieniło się. Jej wzrok stał się spokojniejszy. Troszeczkę, odrobinkę, ale wyraźnie widział to w jej oczach. Jednak dłoń nie puszczała barierki, w którą dalej z napięciem wbijała palce. Nie da rady - czuł to. A jej słowa tylko mu to potwierdziły.
- Już, już, spokojnie. Damy radę. Pomogę Ci. - Powtarzał, sięgając do jej dłoni. Najpierw spokojnie próbował oderwać jej palce od barierki. Nie na siłę, delikatnie. I czy mu się udało, czy nie, po chwili ponownie odezwał się. - Just, zaufaj mi.
I w tamtym momencie jednym ruchem poderwał ją z ziemi, biorąc ją na ręce. Nawet jeżeli wcześniej nie puściła barierki dłonią, teraz powinna to zrobić. I jeżeli rzeczywiście się to udało - trzymając ją na rękach odwrócił się tyłem do mostu i zaczął iść przed siebie. Szedł, szedł i szedł, aż nie znaleźli się wystarczająco daleko od Tamizy. Na tyle daleko, by nie widziała wody. I wtedy postawił ją na ziemi sprawdzając wcześniej, czy ma siły by samodzielnie ustać na nogach. Wiedział bowiem, że była mocno wystraszona.





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   29.10.16 23:06

Komu nie zdarzało się zaglądać przeszłość? Ludzie mieli w sobie ten dziwny nawyk. Zwłaszcza gdy teraźniejszość nie jawiła się w ciepłych odcieniach życia. Gorzej, jeśli ktoś tak mocno zatapiał się w przeszłości że kompletnie przeszkadzało mu to żyć teraźniejszością.
Nie należałam do tego grona. Należałam do grupy ludzi którzy lubili wykrzyczeć carpe diem. Zwłaszcza gdy zrzucali z nóg buty by na polonie, której trawę zraszał lekki letni deszczyk, biegać rozrzucając dłonie na bok i wystawiając twarz ku niebu łapać słońce. Śmiejąc się przy tym głośno i lekko, jakby właśnie w tym momencie żadne zło nie było w stanie ich dosięgnąć. Szukałam radości w małych rzeczach wierząc, że szczęście nie jest czymś wielkim i jednym, a wręcz przeciwnie, jest składową mieli małych i, tylko z pozoru, nic nie znaczących chwil.
Byłam otwartą księgą, z której można było czytać keidy tylko się chciało. A przynajmniej właśnie takie sprawiałam wrażenie. Małej, beztroskiej, czasami głupiutkiej istotki, która naiwnie wierzyła w szczęśliwe zakończenia. Niewielu wiedziało że to nie cała ja. Że zbierały się nad moją głową chmury które przeganiały radość którą tak uparcie i ciężko zbierałam.
Alan wiedział. Może i rok nie jest długim odcinkiem czasu w stosunku do całego życia. A jeszcze mniejszymi zdaje się dziewięć miesięcy które dzieliliśmy razem. Ale znał mnie. Moje nawyki. Moje humory. Moją chorobliwą nieumiejętność pojęcia że coś może być po prostu złe. Moją chęć walki i stawania przeciw wszystkiemu co wydaje mi się nieodpowiednie – nawet jeśli stawałam przeciw samej sobie.
Wiedział jak się ze mną obchodzić. Miał na mnie receptę.
Mówiono że pasowaliśmy do siebie idealnie. Jego spokój równoważył moje roztrzepanie. Jego statyczność, mój chaos który niosłam ze sobą wszędzie. Myślę że mocniej złamaliśmy serca tym, którzy nam kibicowali niż nasze własne.
Wiedziałam, że mi pomoże, jeszcze zanim wypowiedział te słowa na głos. Wiedziałam, a jednak nie byłam w stanie puścić się barierki. Moja ufność względem niego nie przeminęła z wiatrem. Moje uczucia nie rozpłynęły się w ciemności nocy. Kochałam go. Ale dopiero teraz świadoma byłam, że nie była to miłość wielka, szaleńcza, przyprawiająca o mrowienie w palcach i każdej kończynie. Nigdy nie chowałam przy nim na watowate nogi tak jak by przy Samie. Nigdy nie tęskniłam i nie potrzebowałam jego obecności tak jak aurora, któremu oddałam moje serce. Alan zdawał mi się potrzebny, ale jednocześnie w swojej obecności jakby naturalny. Jak coś co kochasz całym sercem, ale bez czego – jakkolwiek bezdusznie to nie brzmiało – potrafisz żyć. To nie tak, że nie cieszył mnie jego widok. Że jego obecność nie przyprawiała o mocniejsze bicie serca. Miłość do Sama była jak grom z jasnego nieba który objawiał się za każdym razem gdy do widziałam. To, co dzieliłam z Alanem było spokojniejsze, cierpliwsze, jak woda żłobiąca skałę. Potrzebowało czasu, a żadne z nas nie dało temu uczuciu go tyle ile potrzebowało.
Czuję ciepło na mojej dłoni. I chwilę zabiera mi zanim rozpoznaję dotyk. Ten dotyk. Jego dotyk. Ciepło od dłoni wędruje dalej, przez całe moje ciało napawając je spokojem który niesie ze sobą jego właściciel. Nie mogę powiedzieć, że był pierwszym którego kochałam ta pozycja jest już dawno zajęta. Ale kochałam go.
-Ufam. – zapewniam go. Choć oderwanie mojej dłoni od barierki nie jest łatwe. Musi zająć się każdym palcem po kolei. Gdy każdy z nich nie dotyka barierki udaje mu się odjąć moją dłoń od zimnego metalu. I choć on może ruszać się swobodnie ja poddaję się całkowicie jemu. Wiem, że mnie nie skrzywdzi. Wiem, że pomoże. A jednak musi mnie podnieść by sama nie dam się sprowadzić z mostu na który weszłam z własnej woli.
Schodzimy z mostu. W końcu. Zdawałoby mi się to jakbym trwała na moście wieki. Staję na nogach. Swoich własnych już o dziwo. A potem spoglądam na Alana. Nadal jestem zielona na twarzy, a moje włosy są pozbawione kolorów. Spoglądam na niego i bezradnie rozkładam dłonie w geście który wyraża wszystko, a przede wszystkim, że to dzień jak co dzień i że nic nie mogłam poradzić na to że weszłam na ten most, bo taka właśnie byłam. Uśmiecham się, lekko trochę, a nawet bardzo, rozbawiona faktem, że nasze spotkanie po latach wygląda właśnie w ten sposób. Śmieszne to, że większość par po rozstaniu dzierży między sobą niezręczność. Nie czuję jej dzisiaj o dziwo. Może nadal odczuwam skutki wejścia na most?




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   31.10.16 13:59

Czy nie mówiło się, że przeciwieństwa się przyciągają? Mówiło. I jeżeli ktoś powątpiewał - wystarczyło spojrzeć właśnie na Alana oraz Justine te kilka lat temu. Ona - zwariowana, chwytająca dzień całymi garściami, często roztrzepana; on - spokojny, opanowany, łagodny, ale i lubiący rozmyślać o przeszłości. Pod wieloma względami się różnili, jednak było między nimi także sporo podobieństw. Nie kłócili się, nie skakali sobie do gardeł, nie krzyczeli na siebie, próbując udowodnić sobie czyje poglądy i czyj styl życia są lepsze. Racja, bywały chwile, kiedy także między nich wkradało się napięcie, żal czy nieporozumienie. Ale przecież nikt nie jest idealny, żadna para nie jest idealna, prawda? Racja. Mieli sporo osób, które zawzięcie im kibicowały uważając, że pasują do siebie idealnie. Była wśród nich także matka Alana. Ale coś prysło, coś się posypało. Dla każdego z tej dwójki wiatr powiał w inną stronę i poniósł ich gdzie indziej. A potem byli już tak daleko od siebie, że nie było sensu bawić się w związek. Całe szczęście - oboje byli ludźmi na tyle ugodowymi, że rozeszli się w zgodzie.
Nigdy jednak nie powiedziałby, że był to stracony czas. Przez te dziewięć miesięcy wiele się nauczył. Nie tylko jak to jest być w związku i jak to jest opiekować się człowiekiem, można by powiedzieć, obcym. Justine pokazała mu świat swoimi oczami, ale także nieco szerzej otworzyła mu jego oczy. Będąc z nią nauczył się słuchać tego, co jego serce ma mu do powiedzenia. I ku jego zaskoczeniu, ono biło szybciej dla kogoś innego. Kogoś, kogo zawsze miał przy sobie i kogo kochał od dawna, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Teraz, przez krótką chwilę, przeszło mu przez myśl, że żałuję, iż go usłuchał i poszedł za jego poleceniem do tej, którą kochał, ale która nie kochała jego. Głupie serce miało w sobie coś z masochisty.
Gdyby ktoś go kiedyś zapytał - z pewnością nie powiedziałby, że spodziewa się spotkać Justine w takiej sytuacji. I że te dziewięć miesięcy związku jeszcze w jakiś sposób może się "przydać". Los jednak płatał figle. Oto więc stał przed nią właśnie on i zastanawiał się które podejście do jej osoby będzie odpowiednie, aby jej pomóc. Była dla niego niczym otwarta księga, a w niej widział wszystko, czego mu było potrzeba. Dzięki temu wiedział co robić, wiedział co mówić. Podszedł do niej, delikatnie odrywając jej palce od barierki. Puszczała ją powoli, niepewnie, paluszek po paluszku. Ale puściła. Wiedział dobrze jak wielki był to sukces. Nie miał więc serca, by zmuszać ją do kolejnego wysiłku w postaci samodzielnego zejścia z mostu. Wiedział, że nie dałaby rady.
A więc wziął ją na ręce. Zupełnie tak jak kiedyś, tak jak dawniej. Niczym swoją własną księżniczkę. Bo przecież kiedyś nią była, prawda? Niósł ją spokojnie i odstawił gdy uznał, że tu będzie czuć się bezpiecznie. Sprawdził czy jest w stanie samodzielnie stać, gotów w razie potrzeby ją złapać. Najwyraźniej miała wystarczająco sił. Ale dalej była wystraszona. Jej włosy nie odzyskiwały naturalnego koloru.
- Lepiej się czujesz, Just? - Spytał ze zmartwieniem, przyglądając jej się uważnie i marszcząc brwi. - Nie wiem dlaczego tam weszłaś, ale to godne podziwu, Just. Pamiętam jak bardzo boisz się wody. - Ciągnął dalej tylko po to, by coś mówić. Chciał ją w ten sposób uspokoić i ujrzeć, jak jej włosy zmieniają kolor na naturalny. Czy mu się to uda? Cóż, nie wiedział. Uśmiechnął się do niej lekko. Do niego także zaczęło docierać jak zabawne były okoliczności tego spotkania.
- Miło Cię znów widzieć... - Zamilkł, wyraźnie myśląc nad czymś. - Skoro się już spotkaliśmy, może miałabyś ochotę iść gdzieś, usiąść i porozmawiać? Opowiedziałabyś mi co u Ciebie. - Spojrzał na nią z niemym pytaniem w oczach. Będzie chciała, czy nie będzie chciała? Cóż, jeżeli się nie zgodzi - nie będzie mieć do niej żalu.


Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   03.11.16 2:47

Byliśmy różni. Łączyła nas chęć pomocy. Ale poza tym.. byliśmy tak bardzo różni jak tylko się dało. A jednak pasowaliśmy do siebie. Jak tak oczywiste połączenia, że nawet się nad tym nie zastanawiasz. Oddzielnie byliśmy oboje dobrzy, ale razem tylko lepsi. Tak jak herbata. Sama była niczego sobie, ale z cukrem stawała się lepsza. Kawa przyjemniej piło się z mlekiem.
W sumie nie wiem skąd we mnie znalazły się te porównania naszej kompatybilności do ciepłych napojów. Może dlatego że właśnie one z dodatkiem były lepsze. Nabierały nowych wartości. W jakiś dziwny sposób kojarzyło mi się to z związkami.
Nie mogłam powiedzieć, że mi nie zależało. Na nim. Na tym co razem budowaliśmy. Powinnam jednak przyznać, że zależało mi za mało. Bardziej przyjmowałam to jako oczywistą kolej rzeczy. Życia nawet. Nie do końca będąc wtedy jeszcze w posiadaniu wiedzy, którą miałam dziś.
Nie płakałam, gdy nasze drogi się rozeszły. Nie zjadłam hektolitrów lodów i nie wypiłam morza alkoholu. Rozstanie przyszło mi naturalnie. Gdzieś podświadomie wiedziałam chyba że nie jest nam pisanie do póki śmierć nas nie rozłączy. W przeciwieństwie do mojej mamy. Teraz, po latach gdy wytyka mi że powinnam trzymać się jego boku (jeden z jej sposobów na danie mi znać że najwyższy czas męża znaleźć, a co więcej dzieci zrobić bo bawić nie ma kogo, lubię sobie czasem zażartować że kochała Alana bardziej niż ja. Nie złośliwie, czy z jakimś skrywanym żalem w jego kierunku. Bardziej po mojemu, tak po prostu, szczerze. Zaś co do mamy – była nim zachwycona. Urzekł ją całą swoją jednostką. Kupił dobrocią charakteru, spokojem i elokwencją. Mama w tamtym czasie powtarzała że nie tak wyobrażała sobie kogoś dla mnie, ale od teraz wie, że właśnie tylko ktoś taki idealnie mnie uzupełni.
Ktoś taki – może i owszem. Jednak kimś takim nie był Alan Bennett.
Nie spodziewałam się że spotkamy się dopiero po tylu latach. Los jednak nie miał w planach stawiania nas przed sobą przez ostatnie kilka lat. Aż do dziś. Jeśli ktoś zapytałaby mnie czy właśnie w ten sposób chcę spędzić pojednanie z pierwszym mężczyzną, który znaczył dla mnie coś więcej pewnie wydęłabym usta i zmarszczyła brwi. Chwilę zastanowiłabym się nad sytuacją. A potem przy wzruszeniu ramion na moje usta wkroczyłby uśmiech. W odpowiedzi zaś rzuciłabym krótkie byłoby ciekawie nie dodając nic więcej. Nie: niezręcznie, miło, dziwnie, dobrze, źle, bez sensu. Po prostu – ciekawie.
I właśnie tak było. No, może pomijając fakt że całe moje ciało paraliżował przejmujący strach. Pozwoliłam by żmudnie odejmował palec po palcu od barierki. Oczywiście, że pozwoliłam. Kiedyś był moją przystanią. W końcu puszczam metal. Myślałam, że gdy to zrobię spadnę i roztrzaskam się. A jednak tak się nie dzieje. Moje stopy odrywają się od podłoża samoistnie, jednak zamiast w dół frunę ku górze.
Wpatruje się w jego twarz. Ufnie jak zawsze. Nie podnosząc wzroku znad jego tęczówek by nie ujrzeć bezkresu. Nie wiem ile idziemy. Pewnie chwilę tylko. Na nią właśnie straciłam poczucie czasu. W końcu moje stopy znów dotkają podłoża. Dłonie jednak chwytają się jego przedramion jakby nadal chcąc się asekurować.
Nie byłam na moście.
Wypuszczam powietrze z płuc. Mocno, głęboko, tak, jakbym nie oddychała od długiego czasu. Alan na nowo się odzywa, a ja czuję się jeszcze nie do końca sobą więc uczepiam się brzmienia jego głosu pozwalając by powoli przywracał mnie do rzeczywistości wraz z kolorami które powoli pojawiają się na moje twarzy.
-Nie boję się wody. – odpowiadam prawie automatycznie, choć głos mój brzmi nadal słabo i drżąco. Nie wiem czemu tak bardzo przeszkadzał mi fakt, gdy ktoś źle określał moją fobię. Może nawet nie tyle przeszkadzał co był upierdliwy jak mucha. Miałam ochotę ją strzepnąć jednym szybkim ruchem. Tak więc robiłam to zarówno z ruchem jak i mówieniem sprostowania na temat mojej fobii. -Moja głupota jest godna podziwu, to fakt. Kiedyś przez nią zginę.– dodaje jeszcze i uśmiecham się. A potem wzdycham sama nad sobą. Mogę oddychać. Mogę się śmiać. Strach odszedł. Rozpłynął się jak koszmar w blasku poranka.
Przytakuje głową na jego kolejne słowa. Rozglądam się chwilę i gdy dostrzegam ławkę ruszam w jej stronę nawet nie sprawdzając czy za mną pójdzie. Gdzieś w głębi duszy wiem, że tak. W końcu w kilku krokach docieram do ławki i siadam na niej. To był dobry pomysł, kolana nadal sprawiają wrażenie jakby mogły mi zaraz odmówić posłuszeństwa. Podciągam jedną nóg na drewnianą ławkę a potem spoglądam na Alana.
-Dojrzałeś. – mówię spokojnie nawet nie zabierając się za opowiadanie co tam u mnie. I nie jest to oskarżenie. Czy obelga. Zwykłe stwierdzenie faktu, które nawet odrobinę brzmi, jakby dziwił mnie ten fakt. Sama trochę nie rozumiem mojego doboru słów. Przecież Alan zawsze był dojrzały – przynajmniej bardziej niż ja. Ale coś w jego oczach zdawało się mówić że zebrał plony minionych lat i nie wszystkie z nich były urodzajne.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   12.11.16 20:24

Czasami wracał myślami do przeszłości. Przypominał sobie tamte wspólne chwile, ze zdziwieniem odkrywając, że za nimi tęskni. Czasami zdarzało się, że chętnie porzuciłby wszystko co go do tej pory spotkało, byle by tylko wrócić do tego, co było dawniej. Momentami myślał, że popełnił błąd, że nie starał się wystarczająco. A powinien. Pluł sobie wtedy w brodę, wytykał błędy i głupotę. Miał wspaniałą, dobrą dziewczynę. Kogoś, z kim lubił spędzać czas, z kim bardzo dobrze się dogadywał, dla kogo chciał być dobry, a nawet jeszcze lepszy. Lecz czasami uważał, że to, co się stało, było dobre. Że ich drogi rozeszły się bo tak miało być. A czasami po prostu o tym nie myślał. I, całe szczęście, zdarzało się to najczęściej. Miał przecież inne sprawy, inne problemy, inne rzeczy do przemyślenia. Zwłaszcza teraz.
To nie tak, że jej nie widywał. Było to praktycznie nie możliwe, patrząc na fakt, iż oboje pracowali, teoretycznie, w tym samym miejscu. Jeżeli jednak jego wzrok napotykał jej osobę, było to jedynie krótkie, ulotne. I zazwyczaj ona nie widziała jego. Właśnie w takich chwilach wspomnienia powracały, łapiąc wątpliwości pod rękę i przyprowadzając je do niego. A on... jak zwykle, przytłoczony tym, zmieszany i niezdecydowany, jeszcze intensywniej oddawał się w objęcia pracy. Bo gdy pracował, nie miał czasu myśleć o tym, co go trapiło.
Wziął ją na ręce, a następnie wolnymi krokami odsuwał się od mostu. Jak najdalej, jak najbezpieczniej. Aby nie widziała, nie czuła, nie bała się. Postawił ją na ziemi, ale ciągle czuwał nad nią, gotów zareagować jeżeli zeszłaby taka potrzeba. I czekał. Czekał, obserwując ją czujnym okiem. Czekał aż jej włosy oraz twarz nabiorą odpowiednich, zdrowych barw. I się doczekał. A zaraz potem na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech, kiedy poprawiła jego błąd. To nie tak, że się z niej naśmiewał.
- No tak, mój błąd. Wybacz. - Pokiwał głową, zgadzając się z nią. Już mu przypomniała o tym jak bardzo nie znosiła, gdy ktoś mówił, iż bała się wody. Bala się bezkresu, a to duża różnica - zawsze powtarzała, oburzając się na ten drobny - według niego - błąd. Zapomniał o tym, ale skutecznie mu o tym przypomniała. - Nie sądzę, aby zrobienie kroku na most Cię zabiło. Ale poza tym tak - jak na Ciebie to było dość lekkomyślne. Mogłaś zamarznąć, gdybyś długo pozostała tam taka sparaliżowana. Albo przynajmniej się pochorować. - Odparł, starając się ukryć te lekkie rozbawienie, które mu towarzyszyło. Był nieco przekorny, niczym rodzic, który zgadza się z małą dziewczynką, że ,,tak, jest już duża. I zdecydowanie jest księżniczką". Ale to nie tak, że robił to ze złośliwości. On już po prostu taki był. Wynikało to bardziej z pewnego rodzaju opiekuńczości, którą otaczał wszystkich mu bliskich. Zarówno obecnych jak i tych, którzy kiedyś byli dla niego ważni. Chyba, że na to nie zasługiwali.
Tak jak się spodziewała - podążył za nią i już po chwili zajął miejsce obok niej. Chwilowo wpatrywał się w niebo bez słowa, zaś na ziemię sprowadziła go właśnie Justine. Spojrzał na nią i zaśmiał się cicho.
- Wiesz... Minęło trochę lat. - Skomentował jej słowa z rozbawieniem. - Zdziwiłbym się gdybym zdziecinniał. - Wzruszył ramionami. Ponownie zapadła między nimi cisza. Tym razem jednak nieco krótsza od poprzedniej.
- Widywałem Cię czasem w Mungu, ale tylko przelotnie. Nigdy nie miałem wystarczającej ilości czasu, aby Cię złapać i porozmawiać. To aż zabawne, że trwało to tak długo.





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   27.11.16 18:05

Wspomnienia należało pielęgnować. Moim skromnym zdaniem nie tylko te dobre zasługiwał na pamięć. Tak, racja, te dobre sprawiały że nasz serce otulała ciepła, przyjemna, otoczka, która dawła temu wątłemu organowi uścisk dobroci – na który zasługiwał. I choć te mniej przyjemne – czy nawet złe - działały wręcz odwrotnie, to i one ukształtowały nas w jakiś sposób. Wszak łatwo było zachowywać się dobrze, gdy wszystko szło gładko i po naszej myśli. To w sytuacjach stresowych, takich, co to przygniatały nas do ziemi ciężkim obcasem wrednego lodu pokazywaliśmy jacy jesteśmy naprawdę. I choć nie raz wydawałoby się, że lepiej jest zapomnieć dane przeżycie, ja już dawno temu doszłam do wniosku że dobrze je ze sobą mieć. Żeby nie zapomnieć ile posiada się w sobie siły. Żeby móc czasem przypomnieć sobie że już wcześniej dało się sobie radę z czymś, co zdawało się nie do przeskoczenia. Zaś co do Alana, wspomnienia o nim były ciepłe. Przyjemnie łaskotały i wprowadzały nostalgię na myśl o starych, minionych już czasach. I choć znamiona czasu odcisnęły się zarówno na nim, jak i na mnie, nadal zdawał mi się być tą samą osobą, którą był lata temu. Tyle że dojrzalszą. Mądrzejszą. Co dostrzegałam w jego oczach, które ze zwyczajowym spokojem lustrowały moje ruchy.
Rozeszły nam się drogi, choć jeśli mam być szczera nigdy nie sądziłam że tyle lat zajmie nam by ponownie się spotkać. Zwłaszcza że często przebywałam w Mungu. Rzucona jednak w wir życia i pracy nie rozglądałam się po korytarzu w poszukiwaniu znajomej sylwetki. Dziwnie naturalnie przyszło mi przejście z życia wypełnionego Alanem, do tego kompletnie go pozbawionego. Może rzmi to bezdusznie, ale chyba taka już byłam. Starałam się nie rozpamiętywać tego co minęło. A może bardziej nie żyć w przeszłości – dzielnie maszerując w przyszłość.
Dzisiejsza spotkanie było tak bardzo w moim stylu – bowiem kto inny zaciąłby się na samym początku mostu, zastygając tam jak zamieniony w posąg? Jednocześnie też jak zwykle, mimo że wolałam robić rzeczy sama i nie prosić o pomoc, to i tak na koniec okazywało się, że tej pomocy potrzebuję.
Siedząc na ławce w końcu odrywam spojrzenie od nieba by zawiesić je na twarzy Alana. Słucham jego słów i unoszę leciutko kącik ku górze gdy komentuje moje jakże odkrywcze stwierdzenie o tym, ze dojrzał. Na jego późniejsze słowa lekka zmarszczka przecina moje czoło, ale tylko na chwilę. Czuję lekkie wyrzuty sumienia, że nie mogę powiedzieć mu że i mi przemknął gdzieś przed oczami. Zaraz jednak odpuszczam je sobie a czoło na powrót jest gładkie.
-Czas to pojęcie względne. – mówię w końcu chociaż trudno konkretnie stwierdzić dlaczego. A później tak po prostu unoszę dłoń by sprawdzić czy jego twarz nadal jest taka sama w dotyku pod moimi palcami. Może to egoistyczne podejście. Może nie powinnam, ale nie zastanawiam się nad tym nawet przez chwilę. Obejmuję dłonią policzek i przejeżdżam po nim kciukiem, głowę przechylając leciutko w lewo i przymykając oczy. Mija chwila w której czuje pod pacami lekko szorstką skórę twarzy. Odnajduję w dotyku znajome kształty. Zaraz potem zabieram dłoń i powracam głową do wcześniejszej pozycji.
-Dojrzałeś. Widzę po oczach, że i Ciebie życie nie oszczędziło. – mówię kompletnie nie zawracając sobie głowy jego wyznaniem na temat dostrzegania mnie na szpitalnych korytarzach. – Dojrzałeś, a jednak nic się nie zmieniłeś. – dodaje jeszcze po czym uśmiecham się do niego. Podciągam drugą z nóg na ławkę i oplatam je dłońmi. Opieram na nich podbródek i przez chwilę znów lustruję niebo jakby dostrzegając a nim coś ciekawego. – Jesteś szczęśliwy Alan? – pytam, w sumie sama nie wiem do końca dlaczego. Może z troski, a może z czystej ciekawości. Może przez głupio dudniące gdzieś w dali pytanie, czy gdybyśmy pozostali razem dostalibyśmy szczęście o którym marzymy? Czy może wręcz przeciwnie zdusilibyśmy siebie i swoje charaktery w tym związku?




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   16.12.16 1:27

Widocznie tak miało być. Ludzie często lubili myśleć, że mają własny los w dłoniach. Że ściskają go między palcami i mogą z nim zrobić co tylko zechcą. A tak wcale nie było. Los był losem i czasami dawał tylko złudne odczucie, że nad nim panujemy. Najwyraźniej dla tej dwójki zaplanował tak długą rozłąkę pomimo tego, że fizycznie ciągle byli stosunkowo blisko siebie. W jakim celu? Nie wiadomo. Może miało im to w czymś pomóc, może miało nadać odpowiedni kierunek swojemu życiu, może miało pozwolić zapomnieć. Bo mimo, że rozeszli się w zgodzie i mimo, że oboje oddali serce komuś innemu, nie można było powiedzieć, że się nie kochali. Oraz, że nie ulegli przyzwyczajeniu. A temu czasami trudno było sprostać. Czy w tym przypadku należało to odczytać jako przychylność losu? Czy ciągłe mijanie się na korytarzach Munga przez absurdalnie długą ilość czasu można było tak odczytać?
Dzisiejsze spotkanie było wyjątkowe i na swój sposób magiczne. Ale także absurdalne. A jeszcze bardziej absurdalnym byłoby, gdyby Justine rzeczywiście przymarzła do barierki mostu i została zasypana przez śnieg. Choć wizja ta wydawała się tragiczna, wywoływała jednak jakąś nutkę rozbawienia, ilekroć tylko obraz ten pojawiał się w głowie Alana. Oczywiście nie pokazywał tego po sobie, skąd! Dalej pozostawał spokojnym, opanowanym, ale jednocześnie łagodnym Bennettem. Takim, jakiego znała Justine. Ale jednak coś musiało się w nim zmienić. Coś, co nie świadczyło jedynie o ilości lat, jakie minęły od ich ostatniego spotkania. Inaczej by nie rozpoznała, że życie go doświadczyło... Czy było to po nim aż tak widoczne? Cóż... w tej chwili możliwe, że tak. W końcu były to dość świeże rany.
Na wspomnienie o czasie jako pojęciu względnym, jedynie westchnął i pokiwał głową. Nie widział sensu rozdrabniania się, kiedy i miała rację, i jej nie miała. Właściwie to nie wiedział co powinien powiedzieć. Nadal był nieco przygnębiony, co usilnie starał się ukryć. A jednak jego twarz zmieniła się, gdy namalowało się na niej zdziwienie. Nie spodziewał się dotyku. Nie spodziewał się, że zrobi coś takiego. Nie wiedział też czemu to zrobiła. A jednak pozwolił jej na to. Pozwolił, po cichu smakując smaku starych wspomnień. Były miłe, ciepłe, słodkie. Ale były tylko wspomnieniami i musiał o tym pamiętać. Chociaż od jakiegoś czasu czuł się tak cholernie samotny, że taki głupi, niby nic nie warty gest wzbudzał w nim falę czegoś na rodzaj wzruszenia. I nostalgii.
- Nie jest tak źle. Właściwie to skopało mnie po dupie dość mocno, ale także stosunkowo nie tak dawno temu. Wcześniej nie było tak źle. - Wzruszył ramionami, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby rozmawiał jedynie o pogodzie, czymś oczywistym. A jednak - wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalił jednego. Robił to głównie kiedy był zdenerwowany, albo gdy w grę wchodziły jakieś silne emocje. Tak jak teraz. Choć zachowywał przy tym kamienną wręcz twarz. Zaśmiał się jednak cicho, gdy odezwała się ponownie. - Mam to potraktować jako komplement? Czy wręcz odwrotnie? - Zerknął na nią kontrolnie, oczekując odpowiedzi na zadane pytanie.
A potem palił w ciszy, słysząc jedynie szum chłodnego, zimowego wiatru, który muskał ich po twarzach i który rozwiewał dym papierosowy dookoła. Palił i nie odzywał się nawet przez dłuższą chwilę po tym jak zadała pytanie.
- Nie. - Odpowiedział krótko. Wypuścił dym z ust i obserwował powstały, tańczący w powietrzu obłoczek. - W tej chwili nie. Ale jeszcze parę miesięcy temu bym się zastanowił nad odpowiedzią. - Wzruszył ramionami, zaciągając się po raz jeden z ostatnich. Przynajmniej w kadencji tego papierosa.
- A Ty, Just?


Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   22.12.16 19:47

Koleje losu były niezbadane. Niektórych napawało to frustracją. Fakt, że nie wiedzą co ich czeka, że niczego w życiu nie mogą być tak naprawdę pewni. Mnie przynosiło to przyjemny dreszczyk radosnego oczekiwania na to, co będzie dalej. Ale jednocześnie też obserwowanie świata, ludzi pchało mnie do myśli. Zdawało mi się, że moja głowa jest oddzielną maszyną. Kompletnie autonomiczną częścią mojego ciała, która działa nawet wtedy gdy wcale sobie tego nie życzę. Podsuwając tezy czy wnioski nad którymi wcale nie chcę się zastanawiać. Nie potrafiłam jednak nic na to poradzić. Mogłam tylko przywyknąć i pogodzić się z nią. Miałyśmy być już z sobą na zawsze.
-Zastanawiałeś się kiedyś nad niezłomnością jednostki ludzkiej? – pytam po jego wyznaniu. Właściwie znów prawie w ogóle nie asymilując się z tym o czym mówi. To pytanie oderwane trochę od ziemi. Wyrwane z kontekstu moich własnych myśli. Niecodzienne, trochę jak ja. – Wszak upadamy tyle razy. – mówię unosząc dłoń i zaczesując zwyczajowym dla siebie gestem kosmyki, które wymknęły się z luźnego koka na końcu głowy – w tej chwili nadal w kolorze śniegu, za ucho. Nie patrzę na niego. Patrzę przed siebie brodę opierając na kolanach. Nogi dalej obejmując dłońmi. Wzrokiem badam starszego mężczyznę karmiącego gołębie. – I tyle samo – jeśli nie więcej – razy się podnosimy. – to nie tak, że mnie jakoś okrutnie doświadczyło życie. Byłam raczej drugoplanową postacią w tragediach bliskich mi osób. Samej ocierając się o nie jedynie, nigdy w pełni nie doświadczając. W pewnym sensie jestem szczęściarą. Ale znów ból dogłębnie przejmował moje serce gdy zmarła żona Michaela. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, a co ważniejsze miałam nadzieję że nigdy nie będę w stanie skosztować, rozpaczy jaka musi targać osobą, która straciła swoje wszystko. Jak na nowo zacząć oddychać po czymś takim? Jak znów zacząć żyć? Nie wiedziałam. Mój brat zdawał się mieć zbawienne remedium, okupione cierpieniem jego serca, ale i jego życzliwością. Był moim cichym bohaterem. Nie tylko dlatego że czuwał nade mną, bardziej dlatego że był silny, a w tej swojej sile i dobry.
Dziadek dalej karmił gołębie. Teraz jednak nie patrzyłam już na jego pomarszczone dłonie rzucające chleb. Mój wzrok przyciągnęły dwa ptaki wyrywające sobie kawałek chleba. Czemu to robiły skoro obok leżały kolejne kawałki? Czy ten jeden wydawał się smaczniejszy, a może w swoim małym, nierozwiniętym móżdżku nie dostrzegały możliwości innej jak ta  by walczyć o złapane w tym samym momencie pożywienie?   Kolejne słowa Alana sprawiają że kącik ust lekko drga mi unosząc się do góry.
-To komplement. Doświadczenia nas bogacą – nawet te nieprzyjemne. Dojrzewamy czy tego chcemy czy nie. Ważne by w tym wszystkim nie zgubić siebie. – odpowiadam mu spokojnie odwracając w końcu wzrok i skupiając go na nim. Uśmiecham się. Lekko. Coś bardzo enigmatycznego jest w tym uśmiechu, sama się dziś tak czuję. Trochę zbyt pseudo-filozoficzna. Ale nawet lubię i tą wersję samej siebie. Może to ta walka gołębi tak na mnie wpłynęła a może fakt że prawie weszłam na most? Trudno powiedzieć. A co więcej nie warto próbować znaleźć na to odpowiedzi. Byłam kalejdoskopem sprzeczności i dziwności – nigdy mi to jednak nie przeszkadzało.
-Staram się. – mówię szczerze. Szczęście było ulotne. Czasem nie zauważaliśmy go zanim nie odeszło. Teraz byłam świadoma tego co, a może raczej kto był moim największym szczęściem. Ale strach przed odrzuceniem hamowałam mnie przed zrobieniem kolejnego, pewniejszego kroku. Chłonęłam więc chwilę, momenty w których był blisko. Ale dostrzegałam też inne rzeczy, mniejsze, które były równie wartościowe jak czas spędzony z nim. – Składam szczęście z małych rzeczy. Dostrzegam je w uśmiechach bliskich mi osób. Chwilach niegroźnego szaleństwa. Staram się złożyć w jedną całość. Ale w czasach w których przyszło nam żyć nie jest to proste. – dzielę się z nim swoimi przemyśleniami bez oporów. Był mi bliski. Nadal jest. W tej konkretnej chwili odczuwam dziwnego rodzaju deja vu. Przecież nie raz siadaliśmy na ławce podobnej do tej, by pozwolić myślą wypłynąć na wierzch. Wypowiedziane zdawały się czasem łatwiejsze do ogarnięcia.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   26.12.16 19:33

Początkowo nie odpowiedział na jej słowa. Wbił jedynie wzrok w jakieś losowe miejsce znajdujące się daleko od nich i tkwił tak przez jakiś czas, pozwalając na to, by wiatr wichrzył jego przydługie, zaniedbane kosmyki włosów. Tak samo jak robił to z jasnymi kosmykami Justine, siedzącej obok niego na ławce. Dlaczego jednostka ludzka była niezłomna? Czy kiedykolwiek się nad tym zastanawiał? Nie. I nie znał odpowiedzi na te pytanie. Wiedział jednak, że nie każda była niezłomna i wszystko zależało od siły człowieka oraz od sytuacji, która próbowała go złamać. Ludzie rzeczywiście mieli w sobie tę siłę, że podnosili się z wielu naprawdę trudnych sytuacji. Ale bywało czasem, że ktoś nie miał już sił na to, aby znów stanął na nogach. I gdy nie było w pobliżu nikogo, kto podałby mu dłoń i pomógł to uczynić, ów człowiek już się nie podnosił. Początkowo Alan sądził, że to właśnie ten moment nadszedł w jego życiu. Myślał, że się już nie podniesie, że nie stanie na własnych nogach. A jednak, powoli zaczynał iść przed siebie, choć bardzo często robił to wręcz na czworakach. Czy był niezłomny? Póki co wychodziło na to, że tak. Czy czuł się silniejszy? Nie, w tej chwili nie. Nie chciałby także, aby śmierć matki uczyniła go takim. Ta siła miała zbyt wysoką cenę.
- Nie zastanawiałem się, Just. - Odparł po dłuższym czasie milczenia. W końcu odwrócił się i z nieznanego jej punktu przeniósł wzrok na jej twarz. - Ale nie zawsze jesteśmy niezłomni. Niektórzy nie potrafią się podnieść i dają się złamać.
Zmrużył oczy, zastanawiając się jeszcze chwile nad własnymi słowami. Podświadomie przyglądał się jej nienaturalnie jasnym włosom, których kosmyki powiewały na wietrze, za nic mając fakt, że ich właścicielka co i rusz próbowała doprowadzić je do porządku. Znał te gesty aż za dobrze. Kiedyś bardzo często głaskał jej włosy i sam zatykał te niesforne za jej ucho. To było tak dawno temu... Czas pędził tak szybko, aż ciężko było mu uwierzyć w fakt, że minęło kilka lat od czasów, gdy byli parą.
- Masz rację. Ale czasem siła nie jest warta ofiary, którą trzeba za nią ponieść. - Mruknął, ciągle myśląc o swojej matce. Był pewien, że to go wzmocni. Wzmocni jego serce, duszę i umysł, czyniąc je bardziej twardymi. Nie cieszył sie jednak z tego faktu? Jak mógłby? Nic jednak nie mógł w tym momencie zrobić. Mógł jedynie rozłożyć ręce i czekać na to, co przyniesie los, gdyż ostatnio dobitnie pokazał mu, iż ludzie mają niewielki wpływ na jego zachcianki. Kiedyś Alan myślał, że sam jest kowalem swojego życia i losu. Sądził nawet, że uda mu się oszukać przeznaczenie i uratować jego matkę. Wierzył w to bardzo długo i wręcz naiwnie. Ale życie w końcu pokazało mu jak to jest naprawdę. Dość boleśnie zderzył się z rzeczywistością, choć już w tej chwili rany zaczynały się powoli zasklepiać.
- To bardzo dobre podejście, Just - mruknął, gdy wyjaśniła mu jaki ona ma sposób na szczęście. Przyjrzał jej się, przez chwilę zastanawiając się z czego tak właściwie je składa, kto je jej daje? Czy była z osobą, którą kochała już wtedy, gdy była z Alanem? Miał nadzieję, że tak. Miał nadzieję, że była rzeczywiście szczęśliwa. Zasługiwała na to. - Ale nie każdy tak potrafi. - Uśmiechnął się lekko, choć był w tym swego rodzaju smutek. Uniósł wzrok i spojrzał na ciemne chmury, które przyniosły prawdopodobnie ostatnie płatki śniegu w tym roku. Wypuścił ciepłe powietrze z płuc i obserwował jak te zamienia się w jasny obłoczek. A potem ponownie zerknął w stronę Justine. Dalej miała jasne włosy.
- Czy coś Cię martwi, Just? - Zapytał. Zaraz wskazał na jej kosmyki. - Ciągle są zbyt jasne. Nie doszłaś do siebie jeszcze po moście? Potrzebujesz aby odprowadzić Cię do domu?


Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   30.12.16 20:03

Ludzie byli męczennikami. Czy tego chcieli, czy nie los wciągał ich w swoje koleje nie pytając nawet o zdanie. Problemy zaś którymi obarczał nasze barki często mierzone według tego, ile każdy mógł znieść. Przynajmniej tak właśnie myślałam i dokładnie w to wierzyłam. Odmawiałam wiary w to, że dostajemy od świata coś, z czym nie jesteśmy w stanie sobie poradzić. Takie myślenie było po prostu zbyt negatywne jak na moje usposobienie. Wszędzie szukałam światła, radości, nadziei, czegoś, co było w stanie przegnić mrok nawet w chwilach najgorszych, najcięższych.
Kręcę głową na jego słowa nie zgadzając się z tym co mówi do końca. Wykrzywiam nawet twarz, a może bardziej moje usta zaciskają się jakby w ten sposób nie zgadzając się z tym, co wypadło z jego ust.
-Myślę że jesteśmy. Ale nie zawsze dostatecznie mocno w to wierzymy dając uwiązać się złym odczuciom. – mówię w odpowiedzi. Ludzie byli z natury dobrzy. Wiedziałam to, czułam w sercu. Czasem jednak zapominali którego wilka należało karmić. Pozwalali wciągnąć się w otchłań lęków, bólu i cierpienia pozwalając by te uczucia zawładnęły nimi, sprowadziły na ścieżkę, którą spowijał mrok, powoli, nieśpiesznie doprowadzając nas do autodestrukcyjnych zachowań. Sami siebie wpędzaliśmy do przysłowiowego grobu w próżności własnej jednostki nie potrafiąc poprosić o pomoc. Unosząc się dumą niestrudzenie powtarzając, że wszystko jest w porządku. Że jest tak jak chcemy żeby było. Choć prawda była zgoła inna.
-Nigdy nie jest. – zgadzam się łagodnie. Nie wiem co spotkało go przez te lata. Ale wiem co stracił choć by mój brat. Był dopiero na początku drogi ze swoją żoną, a jednak los postanowił mu ją odebrać. Nie chciałam nawet myśleć jak mocno i boleśnie musi się wbijać w jego serce świadomość, że nigdy więcej jej nie zobaczy, że nie przywita jej uśmiechem z samego rana, że nie złapie w ramiona. – Nikt nas jednak nie pyta o to, czy zgadzamy się ponieść koszty takie a nie inne. – zauważam spokojnie. Tak było. Czas u boku z Życiem gnał do przodu bez wytchnienia, nie zatrzymując się nawet na chwilę i nie pytając o zdanie kogokolwiek. Realizował zamierzone plany, a nam kazał się po prostu z nimi zmierzyć.
-To nie takie trudne, Alan. – odpowiadam mu łagodnie spoglądając w jego twarz. Posyłam w jego stronę uśmiech, ten, którym kiedyś częstowałam go tak często. – Zamiast rozpaczać nad stratą wybrałam cieszyć się tym co mam, nawet, jeśli moje szczęście jest tylko ułudą chwili. – dodaję i w sumie sama się sobie dziwię. Nie wiem czasem skąd biorę słowa, które wypadają z moich ust. Brzmią tak strasznie górnolotnie, filozoficznie nawet chciałoby się rzecz. A ja przecież raczej byłam prosta. Odrobinę skomplikowana, jak każdy, ale do zrozumienia, jak wszystko.
-Martwi mnie ostatnio wszystko. Głównie to dokąd doprowadzą nas zmiany które nadchodzą wielkimi krokami. – odpowiadam mu, mając na myśli referendum, które odbywało się kilka dni temu. Wiedziałam doskonale, że powstanie policji antymugoslkiej nie będzie dobre. Zwłaszcza dla mnie. Dla osoby która przez społeczność czarodziei klasyfikowana jest jako mugolak. Włosy pozostawiam w takiej odsłonie. Białe przypominają mi Margo, na razie pozwalam im trwać w wybranym przez siebie odcieniu.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   12.01.17 0:25

Optymizm.
No tak, Justine zawsze była go pełna. Zawsze patrzyła na wszystko przez jasne, tęczowe wręcz okulary. Chciała widzieć dobro wszędzie. Chciała widzieć szczęście wszędzie. I choć czasami cierpiała, potrafiła przekuć to na coś dobrego. On również nie był pesymistą, choć ostatnimi czasy, zdecydowanie zostałby ustawiony po tej stronie. Spotkało go dużo złego. Dużo złego na raz. Przygniotło go niczym olbrzymi głaz zarzucony na plecy i nie bardzo wiedział co powinien zrobić, by się spod niego wydostać. Nie wiedział nawet czy chciał, czy wolał poddać się pustce, która czekała go pod nim. Pustce, która niosła błogi stan nieświadomości, błogi stan braku emocji. Pustce, która niosłaby koniec. Jego koniec.
Ale trzymał się. Choć kulał, choć garbił się i ledwo stał na drżących nogach - trzymał się. Choć nawet nie wiedział po co. Może podświadomie wierzył, że w końcu zjawi się ktoś, kto pomoże mu go zdjąć. Czy to również można było zaliczyć pod ów niezłomność? Czy czekanie i wręcz błaganie o pomoc nią było? Czy był to tylko żałosny zabieg, który powinien sobie odpuścić i pozwolić, by głaz przygniótł go, popychając w stronę pustki?
- Może to co mówisz ma w sobie sporo racji. Może... Sam nie wiem. Niczego nie jestem teraz pewien. - Mruknął, patrząc gdzieś w bok. Zdawać by się mogło, że mówi sam do siebie. A może w przestrzeń? Może tak właśnie było? Lekki wiaterek, który smagał jego twarz, nieco go uspokajał i wyciszał. Potrzebował tego. Za bardzo dawał się ponosić emocjom. Emocjom, które trudno byłoby nazwać dobrymi czy pozytywnymi. Ostatnimi czasy jego życie, jego świat miały jedynie czarne i szare barwy. Czy potrafił to zmienić? A, co ważniejsze, czy chciał?
- To nie takie łatwe, Just. Kiedyś potrafiłem, ale teraz... sama widzisz. - Westchnął. Dłonią przeczesał swoje włosy pod włos, zatrzymując dłoń gdzieś w okolicy karku. Gdyby wiedziała... Gdyby była świadoma tego jak ciężki był dla niego ostatni czas. Może ktoś by machnął ręką i stwierdził, że to nic takiego, że ludzi spotykają gorsze rzeczy, jednak dla niego te pare miesięcy temu miał miejsce jego mały koniec świata.
- Nie martw się zmianami. Nie masz na nie wpływu, więc nie trać czasu, nerwów i energii na zmartwienia. Jesteś silna, Just. - Była biała, nieskazitelna, czysta. A przynajmniej tak ją widział w swojej głowie. Chciał, aby zawsze była w swojej bańce pełnej pozytywnej energii. W bańce, do której nie sięgały zmartwienia czy złe rzeczy. Kiedyś była dla niego ważna, nadal w jakiś sposób była. Chciał więc dla niej jak najlepiej.
- Odprowadzę Cię. - Zaproponował. Poczekał aż wstanie i razem ruszyli, rozmawiając. Jeżeli zaszła taka potrzeba - podtrzymał ją, choć zdawała się mieć wystarczająco sił, by iść o własnych siłach. Nie pozwoliłby jej wracać samotnie do domu. Nie po tej małej traumie, którą przeżyła.

zt x 2


Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Tower Bridge   05.04.18 22:07

data się znajdzie

Postawione przed nimi zadanie może i nie należało do grona tych w czasie których stawia się własne życie na szali. W których biegnie się całkiem na oślep do celu, który majaczy nieśmiało an horyzoncie. Być może nie było też tak ekscytujące jak patrol w samym środku nocy. Ale miało swój cel. A Justine nie zamierzała kręcić nosem. Znów, jeśli miałaby być całkiem szczera, brak rewolucji, szalonych pościgów i niebezpiecznych zakrętów było tym, czego potrzebowała. Nadal czuła skutki przesłuchań w Ministerstwie i nadal nie potrafiła jeszcze przejść nad wydarzeniami z wieży do porządku dziennego. Wątpiła, by kiedykolwiek miała to zrobić. Miała jedynie nadzieję, że czas zaleczy żal, ukoi wściekłość, która zdawała się nie gasnąć, a nawet chwilami jakby zapalała się mocniej. Nie wypuszczała jednak tych uczuć na wierzch, trzymając je kurczowo w środku, nieświadomie doprowadzając do własnej autodestrukcji.
Minęło tyle czasu od wydarzeń z wierzy, sporo od wypicia eliksiru i pozbycia się mary. Nie wiedziała co było odpowiedzialne za fakt, że od tego czasu jej włosy ani razu nie zmieniły koloru. Może miało to inne przyczyny, może to żal przykrywał wszystkie inne emocje, wybijając się nad nie i barwiąc głowę na biało.
Z Lorrain spotkała się na Tower Bridge, po drugiej stronie w kamienicach mieszkała osoba do której dzisiaj zmierzały. Kiedyś słyszała o łzach feniksa, jednak nie zagłębiała się w temat bardziej. Teraz dostając odgórne wytyczne sądziła że najrozsądniejszym posunięciem będzie zaciągnięcie informacji od kogoś, kto na rzeczy zna się najlepiej ze wszystkich znanych jej osób. A któż mógł się na tym znać lepiej, niźli alchemik, który zgłębiał tajniki eliksirów i ingrediencji z pewnością dłużej, niźli ona sama chodziła. Osobę do której kierowali się teraz właściwie miała wrażenie że zna od urodzenia. Elfreda była przyjaciółką jej babci i już od małego odwiedzała jej mieszkanie wraz z babcią, czy mamą gdy te potrzebowały eliksiru. Czasem ona przychodziła do nich. Była jak rodzina. Jak druga babcia, choć to miano nigdy nie wypłynęło w jej kierunku. Pozostała ciocią, którą Justine kochała równie szczerze, co każdego innego członka rodziny.
Kompletnie nieświadomie, po krótkim przywitaniu z Lorrain ruszyła w kierunku miejsca które dobrze znała, nie myśląc nawet nacisnęła na klamkę. Nie zapukała - rzadko kiedy to robiła. Może powinna? Nie miała jednak teraz głowy do rozmyślań na ten temat. Wątpiła też, by była w stanie wyrobić w sobie nowe nawyki. Rozejrzała się po mieszkaniu w którym była już wcześniej prowadząc za sobą kobietę.
- Ciociu Elfie! - zakrzyknęła lekko zachrypniętym głosem - będziemy w salonie. - poinformowała ją jeszcze, tam kierując swoje kroki. Znała to miejsce. Dopiero teraz jakby trafiło ją, że przecież mógła być zajęty, nie zapowiedziały się przecież żadnym listem, licząc po prostu na łut szczęścia. Weszła do przestronnego pomieszczenia, które lubiła. Zasiadła na jednym z wiklinowych foteli zrzucając buty i podciągając nogi, by zaraz podnieść się jakby nie potrafiąc usiedzieć w miejscu. - Zrobię herbaty. - zadecydowała w końcu kierując się w stronę kuchni, by zacząć przeglądać szafki w poszukiwaniu kubków.


| wybierzcie datę, najlepiej chyba czerwcową :pwease:




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
 

Tower Bridge

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18