Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Drewniana kładka
AutorWiadomość
Drewniana kładka [odnośnik]01.02.16 21:17

Drewniana kładka

Gdzieś głęboko w dzielnicy portowej znajduje się jeden z wielu pomostków prowadzących do przycumowanych łódek. Pomost jest drewniany, ale drewno już niszczeje i trzeba uważać, żeby nie zapadł się pod stopami. Poza tym podczas deszczu deski stają się śliskie i nie sposób po nich chodzić. Niektóre łódki, które chyboczą na wodzie, wydają się być nieużywane od wielu lat, dlatego nie poleca się korzystanie z nich. Na samym końcu pomostu co wieczór zapalają się żółte światełka, które mają ostrzegać, albo informować marynarzy.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Drewniana kładka [odnośnik]19.08.16 17:30
|16.01.1956r

Bott szedł trochę... podchmielony. Odrobinkę. Nie, żeby wypił za wiele. Znowu. No, w sumie to nie jakoś szczególnie. Czuł lekkie szumienie w głowie i był ospały, zmęczony. Stan rozweselenia już mu minął i z tej przyczyny postanowił wracać już do domu. Czemu szedł po mugolsku, spacerem? Nie czuł, żeby był gotowy na teleportację i nie chciał ryzykować rozszczepienia, nie był pewien, czy Rycerz nie zaszkodzi jego żołądkowi, a ostatecznie spacer wydawał się dość kuszącą opcją - może pozwoli mu się trochę ożywić? Właściwie to już całkiem przetrzeźwiał i czuł się tylko nie-naj-le-piej.
Chłodne powietrze trochę pomagało. Podobnie, jak butelka wody, którą już prawie do końca wypił w nadziei, że uratuje go to przed jutrzejszym kacem. Która mogła być? Trzecia w nocy? Czwarta? Piąta nad ranem? O trzeciej chyba dochodził do wniosku, że impreza się kończy, a tu szedł spokonie z pół godziny. W każdym razie było późno i aż nie chciało mu się tego sprawdzać.
Pewnie z resztą kontynuowałby swój marsz przynajmniej jeszcze jakiś cza (no, na Dolinę Godryka wracałby pewnie do samego świtu, jak nie dłużej, planował więc swój spacer pociągnąć, aż nie uzna, że wytrzeźwiał w miarę do końca i machnąć na Rycerza albo skorzystać z kominka w jakiejś knajpie), gdyby nie dostrzegł postaci przemykającej mu tuż przed nosem.
Odwrócił wzrok na kładkę, która nie wyglądała zbyt stabilnie. I pewnie zignorowałby ową postać, gdyby nie była dość drobna, jak jakiś dzieciak. Co w ogóle robi tu dzieciak o tej porze?!
- Ej, młody, wszystko okej?
Odezwał się, odwracając w tamtą stronę. Kładka nie wzbudzała jego zaufania, wydawała się dosyć śliska, więc wolał nie zostawiać nieznajomego dopóki ten z niej nie zejdzie. Jakoś... po prostu.



Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Bertie Bott
Zawód : Pracownik w Urzędzie Patentów Absurdalnych, wlaściciel Cukierni Wszystkich Smaków
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
OPCM : 25
UROKI : 40
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka Giphy
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3537-skrytka-bankowa-nr-844 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Re: Drewniana kładka [odnośnik]21.08.16 13:27
Nie znosiłem siedzenia w tych paskudnych dokach. Nienawidziłem smrodu obszczanych uliczek, dymu unoszącego się z parującej wody, brudnych meneli wciśniętych w każdy kąt jak szczury. Właśnie. Szczury... Cholerne paskudztwa, ale wiele bym oddał, żeby takiego złapać i odgryź mu głowę. Ile bym oddał! Nie czułem tego. Oczywiście, że nie czułem, do cholery! Niby jak skoro byłem duchem?! A jednak wydawało mi się, że to miasto mnie przytłacza. Wychowywałem się dokładnie na tych ulicach i wydawało mi się, że nigdy się ich nie pozbędę. Byłem wolny mogłem odejść, ale wolałem zostać. Wolałem zostać w tym gnijącej trupiarni. Cholerna Anglia. Boże chroń kupę gówna i dziwkę, która na niej siedziała.
- Raz dziesięciu żołnierzyków pyszny obiad zjadło, nagle jeden się zakrztusił... I dziewięciu pozostało. Tych dziewięciu żołnierzyków tak wieczorem balowało, że aż jeden rano zaspał. Ośmiu, tylko pozostało – mruczałem pod noskiem, lecąc nad ziemią. Podskakiwałem raz po raz, by podlecieć kolejne kilka metrów. Zupełnie jak urocze dziecię w jasnych, blond kędziorkach. O tak. Wyglądałem naprawdę przeuroczo. Nie zauważyłem kolejnego kloszarda obok. Tylu ich było... Chociaż gdybym się przyjrzał, zdałbym sobie sprawę, że nie jest to George, Adnrew ani nawet Stefan. Lubiłem ich nazywać. Skacząc sobie po moście i szukając czegoś ciekawego do roboty, usłyszałem jego głos. Zignorowałem go, bo skąd miałem wiedzieć, że mówił do mnie?! Nie byłem młody, a ten ton mógł sobie wsadzić głęboko w materialny zadek! Co się dziś działo? Prostytutka za rogiem już zakończyła swoja pracę na dziś i nie było na co patrzeć. Jakiś zwykły robol obrzygał ją zanim cokolwiek zdziałał, ale kim bym był, gdybym nie dołożył swoich pięciu groszy? Jego głowa w oborniku musiała tam skończyć. Zaśmiałem się pod nosem, patrząc w wodę i skacząc jeszcze wyżej.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Drewniana kładka 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Drewniana kładka [odnośnik]21.08.16 13:48
Nie odpuszczał i szedł za dzieciakiem. Uważał na kroki i był o wiele wolniejszy, niż osoba za którą podążał. Raz, że jeszcze nie był w stu procentach trzeźwy - no, może przechodził już w kaca, ale mówiąc po mugolsku, za kierownicę by raczej nie wsiadał. Druga sprawa była taka, że kładka była porządnie zlodowaciała i Bott nie mógł załapać, jakim cudem ten dzieciak po może podskakiwać i się nie poślizgnąć. Ale wolał nie zostawiać go tutaj samego sobie. Właśnie na wypadek, gdyby miał się poślizgnąć i wlecieć do wody. Może i go nie znał, może i młody sam byłby sobie winien, ale ostatecznie kto za smarkacza nie bywał nieodpowiedzialnym idiotą?
Bertie nawet by się nie odezwał, bo sam czuł się czasem smarkaczem, a częściej niż czasem nieodpowiedzialnym idiotą. Więc i wdzięczny losowi i przyjaciołom, że z wielu swoich głupot został jakoś wyratowany, nie chciał dać tu utonąć innemu sobie podobnemu z pozoru idiocie.
- Co tu robisz o tej porze?
Odezwał się znowu, słysząc jego rymowankę. Było ciemno, a jego spostrzegawczość (i tak dość słabą) zaburzało rozkojarzenie związane ze złym samopoczuciem. Może przez to jego rozmówca wydawał się taki materialny? Niewiadomo. Tak, czy inaczej powoli zbliżał się do końca kładki (i jeszcze nie wylądował na tyłku, ani w tej mroźnej wodzie) i tym samym do nieznajomego chłopaka. Chłopca? Ile on może mieć lat?
- Zejdźmy stąd, co?
Dodał zaraz czując, jak trudno mu utrzymać równowagę na lodzie.



Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Bertie Bott
Zawód : Pracownik w Urzędzie Patentów Absurdalnych, wlaściciel Cukierni Wszystkich Smaków
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
OPCM : 25
UROKI : 40
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka Giphy
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3537-skrytka-bankowa-nr-844 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Re: Drewniana kładka [odnośnik]21.08.16 15:14
- Sam zejdź! – odpyskowałem, idealnie zdając sobie sprawę z tego jak to musiało wyglądać. Przecież mimo mojego dwustuletniego bytowania przyzwyczaiłem się i zacząłem korzystać z mojej formy. Mały, słodki pięciolatek w ogrodniczkach i umorusanych policzkach od czekolady. Słodki! Przesłodki widok! Normalnie zaraz się porzygam! A ile razy udało mi się zajrzeć pod kieckę naiwnej paniusi, która chciała zająć się biedaczkiem? Żałowałem jak żałowałem, że nigdy nie widziałem Kuby Rozpruwacza. Na pewno widok rozbebeszanych dziwek byłby mi zdecydowanie w smak!
- Ośmiu dziarskich żołnierzyków po Devonie wędrowało, jeden zostać chciał na zawsze... No i właśnie tak się stało. Siedmiu żołnierzyków zimą do kominka drwa rąbało. Jeden zaciął się siekierą. BACH! Sześciu tylko pozostało – mówiłem dalej,krzycząc raz po raz, cofając się i nie patrząc, gdzie szedłem. Dla tego głupiego dzieciaka, głupiego smarkacza!, musiało to wyglądać przerażająco. Oh! Ah! Nie uratowałem dziecka przed utonięciem! Trauma do końca życia. Dlaczego nie miałem się na nim odegrać? Moja wina, że był zapijaczonym kretynem? A co... Ciekawe czy skoczyłby za mną do wody? Zamarzłby zanim dotarł do brzegu? A może zachłysnąłby się i umarł? A może nie umiał pływać? A może… Tak. zaczynał mi się zdecydowanie podobać ten pomysł. - Widziałeś moją mamę? - spytałem słodko, wkładając palec do buzi i zatrzymując się.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Drewniana kładka 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Drewniana kładka [odnośnik]22.08.16 15:58
Okej. Dzieciak jest chory psychicznie. Zdecydowanie. Albo ma za sobą jakąś niezłą traumę.
Bott był już pewien, że czy to siłą, czy uprzejmie musi zabrać stąd dzieciaka, ale po zejściu z kładki nie odstawiać go na ziemię, a zabrać. Do Munga albo jakichś aurorów. Kogoś, kto sprawdzi czemu kilkulatek sam chodzi nocą po takich miejscach. I, czemu zachowuje się jak mały psychopata. Jeśli to zwykły rozrabiaka, który uciekł opiekuńczym rodzicom, nie powinno być problemu, ale wcale na to nie wyglądało, maluch zachowywał się... no, pięcioletnie dzieciaki, nawet najgorsze urwisy nie zachowują się w tak popaprany sposób.
I zaraz do reszty go zmroziło, kiedy maluch odwrócił się i na powrót z młodocianego demona stał się biednym, zagubionym chłopcem.
- Zaprowadzę cię do niej, okej? Chodź.
Zaoferował, wyciągając dłoń w stronę malucha, który był jak na jego oko, zdecydowanie zbyt blisko krawędzi kładki. Liczył, że ten po prostu się go złapie i razem zejdą. Ostrożnie, pomału, żeby nikomu nic się nie stało.
A potem zabierze go na policję, bo coś tu zdecydowanie jest nie tak i wypadałoby coś z tym zrobić.



Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Bertie Bott
Zawód : Pracownik w Urzędzie Patentów Absurdalnych, wlaściciel Cukierni Wszystkich Smaków
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
OPCM : 25
UROKI : 40
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka Giphy
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3537-skrytka-bankowa-nr-844 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Re: Drewniana kładka [odnośnik]24.08.16 11:40
- Taka z cycami jak donice i dająca każdemu w rogu ulicy? - odpowiedziałam dalej, nie zmieniając tonu słodkiego szkraba. - Jesteś tak tępy na jakiego wyglądasz? - dorzuciłem i nie czekając na odpowiedź, odwróciłem się i zacząłem biec lekko po mostku. Miałem dość tej pseudo ojcowskiej rozmowy i słuchania tępego, pijackiego bełkotu. Dzieciak był nawalony mniej niż bym się spodziewał, ale najwidoczniej jemu już było dosyć. Może po tym wszystkim zaczepię jakąś szajkę i zobaczę jak mu obijają mordę? Nie odwracają się skoczyłem prosto do rzeki. A przynajmniej z jego punktu widzenia, wyglądało to naprawdę zadziwiająco. Samobójca, dzieciak. Czy może zamordowany przez nastolatka z problemami emocjonalnymi? Cóż za dramatyczna historia, proszę państwa!


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Drewniana kładka 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Drewniana kładka [odnośnik]25.08.16 22:23
Widział, że coś jest nie tak i zastanawiał się nawet, czy nie ma do czynienia z duchem, ale kiedy chłopiec po prostu skoczył do wody, właściwie w odruchu ruszył w jego stronę zanim w ogóle zdążył to przemyśleć - i skończyło się to tak, jak musiało. Poślizgnął się. I tak dziwne, że wcześniej tego nie zrobił na tej zlodowaconej kładce.
Tak, czy inaczej wylądował w wodzie, ale pierwsze co zrobił to zaczął rozglądać się za dzieciakiem, którego oczywiście nie było. Nie utonął, przynajmniej nie teraz. Pewnie nawet nie był dzieciakiem. Ciekawe, ile miał lat?
Tak, czy inaczej Bertie wylądował w lodowatej dosłownie wodzie. Złapał się zaraz kładki, bo wcale nie pływał szczególnie i zaczął się po niej wdrapywać. Nie rozglądał się już za duchem i nie myślał nawet o ewentualnym ryzyku rozszczepienia, a zwyczajnie dygocząc z zimna przeniósł się do swojej sypialni.
Tyle z zabawy w bohatera.

zt x 2



Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Bertie Bott
Zawód : Pracownik w Urzędzie Patentów Absurdalnych, wlaściciel Cukierni Wszystkich Smaków
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
OPCM : 25
UROKI : 40
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Drewniana kładka Giphy
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3537-skrytka-bankowa-nr-844 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Re: Drewniana kładka [odnośnik]05.11.16 12:44
/20 marca, z Humorzastej Polany

Teraz myśląc, że uda jej się teleportować w miejsce wybrane przez samą siebie zaczęła intensywnie myśleć. Na zmianę o domu, o szpitalu, o dolinie. Czymś co dobrze znała i wiedziała, że jest wystarczająco blisko by w końcu ktoś jej pomógł. Nie miała pojęcia ile taka czkawka trwa. Słyszała, że nawet parę dni, albo nawet parę miesięcy. Przecież przez ten czas mogła paść ze zmęczenia. A jeśli padłaby ze zmęczenia to prędzej czy później teleportacja po prostu by ją rozczłonkowała. Trochę smutna śmierć. Myślenie o lokacji niewiele jej dało, bo już z oddali widziała błyszczącą się taflę wody. - Na Merlina! - krzyknęła, kiedy jej nogi dotknęły śliskiego podłoża mostku. Miała chociaż tyle szczęścia w tym wszystkim, że nie wpadła do wody. Może i by się nie utopiła, bo unosić na wodzie się umiała, ale wystarczył jedna fala i kobieta poszłaby na dno. Zaczęła iść w stronę budynków wiedząc, że w dokach mieszka wielu przemytników i zielarzy. Ci na pewno pomogliby jej w rozwiązaniu tego problemu. Nie mogła przecież bez końca się teleportować. Widząc jedną z małych, drewnianych altanek wbiegła na nią i zastukała mocno w drzwi. Słysząc zbliżające się kroki złapała się kurczowo drewnianych palów wspierających altankę. Niestety, czuła to co czuła już trzy razy wcześniej. Drzwi się otworzyły, mężczyzna spojrzał na nią zdezorientowany, jego pierś uniosła się, a usta przygotowały do zadania pytania. Jakiego? Skąd ona może to wiedzieć skoro znowu się teleportowała.

z.t


do not cry because it is over
smile because it happened

Peony Sprout
Zawód : własna hodowla Mandragor & warzenie eliksirów
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
nie widziałam cię już od miesiąca. nic.

jes­tem może bledsza,

trochę śpiąca, trochę bar­dziej milcząca, lecz wi­dać można żyć bez powietrza.
OPCM : 2
UROKI : 13
ALCHEMIA : 19
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3392-peony-sprout https://www.morsmordre.net/t3422-zafir#59251 https://www.morsmordre.net/t3421-piwonia#59246 https://www.morsmordre.net/f105-west-country-dolina-godryka-73 https://www.morsmordre.net/t4139-skrytka-bankowa-nr-856#82343 https://www.morsmordre.net/t3742-peony-sprout
Re: Drewniana kładka [odnośnik]13.11.16 15:51
1 marca, noc
Morgoth stał nad zwłokami mężczyzny, którego czaszka nie przypominała w niczym ludzkiej twarzy. Rozgruchotana o skały jak szmaciana lalka pozbawiona życia. Mężczyzna zastygł z wyrazem zaskoczenia na twarzy, po tym jak wystający kamień wbił mu się w głąb mózgu, a krew zalała mu usta i oczy, nadając upiornego grymasu. Gdyby miał jeszcze te ostatnie zapewne wpatrywałby się w młodego Rycerza pustym, nieruchomym wzrokiem. Ten przymknął powieki i spojrzał w ciemne, czyste niebo, którego chmury tworzyły chmary krążących dziko mew. Odetchnął głęboko słonym powietrzem o cierpkim zapachu śmierci, by pozbyć się niemiłego wrażenia, które wywoływał w nim pobyt na wyspie.
Jego spojrzenie znowu padło na rozgruchotaną głowę denata, z której już dwa dni temu wyciekł żółtawy mózg, tworząc na obłoconej, mokrej od wilgoci morza ziemi ciemne plamy. I do tego muchy osiadające umrzyka niczym druga szata – owady składały jaja w otwartych, ropiejących ranach. Także ożywione mewy zwabione obfitością przylatywały nad ciało. Na szczęście jednak nie pozbawiłby trupa wszystkiego. W jego truchle znajdowało się jeszcze trochę krwi. Nieważne jak bardzo zakrzepłej.
Yaxley nie miał zamiaru rezygnować z zadania, które powierzył im Czarny Pan. A skoro jeden z celów został przez niego pozbawiony życia w nocy dwudziestego ósmego lutego... Dlaczego nie miałby wykorzystać tej okazji? Może człowiek odpowiedzialny za rzucenie klątwy na jego matkę mógł mu się przydać? Morgoth postanowił to sprawdzić. Znienawidzony wróg, który pozbawił go również równocześnie drogiej mu osoby - oto co zostało z tego szaleńca. Brunet rozpamiętywał wydarzenie na latarni poza tym terenem - w domu, a gdy zjawił się tutaj ponownie nie dało się nie wspominać pojedynku z czarodziejem i końcowego zepchnięcia go z samego szczytu.
Spojrzał w górę i stwierdził, że tylko cud sprawił, że była tutaj ta skalna półka, na którą spadło ciało. Nie na tyle nisko, by zniszczyć szczątki, ale równocześnie nie na tyle wysoko, by ten upadek z latarni udało się przeżyć. No, może przy odpowiedniej technice... Zwrócił ponownie uwagę na trupa. Wyciągnął fiolkę i nóż, by zacząć działać. Po chwili z ciała zaczęły się wyłaniać czarne skrzepy krwi, która została razem ze stężeniem pośmiertnym. Kilka z nich wrzucił do buteleczki, która zaraz została zamknięta.
W tej samej chwili płaszcz Yaxley'a zatrzepotał groźnie, gdy zadął silny wiatr. Rycerz musiał przytrzymać się gzymsu, by nie dać się zepchnąć podmuchowi. Spojrzał na fiolkę, w  której znajdowały się skrzepy krwi. Schował ją do kieszeni, a następnie spojrzał na leżącego u jego stóp trupa. Morgoth wykrzywił usta, patrząc w jego bezgałkowe oczy, po czym popchnął go nogą nad urwisko, by ten wpadł do wody i zniknął już na zawsze z jego życia. Ryby powinny zająć się resztą.

11 marca, noc
Był wściekły. Wściekły na siebie, na to zadanie, na świat, nawet na ojca, z którym jeszcze nigdy się nie kłócił. Ale zawsze musi być ten pierwszy raz. A jego przypadł właśnie dzisiaj. Zaraz po opuszczeniu pałacu przez Genevieve Flint, został wezwany do nestora. Gabinet był skąpo oświetlony. Gdy Leon  zobaczył syna, wstał i ruszył mu naprzeciw. Stanął blisko Morgotha, zrównując się z nim swoją potężną sylwetką. Był wzburzony do granic wytrzymałości. Jak się okazało Leon miał obiekcje co do nagłego wyjazdu swojego dziecka. Nie zamierzał jednak słuchać argumentów, które wyprowadzał jego syn, zupełnie jakby coś przysłoniło mu wszystkie wcześniejsze rozmowy. Zamiast zgodzenia się z jego wolą, młody Yaxley zdecydowanie postawił na swoim i po wielu słowach opuścił gabinet i pałac, zabierając jedynie płaszcz. Miał tego dosyć. Potrzebował oderwać myśli od tego co zaszło. A idealnym pomysłem wydawało się ponowne zabójstwo. Jako Rycerz i jako szlachcic. Obserwowanie skrzepów krwi starego szaleńca wywoływało u niego jedynie wstręt. Co więc wywołałoby w Riddle’u? Potrzebował świeżej krwi i śmierci dla Czarnego Pana. Wtedy zabił dla siebie. Chyba powinien jednak nadrobić straty. Czyż nie? I gdzie w tamtym było poświęcenie dla sprawy? Liczyła się tylko zemsta, a przecież powinien zrobić to dla niego. Nie dla siebie.
Dlatego też właśnie wybrał to miejsce - przypominające mu o jego ojcu. W pewnym sensie zamierzał wyładować całą złość na tej jednej czynności. Pamiętał jak wspólnie spędzali czas na wybrzeżu. Razem z małą Leią, matką… To jedynie spowodowało, że ręka sama praktycznie odnajdywała zarys różdżki. Musiał jej użyć, chociaż nie zwracał uwagi na swoje wzburzenie. Nie obchodziło go. Do tego wszystkiego doszła jeszcze złość z powodu Liliany. To co wydarzyło się podczas referendum było z jego strony aż za dużym nietaktem i miała prawo być zła. Jednak nie umiał już z nią rozmawiać. Nie potrafił. Wiedział, że nie chodziło wcale o jego wyjazd. Zmęczony i zirytowany tą nawałnicą myśli, przejechał dłonią we włosach. Miał dosyć podchodów. Niech się to wreszcie skończy. Z tej perspektywy widział dosłownie wszystko - opatulonego płaszczem czarodzieja na plaży, jego małą chatkę niedaleko od piasków. Nawet zejście wśród skał z klifu było wyżłobione za pomocą zaklęć. Morgoth podziękował swojej przyszłej ofierze w duchu i wstał z kucek, by dość sprawnie zejść na sam dół. Nie odrywał spojrzenia od starego Rusta, który wrócił w międzyczasie do swojego domu. Yaxley nie stracił czujności, chociaż nie starał się też za bardzo kryć. Odpowiednie zaklęcie upewniło go w tym, że w okolicy znajdowali się tylko oni. Do tego magiczny kompas spełniał swoją funkcję. Był bezpieczny. Wszedł do środka chatki, wyważając drzwi, gotowy w każdej chwili uderzyć, jednak to co zobaczył, nieco go zaskoczyło. Ale tylko nieco, bo od razu stanął naprzeciw starca z uniesioną różdżką.
- Wiedziałem, że ktoś po mnie przyjdzie. Prędzej czy później. – Stary Rust podniósł spojrzenie na znanego sobie niegdyś chłopca, a wyraz jego twarzy mówił, że nie spodziewał się, jednak Morgotha. Siedzący w bujanym fotelu starzec nie zdążył powiedzieć już nic więcej. Kolorowe światło rozświetliło ciemność w małym domku na wybrzeżu, a chwilę później Rycerz wytarł zakrwawiony nóż o skrawek ubrania. Tak było najlepiej, Czarny Pan miał swoje zabójstwo, a Yaxley swoją krew. Tego chciał i na to zasługiwał. Jedyne co pozostało z domku na wybrzeżu zostało spopielone przez ogień.

13 marca, noc
Jeden. Dwa. Trzy... Podniósł się i puścił pędem między drzewa. Zerknął na magiczny kompas, który wskazywał mu bezpieczne miejsce. Dzięki temu Morgoth wiedział,w  której chwili, za jakim głazem, za jakim krzakiem się schować przed centaurami, które znajdowały się w Zakazanym Lesie. Niestety kompas nie pokazywał tego, czego najbardziej pragnął, ale i tak się przydał. Pokonując zwalone konary, wiedział gdzie biegnie. Im dalej się zagłębiał, tym zdawał sobie sprawę, że jest bliżej swojej zdobyczy. Znalazł już jeden siwy, niemal skrzący się włos, a także odciski kopyt. W końcu dotarł za nimi do dróżki, wydeptanej przez leśne zwierzęta. Ścieżka biegła pośród wiekowych drzew. Na chwilę przystanął, zastanawiając się czy iść dalej. Do świtu zostało jeszcze kilka godzin, a musiał wracać do domu, ale coś nieziemskiego ciągnęło mnie w głąb lasu. Wiedział, że był blisko i nie zamierzał zrezygnować. Po dłuższym czasie wyczuł znaczny wzrost wilgoci powietrza i niższą temperaturę. To tam zaczynał się jar. Kilka kroków dalej zatrzymała go sporych rozmiarów skarpa, a widok w dole w świetle księżyca był niezwykły. Chwilowo nawet zapomniał o jednorożcu, rozglądając się po miejscu. Woda w przełomie tworzyła wiry i pieniła się wokół konarów przewalonych drzew. Płynęła spokojnie dnem kamienistego wąwozu, meandrując i wcinając się w jego zbocza. Morgoth zerknął na kompas, który na razie nie szalał, co oznaczało, że był bezpieczny. Jego uwagę przykuło coś czerwonego przy brzegach. Szukając drogi na drugą stronę, zsunął się na dół. Dopiero, gdy znalazła się przy samej wodzie, zauważył, że były to głazy zagrzebane w osadzie, które obrósł pewien rodzaj mchu, nadając im krwistoczerwoną barwę.  Szybko jednak oderwał się od podziwiania flory, słysząc dalsze parsknięcie i udał się wzdłuż jaru.
Nie musiał długo szukać. Po drugiej stronie wody na małym prześwicie stało zwierzę, którego szukał. Wiatr wiał od zwierzęcia w stronę Yaxley'a co nie pozwoliło mu wyczuć człowieka. A Morgoth przez ten czas musiał przyznać, że nieco się podszkolił w kusznictwie. Oddychał równomiernie, zdając sobie sprawę, że drżały mu ręce. Znajdując się tak blisko, nie mógł nie podziwiać jego piękna, chociaż zdawał sobie sprawę, że był bliski osiągnięcia upragnionego celu. Jeszcze... Podniósł broń i wymierzył, starając się odetchnąć spokojnie. Tak jak był uczony. Ale im dłużej tam stał, tym zdawał sobie sprawę, że mu się to nie uda. Chwila wątpliwości sprawiła, że równocześnie przeklinał samego siebie jak i zadanie, które mu powierzono. Lub którego podjął się dobrowolnie, ale wiedział, że był to jedyny sposób na udowodnienie Czarnemu Panu swojej lojalności. Opuścił powoli kuszę, a w tym samym momencie wiatr zmienił kierunek. Zwierzę podniosło łeb, wyczuwając czyjąś obecność, a wtedy w głowie Yaxley'a krzyknął myśl Teraz albo nigdy. Podniósł broń, wycelował szybko i wystrzelił, zamykając przy tym oczy. Oprzytomniał nagle, słysząc przeraźliwy skowyt jednorożca. Przed sobą dostrzegł wspaniałe zwierzę przyszpilone do ziemi bełtem, który mienił się teraz na srebrzysto w świetle księżyca. Trwało to jednak krótką chwilę. Ugodzone w serce stworzenie nie miało jak inaczej odejść jak rozorać po raz ostatni kopytami miękką, wilgotną ziemię i odetchnąć. Teraz została jeszcze ostatnia rzecz,
Morgoth musiał zabrać jego krew, ale wpierw odszukać skutecznego przejścia na drugą stronę wody. Zaraz za zakrętem znalazł przewalone drzewo. Gigantyczne korzenie wybijały się wysoko ponad ziemię, tworząc otwartą rękę, między której palcami było wyżłobione przez wodę koryto. Przebiegł przez nie, a gdy wrócił na polanę, gdzie leżał jednorożec, Yaxley'a przeszedł zimny dreszcz. Przez chwilę obserwował swoje dzieło, ale przeniósł uwagę na kompas, który ponownie milczał. Może miał jeszcze chwilę czasu, zanim przybędzie jakiś centaur przywołany skowytem umierającego jednorożca? Kucnął przy zwłokach i złapał za bełt, by wyciągnąć go jednym ruchem. Wciąż ściskając w dłoni wyrwany z boku pocisk, Morgoth opuścił wzrok na zabitego konia i na mgnienie oka pożałował tego, co zrobił.
Jednak stało się. Zabrał jednak fiolkę krwi. Druga część zadania została wykonana.


24 marca, noc
Nikomu nie mówiąc, wrócił w nocy na dzień przed ślubem Tristana, by wykonać ostatnie zadanie z listy lorda Voldemorta. Na wyjeździe miał wystarczająco dużo czasu, by przeanalizować sobie swój trzeci ruch. Słyszał ostatnio o brutalnych morderstwach ludzi, za którymi nikt nie miał tęsknić. Na początku ciche Silencio, a potem morderstwo i pozbawienie człowieka jakiejś części ciała. Morgoth postawił oczywiście na głowę i może dłonie. Po co miał ułatwiać zadanie policji? Udał się do mugolskiej części dzielnicy portowej ubrany w zwykłą kurtkę i kaszkiet, by wmieszać się w brudną część londyńskiego społeczeństwa. Idąc wzdłuż hali o szarych, od słońca spłowiałych filarach wałęsały się grupy brudnych, bosych dziewcząt, czekając końca końca nocy. Ciężkie konie pociągowe potykały się i stukały  podkowami o nierówny bruk, potrząsały dzwonkami i uprzężą. Kilku pracowników pobliskich magazynów spało na stosie worów z węglem potrzebnym do łodzi. W rynsztokach wałęsały się szczury, zajadające resztki jedzenia wyrzuconego na drogę. Minął policjanta na służbie, ale w brudnych ubraniach wyglądał jak portowy chłopiec. Morgoth nasunął sobie jeszcze kaszkiet głębiej na oczy, czując jak wstręt do Londynu jedynie w nim wzrasta i się utwierdza. Gdyby to od niego zależało, dalej byłby w Rumunii z daleka od tego wszystkiego. Wrócił wcześniej nie z powodu ślubu dalekiego kuzyna, chociaż niewątpliwie to też było przyczyną. Gdzieś nad jego głową świsnęły rzucane przez bezdomne dzieciaki kamienie, które miały trafić w okna pobliskich kamienic.
Szedł tak długo, aż został jedynie pośród prostytutek i zapijaczonego marginesu. I wtedy znalazł idealnego kandydata. Starszy mężczyzna szedł chwiejnym krokiem, czkając sobie co chwila. Nie zwracał niczyjej uwagi. No może jedynie Yaxley'a, który trzymając odpowiedni dystans, śledził go przez kilka ulic, aż ten nie zawędrował w ciemną uliczkę. Rycerz skręcił zaraz za nim, wcześniej obserwując czy aby na pewno nikt nie mógł ich zobaczyć. Miał te sposobność i zamierzał ją wykorzystać, chociaż włóczył się już kilka godzin po porcie w poszukiwaniu takiej okazji. Gdy znalazł się za plecami starszego człowieka, chwycił różdżkę i rzucił Silencio. W pół uderzenia serca później Morgoth rzucił się na włóczęgę, wyciągając nóż, który wbił w tętnicę za uchem i przyciskając głowę mężczyzny do ściany,uderzając raz po raz na oślep. Usłyszał zdławiony zaklęciem kwik i straszne rzężenie człowieka, którego krtań zalewała krew. Wyciągnięte ramiona konwulsyjnie zadrżały w powietrzu, orając powietrze bez celu. Drżenie z bólu i przerażenia, jednak nie spowodowało, że przestał. Yaxley jeszcze dwa razy wbił ostrze noża pod żebra, czując jak ciepła krew zalewała mu dłoń. Coś zaczęło ściekać na kocie łby. Czekał jeszcze chwilę, przyciskając wciąż głowę zabitego do muru. Dopiero gdy drżenie ustało, odsunął się, a ciało cicho zjechało na ziemię, zostawiając ciemną plamę na ścianie kamienicy.
Morgoth zaczął nasłuchiwać. Nic nie słyszał, prócz ściekania krwi - kropla po kropli. Dookoła nich w zaułku panowała cisza. Przez parę uderzeń serca patrzył w ciemną otchłań, jednak niczego nie zobaczył. Pod murem obok niego wciąż jeszcze opierał się szlamiasty włóczęga. Można by było sądzić, że zapijaczony zasnął w tak cudacznej pozycji, gdyby nie zwiększająca się na ziemi plama czarnej krwi. Yaxley odetchnął, a gęsty obłok powietrza uniósł się przed nim, by zniknąć sekundę później. Jak szybko się to wszystko stało... Czuł się dziwnie spokojny. Nie tak jak przy jednorożcu. Ale teraz nie miał przynieść jedynie krwi szlamy. Potrzebował jego głowy. Nie wzbudzało to w nim już takiego spokoju, ale nie przestraszył się również. Musiał to zrobić szybko. Chwilę mu zajęło, by nożem pozbawić człowieka głowy; ciepła krew tryskała z aorty na jego twarz, dłonie, ubranie, ale nie przestawał. Raz po raz kontrolował czy dalej był sam. W końcu dekapitacja prawie dobiegła końca, chociaż głowa nie chciała odpaść. Zirytowany Morgoth wstał i uderzył butem w szyję denata. Raz. Potem drugi. Za trzecim opadła obok, skacząc po kocich łbach prosto pod nogi szlachcica. Teraz została mu jedynie końcówka. Z pozbyciem się dłoni poszło już znacznie prościej. Jeszcze ciało... Rozejrzał się.
Ukryty w zaułku, miał przed sobą drewnianą kładkę, którą mógł wykorzystać. I taki miał właśnie zamiar. Sprawdził parę razy uważnie czy nie było nikogo w pobliżu. Wspomagając się Mobilicorpusem, przetransportował szybko i sprawnie zwłoki nad granicę z rzeką, by po chwili je do niej wepchnąć, a zaraz za nimi i odcięte dłonie. Razem z dawnym włóczęgą, zniknął również i jego zabójca i głowa.

|zt



They call him The Young Wolf. They say he can turn into a wolf himself when he wants. They say he can not be killed.

Morgoth Yaxley
Zawód : a gentleman is simply a patient wolf, buduję sobie balet trolli
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Thus he came alone to Angband's gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat. And Morgoth came.
OPCM : 13
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 45
CZARNA MAGIA : 32
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 9/76
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-the-young-wolf#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Re: Drewniana kładka [odnośnik]03.07.17 23:44
Kolejna sprawa i kolejne morderstwo. Fin Maxwell, czarodziej mugolskiego pochodzenia. MUGOLSKIEGO pochodzenia. Dlaczego ten szczegół był istotny? Ponieważ nienawiść do mugoli i "szlam" ostatnimi czasy nie była czymś rzadkim. Nad tym William mógł jedynie ubolewać. Czy to było przyczyną jego morderstwa? Być może. A właściwie było to bardzo prawdopodobne, zwłaszcza na wyraźne ślady użycia zaklęcia plumosa. A poza tym gdyby zabił go mugol (chociaż niemag ot tak nie dałby rady zabić przynajmniej względnie rozgarniętego czarodzieja), lub chociaż bez użycia różdżki to byłyby ślady po duszeniu za pomocą rąk, byłoby poderżnięte gardło lub inną możliwością odcięcia kogoś od dostępu do tlenu. Fakt, że miał zapalenie trzustki zdawało się nie być istotne; oczywistym był fakt, że Maxwell był ewidentnie zamordowany. Mam dwojakie hipotezy. Jedna: został zamordowany na wzgląd polowania na osoby rzekomo "szlamowatej" krwi. Druga: miał z kimś zatargi i źle na tym wyszedł. Jest to całkiem prawdopodobne, patrząc na to, że bywalce tych okolic nie są ludźmi grzeszącymi opanowaniem. - jednak brał pod uwagę możliwość, że każde jego założenie jest błędne. Kluczem też może się okazać jego była żona. Tylko jak zmusić ją do mówienia bez użycia siły?
W tej chwili szedł wyważonym, jak zwykle eleganckim krokiem w kierunku miejsca zbrodni. Możliwe, że niekoniecznie pasował do tego otoczenia na wzgląd przez swój jak zwykle elegancki strój. Cóż... jeśli by chciał mógłby z miejsca ruszyć na salon. Jednakże już taki był styl Williama! Co poradzić i cóż zmienić. Do wypełnienia owej misji jako pomoc została mu przydzielona młoda kobieta, która się szkoliła na aurora. Mia Mulciber. Widział ją pierwszy raz, a informacje o niej były skąpe niczym wiedza urzędasów odpowiedzialnych za papiery o pracy aurorów w terenie. Jej fakt pochodzenia z Nokturnu daje liczne znaki zapytania. Nie każda osoba stamtąd jest osobą złą. Jednakże lepiej mieć się w pewnym stopniu na baczności. Choć póki co spróbuję jej nie osądzać. - skomentował fakt sam do siebie. Po chwili zadał jej pytanie na temat sprawy
- Czytałaś dokumenty dołączone do przekazania sprawy? - spojrzał na nią przez chwilę, świdrując ją wzrokiem zimnych, wyprutych z emocji niebieskich oczu. Jeśli uzyskał odpowiedź twierdzącą, niemal machinalnie zadał pytanie: - Masz jakieś konkluzje na ten temat? Jeżeli tak, podziel się. Nawet, jeśli wyda ci się to mało prawdopodobne.
Zawód aurora był przewrotny, oj był. I czasami okazywało się, że coś pozornie logiczne okazywało się wcale nie być rozwiązaniem układanki. Wbrew pozorom praca aurora to nie było głupie bieganie za czarnoksiężnikami, czy pojedynkowanie się. Znaczy, było - ale w sporej mierze było to myślenie i umiejętne zdobywanie informacji. Dlatego poniekąd rzeczywista praca aurora mogła być ciosem otwartą dłonią w policzek dla dzieciaków. Umysłowych dzieciaków, które myślały, że taka praca to jedynie spektakularne i ciekawe walki. No... niestety nie. Chociaż William nad tym zbytnio nie ubolewał. Chociaż walczyć lubił.
Dojście na miejsce zbrodni nie trwało długo. Gdy tak się stało, rozejrzał się i zatrzymał się w miejscu. Spojrzał na płynącą rzekę uważnie, nieznacznie mrużąc oczy ukazując niezadowolenie z powodu jej stanu... i zapachu. Jednak ta oznaka była za delikatna, ażeby wychwyciła ją Mia.
- Jeśli wierzyć im, to tutaj wpadło ciało nim popłynęło dalej z nurtem rzeki. - Nie uznawał tego za pewną informację. Znaczy się; położenie ciała wobec tego drewnianego pomostu się zgadzało jeśli chodziło o nurt rzeki. Jednakże wypaść mógł gdzieś dalej. Jednak należało póki co założyć, że nie. - A wyrzucony mógł być... stamtąd. Tam też mogło dojść do konfrontacji.
Spokojnym i eleganckim gestem ręki wskazał pomost. Jeden rzut oka mówił, że jego stan był... delikatnie mówiąc - nienajlepszy. Jednak warto było sprawdzić co było na pomoście. A tu widać pomoc Mii mogła się przydać! Mimo wszystko lord Selwyn był ciężki. Prawie dwukrotnie cięższy od panieneczki Mulciber.
- Wypadałoby sprawdzić stan pomostu, ewentualnie poszukać poszlak. Zatem... - przerwał teatralnie, jak to miał w zwyczaju. Po chwili kontynuował. - ... ostrożnie wejdź i spróbuj się rozejrzeć. Poszedłbym sam, ale ten pomost jest w znacząco złym stanie. A ty jesteś dużo lżejsza ode mnie.
Nie kazał jej tam wchodzić dla śmiechu. Jeśli tam miała się ostateczna walka o życie rozegrać, to byłoby niewykonalnym, żeby na pomoście nie pozostały ślady walki. Było to możliwe, gdybyśmy miel do czynienia z mostkiem nowym, albo chociaż zadbanym. A ten byłby w tak złym stanie, że widać byłoby ślady niefortunnego upadku.
- Kiedy już to zrobisz, to w pierwszej kolejności samo wrażenie bez wyciągania wniosków. Mam nadzieję, że umiesz odróżniać przypadkowe zniszczenia spowodowane zębem czasu od tych wywoływanych przez próby bronienia się. - mówił wiercąc ją chłodnym, prawie niemrugającym spojrzeniem. Tak jak miał to w zwyczaju. - Ewentualnymi wnioskami lub ich brakiem podzielisz się później.
Co prawda możliwe było, że sprawdzenie stanu kładki nie da nic. Jednakże warto było zwrócić na to uwagę. Było co prawda sporo możliwych czynników, które uniemożliwiłyby dojście do poprawnego wniosku. Teoretycznie z po prostu bliskiej odległości też można było coś ocenić, jednak nie tak dobrze, jak z najmożliwiej bliska.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Drewniana kładka [odnośnik]12.07.17 0:49
O tym, że działo się w Londynie, nie trzeba było mówić. A na pewno nie w aurorskim biurze, gdzie niemal sypały się kolejne sprawy - morderstwa, zaginięcia i rozlewająca się przestępczość, coraz śmielej wypełzająca zza granic Nokturnu. I dostrzegała to nie tylko ona, która widziała od wewnątrz całość marginalnego i zamkniętego do tej pory światka. Coraz śmielsze poczynania przestępcze odbijały się echem także wśród społeczności czarodziejskiej.
Mia dostała przydział niespodziewanie, ale w jakiś sposób była zadowolona z faktu, że przydzielono ją do jednego ze śledztw. Akcje w terenie nie były dla pierwszorocznej kursantki zbyt częste, a zdecydowanie ten typ nauki preferowała. Nie znała zbytnio aurora, pod którego skrzydłach miała się znaleźć podczas dochodzenia, ale niezależnie od wszystkiego - była wdzięczna za możliwość działania w praktyce, nie tylko zamknięta w sali treningowej, przy kociołkach i podrzędnych zadaniach, które bez oporów zrzucano na stażystów. William Selwyn jawił się wiec Mii, jako jedna z jednostek, które spotykała gdzieś na korytarzach Ministerstwa. Dopóki nie spotka go osobiście, nie wyrobi sobie o nim zdania. Chyba.
W dokach pojawiła się wcześniej. Obserwowała okolicę próbując zebrać podstawowe informacje o potencjalnym miejscu zbrodni, chociaż - nie wierzyła w to. Z dokumentów, do których dostęp otrzymała wynikało jasno, że odnalezienie zwłok nie równało się z miejscem zbrodni. Mugolak musiał być zabity wcześniej i dopiero potem wrzucony do wody, a prąd pociągnął go dalej. Gdzie znajdowało się źródło? Nie wiadomo, ale portowe zakątki kryły wiele kryjówek. I wiele miejsc, które posłużyć miałyby morderstwu.
Wysoka sylwetka, która już z daleka rzucała się w oczy nie mogła ujść uwadze Mulciber. Stała na uboczu, czekając, aż postać zbliży się i dopiero wtedy rozpoznała profil swego dzisiejszego opiekuna. Kiwnęła głową na powitanie, zatrzymując się obok bez większego oporu. To on prowadził sprawę i teoretycznie musiała zaufać jego intuicji. Przynajmniej częściowo - To jest podstawa, której uczą już na początku. Analiza dokumentów i zebranych śladów - potwierdziła, starając się wyrzucić z głosu irytację. Sprawdzał ją? Zapewne. Miał do tego prawo, nie znaczyło to jednak, że nie trącał wrażliwej na dumę struny. Musiała nieco zadzierać spojrzenie do góry, by odnaleźć wzrok rozmówcy - Zależy, o który aspekt... - pytasz cisnęło jej się na usta, ale ugryzła się w język - Pan pyta - wzruszyła ramieniem i skupiła wzrok na drewnianej, nieco chybotliwej kładce - Słyszałam, że to nie jedyny przypadek śmierci mugolaka. I nie zdziwiłabym się, gdyby chodziło tu czystość krwi - kontynuowała nadal wpatrzona w przestrzeń przed sobą, topiąc spojrzenie w falującej wodzie - Chociaż z opisu samego denata wynika, że był to odludek, a to wpisuje się w rys potencjalnej ofiary nie dla nienawistnej akcji na tle czystościowej, ale skrupulatnie wybranej postaci. Widocznie mordercy zależało na kimś, kto nie będzie tak łatwo rozpoznawalny - konkluzje popłynęły i w końcu Mia sama zaczęła tworzyć w głowie obraz psychologiczny zabójcy. O przypadkowej śmierci nie było mowy.
Być może Mia nie należała do wybitnie spostrzegawczych, ale była kobietą w dodatku wychowaną na Nokturnie, który uwrażliwiał na zachowanie towarzystwa. W końcu większość stanowiła potencjalne niebezpieczeństwo i mimowolnie, tak traktowała Williama. I nawet jeśli dostrzegła grymas niezadowolenia przemykając przez twarz aurora, to nie zwróciła na to większej uwagi. Każdy miał swoje nawyki, ale panujący wokół zaduch stojącej wody, nie doskwierał Mii tak bardzo - Tutaj? - Powtórzyła jak echo mrużąc oczy w próbie przypomnienia sobie zebranych informacji - Tu w okolicy na pewno znaleziono ciało, ale miejsca zbrodni chyba jeszcze nie odkryto? - chyba, że - co bardzo prawdopodobne - auror posiadał szerszy zakres wiedzy, niedostępny żółtodziobowi na kursie. Skrzywiła się lekko, ale uwagę raz jeszcze odwrócił rozciągnięty przed nimi pomost, kładka właściwie, która dawno temu nosiła miano świetności.
Na polecenie, które usłyszała - spięła się. Nie ze względu na strach, ani możliwość runięcia do zatęchłej wody. Zadanie wydawało jej się nieco infantylne, ale i tym razem wzniosła się na wyżyny silnej woli i nie skomentowała słów gniewnym parsknięciem - Aye, aye kapitanie - burknęła tylko pod nosem, oddalając się od aurora, by przejść po skrzypiącej powierzchni kładki. Nie sądziła, żeby mogła tam znaleźć jakiekolwiek poszlaki, ale dotarła do wskazanego celu i kucnęła na krawędzi, wpatrując się w poszarpane i nadpróchniałe fragmenty desek. Kolejne słowa, które słyszała za sobą wywołały niemiłe zgrzytniecie zębów. Rozumiała swoją niższą, hierarchiczną pozycję, ale protekcjonalność z jaką sugerował jej niewiedzę wywoływała rosnącą chęć przyłożenia pięści w jego szlachecki profil - Nie jestem ignorantką panie Selwyn - głos zadrżał na chwilę, ale jak magiczna rymowanka, przypomniały jej się słowa Garretta i rozmowa, którą przeprowadzili. Zacisnęła wargi i podniosła się do pionu - Mogło się tu dziać wiele. Cała okolica nie należy do najmilszych i można tu znaleźć tak znaki czasu, jak te wykonane ludzką ręką. Jeśli jednak działa się tu jakakolwiek tragedia, nie ma po niej śladu - zignorowała ostatnie zdanie, wypowiadając na głos kolejne spostrzeżenia. Nie wróciła jednak do aurora, czekając na dalsze wskazówki.
Mia Mulciber
Zawód : byłam
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
And I find it kinda funny, I find it kinda sad
That dreams in which I'm dying are the best I've ever had.
OPCM : 10
UROKI : 20
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3609-mia-mulciber-budowa#64835 https://www.morsmordre.net/t3846-dimitry#71894 https://www.morsmordre.net/t3650-uwaga-gryze#67008 https://www.morsmordre.net/f161-grimmauld-place-12-5 https://www.morsmordre.net/t4458-skrytka-bankowa-nr-888#95128 https://www.morsmordre.net/t3864-mia-mulciber#72368
Re: Drewniana kładka [odnośnik]05.09.17 14:55
O dodatkowym przydziale dowiedziała się nagle. Wciśnięto jej w ręce dokumentację i kazano pospiesznie się z nią zapoznać, bo jak się okazało, auror prowadzący tę sprawę był pilnie potrzebny do innego zadania i musiał zostać wezwany do biura, podczas gdy Sophia miała go zastąpić.
Powiedziano jej, że auror, niejaki Selwyn, z którym współpracowała przy śledztwie w sprawie jednorożców, wraz z młodą kursantką wybrał się na miejsce znalezienia zwłok kolejnej ofiary. Tych w ostatnich tygodniach było naprawdę sporo, więc aurorzy mieli ręce pełne roboty i nawet Sophia uczestniczyła w paru śledztwach, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że to jakaś czarna seria, i że przynajmniej część tych zdarzeń musi być jakoś powiązana. Ofiarami padali nie tylko mugole, ale też, jak się okazywało, czarodzieje, choć sprawy tych drugich wydawały się bardziej zróżnicowane. O ile w ostatnich tygodniach znaleziono kilka ciał mugoli pozbawionych głowy i zabitych prawdopodobnie czarną magią, tak czarodziejskie ofiary nosiły na sobie różne obrażenia, były znajdowane w różnych częściach kraju i pochodziły z różnych środowisk, dlatego ich powiązanie ze sobą było już dużo trudniejsze i niekiedy wręcz naciągane. Można było też łatwo powiązać zaskakujące przypadki śmierci jednorożców, których ciała w krótkim odstępie czasu znaleziono na terenie każdego z miejsc zamieszkałych przez te magiczne stworzenia, ale czarodzieje... Tu wciąż było mnóstwo niewiadomych.
Teleportowała się w okolicy starej kładki i po przejściu może kilkunastu metrów dostrzegła jej zarys, a także dwie sylwetki czarodziejów; wysokiego i zwalistego mężczyzny oraz niższej i drobniejszej kobiety. W mężczyźnie szybko rozpoznała Selwyna, więc wiedziała, że trafiła we właściwe miejsce. Kursantka stanowiła natomiast pewną niewiadomą; Sophia kojarzyła ją, ale mgliście, nie znała przecież wszystkich obecnych kursantów, choć sama zakończyła szkolenie mniej niż rok temu. Jej nazwisko mogło budzić pewien niepokój, Carterowie i Mulciberowie bowiem z zasady za sobą nie przepadali, dzieliły ich nie tylko poglądy, ale i pochodzenie. Ale jak przystało na byłą Puchonkę, Sophia nie lubiła oceniać ludzi wyłącznie przez pryzmat ich nazwiska, pozory często lubiły mylić i wiele razy się o tym przekonała. Mogła zachować ostrożność, ale opinię o tej kobiecie wyrobi sobie dopiero, gdy ją pozna i przekona się, z jakiej jest ulepiona gliny. Zaskakujący był sam fakt, że ktoś z tej rodziny chciał zostać aurorem, ale może świadczyło to o tym, że Mia Mulciber może okazać się inna niż jej krewni?
- Sophia Carter. Zostałam przysłana przez Biuro Aurorów w zastępstwie za aurora Selwyna, który jest pilnie potrzebny w Biurze – oznajmiła, gdy tylko dotarła do dwójki czarodziejów. Wręczyła Selwynowi list z wezwaniem, gdzie zapewne było wyjaśnione wszystko, a o czym Sophia nie wiedziała; powiedziano jej tylko, że Selwyn jest potrzebny w biurze w związku z innym zadaniem, pilniejszym od przeszukania miejsca znalezienia ciała niejakiego Finna Maxwella. Nie wnikała.
Niedługo później auror znikł, a Sophia została sama z kursantką, obserwując ją czujnie.
- Wygląda na to, że teraz współpracujemy razem i liczę, że będzie to owocna współpraca – odezwała się, próbując nawiązać rozmowę. W końcu musiały teraz współpracować, by dokończyć oględziny tego miejsca, i wyglądało na to, że tym razem to Sophia, jako ta bardziej doświadczona, musiała pokierować kursantką. Była to dla niej nowość, jako że zazwyczaj to ją przydzielano do pary z kimś bardziej doświadczonym. Biuro było sceptyczne wobec żółtodziobów, zwłaszcza kobiet. Nawet tych po już skończonym kursie, którego przecież nie przeszłyby bez odpowiednich umiejętności. Nie wiadomo więc, czy wysłanie jej tu było oznaką rodzącego się zaufania wobec jej umiejętności i przekonania, że już można jej pozwolić na większą samodzielność i pieczę nad kursantem, czy może Biuro po prostu marginalizowało tę sprawę na tyle, że wysłało kogokolwiek kto był akurat wolny.
- Przed zjawieniem się tu zapoznałam się wstępnie z dokumentacją sprawy i dotychczasowymi informacjami o ofierze – ciągnęła dalej, rozglądając się po otoczeniu, które nie wyglądało zbyt zachęcająco, podejrzewała też, że ze względu na bliskość wody większość śladów już dawno nie istniała, od momentu znalezienia i zabrania stąd zwłok minęło sporo czasu. – Nie wiem jednak, ile sprawdziliście z Selwynem dzisiaj, zanim go zastąpiłam. Jeśli zdążyliście znaleźć jakąkolwiek poszlakę, od której mogłybyśmy zacząć, to chyba dobry moment, żeby się tym podzielić. – Dokumentacja dokumentacją, ale była ciekawa, czy przed jej przybyciem aurorzy zdążyli zrobić wstępne rozpoznanie i czy coś znaleźli. Od czegoś w końcu musiały zacząć, więc każda informacja była cenna, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie uczestniczyła w śledztwie od początku, nigdy wcześniej nie była na tym miejscu zdarzenia i nie wiedziała nic więcej niż znalazła w dokumentacji. Sama więc musiała najpierw rozeznać się w sytuacji, by móc zacząć działać. Przejmowanie cudzych śledztw zawsze było problematyczne, przynajmniej na początku.



Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Sophia Carter
Zawód : Auror
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
OPCM : 41
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter https://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii https://www.morsmordre.net/t3643-sophia https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3765-skrytka-bankowa-nr-925 https://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Re: Drewniana kładka [odnośnik]30.10.17 20:30
Odwróciła się idealnie, by dostrzec zbliżającą się w ich kierunku kobietę. Mia zmrużyła oczy i podniosła się się do pionu, zaprzestając obserwacji kruchej faktury kładki, którą miała zbadać. Wypuściła skumulowane w płucach powietrze, przeganiając mdły zapach stojącej wody. Przywołana gestem dłoni, po prostu przemknęła przez skrzypiące deski, zatrzymując się przy dwójce - jak się okazało - aurorów. Złapała ostatnie słowa, świadczące  tym, że jej pierwotny opiekun musiał sie ewakuować. Prawdopodobnie dobrze dla niego. I dla niej. Miała niejasne przeczucie, że dogadanie się z Selwynem byłoby karkołomnym i niezbyt skutecznym wyzwaniem. Działał jej na nerwy, chociaż nie była nawet pewna, czy robił to świadomie, czy owa przypadłość wynikała ze specyficznie prowadzonego charakteru. Jego, albo jej.
Zlustrowała nie bez zainteresowania przybyłą, próbując przypomnieć sobie, czy do tej pory, kiedykolwiek miała z nią do czynienia. Nazwisko, chociaż mgliście, poruszyło jakaś starą, zabliźnioną zadrę. Rodowe nienawiści były kultywowane w rodzinie od wielu lat. I mimo zatartych stronic "dziedzictwa", Mia poruszyła się bardziej niespokojnie. Kolejna, która przypieczętuje stereotypową zawiść? Dawno nie przypominane obrazy przemknęły przez głowę Mulciber, ale bez kłopotu odegnała idiotyczną nostalgię. Nie miała już serca. I nie miała prawa za nim tęsknić.
Dosyć sztywno kiwnęła głową w stronę odchodzącego pospiesznie mężczyzny. Napięcie nie spadło, czekając na decyzję aurorki. W równym stopniu mogła przejąć rolę jej opiekuna, jak i odesłać ją, zajmując się sprawą samej. Nie każdy lubił i chciał pracować z niedoświadczoną kursantką. Nawet, jeśli swoisty, bojowy chrzest miała niedługo otrzymać z wielkim i bolesnym rozmachem.
Na słowa Sophii po prostu kiwnęła głową. Współpracą zapewne ciężko byłoby nazwać ich działania, ale Mulciber liczyła, że jej nowa opiekunka nie zrobi z niej idiotki - Domyślam się, że nie muszę przedstawiać swoim personaliów - skwitowała tylko pospiesznie, splatając przed sobą ramiona. Nieświadoma, wciąż wyznaczana granica. Nie umiała się pozbyć nawyku nieufności, ale próbowała. Jak do tej pory, nawyk milczenia i powstrzymywania języka, przed złośliwą odzywką, wychodziło jej na dobre.
- Sprawę miał prowadzić Selwyn, zakładałam więc, że większośc informacji znalazła się w jego rękach. Ale otrzymałam list i konieczne informacje - potwierdziła, z ulgą przechodząc na mniej personalne rozmowy. Wolała skupić się na zadaniu, nie wnikając, albo nie próbując wnikać, co kto i dlaczego o niej sądził. Nieufność Mii nie wynikała ze zwykłej zachcianki. Miała wystarczająco wiele powodów, by nie wierzyć w ludzką dobroć. Nokturn uczył czegoś na wskroś odwrotnego i to ciemność najczęściej dostrzegała w spotykanych ludziach. Czasem tylko dziwiąc się, że ktoś odbiega od  wyrytego w jej duszy schematu. A może zwyczajnie się oszukiwała. Za wszystko trzeba było płacić. Zawsze.
- Nie - pokręciła głową - przybyliśmy tutaj niedługo przed tobą, więc miałam okazję tylko do wstępnego podziwiania kładki... - zmarszczyła brwi i wskazała ruchem brody na długie, drewniane i dosyć chybotliwe przejście na pomost - Miejsca zbrodni nie odnaleziono nadal...przynajmniej z dostępnych mi informacji. A ciało znaleziono na brzegu, w pobliżu pomostu. Chyba wypadałoby nam zejść niżej - spojrzała na aurorkę, ale ostatecznie ugryzła się w język. Zapach stojącej wody, nawet tutaj uderzał ostro. Jeśli zejdą niżej, spróchniałymi schodkami, na brzeg, po prostu będzie przeraźliwe śmierdziało. Mia pracowała w gorszych warunkach, ale cicha złośliwość zastanawiała się, jak kobieta poradzi sobie z tak intensywnymi doznaniami. Była aurorką, ale była świadoma, że nie każdy...wychowywał się w brudzie.
Mia Mulciber
Zawód : byłam
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
And I find it kinda funny, I find it kinda sad
That dreams in which I'm dying are the best I've ever had.
OPCM : 10
UROKI : 20
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3609-mia-mulciber-budowa#64835 https://www.morsmordre.net/t3846-dimitry#71894 https://www.morsmordre.net/t3650-uwaga-gryze#67008 https://www.morsmordre.net/f161-grimmauld-place-12-5 https://www.morsmordre.net/t4458-skrytka-bankowa-nr-888#95128 https://www.morsmordre.net/t3864-mia-mulciber#72368
Re: Drewniana kładka [odnośnik]01.11.17 1:29
Sophia też była ciekawa, jak to będzie wyglądać. Dwie młode aurorki z nie przepadających ze sobą rodzin, przysłane tu w sprawie pełnej niewiadomych, dobrych parę tygodni po znalezieniu zwłok ofiary. Ale choć Sophia zamierzała zachować pewną ostrożność wobec kursantki, była ostrożna w kwestii oceniania jej, nie chciała kierować się uprzedzeniami ani zachowywać nieprofesjonalnie. Pytanie tylko, jak będzie to działać w drugą stronę? Sama bardzo nie lubiła być oceniana po pozorach, skreślana za coś, na co nie miała wpływu. Niestety nie wiedziała o Mii praktycznie niczego i nie wiedziała, czego się może spodziewać po niej i po jej umiejętnościach. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała na mimozę; takie zresztą, nawet jeśli jakimś cudem dostawały się na kurs, bardzo szybko go opuszczały. Każda kobieta, żeby przetrwać szkolenie, musiała wykazać się twardością i udowodnić, na co ją stać w nawet większym stopniu niż mężczyźni. Zdawała się zdystansowana i powściągliwa, ale jak dotąd Sophia nie wyczuła z jej strony wyraźnej wrogości. To dobrze. Nie liczyła na sympatię, ale nie chciała musieć myśleć o tym, czy kursantka nie będzie przenosić prywatnych emocji na swoją pracę.
- Przejmowanie cudzych śledztw ma to do siebie, że trzeba wniknąć w zadanie rozpoczęte przez kogoś innego, w którym nie mogłam uczestniczyć od samego początku, ale skoro jeszcze nie zaczęliście dokładniejszych oględzin, to dobrze. Od tego możemy zacząć teraz – powiedziała. Miała tylko teoretyczną wiedzę o sprawie i okolicznościach, nie uczestniczyła w zabezpieczaniu zwłok ani wstępnych oględzinach miejsca zdarzenia. Nigdy nie widziała ciała ofiary, więc jej wyobrażenie opierało się tylko o raport.
- Na ten moment wiadomo, że ofiarą był niejaki Finn Maxwell, lat 57, czarodziej mugolskiego pochodzenia, który zajmował się łowieniem ryb. Znaleziono go tu około 18 marca, zgadza się? – zaczęła, rozglądając się po otoczeniu. Spojrzała na pomost, o którym wspomniała Mia. Ciekawe, jak długo leżało tam ciało, zanim ktoś je znalazł? Okolica nie wyglądała na mocno uczęszczaną.
- Tak, chodźmy się temu przyjrzeć. Obawiam się, że od tamtego czasu woda zatarła większość, jeśli nie wszystkie ślady, ale może mimo wszystko znajdziemy coś, co warto zabezpieczyć, o ile Selwyn nie zrobił tego wcześniej... jeśli to on był tu w pierwszych dniach po znalezieniu ciała – powiedziała, podchodząc bliżej kładki i schodków prowadzących niżej, na nadbrzeże. Zapach wydzielany przez to miejsce nie był miły, ale nie miała w zwyczaju mocno przejmować się podobnymi niedogodnościami. Praca aurora nieraz wymagała pobrudzenia się oraz nieprzyjemnych widoków czy zapachów, dlatego bez cienia niechęci zaczęła schodzić po schodkach, zachęcając Mię do dołączenia. Starała się ignorować przykre wonie i skupić się na najważniejszym – zadaniu.
- Wyczytałam też, że nasz denat najprawdopodobniej był już martwy, kiedy wrzucono go do wody. I nosił na sobie ślady czarnomagicznego zaklęcia Plumosa – ciągnęła dalej, by spróbować wciągnąć kursantkę w dyskusję i porównać posiadane wiadomości. – Leżał gdzieś tu, prawda? Zauważyłaś coś interesującego w tym otoczeniu? – zapytała; po rozejrzeniu się i upewnieniu, że są same, mruknęła ciche „Lumos”, zapalając światło różdżki, by dokładniej zobaczyć co kryło się w półmroku pod kładką. Piach, na którym stały był brudny, a pod samą kładką znajdowało się trochę śmieci unoszących się leniwie na brudnej, mętnej wodzie. Przesunęła różdżką ponad jej powierzchnią, próbując w ciemnej tafli wypatrzeć zarys ewentualnych przedmiotów leżących na dnie przy brzegu, całkiem możliwe, że mogło tam wypaść coś należącego do ofiary, choć niestety równie dobrze potencjalnie ciekawe przedmioty mogły znajdować się w zupełnie innym miejscu, nie wiadomo skąd przydryfowało ciało. Obejrzała też pale na których wspierała się kładka, poszukując na nich intrygujących śladów. Rozglądała się uważnie, ale chciała dać się wykazać młodej kursantce; sama na kursie nie lubiła współpracować z aurorami, którzy kazali jej się tylko przyglądać. Niech Mia Mulciber też się wykaże i pokaże, jak bardzo była spostrzegawcza. Od tego musiały zacząć, potem można było przejść wzdłuż nadbrzeża czy pomóc sobie zaklęciami.



Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Sophia Carter
Zawód : Auror
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
OPCM : 41
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter https://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii https://www.morsmordre.net/t3643-sophia https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3765-skrytka-bankowa-nr-925 https://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter

Strona 1 z 7 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Drewniana kładka
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach